Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joăo Lobo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joăo Lobo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 czerwca 2019

Tetterapadequ! bRack Again!


Z radością odnotowujemy powrót na rynek muzyczny net-labelowego Cylinder Recordings, inicjatywy wydawniczej portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeida, która od czasu do czasu wydaje też coś na nośniku czysto fizycznym, w tym przypadku na - odchodzącej nieco do lamusa - płycie kompaktowej. Tak jest właśnie w omawianym dziś przypadku.

Kwartet o tajemniczej nazwie Tetterapadequ na tych łamach znany jest doskonale, niewykluczone, że wszystkie jego dotychczasowe płyty były tu recenzowane. W rzeczywistości ciągłych upałów w tej części świata, Panu Redaktorowi nie chce się jednak szukać linków, zatem chętnych do lektury poprzednich tekstów o kwartecie odsyłamy do tagu Gonçalo Almeida.

Dwóch Włochów zamieszkałych w Belgii i dwóch Portugalczyków zamieszkałych w Holandii (no prawie…)! Why not! Daniele Martini – saksofon tenorowy, Giovanni di Domenico – fortepian, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz João Lobo – perkusja. Nagranie studyjne z lipca 2016 roku, z Brukseli. Pięć utworów (all music by), trzy kwadranse muzyki bez czternastu sekund. Płyta zwie się bRack Again, co brzmi ciekawie zarówno w języku angielskim, jak i … polskim. Przed nami niebywale demokratyczny kwartet, który zdaje się funkcjonować artystycznie na pograniczu gatunków, ale do jazzu, czy free jazzu jest mu zdecydowanie najbliżej. Jedyną zaś dopuszczalną formą wszelkich aktywności dźwiękowych jest dla niego improwizacja.




Perkusyjne intro, klasycyzujące piano płynące całą szerokością klawiatury, ponętny tenor i traktowany smyczkiem kontrabas, któremu na wejściu przypada w udziale rola studzącego emocje - przykład niemal cool jazzowej narracji ze śladami upalonego baroku pomiędzy strunami. Wszystko w tym ansamblu świetnie jest ze sobą skomunikowane, każdy ruch i dźwięk liczyć może na celną reakcję. Kwartet po kolana zatopiony w kolektywnej improwizacji, nawet jeśli okrasza swój występ czymś na kształt ekspozycji solowych, to są one krótkie, zwarte i permanentnie komentowane przez pozostałych członków załogi. Przez większą część nagrania słyszymy wszystkich muzyków, a sytuacje, w których ktoś z nich milknie, należą do rzadkości (po prawdzie, czyni to na ogół jedynie saksofonista). Drugi utwór na płycie zaczyna się dość dynamicznie. Flow jest intensywny, bardzo stylowy, ale daleki od free jazzowego galopu. Świetną zmianę daje drummer, także pianista. Całość jakby delikatnie swingowała, wydaje się lekka jak piórko. To tu mamy ową chwilę bez saksofonu, który wchodzi na gry na koniec i wraz z preparującym perkusistą, porywa cały kwartet w krótkotrwały galop.

Trzecią opowieść – dla partycypacyjnej równowagi – rozpoczyna właśnie saksofonista. Narracja znów smakuje arystokratyczną stylowością i precyzją. Kontrabas dodaje małą ekspozycję pizzicato. Improwizacja toczy się warto, pełna jest wszakże dramaturgicznego skupienia, a każdy dźwięk zdaje być odpowiednio kontrolowany. Recenzent znów nie może nie zauważyć, jak muzycy doskonale słuchają się wzajemnie. W 5 minucie powraca smyczek, tym razem jednak nie tłumi emocji, ale wręcz je stymuluje – piano nabiera prędkości, a tenor zmysłowo pojękuje. Dwie minuty później sytuacja ulega zmianie – bas nabiera masy, a piano ucieka w zmysłowy ambient. Perkusja ma małą ekspozycję własną, a saksofon buduje drony na boku. Kalejdoskop pięknych wrażeń kończy opowieść.

Czwartą część, najdłuższą na płycie (ponad 16 min.), rozbudza kontrabas. Obok małe piano, bardzo delikatnie preparowane. Perkusja i saksofon wytrącają się z letargu po 100 sekundach. Znów precyzja cool jazzu staje się udziałem wszystkich muzyków. Improwizacja bystrze nabiera gęstości i tempa. Świetny moment odnotowuje saksofonista. Jazz pełną gębą, i na salony, i do katakumbowego klubu! Efektowny pasus piana pobudza kontrabas i perkusję do zdecydowanego galopu. Nie trwa on jednak długo. Tenor próbuje gasić już płomień narracji, ale okazuje się w tym dziele wyjątkowo nieskuteczny. Kontrabas wpada w trans, śle spod strun same smakołyki. Muzycy tak dobrze czują się na scenie, że w ogóle nie mają zamiaru kończyć. Piękny duet piana i perkusji na poparcie tezy recenzenta. Jest i smyczek, i saksofon powracający w ciszy. Wreszcie wybija 16 minuta utworu i piano mocnymi akordami obwieszcza finalizację. Smyczek zdobi ją kolejnymi złotymi inkrustacjami.

Po takich emocjach finał tej jakże frapującej płyty nie powinien już być nadmiernie rozbudowany. I tak też dzieje się w istocie rzeczy. Ciche piano, niespokojny tom perkusyjny, pulsujący kontrabas. Podmuchy z tuby wyprowadzają pianistę na ostatnią prostą. Ktoś burczy z głodu, inny szeleści perkusjonalną biżuterią. Tuż potem może już nastać tylko cisza.


czwartek, 20 lipca 2017

Gonçalo Almeida & Ricardo Jacinto – The Selva and other separate stories *)


Wakacje w pełni, pogoda jak zwykle dynamiczna, przynajmniej w Europie Centralnej, czas zatem najwyższy pomyśleć o dalekich podróżach, wielkim i szalonym oceanie, tudzież plażach wielkości małym miast wojewódzkich.

Redakcja - w osobie Pana Redaktora - już prawie w samolocie do pięknej Lizbony, a w ramach umilenia oczekiwania na lot, szybki przegląd muzycznych smakołyków, rzecz jasna głównie z … Portugalii, ale ze znaczącym udziałem muzyków holenderskich, belgijskich, tudzież … włosko-belgijskich.

Zaczniemy od lizbońskiego tria Gonçalo Almeidy, doskonale nam znanego kontrabasisty portugalskiego, choć na ogół rezydenta holenderskiego (historie do przypomnienia - tu, i tui jeszcze tu). Potem poznamy zupełnie premierowy kwintet z jego udziałem, dwa kontrabasowe duety, a także jeden kwartet, tu w dwóch odsłonach. Na sam koniec opowieści dwie ciekawe pozycje z udziałem Ricardo Jacinto, portugalskiego wiolonczelisty, który tworzy wraz z Almeidą trio, wspomniane na wstępie tego akapitu. A zwie się ono malowniczo The Selva!


The Selva

Zapis studyjnej rejestracji, poczynionej w Lizbonie pod koniec ubiegłego roku i na początku bieżącego, wypełnia 47 minutowy krążek bez tytułu, który dostarcza nam Clean Feed Records. Pod nazwą płyty i jednocześnie formacji The Selva ukrywa się trójka muzyków - Gonçalo Almeida na kontrabasie, Ricardo Jacinto na wiolonczeli oraz Nuno Morão na perkusji. Dziewięć odcinków oznaczonych cyframi.




(I) Intro ma wyłącznie atrybuty perkusyjne, jakkolwiek duży w tym udział wiolonczelisty, istotnie pobudzonego od pierwszej sekundy. Perkusista płynie silnym drive’em jazzowym, kontrabas zaś w zasadzie milczy. (II) Strunowce mają wybitnie kameralny flow. Perkusja znów jest zadziorna. Pasaż wiolonczeli – dla odmiany - bardzo spokojny, wręcz dostojny, a brzmienie instrumentu wyjątkowe. (III) Pierwszy z dwóch długich, zdaje się zasadniczych fragmentów Selvy. Cisza, czynione na boku sonorystyczne szepty kontrabasu, wiolonczela szemrząca akordowo, niczym gitara. Brzmienie obu instrumentów jest barokowo bogate, ale intrygująco zabrudzone. Narracja toczy się gęstym ściegiem, przy czym wiolonczela lekko serfuje. Szybka zmiana kierunku podróży (all music by the musicians, dodaje recenzent) – kontrabas wpada w amok improwizacji, perkusja szczoteczkuje swingowo, a wiolonczela gra czyste, krystalicznie piękne pasaże w duchu kameralistyki dawnej. Ta ostatnia, mimo częstych zmian w trybie narracji, rządzi i rozdaje karty. Na finał, trwającej blisko kwadrans opowieści, strunowce snują podobne do siebie monologi wewnętrzne, a dobosz bębni wytrawnie (z kajetu recenzenta: ten ostatni, choć aktywny, na poziomie kreacji ustępuje operatorom obiektów strunowych). Smakuje delikatnym transem, mantrycznym zaśpiewem. (IV) Sonorystyczna ekwilibrystka wiolonczeli, przy wtórze energetycznej sekcji rytmicznej. (V) Jacinto, modus operandi tego tria, znów w poszukiwaniu nowych środków wyrazu. Almeida pętli się wokół pokaźnego gryfu kontrabasu, a Morão… bębni na sporym pogłosie. Akustyczne zadziory na obu zestawach strunowych. (VI) Akordy, plamy, znaki szczególne. Narracja smakuje zaangażowanym rockiem. Gatunkowy melting pot trwa w najlepsze! Z kajetu recenzenta: być może brakuje odrobiny perkusjonalii, w miejsce akcentów stricte perkusyjnych. Wiolonczela ponownie w błyskotliwym akustycznie stylu, ucieka w meta otchłań, w czeluść nieoczywistości (dodaje recenzent - poeta). Odpływa, jak statek bez portu docelowego, o kosmicznie pięknym soundzie. (VII) Drugi fragment kluczowy – zwinne palcówki na strunach, talerz i werbel w rezonansie, skupienie, oniryczne stadium zaniechania i konstruktywnej nieśpieszności (prawdziwie portugalskie … na wszystko mamy czas). Nikomu tu w głowie narowiste eskalacje, choć muzycy nie unikają drobnej dynamizacji (a może kęs sonore? pyta recenzent, bo nie wie, co dokładnie winien zanotować w swoim kajecie). Wiolonczela w mig odpowiada na potrzeby recenzenta! Kontrabas poleruje struny, a perkusja … bębni. (VIII) Strunowce dyszą, świszczą i świergolą, jakże to urocze! Piękne tańce dwóch nabrzmiałych smyków. (IX)  Dronowe pasaże silnie zabrudzonych instrumentów strunowych. Perkusja drży, rezonuje, dygocze. Moc akustycznych przesterów (najbardziej wyrazisty, po prawdzie, najlepszy moment tej bardzo dobrej płyty!). I znów pachnie wyszukaną psychodelią. Instrumentalne głosy z offu, stękanie, pomruki. Niech klimat finału tej opowieści wyznaczy jedynie słuszny kierunek muzycznego rozwoju tria The Selva!


Hightailing

Jeśli wciąż szukacie dowodów na to, że współczesna muzyka improwizowana jest ponadgatunkowym wrzącym tyglem, mam dla Was argument sto pięćdziesiąty dziewiąty. Nazywa się Bulliphant. Nie dalej jak w miniony poniedziałek, ukazała się debiutancka płyta kwintetu, który ukrywa się za tą szaloną nazwą (Bykosłoń!). Jej tytuł to Hightailing (Creative Sources, 2017), a zawiera dwanaście fragmentów, które w trakcie 41 minut udowodnią nam, że w dobrej muzyce nie ma złych pomysłów.




W okolicznościach miejsca zwanego De Singer, w miejscowości Rijkevorsel (Belgia? Holandia?) spotkało się całkiem niedawno pięciu muzyków: Bart Maris - trąbka i piccolo trąbka, Ruben Verbruggen – saksofon altowy i barytonowy, Thijs Troch – syntezator i elektronika, Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Friso van Wijck – perkusja i perkusjonalia. Ważna informacja dla urzędu emigracyjnego – trzech pierwszych muzyków to Belgowie, zaś ten ostatni, to Holender.

Muzycy przytargali ze sobą taką ilość pomysłów na konstruktywne muzykowanie, że z pewnością wystarczyłoby ich na solidny dziesięciopak. Skończyło się na jednym, niedługim krążku. Jak się zatem domyślacie, intensywność przekazu wszystkich dwunastu utworów jest ponadnormatywna. Prześledźmy, cóż się działo w ich trakcie.

Na płycie mamy zarówno kilkudziesięciosekundowe etiudy i wariacje na temat w podgrupach, jak i pełnowymiarowe, eksplozywne ekspozycje dźwiękowe kwintetu, trwające na ogół od pięciu do ośmiu minut. Muzyka, choć improwizowana, była przed nagraniem z pewnością predefiniowana. Najprawdopodobniej działo się to z wykorzystaniem zeszytu nutowego. Dodajmy, iż autorem krótszych utworów jest przeważnie saksofonista, zaś za te dłuższe odpowiedzialność biorą kontrabasista, trębacz i perkusista.

Wśród krótkich form wypowiedzi odnajdujemy elementy jazzowego frazowania z twardo brzmiącą sekcją rytmiczną, tkanego także przy użyciu drobinek elektroakustycznych, zgrabne duety saksofonu i trąbki, niestroniących od wspólnych pasaży granych unisono, czy też dęte ekscesy trąbki, zapętlającej się w skwierczące zakłócenia z kabla. Natrafiamy na smakowite spotkanie mocnego kontrabasu z dzikiem saksofonem altowym, a także pełnowymiarowy, hardcore jazz-rockowy melanż pięciu ośrodków instrumentalnych.

Fragmenty dłuższe są dramaturgicznie poszarpane, kipią od interakcji i pomysłów na rozwój improwizacji. Drugi zaczyna się pasażem … kościelnych organów, co jest komentowane bez pytania tyradą free jazzowego, dętego sonoryzmu, z pokrętną, istotnie smakowitą melodyką, kojarzącą się raczej ze współczesną muzyką kameralną. Echa fenderowego post-fussion nie obce są i temu, i kilku innym fragmentom tej frapującej płyty. Szóstego otwiera modulowany dron, kreowany elektronicznie, na który powoli nakładają się mikrofale saksofonu i trąbki. Proces wyłaniania się czystych dźwięków z tego kotła piekielnego jest intrygujący! Ach, ten baryton! Kontrabas podkreśla smykiem dramatyzm sytuacji muzycznej. Narracja gęstnieje, jak ciepły budyń, a wybrzmiewa wytrawnym walkingiem Almeidy. Siódmy zaczyna się wręcz melancholijnie (trąbki ślini się do altu). Twarda jazzowa sekcja wchodzi po prawie dwóch minutach tego migdalenia i rozpoczyna się klasycznie freejazzowa, kwartetowa eskapada. Trębacz pichci wyśmienito solo, a wybrzmienie smakuje bardzo kameralistyczne. Dziewiąty dla odmiany, od pierwszego dźwięku gotuje emocje recenzenta. Nagranie jest bardzo free, ale czuje się pędzel aranżacji w tym kolektywnym zwarciu. Szukanie ciszy znów odbywa się w post-fussionowym pasażu syntezatora. Dziesiąty i jedenasty zdominowane są przez kompulsywną, agresywną elektronikę, której śmiało dotrzymują kroku żywe instrumenty. Finałowy fragment płynie wprost z serca czysto brzmiącej trąbki, która snuje opowieść puentująca tę niezwykle ciekawą płytę. Reszta instrumentów tworzy delikatne, niebanalne tło, które świetnie konweniuje z solowymi popisami trębacza (tu też czuć sznyt aranżu). Koniec płyty dopada recenzenta w stanie niedosytu. Play It Again!


8 Pictures

Czas na osiem obrazków z życia dwóch kontrabasów. Raoul van der Weide i Gonçalo Almeida ‎w roli operatorów największych instrumentów strunowych. Przy czym ten pierwszy, w istotnych dramaturgicznie momentach, będzie wspierał się wiolonczelą i manipulował obiektami różnymi. Nagranie studyjne, poczynione w 2015 roku w Rotterdamie, pierwotnie ukazało się pod tytułem Earcinema (Cylinder Recordings, 2015). Obecnie zatem mamy do czynienia z reedycją tego materiału. Płytę, która dostępna jest … jedynie w plikach, tym razem pod innym, jakże precyzyjnym tytułem 8 Pictures, dostarcza nam portugalski label Nachtstück Records (2017).




Mnogość stosowanych przez obu muzyków technik artykulacyjnych stanowić mogłaby bazę do pracy doktorskiej pracowitego muzykologa! Doskonałe brzmienie obu wioseł. Muzycy grają jakby naprzemiennie. Gdy pierwszy prowadzi jazzowy walking, drugi chwyta za smyczek i rżnie przepiękne pasaże w klimatach tak kameralnych, jak i psychodelicznych. Narracja jest niezwykle gęsta, a interakcje zadziorne. Muzycy stoją tak blisko siebie, że ich pot łączy się w jeden płyn ustrojowy (chwilami trudno zdiagnozować, który z nich wydaje, jakie dźwięki, albowiem potrafią scalać się w jeden ciąg zdarzeń akustycznych). Jeśli akurat w tym momencie nieco się popisują, to robią to z niebywałą klasą! Już od czwartego obrazka ich dźwiękowe marszruty intrygujaco się zazębiają, nie brakuje sonorystycznych incydentów, a improwizacja zdaje się być prawdziwie molekularna, szczegółowa, prowadzona w bardzo konkretnej dynamice. Dwugryfowe, kontrabasowe monstrum, podparte tylko odrobinę mniejszą wiolonczelą! Po precyzyjnym wytłumieniu, muzycy zwalniają tempo i brną w pasjonujący dialog w klimatach i estetyce muzyki dawnej. W trakcie piątego obrazka pasaż jednego strunowca wpada w sidła subtelnych akcji za progiem tego drugiego, ze znaczącymi akcentami perkusjonalnymi (z kajetu recenzenta: narracja obu muzyków jest niezwykle kompatybilna, obaj jadą środkowym pasmem i znów zlewają się w jeden potok dźwiękowy; mimo, że tworzą go głównie dwa kontrabasy, muzyka nie jest zdominowana przez niskie częstotliwości, przeciwnie – jest lekka, zwinna i przebiegła). Wciąż dominuje pewien narracyjny schemat – szybki walking vs. rozżarzony smyk na gryfie, który smaży wyraziste pasaże o niepoliczalnych połaciach piękna, z delikatnymi implikacjami w kierunku sonore. W siódmym obrazku muzycy dostarczają nam odrobinę innych dźwięków, być może będących skutkiem skromnych procesów amplifikacyjnych, czy też użycia obiektów różnych. Strój obu instrumentów pozostaje wszakże wysoki. Finałowy obrazek (najdłuższy) zaczyna się burczeniem, tarciem i szarpaniem nieposłusznych strun. Jakże intrygująca instrumentacja! Bogactwo wyobraźni! Tysiące pomysłów na sekundę! Dwa smyki w dawnej estetyce kreślą wyjątkowe płótno prawdziwie mistrzowskim pędzlem!


Live at Atelier Tarwewijk

Kontynuujemy wątek batalii kontrabasowych! Cofamy się o dwa lata, pozostajemy wszakże w Rotterdamie. Kwiecień 2013 roku, koncert w ramach inicjatywy kulturotwórczej Halloween in the Spring, a na scenie Wilbert de Joode i Gonçalo Almeida. Zarejestrowany materiał po roku udostępniony zostaje światu pod tytułem ‎Live at Atelier Tarwewijk (V 1.3) (Nachtstück Records, 2014). Panowie będą improwizować przez ponad 52 minuty, nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym.




De Joode, kanał lewy, struny jelitowe. Almeida, kanał prawy, struny normalne. Muzycy, szeroko rozstawieni po kątach, zaczynają od zwinnych i niezobowiązujących palcówek po śliskich strunach. Już po kilku minutach, każdy z nich rozpoczyna proces poszukiwania nieoczywistych, indywidualnych rozwiązań sytuacji scenicznej, tak w zakresie technik artykulacyjnych, jak i sposobu prowadzenia improwizacji. Kontrabasy – podobnie jak na poprzednio omawianej płycie – mają stosunkowy wysoki strój i lubią pływać w przestrzeni koncertowej. Są ulotne, jak motyle. Mają piękny sound. Echa muzyki dawnej, a jakże, duże skupienie, a jakże. Transparentność i adekwatność. Po kwadransie muzycy biorą wielkie smyki w swe równie imponujące dłonie i zaczynają się prawdziwe emocje. Smyczkowy dancing! Choć tempo bardziej pogrzebowe. Brzmienie obu kontrabasów przyjemnie się zabrudza. Tli się, jak palenisko bez iskier, wstrząsająco urocze (trochę jak prażona kukurydza – dodaje zgłodniały recenzent). Pomysły artykulacyjne sypią się, jak z rękawa. I każdy jest udany! Kameralistyczne zacięcie Almeidy zbiera obfite żniwo. Gdy oba smyki miarowo uderzają w struny, recenzent gotowy już jest do osiągnięcia stanu wrzenia. Ta rozmowa ma wiele wątków i ogrom niedopowiedzeń. Nie każde słowo ma tu być wypowiedziane. Sztuka zaniechania, umiejętność temperowania emocji. Około 29 minuty De Joode otwiera wieko trumny, a Almeida szeleści ze strachu, miętoli się sam ze sobą (what a sound!). To wspaniałe, że muzycy nigdzie się nie śpieszą. A tyle mają do powiedzenia. Po 30 minucie nastrój kameralistyczny dopada już wszystkich, po obu stronach sceny. Minimal art of sound! Po 40 minucie instrumenty niemal milkną. Chcą nabrać dystansu. Wykluwają się z tego dwa soczyste drony. Zasada imitacji nie jest im obca. To też dowód na to, że słuchają się wzajemnie. De Joode na finał efektownie rezonuje. Jego jelitowe struny czynią cuda! Almeida też ma pomysł! Niedźwiedzie wybrzmienie wprost w objęcia piekielnej ciszy. Koniec z oklaskami.


Pangatuna & Chlopingle

Po serii płyt prawie wyłącznie na instrumenty strunowe, z pewnością zatęskniliście za choćby najskromniejszym dęciakiem. Here it is!

Kwartet nazywa się Tetterapadequ (ta nazwa nie kryje w sobie głębszych treści, to jedynie przestawione litery ze słowa kwartet i miejsca, w którym muzycy grali po raz pierwszy). Tworzą go: na kontrabasie Gonçalo Almeida, na saksofonach Daniele Martini, na fortepianie Giovanni Di Domenico, zaś na perkusji João Lobo. Zaciąg portugalski vs. zaciąg … włosko-belgijski (Daniele i Giovanni, to bowiem włoscy rezydenci Królestwa Belgii). Kwartet ma w dorobku trzy długie płyty i jeden minilongplay. O tym ostatnim pisaliśmy już na tych łamach.




Teraz pochylmy się nad wydawnictwem Pangatuna (For Tune, 2016), nie tylko dlatego, że jest dość świeżą płytą, do tego wydaną w Polsce, ale również z powodu rozbudowania kwartetu, na potrzeby tego akurat nagrania, do rozmiarów oktetu. Personalnie skład bazowy uzupełniają: na saksofonie altowym Audrey Lauro, na saksofonie barytonowym Grégoire Tirtiaux, na klarnecie Jordi Grognard oraz na flecie Quentin Manfroy. Nagranie poczyniono studyjnie w Brukseli, w grudniu 2015 roku. Cztery fragmenty z tytułami potrwają 46 minut (nie zaś 51, jak sugeruje opis płyty).

Pierwszy. Cały oktet podaje zgrabny temat (status: all music composed by the musicians), pięcioosobowy zestaw dęciaków dmie unisono, gęsto, ale dość delikatnie. Rzec można, jazz nieco temperowany, ale incydentalnie bardzo emocjonalny. Rodzaj szlachetnej muzyki mainstreamowej, która jednak myśli, prowokuje, poszukuje usilnie ciekawych sonorystycznie rozwiązań. Tłuste lejce tej trzódki trzyma zdecydowanie pianista. Konstruuje rytm, nadaje wewnętrzną dramaturgię, ustala zasady gry. W okolicach 9 minuty dopada nas cisza, która staje się istotnym punktem wyjścia do nowej podróży w kierunku świata kompetentnych improwizacji. Skupienie i odpowiedzialność za każdy dźwięk nadal pozostają atutami oktetu. W połowie utworu dodany kwartet zaczyna bardziej wyraziście akcentować swoją obecność, jakkolwiek z roli chóru komentatorów nie wyjdzie do końca tej płyty. Z pozornego letargu nieagresywnej narracji, wyrywa nas wybuch soczystej solówki na saksofonie tenorowym (z kajetu recenzenta: wciąż jednak zbyt dużo dyscypliny). Kwartet matka na wiele jednak gościom nie pozwala – pianista, odpowiedzialny cerber, dozorca. Twarda, sumienna realizacja scenariusza wydarzeń. Na finał najdłuższej części tej płyty (25 min) goście podejmują kolejną próbę twórczego zaistnienia i akustycznie aktywizują się. Mają wyraźnie apetyty na pasaże free. Dosadne akordy piana przywracają jednak ład i porządek. Drugi. Oktet w akustycznym rozkwicie. Orkiestra swinguje, jak mało kto. Dęta ferria barw. Po chwili wszystkich dopada moment smutnej zadumy, rodzaj onirycznego tańca w miejscu, bez odrywania nóg od podłogi, a emocje części drugiej kończą się. Trzeci. Kameralne intro kwartetu gości. Już razem, w oktecie, muzycy snują interesujące pasaże, definitywnie jednak z pięciolinii. Natrafiamy  jednak – uff!!! – na bardziej intensywne przepychanki, ewentualność skromnej eskalacji. Szybki powrót do nieekspresyjnych macanek w podgrupach gasi entuzjazm recenzenta. Mainstream z obietnicami, które nie zawsze zostają spełnione. Finał zgrzyta, przypominając recenzentowi, by się nadmiernie nie wymądrzał. Czwarty. Spokojny dancing, czwarta nad ranem, daleko do wolności, jazgot pościeli sterylnej poirytowaniem… Recenzentowi pozostają już tylko marne cytaty z przeszłości. Bez ekscytacji.

Czym prędzej – w obliczu powyższych ambiwalencji – sięgnijmy po poprzednią płytę Tetterapadequ, nagraną w pierwotnym kwartecie. Odpalamy krążek Chlopingle (Creative Sources, 2015). Rejestracja bodaj z roku 2014. Trzy interwały z tytułami, mniej niż 40 minut muzyki.




Płytę rozpoczyna spokojna narracja, trochę w klimatach polskiego yassu, ze szczyptą niebanalnej sonorystyki, w skupieniu, z dużą ilością barwnych szczegółów. Tu wartością samą w sobie zdaje się być formuła tej narracji. Użyte środki są ewidentnie jazzowe, ale sama muzyka pachnie post-rockowym transem. I nic w tym spektaklu nie dzieje się przez przypadek. Po 8 minucie improwizacja ciekawie pętli się. Dużo do ognia dokłada Almeida, rwąc się do walki na smyku. Di Domenico preparuje, a Martini sunie zwinnymi alteracjami. W ostatnich minutach pierwszego fragmentu, dopada nas pełnowartościowa eskalacja, którą bez słowa sprzeciwu, określić możemy jako najmocniejszy fragment Chlopingle, a może i dorobku kwartetu w ujęciu historycznym. Część druga płyty wita nas wytrawną sonorystyką na osiem rąk (świetna robota, zwłaszcza kontrabasisty). Solowy popis pianisty też dobrze komponuje się z całością narracji. Na dokładkę udane pasusy wyczynia saksofonista, uroczo dmąc w sopran. Finałowy fragment ponownie dzieje się pod znakiem udanych incydentów akustycznych – piano stawia stemple, kontrabas jęczy, saksofon kreśli mikrozdarzenia, perkusja prawidłowo tyczy szlak podróży. Kwartet brnie i jątrzy. Kolektywnie, sumiennie, wzorowo.


Garden

Historię pod tytułem Niezwykłe przygody z życia kontrabasisty zostawiamy już dziś bez ciągu dalszego. Czas powrócić do intrygującego wiolonczelisty Ricardo Jacinto, którego poznaliśmy w trakcie odsłuchu tria Selva. Poznamy dwie płyty z jego udziałem, które są … diametralnie różne od siebie.

Najpierw Garden. Nagranie studyjne z Lizbony, poczynione ponad dwa lata temu przez trzech muzyków. Są to: Bruno Parrinha – saksofon altowy, sopranowy i klarnet, Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika oraz Luís Lopes – gitara elektryczna. Płyta dostępna jest od ubiegłego roku, a wydana została przez Clean Feed Records. Siedem odcinków muzycznych – oznaczonych liczbami, które odwzorowują czas ich trwania - potrwa blisko godzinę zegarową. Spójrzmy, czym szczególnie ekscytował się recenzent w trakcie skupionego odsłuchu.




1351. Sucha, powolna, południowa sonorystyka. Dęciak prycha, wiolonczela szeleści, lekko sfuzzowana gitara wije się w cichym rejestrze. Gitara i wiolonczela (także pod prądem) szybko łapią płaszczyznę porozumienia i tulą się do siebie, jak syjamskie kociska! Na finał wszystko delikatnie sprzęga się i elektroakustycznie zaziębia. 1402. Oba strunowce są definitywnie plugged, snują się wokół dźwięków, które przypominają spacer potencjometrem po skali radioodbiornika. Narracja jest powolna, ale akustycznie inwazyjna. Zdaje się, że ta muzyka ma boleć. Saksofon też brudzi swój sound. Dwie skromne reinkarnacje gitary Jimmy’ego Hendrixa vs. saksofon sopranowy, który pragnie zaistnieć na ich tle. O tak, Luis Lopes lubi psychodelię, to wiemy nie od dziś! Oniryczny klimat dopada muzyków około 7 minuty tej najdłuższej na płycie ekspozycji. Robi się kwieciście – upalona wiolonczela, niedęty saksofon i mantryczna gitara. 555. Akustycznie, delikatnie, niezobowiązująco, nawet balladowo. Powolna narracja dwóch pierwszych części, tu niemal zatrzymuje się w miejscu, ale klarnet dmie uroczo. Zupełnie przy okazji, Lopes udowadnia, że jest w stanie banalnym z pozoru półdźwiękiem ukraść show partnerom. 516. Saksofon bierze sprawy w swoje ręce. Groźnie kontratakuje centralnym pasmem. Na flankach szumy i incydenty elektroakustyczne – przestery Luisa, brudny walking Ricardo. A elektronika robi swoje – recenzent ewidentnie słyszy cztery instrumenty! Każdy z muzyków jest brudny od błota i przeklina. Wiolonczela smakuje na rockowo, gitara bynajmniej, plecie opowieści kameralne. 1030. Muzycy snują się po kątach, prąd iskrzy im w dłoniach. Szukają porozumienia. Klarnet opowiada semickie historie. Wiolonczela płynie, a gitara jest podejrzanie oldfieldowska. Szczęśliwie narracja zapętla się i siarczyście emanuje niezgodą na proste rozwiązania. Nawet szczypta sonore! Prawdziwie piękny moment w wymiarze akustycznym! Suche macanki! Kto zagra subtelniej, ten dostanie rękę Królewny! Błyskotliwe zawody – opus magnum tej płyty! 744. Od startu elektroakustyczna eskalacja emocji! Gęsto, tłusto i narowiście! Kolejna porcja pozytywnej, wnikliwej psychodelii. Znów doskonały moment płyty! Lopes! Lopes! Lopes! – krzyczy w amoku recenzent. Wybrzmienie jest mistrzowskie! 221. Krwiste komentarze, dialogi polityczne, elektroakustyczne resume nagrania. Koniec przychodzi nagle i niegodny jest tak doskonałej płyty.


Harmonies

Na zakończenie naszej dzisiejszej dość długiej opowieści, chwila … chilloutowego wybrzmienia. Po serii silnie improwizowanych incydentów, czas na podłapanie odrobiny harmonii.

Nagranie studyjne z roku ubiegłego. W spotkaniu uczestniczą: Joana Gama - fortepian, Luís Fernandes – elektronika i Ricardo Jacinto – wiolonczela i elektronika. Przed nami ponad trzy kwadranse muzyki, która nosi znamiona skomponowanej, dodatkowo inspirowanej dokonaniami znanego kompozytora muzyki dość popularnej, jak na kanony Trybuny - Erica Satie. Płyta zwie się Harmonies (Shhpuma, 2016) i składa się z sześciu utworów.




Trzy składowe tej muzycznej przygody są dość separatywne, ale skonstruowana z nich muzyczna koncepcja jest spójna i dalece przyswajalna dla wielu. Jeśli elektronika, to wytrawna, progresywna, istotnie wysoko gatunkowa. Bez prostych skojarzeń i ciągot do ilustracyjności. Skupiona, rzetelna, bardzo dobra. Najlepsze berlińskie wzorce z lat 90. ubiegłego stulecia, te ze wspaniałej epoki post-techno, też maja tu rację bytu. Jeśli wiolonczela, wspomagana na kablach nie tylko w zakresie poszerzania brzmienia, ale także dekonstrukcji materiału wsadowego, to moc inspiracji do łamania tytułowej harmonii, do wchodzenia w elektroakustyczne zwarcia. Jeśli fortepian, to bardziej klasycyzujące, ilustracyjne pasaże wprost z klawiatury. Akurat te, dla tego recenzenta, chwilami zbyt słodkie i oczywiste.

Ricardo wchodzi do tej rzeki na trzeciego. Wnosi ferment i kusi los zmyślnymi dźwiękami spod strun wiolonczeli. Jego elektronika jest smakowita, nienatarczywa i świetnie komponuje się z silnym e-backgroundem Fernandesa. To serce i krew tego tria. Szczególnie ekscytującymi są utwory czwarty i piąty, dla których każdorazowo punktem wyjścia do snucia elektronicznej, wielowątkowej narracji jest akustyczny incydent na gryfie wiolonczeli. Choć improwizacja na Harmonies jest jedynie domniemana, to czas poświecony na odsłuch płyty eksplodował u recenzenta pokaźną porcją endorfin.



*) ang. Selva i inne oddzielne opowieści


środa, 19 października 2016

Wooley! Martini! Lobo! – Legacy of Ashes, czyli Popiół i Diament, ekranizacja muzyczna


Każda nowa płyta wyjątkowego Nate’a Wooleya warta jest miliona słów na tej stronie. Warta być może jest kolejnego miliona, jeśli weźmiemy pod uwagę, iż na jego drodze – pewnej kwietniowej nocy pięć lat temu, być może niedaleko od niesfornego Manekin Pis - stanęło dwóch absolutnie pewnych siebie kolesi, którzy mieli plan, jak zdewastować ogarniające wszechświat poczucie spokoju i wiecznej szczęśliwości. Przynajmniej na niwie muzyki improwizowanej. Prześledźmy legendę popielną i na chwilę przywołajmy też pamięć zmarłego niedawno wybitnego reżysera znad Wisły.

Legacy of Ashes

Czas i miejsce zdarzenia:  Kwiecień 2011, Salle des Harpes, Bruksela. Wiele wskazuje na to, iż rejestracja odbyła się bez udziału publiczności.




Ludzie i przedmioty: Nate Wooley (trąbka i amplifikacje), Daniele Martini (saksofon tenorowy i sopranowy), Joăo Lobo (perkusja). Pierwszy z muzyków nie wymaga na tej stronie jakichkolwiek rekomendacji. Saksofonista pochodzi zaś z Włoch, a jest rezydentem belgijskim. Perkusista to Portugalczyk. Obaj Panowie mają w dorobku kilka wspólnych wydawnictw, m.in. w kwartecie Tetterapadequ (ostatnio - płyta dla ForTune Records; inna ich ep-ka była recenzowana na Trybunie), czy MulaBanda. W obu tych formacjach występuje także pianista Giovanni Di Domenico, z którym Daniele Martini pojawił się wspólnie na doskonałej płycie Posh Scorch Nate’a Wooleya, którą całkiem niedawno zachwycaliśmy się w tym miejscu.

Jak gramy: Wedle opisu na okładce, muzyka została skomponowana przez całą trójkę muzyków. Wnikliwa analiza materiału muzycznego wskazuje, iż komponowanie odbyło się – posiłkując się metaforą Evana Parkera z jednej z jego solowych płyt – w … drodze improwizacji, ewidentnej, dodajmy w tym miejscu.

Efekt finalny: Siedem fragmentów opisanych długimi tytułami, trwających łącznie 35 minut. Trafia do możnych tego świata za pośrednictwem wydawnictwa kompaktowego Creative Sources Recordings, pod tytułem Legacy of Ashes, firmowanego trojgiem nazwisk muzyków wyżej wymienionych.




Subiektywne wrażenia: Ta jedyna bezksiężycowa noc w Chinach zaczyna się nad wyraz spokojnie, niczym cisza przed burzą. Lobo delikatnie znaczy teren werblem i stopą, czym przywołuje, jakże istotne dla dramaturgii tej muzyki i poniekąd recenzji, skojarzenie z drummingiem Toma Bruno i jego legendarnej formacji Test. Uprzedźmy wypadki – od tego skojarzenia nie uwolnimy się do końca tej niedługiej płyty. W kolejnym fragmencie tej, początkowo jakże nieśpiesznej opowieści, Wooley uroczo rozgrzewa ustnik swej trąbki na tle Lobo, szczotkującego, z uporem godnym lepszej sprawy, membrany swego instrumentu. Odzywa się tenor Martiniego, który natychmiast zostaje skomentowany przez szemrające amplifikacje kolegi z lewej strony. Lobo lubi iść w rytmie marszowym, no i ta stopa… niczym bijące serce wojownika, bez nadziei choćby na kroplę wody. Ptasia operacja atakuje nas wyniosłym szczebiotem sopranu (nie inaczej!), któremu wtóruje trębacz, brzmiący jakby tubę miał na podorędziu, a nie zgrabną trąbeczkę. Lobo – trans maszyna, ucieka w obłoki swojej wulgarnej wyobraźni i chlasta po potylicy obu właścicieli instrumentów dętych. Nate czuje się dotknięty i wjeżdża na scenę z odrobinę egzotycznym brzmieniem (co to za tłumik?!) i ma ochotę na krwistą dyskusję z perkusistą. Sopran nie zwalnia, jak zwinna i pyskata, rogowata jaszczurka wgryza się statywy zestawu perkusyjnego. Pyskówka robi się z tego niczego sobie… I znów powraca Test-owe skojarzenie. Drummer trzyma się miejsca po środku, atakowany z obu flanek przez oszalałe dęciaki. Po przebyciu siedmiu dolin, jedziemy już tylko pieprznie i na ostro. Korpulentne, otrzaskane w boju, na wpół żywe byki, tuż przed nosem pijanego torreadora, robią miny i są zdolne do wszystkiego. Ten środkowy ma już na drugie imię Tom i nic tej oczywistej konstatacji nie jest w stanie zmieniać. Ekspresji nie zabraknie do ostatniego dźwięku. Martini, którego onegdaj odsyłałem na kursy do ECM, jakby mnie słyszał, teraz śmieje się w twarz pełną gębą, dymiąc tenor do ostatniej kropli krwi. Energia, co tam – wulkan energii! Gdyby Bruno żył, Martini musiałby zostać jego jurnym rumakiem. Lobo! On tu łapie za ogon wszystkie sroki, też może już śmiało przybierać reinkarnacyjną rolę. Tytan! A Wooley? Niby to nie jego bajka, ale gdy w trzeciej sekundzie tej zabawy łapie sens incydentów dźwiękowych w głębokiej estetyce rasowego free, nie biorącego jeńców, chwyta byka za rogi i po raz sto pięćdziesiąty dziewiąty raz udowadnia, jak doskonałym jest muzykiem. Pod koniec tej eskapady idziemy naturalnie wedle tej samej rzeki. Nie zabraknie przy okazji ciekawych dysonansów akustycznych w momencie, gdy Nate gotuje wodę, Daniele kwili na boku, a Joăo szlifuje brzegi werbla. Doświadczamy czegoś na kształt Stevensowskiego Sustained Piece… który naturalnie trwa jedynie do momentu, gdy Lobo nie zacznie dewastować rzeczywistości zastanej i nie wyśle nas do wszystkich diabłów. A to dopiero 35 minuta…. Czas skurczył się do wymiaru jednego Diamentu. A Popiół? Popielniczki wszak dawno opróżnione.


poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Cylinder Recordings. Portugal a improvisar com Gonçalo Almeida como exemplo – dois quartetos e um trio


Dzisiejsza opowieść o niektórych dokonaniach artystycznych netlabelu Cylinder Recordings zwie się po naszemu Portugalia improwizująca na przykładzie Gonçalo Almeidy – dwa kwartety i jedno trio, choć…. rzecz definitywnie dzieje się w Holandii!

Składa się bowiem tak, że Gonçalo Almeida, portugalski z krwi i kości kontrabasista, od czasu pewnego mieszka i muzykuje głównie w Rotterdamie. Nie jest to bynajmniej zjawisko szczególnie oryginalne, albowiem wszyscy w tym gronie wiemy, iż życie muzyka improwizującego nie jest łatwe i pcha go w najróżniejsze zakątki świata. Innymi słowy płynie tam, gdzie go chcą (posłuchać lub/i wydać). Zresztą rzeczony Cylinder Recordings ma wymiar głównie internetowy, zatem miejsce fizycznego powstania nagrania, tudzież adres, z którego płynie do nas zwarta paczka plików muzycznych, są w sumie danymi zupełnie zbędnymi.

Z nazwiskiem Gonçalo Almeidy zetknęli się już zapewne entuzjaści muzyki improwizowanej, którzy często zaglądają do katalogu portugalskiego Clean Feed Records. Myślę tu o ciekawych krążkach formacji LAMA (z Susaną Santos Silvą), czy płycie Vibrate In Sympathy tria z kluczowym udziałem kontrabasisty.

Sam Almeida od blisko dwóch lat zarządza Cylindrem i jako muzyk uczestniczył w nagraniu wszystkich pozycji dyskograficznych wytwórni *). Było ich jak dotąd czternaście, a my pochylimy się teraz nad trzema z nich.





Pierwszą niech będzie… najnowsze dzieło cylindrowe, czyli z wielu względów frapujący kwartet Buku (Cylinder Recordings, CRO 014, 2016) – Susana Santos Silva na trąbce, Jasper Stadhouders na gitarze, Gonçalo Almeida na kontrabasie i Gustavo Costa na perkusji. Pięćdziesięciominutowa rejestracja w trzynastu odcinkach muzycznych wyprodukowana została… w Porto, zatem tytuł naszej dzisiejszej opowieści nie jest jednak nieprecyzyjny. Susanę poznaliśmy już na Trybunie, zatem myślę, że 37-letnia Portugalka nie wymaga specjalnej introdukcji (urodzona w Porto, dużą część roku spędza oczywiście w … Holandii). Jasper zaś, to młody, jurny i konsekwentnie niepokorny gitarzysta z prądem, stamtąd właśnie, który ma już w swoim portfolio dysk wydany w Polsce, przez Not Two (Cactus Truck Seizures Palace, z Johnem Dikemanem na saksofonach). Czwarty do brydża w tym zestawie, to wywodzący się ze sceny …trashmetalowej Gustavo, którego udane bębnienie dane mi było usłyszeć po raz pierwszy.

Agresywna, ale czysta jak łza, trąbka Susany i rozwichrzona, nieco hippisowska gitara na lekkim speadzie Jaspera, ewidentnie napędzają ten szalony kwartet. Dynamika, ekspresja, zwięzłość wypowiedzi, chwilami rubaszna dosłowność, to główne charakterystyki tej muzycznej opowieści. Trajektorie kolektywnych improwizacji trąbki i gitary próbuje okiełznać sekcja rytmiczna. Gonçalo atakuje ostrym tembrem swego instrumentu, o delikatnie zabrudzonym soundzie. Gustavo też nie odpuszcza, choć jak na drummera z metalową przeszłością, potrafi zaskoczyć kolorystką brzmienia i różnorodnością środków wyrazu. Buku - krótkie, zwarte tematy (najdłuższy z trudem przekracza 6 minut), szybkie urywane frazy trąbki, w ścisłej korelacji z gitarowymi pasjansami o zaskakujących puentach. Gęsto, bardzo kolektywnie (dominują fragmenty grane przez wszystkich muzyków jednocześnie) i zdecydowanie na temat. Trzynaście dowodów na nieśmiertelność muzycznej anarchii. Co rusz pyskówki, pikantne zwarcia i nieoczywiste dysonanse. By zdążyć przed zachodem czegokolwiek, z odcieniem rockowej bezczelności i niedopytywania o przyczynę zjawiska. Jeśli dotrwamy do spokojniejszej nuty, też jest ona masywna i bezdyskusyjnie karkołomna. Muzyka poniekąd piękna, zdecydowanie na sposób niedelikatny. Frenetyczna, doskonała podróż w nieznane!

Po tej wyczerpującej energetycznie wyprawie, zasłużyliśmy na odrobinę… odpoczynku, wszakże rozumianego przez pryzmat fascynacji free improv. Czas na trio niskich częstotliwości! Oczywiście Gonçalo Almeida na kontrabasie, a w koncertowej rejestracji wspomagają go doskonale nam znani i niejednokrotnie lubiani – Wilbert De Joode, także na kontrabasie i Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli. Nagranie z marca 2012r. dociera do naszych uszu dzięki wydawnictwu Live At ZAAL 100 (Cylinder Recordings, CRO 007, 2015).




Choć obiecywałem odpoczynek, improwizacja trzech odpowiedzialnych muzyków ma bardzo gęsty, intensywny charakter. Na ogół tempo nadaje jeden z nich, delikatnie sugerując także rytm muzycznego przebiegu wydarzeń. W tym czasie dwaj pozostali rzeźbią smykami na gryfach swych akustycznych instrumentów. Bywa jednak w trakcie koncertu, że cała trójka jedynie szarpie wielkimi paluchami upocone do granic możliwości struny. Trzy niepełne kwadranse bez nanosekundy zbędnej nudy i momentów zawahania. Upalona filharmonia na skraju załamania nerwowego (a miało być wypoczynkowo…). Docieramy także do momentu, gdy trzy smyki intensywnością dźwiękowego przekazu dewastują nasz spokój i zapraszają na huczne obchody dnia konstruktywnego niepokoju ducha. Czupurne, nieznośne, urokliwie piękne!

No i trzecie spotkanie – Descanco Del Dopo Popo (Cylinder Recordings, CRO 013, 2016), firmowane przez kwartet o dźwięcznej nazwie Tetterapadequ. W składzie belgijscy Włosi – Daniele Martini (tenor) i Giovani di Domenico (piano), belgijski Portugalczyk Joăo Lobo (perkusja) i nasz … holenderski Portugalczyk Gonçalo Almeida (kontrabas). Przy okazji, omawiane wydawnictwo to już trzeci krążek kwartetu o nazwie, która jest parafrazą nazwy haaskiego klubu jazzowego The Patter Quartet. Tym razem mamy przed sobą epkę, trwającą niespełna 25 minut (choć bodaj jako jedyna w CR, dostępna jest w formacie CD,  trzycalowego dodajmy).




Rozedrgany tembr kontrabasu i piana, niczym łydki dziewicy przed pierwszą nocą, niekoniecznie z ukochanym, zaczynają tę krótką przygodę. Almeida trzyma kontekst, jak tonący brzytwy. Rośnie niepokój, dając szansę na szczyptę przyzwoitości i choćby fragment… udanej improwizacji. Zaduma jednak nasila się, czyniąc nagranie godne jedynie... monachijskiego ECM. Wytrwali doczekają się na szczęście odrobiny konstruktywnej preparacji na fortepianie – spokojnej jak Bałtyk w trakcie upalnej końcówki lata, ale jakkolwiek wartościowej. Potem Almeida, ze smykiem w ręku, zapisuje się na lekcje muzycznej wstrzemięźliwości do Manfreda Eichera… A my możemy spokojnie przejść do puenty tej recenzji.

Młodość na europejskiej scenie muzyki improwizowanej szaleje bez ustanku (The Youth Are Getting Restless!) **), ale jak się okazuje, miewa też przystanki niedoskonałości, dając tym samym szansę naszym ulubionym weteranom free improv na kolejną genialną płytę. Descanco Del Dopo Popo do tego stanu rzeczy zaiste wyjątkowo daleko. Płyta trwa dwadzieścia kilka minut, na szczęście ani chwili dłużej.


*) Wszystkie płyty z katalogu Cylinder Recordings są dostępne w streamingu na stronie bandcamp.com

**) Odsyłam do postu na Trybunie o takim właśnie tytule.