Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agusti Martinez. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agusti Martinez. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 marca 2021

Discordian Community Ensemble in the audio reading of Crowley’s The Book Of Lies! And not only…


Bądź silny, o człecze! pożądaj, raduj się wszelkimi rzeczami zmysłu i zachwytu i nie obawiaj się, iż jakiś Bóg za to cię odrzuci. *)

 

Odrobina okultyzmu i mistycyzmu z pewnością nam dziś nie zaszkodzi, a być może okaże się także definitywnie skuteczną szczepionką na wieczną zarazę, która drąży nasze ciała od ponad roku. Być może da też nadzieję naszym umysłom na przetrwanie kolejnych edycji niekończącego się lockdownu.

El Pricto, wenezuelski erudyta, a nade wszystko kompozytor, dyrygent i saksofonista zdaje się być osobą najbardziej kompetentną do tego, by interesująco zainfekować nas choćby odrobiną okultyzmu. Na najnowszej płycie Discordian Community Ensemble proponuje nam bowiem muzyczny odczyt trzech poematów z dzieła Aleistera Crowleya Księga Kłamstw. Teksty śpiewać będzie doskonała sopranista z Barcelony, Ilona Schneider, a za oprawę muzyczną odpowiadać będzie kompozytor i dyrygent El Pricto oraz dziewięciu innych instrumentalistów.

W ramach uzupełnienia tej intrygującej lektury, Pricto proponuje nam jeszcze kompozycję Tzim-Tzum, tym razem nie kotwiczy jednak tego pomysłu w dziejach literatury, ani tym bardziej okultyzmu. Tu zagra dla nas znów dziewięcioosobowy skład, a utwór pozbawiony będzie warstwy werbalnej.

 


Three Poems By Aleister Crowley

Barcelona Improfest, Luty, 2017 - Ilona Schneider (sopran), Agustí Martínez (saksofon altowy), Naná Rovira (klarnet basowy, kanał prawy), Eduard Altaba (kontrabas, kanał prawy), Diego Caicedo (gitara elektryczna), Vasco Trilla (perkusja), Cárlos Ródenas (kontrabas, kanał lewy), Luiz Rocha (klarnet basowy, kanał lewy), Xesc Llompart (skrzypce), Pope (trąbka) oraz El Pricto (kompozycja, dyrygentura). Trzy części z tytułami, łącznie niespełna 30 minut.

Ceremoniał otwarcia spoczywa w rękach Vasco Trilli. Muzyk buduje powłokę perkusjonalnego ambientu, w którą powoli wgryzają się strunowe dźwięki, zarówno akustyczne, jak i elektryczne. Po dość krótkiej introdukcji masywny drumming, salwy instrumentów dętych i post-operowy show Ilony Schneider wprowadzają nas do głównego nurtu kompozycji. Opowieść od razu stawia na gęstość, pewnego rodzaju powabność, ale i niemal filharmoniczny rozmach. Elementy precyzyjnie zaaranżowane przez Pricto komentowane są intensywnymi spiętrzeniami czynionymi na wdechu i rozimprowizowanymi wydechami. Jak zawsze w przypadku dzieła Wenezuelczyka, zmiana goni tu zmianę, a całość ma pewną charakterystyczną powtarzalność. Peaki emocji zdaje się kreować przede wszystkim dynamiczna perkusja, którą perfekcyjnie kontrapunktuje kobiecy sopran, zdolny w ułamku sekundy zmienić sytuację dramaturgiczną niemal o 180 stopni. Wszystko wszakże dzieje się tu z woli i nakazu dyrygenta. Muzycy kreują opowieść na zasadach demokratycznych, a indywidualne popisy należą do rzadkości (bodaj raz zgodę na samowolę dostaje alcista). Nerwowe, prawdziwie wyzwolone chamber z posmakiem free jazzu sfinalizowane zostaje drobną, acz niemal rockową kipielą gitary.

Druga kompozycja wstaje z kolan w oparach ciszy – suchych, dętych pomruków, ledwie dotykanych strun i lękliwych fraz wokalistki. Smugi czerni rysują raz za razem dwa kontrabasy i towarzyszące im klarnety basowe. Narracja stawia tu na improwizację, a jedynie w momentach śpiewu flow całej orkiestry zdaje się trzymać frontu pięciolinii. Oto zmysłowe chamber grane wysoko, destymulowane lekami spowalniającymi pracę serca. Gdy opowieść przechodzi w fazę minimalistycznych grepsów, na dysku bez chwili ciszy wyświetla się trak numer trzy. Na jego otwarcie dostajemy krótką lekcję pytań i odpowiedzi, realizowaną dychotomicznie przez dęciaki i strunowce. Rodzi się meta rytm, na który wyjątkowo spokojny głos nakłada Ilona. Narracja gęstnieje za sprawą repetycji, jaką konstruuje gitara Diego. Emocje rosną, a działania orkiestry zaczynają nabierać post free-jazzowego posmaku. Po kilku pętlach całość przygasa do wymiaru efektownego free chamber. Głos pięknie lepi się tu z podmuchami saksofonu altowego i doprowadza kompozycję do dość nagłego zakończenia, skwitowanego oklaskami.

 

Tzim-Tzum

Barcelona TepeKaLeSound, Listopad, 2019 - Fernando Brox (flet), Agustí Martínez (klarnet), Pope (trąbka), Aram Montagut (puzon), Amaiur González (tuba), Diego Caicedo (gitara elektryczna), Jaime Del Blanco (skrzypce), João Braz (wiolonczela), Alex Reviriego (kontrabas) oraz El Pricto (kompozycja, dyrygentura). Jeden trak, 23 minuty z sekundami.

Tym razem w roli introduktora występuje kontrabas pod palcami Reviriego. Niski dron, który żłobi bruzdę, do której co chwilę spadają dęte salwy. Obok gitara Caicedo, który buduje spokojny, ale bardzo mroczny flow. Smyczki szeleszczą, a z całości wypowiedzi muzyków zieją grozą! Efektowna, pulsująca sinusoida rosnących emocji, wrzący tygiel ponadgatunkowych zdarzeń fonicznych, typowych dla wyzwolonej muzyki z równie wyzwolonej Barcelony. Z każdą sekundą ekspozycja gitara nadyma się czernią. Reszta instrumentów kompulsywnie ripostuje, po czym gaśnie do poziomu kontrabasowych pojękiwań. Narracja toczy się niczym choroba dwubiegunowa – emocje, napięcie i eksplozje mocy, cisza, czerń i oddech nieznanego. Pricto trzyma jednak wszystko w garści - nie brakuje mu pomysłów płynących z pięciolinii, jak i wynikających z akcji dyrygenckich prowadzonych ad hoc (tego ostatniego możemy się jedynie domyślać). Niespodzianka goni tu niespodziankę, a nad wszystkim zdaje się czuwać mroczny oddech czarnej gitary. Strunowe perełki i plastry gorzkiego miodu spod dysz, nerwowe oddechy i dramaturgiczne zaklęcia. Gęsta uroda chwili.

W połowie seta Pricto ustawia narrację znów w blokach startowych – niski smyczek na gryfie kontrabasu kreuje efektowną ciszę przed burzą. Piękna pętla dramaturgiczna, którą zdobią salwy dętych i smutek strunowych. Gitara wpada w furię, ale jakby w rekontrze skrzypce i wiolonczela płyną dość spokojnie wyschniętym korytem rzeki. Nagle na zaskakujące interludium decyduje się klarnet, wsparty na delikatnych strunach, kierując opowieść w objęcia wystudzonej kameralistyki. Po kilku głębszych oddechach narracja powraca jednak do bardziej emocjonalnych fraz – z jednej strony piękne, dęte podmuchy, z drugiej basowe konwulsje. Wszystko komentowane jest na bieżąco przez naładowaną mrokiem gitarę. Piękna, zbiorowa histeria! Na zakończenie seta orkiestra wpada w post-zornowską galopadę trudnych przypadków, po czym ratuje się salwą mocy, w pełni kontrolowaną oczyma dyrygenta. Sam finał uczyniony zostaje na raz, niczym bicz sprawiedliwości, piękne resume doskonałego nagrania!

 

El Pricto/Discordian Community Ensemble Three Poems By Aleister Crowley​/​Tzim​-​Tzum (Discordian Records, DL 2021)

 

*) Święte Księgi Thelemy, Aleister Crowley



czwartek, 23 kwietnia 2020

El Pricto and The Discordian Unreal Diary!


Barcelońska eksplozja kreatywności trwa w najlepsze! Po niedawnej prezentacji trzech duetów Vasco Trilli, czas na pogłębioną analizę nowości wydawniczych Discordian Records i jej sublabelu Discordian Bootlegs.

W roli głównej, nie kto inny, jak the one and only El Pricto! Siła sprawcza niemal wszystkiego, co wartościowe w muzyce kreatywnej stolicy Katalonii. Wenezuelski multi-artysta (przypominamy, iż muzyk udzielił wywiadu rzeki Panu Redaktorowi, który jest dostępny zarówno na tych łamach, jak i na portalu Jazzarium.pl) dziś zaprezentuje się w kilku rolach. Będzie kompozytorem, dyrygentem, muzykiem improwizującym, wreszcie realizatorem nagrania, a nade wszystko – w każdym przypadku – wydawcą!

Zaczniemy od okrętu flagowego DR, czyli formacji Discordian Community Ensemble. W dalszej kolejności klasyczny kwartet saksofonowy, ale po ... katalońsku i diskordiańsku jednocześnie. Zaraz potem czeka nas wycieczka w czasy pierwszego pięciolecia istnienia wydawnictwa i odczyt/odsłuch całego mnóstwa skomponowanych improwizacji El Pricto, bazujących na cudownym brzmieniu instrumentów dętych, nagrań upublicznianych dziś wszakże po raz pierwszy. Wreszcie na finał tej opowieści duże składy pod wodzą Francesca Llomparta, zarówno zarejestrowane w ostatnich latach, jak i nieco starsze.

Zapraszamy na jakże widowiskową eksplozję wyjątkowej muzyki! Niech żyje Discordia!




Discordian Community Ensemble  Songs From The Unreal Book (Discordian Records, DL 2020)

Najnowsza produkcja Discordian Community Ensemble, to Piosenki bez słów dla świata pozbawionego znaczenia, z dedykacją dla wszystkich doświadczających pandemii, albowiem życie samo w sobie ma już znaczenie.

Grudzień 2018 roku, nagranie koncertowe z Klubu Sinestesia, na scenie DCE w składzie: Ilona Schneider – głos sopran, Pol Padrós – trąbka, Melisa Bertossi – saksofon tenorowy, Francesc Llompart – skrzypce, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny, Oriol Roca – perkusja oraz El Pricto – dyrygentura. Ten ostatni jest także autorem sześciu kompozycji zawartych na płycie, które wyjątkowo, jak na zwyczaje tego twórcy, przybrały postać notacji graficznych. Jedna z nich zdobi zresztą okładkę wydawnictwa, która trwa 34 minuty i 32 sekundy.

Ostrze rockowej gitary zostaje nam wbite proso w serce, szczęśliwie jednak kobiecy głos i delikatne skrzypce, przyłożone do krwawiącej ranny, dają nam - trwające ułamek sekundy - ukojenie. Dzieło El Pricto, czyli klasycznie ponad epokowy i równie ponadgatunkowy konglomerat szalonych pomysłów, z których żaden nie okazuje się być złym wyborem. W tej początkowej bitwie męskości i kobiecości, rola mediatorów przypada dęciakom i pozostałym strunowcom. Basówka i perkusja grzmią, huczą i drżą całą swoją masą. Narracja budowana na dysonansie kąsa urodą i dramaturgiczną dosadnością. Gitara Caicedo potrafi brzmieć, jakby muzyk przesypywał kamienie, nie stroni od flażoletów, ale i stempli betonowej mocy. Od ciszy wyczekiwania, do ekspresyjnych kipieli – gigantyczna amplituda emocji i natężenia dźwięków. Contemporary free rock & chamber! Wszystko zdaje się tu dziać wedle wskazań kompozytora i dyrygenta, ale poziom emocji nie stygnie choćby na moment. Druga opowieść też toczy się od ściany do ściany – do środka i na zewnątrz, od dołu do samej góry. Kolektywna erupcja emocji, tu z drobną ekspozycją trąbki. Gitara i reszta załogi stawia zasieki i hałasuje, mając jednak - mimo wybuchów gorącego powietrza- wszystko pod kontrolą! Narracja smakuje czerstwym rockiem, jest połamana, powykręcana, faluje jak wielki okręt na wzburzonym oceanie. Pięknie uporządkowany chaos!

Trzecią opowieść zaczyna coś na kształt basowego walkingu. Kobiecy głos, dęte zawody i rzężąca gitara. Rock vs. chamber in great fury! Stopień skomplikowania, ale i frywolności całej narracji przywodzi skojarzenia z metodami pracy Franka Zappy. Kolejna część kontynuuje wątek wspólnych pokrzykiwań – masywny rock grzmi dętymi posadami, obok skrzypce i głos eskalują wątek kameralistyczny. Ekspresja wszakże ponad wszystko! Piąta opowieść na moment hamuje ów dramaturgiczny walec drogowy. Szumy, szmery, świsty – każdy z uczestników tego szaleństwa zaczyna preparować dźwięk swojego instrumentu. Gitara zgrzyta tępym ostrzem, tenor dorzuca do ognia, emocje rosną, ciągle bystrze jednak kontrolowane przez Pricto. Szósta kompozycja, to strzał hałasu na otwarcie. Dźwiękowe brzytwy, stylistyczne dysonanse. Free jazz vs. post-chamber! John Zorn podrzuca wygniecione pięciolinie! Góra – dół, do środka i na zewnątrz! W tej niebywale gęstej narracji każdy z muzyków znajduje kilka sekund na indywidualne popisy, ale wszystko dzieje się jakby w tej samej sekundzie naszego życia. Od ciszy do hałasu i z powrotem! Emocje po wybrzmieniu giną w głuchej ciszy oklasków.




Malaclypse Sax Quartet  时鸟唱歌是因为有答案  (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Marzec ubiegłego roku, koncert w miejscu zwanym Tepekalesound, przedmieścia Barcelony - L'Hospitalet. Formację Malaclypse Sax Quartet znają wszyscy, którzy wraz z redakcją od lat zagłębiają się w historii dyskordianizmu i labelu, który stworzył Pricto na chwałę owej fikcyjnej religii. Na saksofonie sopranowym zagra Agustí Martínez, na altowym - El Pricto, na tenorowym - Liba Villavecchia, zaś na basowym - Ferran Besalduch. Dęta epopeja (z chińskiego: Sometimes Birds Sing Because They Have Answers), stworzona przez wszystkich jej uczestników (all music by the musicians, bez jakichkolwiek informacji, jakoby któryś z muzyków pełnił rolę dyrygenta), składa się z trzech części (dwóch zasadniczych i dwuminutowego encore), trwa zaś 37 minut i 32 sekundy.

Głosy otwarcia saksofonowej ceremonii są następujące – dwa wysokie dęciaki śpiewają, jeden repetuje, a ten czwarty, najniższy buduje basową bazę dla improwizacji. Wszystkie dźwięki są czyste, barwne i na swój sposób ulotne. Po paru minutach sytuacja ulega drobnym modyfikacjom – lewa flanka płynie szerokim strumieniem, prawa śpiewa skromną kołysankę, a pozostałe dwa instrumenty milczą, bądź sprawiają wrażenie, że … milczą. Napięcie jednak narasta, coś z pewnością musi się za chwilę wydarzyć - drobne preparacje, prychanie z samego środka narracji, tygrysie pomruki i kocie lamenty. Rodzaj ptasiego radia, zdobionego niedźwiedzimi pomrukami saksofonu basowego. Po 10 minucie następuje krótkie zejście w obszar ciszy, ozdobione garścią sonorystycznych niuansów. Na sam finał pierwszego utworu muzycy realizują kilka bardziej dynamicznych depnięć na pedał  gazu, po czym przechodzą do fazy gaszenia płomienia, który przypada w udziale duetowi lżejszych dęciaków.

Druga, zasadnicza i najdłuższą opowieść początkowo budowana jest płynnymi, skupionymi frazami. Jakby zło budziło się do życia po latach cierpienia. Każdy z muzyków coś dokłada od siebie, kreuje mikro eskalacje, szuka zaczepki. Bas dmie złowieszczo, reszta tańczy i swawoli. W okolicach 4 minuty wszyscy wchodzą w przepiękną fazę szeptów. Nostalgia pełna zimnej nerwowości. Kilka neoklasycznych parsknięć, jakby stawianie znaków zapytania. Wzrost emocji następuje z inicjatywy basu – reszta nie zgłasza zdania odrębnego i rozśpiewany kwartet rusza w drobną przebieżkę. Mocni, stanowczy, niemal dostojni instrumentaliści w drodze na szczyt hałasu, który osiągają w okolicach 13 minuty. Potem raptowny stopping – lewa flanka krzyczy samotnie, z małymi preparacjami. Towarzyszą jej dalece wystudzone komentarze współpartnerów. Dialogi, trialogi, czerstwy głos wszystkich, to kolejne fazy rozbudzania narracji. Specyficzne call & responce – jakby śmiech przez łzy! Skowyt i drwina w tym samym momencie - prawdziwie ludzkie oblicze czterech saksofonów. Po 17 minucie bas zaczyna porządkować opowieść, pozostali śpiewają i nie do końca wykazują należytą posłuszność. Po 19 minucie bas milknie, cóż ma bowiem uczynić… Reszta dyskutuje w najlepsze. Na ostatniej prostej bas jednak powraca i zabiera wszystkich na krótki, jakże ognisty finał opowieści.

Pozostaje nam jedynie odsłuchać ledwie dwuminutowy bis, rodzaj dramaturgicznej repryzy właśnie, co skończonej improwizacji. Alt smakuje czupurnym Zornem, reszta kwili i grymasi. Gdy bas rozpocznie finałowy taniec, reszta towarzyszy może jedynie – z krzykiem na ustach – dołączyć do niego i dobrnąć do jakże zasłużonych oklasków.




El Pricto  Tangential Views (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Trzy kompozycje El Pricto na małe składy improwizujące, stworzone i wykonane w pierwszej połowie dekady lat 10. bieżącego stulecia. Całość trwa 34 minuty i 32 sekundy.

Tangential Views (The Hodge Podge, Barcelona, maj 2011); El Pricto – saksofon altowy, Don Malfon - saksofon barytonowy, Luiz Rocha – klarnet basowy oraz Miguel Serna – kontrabas.

The King In Yellow (The Golden Apple, Barcelona, styczeń 2015); El Pricto – saksofon altowy, Paulina Owczarek – saksofon barytonowy, Alex Reviriego – kontrabas oraz Marko Jelača – perkusja.

Double Spiral Dynamo (The Hodge Podge, Barcelona, kwiecień 2011); Agustí Martínez – saksofon altowy, Tom Chant – saksofon tenorowy, Xavier Díaz Herrera – saksofon barytonowy, Miguel Serna – kontrabas, Javier Carmona – perkusja oraz El Pricto – dyrygentura (ta powinność dotyczy także poprzednich utworów).  

Pierwszy kwartet sprawia wrażenie, jakby był … sekstetem. Zarówno kontrabas, jak i klarnet basowy mają zmultiplikowane brzmienie, dzięki czemu, zwłaszcza na początku utworu, dźwięki płyną do nas nieprawdopodobnie gęstym, nisko zawieszonym strumieniem. Oba saksofony w tym czasie śpiewają wysokim tembrem i czekają na przebieg wypadków. Po niedługiej chwili kwartet (sekstet?) zaczyna brzmieć, niczym stado rozjuszonych rumaków w posuwistym, nerwowym galopie. Jeszcze przed upływem 2 minuty muzycy płynnie przechodzą w dęte unisono z pięciolinii, po czym rozlewają się szerokim korytem, skwierczą i chrząkają, by po kilkudziesięciu sekundach przygasnąć. Baryton i alt skrzeczą na przeciwległych flankach, a znów podwojona moc niskich pasm czyni spustoszenie. Po 6 minucie ostry wrzask na raz i znów krok ku spowolnieniu. Krótki marsz na wiwat i obumierający kontrabas, który gasi światło, wyczerpują program pierwszego utworu.

Drugi kwartet początkowo kontynuuje ów wiwatujący marsz. Stawia jednak na dramaturgiczną wyrazistość i adekwatny poziom natężenia dźwięku – truly free jazz quartet! Saksofony złowieszczo śpiewają, kontrabas rwie struny, a perkusja niczym dobosz, zwołuje wszystkich na rytuał improwizacji. Użycie smyczka wzmaga napięcie, nie studzi emocji. W połowie 5 minuty krótka przygoda z ciszą – suchy smyczek, drżące talerze i saksofonowe drony. Po niedługiej chwili pizzicato kontrabasu zarządza nową, masywną eskalację, która ma miejsce niemal dokładnie w 10 minucie utworu. Bas pulsuje, drummer liczy krawędzie. Saksofony nie pozostają bierne i cały kwartet płynie marsowym bluesem, czerstwym, ale jakże smakowitym. Sporo dzieje się w tym momencie wedle prictowego scenariusza, ale emocje nie gasną choćby na ułamek sekundy. W połowie 15 minuty, czas na skromne preparacje, garść prychów spod wilgotnych dysz i tajemniczych szelestów. Piękną aurę chwili tworzy szczególnie smyczek na kontrabasie Alexa, choć jego partnerzy także nie ustają w wysiłkach, by pióro recenzenta gotowało się z emocji. W 18 minucie temu ostatniemu nie pozostaje nic innego, jak ogłosić, nie pierwszy tego dnia, stan free jazzowej kipieli! W połowie 20 minuty, jakby za sprawą różdżki czarodzieja, kwartet płynnie powraca do frazowania, które znamy z początku utworu. Wiwatujący marsz ku chwale złego i chaotycznego! Piękna pętla dramaturgiczna gaśnie szybko, w niecałe 15 sekund.

Czas na finałowy kwintet, z El Pricto wyłącznie w roli dyrygenta, niespełna pięciominutowy. Delikatne otwarcie, pełne kameralistycznej nieśpieszności, śpiewy dętych, pizzicato kontrabasu, małe perkusjonalia. Zaduma w sierści niepokoju, saksofonowy rozmach - rozkołysany, piękny, choć niepozbawiony wewnętrznego hałasu, marsz ku ostatniemu dźwiękowi. Wiwat!




Francesc Llompart  Insect Politics (Discordian Records, DL 2020)

Czas na skomponowaną improwizację w rozbudowanym wydaniu personalnym, którą dostarcza nam muzyk, z którym zetknęliśmy się już w trakcie pierwszej z omawianych dziś płyt – Francesc Llompart. Poza faktem bycia autorem muzyki i dyrygowania trzema orkiestrami, muzyk w pierwszej i trzeciej części będzie też odpowiadał za post-elektroniczną degenerację dźwięków! Najpierw znajdziemy się w znanym już nam miejscu The Hodge Podge (październik 2012), potem przeniesiemy się do również dziś wizytowanej Sinestesii (czerwiec 2018), by tę krótką podróż po Barcelonie zakończyć w miejscu zwanym Centre Cívic Albareda (luty, 2017). Poza LLompartem zagrają dla nas: Pablo Selnik - flet (utwór 1), Luiz Rocha - klarnet basowy (1,2,3), Tom Chant - saksofon sopranowy (1), Liba Villavecchia – saksofon sopranowy (1), Isidre Palmada - puzon (1), Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne (1,3), Eduard Altaba - kontrabas (1,3), Diego Caicedo – gitara elektryczna (2,3), Sebastián Vidal – gitara klasyczna (2), Fernando Brox – flet (2), Marco Mezquida - fortepian (2), Aldo Aranda - perkusja (2), Míriam Fèlix - wiolonczela (2), Ángel Faraldo – elektronika (2), Naná Rovira – klarnet basowy (3), El Pricto – saksofon altowy (3), Agustí Martínez – saksofon altowy (3), Pope - trąbka (3), Ilona Schneider – głos sopran (3) oraz Carlos Ródenas - kontrabas (3). Całość nagrania, to 55 minut i 32 sekundy.

Insect Politics, część tytułowa, najbardziej rozbudowa, blisko trzydziestominutowa, zaczyna się świstem dęciaków, małą perkusją i plamami akustyki bez wskazania źródła pochodzenia. Dźwięki długie i krótkie, masywny kontrabas traktowany smyczkiem – kameralne poczęcie, pełne skupienia i dramaturgicznej precyzji. Siedmiu żywych i post-elektronika budują zmysłowe flow, z dużą ilością przestrzeni, plastrami ciszy, w tempie slow motion, z drobnymi fermentacjami ze strony percussion. Po 5 minucie - pierwszy grad dętych mini ekspresji, podawanych raz głośniej, raz spokojniej. Dużo dzieje się tu wg scenariusza autora. W połowie 10 minuty intrygujące akcenty rytmu i bystre plamy syntetycznych dźwięków, niepozbawione nawet industrialnych wtrętów. Po kolejnych dwóch minutach przybywa zjawisk fonicznych, kolejnych trybów narracji i jakże zwyczajnych emocji – noise-post-electronics chamber in fury! Gra dla nas oktet, a mamy wrażenie, jakby panowała nad nami wielka orkiestra symfoniczna na sterydach. Po upływie 18 minuty Llompart włącza tryb ciszy i preparacji – dużo daje z siebie syntetyczna praca w konwencji live proccesing (tak przynajmniej słyszy recenzent). Sekcja dęta w tle zwinnie komentuje i trzyma post-elektroniczne degeneracje w ryzach dramaturgicznych. Po 22 minucie ma miejsce piękny pasus kontrabasu, nie bez udziału elektronicznego wsparcia – wszystko nabiera posmaku chamber, a towarzysząca temu zjawisku sekcja rytmu zaczyna swobodnie improwizować. Finał utworu muzycy osiągają długimi pasażami, kontrapunktowanymi drobnymi frazami fletu.

Druga kompozycja (Hronir) proponuje zdecydowanie inny klimat. Elektryczna gitara zwiastuje to nam już pierwszym dźwiękiem. Moc post-rocka, dobrego bębnienia, z elektroniką na pełnych prawach instrumentu, free jazzowy fortepian i masa buńczucznych strunowców. Głośno, gęsto i na temat! Świetne, krótkie ekspozycje klarnetu basowego i fletu, silne percussion! Narracja pełna swobodny, mniej zaplanowana, bardziej żywiołowa. Kolektyw, demokracja, śmierć pięciolinii! Po 8 minucie drobne spowolnienie jest okazją dla zarysowania klimatu delikatnie kameralistycznego. Elektronika bystrze współgra z barokową wiolonczelą, a całość przybiera na ostatniej prostej piękny kształt prawdziwie katalońskiego post-chaosu!

Zipf!, to tytuł ostatniej kompozycji, podobnie jak poprzedniej, trwającej kilkanaście minut. Zaczyna ją dęte unisono z kartki. W tle burczy klarnet basowy, a kobiecy, namiętny głos (patrz: pierwsza dziś recenzowana płyta!) śpiewa tylko piękne frazy. Rozbudowana, ponad dziesięcioosobowa brygada dźwiękowych wichrzycieli buduje artystyczny tygiel samych wspaniałości! Kontrabas wciąż flirtuje z głosem, domniemany live proccesing dorzuca swoje trzy gorsze – chamber not full free, but very open! – notuje łamaną angielszczyzną upocony recenzent. Po 6 minucie mamy wrażenie, jakby na scenie było kilka zastępów filharmonicznych, gotowych na każde rozwiązanie dramaturgiczne. Muzycy i dyrygent szukają ognia, ale temperament wciąż trzymają na wodzy. Kobiecy sopran sięga niemal nieba, dęciaki snują zwinne pasaże post-jazzu, smyczek rzeźbi na gryfie kontrabasu, a dzwonki percussion (Trilla jest z nami!) i zdegenerowana elektronika tworzą konglomerat dźwiękowych cudów. Po 10 minucie narracja delikatnie przygasa, nabiera niemal teatralnej powolności, a dźwięki zdają się wydawać tylko smyczek i głos kobiecy. Pulsuje drobne tło post-elektroniki. Ilona wypowiada ostatnie słowa: Important End!



poniedziałek, 10 czerwca 2019

Discordian Community Ensemble! Live at Tepekalesound!


Kontynuując wątek poszukującej, współczesnej kameralistyki, która uwielbia improwizację, przenosimy się z Berlina (powstałe tam nagranie Egin był przedmiotem naszej uwagi w ostatnią sobotę) do Barcelony, a dokładnie do miejsca zwanego TPK Contemporary Art Center, które znajduje się na przedmieściach pięknej stolicy Katalonii, w L'Hospitalet. Tamże cyklicznie, od roku 2005, odbywają się koncerty muzyki improwizowanej, które organizuje saksofonista i kompozytor Agustí Martínez.

Pod koniec listopada ubiegłego roku na tamtejszej scenie pojawił się okręt flagowy labelu Discordian Records, czyli … Discordian Community Ensemble, w składzie: Fernando Brox – flet, Agustí Martínez – klarnet (utwór 4) oraz jako dyrygent (utwory 1-3), El Pricto – saksofon altowy (1-3) oraz jako dyrygent (4), Melisa Bertossi – saksofon tenorowy, Pablo Volt – trąbka, Ilona Schneider - śpiew (sopran), Diego Caicedo – gitara elektryczna, João Braz – wiolonczela oraz Eduard Altaba – kontrabas. Grupa wykonała trzyczęściową kompozycję Agustí Martíneza Serena oraz otwór skomponowany przez El Pricto Reflectores. Odsłuch całości zajmie nam 46 minut i 35 sekund. Nagranie dostępne jest na bandcampowej stronie Discordian Records w formie downloadingu, a swoją premierę miało w poprzednim miesiącu.




Honory mistrza ceremonii otwarcia przypadają w udziale Ilonie Schneider – kobiecy sopran zalotnie skowycze, recytuje tekst, a potem krzyczy wysokim, operowym tembrem głosu. Po 70 sekundach do życia budzą się instrumenty, śląc spokojne, choć tajemnicze i długie dźwięki. Tym pierwszym jest gitara, potem wchodzą saksofony, trąbka i flet. Rodzaj wyważonego emocjonalnie chamber z delikatnym rytmem, podawanym z gryfu gitary. Narracja dobrze się zazębia i mimowolnie pęcznieje, zdobiona garścią sonorystyki ze strony saksofonu altowego. Głos Ilony, niczym demiurg inicjacji, powraca w 5 minucie i wdaje się w interakcje z instrumentami. Znów recytuje i krzyczy. Dobre wsparcie dotychczasowym wydarzeniom na scenie dają dwa strunowce wyposażone w gorące smyczki. Ceremonia trwa – muzyka skomponowana i dyrygowana, silnie wszakże naznaczona piętnem zdrowej improwizacji, którą każdy z muzyków obecnych na scenie ma we krwi. Każdy z nich ma tu swoją małą przestrzeń, w której dozwolony jest każdy dźwięk, choć nie w każdym momencie rozwoju dramaturgii spektaklu, jest na niego pełne przyzwolenie. Drugą część Sereny zaczyna skromna introdukcja saksofonu altowego. Znów musi upłynąć 70 sekund, by reszta załogi weszła do gry. Najpierw drugi saksofon, który niemal podśpiewuje, potem recytacja i … syczenie z gardła, wreszcie małe pląsy pizzicato z kontrabasu i wiolonczeli. Te dwa ostatnie instrumenty na moment zostają same, a potem we trójkę z trąbką czynią piękną ekspozycję. By dopełnić obrazu całości, swoje trzy grosze dokłada gitara, potem flet z głosem. Tempo narracji jest żwawe, ale nieśpieszne. Bieg na delikatnie zaciągniętym hamulcu ręcznym, z którego wykluwa się, sterowane z pulpitu, niebanalne call & responce! Na finał drugiej części kilka zwinnych, mruczących dźwięków Ilony przy wsparciu smyczka. Ostatnią część Sereny otwiera, tak jak pierwszą, zmysłowa śpiewaczka. Instrumenty spokojnie wchodzą do gry bardzo szeroką falangą, ale czynią to dopiero po 120 sekundach. Grają jakby wspólny temat z wiolonczelą na samym froncie. Chamber as well! Komentarz fletu solo, niczym wisienka na torcie, podobnie rzecz się ma z kontrabasem i smyczkiem. Jakże doskonała instrumentacja całości – bystra filharmonia w gęstym sosie swobodnego instant composing! Wszystko zdaje się tu być zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, ale nie stanowi to dla nikogo – po obu stronach sceny – jakiegokolwiek problemu! W 7 minucie powraca recytacja i zmysłowy, operowy śpiew. W tle szumy i prychanie dętych i blaszanych. No i ponownie głos! Cudowna koincydencja, brawo!

Reflectores otwierają stąpające na palcach saksofony, tnące powietrze wysokim strojem. Smyczki na gryfach, zadrapania na palcach, szept Ilony – nowa opowieść od startu kipi emocjami, jest dalece swobodniej improwizowana, jakby ze strony kompozytora większe było przyzwolenie na dzianie się niemożliwego. Krwisty duet strunowców, rockowe zadziory gitary, pulsacje saksofonu i trąbki. Głos i krzyk! Flet i głos! Metafizyczna niemal symbioza! Zmienność akcji, barokowe aranże - swoboda treści, frywolność formy! Fired Chamber by El Pricto! Recenzent w prawdziwym amoku notuje rozgrzanym piórem: od krzyku do szeptu, z bystrymi komentarzami strings, głos i dęciaki, przepyszna wymiana zdań podrzędnie złożonych, mistyczna dialektyka dźwięków, akcja-reakcja, spiętrzenie i głęboki oddech! Solowe ekspozycje kontrabasu, a zaraz potem wiolonczeli. Znów piękna meta aria Ilony i oddech ciepłej trąbki. Bogactwo, przepych, fajerwerki – wszystko bez jednego zbędnego dźwięku! Eksplozje mocy, niuanse piękna, gniew i radość tworzenia w każdej niemal sekundzie, każdego muzyka z osobną i wszystkich razem. Popisy smyczków i salwy saksofonów. W 12 minucie delikatnie wyciszenie narracji – filigranowe piękno chwili, które po 60 sekundach jest już rockowo-dętą eksplozją, którą łagodzą śliniące się smyczki. W komentarzu flet i głos – dzisiejsze papużki nierozłączki. Emocjonalny rollercaster będzie już naszym udziałem po ostatnie tchnienie tej niebywałej ekspozycji. Above genres impro conducted composition! W 17 minucie gitarowe preparacje, w tle szum wentyli, szepczący głos i wąskie pasma fletu. Zaraz potem pomruki, szelest opadających przedmiotów, szmer ciszy. Narastanie i opadanie – śpiew, liczenie strun gitary, parskanie zmysłowych smyczków. A ostatni dźwięk staje się udziałem wyjątkowo skupionego gitarzysty.



sobota, 17 czerwca 2017

Setsfree! Torrecillas! Lash! ABC Trio! Shepherds of Cats! Makemake! – fresh fruits for rotting vegetables! *)


Dziś okresowa zbiorówka recenzji świeżych, jeszcze pachnącym folią płyt, trochę wbrew przyjętym zasadom – stosunkowa skromna, dodatkowo w połowie miesiąca. Powody są dwa, równie istotne.

Po pierwsze mamy długi weekend, co w oczywisty sposób sprzyja tego rodzaju ekscesom piśmienniczym. Po drugie – do odtwarzaczy Pana Redaktora trafiło w ostatnich tygodniach kilka płyt, które – poza faktem bycia tegoroczną świeżynką – łączy fakt, iż firmują ją muzycy mniej znani, mniej hołubieni i czczeni na scenie muzyki improwizowanej, co w ciekawy sposób wpisuje się w mój prywatny syndrom bezczeszczenia pomników chwały i postaci trwale uczepionych do firmamentu. Innymi słowy – na Trybunie znów idzie nowe, młode, jurne i bezczelnie interesujące.

Nasz podróż, jak to często bywa na Trybunie, będzie miała walor turystyczny. Zaczniemy od cudnej Barcelony (z drobnym incydentem w Buenos Aires!), potem polecimy do Bristolu i Manchesteru, przy czym w trakcie pierwszego z brytyjskich akordów doświadczymy czegoś na kształt albumu pomostowego, albowiem będzie on hiszpańsko-angielski. Drugi zaś będzie miał także wymiar polski, co skutecznie pomoże nam pokonać kolejną odległość, albowiem na sam koniec naszej dzisiejszej wycieczki… chwilę pomieszkamy we Wrocławiu.

W trakcie dzisiejszej zbiorówki pojawią się nazwy i nazwiska w większości Wam nieznane, zatem proszę się nie dziwić, iż przy omawianiu każdej z płyt, listować będę z imienia i nazwiska muzyków odpowiedzialnych za daną porcję dźwięków.


Setsfree  The Secret of Light (Discordian Records, 2017)

Jako się rzekło, startujemy w Barcelonie. Przed nami najnowsza pozycja katalogowa Discordian Records (z numerem 099). W Estudis Bonso zjawiło się siedmiu muzyków, których winniśmy przedstawić niezwłocznie: Agustí Martínez – saksofon altowy, Liba Villavecchia – saksofon tenorowy, altowy i sopranowy, Xavi Tort – trąbka, Rafa Zaragoza i Ramon Solé – gitary elektryczne, Eduard Altaba – kontrabas, Quico Samsó – perkusja. Nagrania pochodzą z dwóch różnych sesji z lat 2013 i 2015. Pięć zwartych segmentów muzycznych, po którymi podpisują się kolektywnie wszyscy muzycy. Analiza personalna septetu, który przyjął nazwę Setsfree wskazuje, iż mamy tu de facto do czynienia z triem Agusti Martineza (dwa ostatnie nazwiska tworzą w nim sekcję), rozbudowanym o dwa dęciaki i dwie gitary z prądem.




Początek płyty jest niezwykle spokojny. Muzycy subtelnie wgryzają się w strukturę zaproponowanej improwizacji. Czynią to pojedynczymi partiami dźwięków, budując ciekawe relacje i czyniąc zwinne interakcje w ramach siedmioosobowego składu. Obie gitary bardzo wyważone i zdyscyplinowane (co będzie zresztą przywarą wszystkich instrumentalistów, w trakcie całych ponad 50 minut nagrania). Przejście do bardziej dynamicznej narracji odbywa się bardzo płynnie i bez szwów. Przed nam dobry, rasowy jazz, chwilami mocno uwolniony. Odrobinę przeleżakowany (patrz: data rejestracji), ale niewstrząśnięty i dalece miły dla ucha. Bez indywidualnych popisów, w duchu 200%-owej demokracji, prawdziwie ludowej. Bardzo podoba mi się gra gitarzystów, którzy potrafią stwarzać ciekawy, nieco psychodeliczny background dla rozbudowanej sekcji dęciaków. Ten kolektyw muzyczny brnie do przodu z dużą gracją. Muzycy doskonale się słuchają, bystro reagują, nie krzycząc na siebie. Ta świetna kooperacja toczy się w atmosferze twórczego samograniczania się artystów, a także dużej determinacji, by zaskakiwać. Każdy z muzyków woli zagrać o frazę mniej, by partnerowi z boku pozostawić więcej przestrzeni. Nie brakuje tu chwil kreatywnej nostalgii i bardzo stonowanych narracji. Chwile konwulsyjnych eskalacji zazębiają się i są bardzo wytrawne, choć recenzent dostrzega, że stanowią mniejszość w stosunku do spokojniejszych fraz.

The Secret Of Light to płyta, która niczego nowego nie wnosi do historii muzyki improwizowanej, jakkolwiek daję jej, w pełni odpowiedzialnie, zieloną rekomendację (high!). Być może akurat na tej płycie determinantą sukcesu okazało się nie to, co muzycy grają, ale jak grają.


Jorge Torrecillas Ensamble  Una búsqueda infinita (Discordian Records, 2017)

Czas na niebanalną wycieczkę… do Buenos Aires! W stolicy Argentyny spotykamy frapujący kwintet, który w trakcie kluczowego nagrania na płycie, rozrośnie się do septetu.

Najpierw wszakże kartoteka: Inti Sabev – klarnet i klarnet basowy, Agustin Zuanigh – trąbka, Jorge Torrecillas - saksofon altowy i tenorowy, kompozycje, Pablo Vazquez – kontrabas i elektronika, Santiago Lacabe – perkusja oraz dodatkowo w utworze czwartym dwie Panie - Maria Eugenia Irianni - flet i Carolina Thiers – głos i skrzypce. Warto dodać, iż przynajmniej dwóch muzyków ze składu podstawowego Ensemble znajdziemy na wcześniejszych płytach barcelońskiej wytwórni.




Una búsqueda infinita, to być może najbardziej jazzowa płyta w katalogu Discordian Records, który liczy już blisko sto pozycji. Mamy zgrabnie podane, iście hard-bopowe tematy, ciekawą aranżację i pełnokrwiste improwizacje. I choć niewiele dzieje się tu przypadkowo, nawet detale brzmieniowe zdają się być zmyślnie podyktowane, to płyty słucha się naprawdę w dużą przyjemnością.

Zdecydowaną perełką w zestawie jest kompozycja Urano. To właśnie wtedy kwintet rozrasta się do septetu. Tuż po ciekawej introdukcji wygenerowanej na kablach, do naszych uszu trafia ponadgatunkowy fajerwerk muzyczny. Kameralistyczna linia melodyczna zdobiona jest przez piękny kobiecy głos, wsparty także o flet i skrzypce. Natrafiamy na sonorystyczne inkrustacje, akustyczne zadziory, rozbudowane dyskusje w podgrupach. Stylistyczna efemeryda, którą śmiało możemy otagować hasłem post-awangarda. Smakowite!

Rekomenduję na bardzo mocne middle (żółte!), z dużą podpórką high (zielone!) za wyjątkowy fragment Urano.


Dominic Lash Quartet  Extremophile (Iluso Records, 2017)

Czas najwyższy na zapowiadany album pomostowy. Jesteśmy w Bristolu, a na deskach tamtejszego Uniwersytetu, kwartet w składzie: Javier Carmona – perkusja i perkusjonalia, Dominic Lash – kontrabas, Ricardo Tejero – saksofon altowy i klarnet oraz Alex Ward – gitara elektryczna i klarnet. Panowie zagrają siedem kompozycji, autorstwa głównie Lasha, który czyni tu obowiązki gospodarza i personalnie lidera Kwartetu. Dwuosobowy zaciąg brytyjski być może stanowi najbardziej znaną personalnie frakcję dzisiejszej zbiorówki, ale – wydaje mi się – Panowie Lash i Ward wciąż zaliczać się mogą do świeżej krwi europejskiej muzyki improwizowanej.




Jak wspomniałem, materiałem wyjściowym dla czwórki artystów są kompozycje. Wszakże w trakcie muzykowania są one dewastowana bardzo udanymi improwizacjami, dalece kompetentnymi i wysokogatunkowymi. Anglicy rżną zwinne septymy na potęgę, a ich improwizacje iskrzą i eksplodują raz za razem. Strona hiszpańska pełnowymiarowa, ale nie ekscytująca. Jakkolwiek jazz pełną gębą z drobnymi (przynajmniej w początkowej fazie płyty) aspiracjami free. W zasadzie nagranie przez 2/3 swojej długości toczy się na wyższym stadium artystycznej poprawności. Pierwsze syndromy improwizacyjnego anarchizmu odnajdujemy w trakcie czwartego utworu Palpito. Wtedy to muzycy zapominają o wytycznych z pięciolinii, interakcje stają się czupurne, bardziej ekscytujące. Ciekawie odnajdujemy, tuż po nim, duet klarnetowy, który potraktować możemy jak subtelny dysonans akustyczny. Ostre, rockowe wejście gitary – epizod kolejny - być może nie jest najlepszym rozwiązaniem w tym akurat momencie, ale stawia muzyków w ciekawej opozycji wobec oczekiwań słuchacza, który nastawił się na jazzowy przekaz. W ten oto sposób docieramy do finałowej pieśni Mixed, Mixed. 14 minutowa improwizowana epopeja, pełna zgrzytów, ekspresyjnych pyskówek i niebanalnych wtrętów melodycznych, która skutecznie maskują niedoskonałości wcześniejszych fragmentów.

Zatem finalna rekomendacja – mimo wcześniejszych ambiwalencji – będzie zasłużenie zielona (high!).


ABC Trio (Sam Andreae, David Birchall, Andrew Cheetham) ‎ The Difficult Second Album (Tombed Visions, 2017)

Przystanek Manchester i frapujący label muzyczno-artystyczny Tombed Visions, specjalizujący się głównie w wydawaniu… kaset magnetofonowych. Dziś poznamy dwie jego produkcje, które raczej na zasadzie wyjątku ukazały się w formacie kompaktowym.

Najpierw trio o niezbyt oryginalnej nazwie… ABC. Personalnie to: Sam Andreae – saksofon tenorowy i… gwizdki, David Birchall – gitara i wzmacniacz (cytuję za opisem płyty) oraz Andrew Cheetham – perkusja i perkusjonalia.




Przed nami extremaly textured improvisation (znów cytat). Zatem nie będzie lekko! Przy okazji, zgodnie z zabawnym tytułem, druga pozycja w dyskografii formacji. A w środku – kolektywna, definitywnie cielesna improwizacja, która – gdy zechce – zwinnie przechodzi we free jazzowy galop sześciu kopyt. Muzycy, bez kompromisów, idą po swoje, jak do Kolonialki po schłodzony browar. Dużo tu artystycznej bezczelności, rockowej, wręcz punkowej buty. Z tymi trzema synami Królowej Matki, mężnie wkraczającymi w wiek średni, o poezji raczej nie porozmawiasz. Nie brakuje psychodelii, krautrockowych cytatów. Improwizacje są wyzwolone, śmiałe, pyskate do bólu.  Freak Out! Zapach fekalii Franka Zappy też jest wyczuwalny. W drugiej części płyty nie brakuje sonorystycznych zwarć w półdystansie, prowadzonych w estetyce typowej dla krnąbrnych Anglików, nietracących czasu na sentymenty. Na finał dopada nas znów krwista galopada, niemal reprint startu nagrania, którą wieńczą skromne macanki z tenorem w roli wiodącej

Nie da się zaprzeczyć, iż fragmenty spokojniejszej narracji bardziej nęcą ucho recenzenta, niż free rockowe eskalacje. Bo czyż idea zaniechania nie jest królową improwizacji? Do takiego przynajmniej wniosku prowadzi wnikliwa analiza trzeciego fragmentu płyty. W ramach reasumpcji, nie sposób nie zauważyć, iż gitarzysta jest tu postacią zdecydowanie najciekawszą. Ma dużo fantazji i stertę wspomnień z odsłuchu wiekopomnych płyt Dereka Baileya!

Rekomendacja? Zielona (high!).


Shepherds of Cats & Günter Heinz  Shepherds of Cats & Günter Heinz (Tombed Visions, 2017)

Przed nam teatr iście piekielny! Wielogatunkowa muzyczna hybryda, wyposażona w duży ładunek literatury, deklamacji i krzyków, a także wyjątkowo swobodnie improwizowanych dźwięków.

Na scenie kwartet angielsko-polski, ukrywający się pod nazwą Shepherds of Cats. Personalia muzyków są następujące: Adam Webster – cello, looper, vocalisations and sectionable wittering, Dariusz Błaszczak – singing bowls, gongs , porcelain bells; Aleksander Olszewski – dohola, vocals, cymbals, hira daiko, broken guitar tuner, tank drum oraz Jan Fanfare – clavinet D6, looper, voice (celowo nie tłumaczę instrumentarium, by dodatkowo zaintrygować czytających te słowa, być może przyszłych potencjalnych słuchaczy). Gościem kwartetu jest niemiecki puzonista Günter Heinz (także flet i … knack-frösche).




Oto i wyjątkowy spektakl dźwięku i słowa, z dużą porcją ekspresyjnego aktorstwa! Twórczy, muzyczny chaos, w którym artystycznym środkiem wyrazu jest głównie… rozpoznawanie walką. Grupa zdrowych na umyśle szaleńców plus niemiecki puzonista, ze sporym doświadczeniem, także na polu muzyki współczesnej. Pasja, histeria, determinacja, a jednocześnie zabawa. Formą, wymyślnymi instrumentami, opisem sytuacji dramaturgicznej (choćby mnóstwo literatury w tytułach poszczególnych części). Ten paroksyzmujący  incydent muzyczny przypomina mi nagrania improwizacyjnej załogi angielskiego perkusjonalisty Terry'ego Daya People Band, który funkcjonował artystycznie na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego stulecia.

Gitara, która być może wcale nie jest gitarą, wiolonczela, dzwonki, zabawki instrumentalne, głosy, puzon. Wielka maszyna produkująca dźwięki, która snuje groteskową, nasączoną absurdem opowieść, która zdaje się nie mieć początku, ani końca. Obok głośnych, wręcz free jazzowych mikroeskalacji, sporo w tej muzyce transu, medytacji (zwłaszcza puzon!) i tekstu przelewającego się z gardła do gardła, niczym zbyt ciepła wódka. Z minuty na minutę docierają do nas coraz spokojniejsze, wręcz ładne dźwięki. Kontemplacja, swoiste mantrowanie. Także bezczelne i bezceremonialne królowanie literatury i melolorecytacji. Pod koniec szczypta elektroakustyki i muzycznych impro-przepychanek ciekawie komplikuje obraz całości. Artystyczny, kontrkulturowy melting pot, z którego co pewien czas wyłaniają się pasjonujące chwile wzmożonej ekscytacji, po obu zresztą stronach sceny. Jako 55 minutowy spektakl broni się jedynie rekomendacją żółtą (middle!), ale nie przestaje intrygować (te kobiece głosy z offu po wybrzmieniu, w języku polskim…, poczułem się jak na premierze Inland Empire Davida Lyncha). Z pewnością warto wracać do tego wydarzenia.


Makemake  Something Between  (Zoharum, 2017)

Oto i krajowy incydent improwizowany. Druga płyta duetu dość młodych jeszcze gitarzystów z południowej Polski, dewastujących swoje instrumenty szarpane pod szyldem Makemake: Rafał Blacha – gitara preparowana, elektronika i Łukasz Marciniak – gitara, elektronika.

Słowo się rzekło, jesteśmy we Wrocławiu, w dużej sali Centrum Kultury Agora. Nie ma publiczności, jest za to aż dziewięć porządnych mikrofonów, które zbierać będą ulotne preparacje dźwiękowe muzyków. Siedem fragmentów, niespełna trzy kwadranse muzyki.




Oniryczny klimat preparacji z dużą dawką prądu i sporego okablowania. Duży pogłos, który chroni przed zbytecznymi przesterami. Post-gitarowa, strukturalnie wolna improwizacja, bazująca wszakże na tzw. punktach stycznych, które porządkują ewaluowanie procesu dźwiękowej kreacji (opis wydawnictwa sugeruje formułę open compositions, co nie jest złym tropem). Zmyślne i nieprzegadane użycie elektroniki, która stanowi tu raczej rodzaj przystawki, przetwornika, odrobiny lukru na żywym cieście, nie zaś wartości samej w sobie. Ciekawe fragmenty, dynamizujące proces improwizacji, naznaczone sugerowaniem interesującej sytuacji rytmicznej. Nie brakuje ambientowych klimatów, nie koniecznie w estetyce dark. Fragmenty bardziej oczywistego frazowania na gitarze elektrycznej, w ocenie przemądrzałego recenzenta, nie są być może najwłaściwszym kierunkiem rozwoju muzyki Makemake. Tu – zdałoby się więcej preparacji, a mniej ilustracyjności. Także odrobinę wzmożonej dramaturgii w procesie narracji, widzianym jako zamknięta całość. Jeśli pierwszy odcinek podobał mi się najbardziej, to ostatni … wręcz przeciwnie.

Rekomendacja żółta (middle!), której z przyjemnością daję zieloną podpórkę (high!), albowiem recenzenckie ambiwalencje być może są jedynie skutkiem gatunkowego niedopasowania się, piszącego te słowa, do intencji muzyków.


*) ang: świeże owoce dla zgniłych warzyw. Przy okazji tytuł pierwszej płyty hard-core punkowej załogi Dead Kennedys z roku 1980.


środa, 1 lutego 2017

Agustí Martínez! Free Art Three! El Pricto & Discordian Records! – nuevos lanzamientos y las gemas de mayor edad *)


Discordian Records, netowy label z Barcelony, jak przystało na stałego gościa Trybuny, nie wymaga szczególnego wprowadzenia, ani nadekspresyjnych rekomendacji. Historia frapującej muzyki z Półwyspu Iberyjskiego pisze się sama, a my jedynie odnotowujemy kolejne jej ciekawe epizody.

Dziś czas na bodaj czwartą falę recenzji płyt z DR, na którą złożą się dwie absolutnie nowe płyty (jedna już z datą 2017!) oraz zbiór kilku starszych pozycji, które bezwzględnie nie powinny ujść uwadze odpowiedzialnych fanów muzyki improwizowanej.

Dwie płyty flagowej załogi z Barcelony - Discordian Community Ensemble – być może najdobitniej konstytuują, niejednokrotnie na tych łamach powtarzaną tezę, iż w różnorodności tkwi zasadnicza siła tej muzyki. Jedna formacja, dwie całkowicie różne płyty.

W tym krótkim przeglądzie nie zabraknie saksofonowej perły wytwórni - Sin Anestesia, tym razem w edycji koncertowej, a także efektu fonograficznego pewnego świątecznego spotkania komuny diskordiańskiej, jakie miało miejsce cztery lata temu **).


Agustí Martínez/ Eduard Altaba/ Quicu Samsó

On The Nature Of Will  to druga - w katalogu DR - płyta tria, które tworzą muzycy wymienieni w tytule tego rozdziału. Marcowe spotkanie studyjne, którego efektem jest osiem fragmentów, podpisanych jako all music by the musicians, trwających blisko 44 minuty. To definitywnie świeża pozycja wytwórni, albowiem jest nam dostępna od … dwóch dni.




Saksofon, kontrabas i perkusja, czyli podstawowy zestaw instrumentalny dla trzyosobowego składu jazzowego. I tak jest w istocie. Być może On The Nature Of Will jest najbardziej jazzową płytą w diskordiańskim tyglu stylistycznym. Równie silnie osadzona w tej stylistyce jest zapewne … poprzednia płyta tego składu Phantom Wall Syndrome (2014).

Odrobinę leniwy saksofonista (alt) ciągnie za sznurki tego zestawu personalnego, wytycza ramy improwizacyjnych eskalacji, sugeruje kierunki podróży, po czym zostawia duże pole do popisu dla kontrabasu i perkusji, sam zaś delikatnie usuwa się na plan dalszy. Bezwzględnie doskonała sekcja rytmiczna jest dalece rada z tego faktu i wie, co czynić dalej. Narracja jest nienachalna, prowadzona bez zbytecznego w tej sytuacji pośpiechu. Kontrabas, który uwielbia być łechtany dobrze naoliwionym smyczkiem, perkusja, która kreuje tło dla jego popisów, ale nie waha się wyjść na czoło tego, nieco nieśmiałego, marszu w bardzo jazzowe, a nawet free jazzowe klimaty. Tembr saksofonu jest stabilny, pełny, choć chwilami niezwykle refleksyjny. Każdy z muzyków jest skupiony na swoim odcinku dźwiękowym, ale doskonale słychać, że to trio wspólnie obiegło już całą kulę ziemską po równiku, a poziom wzajemnego zrozumienia i skłonność do kooperacji są ponadnormatywne. W żwawszych tempach (choćby fragment piąty i siódmy) trio jest równie kompetentne. Znów na chwilę komplementowania zasługuje sekcja rytmiczna, która plecie swą opowieść niezwykle gęstym ściegiem, brzmi matowo i progresywnie. Agusti lubi wplatać swe altowe smugi pod struny kontrabasu, w zaciski membran werbla, czy wić się wokół statywu talerza. Całość nagrania jest dzięki temu spójna, konsekwentna, cieszy ucho i oko każdego fana dobrej improwizacji. Eduard bierze finał płyty w swoje ręce i upiornie barokowym, acz mocno przybrudzonym soundem, prowadzi trio na końcowe zatracenie (zupełnie przy okazji, Agusti sonorystycznie szczytuje…). Ekstatyczny finał nie pozostawia złudzeń, co do wartości całej płyty.


Free Art Three

Cztery trąbki, uzbrojone w dodatkowe zestawy perkusyjne (Iván González, Julián Sánchez, Pol Padrós i gościnnie David Defries), flet także z perkusjonaliami (gościnnie Valetín Murillo) oraz dyrygent (w części 3 i 7 – także gościnnie, Albert Cirera!). Jesteśmy w Barcelonie, w marcu roku 2013. Gramy dziesięć miniatur, w przeważającym stopniu spisanych na pięciolinii, które trwają niewiele ponad 26 minut, a podpisane zostały jako all music by the Free Art Three. Płytę firmuje jedynie nazwa formacji, a jest ona dostępna od końca grudnia ubiegłego roku.




Jeden: Muzyka podąża zwartym szykiem, wprost z partytury, a w wymiarze akustycznym przypomina kaczą biesiadę, bez dramatycznych przemówień i dąsów tych, którzy zostali na nią zaproszeni zbyt późno. Brzmienie trąbek jest nieco szorstkie i przytłumione (ponieważ nagranie jest studyjne, wyciągamy wniosek, iż jest to zgodne z zamysłem muzyków). Drugi fragment dobitnie wskazuje, iż muzycy mają coś do powiedzenia także i bez zapisu nutowego – wpadamy w wir bardzo konkretnej zabawy free improv, jakkolwiek i ona poszuka w tym krótkim epizodzie podpowiedzi kompozytorskiej. Kolejną miniaturę (trzy) tyczy trębacki zestaw, grający unisono ledwie sugerowany temat, a muzycy sprawiają wrażenie delikatnie rozkojarzonych, co sprzyja jakości tego fragmentu. Drobna galopada w następnej ekspozycji (cztery) ciekawie – z każdą chwilą i przebiegniętą odległością – traci swą moc, a flet (wreszcie go słychać!) prosi o głos w tym tumulcie i zostaje wysłuchany. Piąty stempel tej opowieści raczy nas uroczym spotkaniem sonorystycznym przy świecach, choć wino jest już dawno rozlane, a wosk klei się do butów. Ale jednak free! Sześć: talerz obwieszcza początek misterium, trąbki stają na baczność, a instrumenty perkusyjne szemrają na boku – znów jedziemy wprost z partytury. Siedem: Jest dyrygent, ale muzycy wolą swobodną improwizację. Piękny fragment! Osiem: pięciolinia ponownie w użyciu – muzyka wszakże toczy się wedle bruzdy i szuka zwady (trochę szkoda, że te urocze miniatury jedynie sygnalizują spory potencjał, tkwiący w muzykach i ich pomysłach). Przedostatni akord (dziewięć) przypomina swym zniewalającym spokojem, opowieść o nieudanym spacerze nad rzekę (której nie ma?). Finał (dziesięć) swinguje!!!! Herbatka dla trojga (z podpórką kolejnej trójki gości) wieńczy ten niezwykle ciekawy zestaw epizodów dętych, blaszanych.


Discordian Community Ensemble

Część pierwszą Desertio Impecable omówiliśmy już na tych łamach jesienią roku ubiegłego. Teraz sięgamy po część drugą, która powstała kilka miesięcy później (lipiec 2013r.). Znów na czele hordy muzycznych szaleńców staje Iván García (głos – tenor prawdziwie operowy!). Towarzystwo ma przednie, jurne i gotowe na każdą eskalację stylistyczną: Pablo Rega (elektronika), Joanna Miramontes (fortepian), Johannes Nästesjö (kontrabas), Núria Andorrà (marimba i perkusjonalia) i maestro El Pricto (saksofon altowy i – przede wszystkim – dyrygentura i kompozycje). Tych ostatnich mamy raptem cztery, a w procesie wykonawczym dadzą nam one łącznie 28 minut doznań muzycznych.




Las Vacas de Homero. Jak przystało na mistrza ceremonii, Ivan szczodrze, groźnym głosem, otwiera przewód dźwiękowy. Natychmiast okazuje się, że w swym dziele będzie miał wyjątkowego sprzymierzeńca – kontrabas. Jego brzmienie kruszy mury piekielne, zupełnie przy okazji łechcąc moje narządy słuchu i generując pokaźne pokłady przyjemności. Obu Panom pięknie sprzyja elektroakustyczny ferment, siany przez zmyślną elektronikę Pablo Regi. Operacion Kliucevskoi. Tym razem rolę zasadniczego partnera wokalisty przejmuje Joanna i jej nastroszony fortepian. Ostre akordy, nieznoszące sprzeciwy mlaskania, głos i subtelne ornamenty pozostałych instrumentalistów. Swoje pięć sekund ma saksofon altowy i wiedzie cały ansambl na krótką wycieczkę, bezczelnie freejazzową. Entonces, Fairbanks. Tym razem Ivan plecie swoje intrygujące libretto (wymieniony z imienia i nazwiska Fiodor Dostojewski - kto zna kataloński???) przy wsparciu ochoczej i jak zawsze temperamentnej Nurii i jej marimby. Paranoia Ursa. Finał tej karkołomnej opowieści nie może być banalny! Piano! Kontrabas! Marimba! Zadziorny rytm, pikantna aranżacja. Głos Ivana jakby się multiplikował (też lubi Phila Mintona!). Jest głośno! Dwunastominutowa kompozycja zdaje się prawdziwie imponującym fajerwerkiem. Definitywne podgatunkowe misterium szaleństwa i braku artystycznych zahamowań. Kontrabas! Rytm! Et cetera… Et cetera… Powraca zawadiacki akord piana, który eskaluje emocje, buduje konieczną dramaturgię i inspiruje pozostałych muzyków do indywidualnych incydentów akustycznych. Całość brzmi jak duża, nieźle rozgrzana orkiestra dęta. Sarkazm i śmiech Ivana Garcii nie mogą być lepszą puentą. Warczenie kontrabasu chwyta finał opowieści w mgnieniu oka.

Na osi czasu posuwamy się do przodu o trzy kwartały. Jest kwiecień roku 2014. W pewnym barcelońskim przybytku rejestracji sztuki akustycznej melduje się siedmiu muzyków: Naná Rovira (klarnet basowy), Pablo Rega i Diego Caicedo (gitary elektryczne), Carlos Ródenas (gitara basowa), Enric Ponsa (perkusja), El Pricto (klarnet, saksofon altowy, kompozycje i dyrygentura) oraz Owen Kilfeather (kompozycje i dyrygentura). Siedem kartek z pięciolinią zostanie przetransponowanych na zestaw dźwiękowy w 33 minuty. Efekt edytorski przyjmie tytuł Draught, Suspicion.




Zestaw instrumentalny tej edycji DCE wskazuje (jakże prawidłowo), iż przed nami prawdziwie gitarowy nokturn. Trochę jak zemsta zakochanych w heavy metalu krnąbrnych muzyków, którzy zmuszani byli za młodu do terminowania w konserwatorium, a teraz przypadkiem trafili do wyjątkowo źle strzeżonej filharmonii. Trafiamy w hałaśliwy tygiel dźwięków, których nie powstydziłby się John Zorn i jego nuclear blust czyli formacja Naked City. Interludia grane są tu przez wyjątkowe spokojne klarnety. Grzmoty silnej sekcji rytmicznej częściej wspierają gitarzystów niż nobliwych kolorystów na instrumentach dętych, drewnianych. Draught… to jakby Discordian Records w pigułce – każdy kompozycja, to opowieść z trochę innej bajki. Zderzenie kołyszącego uspokojenia z rockową szczodrobliwością. Pot Zorna kapie z sufitu, a zasada estetycznego kontrastu konstytuuje jakość tego nagrania. Dominacja premedytacji nad intuitywną spontanicznością, to już skutek dobrej roboty dyrygenckiej. Bywają chwile, gdy gitary ustępują pola dęciakom, ale sekcja w takich momentach zdaje się być wyjątkowo mało subtelna (mimo licznych zachęt ze strony tych drugich, w połączeniu ze wstrzemięźliwością akustyczną tych pierwszych). Kompozycja piąta przynosi istotnie kolektywne zwarcie wszystkich instrumentalistów, czym znosi dyktat dychotomii klarnety-gitary. Szósta zaś opowieść, pikantnymi, rockowymi riffami bije wprost w potylice nadpobudliwych w tej akurat chwili dęciaków. Zorn czuwa! Finał nagrania wieńczy delikatny suspens, który nie ma jednak dramaturgicznego rozwiązania…


Sin Anestesia

Barcelona (a jakże!), LEM Festiwal (konotacje literackie nie znane), październik 2011 – na scenie dziewięcioosobowa Sin Anestesia. Po prawej stronie sceny (lewa strona słuchawek) - saksofon sopranowy, altowy, tenorowy i barytonowy, po lewej stronie sceny (prawa strona słuchawek) takiż sam zestaw instrumentalny, zaś po środku saksofon basowy. Jeden fragment Esto ya no es una cafeteria (y esta lloviendo) skomponowany i dyrygowany przez El Pricto (sam też stoi w szyku saksofonowym!) będzie nam towarzyszyć przez 40 minut. Wydawnictwo zaś zwie się En Directo!




Zawieszona wysoko oś dramaturgiczna tego muzycznego spektaklu tyczy linię działań dziewięciu instrumentalistów. Ich saksofony krążą wokół niej, jak chmara wygłodniałych szerszeni. Obiegają ją, oplatają, obmacują – wszystkie w poszukiwaniu harmonii, ledwie sugerowanej melodii, zmyślnej tonacji, która dana jest jednak tylko wybranym i nie zawsze w tym akurat wcieleniu. Barwa, brzmienie, akustyczne skupienie, precyzja dyrygencka i wykonawcza! Ten trwający wielogłos towarzyszy nam kilkanaście minut, by niespodziewanie wybrzmieć. Wtedy to atakuje nas ferria delikatnych zwarć, utarczek i dialogów w podgrupach, prowadzonych jednak z dużą dyscypliną, kulturą osobistą i wzajemnym szacunkiem. Ta muzyka iskrzy fajerwerkami, a jednocześnie koi nasze umęczone narządy słuchu. Ten swoisty paradoks ma swoje akustyczne korzenie, jest także skutkiem genialnego wprost zamysłu kompozytorskiego. Po 30 minucie nagrania, ów cudowny, początkowy wielogłos powraca i szczęśliwie transportuje nas do samego finału, który osiągamy w dużym, artystycznym uniesieniu. Wspaniała muzyka!

To czwarte już moje spotkanie z muzyką Sin Anestesia. Mam wrażenie, że to właśnie jest tym najpiękniejszym.


Discordian… Community… Riot!!!!!

Zamieszki Społeczności Diskordianskiej! Czy lepiej mogłoby być zatytułowane wydawnictwo, które dokumentuje przedświąteczny koncert muzyków, związanych z DR? 21 grudnia 2012r., Barcelona, Centre Artesà Tradicionarius. Na dużej scenie, w trakcie całego wieczoru, pojawia się siedem bardzo różnych formacji, których nagrania (po dwa, czasami tylko jedno) trafią na płytę Discordian… Community… Riot!!! Stanowi ona przy okazji, bardzo udaną artystycznie, dokumentację pierwszych dwóch lat funkcjonowania Discordian Records.




Rozstrzał stylistyczny wykonawców jest oczywiście gigantycznie diskordiański. Niemal rockowe, hardcore’ punkowe załogi Outerzone i Reptilian Mambo (wszakże wyposażone w bardzo jazzowe instrumentarium, bez gitar!), saksofonowe orkiestry, mniejsze lub większe personalnie - bLow, Bruitage i Sin Anestesia, jazzowe duo (Agustí Martínez & Quicu Samsó), wreszcie na finał Discordian Community Orchestra, czyli wszyscy muzycy na scenę! Indywidualne niespodzianki, to Marcel Font melorecytujący pewien groźny tekst po hiszpańsku (katalońsku? – jakże piękny fonetycznie to język!) i … Paulina Owczarek na saksofonie barytonowym, w ramach DCO.

Ekscytujący tygiel muzycznych wrażeń! Lektura obowiązkowa zwłaszcza dla tych, którzy chcą posmakować DR pierwszy raz.



*) Nowe wydawnictwa i starsze perełki (hiszp.)
**) Przypominam po raz wtóry, iż wszystkie płyty DR dostępne są na stronie discordianrecords.bandcamp.com. Można je kupić za siedem euro lub więcej, a także odsłuchać w całości w streamingu.



czwartek, 10 listopada 2016

El Pricto – człowiek renesansu w wirze muzycznych aktywności czyli nowości z Discordian Records


El Pricto, skromny 39-latek z Barcelony, z pochodzenia Wenezuelczyk, od pięciu lat prowadzi netowy label Discordian Records. Nie dość, że prowadzi, to jest jeszcze ponadnormatywnie aktywnym muzykiem, saksofonistą i pianistą, a także kompozytorem, aranżerem i dyrygentem wielu istotnie ciekawych przedsięwzięć z katalogu wytwórni, na ogół rozbudowanych personalnie, fascynujących i improwizujących bandów.

Na tych łamach El Pricto gościł już kilkakrotnie, czy to w drobnej opowieści o Discordian, prezentującej kilka wybranych płyt z katalogu, w tym nonetu saksofonowego Sin Anestesia, czy to w ficzersie o perkusiście Vasco Trilli, któremu partnerował w ekscytującym, z wielu względów, incydencie w kwartecie DI-VISION, czy też w dużym składzie, pod jego światłym zresztą przywództwem, The Filthy Habits Ensemble.

Dziś czas na osobną opowieść o El Pricto, właśnie jako podmiocie sprawczym, w każdej z ról, które są mu pisane i które wymienione zostały w pierwszym akapicie tej historii. Okazja jest ku temu przednia, albowiem od kilku dni dostępna jest nowa płyta sztandarowej załogi całej wytwórni, czyli Discordian Community Ensemble, a od kilku tygodni, także nagranie formacji dość szczególnej pod względem muzycznym - Reptilian Mambo.



  
Kontrast/ Ruch, … to kontrast czy ruch?

Czas i miejsce zdarzenia: Barcelona, ESMUC, 1 lipca 2016r.

Ludzie i przedmioty:  Almudena Vega (flet), Agustí Martínez (saksofon altowy, klarnet),  El Pricto (saksofon altowy, klarnet i melodica), Luiz Rocha (klarnet basowy), Iván González (trąbka), Ilona Schneider (głos – sopran),  Owen Kilfeather (głos – tenor), Paula Pinero (instrumenty perkusyjne), Jordina Millá (fortepian), Diego Caicedo (gitara elektryczna), Sarah Claman (skrzypce), Francesc Llompart (skrzypce), Pau Sola (wiolonczela), Àlex Reviriego (kontrabas), Eduard Altaba (kontrabas).

Jak gramy: Płyta zawiera sześć kompozycji, których wykonaniem dyryguje każdorazowo twórca zapisów na pięciolinii: El Pricto, Francesc Llompart, Pablo Carrascosa (nie występuje w roli instrumentalisty), Owen Kilfeather (dwie kompozycje) i Agusti Martinez. Dodatkowo w nagraniu wykorzystano fragmenty wierszy Gabriela Alejo Jacovkisa i Wallace’a Stevensa, a także tekstu prozatorskiego Roberta Musila.

Efekt końcowy: Sześć kompozycji, wykonanych w dziesięciu fragmentach, dostępnych jest od 7 listopada na stronie wydawnictwa, pod szyldem Discordian Community Ensemble  Contrast/ Movement (Discordian Records, 2016), zarówno w streamingu, jaki w formie plików audio do zakupu za seven euro or more. Łączna długość nagrania ok. 56 minut.

Przebieg wydarzeń/ wrażenia subiektywne: Prawdziwie monumentalne i ekscentrycznie ponadgatunkowe dzieło, dla którego inspiracje stanowią dokonania muzyki współczesnej, a nawet muzyki dawnej, zaczyna się … iście freejazzową woltą, w której uczestniczą chyba wszyscy instrumentaliści. Chwila wyciszenia, już na rozgrzanych instrumentach, prowadzi do spokojnej i precyzyjnej narracji, zdobionej pięknymi głosami – sopranem Pani i tenorem Pana. Strunowcy, w liczbie pięciu, zdecydowanie dyktują nam warunki gry, dęciaki zaś (równie liczne), jeśli chcą się przebić na front tej muzycznej ekspozycji, czynić to mogą jedynie na warunkach, ustalonych przez tych pierwszych. Gitarzysta, choć z prądem, jest na tyle wycofany i wstrzemięźliwy w dawkowaniu emocji, iż brzmi całkiem… akustycznie, czyniąc w całym, piętnastoosobowym przedsięwzięciu muzycznym, intrygujący dysonans poznawczy. W piątym fragmencie dopada nas prawdziwie molekularna, zwinna jak kot, improwizacja w podgrupie, której marszrutę wyznacza bardzo aktywna pianistka, korzystając także z podpowiedzi obu saksofonistów. W oddali wyczuwalny jest delikatny rytm, który pcha do przodu wszelkie dźwięki płynące z notacji, jakie dyktuje pięciolinia, a także stymuluje wyobraźnię improwizujących muzyków. Fragment szósty otwiera niemieckojęzyczny dialog z Musila. Strunowce jadą zwartymi pasażami, dęciakom jest z nimi po drodze, a nastrój robi się prawie… mozartowski. Narusza go eksplozja sopranu, który w wysokich rejestrach pobudza na nowo ducha improwizacji. Fragmenty, od siódmego do dziewiątego, upływają w nastroju hiszpańskim, by nie rzec, katalońskim (uwaga! jesteśmy w Barcelonie i musimy być czujni na takie niuanse!). Tajemniczy głos pięknie szumi, recytując w tamtejszym języku ojczystym, El Pricto kontrastuje go na melodyce, a piękny głos z zaświatów wtrąca nas na moment w swoistą krainę łagodności. Na szczęście, w trybie pilnym, zostaje ona roztrzaskana akustyczną kawalkadą dźwięków, których nie powstydziłaby się London Improvisers Orchestra. Znów piękny wokal damski, obgadywany iberyjskim szumem (what a game!), natrafia na rozeźlone skrzypce, które ripostują gwałtownie, wszak moment to kluczowy w tej części historii. W tle owej eskalacji, piano uroczo wieńczy fragment. Wraca dyrygent części szóstej, targając na barkach finałowy fragment płyty. Para skrzypiec wpada w furię, bo mają jeszcze tyle do powiedzenia, a tu niechybnie docieramy do kresu drogi. Rzeczona furia przejawia się piękną, sonorystyczną pyskówką, którą komentuje nad wyraz czysty i uwznioślający te rynsztokowe gadulstwo, głos sopranowy. Małe, improwizacyjne wojenki, przy wtórze gitary i głosu, doprowadzają nas do finału Kontrastu/Ruchu.

Mamy całe dwa dni na zebranie galopady myśli, szczypty zagubionych refleksji i czego tam jeszcze trzeba, by to niezwykłe dzieło El Pricto i czternastu jego przyjaciół, rozsądnie opisać. Improwizowana kameralistyka współczesna w dużym składzie??? Tylko El Pricto, ów współczesny Leonardo da Vinci, Król Midas nowoczesnej muzyki improwizowanej, i jak go tam by jeszcze nie nazywać, byłby w stanie to werbalnie ogarnąć. Ja zapewne poległem, ale … przynajmniej spróbowałem. Nie pozostaje nic innego, jak odsłuchać tę muzykę ponownie.



  
Mamboree … czyli jednak kontrast

Czas i miejsce zdarzenia: Jamboree, Barcelona, nagranie koncertowe, 22 listopada 2013r.

Ludzie i przedmioty:  El Pricto (saksofon altowy, głos i dyrygent), Don Malfon (saksofon barytonowy), Pablo Rega (gitara elektryczna),  Joanna Miramontes (syntetyzator, głos), Núria Andorrà (ksylofon, głos), Joni Garlick (perkusja - kanał prawy), Avelino Saavedra (perkusja, instrumenty perkusyjne - kanał lewy, dzwonki i głos).

Jak gramy: Siedem kompozycji własnych El Pricto, jedna wspólna z Donem Malfonem, ostatnia, dziewiąta, to popularna melodia Lupita, autorstwa Dámasa Péreza Prado.

Efekt końcowy: Dziewięć fragmentów muzyki, opatrzonych tytułami, dostępnych na stronie wydawnictwa od 14 października, jako Reptilian Mambo Mamboree (Discordian Records, 2016). Warunki dostępu jak wyżej. Łącznie ok. 40 minut muzyki.

Wrażenia subiektywne: Płyta, która humorem, artystycznym tupetem, czerpaniem, nieskalanym wątpliwościami, z muzycznego bogactwa kulturowego całego świata, dowodzi, iż spod pióra El Pricto wychodzą rzeczy wyjątkowe i naprawdę … szalone! Mamboree to bowiem prawdziwie rockowa petarda. Dwa ostre, jak brzytwa dęciaki, dewastujące przestrzeń klubu Jamboree pasażami riffów, godnych szacunku każdego metalowego szarpidruta. Dynamiczna i nieznosząca sprzeciwu sekcja, zbudowana z gitary, syntezatora, ksylofonu i podwójnego zestawu perkusyjnego. No i głosy, nawet wielogłosy, które zarówno lubią krzyczeć, jak i stosownie podśpiewywać. Smakuje tu dobrym fussion, kipi wyszukaną psychodelią, a wszystko zaprawione jest krwistym, rockowym sznytem. Saksofonowy frontline bije pianę, sekcja moczy nam głowy i karze tupać każdą zdrową nogą. Nad głowami powiewają podarte koszule, a w dłoniach upalone sztandary kolejnej udanej rewolucji. Modulowana, rytmiczna histeria, iskrząca mikroimprowizacjami, pełnymi drapieżności i bezkompromisowej lubieżności. Do tego evergreen Lupita, który śpiewamy jeszcze kilka dni po odsłuchu. Prosta, komunikatywna, ekscentryczna – taka jest muzyka Reptilian Mambo. Crazy game!


****

Jeśli choć przez sekundę tej opowieści poczuliście się zainspirowani, migiem odsyłam na stronę discordianrecords.bandcamp.com. Kliknijcie w etykietę el pricto. Na odsłuch czeka mnóstwo muzyki z jego kluczowym udziałem. Bez dłuższego zastanowienia, śmiało sięgnijcie choćby po … cztery poprzednie edycje Discordian Community Ensemble.

 

sobota, 26 marca 2016

Discordian Records - Iberia va al cielo!*


Wszystkie twierdzenia są w pewnym sensie prawdziwe, w pewnym sensie fałszywe, w pewnym sensie bez sensu, w pewnym sensie prawdziwe i fałszywe, w pewnym sensie prawdziwe i bez sensu, w pewnym sensie fałszywe i bez sensu oraz w pewnym sensie prawdziwe, fałszywe i bez sensu.
— Malaklipsa Młodszy, Principia Discordia**

W naszych pokrętnych i ciężkich czasach, gdy religia zabija, multiplikując bombowe ekscesy na kolejnych stacjach metra, być może jedynym antidotum na całkowity rozstrój nerwowy jest skromna, indywidualna ucieczka w groteskę, absurd i czarny humor.

Przywołanie w preambule tej opowieści zasadniczej maksymy „wymyślonej’ religii zwanej diskordianizmem, stać się winno asumptem do takiej ucieczki. Pomocna w jej urzeczywistnieniu okazać się może doskonała muzyka, realizowana przez netowy label z Barcelony Discordian Records, który imienne konotacje z tą groteskową ideą wpisał w idiom swojej kulturotwórczej działalności.



Przy okazji podsumowania na Trybunie muzycznego roku 2015, nie bez przyczyny wskazałem Półwysep Iberyjski jako miejsce w Europie, gdzie w muzyce free improvisation dzieje się ostatnio naprawdę wiele, zatem nawet powierzchowna analiza katalogu Discordian Records, wskazuje, iż nie jest to teza pozbawiona słuszności. Analizy takiej dokonacie samodzielnie zerkając na www.diskordianrecords.bandcamp.com (każda pozycja do odsłuchu w całości w streamingu, ewentualnie do kupienia w dobrym formacie za siedem euro lub więcej).

Poniżej pięć z tych pozycji omówimy bardziej szczegółowo, dodając na koniec w ramach suplementu jeszcze jedną, także z Barcelony, która kształt edytorski uzyskała dzięki innemu wydawcy.
  

Cook For Butch by Memoria Uno (2016)

Najnowsza produkcja DR, to wyjątkowa kompozycja personalna i instrumentalna pod światłym przewodnictwem (w aspekcie dyrygenckim) Ivan Gonzaleza, w ramach jego inicjatywy Memoria Uno (to druga pozycja pod tą nazwą w katalogu wytwórni). W kanale lewym odnajdujemy sekstet na cztery dęciaki, bas i perkusję, po środku panuje demoniczne piano, w prawym zaś usadowił się kolejny sekstet, w podobnym składzie jak odpowiednik po lewej (drobne różnice w doborze konkretnych instrumentów dętych). Trzynastu muzyków i konduktor. Ich nazwiska, na tym etapie eksploracji improwizującej sceny katalońskiej, nie powiedzą Wam zbyt wiele, jakkolwiek kilka z nich winniście znać, ale jeśli nie, w tym momencie koniecznie zapamiętać – Albert Cirera, Ramon Prats, Tom Chant (angielski rezydent w Barcelonie od kilku już lat), czy Marc Cuevas. Pięć bardzo swobodnych improwizacji, jednakże skrupulatnie pilnowanych pod względem organizacji dźwięku przez Ivana Gonzaleza. Bardzo spokojny początek, koncentrujący się na selektywnej zabawie w skromne interakcje pomiędzy antagonizującymi sekstetami, z góry puentowane niezobowiązującymi pasażami piana. Potem – we fragmencie numer dwa – atakuje nas ściana dźwięku realizowana kolektywną eksplozją trzynastu instrumentów, która przeradza się w uspakajające dywagacje perkusistów. W kolejnych fragmentach nie brakuje sonorystycznych pogadanek w gronie aż ośmiu instrumentów dętych. Inspiracja orkiestrowymi dokonaniami Butcha Morrisa czytelna dla wszystkich. Piękna muzyka, szkoda, że bawi nas jedynie przez niewiele ponad dwa kwadranse. Tak na marginesie, enigmatyczność diskordianowych wypowiedzi muzycznych w wielu przypadkach jest regułą, czego zresztą doświadczymy słuchając kolejnej z omawianych tu płyt.




Heatwave  by  Jordà, Bothén, El Pricto, González & Trilla (2015)

Tym razem kwintet narodzony z artystycznej inspiracji saksofonisty i klarnecisty El Pricto (wenezuelski rezydent Barcelony, przy okazji ojciec założyciel Discordian Records). Trzy dęciaki (wśród nich … szwedzki weteran sceny jazzowej Christen Bothen – pamiętamy go z „polskiej” edycji Hidros Matsa Gustafssona), precyzyjne drums and percussion, a do tego skrzypce, oplatające całość pajęczyną drobnych dźwięków. Osiem krótkich epizodów free improv, trwających … mniej niż dwa kwadranse. Po takiej dawce możemy zrobić tylko jedno – bez zbędnej zwłoki nacisnąć play ponownie.




Cap de Toro  by  Free Art Ensemble (2015)

Jeśli przez ułamek sekundy poczuliście sie zmęczeni nazbyt swobodną improwizacją, nadmiernie uwolnionych od koszmaru codzienności muzyków, czy też eskalacją dźwięków podawanych w zbytniej intensywności, to czas najwyższy na kolejną petardę, tym razem prawdziwie free… jazzową! Na parkiecie studia nagraniowego w Gironie (tak na oko, sto kilometrów na północ od Barcelony), zdziera cholewy uroczy tentet o mało oryginalnej nazwie podanej wyżej. Sześć dęciaków (np. Ivan Gonzalez, Tom Chant, Albert Cirera – już widzę, że dobrze kojarzycie te nazwiska!!!), bas i dwie perkusje (Marc Cuevas, Ramon Prats – znów pamięć nie zawodzi!!!). Na pulpicie muzyków ląduje osiem kompozycji, które w trakcie kolejnych blisko 50 minut (uwaga! długa płyta jak na standardy DR) zostaną doszczętnie zdewastowane genialnymi improwizacjami kilku absolutnie przytomnych facetów. Choć w wielu momentach Przylądka Wieży naprawdę tupiemy nogą i dygoczemy łydką, w nagraniu odnajdujemy kilka całkiem pokaźnych oceanów wyciszonych  i jakże kompetentnych gier sonorystycznych. Eklektyzm wpisany w muzyczny potencjał Free Art Ensemble broni się artystycznie niczym Szczęsny Fabiański w ogniu serbskiego ostrzału! Doskonała płyta i nie jedyna tej formacji w katalogu DR.




Why Cabbage?  by  Malaclypse Sax Quartet (2015)

Malaklipsyczny kwartet saksofonowy (zwróćcie uwagę na autora twierdzenia z preambuły tego tekstu), to studyjne spotkanie El Pricto, Agusti Martineza (personalia do kajetu), Liby Villlavecchii i Ferana Besalducha. Czterech muzyków, sześć różnych saksofonów. Osiem improwizacji, jakkolwiek muzycy zaznaczają, iż całość ich artystycznej wypowiedzi została ustrukturyzowana, zaprojektowana i wyimprowizowana przez kwartet. Bez głupich wyścigów, indywidualnych popisów, w dużym skupieniu i wyczuleniu na dźwięki współpartnerów. Nie szukamy zbędnej melodii, nie kluczymy w poszukiwaniu nikomu nieprzydatnych harmonii. Powaga, odpowiedzialność i wzajemny szacunek. Efekt finalny dalece udany.




Intervención Mecánica   by  Sin Anestesia (2011)

Tę samą czwórkę saksofonistów – jak epizod wyżej - odnajdujemy także w produkcjach tentetu saksofonowego Sin Anestesia. Wśród dokooptowanych dostrzegamy m.in. Toma Chanta, Alberta Cirerę i Dona Malfona (kolejny ważny zapis w waszych kajetach). Mechaniczna interwencja zawiera sześć fragmentów, z których jeden został skomponowany i jest wspierany w trakcie wykonania przez dyrygenta (w tej roli znów doskonały El Pricto), a inny jest notyfikowany jedynie na początku. Reszta muzyki jest całkowicie improwizowana i niedyrygowana. W trakcie odsłuchu rośnie nasz szacunek dla umiejętności muzyków i poziomu kooperacji. Znów epitet eklektyczny musi się pojawić w tym tekście i znów jest elementem doskonałej całości. Mamy jazzowe pasaże (cytaty z kwartetów Braxtona z lat 70.), mamy ucieczki w multiplikowaną sonorystykę, nie stronimy od dygresji w obrębie współczesnej kameralistyki. Mamy zmyślne kooperacje w podgrupach, nie brakuje wspaniałych popisów solowych. Wyśmienite! Tentet ma w dorobku cztery pozycje, akurat ta jest tą pierwszą w katalogu diskordiańskim.




Banda D'Improvisadors De Barcelona   by  Banda D'Improvisadors De Barcelona  (La Olla Expréss , 2013)

Na koniec perła w koronie katalońskiej sceny muzyki improwizowanej. Jakże swojska nazwa, jakże doskonała propozycja muzyczna. Koncert Bandy z roku 2012, oczywiście z Barcelony. W składzie rozbudowany aparat wykonawczy w zakresie instrumentów strunowych (aż sześć), instrumenty dęte w liczbie pięciu, głos ludzki i dwie perkusje. Personalnie odnajdujemy ponownie Toma Chanta, jest Ramon Prats. Nad całością czuwa i muzyków wspiera w trakcie koncertu Pablo Rega (z batutą lub bez niej, tego nie wiemy). Kilkunastominutowe otwarcie, gdzie poznajmy drobny zarys tego, co może nas spotkać w dalszej części tej muzycznej opowieści. Potem cztery drobne epizody w podgrupach, a na koniec wielki, blisko trzydziestominutowy finał. Mnogość instrumentów strunowych powoduje, że free jazzowe jazdy dęciaków sprowadzone zostają do wymiaru konstruktywnego free improv, by po chwili uciec na dłużej w klimaty zdecydowanie bliższe muzyce współczesnej. Dzieje się w trakcie tej godziny tyle, że wrażeń starczyłoby na dwa długie posty na Trybunie. Poprzestańmy na eskalacji zachwytu i silnej rekomendacji koncertu Bandy dla każdego, kto w muzyce szuka czegoś więcej niż tylko chwili przyjemności (uwaga, rejestracja – w przeciwieństwie do wszystkich wyżej omówionych - jest dostępna w wersji CD) .

Sześć drobnych, katalońskich epizodów muzyki improwizowanej, a my ani razu nie przywołaliśmy nazwiska ikony tej sceny i postaci najbardziej rozpoznawalnej, czyli Agusti Fernandeza. Oczywiście w diskordiańskim katalogu nie brakuje jego nagrań (choćby z Matsem Gustafssonem), ale dzisiejsza opowieść miała inne cele, poniekąd – mam nadzieję – osiągnęła też niezbywalne walory poznawcze. Jeśli na tym etapie jeszcze brakuje Wam drogowskazów (choć poznaliśmy nastu doskonałych muzyków), to koniecznie sięgnijcie po wszystkie cztery części Chroniques Alberta Cirery (tę z numerem 2 odnajdziecie na mojej ubiegłorocznej liście The Best Of), a także smakowity duet przed momentem wskazanego Agusti Fernandeza i saksofonowego zakapiora Dona Malfona.

PS. Ciekawym wydaje się kardynalne rozstrzygnięcie, czy z ideą diskordianizmu koresponduje nazwa waszyngtońskiej oficyny hard core punk Dischord Records (wydawcy ćwierć wieku temu wielu znamienitych płyt genialnej załogi Fugazi), a także jak się w rzeczywistości diskordiańskiej odnajduje czarny charakter doskonałej kreskówki dla najmłodszych My Little Pony, demoniczny Diskord?


*Półwysep Iberyjski idzie do nieba! (transkrypcja własna)

**podaję za wikipedią