Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francesc Llompart. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francesc Llompart. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 stycznia 2022

El Pricto & Discordian Community Ensemble in Degenerative Music #2!


El Pricto, wenezuelski artysta jakże wielu talentów, odmieniany na tych łamach przez wszystkie przypadki, pojawił się na opublikowanej w ubiegłym tygodniu liście 50 Reasons to Remember The Year 2021 dokładnie sześć razy! Jedynie z czystej przyzwoitości wobec innych muzyków tego świata, jego ujawnienia skończyły się na tych sześciu przypadkach. Bo powodów, by dobrze zapamiętać 2021 rok z Pricto w tle było... jeszcze kilka! Choćby płyta, o której kilka słów poniżej!

Degenerowanie klasycznych partytur (tj. przekładanie oryginalnych zapisów nutowych na gesty sterujące procesem improwizacji), to jedno z ulubionych zajęć Wenezuelczyka. Temu niecnemu procesowi były już poddawane kompozycje Liggetiego, Beethovena, a całkiem niedawno, tu na żyznej, krajowej ziemi, dzieła Szymanowskiego, Karłowicza i samego boga klasyki - Chopina! Najnowszą ofiarą Pricto jest Joseph Haydn i jego kwartet smyczkowy Opus 76, część czwarta.

Poniżej garść emocji, jakie spłynęły z wirtualnego pióra Pana Redaktora w trakcie odsłuchu dwóch podejść do zacnego dzieła austriackiego mistrza klasycyzmu, poczynionych przez kwintet składający się z podwójnych skrzypiec i wiolonczeli oraz perkusji wspartej elektroniką (wszystko pod kierunkiem Pricto!). Dodajmy, iż first movement został tu określony jako całkowicie zdegenerowany, drugi zaś jako trochę zdegenerowany.

 


Gęsto frazujące, zawieszone w chmurze narracji smyczki od startu zdają się tu zadawać strunom akustyczne katusze. Ich nerwowe pasaże kontrapunktowane są hałaśliwymi wybuchami całego kwintetu, tuti grande! W tak zwanym międzyczasie w potoku ścisłe polepionych dźwięków znajduje się jeszcze mikro przestrzeń na drobne galopady skrzypiec. Zmysłowa, ale jakże boleściwa opowieść, pełna groźnych, mrocznych westchnień z offu, brnie tu do przodu z niemal rockowymi emocjami. Smyczkowej kanonadzie towarzyszą perkusyjne akcesoria, które dość swobodnie preparują. Po pewnym czasie na lewej flance odnotowujemy drobny, post-barokowy śpiew cello, na flance zaś przeciwstawnej niezobowiązujące pizzicato skrzypiec. Ale rzeczone kontrapunkty niczym walec, wciąż dają moc i nie proszą o wyjaśnienia. Muzycy pracują na dużej dynamice, zatem niezalenie od innych walorów artystycznych dzieła, możemy zachwycać się także umiejętnościami technicznymi wszystkich uczestników tej zdradzieckiej rejterady! W pewnym momencie narracja zdaje się osiągać istotny szczyt ekspresji, który śmiało pomieściłby się w ramach gatunkowych free jazzu! Po znaczącym spowolnieniu czekają na nas z kolei całe plejady efektownych lamentów i zgrzytania zębami. Pricto na tyle intensywnie steruje poczynaniami muzyków, iż cała opowieść wydaje się być po kilkudziesięciu przebiegach samonakręcającą się spiralą zdarzeń, pełną drobnych erupcji bolesnej zadumy i efektownych wybuchów jakże dynamicznych emocji. Nie brakuje kompulsywnych zagęszczeń, które wręcz proszą się o epitet noise. Sam finał, po ponad 26 minutowej galopadzie, pachnie stadionowymi, prawdziwie rockowymi emocjami.

Drugi movement od pierwszego dźwięku staje w dużej opozycji do swego poprzednika. Mroczne, rozhuśtane intro zmyślnie kroi ramy dla leniwej, ale nerwowej narracji. Post-harsh-barok snuje się po podłodze i szuka ukojenia w drobnych, urywanych frazach skrzypiec i wiolonczeli. Swoje dokłada czerstwa perkusja, upstrzona iskierkami elektroniki. Tempo wydaje się stabilne, a emocje leżą po kątach, niczym pijani biesiadnicy. Tuż potem następuje faza smyczkowych zawodzeń, wsparta kiściami rezonujących talerzy. Nowe życie w tej degrengoladzie stylistycznej pojawia się po dziewiątej minucie. Rośnie tempo, eksplodują emocje, a kwintet zaskakująco szybko wspina się na całkiem poważne wzniesienie, po czym leniwie opada w otchłań dziwnych, przesterowanych fraz. Muzycy potrzebują jeszcze paru chwil, by choć trochę uspokoić się. Ostatnia minuta nie jest jednak spokojna, wszędzie tli się rezonans, a emocje przygasają jakby wbrew woli artystów.

 

El Pricto/Discordian Community Ensemble Degenerative Music #2 (Discordian Records, DL 2021). Joan Torné – perkusja i elektronika, Jaime Del Blanco oraz Francesc Llompart – skrzypce, Joao Braz oraz Mariano Camarasa – wiolonczele, El Pricto – dyrygent, spontaniczny degenerator.  Nagrane w trakcie Nocturna Discordia #264, Soda Acùstic, Barcelona, 21 października 2021 roku. Dwa utwory, czas trwania – 39:42.



czwartek, 23 kwietnia 2020

El Pricto and The Discordian Unreal Diary!


Barcelońska eksplozja kreatywności trwa w najlepsze! Po niedawnej prezentacji trzech duetów Vasco Trilli, czas na pogłębioną analizę nowości wydawniczych Discordian Records i jej sublabelu Discordian Bootlegs.

W roli głównej, nie kto inny, jak the one and only El Pricto! Siła sprawcza niemal wszystkiego, co wartościowe w muzyce kreatywnej stolicy Katalonii. Wenezuelski multi-artysta (przypominamy, iż muzyk udzielił wywiadu rzeki Panu Redaktorowi, który jest dostępny zarówno na tych łamach, jak i na portalu Jazzarium.pl) dziś zaprezentuje się w kilku rolach. Będzie kompozytorem, dyrygentem, muzykiem improwizującym, wreszcie realizatorem nagrania, a nade wszystko – w każdym przypadku – wydawcą!

Zaczniemy od okrętu flagowego DR, czyli formacji Discordian Community Ensemble. W dalszej kolejności klasyczny kwartet saksofonowy, ale po ... katalońsku i diskordiańsku jednocześnie. Zaraz potem czeka nas wycieczka w czasy pierwszego pięciolecia istnienia wydawnictwa i odczyt/odsłuch całego mnóstwa skomponowanych improwizacji El Pricto, bazujących na cudownym brzmieniu instrumentów dętych, nagrań upublicznianych dziś wszakże po raz pierwszy. Wreszcie na finał tej opowieści duże składy pod wodzą Francesca Llomparta, zarówno zarejestrowane w ostatnich latach, jak i nieco starsze.

Zapraszamy na jakże widowiskową eksplozję wyjątkowej muzyki! Niech żyje Discordia!




Discordian Community Ensemble  Songs From The Unreal Book (Discordian Records, DL 2020)

Najnowsza produkcja Discordian Community Ensemble, to Piosenki bez słów dla świata pozbawionego znaczenia, z dedykacją dla wszystkich doświadczających pandemii, albowiem życie samo w sobie ma już znaczenie.

Grudzień 2018 roku, nagranie koncertowe z Klubu Sinestesia, na scenie DCE w składzie: Ilona Schneider – głos sopran, Pol Padrós – trąbka, Melisa Bertossi – saksofon tenorowy, Francesc Llompart – skrzypce, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny, Oriol Roca – perkusja oraz El Pricto – dyrygentura. Ten ostatni jest także autorem sześciu kompozycji zawartych na płycie, które wyjątkowo, jak na zwyczaje tego twórcy, przybrały postać notacji graficznych. Jedna z nich zdobi zresztą okładkę wydawnictwa, która trwa 34 minuty i 32 sekundy.

Ostrze rockowej gitary zostaje nam wbite proso w serce, szczęśliwie jednak kobiecy głos i delikatne skrzypce, przyłożone do krwawiącej ranny, dają nam - trwające ułamek sekundy - ukojenie. Dzieło El Pricto, czyli klasycznie ponad epokowy i równie ponadgatunkowy konglomerat szalonych pomysłów, z których żaden nie okazuje się być złym wyborem. W tej początkowej bitwie męskości i kobiecości, rola mediatorów przypada dęciakom i pozostałym strunowcom. Basówka i perkusja grzmią, huczą i drżą całą swoją masą. Narracja budowana na dysonansie kąsa urodą i dramaturgiczną dosadnością. Gitara Caicedo potrafi brzmieć, jakby muzyk przesypywał kamienie, nie stroni od flażoletów, ale i stempli betonowej mocy. Od ciszy wyczekiwania, do ekspresyjnych kipieli – gigantyczna amplituda emocji i natężenia dźwięków. Contemporary free rock & chamber! Wszystko zdaje się tu dziać wedle wskazań kompozytora i dyrygenta, ale poziom emocji nie stygnie choćby na moment. Druga opowieść też toczy się od ściany do ściany – do środka i na zewnątrz, od dołu do samej góry. Kolektywna erupcja emocji, tu z drobną ekspozycją trąbki. Gitara i reszta załogi stawia zasieki i hałasuje, mając jednak - mimo wybuchów gorącego powietrza- wszystko pod kontrolą! Narracja smakuje czerstwym rockiem, jest połamana, powykręcana, faluje jak wielki okręt na wzburzonym oceanie. Pięknie uporządkowany chaos!

Trzecią opowieść zaczyna coś na kształt basowego walkingu. Kobiecy głos, dęte zawody i rzężąca gitara. Rock vs. chamber in great fury! Stopień skomplikowania, ale i frywolności całej narracji przywodzi skojarzenia z metodami pracy Franka Zappy. Kolejna część kontynuuje wątek wspólnych pokrzykiwań – masywny rock grzmi dętymi posadami, obok skrzypce i głos eskalują wątek kameralistyczny. Ekspresja wszakże ponad wszystko! Piąta opowieść na moment hamuje ów dramaturgiczny walec drogowy. Szumy, szmery, świsty – każdy z uczestników tego szaleństwa zaczyna preparować dźwięk swojego instrumentu. Gitara zgrzyta tępym ostrzem, tenor dorzuca do ognia, emocje rosną, ciągle bystrze jednak kontrolowane przez Pricto. Szósta kompozycja, to strzał hałasu na otwarcie. Dźwiękowe brzytwy, stylistyczne dysonanse. Free jazz vs. post-chamber! John Zorn podrzuca wygniecione pięciolinie! Góra – dół, do środka i na zewnątrz! W tej niebywale gęstej narracji każdy z muzyków znajduje kilka sekund na indywidualne popisy, ale wszystko dzieje się jakby w tej samej sekundzie naszego życia. Od ciszy do hałasu i z powrotem! Emocje po wybrzmieniu giną w głuchej ciszy oklasków.




Malaclypse Sax Quartet  时鸟唱歌是因为有答案  (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Marzec ubiegłego roku, koncert w miejscu zwanym Tepekalesound, przedmieścia Barcelony - L'Hospitalet. Formację Malaclypse Sax Quartet znają wszyscy, którzy wraz z redakcją od lat zagłębiają się w historii dyskordianizmu i labelu, który stworzył Pricto na chwałę owej fikcyjnej religii. Na saksofonie sopranowym zagra Agustí Martínez, na altowym - El Pricto, na tenorowym - Liba Villavecchia, zaś na basowym - Ferran Besalduch. Dęta epopeja (z chińskiego: Sometimes Birds Sing Because They Have Answers), stworzona przez wszystkich jej uczestników (all music by the musicians, bez jakichkolwiek informacji, jakoby któryś z muzyków pełnił rolę dyrygenta), składa się z trzech części (dwóch zasadniczych i dwuminutowego encore), trwa zaś 37 minut i 32 sekundy.

Głosy otwarcia saksofonowej ceremonii są następujące – dwa wysokie dęciaki śpiewają, jeden repetuje, a ten czwarty, najniższy buduje basową bazę dla improwizacji. Wszystkie dźwięki są czyste, barwne i na swój sposób ulotne. Po paru minutach sytuacja ulega drobnym modyfikacjom – lewa flanka płynie szerokim strumieniem, prawa śpiewa skromną kołysankę, a pozostałe dwa instrumenty milczą, bądź sprawiają wrażenie, że … milczą. Napięcie jednak narasta, coś z pewnością musi się za chwilę wydarzyć - drobne preparacje, prychanie z samego środka narracji, tygrysie pomruki i kocie lamenty. Rodzaj ptasiego radia, zdobionego niedźwiedzimi pomrukami saksofonu basowego. Po 10 minucie następuje krótkie zejście w obszar ciszy, ozdobione garścią sonorystycznych niuansów. Na sam finał pierwszego utworu muzycy realizują kilka bardziej dynamicznych depnięć na pedał  gazu, po czym przechodzą do fazy gaszenia płomienia, który przypada w udziale duetowi lżejszych dęciaków.

Druga, zasadnicza i najdłuższą opowieść początkowo budowana jest płynnymi, skupionymi frazami. Jakby zło budziło się do życia po latach cierpienia. Każdy z muzyków coś dokłada od siebie, kreuje mikro eskalacje, szuka zaczepki. Bas dmie złowieszczo, reszta tańczy i swawoli. W okolicach 4 minuty wszyscy wchodzą w przepiękną fazę szeptów. Nostalgia pełna zimnej nerwowości. Kilka neoklasycznych parsknięć, jakby stawianie znaków zapytania. Wzrost emocji następuje z inicjatywy basu – reszta nie zgłasza zdania odrębnego i rozśpiewany kwartet rusza w drobną przebieżkę. Mocni, stanowczy, niemal dostojni instrumentaliści w drodze na szczyt hałasu, który osiągają w okolicach 13 minuty. Potem raptowny stopping – lewa flanka krzyczy samotnie, z małymi preparacjami. Towarzyszą jej dalece wystudzone komentarze współpartnerów. Dialogi, trialogi, czerstwy głos wszystkich, to kolejne fazy rozbudzania narracji. Specyficzne call & responce – jakby śmiech przez łzy! Skowyt i drwina w tym samym momencie - prawdziwie ludzkie oblicze czterech saksofonów. Po 17 minucie bas zaczyna porządkować opowieść, pozostali śpiewają i nie do końca wykazują należytą posłuszność. Po 19 minucie bas milknie, cóż ma bowiem uczynić… Reszta dyskutuje w najlepsze. Na ostatniej prostej bas jednak powraca i zabiera wszystkich na krótki, jakże ognisty finał opowieści.

Pozostaje nam jedynie odsłuchać ledwie dwuminutowy bis, rodzaj dramaturgicznej repryzy właśnie, co skończonej improwizacji. Alt smakuje czupurnym Zornem, reszta kwili i grymasi. Gdy bas rozpocznie finałowy taniec, reszta towarzyszy może jedynie – z krzykiem na ustach – dołączyć do niego i dobrnąć do jakże zasłużonych oklasków.




El Pricto  Tangential Views (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Trzy kompozycje El Pricto na małe składy improwizujące, stworzone i wykonane w pierwszej połowie dekady lat 10. bieżącego stulecia. Całość trwa 34 minuty i 32 sekundy.

Tangential Views (The Hodge Podge, Barcelona, maj 2011); El Pricto – saksofon altowy, Don Malfon - saksofon barytonowy, Luiz Rocha – klarnet basowy oraz Miguel Serna – kontrabas.

The King In Yellow (The Golden Apple, Barcelona, styczeń 2015); El Pricto – saksofon altowy, Paulina Owczarek – saksofon barytonowy, Alex Reviriego – kontrabas oraz Marko Jelača – perkusja.

Double Spiral Dynamo (The Hodge Podge, Barcelona, kwiecień 2011); Agustí Martínez – saksofon altowy, Tom Chant – saksofon tenorowy, Xavier Díaz Herrera – saksofon barytonowy, Miguel Serna – kontrabas, Javier Carmona – perkusja oraz El Pricto – dyrygentura (ta powinność dotyczy także poprzednich utworów).  

Pierwszy kwartet sprawia wrażenie, jakby był … sekstetem. Zarówno kontrabas, jak i klarnet basowy mają zmultiplikowane brzmienie, dzięki czemu, zwłaszcza na początku utworu, dźwięki płyną do nas nieprawdopodobnie gęstym, nisko zawieszonym strumieniem. Oba saksofony w tym czasie śpiewają wysokim tembrem i czekają na przebieg wypadków. Po niedługiej chwili kwartet (sekstet?) zaczyna brzmieć, niczym stado rozjuszonych rumaków w posuwistym, nerwowym galopie. Jeszcze przed upływem 2 minuty muzycy płynnie przechodzą w dęte unisono z pięciolinii, po czym rozlewają się szerokim korytem, skwierczą i chrząkają, by po kilkudziesięciu sekundach przygasnąć. Baryton i alt skrzeczą na przeciwległych flankach, a znów podwojona moc niskich pasm czyni spustoszenie. Po 6 minucie ostry wrzask na raz i znów krok ku spowolnieniu. Krótki marsz na wiwat i obumierający kontrabas, który gasi światło, wyczerpują program pierwszego utworu.

Drugi kwartet początkowo kontynuuje ów wiwatujący marsz. Stawia jednak na dramaturgiczną wyrazistość i adekwatny poziom natężenia dźwięku – truly free jazz quartet! Saksofony złowieszczo śpiewają, kontrabas rwie struny, a perkusja niczym dobosz, zwołuje wszystkich na rytuał improwizacji. Użycie smyczka wzmaga napięcie, nie studzi emocji. W połowie 5 minuty krótka przygoda z ciszą – suchy smyczek, drżące talerze i saksofonowe drony. Po niedługiej chwili pizzicato kontrabasu zarządza nową, masywną eskalację, która ma miejsce niemal dokładnie w 10 minucie utworu. Bas pulsuje, drummer liczy krawędzie. Saksofony nie pozostają bierne i cały kwartet płynie marsowym bluesem, czerstwym, ale jakże smakowitym. Sporo dzieje się w tym momencie wedle prictowego scenariusza, ale emocje nie gasną choćby na ułamek sekundy. W połowie 15 minuty, czas na skromne preparacje, garść prychów spod wilgotnych dysz i tajemniczych szelestów. Piękną aurę chwili tworzy szczególnie smyczek na kontrabasie Alexa, choć jego partnerzy także nie ustają w wysiłkach, by pióro recenzenta gotowało się z emocji. W 18 minucie temu ostatniemu nie pozostaje nic innego, jak ogłosić, nie pierwszy tego dnia, stan free jazzowej kipieli! W połowie 20 minuty, jakby za sprawą różdżki czarodzieja, kwartet płynnie powraca do frazowania, które znamy z początku utworu. Wiwatujący marsz ku chwale złego i chaotycznego! Piękna pętla dramaturgiczna gaśnie szybko, w niecałe 15 sekund.

Czas na finałowy kwintet, z El Pricto wyłącznie w roli dyrygenta, niespełna pięciominutowy. Delikatne otwarcie, pełne kameralistycznej nieśpieszności, śpiewy dętych, pizzicato kontrabasu, małe perkusjonalia. Zaduma w sierści niepokoju, saksofonowy rozmach - rozkołysany, piękny, choć niepozbawiony wewnętrznego hałasu, marsz ku ostatniemu dźwiękowi. Wiwat!




Francesc Llompart  Insect Politics (Discordian Records, DL 2020)

Czas na skomponowaną improwizację w rozbudowanym wydaniu personalnym, którą dostarcza nam muzyk, z którym zetknęliśmy się już w trakcie pierwszej z omawianych dziś płyt – Francesc Llompart. Poza faktem bycia autorem muzyki i dyrygowania trzema orkiestrami, muzyk w pierwszej i trzeciej części będzie też odpowiadał za post-elektroniczną degenerację dźwięków! Najpierw znajdziemy się w znanym już nam miejscu The Hodge Podge (październik 2012), potem przeniesiemy się do również dziś wizytowanej Sinestesii (czerwiec 2018), by tę krótką podróż po Barcelonie zakończyć w miejscu zwanym Centre Cívic Albareda (luty, 2017). Poza LLompartem zagrają dla nas: Pablo Selnik - flet (utwór 1), Luiz Rocha - klarnet basowy (1,2,3), Tom Chant - saksofon sopranowy (1), Liba Villavecchia – saksofon sopranowy (1), Isidre Palmada - puzon (1), Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne (1,3), Eduard Altaba - kontrabas (1,3), Diego Caicedo – gitara elektryczna (2,3), Sebastián Vidal – gitara klasyczna (2), Fernando Brox – flet (2), Marco Mezquida - fortepian (2), Aldo Aranda - perkusja (2), Míriam Fèlix - wiolonczela (2), Ángel Faraldo – elektronika (2), Naná Rovira – klarnet basowy (3), El Pricto – saksofon altowy (3), Agustí Martínez – saksofon altowy (3), Pope - trąbka (3), Ilona Schneider – głos sopran (3) oraz Carlos Ródenas - kontrabas (3). Całość nagrania, to 55 minut i 32 sekundy.

Insect Politics, część tytułowa, najbardziej rozbudowa, blisko trzydziestominutowa, zaczyna się świstem dęciaków, małą perkusją i plamami akustyki bez wskazania źródła pochodzenia. Dźwięki długie i krótkie, masywny kontrabas traktowany smyczkiem – kameralne poczęcie, pełne skupienia i dramaturgicznej precyzji. Siedmiu żywych i post-elektronika budują zmysłowe flow, z dużą ilością przestrzeni, plastrami ciszy, w tempie slow motion, z drobnymi fermentacjami ze strony percussion. Po 5 minucie - pierwszy grad dętych mini ekspresji, podawanych raz głośniej, raz spokojniej. Dużo dzieje się tu wg scenariusza autora. W połowie 10 minuty intrygujące akcenty rytmu i bystre plamy syntetycznych dźwięków, niepozbawione nawet industrialnych wtrętów. Po kolejnych dwóch minutach przybywa zjawisk fonicznych, kolejnych trybów narracji i jakże zwyczajnych emocji – noise-post-electronics chamber in fury! Gra dla nas oktet, a mamy wrażenie, jakby panowała nad nami wielka orkiestra symfoniczna na sterydach. Po upływie 18 minuty Llompart włącza tryb ciszy i preparacji – dużo daje z siebie syntetyczna praca w konwencji live proccesing (tak przynajmniej słyszy recenzent). Sekcja dęta w tle zwinnie komentuje i trzyma post-elektroniczne degeneracje w ryzach dramaturgicznych. Po 22 minucie ma miejsce piękny pasus kontrabasu, nie bez udziału elektronicznego wsparcia – wszystko nabiera posmaku chamber, a towarzysząca temu zjawisku sekcja rytmu zaczyna swobodnie improwizować. Finał utworu muzycy osiągają długimi pasażami, kontrapunktowanymi drobnymi frazami fletu.

Druga kompozycja (Hronir) proponuje zdecydowanie inny klimat. Elektryczna gitara zwiastuje to nam już pierwszym dźwiękiem. Moc post-rocka, dobrego bębnienia, z elektroniką na pełnych prawach instrumentu, free jazzowy fortepian i masa buńczucznych strunowców. Głośno, gęsto i na temat! Świetne, krótkie ekspozycje klarnetu basowego i fletu, silne percussion! Narracja pełna swobodny, mniej zaplanowana, bardziej żywiołowa. Kolektyw, demokracja, śmierć pięciolinii! Po 8 minucie drobne spowolnienie jest okazją dla zarysowania klimatu delikatnie kameralistycznego. Elektronika bystrze współgra z barokową wiolonczelą, a całość przybiera na ostatniej prostej piękny kształt prawdziwie katalońskiego post-chaosu!

Zipf!, to tytuł ostatniej kompozycji, podobnie jak poprzedniej, trwającej kilkanaście minut. Zaczyna ją dęte unisono z kartki. W tle burczy klarnet basowy, a kobiecy, namiętny głos (patrz: pierwsza dziś recenzowana płyta!) śpiewa tylko piękne frazy. Rozbudowana, ponad dziesięcioosobowa brygada dźwiękowych wichrzycieli buduje artystyczny tygiel samych wspaniałości! Kontrabas wciąż flirtuje z głosem, domniemany live proccesing dorzuca swoje trzy gorsze – chamber not full free, but very open! – notuje łamaną angielszczyzną upocony recenzent. Po 6 minucie mamy wrażenie, jakby na scenie było kilka zastępów filharmonicznych, gotowych na każde rozwiązanie dramaturgiczne. Muzycy i dyrygent szukają ognia, ale temperament wciąż trzymają na wodzy. Kobiecy sopran sięga niemal nieba, dęciaki snują zwinne pasaże post-jazzu, smyczek rzeźbi na gryfie kontrabasu, a dzwonki percussion (Trilla jest z nami!) i zdegenerowana elektronika tworzą konglomerat dźwiękowych cudów. Po 10 minucie narracja delikatnie przygasa, nabiera niemal teatralnej powolności, a dźwięki zdają się wydawać tylko smyczek i głos kobiecy. Pulsuje drobne tło post-elektroniki. Ilona wypowiada ostatnie słowa: Important End!



wtorek, 5 listopada 2019

Discordian Records and its Community Ensemble! Loh Treh! Bayer & Balanya!


Barcelona przeżywa ciężkie chwile, ale świat wokół zdaje się być całkiem nieczuły na jej problemy. Trybuna lokuje swoje sympatie po wiadomej stronie, ale w zakresie słowa pisanego skupia się wyłącznie na muzyce. A tej ostatniej powstaje w stolicy Katalonii niepoliczalna wręcz ilość, a co najważniejsze, wciąż wyposażać możemy ją we wszelkie atrybuty wysokiej jakości.

Dziś cztery jesienne nowości, sygnowane naszym ulubionym szyldem Discordian Records. Dwie pozycje katalogu głównego, o numerach 114 i 115, a także dwie pierwsze edycje sublabelu … Discordian Bootlegs! To właśnie od tych ostatnich zaczniemy nasz krótki przegląd.




Discordian Community Ensemble  Las Cinco Estaciones (Discordian Bootlegs, DL 2019)

Jeden z okrętów flagowych muzycznej Barcelony, Discordian Community Ensemble, czyli dyrygowana improwizacja, prowadzona wg precyzyjnie opracowanych scenariuszy i dwa nowe koncerty, które przy okazji otwierają inicjatywę wydawniczą, o której wspomnieliśmy w preambule tekstu!

Jesteśmy w dzielnicy Gracia. W pierwszej kolejności odwiedzamy klub Magia Roja (marzec 2019), a na scenie spotykamy następującą grupę muzyków: Iván González – trąbka, Victor Colomer – puzon, Vicent Muñoz - … saxhorn,  Miriam Reyes – narratorka, Vasco Trilla – perkusjonalia, Pablo Schvarzman – gitara elektryczna, Dani Pucha – skrzypce, João Braz – wiolonczela, Àlex Reviriego – kontrabas, wreszcie El Pricto – kompozycja i dyrygentura. Odsłuch całości, która zwie się Las Cinco Estaciones, a składa się z pięciu części, zajmie nam 60 minut i 6 sekund.

Dźwięki otwarcia przypadają w udziale narratorce, która pięknym hiszpańskim (nie katalońskim!) prezentuje nam założenia … Dyskordiamizmu *) w ujęciu dydaktycznym, a czynić to będzie w ramach introdukcji każdej z pięciu części tego niezwykłego dramatu. Obok szelest i chrobot strun, które złorzeczą i niosą wyłącznie złe wieści. Doskonale pamiętamy jednak, iż filozofia dyskordiańska jest przede wszystko ogromnym żartem z głupoty ludzkości w ujęciu dalece historycznym. Narracja sieje gromy skupienia, powagi i dbania o poszczególne dźwięki. Trzy instrumenty dęte plotą gęstą pajęczynę fonii, cztery strunowce też nie marnują tu choćby sekundy, a narratorka i perkusjonalista dbają o wrażenie ogólne. Nad całością dramaturgii czuwa zaś mistrz kompozycji i dyrygentury, one and only El Pricto! Orkiestra zdaje się czytać sygnały płynące z zapisów kompozytorskich, ale jej skłonność do figli sprawia, iż opowieść początkowo snuta poprzez małe, urywane frazy, dość szybko zbliża się do naszej ulubionej metody improwizacji call & responce. Narratorka sięga czasami po scat lub melodyczny półśpiew, dęciaki śpiewają i improwizują, strunowce zaś improwizują i tańczą. Akcja toczy się wartko, zmiana goni tu zmianę, a wrzący tygiel stylistycznych odniesień nie pozwala nam zapomnieć choćby przez ułamek sekundy, iż znajdujemy się królestwie El Pricto. Conducted free chamber with high emotions! Druga opowieść toczy się z pozoru nieco spokojniej. Narratorka bez zbędnej zwłoki czyni swoją powinność, obok rechoce trąbka, a struny błyszczą złotym strumieniem upalonej filharmonii. Muzycy zgrabnie wchodzą w dramaturgiczne spięcia w podgrupach, każdy ma tu odpowiedź na każde zadane pytanie, a najpiękniejsze frazy zdają się słać gitara do pary ze skrzypcami. W 7 minucie muzycy z namaszczenia dyrygenta decydują się na zmysłową, kolektywną kulminację, która zdaje się komentować kolejną porcję filozoficznego wykładu narratorki. Ta ostatnia, w ramach kolejnego odcinka specjalnego, proponuje wokalną, repetytywną psychodelię, czym barwi flow narracji niemal na czerwono. Sam finał tej pieśni zionie już ogniem wieczystym.

Trzecia porcja wykładu zdaje się być najspokojniejszą jego częścią – struny ledwie dobywają dźwięki, płyną małymi frazami, wiolonczela niemal czołga się po podłodze, a kompulsywny, intuicyjny drumming klei nierówności meta rytmem, który nie wydaje się być zadanym na pięciolinii.  Dla odmiany, dęciaki sprawiają wrażenie sterowanych wzrokiem dyrygenta. Cała narracja budowana jest niezwykle skrupulatnie, wybrzmiewa zaś pięknymi, dłuższymi frazami, podawanymi kolektywnie. Czwarta część, na zasadzie dysonansu, nabiera dynamiki na starcie i nie jest skłonna zmienić swojej pozycji dramaturgicznej. Puzon dyktuje tempo, strunowce stroszą pióra w kolektywnej repetycji. Całość ma pazury, ale jest dość precyzyjnie zaplanowana. Po niedługim czasie pięknie się jednak rozlewa w ocean całkiem swobodnej improwizacji. Po 7 minucie ciekawe zwarcie w podgrupie z perkusjonaliami w roli wiodącej (Vasco Trilla!). Na finał zaś kolektywna repetycja i garść zgrzytów na kilku gryfach jednocześnie. Czas na ostatnią już partycję koncertu – głos i komentarze dętych, strunowe dialogi i drobiny niemal post-rockowego smaku. Narracja zdaje się płynąć wedle wskazań El Pricto, ale wciąż nadyma się i prycha suchym powietrzem. Całość systematycznie nabiera wiatru w żagle, ale nigdzie się nie śpieszy - gitara slajsuje, talerze rezonują – jednocześnie skupienie i rozchełstanie. Ostatnie dźwięki tego niezwykłego koncertu, to melodyjne zaśpiewy narratorki, toczone na tle wybrzmiewających strunowców.




Discordian Community Ensemble  Degenerative Music #1 (Discordian Bootlegs, DL 2019)

Przenosimy się teraz o kilka przecznic, do klubu Soda Acústic (a na osi czasu cofamy się do końcówki czerwca 2018 roku). Na wyjątkowo małej scenie klubowej melduje się spora wataha muzykantów: Fernando Brox - flet i … harmonic singing, Almudena Vega – flet, Luiz Rocha – klarnet basowy, Vicent Muñoz - … saxhorn, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – bas elektryczny, Joni Garlic – perkusja, Sarah Claman – skrzypce, Francesc Llompart – skrzypce, João Braz – wiolonczela, Mariano Camarasa – wiolonczela i last, but not least El Pricto – koncept całości, dyrygentura i … spontaneous degenerator. Nagranie Degenerative Music #1, złożone z dwóch części, potrwa 42 minuty i 3 sekundy.

Przed nami kolejna artystyczna wolta maestro El Pricto! Najpierw posłuchamy utworu kameralnego … Ludwiga van Beethovena (Kwartet Smyczkowy No.6), potem zaś György Ligetiego (Kwartet Smyczkowy, No.2). Oba w wersji zdegenerowanej – muzycy nie będą grali wedle notyfikacji graficznej zacnych autorów, a korzystać będą jedynie z osobistej gestykulacji El Pricto. Innym słowy – klasyczna muzyka kameralna zdegenerowana do poziomu improwizacji, czynionej przez 11-osobową orkiestrę, granej na żywo, bez jakichkolwiek prób (zgodnie z opisem wydawcy).

Beethoven od startu wydaje się być zadziorny, dynamiczny, komponowany w czasie rzeczywistym trybem jak najbardziej kolektywnym. Dużo muzyków, jeszcze więcej wrażeń, zgrzyty i kompulsywne suplesy dramaturgiczne, a wszystko podszyte wewnętrznym rytmem, pełnym niepokoju, komentowanym małymi eksplozjami mocy. Momentami opowieść smakuje niczym Different Trains Steve’a Reicha, ale eksponowanym po dawce LSD wysokiej jakości. Elektryczny bas Reviriego nadaje całej narracji odpowiedniej masywności, gitara Caicedo często wspiera go w tym żmudnym dziele. Już w 4 minucie orkiestra potępionych deprawatorów świętej klasyki proponuje pierwszy tego dnia stopping dramaturgiczny – struny skowyczą, a garść spokojniejszych fraz pozostałych instrumentów płynie bez nadmiernego pośpiechu. Ta sielanka nie trwa jednak długo – mała kotłowanina w dolnych partiach częstotliwości i bukiet akustycznych zadziorów są już udziałem muzyków! Cios za cios – skromne interludia i salwy przepięć energetycznych! Kipiel post-jazzu, kipiel post-rocka, niewyczerpalne zasoby energii! Niby Beethoven, ale zdecydowanie gramy tu muzykę El Pricto! Niebywała zmienność akcji, emocje, błyskotliwość i temperamentność! Kameralistyka wyzwolona z wszelkich ograniczeń! Po 15 minucie - jedna z nielicznych, pastelowych, wręcz łagodnych przebieżek na gryfach, wewnątrz tub, po emalii werbla i tomów, czyniona wszakże w aurze mroku i silnie skrywanego cierpienia. Pricto przyprawia Beethovenowi rogi, ale czyni to z gracją niemalże anielską. Po 20 minucie opowieść delikatnie traci na intensywności, ale nie na emocjach - rockowe kontrapunkty Reviriego i Caicedo, którzy wciąż dbają na należytą dramaturgię. W tle płynie wataha strunowców, która zdaje się podawać nieistniejący temat unisono. Na sam finał, tuż przed upływem 30 minuty, prawdziwie ognista kipiel! Brawo!

Ligeti rodzi się w niepokojącej, pełnej grozy sytuacyjnej ciszy. Rwane, nerwowe frazy, od ciszy do hałasu i z powrotem. Narracja nabiera ekspresji, ale wszystko wydaje się dziać pod pełną kontrolą El Pricto. Świetna ekspozycja pary fletów, komentowana przez strunowce słodkim pasem zwinnych dźwięków. Po 5 minucie całość nabiera dynamiki, a dobre rzeczy dzieją się także w obrębie zestawu perkusyjnego. Zmiana goni zmianę, raz krótka kipiel, innym razem zmysłowe hamowanie na rozgrzanych strunach – gęsto, frywolnie, temperamentnie (znów gitara i bas!), niemal free rockowa eskalacja z mocnym drummingiem. Na ostatniej prostej tej trzynastominutowej części improwizowanej klasyki, szalona orkiestra Pricto gra piekielnego marsza z uśmiechem na ustach!  




Loh Treh  Dehpiadadoh (Discordian Records, DL 2019)

Przechodzimy do całkiem swobodnej improwizacji! Jedna z dwóch najnowszych płyt regularnej edycji Discordian Records i trio o nazwie własnej Loh Treh: Fernando Brox – flet, Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz João Braz – wiolonczela. Czyli muzycy, których już dziś słuchaliśmy, ponownie klub Soda Acústic, a na osi czasu … wracamy do marca bieżącego roku. Cztery improwizacje, 41 i pół minuty, skomplikowany w każdym języku świata tytuł nagrania.

Akustyka Sody prezentuje się na starcie koncertu w taki mniej więcej sposób – ostry szum z wąskiej tuby fletu, drżenie gryfu gitary podłączonej do prądu, intensywny, choć delikatny drumming, czyniony na gryfie … wiolonczeli. Po paru chwilach budowania pierwszej fazy emocji, Caicedo zaczyna liczyć metaliczne struny gitary, szczęśliwie wszystko się zgadza. Cello Braza brnie dolnym pasmem, brudnym, intrygująco zakurzonym chamber. Flet Broxa w tym gronie wydaje się być najbardziej groźny i najmniej obliczalny. Muzycy zwinnie budują improwizację, co rusz uciekając w strefę fake sounds, tak charakterystyczną dla całej sceny Barcelony. Kolejna faza, po 5 minucie – rytmiczne piłowanie strun wiolonczeli, ćwierkanie fletu i taniec gitary na palcach. Opowieść toczy się kolektywnie, w pełni demokratycznie, nabiera dynamiki niczym ryba powietrza w wodzie. Po chwili zejście w ciszę – ponadgatunkowy free improv podawany ze smakiem, być może delikatnie predefiniowany przed koncertem, przy wąskim, czerwonym barze. Akcja wartka, bez punktów przystankowych – na finał tej części, kreowany przez pizzicato wiolonczeli, fragment bardzo jazzowego frazowania. Druga opowieść także rodzi się z kolektywnego zacięcia, od startu tonie w zadziornych foniach, podawanych bez sentymentów. Muzycy nie stronią od incydentalnego hałasowania (flet!), nie brakuje im rockowej ekspresji - taka oto kameralistyka na sterydach! Aż struny trzeszczą, aż tuba skrzypi! Na wybrzmieniu garść preparacji i bystry półambient gitary.

Trzecia historia zaczyna się głośno, małymi, rwanymi frazami, ale pełnymi wypolerowanych, wyrazistych dźwięków. Podskórny rytm, szeroki bukiet błyskotliwych brzmień. Sucha gitara i czysta akustyka wiolonczeli i fletu. Czas mija w mgnieniu oka. Czwarta improwizacja stawia na kolektywne preparacje! Flet burczy, gitara pulsuje krwią post-rocka, cello rwie smyczek na strzępy, wykorzystując krawędzie gryfu. Narracja znów nabiera intensywności i akustycznych kantów. Znów jest o krok od hałasu. Mantryczny taniec zatracenia w błogości chwili. Flet zdaje się pokrzykiwać z emocji, cello rytmicznie rzeźbi bruzdę w ziemi, a gitara gotuje się w sosie własnym! Prawdziwe power trio! Po chwili muzycy zmysłowo tracą moc na wejściu i zacieśniają pierścień preparacji. Caicedo wpada w ambientowe echo, Braz zaciska struny na gryfie, a Brox narzeka na troski całego świata. Piękna, finałowa ekspozycja! Na ostatniej prostej – flet brzmi niczym zamknięta tuba saksofonu tenorowego, wiolonczela osiąga stan wrzenia, gitara śle zaś rockowe pociski na poste restante. Recenzent zdolny jest już tylko wykrzyczeć epickie what a game!




Marcel·lí Bayer/Josep-María Balanyà  Escletxa (Discordian Records, DL 2019)

Czas na absolutnego świeżaka, płytę, która swą premierę miała w ubiegłym tygodniu. Dwóch muzyków, których łamy Trybuny jeszcze nie gościły: Marcel·lí Bayer – saksofon barytonowy oraz Josep-Maria Balanyà – fortepian, czasami preparowany. Początek lipca 2019 roku, klub, którego też jeszcze nie znamy - Nota 79. Dwie improwizacje, łącznie 39 minut i 15 sekund.

Zapraszamy na prawdziwie free jazzową podróż z saksofonem barytonowym, który lubi brzmieć niczym saksofon tenorowy, dzierżony w dłoniach przez Evana Parkera, i fortepianem, który preferuje aktywną postawę, głównie w pozycji nad klawiaturą. Opowieść w trakcie całego koncertu toczy się wartko, nie zawiera zbędnych punktów przystankowych, ani tym bardziej tzw. pustych przebiegów. Muzycy równie dobrze radzą sobie w temperamentnych eskalacjach, jak i w chwilach zadumy i dramaturgicznego zawieszenia. Zgrabnie budują narrację, nie stronią od hałasu typowego dla wyzwolonego free jazzu, bez trudu schodzą także w obszar ciszy, sonorystyki i niebanalnych preparacji. Zdają się mieć wiele elementów dramaturgicznych tego koncertu pod całkowitą kontrolą. Po 6 minucie pierwszego seta wychodzą z dźwięków – tuba szumi suchym powietrzem, niemal słychać trzeszczące krzesełko pianisty. Baryton plecie piękną, niezwykle wystudzoną opowieść, a piano, delikatnie preparowane, po chwili wyprowadza narrację prawie niedostrzegalnym rytmem. W 17 minucie baryton zostaje na moment sam i zyskuje intrygujący pogłos. Piano też ma swoje kilka samotnych sekund, zbogaconych okrzykami muzyków.

Druga improwizacja jest nieco krótsza. Zaczyna się pasmem wzajemnych preparacji, czynionych po gołych strunach i pustych duszach. Narracja budowana z małych fraz, zwinnie nabiera mocy. Z tą muzyką nie odkrywamy niczego nowego, ale w towarzystwie tych akurat muzyków czujemy się wyśmienicie! Po 10 minucie baryton i piano postanawiają budować bardziej masywną, ekspresyjną narrację. Dynamika i bystry rytm są już jej atrybutami do końca koncertu. Spektakl staje się przez to odrobinę przewidywalny dramaturgicznie, ale sposób, w jaki muzycy gaszą płomień narracji, nadrabia tę ambiwalencję z nawiązką.


*)
Dyskordianizm (ang. discordianism) – za wikipedią: parodia religii stworzona około roku 1958 przez Kerry'ego Thornleya i Gregory'ego Hilla. Nazwa dyskordianizm pochodzi od rzymskiej bogini Dyskordii (grecka Eris). Kult ten sprzeciwia się autorytetom, regułom i tradycji. Zasady dyskordianizmu są wyłożone w Principia Discordia, autorstwa Malaklipsy Młodszego (Gregory'ego Hilla). Ruch dyskordiański jest również opisany w powieści Trylogia Illuminatus! Roberta Shea i Roberta Wilsona.