Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charlotte Keeffe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Charlotte Keeffe. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 marca 2026

Keeffe, Lisle & Serries in Intangible Construct!


Belgijskie wydawnictwo A New Wave Of Jazz otwiera nowy rok kolejnym smakowitym albumem z akustycznym free impro, prezentując go, podobnie jak kilka poprzednich, jedynie w digitalnej formule.

Na deskach brukselskiego studia nagraniowego trójka świetnie nam znanych artystów, którzy nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji, choć trzeba zauważyć, iż trębaczka Charlotte Keeffe nie gości aż tak często na płytach labelu, jak jego szef, gitarzysta Dirk Serries i jej brytyjski kompan, perkusista Andrew Lisle. Słuchając tego albumu warto zapisać sobie w głowie, iż całkiem prawdopodobnym jest fakt, iż artyści ci jesienią wylądują na pewnym spontanicznym festiwalu w Polsce, w ramach dużej, definitywnie free jazzowej załogi.

Tu zagrali bardziej subtelnie, w pełni akustycznie, wyczuleni na każdy dźwięk, każdy niuans dobrze unerwionej dramaturgii zdarzenia. Definitely welcome!

  


Pierwsze dźwięki nagrania wyłaniają się ze szmeru, jakie dostarcza studyjne urządzenie, które być może jest wentylatorem, a może wzmacniaczem podpiętym pod akustyczną gitarę. Minimalistyczny początek, pewna powolność, drobne zawahanie, to tylko kilkudziesięciosekundowa poza, z której wyłania się nerw dobrze dociążonej emocjami narracji. Najpierw rozkołysanie, potem skok na głębszą wodę. Druga improwizacja trwa tu kilkanaście minut, a jej pierwszą połowę wypełnia balansowanie na granicy ciszy. Jesteśmy w pieczarze ledwie słyszalnego post-ambientu, gdzie każdy półdźwięk, czy mikrofaza zasługują na miano szczególnie urokliwej. Z tej magmy ciszy wyłania się wreszcie gitarowy akord, potem plama z trębackiego wentyla i uderzenie w krawędź werbla. Bardzo zmienna narracja szybko wyprowadza muzyków na ekspresyjne wzniesienie. Całość wieńczy krótkie solo perkusji.

Trzecią improwizację zaczyna ten, kto kończył poprzednią. Tu początek także jest żmudny, ale nasycony dobrze słyszalnymi frazami. Najpierw artyści osiągają pewną powtarzalność, dopiero potem cisną na gaz. W ogniu koherentnej wymiany ciosów odnajdują się wszakże dopiero pod koniec utworu, który trwa prawie dziesięć minut. Finałowa opowieść budowana jest z drobnego, dość lekkiego budulca, ale od startu ma specyficzną dynamikę. Chwilami to niemal zabawy w modelowe call and response. Kameralny posmak, dialog trąbki i gitary, wreszcie perkusja, która pracuje niczym metronom. Po krótkim epizodzie mrocznego i rezonującego spowolnienia improwizacja nabiera masy właściwej, płynąc strugą rzewnej, trębackiej melodii sączonej przez zaciśnięte gardło. Smyczek na gryfie gitary, to kolejna wisienka na tym smakowitym torcie.  

 

Keeffe, Lisle & Serries Intangible Construct (A New Wave of Jazz, DL 2026). Charlotte Keeffe – trąbka, Andrew Lisle – perkusja oraz Dirk Serries - archtop guitar. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Bruksela, kwiecień 2022. Cztery improwizacje, 33 minuty.



wtorek, 26 listopada 2024

Charlotte Keeffe i Węże Kobro w ramach sześćdziesiątej siódmej edycji Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na przedostatni w tym roku koncert cyklu „Spontaneous Live Series”.

Do Poznania prosto z Londynu przyjedzie gorąca krew tamtejszej sceny free jazz/ free impro, trębaczka Charlotte Keeffe, z kolei z Łodzi tajemnicze, niezwykle niebezpieczne Węże Kobro, ucieleśnione w osobach pianistki Aleksandry Chciuk, saksofonisty Pawła Sokołowskiego i skrzypka Michała Rupniewskiego. Set solowy tej pierwszej i trzyosobową ekspozycję tych drugich zwieńczy fantastycznie zapowiadający się kwartet „ad hoc”, który połączy gigantyczne siły kreacji całej czwórki. Nie możemy się doczekać! A wszystko wydarzy się w sobotę 30 listopada punktualnie o godzinie 20.00.



Charlotte zadebiutuje na scenie Dragona, przywiezie doświadczenie współimprowizowania z tak niebywałymi przedsięwzięciami artystycznymi, jak London Improvisers Orchestra, Large Ensemble Colina Webstera, czy Tentet Alex Warda, a także moc kreacji, jaką przynosi jest własny kwartet, który od tytułu debiutanckiej płyty Keeffe zwie się zabójczo pięknie „Right Here, Right Now” oraz liczne ekspozycje solowe, zwane przez nią „Sound Brushes”.

Aleksandra i Paweł grali już w Poznaniu, choćby na Spontanicznym Festiwalu – ona w roku ubiegłym w imponujących składach „ad hoc”, on cztery lata temu w ramach Degenerative Spontaneous Orchestra dyrygowanej przez El Pricto. Michał gościł w Poznaniu nie raz, nie dwa, a podobnie jak Paweł, jest współorganizatorem jedynego w swoim rodzaju Festiwalu Musica Privata.

Zapowiada się ekscytujący wieczór post-jazzu i swobodnej, nieskażonej rutyną, wyzwolonej z reguł jakiegokolwiek gatunku, kameralnej improwizacji.


Spontaneous Live Series Vol. 67 Charlotte Keeffe & Węże Kobro: Aleksandra Chciuk, Paweł Sokołowski, Michał Rupniewski

30 listopada 2024, godzina 20.00

Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3

20.00 Charlotte Keeffe – trąbka solo

21.00 Węże Kobro:

Aleksandra Chciuk – fortepian preparowany, małe instrumenty, także perkusyjne

Paweł Sokołowski - saksofony

Michał Rupniewski - skrzypce

22.00 Ad hoc Quartet

 

Biogramy artystów:

Charlotte Keeffe (trąbka, flugelhorn) nosi miłość do swobodnej improwizacji, free jazzu i abstrakcyjnego tworzenia muzyki na własnym (jaskrawo kolorowym) rękawie. Niezależnie od tego, czy występuje regularnie jako solistka (Sound Brush), czy prowadzi różne zespoły, w tym RIGHT HERE, RIGHT NOW Quartet (Ashley John Long na kontrabasie, Ben Handysides na perkusji i Moss Freed na gitarze), skrupulatnie wyznacza przestrzenie dla swobodnego przepływu idei i indywidualnej ekspresji. Inspirowana abstrakcyjnymi malarzami, Keeffe nazywa swoje instrumentarium mianem „Sound Brushes”.

Debiutancki album Keeffe „Right Here, Right Now” wydany został w 2021 roku przez Discus Music. Zawiera zarówno nagrania wspomnianego kwartetu, jak i improwizacje w większym składzie, a także ekspozycje solowe artystki. Ponadto Charlotte w ramach współpracy z tym labelem współtworzy m.in. takie projekty, jak Anthropology Band (z udziałem m.in. Pata Thomasa i Orphy'ego Robinsona MBE), Hi Res Heart (z Martinem Pyne, Carlą Diratz, Julie Tippetts). Drugi album jej kwartetu jest już dostępny (wydany we wrześniu 2023) i zawiera nagrania na żywo … poczynione w studiu.

Charlotte jest stałą współpracowniczką m.in. London Improvisers Orchestra, Colin Webster Large Ensemble, a także kilku formacji, którymi dowodzi Alex Ward – od kwartetu do tentetu.

https://charlottekeeffe.bandcamp.com/

https://www.charlottekeeffe.com/

Zespół Węże Kobro powstał jako konieczna reakcja na przestrzeń Muzykaliów w Bibliotece Uniwersytetu Łódzkiego. Aleksandra Chciuk, Paweł Sokołowski oraz Michał Rupniewski postanowili wypełnić to wyjątkowe miejsce dźwiękami muzyki swobodnie improwizowanej. Zespół inspiruje się nie tylko tradycją Brotzmanna i Gayle'a, ale także (zwłaszcza łódzką) awangardą w sztukach plastycznych, minimalizmem i unizmem. Zawołanie zespołu to "dzikość i abstrakcja", choć nigdy nie wiadomo, w którym kierunku pójdzie konkretne wydarzenie.

https://wezekobro.bandcamp.com/album/for-the-purpose-of-several-snakes

Aleksandra Chciuk - artystka interdyscyplinarna, porusza się na styku sztuk wizualnych, dźwięku, choreografii tworząc performatywne, multimedialne projekty. W muzyce swobodnie improwizowanej grę na fortepianie preparowanym łączy z obiektami dźwiękowymi, perkusonaliami oraz głosem. Przy ich pomocy buduje osobne, głębokie narracje. Immersyjność, organiczność, środowiska akusmatycznej recepcji, to wyróżniki jej audiowizualnych prac. Założyła kobiecy kolektyw Pełnia, współtworzy duet artystyczny z Kubą Krzewińskim, a od dwóch lat Węże Kobro. Zespół traktuje jako jeden organizm, gdzie tak samo ważna jest dla niej wymiana intuitywnej, co intelektualnej natury. Jest absolwentem Łódzkiej Szkoły Filmowej i profesorem Uniwersytetu Łódzkiego. Prowadzi łódzką Pracownię Audiosfery na Akademii Sztuk Pięknych im. Władysława Strzemińskiego. Jej kompozycje były wykonywane na takich festiwalach, jak: Warszawska Jesień, Instalakcje, Musica Moderna, Musica Privata, Audio Art, Sanatorium of Sound, Spontaneous Music Festival i inne.

https://culture.pl/pl/tworca/aleksandra-chciuk

Paweł Sokołowski - improwizator, saksofonista, współtwórca festiwalu i inicjatywy Musica Privata w Łodzi. Do improwizowanych działań z pogranicza muzyki noise, eksperymentu i muzyki konkretnej wykorzystuje syntezator modularny, sample, preparowane instrumenty i obiekty. Występował z zespołami: Dźwięk-bud, Widzicie, Octopus Paganini, Fale Theta, Na Ulicach Polskich Miast Nie Ma Już Białych Niedźwiedzi, Węże Kobro oraz w licznych duetach i większych składach polskich i międzynarodowych.

https://naszenagrania.bandcamp.com/album/ostre-no-e

Michał Rupniewski – skrzypek, z doskoku eksploruje także inne instrumenty. Swobodną improwizację grał/ gra w duecie z Ryszardem Lubienieckim, w zespołach Hybrida Conclusio, Dźwięk-bud, a ostatnio Węże Kobro. Adiunkt na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Od 2012 tworzy festiwal Musica Privata.

https://naszenagrania.bandcamp.com/album/zweiheitsmusik-2



piątek, 25 października 2024

Martina Verhoeven Invites!


Ledwie tydzień temu omawialiśmy na tych łamach nagranie ośmioosobowego Large Ensemble Colina Webstera, zarejestrowane w londyńskim Cafe Oto w październiku ubiegłego roku. Teraz cofamy się w czasie o trzy miesiące i na tej samej scenie spotykamy tentet firmowany nazwiskiem belgijskiej pianistki Martiny Verhoeven.

Zauważmy, iż w ujęciu personalnym aż pięciu muzyków uczestniczyło w obu nagraniach – Colin Webster, Cath Roberts, Dirk Series, Charlotte Keeffe i Andrew Lisle. W tentecie Martiny poza nią samą spotykamy jeszcze Daniela Thompsona, Benedicta Taylora, Toma Warda i Toma Jacksona. Dobrze zapamiętany z zeszłotygodniowej pogadanki free jazzowy ansamble Webstera został tu poszerzony o zaciąg definitywnie free chamber (altówka, gitara akustyczna, klarnety, flet). I taka jest dwusetowa ekspozycja formacji Martiny – dużo w niej free jazzu, ale i pełne garście wysmakowanej kameralistyki. Na prawie 70 minut oddajmy się temu strumieniowi dźwiękowemu.



 

Zgodnie z nakreśloną w preambule recenzji dwubiegunowością, koncert otwarty zostaje w aurze kameralnej (drobne frazy w pobliżu ciszy, mroczne, acz leniwe i wystudzone), by już po kilku minutach płonąć ogniem free jazzu. Z jednej strony barytonistka i alcista w roli szalbierców ekspresji, z drugiej altowiolinista, klarnecista i flecista po stronie kojących emocje. Jakby po środku tych pozornie przeciwstawnych frakcji dwaj różnobarwni gitarzyści i pianistka, która czuwa nad dramaturgią, a jeśli trzeba dolać oliwy do ognia, czyni to z dalece post-klasyczną nutą. W fazie kameralnej narracja skrzy się ogromem akustycznej urody altówki, gitary, niekiedy także trąbki. W fazie free jazzowego wulkanu do ognia dokładają tu wszyscy, nie sposób wszakże nie podkreślić roli gitary elektrycznej i silnie unerwionej perkusji. Niezależnie wszakże od poziomu zadanej ekspresji, każdy z uczestników spektaklu wchodzi z partnerami w wyłącznie udane interakcje. Nim ponad 26-minutowy set pierwszy dokona swojego żywota, artyści dostarczą nam jeszcze moc różnorodnych zdarzeń – fazę cmokającej ciszy, ekstatyczny duet altówki i gitary akustycznej, wreszcie kilka kolejnych akcji piana, które w tym tyglu niekończących się akcji i reakcji zdaje się dysponować najbardziej rozbudowanym arsenałem środków wyrazu.

Drugi set trwa ponad 40 minut i przynosi jeszcze większą porcję emocji i silnie kontrastujących ze sobą faz. Ognisty, kompulsywny początek wydaje się pewnym zaskoczeniem. Piano pachnie tu Schlippenbachem, akcje dętych mocą kolejnej reinkarnacji Machine Gun. Równie zaskakujące jest szybkie wytłumienie wprost w objęcia permanentnie kreatywnej altówki. Chwila ballady, a zaraz potem struga post-aylerowskich melodii. W tej fazie koncertu pianistka powraca z post-klasycznym sznytem, z kolei gitarzyści raz po raz szyją ściegiem, którego byśmy się po nich nie spodziewali. Z tym ostatnimi często po drodze ma trębaczka, która chyba najczęściej staje okrakiem na najważniejszej tego wieczoru dychotomii – chamber/ free jazz! Po upływie kwadransa improwizacja wspina się na jeden z bardziej ekspresyjnych szczytów, a na etapie falling down przypomina watahę rannych kojotów po przedawkowaniu. I znów kilka chwili wystarczy, by z plejady separatywnych półokrzyków uformować free jazzowy lej gorącej lawy, który zastygnie po niedługiej chwili w martwej melodii. Ostatni kwadrans koncertu, to prawdziwa huśtawka nastrojów. Gdy już widać kameralną finalizację, nagle z szeregu wypada kolejny muzyk i rwie ansambl do lotu (brawo saksofon altowy!). Z kolei fazy kameralnych podmuchów zimnego powietrza (brawo altówka!) w ułamku sekundy potrafią skrzyć się nowymi emocjami. Ostatecznie tentet umiera po podwójnym pokonaniu dużego wzniesienia. Perfekcyjne ugaszony flow wpada wprost w deszcz rzęsistych oklasków, których na albumie jednak nie słyszymy.

 

Martina Verhoeven Invites (Bandcamp’ self-released, CD 2024). Andrew Lisle – perkusja, Benedict Taylor – altówka, Cath Roberts - saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe – trąbka, Colin Webster – saksofon altowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna, Dirk Serries – gitara elektryczna, Martina Verhoeven – fortepian, Tom Jackson – klarnet oraz Tom Ward – klarnet basowy, flet. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, lipiec 2023. Dwie improwizacje, 70 minut.




piątek, 18 października 2024

Colin Webster Large Ensemble in Second Edition!


Londyński saksofonista Colin Webster śmiało wkroczył w roku ubiegłym w piątą dziesiątkę życia i niejako przy okazji, w przededniu tej zacnej rocznicy, powołał do artystycznego bytu swój pierwszy Duży Skład. Otoczył się w nim grupą muzycznych przyjaciół, do tego bodaj najczęstszych współpracowników i postanowił koncertować tylko raz w roku, jesienią w londyńskim Dalston, w niepowtarzalnej z wielu względów Cafe Oto.

Koncepcja Large Ensemble by Colin Webster jest niebywale prosta. Świetnie znający się muzycy wychodzą na scenę i improwizują. Oktet bazuje na brzmieniu aż czterech instrumentów dętych, które wspiera soczysta, rozbudowana o elektronikę sekcja rytmu, zatem każdy wie, czego możemy spodziewać się po takiej załodze – soczystego free jazzu!

Przed nami epizod drugi, nagrany dokładnie rok temu. W ujęciu personalnym drobna zmiana na kontrabasie, poza tym jak zawsze cudownie! Welcome!



 

Pierwszy set, trwający podobnie jak drugi dwa kwadranse z drobnym okładem, otwarty zostaje kolektywnym spazmem trzech saksofonów, trąbki, elektroniki, gitary, kontrabasu (ze smyczkiem) i perkusji. Oktet płynie szeroką ławą, jest masywny w brzmieniu, ale nie eskaluje tempa. Instrumenty dęte oddychają tu niekiedy bardzo jednolitym strumieniem – jedni pracują na wdechu, inni na wydechu, chętnie wchodzą w bilateralne dyskusje, nieustannie na siebie pokrzykują. Gitara z kolei na każdym kroku szuka okazji do hałasowania i silnie krwawi na przemian z kontrabasem. Oba instrumenty niesione są strumieniem masywnego drummingu. Opowieść incydentalnie gubi tu tempo, ale to raczej chwile na zaczerpnięcie oddechu. Oto Machine Gun Anno Domini 2024 w pełnej krasie!

Nim upłynie kwadrans koncertu, Large Ensemble płonie już w ogniu kolektywnego rozdygotania. Po drobnym spowolnieniu wszystko zastyga jednak jak wulkaniczna lawa, tląca się niewygaszoną gitarą. Perkusista odpoczywa dając asumpt do gry na małe pola i feerii drobnych, brzmieniowych subtelności. Jego zmysł dramaturgiczny sprawia wszakże, że LE jeszcze w tej dziesiątce minut zaczyna ponownie eksplodować ziejąc ogniem na prawo i lewo. Wszyscy śpiewają po aylerowsku i zdają się nieść wyłącznie dobrą nowinę. Po kolejnych kilku minutach narracja formuje się w mięsiste drony inkrustowane elektronicznymi usterkami, a potem w strumień szemrzącej górskiej rzeki, skażonej radioaktywnie. Ostatnia faza pierwszego seta, to przestrzeń, w której dęciaki mogą pokazać swoją urodę w pełnym wymiarze. Na końcowej prostej improwizacja przebiera na sile, mimo, iż pozbawiona jest dynamiki perkusji.

W trakcie drugiego seta muzycy wydają się bardziej zdystansowani wobec dyktatu ekspresji, bardziej wyczuleni na niuanse dramaturgiczne, silniej nastawieni na akcje w podgrupach. Otwarcie tej części spektaklu spoczywa na barkach saksofonu i gitary, delikatnie skrobanych po piętach przez smyczkowe uderzenia po gryfie kontrabasu. Kolejne instrumenty podłączają się do gry z dużą troską o obraz całości, a sama akcja toczy się w dość spokojnym tempie, dając przestrzeń na dęte zdobienia. Sytuacja sceniczna jest tylko pozornie pod kontrolą artystów, albowiem wystarczy ledwie drobna iskra, by oktet, już po pięciu minutach, stanął w ogniu kolektywnej, free jazzowej jatki. Nie trwa ona jednak zbyt długo, albowiem zgodnie z tym, co powyżej, ta część koncertu stawia na interakcje. Najpierw, to faza stosunkowo ekspresyjnej huśtawki, potem zmysłowy duet trąbki i perkusji, faza dronowa pełna post-melodyjnych wydechów, wreszcie adekwatna do sytuacji na scenie wzmożona aktywność perkusisty, która skutkuje definitywnym wzrostem temperatury w tak już dusznej Cafe Oto.

Dalszą fazę seta zdobi efektowna ekspozycja trąbki na rozgrzanej sekcji rytmu. Potem narracja osiąga stan wrzenia, by w dalszej kolejności stylowo zastygnąć w chmurze dętych podmuchów, obleczonych elektronicznymi inkrustacjami. Znana już z tego koncertu rozkołysana narracja w aylerowskiej estetyce, tu na przednówki finalizacji, zdaje się wyjątkowo piękna, także długotrwała. Podejście pod ostatnią prostą jest jednak pełne ognistych wyziewów, przypomina kontrolowaną, free jazzową eksplozję. Wraz z wybiciem trzydziestej minuty muzycy zaczynają zwijać opowieść. Czynią to wszakże w tak urokliwy sposób, iż wyjątkowo trudno jest żegnać się z ich obecnością na scenie. Krótkie i długie frazy, sycząca elektronika i piękna faza dronowego konania na gasnącym wydechu. Brawo!

 

Colin Webster Large Ensemble Second Edition (Raw Tonk, CD 2024). Colin Webster – saksofon altowy, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe - trąbka/ flugelhorn, Graham Dunning – elektronika, Dirk Serries – gitara, Caius Williams – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, październik 2023. Dwie improwizacje, 64 i pół minuty.



piątek, 16 lutego 2024

Shrike Records' 2023: Alex Ward! Eddie Prévost’ Chord! Northover, Magliocchi & Gussoni!


Londyńska inicjatywa wydawnicza Shrike Records wystartowała w ciężkich czasach pierwszego covidowego lockdownu, ale po trzech edytorskich latach ma już w katalogu szesnaście pozycji. Z drobnymi wyjątkami zawierają one soczystą, swobodnie improwizowaną muzyką ścisłe związaną ze światową stolicą gatunku, czyli Londynem i w przeważającej większości z muzykami, których śmiało możemy zaliczyć do legend, tudzież istotnych twórców tego kierunku muzyki współczesnej.

Na tych łamach jesteśmy ze Shrike od pierwszego albumu, zatem bez zbędnych introdukcji zagłębiamy się w płytach, które ukazały się w drugiej połowie ubiegłego roku i są pozycjami nr 12, 13 i 14 w katalogu. To trzy prawdziwe perły brytyjskiego free impro (z drobnym zaciągiem włoskim), trzy powody, by paść na kolana i prosić o niski wymiar kary. Dodajmy, iż tytuły te nie znalazły się w liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2023 jedynie dlatego, iż trafiły pod strzechy trybunowego recenzenta dopiero w styczniu bieżącego roku. Ale wszystkie one na ów zaszczyt bezwzględnie zasługują.



 

Alex Ward Items 6 & 7 The Recent Past

Cafe Oto, Londyn, lipiec 2022: Alex Ward – klarnet (utwór 1), gitara elektryczna (2), Hannah Marshall – wiolonczela (1), Andrew Lisle – perkusja (1,2), Otto Willberg – kontrabas (1,2), Benedict Taylor – altówka (1), Charlotte Keeffe – trąbka (1,2), flugelhorn (2), Cath Roberts – saksofon barytonowy (2), Sarah Gail Brand – puzon (2), Rachel Musson – saksofon tenorowy (2). Dwie kompozycje, 74 minuty.

Pośród formacji Alexa Warda, które zwinnie improwizują wedle wskazań i w obrębie dobrze skrojonych, kompozytorskich scenariuszy, znamy już Item 4 oraz Item 10. Na najnowszej płycie artysta prezentuje nam Item 6, który realizuje definitywnie model free chamber oraz Item 7, który zagłębia się w meandry ekspresyjnego free jazzu. W sekstecie zdominowanym przez instrumenty strunowe, a konsumującym pierwszy utwór albumu, Alex sięga po klarnet, w septecie, doposażonym w pokaźną watahę instrumentów dętych, a realizującym się w trakcie drugiego utworu, muzyk gra na gitarze elektrycznej.

Dźwięki otwarcia płyną do nas długimi, strunowymi frazami, incydentalnie stemplowanymi szarpnięciami kontrabasu. Tuż potem ma miejsce drobna ekspozycja dęta z molową melodyką. Narracja płynie zarówno czystymi frazami, jak i drobnymi preparacjami, za które odpowiedzialne są trąbka i altówka. Ta pierwsza zdaje się być najaktywniejsza w pierwszej części utworu i odpowiadać za niemal free jazzową eskalację, stymulowaną także akcją perkusji. Po drobnym szczycie sześcioosobowa formacja rozlewa się szerokim strumieniem, z aktywnym udziałem wszystkich aktorów widowiska. Strunowce narastają niczym letnia burza, a dodatkową atrakcją są post-jazzowe wtręty perkusji. Zgodnie wszakże z zapisami kompozycji następuje teraz efektowne zejście w mrok szemranych interakcji. Za kolejną akcję zaczepną odpowiada trio ekspresyjnego klarnetu, wspartego na basie i perkusji. I ta ekspozycja kończy swój żywot w strunowych lamentach. Zmiana goni tu zmianę, zatem dość szybko odnajdujemy się w strumieniu basowego pizzicato, podkreślonego feerią talerzy. Strunowce jednak nie odpuszczają i z gracją baletnicy wypuszczają na solową akcję altówkę. Zew krwi czuje także wiolonczela, która przejmuje główny nurt opowiadania, rozsiewając na scenie niemal folkową poświatę. Tu bystrym kontrapunktem jest wspólna inicjatywa klarnetu i trąbki. Na ostatniej prostej narracja powraca do strwożonego, kameralnego klimatu i gaśnie na głęboko osadzonym, kontrabasowym smyczku.

Edycja septetowa startuje dętymi śpiewami osadzonymi na kameralnie frazującym smyczku basu. Wokół mości się aktywna perkusja, a groźba free jazzu wisi nad wszystkim niczym miecz Damoklesa, szczególnie, gdy tembr gitary staje się dalece mięsisty. Flow nosi znamiona połamanego, ale wyjątkowo precyzyjnego. Świetną zmianę daje baryton wsparty na smyczku, a basowe pizzicato dolewa oliwy do ognia. Uspokojenie tego tygla emocji spoczywa na duecie puzonu i saksofonu. Nowy wątek znów korzysta ze smyczka, a niesiony jest kreatywnością gitary i trąbki. Nie przeszkadza to reszcie załogi udzierać kameralne interludium, które niespodziewanie kończy się w ciszy. Restart jest definitywnie kolektywny i dość szybko wyprowadza narrację na otwarte pole free jazzu, po drodze gubiąc sekundę na efektowny duet gitary i puzonu. W fazie ognistej na froncie dokazują szczególnie baryton i trąbka. Przez moment opowieść zasadza się na narracji dętego kwartetu, w którym każdy gra na innym poziomie intensywności. Piękny moment! Notyfikacja znów szykuje nam wszakże niespodziankę i bez mrugnięcia okiem przenosi w otchłań łagodności, melodii i dramaturgicznej powolności. Nowa akcja zaczepna zasadza się na ekspresji gitary i saksofonu, niesionych masywnym tembrem sekcji rytmu. Gitara szuka tu ściany dźwięku, ale znajduje mrok post-jazzu. Ostatnie trzy minuty, to już faza falling down, budowana posuwistymi, ale leniwymi pociągnięciami pędzla.



 

Eddie Prévost/ NO Moore/ James O’Sullivan/ Ross Lambert Chord

OneCat Studio, Crystal Palace, Londyn, lipiec 2022: Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz NO Moore, James O’Sullivan i Ross Lambert – gitary elektryczne. Siedem improwizacji, 58 minut.

Eddie Prévost, mistrz rezonujących akcesoriów perkusjonalnych, artysta, który z krawędzi wielkiego talerza, zawieszonego na efektownym stojaku potrafi wyrzeźbić frazy dane tylko jemu, spotyka w okolicznościach studyjnych trzech gitarzystów, których zadaniem jest swobodnie improwizowanie w chmurze post-gitarowych preparacji, wyjątkowo silnie nasączonych odczynem kwasowym. Każda z siedmiu opowieści tego albumu mieni się szczególnym pięknem, kolorytem subtelnej, ale totalnej psychodelii.

Schemat dramaturgiczny większości improwizacji jest tu podobny – najpierw ma miejsce gitarowa introdukcja, realizowana zarówno w pojedynkę, jak i kolektywnie, jakby w oczekiwaniu na ruch perkusjonalisty. Ten wchodzi do gry po pewnym czasie i błyszczącym, rezonującym talerzem porządkuje narrację, często tłocząc ją w wielką chmurę ambientu, ale także stymulując gitarzystów do dalszych akcji, które niosą pokaźny nerw kreatywności. Praca gitarzystów ma tu wyjątkowo szerokie spektrum dźwiękowe. Od drobnych plam typowych dla gitarowych przetworników, przez drżenia, pulsacje, szumy, zgrzyty i sprzężenia, aż po brzmienia, które wydają się być niemal elektroakustyczne. Opowieści toczą się tu od lewitującej ciszy aż po smugi post-industrialnej smoły. Potok fonii przypomina strumień płynnej, powulkanicznej lawy. Narracje są często stonowane, smukłe i oniryczne, ale efektownie kontrapunktowane eksplozjami mikro hałasu, tu generowanymi nade wszystko wielkim, rezonującym talerzem. Aura backgroundu jest także bogata, często sycona szumem gitarowych amplifikatorów. Koloryt narracji jako całości mieni się przeogromną paletą barw, a sytuacja, w której możemy bez omyłki wskazać źródła poszczególnych dźwięków lub liczbę gitar frazujących w danej chwili należy tu do rzadkości. Także akcje Prévosta, które nie koncertują się na rezonansie talerza i chętnie wtapiają w post-gitarowe wyziewy, stanowić mogą asumpt dla dysonansu poznawczego odbiorcy.

Pierwsze pięć improwizacji trwa tu od pięciu do dziewięciu minut. Szósta jest nieco krótsza, choć wyjątkowo bogata w wydarzenia, skoncentrowana wszakże na dźwiękach niekiedy bliskich ciszy. Zdaje się być perfekcyjnym podprowadzeniem pod ostatnią część, która trwa ponad kwadrans. Jej początek syci się mnóstwem elektroakustycznych niespodzianek dźwiękowych. Słyszymy tajemnicze odgłosy dochodzące z oddali i moc talerza, który tym razem zagęszcza flow i stawia niebanalne znaki zapytania. Z jednej strony mgławice gitarowej post-psychodelii, nie bez industrialnie brzmiących wtrętów i nerwowy ambient tła, z drugiej rezonujący talerz, swoisty demiurg dramaturgii, który czuwa nad całością, ale też chętnie wchodzi w interakcje, zwłaszcza z bardziej delikatnymi frazami gitarzystów. Przez ostatnie trzy minuty opowieść tonie w pogłosie, pełnym brzmieniowych subtelności.



 

Adrian Northover/ Marcello Magliocchi/ Bruno Gussoni The House On The Hill

Monteggiori Studios, Włochy, lipiec 2023: Adrian Northover – saksofon sopranowy, Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Bruno Gussoni - flety, shakuhachi. Trzynaście improwizacji, 51 minut.  

Post-stevensowski small drum kit i dwa lekkie, roztańczone, acz definitywnie czupurne dęciaki w kompulsywnej, jakże swobodnej improwizacji. Tym triem zachwycaliśmy się onegdaj i bez cienia wątpliwości umieściliśmy jego album na którymś z rocznych, trybunowych the best-off. Tym łatwiej jest nam teraz zatopić się bez reszty w nowej, studyjnej rejestracji tej włosko-brytyjskiej formacji bez nazwy własnej.

Pieśń otwarcia zdaje się wyznaczać zasady gry na tym albumie. Tworzą ją pokrzykujący saksofon sopranowy i flet pozostające w godowym, nierzadko imitacyjnym tańcu i nerwowe, wielowymiarowe percussion & drums (dokładnie w tej kolejności!), budujące pajęczynę, przez którą nie prześlizgnie się nawet najmniejszy owad. Muzycy świetnie panują tu nad emocjami, ale wielokrotnie dają się unieść swym gorącym temperamentom. Od ptasich small talks, po posuwiste drony lekkich, rozhuśtanych fraz, a wszystko obudowane stevensowskim, niemal unoszącym się w powietrzu drummingiem, który świetnie kontrapunktuje dęte wyczyny. Dęciaki pracują w bardzo szerokim spektrum dźwiękowym, choć po definitywnie preparowane frazy sięgają rzadko. Perkusjonalista czyni to częściej, ale bez szwanku dla dynamiki całości, a jego techniki rozszerzone mają jedynie wzbogacać narrację, nie są zaś celem samym w sobie.

Pośród trzynastu opowieści zamieszczonych na płycie trzy są miniaturami, kolejne dziewięć to rozbudowane, kilkuminutowe historie o intrygującej dramaturgii, a wszystko wieńczy najdłuższa improwizacja, który udanie reasumuje całe przedsięwzięcie. Na albumie dominują dynamiczne ekspozycje, często inicjowane efektownymi brzmieniowo introdukcjami. Na tle tych ekspresyjnych galopad szczególnie urokliwie jawią się opowieści bardziej spokojne, czy wręcz zadumane, jak choćby druga faza szóstej improwizacji, także siódma, wreszcie wyjątkowo mroczna dziesiąta. W dwunastej odsłonie mamy szumiące otwarcie dęciaków, a akcja perkusjonalna pojawia się dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Całość, tak czy inaczej, popada we frywolny taniec. Wspaniałym podsumowaniem albumu jest końcowa improwizacja, którą zaczynają perkusjonalne preparacje, a w których uczestniczą także flecista i saksofonista, budujący ramy post-rytmu na bliżej niezidentyfikowanych przedmiotach (lub na korpusach swoich instrumentów). Dęte frazy pojawiają się dopiero po czasie, a cała improwizacja zdaje się być rytualną, pięknie celebrowaną, plemienną fiestą radości i zadumy. Jak już kiedyś o tej formacji pisaliśmy – spuścizna artystyczna Spontaneous Music Ensemble ma w tych trzech muzykach wspaniałych kontynuatorów.



piątek, 11 sierpnia 2023

A New Wave Of Jazz: PlusEtage’ triple live story


A New Wave Of Jazz, nasz ulubiony belgijski wydawca muzyki improwizowanej, nie ustaje w dostarczaniu nowych nagrań, permanentnie dba także o wachlarz oferty produktowej w zakresie nośników dźwięku i nowych inicjatyw edytorskich.

Nowa Fala Jazzu wystartowała dekadę temu jako sublabel holenderskiej stajni Tonefloat, w początkowej fazie koncentrując się na wydawnictwach winylowych i kasetowych. Po usamodzielnieniu wydawnictwo przez lata dostarczało nam płyty kompaktowe w jednolitym, szarym layoucie. W czasach pandemii powróciły wydawnictwa winylowe, teraz dedykowane jedynie nagraniom solowym. Wkrótce potem powróciły kasety, a w roku bieżącym pojawiły się nowe serie wydawnicze oferowane na kompaktach.

W ramach jednej z ich, zatytułowanej Axis, otrzymaliśmy wiosną nagranie Kodian Plus, czyli flagowego tria labelu poszerzonego do rozmiarów kwintetu. Teraz debiutuje kolejna seria, tym razem dedykowana nagraniom koncertowym, zarejestrowanym w jednym miejscu, ulokowanym w Holandii, a zwanym PlusEtage. Na początek potrójny dysk, a na nim trzy koncerty z roku ubiegłego. Personalnie bez zaskoczeń, sami nasi ulubieńcy z obu stron kanału La Manche i Zagłębia Ruhry! Welcome!




Charlotte Keeffe & Andrew Lisle

Spotkanie trąbki i perkusji rozpoczyna się krótką introdukcją na werblu i kilkoma pocałunkami wprost z trębackiego ustnika. Początek zdaje się być nad wyraz minimalistyczny, płynie swobodą niezobowiązującego post-jazzu. Andrew syci opowieść subtelnymi synkopami, Charlotte nie stroni od drobnych śpiewów i wystudzonych westchnień. Muzycy precyzyjnie sterują tu poziomem ekspresji, czasami idą w tango, czasami długo rozmyślają, ale zawsze świetnie na siebie reagują. Trębaczka zdaje się tu mieć nieco więcej inicjatywy, ale jazzowa czujność perkusisty godna jest permanentnego podkreślania. Gdy ta pierwsza oddaje inicjatywę, ten drugi od razu pichci nam bystre, nieprzegadane solo, efektownie podpierając się na blaszanych preparacjach partnerki. Potem role się odwracają, a trębackie solo syci się smakiem rezonujących talerzy. Na finał pierwszego seta artyści powracają do post-jazzowego nurtu głównego, realizowanego na dobrej dynamice.

Drogą odsłonę koncertu otwierają smukłe, rezonujące frazy i wydawane półgębkiem trębackie oddechy. Muzycy budują intrygujący suspens używając wyjątkowo skromnej palety dźwięków. Ten moment koncertu kreują wyjątkowo spokojnie i skrupulatnie. Z czasem wchodzą na dobrze sobie znaną ścieżkę post-jazzu i dają się ponieść konsekwentnie uwalnianym emocjom. Trębaczka płynie tu środkiem sceny, ale rozbudowane macki perkusisty efektownie oplatają strumień jej narracji. Intensywność improwizacji delikatnie faluje, a szczególnie podobać się w momencie delikatnego spowolnienia, gdy trąbka subtelnie preparuje, wspomagając się prowadzonym w wolnym tempie drummingiem. Na koniec Andrew przyspiesza, a Charlotte nadaje swojej opowieści dużo melodyjności.

 

Stefan Keune, Dirk Serries & Benedict Taylor

Tym razem do scenicznego boju ruszają saksofon (najczęściej w najbardziej filigranowej odmianie), akustyczna (archetypowa) gitara i altówka. Początek, to definitywnie gra rozpoznawcza, zawieszony w próżni kreatywny minimalizm. Muzycy reagują na siebie dobrze nam znaną metodą call & responce. Szukają ciszy, prowadzą krótkie, urywane w pół słowa dialogi. Całkiem im teraz blisko do estetyki strunowej odmiany Spontaneous Music Ensemble. Z czasem spirala narracji nakręca się, ale nikt tu nie szuka zbędnych eskalacji – dominuje skupienie, dbałość o drobiazgi, dużo ciszy pomiędzy sekwencjami zdarzeń fonicznych. Dopiero przed dwudziestą minutą saksofon próbuje wciągnąć rozleniwione trio na drobne wzniesienie. Piękny moment nie trwa zbyt długo, a opowieść szybko napotyka na pocałunek ciszy. Pod koniec seta muzycy serfują na falach dość spokojnego oceanu, lekko wszakże wzburzanego zadziornymi frazami altówki. Najwięcej emocji przynosi tu chyba ostatnia prosta.

Drugi set otwiera plejada jęków i westchnień. Leniwe interakcje i programowy minimalizm. To znamy już z części pierwszej. Znów altówka zdaje się dawać sygnał do bardziej żwawych akcji. Zgrzyta, popiskuje, syczy drobnymi półmelodiami. Po upływie ósmej minuty artyści postanawiają sformować szyk i definitywnie podnieść emocje koncertu. Prowodyrem zdarzenia saksofon! Za kilka chwil sytuacja powtarza się, choć w międzyczasie muzycy fundują nam urokliwą porcję dronów i szumów. Improwizacja nabiera intensywności, ale pozostaje cicha. W połowie seta dostajemy się w chmurę strunowego ambientu i pomruków milczącego dęciaka. Gdy na powrót mamy tu trio, narracja klei się z wyjątkowo krótkich epizodów. Muzycy spoglądają sobie głęboko w oczy, brocząc po kolana w gęstej ciszy. Świszczą, skrzypią, szeleszczą, trą metalem i metal. Z tych odprysków dźwiękowych tworzą zwartą, linearną, choć niebywale filigranową opowieść. Napięcie rośnie, sycone coraz większymi partiami post-melodii, głównie ze strony altówki. Na cztery minuty przed końcem nagrania opowieść zamiera do poziomu ciszy. Ostatnie chwile, to parada strunowych półdźwięków i saksofonowych zaśpiewów.


Martina Verhoeven & Gonçalo Almeida

Na trzecim dysku koncertowego boxu spotkanie dwóch kontrabasów! W pierwszej fazie ponad 40-minutowego koncertu artyści pracują smyczkami. Ich pierwsze frazy są dalece perkusjonalne, ale i definitywnie delikatne. Rozdygotany suspens buduje tu pierwsze emocje. Naczelną konstytucją tej części spektaklu jest wzajemne imitowanie się obu kontrabasów. Dzieje się tak zarówno wtedy, gdy wspinają się na wzniesienie, jak i wtedy, gdy po rockowemu riffują lub schodzą bardzo nisko, niemal do poziomu podłogi. Improwizację charakteryzuje też ciągła zmiana. Bywa, że jeden smyczek zgrzyta zębami, a drugi śpiewa post-barokowe melodie. Wpadają w dynamiczny taniec, albo melancholijnie kołyszą się na wietrze. Nie stronią od ciszy, dbają o drobiazgi, donikąd się nie śpieszą, ale lubią pohałasować.

Dopiero w okolicach połowy seta mamy na scenie sytuację konfrontacji – arco vs. pizzicato! Ten moment koncertu zdaje się być szczególnie udany. Tuż potem naciśnięty zostaje klawisz ekspresji, a będące ponownie w grze dwa smyczki z radością zdzierają glazurę strun. Znów pojawiają się akcenty perkusjonalne i post-barokowe śpiewy żałobne. Narracja wchodzi tu w wyjątkowo delikatną, wręcz filigranową fazę, a potencjometr jakości znów skacze do samego nieba. Przed upływem trzydziestej minuty następuje faza kreatywnego minimalizmu, a napięcie budowane jest repetycją. Po nich kolejna eksplozja ekspresji – wzajemne pyskówki, uderzenia strun mocą pólmelodii. Nim koncert wyzionie ducha artyści serwują nam jeszcze wiele zmian. Znów grają subtelnie, choć nie bez kantów i zadziorów, szorują struny, ale hamują z piskiem opon, wreszcie efektownie śpiewają. Na koniec dygoczą z zimna, ale pod ostatnią prostą podchodzą z wyjątkową pieczołowitością. Gasną w poświacie minimalistycznych post-dźwięków.

 

Various Artists Live at Plus-Etage. Volume 1 (A New Wave of Jazz, 3CD 2023). Zbiór nagrań koncertowych zarejestrowanych w Plus-Etage (Baarle-Nassau, Holandia).

Dysk pierwszy: Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn oraz Andrew Lisle – perkusja. Kwiecień 2022, dwie improwizacje, 49:49.

Dysk drugi: Stefan Keune – sopranino, saksofon altowy, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Benedict Taylor – altówka. Wrzesień 2022, dwie improwizacje, 56:24.

Dysk trzeci: Martina Verhoeven – kontrabas oraz Gonçalo Almeida – kontrabas. Listopad 2022, jedna improwizacja, 41:28.

 

 

wtorek, 4 lipca 2023

Colin Webster Large Ensemble and First Meeting!


Stali Czytelnicy tych łamów wiedzą o brytyjskim saksofoniście Colinie Websterze dokładnie wszystko. Znają jego wszystkie płyty, bywali na jego licznych koncertach w Polsce, z uwagą śledzą jego wciąż rozwijającą się karierę free jazzowego improwizatora. Wiedzą także, iż muzyk w tym roku obchodzi okrągłe urodziny, zaś jego label Raw Tonk Records ma się równie wyśmienicie.

Z radością zatem odnotujmy fakt, iż Webster podjął się zadania skrzyknięcia dużego składu, który tytularnie opatrzył swoimi danymi personalnymi. Muzyk nie stworzył jednak na tę okoliczność kompozycji, ani nawet zrębów predefiniowanej improwizacji. Po prostu puścił ośmioosobowy skład w żywioł free jazzu i oczywiście wygrał w cuglach, zbierając wyłącznie złote laury!

Saksofonista zaprosił do Large Ensemble siedmioro muzyków, bez wątpienia swoich muzycznych przyjaciół. Poza kompanami z Kodian Trio, jest John Edwards, mistrz syntetyki Graham Dunning, a także trzyosobowy dęty zaciąg kobiecy, który wraz z liderem tworzy intrygującą ścianę saksofonów – altowego, tenorowego i barytonowego, wspartego małym blaszakiem. Na miejsce koncertu wybrali londyńskie Cafe Oto, bo gdzieżby indziej, a swoją debiutancką płytę, będącą rejestracją tego koncertu nazwali Pierwsze Spotkanie. Bo tak też było w istocie – Large Ensemble Collina Webstera, to wszak klasyczny skład ad hoc!



 

Set pierwszy trwa tu dwa kwadranse z sekundami. Rozpoczyna go strumień dźwięków realizowany kolektywnie, skoncentrowany na drobnych, zaczepnych frazach, ale już z zarysowaną dalszą dramaturgią koncertu. Instrumenty dęte paradują środkiem sceny, pozostając w nieustannej rozmowie, gitara i bas czynią swoje na prawej flance, perkusja zaś zdaje się zawłaszczać większy obszar przestrzeni fonicznej. W tle sączy się stale obecna, ale dalece nieinwazyjna, lekko szemrząca elektronika. Pierwsze spowolnienie nadchodzi dość szybko, a koncertuje się na bystrym, odrobinę rozkołysanym dialogu trąbki i gitary. Następująca niedługo potem krótka wymiana dętych zdań staje się zaczynem nowego wątku, wzrostu dynamiki i eskalacji emocji. Kilka pętli i znów małe spowolnienie, znów oparte na dialogu trąbki i gitary. Wokół nich snuje się drobny circle drumming, pojawia się także kontrabasowy smyczek. Tym razem narracja odbudowuje się dość leniwym krokiem, pęcznieje w poprzek, nie gna zaś do przodu. Nabiera siły, woli walki i determinacji. Gdy osiągnie stan wrzenia, śmiało zdaje się przypominać dziki ryk godny brotzmannowskiego Machine Gun! W okolicach 20 minuty flow stylowo wchodzi w mgłę szmerów, szumów i dźwięków preparowanych, głównie dętych. Znów pracuje smyczek, obok smęci elektronika, a gitara buduje małą chmurę ambientu. Podczas gdy dęte na powrót zaczynają wewnątrzpartyjną dyskusję, perkusja zaczyna budować podwaliny pod bardziej dynamiczną ekspozycję. Finał seta przychodzi szybko, jakby wbrew woli części załogi.

Drugi set trwa dwa kwadranse i sześć minut. Tym razem introdukcja przypada w udziale duetowi saksofonu i perkusji. W tle pracuje elektronika, a po chwili budzą się do życia inne instrumenty – trąbka, kolejne saksofony, wreszcie gitara z kontrabasem. Wszyscy biorą teraz głęboki oddech i przypuszczają atak całą szerokością sceny. Ale nie budują ściany dźwięku, wręcz odwrotnie – część dęciaków wydaje z siebie zaskakujące pomruki. Po krótkim wzniesieniu, już w stu procentach kolektywnym, łagodnie gasną wprost w objęcia nostalgicznego smyczka. Definitywnie uspokajają jednak emocje dopiero po upływie kwadransa. Bawią się w kameralistykę - trąbka pracuje ze smyczkiem, pozostałe dęciaki komentują ten związek. Powrót gitary oznacza wzrost emocji, tu niemalże post-rockowych. Swoje dokłada też perkusja. Cały Ensemble zaczyna teraz pięknie zawodzić smutną melodią, jakby odgrywał memoriał dla Brötzmanna. Nowy wątek inicjuje kontrabasowe pizzicato. Dwa, trzy ukradkowe spojrzenia i cały oktet idzie w tango z uśmiechem na ustach. Z czasem płyną coraz szerszym korytem, dużą ilością melodii, ale i gitary łagodzącej obyczaje. Niedługo potem dotykają ciszy, a trąbka wydaje przeciągłe westchnienia. Krótka faza oniryzmu, post-ciszy i miłosnych pląsów dość szybko skłania muzyków do budowania finałowego rozdania. Dęte pichcą ostrą potrawę, pokrzykują na siebie, sekcja rytmu kleci bazę dla dynamicznej ekspozycji. Nie śpi elektronika! Sam finał jest oczywiście kolejnym szczytem ekspresji, ale w trakcie tych prawie siedemdziesięciu minut Ensemble potrafił już grać głośniej. Emocje najpierw buzują, potem stygną, a sama improwizacja gaśnie na repecie kontrabasu.

 

Colin Webster Large Ensemble First Meeting (Raw Tonk Records, CD 2023). Colin Webster – saksofon altowy, Rachel Musson – saksofon tenorowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe - trąbka, flugelhorn, Graham Dunning – elektronika, Dirk Serries – gitara elektryczna, John Edwards – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, sierpień 2022 roku. Dwie improwizacje, 66:55.



wtorek, 28 marca 2023

Kodian Plus! Disengage!


Belgijsko-brytyjskie Kodian Trio to jedna z najciekawszych formacji współczesnej sceny free jazzowej w Europie. Nie dość, że międzynarodowa, to jeszcze na wskroś międzypokoleniowa i łącząca artystów, których wielogatunkowe doświadczenie sceniczne zdolne jest generować niezmierzone synergie artystyczne. Trzy albumy studyjne, jeszcze więcej koncertowych, kilka tras europejskich (z wizytą w poznańskim Dragonie na czele), to dorobek muzyków, którzy pod tą nazwą funkcjonują ledwie kilka lat.

Jak świetnie wiemy, świat muzyki improwizowanej nie zna pustki, dlatego naturalnym kierunkiem w rozwoju artystycznym Kodian zdało się być muzykowanie w formule rozszerzonej. Najnowszy zatem album tytułuje się nazwą własną Kodian Plus, a do kwintetu gitarzysta Dirk Serries, saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle dobrali sobie pianistkę Martinę Verhoeven i trębaczkę Charlotte Keeffe. Efektem ich pracy są niespełna trzy kwadranse krwiście free jazzowych emocji, niepozbawionych – jak to bywa w wypadku nietuzinkowych artystów – nieskończonej liczby smaczków brzmieniowych i dramaturgicznych.




Początek nagrania budują zarówno drobne, akustyczne frazy dęte, talerzowy mikro drumming i fortepianowe inkrustacje, jak i mglista, urokliwa plama gitarowego ambientu, która szczelnie wypełnia dramaturgiczny background. Narracja nakręca się dość leniwie, tyczona szklakiem kanciastych fraz z klawiatury i rezonujących elementów zestawu perkusyjnego. Z kokona introdukcji jako pierwsi wyłaniają się pianistka i alcista, kilka głębszych oddechów bierze też trębaczka. Kwintowy pociąg zdecydowanie rusza z miejsca w trakcie siódmej minuty, gdy gitara z pozycji ambientu wchodzi w tryb niemal jazzrockowej kipieli. Piękny bukiet free jazzu rozdaje teraz całusy na prawo i lewo! Potem gaśnie, nie bez dętych, urokliwych westchnień.

Druga improwizacja pozbawiona jest rozbudowanego wstępu. Rusza z kopyta do przodu, być może dlatego też, iż rodzi się w obrębie oryginalnego składu Kodian Trio. Zadziornie, bez obłych, niedokrwionych kształtów! Po kilkudziesięciu sekundach w ogień free jazzowej ekspresji wpada poprzecznie frazujące piano, a zaraz potem charcząca trąbka. Gęsta, tłusta narracja ma tu kilka faz, przez kilka chwil prowadzona jest także w trio – piano, perkusja i trąbka. Powrót do formy kwintetu niesie za sobą zaskakująco mroczną poświatę, której sprzyja niemal post-rockowa furia gitarzysty. Na końcowych metrach muzycy tylko nieznacznie zdejmują nogę z gazu, zdają się być nieco rozbawieni poziomem intensywności swoich poczynań. Gasną przy wtórze post-ragtime’owych wtrętów piana i śpiewnych pomruków trąbki.

Trzecią opowieść zaczyna perkusista, do którego dość szybko dołącza alcista. Korzenny duet szybko stanowi tu prawa i obowiązki stron! Po kilkudziesięciu sekundach w strumień gęstej magmy dźwięków włącza się rockowa gitara i free jazzowe piano. Narracja szybko sięga szczytu i poziomu hałasu, przez który trudno jest przebić się nieco stremowanej trębaczce. Opowieść zdaje się teraz balansować na równi pochyłej, emocje kipią, ale nie brakuje fraz rozrzedzających potok zdarzeń. Narracja pięknie rozlewa się w dźwiękowych didaskaliach, niesiona zwinny rytmem perkusji. W tej fazie improwizacji szczególnie piękne wydają się akcje gitary i saksofonu. Równie zmysłowo płynie także duet tegoż saksofonu i trąbki. Opowieść pod koniec pęcznieje, niesiona znów rytmem perkusji, ale nade wszystko silnym strumieniem altowego wystrzału! Płomień opowieści gaśnie tu wyjątkowo kolektywnie, aż po szmer oddychającego wzmacniacza gitarowego.

Finałowa improwizacja zaczyna się … studyjnym żartem. Coś tam zgrzyta na gitarowych pick-up’ach, ale muzycy miast budować flow zaczynają żartować. A zatem restart – z mroku ciszy i rezonansu! Potok filigranowych short-cuts kreuje teraz urokliwy suspens. Nerwowe wyczekiwanie kończy się ekspozycją w trio – trąbki, altu i perkusji, bogaconej zdobieniami gitary i piana. Artyści dość leniwie szukają dynamiki - każdy dodaje garść indywidualnych emocji. Końcowa ballada, czy ekspresyjne podsumowanie? Perkusista zdaje się kierować myśli ku drugiej z opcji. Pianistka podziela jego pogląd. Reszcie nie pozostaje nic innego, jak ruszyć na ostatni tego wieczoru szczyt. Schodzenie z tej umiarkowanie wysokiej góry ścielą nam wystudzone frazy piana, trąbki i syczącego amplifikatora gitarowego.

 

Kodian Plus Disengage (A New Wave Of Jazz, CD 2023). Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Andrew Lisle – perkusja, Dirk Serries – gitara elektryczna, Martina Verhoeven – fortepian oraz Colin Webster – saksofon altowy. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, 26 marca 2022. Cztery improwizacje, 41:08.



wtorek, 7 lutego 2023

Alex Ward Item 4! Furthered!


Brytyjski klarnecista i gitarzysta Alex Ward powraca ze swoim kwartetem, który zwie się Sztuk Cztery (nie mylić z formacją Quartet) i serwuje nam blisko godziną podróż po świecie muzyki improwizowanej. Tu ubranej w stylowe ramy niemal epickich kompozycji, które posiadają zarówno temat, jak i bogatą strukturę wewnętrzną, w której roi się od incydentów w podgrupach, a także wydarzeń solowych, każdorazowo upstrzonych plejadami doskonałych sekwencji improwizowanych.

Alex Ward metrykalnie jest jeszcze przed pięćdziesiątymi urodzinami, wszakże w swoim Item 4 uchodzić może za weterana. Dobrał tu sobie bowiem młodych i temperamentnych artystów, przy tym już wyśmienitych improwizatorów, których znamy z wielu innych doskonałych albumów. Czyli reasumując - kompozytorska kreatywność, improwizatorska wola walki i dużo młodzieńczej werwy! So, Item 4! Z radością zaglądamy do środka czterech rozbudowanych utworów.



 

Temat pierwszego utworu podany jest kolektywnie i ciekawie doposażony dramaturgicznym suspensem, dającym asumpt do niebanalnego ciągu dalszego. W rękach lidera elektryczna gitara, który plecie drobne intrygi, obok rzewnie śpiewa trąbka, ale twarda sekcja rytmu ze smyczkiem idzie zygzakiem i dba o odpowiedni poziom emocji. Gdy trąbka milknie, pozostała trójka postanawia szukać free jazzu i dość szybko osiąga stan lokalnej kipieli. Powrót trąbki oznacza tu kameralne wytłumienie i przejście do fazy preparacji. Ta odbywa się w zasadzie bez udziału gitary, skupia się na zwinnych interakcjach pomiędzy smyczkiem i trąbką. Gitara i perkusja powracają na dość temperowany i zgrabny final.

W drugim utworze Ward sięga po klarnet, a otwarcie ma wytłumiony, kameralny, niemal semicko brzmiący klimat. Temat kompozycji podany jest tu niemal unisono, w tempie cokolwiek balladowym. Szczęśliwie muzycy dość szybko gubią prymarną nudę i zaczynają kołysać się na coraz silniejszym wietrze. Cedzą przez zęby strzępy melodii, a kontrabasowy smyczek dokłada trochę nerwowych fraz. Improwizacja ma tu swoją ekspozycję solową, która oddana zostaje w ręce kontrabasisty. Powrót do formuły kwartetowej następuje w dwóch fazach. W pierwszej z nich mamy jedynie duet, prowadzony niekiedy w dość mrocznej aurze, który skrzy się odrobiną zabrudzonego brzmienia klarnetu i drżącymi talerzami, a potem - już w komplecie - następuje triumfalny powrót do tematu kompozycji.

Trzecia opowieść trwa ponad 23 minuty! Otwiera ją kameralne intro przesycone smutkiem i nostalgią, ze smyczkiem, klarnetem i trąbką. Temat zdaje się być jedynie zasugerowany, nierozegrany do końca. Emocje rodzą się wszakże dość szybko, nie bez kluczowego udziału szorstkiej sekcji rytmu i krzykliwych dęciaków. W fazie rozbudowanych improwizacji narracja śmiało sięga po open jazzowe atrybuty. W okolicach 10 minuty artyści bardzo płynnie przechodzą do ekspozycji tematu, tu już w pełnej jego wersji kompozytorskiej. Po niej następuje faza dramaturgicznych lewitacji. Sporo melodii trąbki, garść emocji na werblu i głębokie westchnienia smyczka - wszystko nasycone odrobiną preparowanych dźwięków. Z czasem tempo rośnie, ekspresja także, a narrację zdobią nade wszystko imitacyjne frazy trąbki i rezonujących talerzy, oparte na smyczkowym podkładzie. Tymczasem w nurcie głównym opowieści niespodziewanie pojawia się gitara z mglistym brzmieniem przetworników. Przez moment interferuje jedynie z kontrabasem, ale po 15 minucie buduje już nowy wątek, początkowo delikatny, nieco wytłumiony, który po kilku pętlach przeradza się w solową ekspozycję perkusji. Ten epizod zdaje się stanowić tu wstęp do ekspresyjnej, niemal rockowej ekspozycji tria bez trąbki. Rzeczone power trio dość szybko dostaje jednak melodyjne wsparcie od trębaczki, a po pewnym czasie, bazując na smyczkowym dronie, niemal płynnie przechodzi do czwartej części albumu.

Ostatnia opowieść trwa niespełna 10 minut. Po kilku chwilach gry rozpoznawczej (gitara i trąbka w zmysłowych didaskaliach!) śmiało powraca do rockowych igrzysk poprzedniego utworu. Galopująca już teraz narracja ma swój drobny przystanek, a w fazie końcowej, mimo dużego ładunku emocji, zdaje się śpiewać nam pieśń pożegnalną, tu głównie siłami trębaczki.

 

Alex Ward Item 4 Furthered (577 Records, CD 2023). Alex Ward – klarnet, gitara elektryczna, Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Otto Willberg – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Snorkel Studios, Londyn, 29 listopada 2019 roku. Cztery utwory autorstwa Alexa Warda, 58 i pół minuty. Światowa premiera płyty przypada na 3 marca br.



czwartek, 16 kwietnia 2020

Alex Ward! The three new kicks!


Brytyjski gitarzysta i klarnecista Alex Ward nie wymaga na łamach Trybuny jakichkolwiek introdukcji. Jeden z najciekawszych przedstawicieli europejskiej muzyki improwizowanej, którego od niedawna zaliczamy już do wiekowej klasy średniej (45+), systematycznie dostarcza nam nowych nagrań, a my równie konsekwentnie opisujemy je czerstwymi metaforami Pana Redaktora.

Dziś czas na trzy zupełnie świeże jego produkcje. Najpierw kwartet zwany Item 4 (poniekąd traktować go możemy jako zredukowany tentet, zwany Item 10), potem ekspozycja solowa (jedynie na gitarę elektryczną), wreszcie pełnokrwisty duet Noonward.

Zapraszamy do odczytu, potem odsłuchu, wreszcie do zakupów. Wspierajmy muzyków improwizujących w czasach zarazy!




Alex Ward Item 4  Where We Were (Relative Pitch Records, CD 2020)

Dwie londyńskie okoliczności koncertowe: Set Dalston Lane oraz Cafe Oto, wrzesień 2018 roku. Na scenie: Alex Ward (klarnet i gitara elektryczna), Charlotte Keeffe – trąbka i flugelhorn, Otto Willberg – kontrabas oraz Andrew Lisle – perkusja. Cztery kompozycje Alexa (nazwijmy je mianem scenariuszy improwizacji!), blisko 74 minuty.

Kwartet od pierwszego dźwięku koncertu w Set Dalston bierze się kolektywnie do pracy – zadziorny klarnet, masywna trąbka i mocna sekcja rytmu, niestroniąca także od smyczka. Drobny szkic scenariuszowy (zwany przez Warda kompozycją) daje muzykom dużo swobody, od razu wyprowadza ich w otwartą formułę improwizacji. W kilka minut po dość ostrym otwarciu kwartet na moment schodzi w obszar ciszy, by po chwili znów skoczyć ku górze. Błyskotliwą, choć krótką ekspozycję solową proponuje klarnet, galopująca sekcja świetnie mu wtóruje. Gdy powraca trąbka, free jazz quartet stawia już wyłącznie mistrzowskie stemple. Kolejne spowolnienie ma miejsce w momencie, gdy swoje bystre expo proponuje trębaczka. Jej solo błyskawicznie przeradza się w indywidualny krok kontrabasu, traktowanego smyczkiem. Rezonans talerzy i pomruki dęciaków płynnie wprowadzają nas w drugą część pierwszego koncertu. Trąbka zaczyna śpiewać, kontrabas zaś zmysłowo jęczeć. Szczoteczki drummerskie i melodyjny klarnet budują slow motion flow, który potraktować możemy jako … prezentację tematu kompozycji. Muzycy mozolnie brną w kierunku mrocznej improwizacji - kontrabas ryje bruzdy w ziemi, klarnet smutnie zawodzi, trąbka prycha suchym powietrzem, a obrazu całości dopełnia deep drumming. Akcja nad wyraz kolektywnego free jazz quartet nabiera rumieńców. Nim do gry po raz pierwszy wejdzie gitara Warda, kontrabas zdąży jeszcze zaprezentować nam masywne pizzicato, oparte o werbel perkusji. Zmiana instrumentu przez Warda dość istotnie wpływa na gęstość strumienia narracji. Post-rock gitary rozgrzewa sekcję aż do momentu, gdy smyczek na kontrabasie rozpocznie jej delikatne studzenie. Powrót trąbki stanowi jednak asumpt, by znów podgrzać emocje. Gitara parska post-psychodelią. W momencie kolejnego stoppingu, piękny barokowy flow proponuje bowed double bass. W ułamku sekundy zdolny jest on wypuścić cały kwartet w kompulsywny, ognisty galop, płynący czterema strumieniami błyskotliwego impro, co dość sprawnie, ale i niespodziewanie szybko doprowadza nas do finału pierwszego koncertu.

Drugi koncert (Cafe Oto) początkowo budowany jest na barkach melodyjnego kontrabasu. Pozostałe instrumenty sprawiają wrażenie, jakby rysowały temat, ale już po chwili wszyscy uczestnicy spektaklu zdają się wbijać w indywidualne, improwizowane tory. Dynamika, tempo, bystry rytm – dramaturgiczne wrzenie i gotowość na każde rozwiązanie! Świetną zmianę daję trąbka, jazzem i funkiem zdobi zaś całość niebywale aktywna gitara. Kwartet zwinnie gasi narrację i płynnie przechodzi do drugiej części drugiego koncertu. Znów odrobina jazzu pojawia się na strunach gitary, sekcja łagodnie płynnie tuż pod nią, a ciepła trąbka dopełnia obrazu dramaturgicznego spowolnienia. Muzycy sprawiają wrażenie, jakby grali temat, ale smyczek jątrzy i sieje kreatywny ferment. Faza small chamber z akcentami call & responce, to jednak cisza przed burzą. Muzyków z letargu wyrywa Lisle i jego wyposzczona perkusja. Każdy z nich zaczyna dokładać swoje trzy grosze do bulgoczącej od pomysłów narracji. Piękny moment duetowy kontrabasu i trąbki! W okolicach 10 minuty formułuje się już pełny kwartet i zaczyna gra na całego – dancing & singing! Smyczek zdaje się ciągnąć narrację, która po niedługiej chwili przygasa i zostawia przestrzeń dla solowej ekspozycji perkusji. Gdy wybije 18 minuta tej części płyty, semicko brzmiący klarnet (wielki powrót!) zaprasza wszystkich do rubasznych podskoków. Trąbka wchodzi w klimat bez zmrużenia oka! Free jazz quartet rusza na finałowe łowy – każdy z muzyków proponuje solowe ekspozycje, ale dzieją się one symultanicznie, łączą w dialogi, śpiewają i pokrzykują na siebie. Na ostatniej prostej, to kontrabas zdaje się mieć najwięcej do powiedzenia. Jego bystre pizzicato zmysłowo gasi flow, a dźwięki poszczególnych instrumentów rozlewają się szerokim korytem. Tuż przed ostatnim dźwiękiem powraca jeszcze gitara – jej oniryczna, niemal ambientowa poświata gasi światło. Brawo!




Alex Ward  Frames (Relative Pitch Records, CD 2020)

Stowaway Studios, dwa dni lutego ubiegłego roku. Sześć kompozycji (precyzyjnie skonstruowanych dowodów na niebywałą erudycję muzyczną autora!) na solową gitarę elektryczną, 49 minut i kilka sekund.

Opowieść zaczyna gitara pełna rockowych emocji, ociekająca … południowo-amerykańskim bluesem! Zadziorna i niecierpliwa, pełna dynamiki i dzikiej frywolności. W drugiej części noga muzyka ląduje na hamulcu – brudne, tłuste brzmienie in slow motion. Post-rockowa narracja budowana krok po kroku, raz głośna, raz cicha, misternie zaplanowana budowla, w mniejszym stopniu improwizowana, ale niepozbawiona wewnętrznego ognia. Trzeci kompozycja odejmuje gitarze prądu, a dodaje open jazzowej lekkości. Gitara brzmi wręcz elektroakustycznie – część gryfu rzęzi rockiem, inna część szeleści jazzem. Po pewnym czasie obie frakcje wchodzą w bardziej energetyczną narrację - free fire guitar in impro rock & psycho! W kolejnej części owa gitarowa dychotomia trwa dalej. Narracja zdaje się mieć dużo przestrzeni i dramaturgicznego luzu – mnogość pomysłów i proponowanych rozwiązań podkreśla ów stan sprawy. Rock in! Post-rock out! Nieco przegadany fragment, który moglibyśmy określić, jako swobodne wariacje na temat Deep Purple In Rock. W drugiej części nagrania tempo nieco siada, muzyk decyduje się na skromne, ale wydatne preparacje. Post-rockowe niuanse zwinnie gaszą temat.

Piąta kompozycja, najdłuższa na płycie, rodzi się niemal w ciszy, pełna minimalistycznej zadumy i zwinnych repetycji. Po czasie muzyk oczywiście odnajduje prawdziwie rockową kipiel, którą jednak błyskotliwie kontrapunktuje palcówkami open jazzu. Dramaturgia rocka, ekspresja psychodelii i precyzja impro jazzu – tygiel wspaniałości! W połowie narracja znacząco zwalnia. Gitarowe pick-up’s modulują dźwięk, struny skowyczą, całość zaś szuka emocji, po drodze odnajdując melodię i cytaty z historii muzyki rockowej. W głowie Warda kołaczą nawet grepsy gitarowej klasyki, które prowadzają muzyka … na powrót do estetyki przypominającej najlepsze chwile życia Deep Purple! Ostra kipiel, tłumiona emocjami post-bluesa w niezwykle otwartej formule. Ostatnia, szósta improwizacja zdecydowanie stawia już na kojenie naszych emocji – niemal klasycznie brzmiąca gitara, prawie pozbawiona dopływu prądu. Semi-barokowa narracja, uroczy chill-out z dużą klasą prowadzi nas do ostatniego dźwięku.




Noonward  Noonward (Copepod, CD 2020)

Czas na zapowiadany duet – Alex Ward na gitarze elektrycznej i klarnecie oraz Sean Noonan na perkusji, instrumentach perkusyjnych i wokalu. Muzycy na okoliczność tego nagrania (październik ubiegłego roku, Resolution Way, Londyn) przygotowali dziewięć kompozycji (precyzyjnych scenariuszy ze ściśle określoną przestrzenią na improwizowane szaleństwa!), w tym cztery autorstwa Warda, które łącznie trwają 58 i pół minuty.

Płyta zaczyna się prawdziwym trzęsieniem ziemi, a potem jest jeszcze lepiej! Rockowy dryl, masywny strumień gitary, która brzmi, jakby jednocześnie była także basówką, głośny, progresywny drumming tworzą wrzący tygiel emocji i pozytywnego hałasu. Drugi utwór dla odmiany, tudzież kontrastu (często stosowany na całej płycie zabieg dramaturgiczny!), zaczyna delikatny klarnet i niemal jazzowa synkopa perkusji. Taneczne, frywolne intro dość szybko przeradza się w hard rockową kipiel, po drodze hacząc o slide’ową gitarę i surfingową wokalizę. Emocje kipią do tego stopnia, iż Ward wydaje się grać jednocześnie na obu swoich instrumentach. Prawdziwy chaos kreatywności! Rockowe riffy i psychodeliczny wokal! Trzeci utwór nieco wyhamowuje rozszalałą narrację – klimat nowojorskiego No Wave sprzed czterech dekad rozpoczyna swoje panowanie. Narracja skacze z samego dołu od równie efektownej góry – od delikatnych fraz, po gitarowe przestery. Dużo brawury i posmak psychodelii ala Television. Na koniec utworu coś na kształt powykręcanego, nowofalowego bluesa.

Czwarty utwór, a na wejściu znów taneczny klarnet i delikatny drumming. Gitara podłącza się po wielu sekundach, perkusja nie przestaje być jednak lekka – taki kalifornijski surf rock dla małych i niebogobojnych! Połamane rytmy, krwiste riffy, ale i ciekawe zejście w ciszę bogatych perkusjonalii. Jest i namiętny głos Seana, skomentowany powracającym klarnetem. Piąty utwór od startu stawia na moc hc/punkowej ekspresji, by po paru przebieżkach, zejść w … taniec klarnetu i talerzy perkusyjnych. Gdy gitara powraca, całość zaczyna znów smakować No Wave, a nawet rytmicznie pokiereszowanym The Minutemen. Potem już tylko krótka faza … ciężkiego rocka i surfowy oddech. Szósta kompozycja ponownie sięga po dramaturgiczny kontrast – semicki flow klarnetu i zmysłowy deep drumming. Ward bystrze i z nie bywałą klasą wchodzi w fazę bardzo swobodnej improwizacji, po czym całość nabiera wręcz free jazzowego wigoru.

Siódmą historię zaczyna gitara, która brzmi niczym naelektryzowana bałałajka, wspierana bystrymi stemplami perkusji. Narracja nabiera ostrości, znów smakuje dobrym, starym No Wave. Zamiast kipieli dostajemy jednak kilka fraz … uspokajającego klarnetu, który wchodzi na poziom kongenialnej, swobodnej ekspozycji. Brawo! Gitara, co prawda szybko powraca, ale klarnet … nie milknie. Krok w kierunku zadumanego rocka, który gaśnie tylko dobrymi emocjami. Ósma piosenka! Taneczny, frywolny klarnet – znamy ten wątek! Gitara powraca chwiejnym krokiem, ma usta pełne rozwichrzonego rocka. Całość brzmi, niczym wczesne Talking Heads! Zwinne, szykownie skrojone tańce-połamańce! Ward także na gitarze ma swoje eksplozywne solo, moc jest z nim do tego stopnia, iż mamy wrażenie, że grają dwie gitary! Powraca klarnet, tonie w miłosnych zalotach i znów stawia nas pod dramaturgiczną ścianą. Gitara nie daje za wygraną i wraz z psychodelicznym wokalem kończy tę szaleńczą podróż. Czas na definitywny finał Noonwarda! Łagodna gitara, talerze i szczoteczki, ballada na strapionych krętą drogą. Ale tu nie będzie ciszy! Post-rockowy ogień rozpala się w mgnieniu oka. Połamane rytmy, strzeliste, ostre frazy. Jest skok ku surfowaniu, jest atak szalonej gitary. Rock in! Finał na raz stawia nas przed znakiem zapytania. Play it again?


The whole thing you want is here: https://alexward.bandcamp.com/


czwartek, 18 października 2018

Alex Ward’ Item 10! Volition (Live At Cafe Oto)!


Alex Ward, brytyjski gitarzysta i klarnecista, to muzyk, który uwielbia swobodną improwizację, ale lubi być do niej skrupulatnie przygotowany. Gdy myślę o procesach predefiniowania swobodnej improwizacji, tworzenia scenariuszy jej przebiegu, zawsze przed oczyma staje mi obraz pewnego popołudnia przed koncertem we Wrocławiu. Dwóch muzyków, dwa kufle piwa i wielkie pięciolinie w dłoniach. Ożywiona dyskusja, nanoszenie długopisem nowych pozycji na arkuszu. Za godzinę piękny, improwizowany, wyzwolony koncert. To duet Alex Ward – Dominic Lash. Tak o tym wydarzeniu pisała Trybuna dwa i pół roku temu.

Ward, w ramach przygotowania do częściowo komponowanej improwizacji swojego Sekstetu, wręczył onegdaj muzykom czternastostronicową instrukcję. Jaki to dało efekt muzyczny, możecie przypomnieć sobie, klikając w ten punkt.

Dziś 44-letni muzyk proponuje nam nagranie własnego tentetu, który z wielowarstwowych instrukcji potrafił stworzyć prawdziwie ekscytującą, kolektywną improwizację. Dzięki zamieszczonym na okładce płyty liner notes, wiemy, iż instrukcja składała się z tradycyjnie notyfikowanych fragmentów, odcinków częściowo notyfikowanych (w zakresie niektórych parametrów, np. w rytmu, wybór pozostawiony został samym muzykom), pasaży dyrygowanej improwizacji oraz całkowicie swobodnej improwizacji, toczonej w wyznaczonych podgrupach (na okładce płyty muzycy wskazani z imienia i nazwiska, także czasy trwania poszczególnych odcinków). I jeszcze jedno założenie – niektóre ze sposobów organizacji przestrzeni dźwiękowej, wymienionych wyżej, mogły i były realizowane symultanicznie.

Do orkiestry, która przejęła nazwę roboczą Item 10, Alex zaprosił muzyków z kilku brytyjskich światów – takich, jak on sam, którzy uczyli się kolektywnych improwizacjach dwie dekady temu pod czujnym okiem mistrza Butcha Morrisa, przedstawicieli szeroko rozumianej muzyki współczesnej, czy wreszcie naszych ulubionych, młodych brytyjskich freaków improwizacji, określonych przez samego Warda jako przedstawicieli eklektycznego post-free jazzu.




Poznajmy zatem aktorów spektaklu. Od lewej do prawej, z perspektywy naszych uszu, muzycy rozmieszczeni zostali na małej scenie londyńskiego klubu Café Oto w następujący sposób: Alex Ward – gitara elektryczna, klarnet (także amplifikowany), Yoni Silver – saksofon altowy, klarnet basowy (także amplifikowany), Cath Roberts – saksofon barytonowy, Sarah Gail Brand – puzon, Otto Willberg – kontrabas, Andrew Lisle – perkusja, Charlotte Keeffe – trąbka, flugelhorn, Benedict Taylor – altówka, Mandhira De Saram – skrzypce oraz Joe Smith Sands – gitara elektryczna.

Rzecz działa się 18 września 2017 roku. Muzycy wykonali trzy kompozycje Warda, co zajęło im prawie 80 minut. Płyta Volition (Live At Cafe Oto), która swoją oficjalną premierę będzie miała w najbliższy poniedziałek, wydana została przez własne wydawnictwo Warda – Copepod Records. Zaglądamy do środka!

Your Overture. Wita nas intro, pełne rockowego temperamentu (dwie gitary elektryczne!), z orkiestrowym rozmachem godnym niejednego święta wiosny. Rozbudowany pasus smyczkowy, kolektywna, zamaszysta ekspozycja. Ostry saksofon, hałaśliwa trąbka i marszowy nastrój, czytany prosto z kartki. Parę sekund powyżej 4 minut.

Entreaty. Tu pierwsze dźwięki należą do altówki i skrzypiec - jakże piękny, upalony barok! Także smyczek na kontrabasie. Wzniośle, dobitnie, zgrzytliwie – strunowce w prawdziwej ofensywie. Większa grupa instrumentów włącza się dopiero po kilku minutach, tworząc błyskotliwi zgiełk, który stanowi dramaturgiczne poprowadzenie pod pierwszą podgrupę swobodnej improwizacji. Zgodnie z zapisem na okładce i tym, co słyszymy – puzon, perkusja i kontrabas! Przez blisko 8 minut trójka muzyków stanowi element dominujący całej orkiestry. W tle dzieją się przeróżne rzeczy, ale my koncertujemy się na świetnej ekspozycji Brand, której silny impuls daje sekcja Lisle/ Willberg. Prawdziwe power trio – dynamika, ekspresja, szkliste libido! Sonore zatopione we free jazzie po kolana. Tuż po nich, smyczkowe interludium, choć sam puzon nie milknie. Wyłania się z tego dęta wojna, który tyczy szlak ku kolejnej podgrupie – baryton i trąbka, czyli girls in offensive, choć nie dłużej niż przez dwie minuty. Ponowne interludium jest zmysłowe, gęste, wprost z filharmonii - dobre podprowadzenie z kartki. Na pięć minut dostajemy się we władanie klarnetu basowego, altówki i skrzypiec. Piękny, dynamiczny, nielichy popis instrumentalny – zapasy, kwiki, złorzeczenia! Brawo! Błyskotliwie wytłumiony pod batutą klarnetu (Warda?), przy wsparciu małych strunowców. Obok komentarz z kartki w formule sustained. Urocze, sonorystyczne interludium skrzypiec (altówki?). Tuż po mocnym, filharmonicznym podprowadzeniu, start nowego trio – klarnet, perkusja i gitara elektryczna. Przez moment pierwszy z nich, tu w rękach Warda, brnie samotnie, ale dość szybko podłącza się brakująca dwójka – Lisle i Smith. Wielominutowa ekspozycja tej trójki, świetnie komentowana przez pozostałych muzyków (chyba zadziałało tu kilka podscenariuszy!). Klarnet wchodzi na szczyt i święci triumfy! Gęsty, mocny, ale jakże zwinny finał kompozycji. Fire music!





Volition. Tentet startuje pełnym składem – głośno, dynamicznie, w wysokim rejestrze. Od 37 sekundy pierwszy ocean free improve – baryton, kontrabas i perkusja. Mocny free jazz dla silnych facetów i wrażliwych kobiet. W tle ciekawy komentarz grany unisono. Także pętelki gitary. Kolektywnie, ostro i po bandzie, ze świetnie wyeksponowanym barytonem! Brawo! Nim swój antrakt skończy trio, do walki rusza kolejne trio – pozostaje perkusja, dochodzą flugelhorn i skrzypce. I to jest uspokojenie, choć momentami bardzo pozorne. W dyskusję włączą się inny dęciak. Zadziorny, ale wykwintny! Komentarz idzie wprost z najniższych strun. Tu znów, w jednym momencie orkiestra korzysta z kilku scenariuszy. Gęsto od dźwięków. Do tria, na zakładkę dochodzi nowy duet – puzon i gitara (Smith). Na bogato, aż trudno nadążyć z notowaniem wrażeń. Duet spowalnia nieco narracje, koi nerwy, pozwala wziąć łyk nowego powietrza i jest ... wyśmienity! Narracja narasta silnym kontrabasem, muzycy eksplodują w ramach swoich rozwiązań dramaturgicznych. Po krótkim interludium, na czoło wysforowują się dwa amplifikowane klarnety. Szczypta elektroakustyki na tym prawie całkowicie akustycznym koncercie. Długi pasus, orkiestra milczy – prawo lidera! Cały ansambl delikatnie stopuje, być może zbiera siły na krwiste zakończenie. Po chwili backgroudowego komentarza startuje nowy duet – perkusja i altówka. Dodajmy, iż ma on wielu komentatorów (choćby trąbkę). Kolejna porcja wspaniałości. Tuż obok do drzwi dobija się jakiś zagubiony dęciak i wchodzi w improwizację duetu bazowego, jak w masło. Koncert sięga szczytu, ale nie ostatniego! Wspaniałe pasusy Taylora na altówce! Kolejne interludium jest bardzo bogate – sonorystyka, zwinne interakcje, kompulsywne mocowania pełne potu na czołach. Orkiestra staje w płomieniach! Na to wszystko wchodzi hałaśliwa gitara Warda (tutti!) i czyni honory mistrza – noise and collective improve! Gęste jak ołów! Wielki finał niebywałego koncertu swobodnej improwizacji, podanej wedle czterech scenariuszy! Nie pytajcie, jak oni cudownie wybrzmiewają na ostatniej prostej! Wszystko, co tylko możecie sobie wyobrazić!