Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Pride. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mike Pride. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 stycznia 2026

The Relative Pitch’ last of 2025: A Reflection Distorts Over Water! A Window, Basically! HobbyHouse!


Nowy Rok rozkwita coraz większymi porcjami zimy, a my, jak to w styczniu, finalizujemy recenzje albumów, które ukazały się jeszcze w starym roku.

Dziś zaglądamy na nowojorski Brooklyn, by sprawdzić, cóż takiego wydarzyło się w trakcie listopada i grudnia w zacnym i jakże płodnym The Relative Pitch Records. Ostatnie sześćdziesiąt jeden dni kalendarza przyniosło tu osiem premier, z których do pogłębionej analizy wybieramy trzy smakowicie zapowiadające się kąski.

 


Camila Nebbia, Marilyn Crispell & Lesley Mok A Reflection Distorts Over Water

Nevessa Studio, Woodstock, Nowy Jork, lipiec 2024: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Marilyn Crispell – fortepian oraz Lesley Mok – perkusja. Osiem utworów, 42 minuty.

Brooklyński przegląd nowości zaczynamy z wysokiego C! Przed nami międzypokoleniowe, argentyńsko-amerykańskie trio, które zdaje się kontrolować każdy dźwięk, każdą frazę, nie eskaluje nadmiernie poziomu ekspresji, a jednak trzyma nas w napięciu od pierwszej do ostatniej sekundy, jak najlepszy thriller! Warto dodać, iż muzycy grają w takim układzie personalnym po raz pierwszy. W niektórych utworach czerpią inspiracje z otwartych notacji saksofonistki, zaś w piątej części posiłkują się kompozycją perkusisty.

Pierwsza improwizacja trwa ponad dziesięć minut i dość leniwie wprowadza nas w definitywnie post-jazzowy klimat albumu. Wystudzone, posadowione niekiedy blisko ciszy, kameralne frazy nabierają z czasem intrygującej, ale dalece kontrolowanej intensywności. Podobna sytuacja ma miejsce w drugiej odsłonie, choć sama improwizacja jest znacznie krótsza. W kolejnych, równie zwartych i nieprzegadanych ekspozycjach artyści od startu pracują na odpowiedniej dynamice (jak w utworach trzecim, szóstym i siódmym, którym blisko niekiedy do estetyki free jazzowej) lub raczą nas niebanalną introdukcją, a bardziej zdecydowane kroki, jeśli w ogóle, czynią na etapie rozwinięcia (w utworze czwartym otwarciem są post-klasyczne frazy fortepianu, w części piątej złowrogo rezonujące talerze). Ostatnia improwizacja ma nieco inny przebieg. Otwiera ją rozbudowana ekspozycja solowa saksofonu, lepiona z szumów rezonującej tuby i strzępów melodii. W kontrze wchodzi tu perkusja, która przez moment frazuje samodzielnie, a potem wraz z minimalistycznym pianem i dobrze już rozgrzanym tenorem tworzy piękną, medytującą puentę albumu.  

  


Peter Evans & Mike Pride A Window, Basically

aFarming Studio, Goshen, Nowy Jork, 2022-25: Peter Evans - trąbka (1-6) & trąbka Piccolo (7) oraz Mike Pride – perkusja, instrumenty perkusyjne, autoharp. Siedem utworów, 51 minut.

Duet ważnych postaci nowojorskiej sceny muzyki kreatywnej dwóch ostatnich dekad, to spore wydarzenie w katalogu RP. Jako donosi albumowe credits album powstawał aż trzy lata, a składa się z siedmiu dobrze udramatyzowanych improwizacji (być może podpartych procesem predefinicji), które trwają na ogół po kilka minut. Jedynie druga i trzecia opowieść, to nieco bardziej rozbudowane formy. Jakość jest tu z nami od pierwszej do końcowej minuty, szczególnie w tych krótszych, lepiej unerwionych narracjach.

Czysto brzmiąca trąbka na kontrolowanym pogłosie i aktywny, wszędobylski drumming od początku tworzą tu dynamiczny, dobrze ukonstytuowany posmakiem post-jazzu flow. Techniczna biegłość, dramaturgiczna precyzja i swoista, gatunkowa bezpruderyjność dobrze robią każdej frazie trębacza, czy akcji zaczepnej perkusisty. Muzycy nie szczędzą nam melodii, szczególnie w drugiej i szóstej odsłonie. Gdy zdejmują nogę z gazu, ich opowieści nabierają nostalgii, oddechu refleksji, co ma miejsce zwłaszcza w anonsowanych dłuższych improwizacjach. Dużo jakości dostarczają szczególnie w piątej i siódmej, ostatniej opowieści. W tej pierwszej podobać się mogą drobne, ale bardzo soczyste preparacje perkusisty, w tej drugiej rezonujące talerze, tumany kurzu wydobywające się z trębackich wentyli, wreszcie piękne, mroczne, na poły oniryczne pożegnanie.

 


Mia Dyberg & Axel Filip HobbyHouse

Czas i miejsce akcji nieznane: Mia Dyberg – saksofon altowy oraz Axel Filip – perkusja. Osiem utworów, 32 minuty.

Tę duńską saksofonistkę znamy z kilku dość kameralnych ujawień impro, mniej pamiętamy z bardziej free jazzowych uniesień. Po prawdzie trudno orzec, czy improwizacja z bystrym, argentyńskim perkusistą winna wpisać się w pierwszy z wątków, czy raczej drugi. Dodajmy, iż połowa utworów tej szczęśliwie krótkiej płyty, to sytuacje opisane jako kompozycje Dunki.

Leniwy, nisko osadzony drumming i drobne dźwięki z rezonującej tuby saksofonu tworzą dobrze zapowiadającą się pieśń otwarcia. Na etapie rozwinięcia okazuje się jednak, że muzykom brakuje pomysłu na ciąg dalszy. Także w kolejnych odsłonach albumu zdają się oni stać rozkrokiem pomiędzy post-balladą, a porcją czegoś bardziej dynamicznego. Jeśli perkusista skory jest do inicjowania bardziej energicznych akcji (a dzieje się tak nie jeden raz), odpowiedzią saksofonistki są wystudzone, kameralne frazy, która niosą w sobie zalążki swobodnego jazzu, ale nie bardzo wiadomo, jak je spożytkować. Od czasu do czasu natrafiamy na mniej oczywiste, bardziej kreatywne akcje, jak choćby w szóstym utworze, ale giną one na dalszym etapie budowania narracji. Muzycy dobrze czują się w okolicach ciszy, ale nie mają pomysłu, jak wyjść z niej na powierzchnię dźwięku. Bodaj jedynie w czwartej odsłonie czuje się, że duet ma potencjał, by stworzyć coś bardziej intrygującego.



piątek, 16 grudnia 2022

The Relative Pitch’ fresh stuff: Pulverize the Sound! Voutchkova & Reid! BeingFive! Mattrey & Fluke-Mogul! Mines!


Nowojorski label Relative Pitch Records śmiało staje w szranki rywalizacji o miano najpłodniejszego wydawcy post-pandemicznego roku 2022! Trybuna Muzyki Spontanicznej stara się w tym zacnym wyścigu uczestniczyć na bieżąco, ale tak się jakoś dzieje, że na ogół pozostaje w delikatnym niedoczasie. Dziś zapraszamy na odczyt i odsłuch czterech nowości listopadowych i jednej październikowej, a na bandcampie labelu czekają już trzy nowości grudniowe. Ale po kolei …

W poniższym zbiorze recenzji odnajdujemy wyłącznie w pełni improwizowane nagrania! Na początek bardzo znany trębacz w trio, któremu bez ryzyka popełnienia błędu możemy dokleić etykietę working band, potem dwie równie rozpoznawalne mistrzynie strunowych improwizacji, pewien bardzo atrakcyjny personalnie kwintet, a na koniec już same szalone improwizatorki – duet strunowy i śpiewająca, samotna kontrabasistka. Jak zawsze w przypadku RPR emocje i rozstrzał estetyczny gwarantowane! Welcome!



Pulverize the Sound  Black

Czas i miejsce akcji nieznane: Peter Evans – trąbka, Tim Dahl – bas elektryczny i mikrofon oraz Mike Pride – perkusja, glockenspiel i dodatkowe instrumenty perkusyjne. Siedem improwizacji, 47 minut.

Zgodnie z informacją zawartą na bandcampie, dość regularnie współpracujące ze sobą trio o nazwie własnej po raz pierwszy serwuje nam w pełni improwizowany materiał. Efekt jest bardziej niż udany, choć bas elektryczny, trąbka na pogłosie i nieskomplikowana perkusja mogłyby sugerować prosty skok w otchłań fussion jazzu. Tak się jednak nie dzieje, albowiem muzycy w każdym momencie albumu postępują wbrew jakimkolwiek schematom. Nie gnają do przodu, nie szukają prostych, jazz-rockowych zagrywek. Nieustannie plączą się w zeznaniach, bystrze improwizują (zwłaszcza bas), ciągle szukają drugiego dna (trąbka) i kompletnie w nosie mają budowanie linearnych, dynamicznych ekspozycji (perkusja). Bez wątpienia Black, to jedna z najlepszych płyt w tegorocznym katalogu Relative Pitch, a może i także w kategorii open.

Już na starcie wiemy, iż będzie to bardzo gęsta, solidnie naoliwiona narracja. Basowe pętle i przełomy, frazy szyte tuż nad powierzchnią, ale także na wysokości, trąbka na intensywnym pogłosie, która szuka idealnej tekstury i perkusja, która permanentnie sprawdza brzmienie wszystkich elementów zestawu. Budowaniu emocji sprzyja tu siarczyste brzmienie, a najciekawiej w utworze otwarcia dzieje się wtedy, gdy muzycy tłumią pokrętną dynamikę i na stojaka szukają psychodelii niemal w każdym dźwięku. W drugiej części dość szybko znajdują coś na kształt rytmu, ale zdaje się on być dalece połamany. Bas skrzy się tu mocą silnego rocka, perkusja skłania ku punkowym pętlom, a rozśpiewana trąbka jako pierwsza rozsiewa kwaśny odczyn. Trzecia improwizacja trwa ponad trzynaście minut i muzycy znajdują tu czas na każde rozwiązanie. Balladowy, akordowy wstęp, kłęby brudnych fraz i perkusjonalne zdobienia zamiast ataku furii. Potem bas i trąbka idą swobodnie w tango, ale przy wsparciu jedynie stopy na bębnie basowym. Wreszcie dostajemy się w wir urokliwych strzępów dubowego brzmienia i garści rockowych repetycji. Czwarta część śmiało zasługuje na miano dirty dancing i bodaj jako jedyna charakteryzuje się stałym, dynamicznym drive’em perkusji. W trakcie piątej odsłony artyści znów przebywają drogę od wolnego, leniwego wstępu do efektownych, wręcz hałaśliwych didaskaliów, śląc nam porcję rockowych emocji, perkusyjne solo i trębackie okrzyki. W szóstej części muzycy w skupieniu sprawdzają akustykę pomieszczenia, pięknie pracują z echem i kreują narrację dysonansem poszczególnych jej elementów. Wreszcie finałowa rozgrywka, ponad dziesięciominutowa. Start nietypowy, bardzo minimalistyczny, szyty drobnym frazami. Do frontalnego ataku muzycy przystępują dopiero w połowie nagrania, niosąc dalece rockowy sztandar zwycięstwa. Zupełnie niespodziewanie ostatni numer na płycie okazuje się być najbardziej dynamicznym i hałaśliwym. W drugiej części kapitalne frazy szyje basista, która brzmi niczym Jaco Pastorius po ostatecznym przedawkowaniu. Muzycy utrzymają tu tempo i wielkie emocje do samego końca.



 

Biliana Voutchkova & Tomeka Reid  Bricolage III (DL)

Werkhalle Wiesenburg, Berlin, sierpień 2021: Tomeka Reid – wiolonczela oraz Biliana Voutchkova – skrzypce, głos. Trzy improwizacje, 28 minut.

Kolejny epizod projektu Biliany DUOS2022 przynosi spotkanie z artystką amerykańską, która nie wymaga jakichkolwiek rekomendacji. Zatem dwie mistrzynie strunowego i preparowanego free improv, bardzo zwarta zabudowa dźwiękowa i kongenialne interakcje. Oczywiście z miejsca padamy na kolana, w ostatniej dosłownie chwili zadając pytanie – dlaczego ich berlińska improwizacja nie trwa nawet dwóch kwadransów!?

Artystki zaczynają swoją opowieść w głębokiej krypcie. Smyczki posadowione na gryfach wiolonczeli i skrzypiec wydają pierwsze, półprzytomne dźwięki, pełne martwego post-baroku. Suspens wisi nad nimi jak ołowiane sklepienie. Struny, niczym szorstkie ślizgawki, niosą oba smyczka wysoko ku górze. Jeden z nich pracuje w trybie minimalistycznym, ten drugi w … post-minimalistycznym. Aż piszczą z zachwytu, a może bardziej ze strachu. Ich frazy zdają się być na poły melodyjne, ale rozhuśtane niewidocznym wiatrem, pełne trwogi i boleści. Owa elokwentna post-chamber story w początkowanej fazie kilkunastominutowej improwizacji boi się nabrać wigoru, obie Panie wolą bowiem tonąć w bezmiarze zmysłowych preparacji i czekać na nadejście niemożliwego. W końcowej części utworu na obu gryfach pojawia się jednak pewnego rodzaju dynamika, frazy nabierają czystości, a cała narracja delikatnej zadziorności. Początek drugiej opowieści lepi się z samych drobiazgów. Nerwowe, preparowane dźwięki, zarówno te brudne, jak i czyste, konfrontujące bystre pizzicato i leniwe arco. Panie nieśmiało decydują się na swobodny taniec, budują uroczy, dość już gęsty flow, niepozbawiony akcentów percussion. Na starcie trzeciej części znów stają w delikatnej opozycji – jedna uderza w struny, druga wydaje post-barokowe westchnienia. Mrok zaszyty tu jest w każdym zakamarku strumienia dźwiękowego. Artystki ledwie dotykają strun, jak płynęły po tafli fonii niczym pozbawione ciężaru właściwego owady. Owa nieznośna lekkość improwizacji buduje niebywałą jakość. Tymczasem obie schodzą bardzo nisko na kolanach, a ich struny dygoczą filigranowymi emocjami. W fazie końcowej improwizacji Biliana dodaje kilka dźwięków wprost z gardła, z jednej strony kreując dodatkowy suspens, z drugiej biorąc w nawias ironii wyjątkową mroczność tej części albumu. Temperament obu Pan stawia teraz czoło ich minimalistycznej metodzie twórczej. Ostatnie frazy lepią się w nostalgiczny dron, nasycony gasnącymi emocjami.



 

Dimitriadis, Dörner, Freedman, Parkins & Williams  BeingFive

Czas i miejsce akcji nieznane: Yorgos Dimitriadis – instrumenty perkusyjne, elektronika, Axel Dörner – trąbka, elektronika, Lori Freedman – klarnet, klarnet basowy, Andrea Parkins – akordeon, amplifikowane obiekty, elektronika oraz Christopher Williams – kontrabas. Pięć improwizacji, 50 minut.

Jeśli w muzyce improwizowanej lubimy zjawiska predefiniowane, tudzież odrobinę konceptualizmu, ta płyta zdaje się być dla nas stworzona. Kwintet w dalece frapującym składzie personalnym (prawdziwa mieszanka rutyny z młodością!) serwuje nam cztery pomysły na improwizacje. W pierwszej części zdaje się łączyć wodę z ogniem, skacze z kwiatka na kwiatek, snuje coś na kształt elektroakustycznej narracji o poziomie zmienności godnym najlepszych, ponadgatunkowych pomysłów Johna Zorna. Potem ucieka w świat swobodnej kameralistyki i dalece tłumionych emocji, dzieląc ów wątek na dwie części (drugą i czwartą na krążku). W dalszej kolejności proponuje nam wielominutowy ciąg miniatur porozdzielanych porcjami ciszy, wreszcie na koniec zabiera w jeszcze dłuższą, dronową opowieść, która przy okazji staje się bardzo efektownym podsumowaniem płyty. Cały album budzić może nieco ambiwalencji (choćby z uwagi na matowe, subdoskonałe brzmienie), zdecydowanie intryguje jednak na każdym etapie swojego rozwoju.

Pierwszą improwizację, która trwa ponad dwanaście minut kreuje dysonans. Z jednej strony kameralne pląsy kontrabasu i klarnetu, z drugiej elektroakustyczny tumult budowany zapewne siłą całego kwintetu. Narracja płynie od drobnych subtelności po zbiorową histerię o industrialnym posmaku. Podobają nam się szczególnie mgliste pasma akordeonu, krzyki klarnetu basowego i smyczkowe piłowanie strun. Drugą opowieść budują wyłącznie drobne frazy, lepione w całość na silnie zaciągniętym ręcznym. Jeśli ktoś tu stawia na większą porcję ekspresji, jest nim perkusjonalista. Po stronie atutów odnajdujemy kilka bardziej żwawych fraz preparowanej trąbki i rozśpiewanego klarnetu.  Środkowa część albumu to anonsowane wcześniej miniatury. Kilkunasto- lub kilkudziesięciosekundowe fragmenty wyjęte prawdopodobnie z długiej improwizacji, często realizowane w podgrupach. Bezdźwięczne interwały pomiędzy nimi budzą spore wątpliwości, co do idei takiego rozwiązania dramaturgicznego. W czwartej odsłonie powracamy do wątku kameralnego, zapoczątkowanego w części drugiej. Na froncie walki o tłumione emocje klarnet basowy i trąbka. Całość szyta jest nerwowym ściegiem, ale zdaje się być także dość minimalistyczna w zakresie użytych środków wyrazu. Wiele rekompensuje tu finałowa, ponad czternastominutowa ekspozycja dronowa. Zaczyna się w głębokiej ciszy, tamże też się kończy, ale w międzyczasie dostarcza nam moc wrażeń i jakości. Początkowo wydaje się być budowana głównie z dźwięków akustycznych, z czasem nabiera siarczystości i elektryczności, aż po granice post-industrialu. Ma swoje fazy intensywności, a końcowe odliczanie zaczyna się dziewięćdziesiąt sekund przed końcem. Po wydaniu ostatniego tchnienia dysk serwuje nam jeszcze prawie dwadzieścia sekund ciszy.



Joanna Mattrey & Gabby Fluke-Mogul  Oracle

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Joanna Mattrey – altówka, stroh violin oraz Gabby Fluke-Mogul – skrzypce. Osiem improwizacji, 41 minut.

Dwie młode, anarchizujące i radykalne muzycznie improwizatorki (cytuję za bandcampem, ale i potwierdzam poprzednimi doświadczeniami odsłuchowymi!) zapraszają na kompulsywny meeting instrumentów strunowych, deprawowanych wyjątkowej jakości kreacją, w której odnajdujemy mnóstwo tropów stylistycznych, kilka niebanalnych technik wydobywania dźwięków i cały ocean artystycznej bezczelności, eksplodującego temperamentu i niezaprzeczalnego wdzięku!

Pierwsza improwizacja trwa ponad dziesięć minut i stawia poprzeczkę jakości na niebotycznym poziomie! Najpierw mała eksplozja z post-rockowym posmakiem, potem minimalistyczne gry z delikatnym, folkowym zaśpiewem, potem kilka kroków po udeptanej post-klasyce. Z jednej strony narracja przypomina drobne resume doświadczeń artystycznych Kronos Quartet, z drugiej pokazuje … post-punkowy pazur. Trochę tu żałobnych śpiewów i kilka post-tanecznych podrygów w ramach pikantnej przyprawy. Trzy kolejne improwizacje są dalece enigmatyczne, ale zdają się oddziaływać niczym prosty sierpowy. Najpierw punkowe piłowanie strun, generujące strzępy acoustic noise, potem duża porcja starczego pojękiwania, wreszcie epizod, który z jednej strony stawia basowe stemple, z drugiej bliski jest emocji muzyki dawnej, która niechętnie staje z grobu, by ostatecznie popaść w kompulsywny półgalop. Szósta improwizacja znów trwa ponad dziesięć minut. Zaczyna się w oparach bardzo emocjonalnych preparacji. Artystki pracują tu z głuchym echem studia nagraniowego i budują efektowny suspens. Ciągnie je ku bardziej ekspresyjnym i dynamicznym akcjom, ale ostatecznie nie decydują się na puszczenie hamulców i umierają w wyjątkowo pięknej ciszy. Siódma odsłona kreowana jest początkowo szumiącymi dronami. W dalszej części artystki stawiają na dysonans – z jednego strony czyste frazy pizzicato, z drugiej gęsta struga zabrudzonego brzmienia. Powrót do dronów jest też okazją do pohałasowania. Końcowa improwizacja koncertuje się na preparowanych pomrukach, akcentach percussion i ekspresyjnych, smyczkowych ślizgach po gryfach.



 

Kelsey Mines  Look Like

Czas i miejsce akcji nieznane: Kelsey Mines – kontrabas, głos. Sześć improwizacji, 50 minut.

Dwie pierwsze płyty w dzisiejszym zestawie postawiły nas na baczność, po czym kazały upaść na kolana. Dwie kolejne intrygowały nieprzerwanie w trakcie odsłuchu. Ostatnia z analizowanych dziś nowości napotkać winna jednak na kilka krytycznych uwag recenzenta. Kontrabas solo i śpiew, tudzież mantryczna wokaliza, to całkiem dobry pomysł na niedługi album, ale Amerykanka sprawia wrażenie, jakby posiadała zasoby kreatywności na nie więcej niż kilkanaście minut improwizowanej narracji.

W pierwszej piosence artystka kreuje unisono głosu i kontrabasowego smyczka, jakby podawała temat przewodni spirytualnego evergreena. Brzmi post-barokowo, a tonacja jej narracji wydaje się w takim samym stopniu molowa, jak i durowa. Potem sięga po pizzicato i estetykę minimalistyczną. Z czasem zaczyna nucić melodię, jakby odbywała właśnie poranną toaletę. Emocje rosną tu wprost proporcjonalnie do zbytniej pewności siebie młodej kontrabasistki i wokalistki. Kolejne opowieści zbudowane są na podobnym schemacie. Artystka improwizuje, ale jej głos zdaje się głównie podążać za dźwiękami kontrabasu lub wtórować jego narracji. Ta ostatnia z jednej strony wydaje się być swobodną improwizacją, ale z drugiej przypomina nutki zapamiętane w gotującej się od emocji głowie. Gdy artystka pracuje smyczkiem i nie skąpi nam dynamiki, opowieść zdecydowanie zyskuje na jakości, gdy jednak waha się i dywaguje nad każdą frazą, cierpliwość słuchacza wystawiona zostaje na dużą próbę. Zdecydowanie najciekawiej prezentuje się ostatnia odsłona albumu. Kelsey śpiewa nad smyczkiem, kreuje chropowaty, dość wysoko podwieszony flow, syci go dużą porcją emocji i ekspresji, a cała ekspozycja sprawia wrażenie swobodnie improwizowanej. Pod koniec serwuje nam jeszcze kilka tanecznych podrygów, po czym urokliwie przygasa.