Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Timothée Quost. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Timothée Quost. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 sierpnia 2026

We Are Spontaneous! 10. Spontaneous Music Festival


(informacja prasowa)


„Spontaniczność stanowi wyzwanie, ponieważ życie zdaje się dyktować, że nie należy być spontanicznym… szczerze mówiąc” – powiedział John Stevens, współzałożyciel i główny twórca Spontaneous Music Ensemble.

Tymi słowami zapraszaliśmy w 2021 roku na piątą edycję Spontaneous Music Festival, której nazwa własna stanowiła rodzaj pytania retorycznego „Are You Spontaneous?”.

Dziś, otwierając dziesiątą edycję, mając w pamięci dorobek poprzednich lat, widząc każdego roku radość w oczach publiczności i pamiętając o satysfakcji artystów, którzy współtworzyli i współtworzą to wydarzenie, możemy z pełnym przekonaniem odpowiedzieć twierdząco na pytanie zadane pięć lat temu. Tak, jesteśmy spontaniczni. Jak zawsze wszyscy razem, muzycy, publiczność i organizatorzy. W pełni odpowiedzialni za własne słowa i czyny zapraszamy na „We Are Spontaneous! 10. SMF 2026”.

 


Jubileuszowa edycja Festiwalu kładzie szczególny nacisk na free jazzowe korzenie i muzyczną ekspresję, które stały u podstaw zawiązania tej inicjatywy pod koniec roku 2017. Tym samym oddaje cześć protoplastom gatunku, a nade wszystko tym, którzy ten pryncypialny wątek współczesnej muzyki awangardowej nieustannie kultywują i dbają o jego aktualny wizerunek oraz kondycję artystyczną.

Idąc tropem myśli, jakie cementowały pomysł na tegoroczną edycję SMF, w pierwszej kolejności zaprosiliśmy do uczestnictwa w wydarzeniu brytyjskiego saksofonistę Colina Webstera wraz z jego flagowym projektem artystycznym Large Ensemble, który łączy pokolenia londyńskiej i międzynarodowej sceny free jazzowej w osobach Cath Roberts i Sofii Salvo na saksofonach, trębaczki Charlotte Keeffe, Grahama Dunninga na elektronice, gitarzysty Matthew Grigga, kontrabasisty Johna Edwardsa oraz perkusisty Andrew Lisle’a. Sam Colin Webster będzie gościem festiwalu po raz trzeci i zagra dla nas aż czterokrotnie, każdego dnia tegorocznej edycji, zawsze w innym układzie personalnym, od solowego performance’u na amplifikowany saksofon, przez dwie formacje ad hoc, po finałowy występ Large Ensemble. Dodatkowo poprowadzi warsztat dla adeptów sztuki improwizacji. Nagrania Webstera z jego poprzednich bytności w Poznaniu dostępne są na trzech albumach serii Spontaneous Live Series, która od pierwszej edycji unieśmiertelnia muzykę wykonywaną na deskach Dragona.

Na festiwalowej scenie zaprezentują się też inne renomowane postacie europejskiej sceny free jazzowej – niemiecki saksofonista Stefan Keune oraz jego brytyjscy partnerzy, kontrabasista Dominic Lash i perkusista Steve Noble. Dla każdego z nich będzie to debiutancki show na naszej imprezie. Dodajmy, że Lash otworzy także festiwal setem solowym, dedykowanym zmarłej w tym roku francuskiej kompozytorce Éliane Radigue, a Keune wystąpi w międzynarodowym kwartecie w ramach jednej z formacji ad hoc.

Szeroko rozumiany idiom post jazzowej improwizacji zaprezentuje kolejne międzynarodowe trio: norweski perkusista Stale Liavika Solberg, amerykańska trębaczka Liz Allbee oraz brytyjski kontrabasista John Edwards. Norweski drummer będzie z nami na Festiwalu po raz drugi, poprowadzi też warsztat poświęcony rytmowi w improwizacji. Dla Johna i Liz będzie to debiut na festiwalu, choć nie na deskach samego Dragona.

Poszukującą scenę muzyki współczesnej, która sięga także po schematy kompozytorskie, reprezentować będzie trio TON. Tworzą je pochodzący z Niemiec puzonista Matthias Muche, kontrabasista Constantin Herzog oraz przybywający z Holandii perkusista Etienne Nillesen. Każdy z nich będzie na Festiwalu po raz pierwszy. Nillesen zagra też dla nas set solowy, a Muche będzie uczestnikiem jednego ze składów ad hoc.

Kwartet Trapeze, który tworzą niemiecki puzonista Matthias Müller, francuska saksofonistka Sakina Abdou, perkusista Peter Orins oraz szwajcarski turntablista Joke Lanz, wpisze się w nurt europejskiej sceny eksperymentalnej, łączącej brzmienia akustyczne i elektroakustyczne. Dla Müllera będzie to czwarta wizyta na Spontaneous Music Festival. Warto wiedzieć, że każdy z setów, które do tej pory wykonywał u nas, jest udokumentowany na oficjalnych wydawnictwach, na kasecie wydanej w Stanach Zjednoczonych oraz na pięciu albumach Spontaneous Live Series. Dodajmy, że Peter Orins wystąpi dodatkowo w jednym z kwartetów ad hoc.

Grono artystów zagranicznych uzupełni jak zawsze reprezentacja polskich wykonawców. W pierwszej kolejności zaprezentuje się free jazzowe trio Sundogs w osobach muzyków z Wrocławia, saksofonisty Mateusza Rybickiego i kontrabasisty Zbigniewa Kozery, oraz pracującego w Berlinie perkusjonalisty Samuela Halla. Sundogs wystąpią na scenie festiwalowej w kwartecie z gościem specjalnym, Colinem Websterem. Świetnie pamiętamy, że Rybicki współtworzył w roku 2022 festiwalowy Desarbres Ensemble, który wykonał minimalistyczną kompozycję Ferrana Fagesa, dostępną w digitalnej edycji Spontaneous Live Series.

Duet HAŁVVA tworzą artyści rodowodowo związani z Trójmiastem, pianista Kamil Piotrowicz oraz perkusista Jacek Prościński. Z tą multigatunkową, nieoczywistą stylistycznie formacją wystąpi gość specjalny, francuski trębacz Timothée Quost, którego doskonale pamiętamy z szóstej edycji festiwalu. Ich wspólny album „}}}}” został wydany w 2023 roku w angielskim labelu Waxing Crescent Records. Nadmieńmy, że Kamil Piotrowicz będzie współtworzył także jeden z kwartetów ad hoc.

Zestaw polskich uczestników Festiwalu uzupełni trójka muzyków: wrocławski eksperymentujący gitarzysta Michał Sember, którego pamiętamy z udziału w słynnym kwintecie gitarowym na Festiwalu w roku 2020, oraz artyści związani ze sceną poznańską – Maciej Maciągowski, syntezator modularny, i Adam Frankiewicz, taśmy i nagrania terenowe. Wszyscy oni będą ważnymi elementami składów ad hoc.

Prócz tego zapraszamy na wydarzenia towarzyszące. W ramach festiwalu odbędą się dwie projekcje filmu w Kinie Muza soundartowego „Conversations with Fuji”, którego współautorami są Adam Frankiewicz i Zofia Tomczyk, tworzący kolektyw Fields of Superorganisms. Wysłuchamy również performatywnego wykładu o improwizacji, który wygłosi Antoni Michnik. Dodatkowo zaplanowaliśmy dwa warsztaty dla osób chcących poszerzyć swoje kompetencje w zakresie muzycznej improwizacji, prowadzone przez zaproszonych gości: Colina Webstera oraz Ståle Liavika Solberga.


Poznań, SARP / Dragon Social Club / Kino Muza, 01–04.10.2026 


Koncerty:

01.10. SARP Social Club „Spontaneous Music Open Day” – wstęp wolny

19.00 Dominic Lash solo (kontrabas)

20.00 Sundogs: Mateusz Rybicki (saksofon), Zbigniew Kozera (kontrabas), Samuel Hall (perkusja) + Colin Webster (saksofon)

21:00 Stefan Keune (saksofon), Dominic Lash (kontrabas), Steve Noble (perkusja)

02.10. Dragon Social Club

19.00 Colin Webster solo (saksofon amplifikowany)

20:00 Ad hoc: Stefan Keune (saksofon), Michał Sember (gitara), Adam Frankiewicz (elektronika, taśmy), Peter Orins (perkusja)

21:00 HAŁVVA: Kamil Piotrowicz (instrumenty klawiszowe), Jacek Prościński (perkusja) + Timothée Quost (trąbka, elektronika)

22:00 Trapeze: Matthias Müller (puzon), Sakina Abdou (saksofon), Peter Orins (perkusja), Joke Lanz (gramofony)

03.10. Dragon Social Club

19:00 Etienne Nillesen solo (perkusja)

20:00 Ad hoc: Colin Webster (saksofon), Maciej Maciągowski (syntezator modularny), Kamil Piotrowicz (fortepian), Matthias Muche (puzon)

21:00 John Edwards (kontrabas), Liz Allbee (trąbka), Stale Liavik Solberg (perkusja)

22:00 Matthias Muche (puzon), Constantin Herzog (kontrabas), Etienne Nillesen (perkusja)

04.10. Dragon Social Club

19:00 Ad hoc: Stale Liavik Solberg (perkusja), Graham Dunning (elektronika), Michał Sember (gitara)

20:00 Ad hoc: Cath Roberts (saksofon), Adam Frankiewicz (elektronika, taśmy), Charlotte Keeffe (trąbka)

21:00 Ad hoc: Andrew Lisle (perkusja), Matthew Grigg (gitara), Maciej Maciągowski (syntezator modularny)

22:00 Colin Webster’ Large Ensemble: Colin Webster (saksofon), Sofia Salvo (saksofon), Cath Roberts (saksofon), Charlotte Keeffe (trąbka), Graham Dunning (elektronika), Matthew Grigg (gitara), John Edwards (kontrabas), Andrew Lisle (perkusja)

 

Wydarzenia dodatkowe:

Pokazy filmowe Rozmowy z Fujisan (PL) / Conversations with Fujisan (EN), Kino Muza – (Wkrótce więcej informacji o biletach!)

Premiera: 01.10.2026, godz. 17.00–18:30 (pokaz filmu plus Q&A), sala 3.

Drugi pokaz: 03.10.2026, godz. 17:00–18:30 (pokaz filmu plus Q&A), sala 3.

Rozmowy z Fujisan to film dokumentalny o słuchaniu świata poprzez nagrania terenowe. Dotyka krytyki konsumpcjonizmu krajobrazu oraz znaczenia drobnych gestów w dobie katastrofy klimatycznej. A. i Z. wyruszają na miesięczną rezydencję artystyczną do miasta Fujiyoshida w Japonii. Jako punkt wyjścia stawiają pytanie o to, jak możemy komunikować się z superorganizmami. Przyglądają się temu, co poetyckie i filozoficzne w kontakcie z nimi. Zabierają ze sobą archiwum nagrań by przedstawić je górze. Wyczekują i słuchają, trwając w skupieniu, aż nadejdzie odpowiedź. 

Warsztaty, Dragon Social Club – wstęp wolny (Wkrótce więcej informacji o zapisach!)

03.10.2026, godz. 11.00-12:00

Stale Liavik Solberg – warsztat poświęcony rytmowi w improwizacji. Zajęcia będą koncentrowały się na różnych sposobach odnoszenia się do muzyki i do siebie nawzajem w sytuacjach swobodnej improwizacji. Będziemy rozmawiać i wykonywać ćwiczenia, w których centralnymi elementami są słuchanie, przestrzeń (zarówno dawanie, jak i branie), forma oraz dynamika. W części praktycznej będziemy także tworzyć utwory z wykorzystaniem różnych technik, które pozwolą uczestnikom poznać strategie pracy z rytmem w kolektywnej improwizacji.

04.10.2026, godz. 11.00-12:30

Colin Webster – warsztat z technik improwizacji i pracy zespołowej, skoncentrowany na praktycznych narzędziach improwizacji, rozumianej jako proces twórczy oparty na dialogu, słuchaniu i reakcji na partnerów. Uczestnicy będą pracować nad budowaniem narracji muzycznej, świadomym wykorzystaniem własnego instrumentu, reagowaniem na zmiany struktury dźwiękowej oraz funkcjonowaniem w elastycznych zespołach improwizujących.

Wykład:

04.10. Dragon Social Club, godz. 14:00-15:30 – wstęp wolny

Antoni Michnik – „czas, miejsce, (interakcje) – półimprowizowany wykład o improwizacji”. Wystąpienie o charakterze performatywnym, wychodzące od tradycji Cage’owskiej, oparte o partyturę tekstową i zawierające kilka improwizowanych, niezdeterminowanych lub wariacyjnych sekcji.

 

Bilety:

Karnet na 3 dni: 200 zł normalny / 180 zł ulgowy*

Bilet na pierwszy dzień: 90 zł normalny / 70 zł ulgowy*

Bilet na drugi dzień: 90 zł normalny / 70 zł ulgowy*

Bilet na trzeci dzień: 90 zł normalny / 70 zł ulgowy*

* Po okazaniu ważnej legitymacji studenckiej, legitymacji uczniowskiej lub dowodu osobistego w przypadku 60+.

Bilety na koncerty do kupienia online >> więcej informacji wkrótce!

Bilety na seans filmowy w Kino Muza do kupienia online >> więcej informacji wkrótce!

 

Organizatorami Festiwalu są:

Fundacja Mały Dom Kultury, Trybuna Muzyki Spontanicznej, Dragon Social Club

Patronat medialny:

ImproSpot, Anxious Musick Magazine, Radio Afera, Radio Jazzkultura oraz Independent.pl

Partnerzy Festiwalu:

Estrada Poznańska, Moon Hostels & Apartments

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego, w ramach programu „Muzyka”, realizowanego przez Narodowy Instytut Muzyki i Tańca.

Dofinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznania. #poznanwspiera



 

piątek, 6 października 2023

Dwunasta i trzynasta opowieść cyklu płytowego Spontaneous Live Series są już dostępne!


(informacja prasowa)


Dziś jest bandcampowy friday, zatem...


W piątek 6-ego października, podczas poznańskiego Silence/Noise 7th Spontaneous Music Festival, cykl płytowy dokumentujący muzykę rejestrowaną w trakcie kolejnych edycji imprezy zostanie oficjalnie wzbogacony o dwa nowe woluminy. Zgodnie z prawem serii, na siódmym Festiwalu mają premierę albumy z improwizacjami pochodzącymi z edycji szóstej, czyli z roku 2022.

 

Dwa dyski kompaktowe, ubrane w charakterystyczne szare koperty z nieodłącznym logo Spontaneous Live Series, przynoszą w sumie trzy sety ubiegłorocznego festiwalu. Na albumie o numerze katalogowym 012 zamieszczone zostały dwa sety pochodzące z dnia pierwszego, oba z udziałem francuskiego trębacza Timothée Quosta. W pierwszym zagrali z nim kataloński kontrabasista Àlex Reviriego i polska flecista Zofia Ilnicka, w drugim zaś brytyjski gitarzysta Ben Whitehill i francuska multiinstrumentalistka Laure Boer. Jeśli pierwszy set nazwać możemy kameralną, akustyczną przebieżką po efektownych, kolorowych wzniesieniach, to set drugi skrzy się emocjami stanowczych, elektroakustycznych dźwięków, gdzie nawet trąbka Francuza brzmi niezwykle syntetycznie.

Drugi album, ten z numerem 013, dokumentuje koncert katalońskiego trio Phicus, który tworzą Ferran Fages, wspomniany przed momentem Àlex Reviriego i Vasco Trilla. Tu improwizacja ma silnie post-rockowy, niekiedy intensywnie psychodeliczny posmak, ale nie stroni też od medytacji prowadzonych najczęściej na poziomie wyjątkowo niskich fraz preparowanego kontrabasu.

Dla zilustrowania obu albumów sięgnijmy po raport z ubiegłorocznego Festiwalu zamieszczonego symultanicznie na łamach Jazzarium.pl i Trybuny Muzyki Spontanicznej.



O setach zamieszczonych na Spontaneous Live Series 012:

Kolejnym stałym punktem programu Spontanicznego Festiwalu są składy ad hoc, których ideą jest łączenie na scenie muzyków, którzy wcześniej nie grali ze sobą w danej konfiguracji personalnej. Na dobry początek zatem kameralna wycieczka z udziałem flecistki Zofii Ilnickiej, kontrabasisty Àlexa Reviriego i trębacza Timothée Quosta. Pełen niuansów brzmieniowych spektakl szyty był niezwykle emocjonalnym ściegiem i zdobiony intrygującymi interakcjami.

Po niedługiej chwili na scenie ponownie pojawił się Quost (już wcześniej doposażony w analogową elektronikę), tym razem wraz z Benem Whitehillem (gitara i cała armia przetworników, tudzież innych urządzeń dekonstruujących dźwięk) oraz Laure Boer, której elektroakustyczne akcesoria zajmowały wielki stół (obok dużego instrumentu strunowego własnej produkcji, artystka używała choćby analogowego telefonu, który sprzęgał z gitarowym wzmacniaczem). Ten spektakl trwał ledwie dwa kwadranse i kilka minut, ale pozostawił po sobie taką moc wrażeń, iż ich opis mógłby stanowić osobisty tekst. 



 

O secie zamieszczonych na Spontaneous Live Series 013:

Final piątkowego wieczoru i kataloński Phicus – festiwalowy headliner Ferran Fages na gitarze, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Muzycy grają ze sobą w tym składzie prawie 6 lat, nagrali cztery plyty, ale te dźwięki, które zaserwowali nam w Dragonie być może były najlepszymi momentami w dotychczasowej historii tria. Tę śmiałą tezę potwierdzili także same artyści. Wybuchowa gitara, która z czasem nabrała niebywale psychodelicznego posmaku, kreatywny na każdym etapie seta kontrabas i perkusja, która eksplodowała jakością szczególnie w najbardziej dynamicznych momentach koncertu. Od mrocznego post-ambientu, po ścianę post-rockowego hałasu, i z powrotem! Phicus był wszędzie!

 

Spontaneous Live Series 012: Timothée Quost with Àlex Reviriego, Zofia Ilnicka, Ben Whitehill and Laure Boer, Live at 6th Spontaneous Music Festival. Timothée Quost – trąbka (sety 1-2), Àlex Reviriego – kontrabas (1), Zofia Ilnicka - flet (1), Ben Whitehill – gitara elektryczna (2), Laure Boer – dau bau, elektronika własnej produkcji oraz elektroakustyka. Nagrane w Dragon Social Club, 6 października 2022 roku. Dwa sety, 54 minuty.

Spontaneous Live Series 013: Phicus, Live at 6th Spontaneous Music Festival. Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – perkusja. Nagrane w Dragon Social Club, 7 października 2022 roku. Trzy improwizacje, 44 minuty.

 

Wszystkie albumy Spontaneous Live Series, trzynaście na nośnikach fizycznych i cztery wyłącznie digitalne, dostępne są pod poniższym adresem.

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/



 

wtorek, 11 października 2022

Fast Forward 6. Spontaneous Music Festival 2022 – the report from the accident!


Szósta edycja Spontaneous Music Festiwal w poznańskim Dragonie – zgodnie ze swym tytułem „Fast Forward” – minęła niebywale szybko, a z punktu widzenia emocji po obu stronach sceny, z pewnością zbyt szybko.

Wspomniane wyżej „obie strony” sceny, to oczywiście jedynie dziennikarska metafora. Tak się bowiem fantastycznie złożyło, iż w trakcie ostatniego aktu festiwalu muzycy usiedli wśród publiczności, a ponieważ pełnoprawnym uczestnikiem minimalistycznej podróży była także wszechobecna cisza, każdy na widowni czuł się twórcą koncertu, wydając moc nieartykułowanych, filigranowych dźwięków, które stawały się elementem spektaklu, podobnie jak syrena przejeżdżającego samochodu i inne odgłosy z klubu i miasta.




Nim jednak dotarliśmy do owego na poły socjotechnicznego wydarzenia muzycznego, szesnastu muzyków z Barcelony, Berlina, francuskiego Dijon i kilku polskich miast zafundowało nam jedenaście setów krnąbrnej, wyjątkowo rozsianej stylistycznie, niekiedy szczerej do bólu improwizacji, budząc niemal w każdym przypadku spontaniczny entuzjazm odbiorców.

Koncert otwarcia, co staje się już powoli tradycją poznańskiej imprezy, przypadł w udziale jednemu artyście. Tym razem był nim stały uczestnik spontanicznych festów, perkusjonalista Vasco Trilla. Półgodzinny set magicznych fonii zawierał w sobie wiele elementów, które znamy z repertuaru dźwiękowych tricków muzyka, zatem szczególnie do gustu przypadła nam finałowa sekwencja na tabli, rzadziej przez niego wykorzystywanej, pięknie wkomponowana w ciąg dramaturgiczny spektaklu.

Kolejnym stałym punktem programu Spontanicznego Festiwalu są składy ad hoc, których ideą jest łączenie na scenie muzyków, którzy wcześniej nie grali ze sobą w danej konfiguracji personalnej. Na dobry początek zatem kameralna wycieczka z udziałem flecistki Zofii Ilnickiej, kontrabasisty Àlexa Reviriego i trębacza Timothée Quosta. Pełen niuansów brzmieniowych spektakl szyty był niezwykle emocjonalnym ściegiem i zdobiony intrygującymi interakcjami.

Po niedługiej chwili na scenie ponownie pojawił się Quost (już wcześniej doposażony w analogową elektronikę), tym razem wraz z Benem Whitehillem (gitara i cała armia przetworników, tudzież innych urządzeń dekonstruujących dźwięk) oraz Laure Boer, której elektroakustyczne akcesoria zajmowały wielki stół (obok dużego instrumentu strunowego własnej produkcji, artystka używała choćby analogowego telefonu, który sprzęgał z gitarowym wzmacniaczem). Ten spektakl trwał ledwie dwa kwadranse i kilka minut, ale pozostawił po sobie taką moc wrażeń, iż ich opis mógłby stanowić osobisty tekst. 

 


Piątkowy dzień był najbogatszym dniem festiwalowym – zarówno w ujęciu ilościowym (aż pięć setów), jak i przede wszystkim jakościowym. Na jego początek ad hoc trio w składzie: Patryk Daszkiewicz (taśmy, elektronika analogowa), Pere Xirau (preparowany small drum kit) i Àlex Reviriego (kontrabas). Kolejny na festiwalu elektroakustyczny spektakl błyskotliwie balansował między dronowym pasażami, a niemal post-industrialną rytmiką, która także była ważnym elementem koncertu.

Kolejne kilkadziesiąt minut na dragonowej scenie oddane zostało we władanie Bilianie Voutchkovej. Bułgarska skrzypaczka z Berlina najpierw zaprosiła nas na performatywne … słuchowisko! Preparowane skrzypce, głos, szumiące „speakers” i Lena Czerniawska, która recytowała swoje poezje zarówno w formule live, jak i odtwarzała wcześniej przygotowane materiały dźwiękowe, lepione potem w intrygujące pętle. W drugiej części Lena zajęła się grafiką realizowaną na żywo, Biliana zaś zaprosiła na scenę Vasco Trillę. Zagrali kilkunastominutowy set świetnie skomunikowanych improwizacji, który należałoby skomentować pytaniem retorycznym - kto brzmiał na scenie bardziej spektakularnie.

Trzeci, a tak naprawdę czwarty set wieczoru przypadł w udziale kolejnej formacji ad hoc, tym razem całkowicie dętej. Flety Zofii Ilnickiej, saksofony Toma Chanta i Michała Biela, kreatywność każdego z artystów, wreszcie świetna komunikacja wewnętrzna sprawiły, iż doświadczyliśmy jednej z najbardziej udanych chwil festiwalowych. Posadowiona na środku sceny flecista zdawała się rozdawać karty, raz za razem wypuszczając saksofonistów ku stromym podjazdom i karkołomnym zjazdom. Ci radzili sobie perfekcyjnie, zwłaszcza w momencie, gdy jednocześnie sięgnęli po saksofony sopranowe.

Final piątkowego wieczoru i kataloński Phicus – festiwalowy headliner Ferran Fages na gitarze, Àlex Reviriego na kontrabasie i Vasco Trilla na perkusji. Muzycy grają ze sobą w tym składzie prawie 6 lat, nagrali cztery plyty, ale te dźwięki, które zaserwowali nam w Dragonie być może były najlepszymi momentami w dotychczasowej historii tria. Tę śmiałą tezę potwierdzili także same artyści. Wybuchowa gitara, która z czasem nabrała niebywale psychodelicznego posmaku, kreatywny na każdym etapie seta kontrabas i perkusja, która eksplodowała jakością szczególnie w najbardziej dynamicznych momentach koncertu. Od mrocznego post-ambientu, po ścianę post-rockowego hałasu, i z powrotem! Phicus był wszędzie!

 


Sobotni koncert otwarcia, to ad hoc kwartet: Pere Xirau (preparowany small drum kit), Michał Biel (saksofon barytonowy i sopranowy), Eric Bauer (elektronika) oraz Mateusz Rybicki (klarnet i saksofon tenorowy). Muzycy po kilku rozpoznawczo-badawczych frazach ochoczo wzięli się do pracy i dość szybko, niesieni temperamentem saksofonistów, osiągnęli niemal free jazzowy szczyt. Potem improwizacja stała się bardzo skupiona, płynęła długimi pasażami, które świetnie łączyły akustyczne preparacje i niebanalną, kreatywną elektronikę.

Drugi sobotni set zapowiadany był jako najgłośniejszy punkt festiwalowego programu i tak też się stało w istocie. Kolejne trio z Barcelony – Isysxae - nie może pochwalić się jeszcze dorobkiem godnym Phicusa, ale w dragonowej formie śmiało może dożyć starości. Ferran Fages na gitarze, tu jeszcze głośniejszej niż dzień wcześniej, mocno pracującej na sprzężeniach i atonalności, dziki, free jazzowy saksofon tenorowy, a potem sopranowy w rękach Toma Chanta i masywna, gęsta, ale niepozbawiona niuansów brzmieniowych perkusja Pere Xirau. Choć muzycy stawiali w trakcie 35-minutowego seta na intensywność, w jego trakcie nie brakowało momentów kompulsywnego tonowania emocji.  

Po dźwiękowym horrorze Isysxae nasze uszy pragnęły czegoś bardziej subtelnego i tak też się stało w secie przedostatnim dnia ostatniego. Carina Khorkhordina – trąbka oraz Eric Bauer – akcesoria elektroakustyczne zaprezentowali nam coś na kształt niemal teatralnego performance’u, w którym dźwięk nie był wcale elementem najważniejszym. Czasami zdawał się być jedynie tłem dla artystowskich akcji, ruchów na scenie i zabawy przedmiotami. Część publiczności kupiła ten gig masywnymi oklaskami, część zachowała pewną wstrzemięźliwość w projekcji zachwytu.

Finałowy koncert festiwalu, to sygnalizowany na wstępie Desarbres Ensemble w składzie: Ferran Fages (kompozytor i nieruchomy dyrygent), Tom Chant – saksofon sopranowy, Carina Khorkhordina – trąbka, Michał Biel – saksofon barytonowy, Mateusz Rybicki – klarnet i Àlex Reviriego – kontrabas. Minimalistyczna epopea dźwięku i ciszy była doskonałym podsumowaniem szóstej edycji festiwalu – koiła nerwy po pokaźnych porcjach wspaniałego hałasu, była definitywnie performatywna i wspaniale wciągnęła do gry – czasami mimochodem – także publiczność. Ta ostatnia w tym roku dopisała, choć dziwnym zrządzeniem losu najmniej liczna była w trakcie ostatniego dnia, który miał przecież miejsce w samym środku jesiennego weekendu.

 

Zdjęcia produkcji własnej, pozbawione praw autorskich:

1) Zosia, Alex & Timothee

2) Tom, Zosia & Michał

3) Isysxae: Ferran, Tom & Pere


*) raport ukazuje się jednocześnie na łamach jazzarium.pl



środa, 7 września 2022

Fast Forward 6.Spontaneous Music Festival 2022! The full line-up is ready!


Szósta edycja Spontaneous Music Festival będzie jak zwykle imprezą niepokorną, mieszającą gatunki i siejącą artystyczny ferment. Znów będzie świętem muzyki improwizowanej - trzy festiwalowe dni, od czwartku do soboty, dwanaście setów i kilkunastoosobowe grono muzyków z Katalonii, Francji, Niemiec i Polski. Edycja z nazwą własną „Fast Forward”! Tegorocznym headlinerem będzie Ferran Fages, kataloński improwizator, kompozytor i gitarzysta. Drugą znamienitą artystką tego wydarzenia będzie bułgarska skrzypaczka Biliana Voutchkova. A w tak zwanym międzyczasie wydarzy się niemal wszystko – solowe otwarcie, stałe składy improwizujące, klecone ad hoc tria i kwartety, wreszcie minimalistyczna kompozycja na kwartet instrumentów dętych i kontrabas. 

Zainicjowany wiosną 2018 roku Spontaneous Music Festival, kreatywna inicjatywa Trybuny Muzyki Spontanicznej oraz poznańskiego Dragon Social Club, na stałe wpisał się w krajobraz muzyki improwizowanej w Polsce. Od początku stawia na młodych, krnąbrnych artystów, unika znanych i powtarzalnych, ceni sobie otwartość, gotowość na wyzwania artystyczne, stawia na składy ad hoc, czyli pierwsze muzyczne spotkania sceniczne, nie stroni od festiwalowych projektów kompozytorsko-dyrygenckich, nade wszystko zaś gwarantuje jakość improwizacji na każdym etapie rozwoju sytuacji scenicznych, w niezmiennie niebywałych akustycznie przestrzeniach Małego Domu Kultury w Dragonie.  

Szczegółowy line-up tegorocznej edycji wygląda następująco:



Sylwetki artystów, jacy wystąpią na deskach Dragona:

Ferran Fages – gitara (Barcelona, Katalonia). Phicus, Isysxae i Tàlveg, to tria, z którymi pracuje na stałe. W każdym jego gitara brzmi inaczej i ma inne zadania do wykonania. Dwa z nich zobaczymy na scenie festiwalowej. Fages, to także wielka historia europejskiej muzyki elektroakustycznej, zarówno tej improwizowanej, jak i komponowanej. W jego przebogatym portfolio znajdujemy płyty takich wydawców, jak Another Timbre, Potlatch, Creative Sources, Entr’acte, Inexhaustible Editions, Discordian Records, Raw Tonk, a także iberyjska seria Trybuny Muzyki Spontanicznej i Multikulti Project, Bocian i Monotype Rec.

https://bandcamp.com/tag/ferran-fages

Tom Chant – saksofon tenorowy i sopranowy (Barcelona, Irlandia). Na przełomie milenium, u boku Eddie Prevosta i Johna Edwardsa, wyznaczał nowe trendy na londyńskiej scenie free impro. Od początku nie stronił od muzykowania w dużych składach, będąc ważnym elementem The Cinematic Orkiestra (jest nim do dziś!), często grywał też z London Improvisers Orchestra. Od ponad dekady związany z Barceloną - pierwsze lata Discordian Records, to niemal wyłącznie jego improwizowane produkcje. Wybitny improwizator, funkcjonujący nieco na uboczu świata, ale dostrzeżony w iberyjskiej serii Trybuny Muzyki Spontanicznej.

https://bandcamp.com/tag/tom-chant

Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne (Barcelona, Katalonia/Portugalia). Aktywny na scenie muzyki improwizowanej od ponad dekady, z bogatą płytoteką (w Polsce wydał mnóstwo płyt, tylko pod szyldami Trybuny Muzyki Spontanicznej czeka już na dziesiąty tytuł!). Jeden z najważniejszych europejskich innowatorów perkusji i instrumentów perkusyjnych. Na naszym festiwalu grał już trzykrotnie, zawsze zaskakując brzmieniem i rozwiązaniami dramaturgicznymi. Stały członek tria Phicus, ma w dorobku albumy m.in. z Marsem Williamem, Martinem Küchenem, Mikołajem Trzaską, Szilardem Mezei, Andreą Centazzo, Timem Daisy. Prawdziwymi akustycznymi majstersztykami są jego liczne albumy solowe.

https://bandcamp.com/tag/vasco-trilla

Àlex Reviriego – kontrabas (Barcelona, Katalonia). Kolejny innowator ze stolicy Katalonii. Pod naciskiem jego drobnego ciała wielki instrument strunowy kona, wydając dźwięki rzadko spotykane nawet na najbardziej eksperymentalnych scenach noise (wystarczy sięgnąć po jego solowe nagrania). Muzyk wielu talentów, wytrawny improwizator, także free jazzowy, jeden z ulubionych partnerów El Pricto i Discordian Records w dużych, ponadgatunkowych projektach. Stały członek tria Phicus, wielbiciel mrocznych dźwięków, które uprawia m.in. pod szyldem Inhumankind, czy też Tholos Gateway (z Vasco Trillą i Colinem Marstonem).

https://bandcamp.com/tag/%C3%A0lex-reviriego

Pere Xirau – perkusja, instrumenty perkusyjne (Barcelona, Katalonia). Zdecydowanie najmłodszy z tegorocznego zaciągu barcelońskiego. Studiowanie w lokalnym i kopenhaskim konserwatorium zaprowadziło go … w mroczne zaułki awangardy, ekstremalnych, niekiedy radykalnych eksperymentów. Skutki tych podróży poznamy w trakcie koncertu Isysxae, inne, bardziej subtelne jego wcielania w trakcie improwizacji „ad hoc”. 

https://isysxae.bandcamp.com/releases

Timothée Quost – trąbka, elektronika, głos (Dijon, Francja). Improwizator i kompozytor, który rozwija osobiste podejście do instrumentu poprzez interakcje z urządzeniami wzmacniającymi i zniekształcającymi jego brzmienie. Zaczynał w duecie Astragales (założonym z Pierre’em Juillard), potem pracował w zespołach takich, jak kwintet Escargot czy trio QUAM! Ma też w dorobku dwa jakże efektowne albumy solowe „Before Zero Crossing” oraz „Flatten The Curve”. To właśnie w tej formule zachwycił nas ubiegłej jesieni w Dragonie! Teraz zagra w trio z Whitehillem i Boer.

http://www.tquost.com/home

Benjamin Whitehill – gitara, elektronika, field recordings (Berlin, Wielka Brytania). Związany ze stolicą Niemiec od dekady, gitarowy trubadur i outsider, wielbiciel swobodnych improwizacji i eksperymentów z dźwiękiem. Wykorzystuje gitarę w zakresie jej potencjału fakturalno-perkusyjnego, preparuje jej brzmienie i łączy z innymi akcesoriami, nie tylko elektronicznymi. Techniki rozszerzone, „feedback” i rezonujące przedmioty, to jego ulubione zabawki. W trio z Quostem i Boer będzie miał szanse poznać kolejne.

https://benjaminwhitehill.bandcamp.com/

Laure Boer – elektronika, instrumenty tradycyjne, instrumenty perkusyjne, głos (Berlin, Francja). Multiinstrumentalistka, której muzyka inspirowana jest z jednej strony hałasem, z drugiej tradycyjnym folkiem. Jej występy to hipnotyczne improwizacje skupione wokół tradycyjnych instrumentów, własnoręcznie wykonanych urządzeń elektronicznych i głosu, śpiewającego lub recytującego w ojczystym francuskim. To tętniący życiem wszechświat, równie wrażliwy, jak brutalny. W trio z Quostem i Whitehillem czeka nas z pewnością prawdziwe szaleństwo!

https://laureboer.bandcamp.com/releases

Biliana Voutchkova – skrzypce, głos (Berlin, Bułgaria). Klasycznie kształcona artystka, swoje liczne talenty rozwija zarówno na polu muzyki komponowanej, performance i sztuk audio, jak i w swobodnej improwizacji. Stałym elementem występów jest jej głos, który idealnie lepi się z preparowanymi frazami skrzypiec. Jej najważniejsze obecnie aktywności, to Splitter Orchestra, Trickster Orchestra, United Berlin, Solistenensemble Kaleidoskop, Voutchkova/Thieke duo, czy Jane in Ether. W roku bieżącym artystka realizuje autorski projekt DUOS2022, który na deskach Dragona przeobrazi się w … trio z instrumentami perkusyjnymi Vasco Trilli i live drawing, tudzież słowem Leny Czerniawskiej. Solą jej dorobku artystycznego są genialne albumy solowe – „Modus Of Raw” i “Seeds of Songs”.

https://bilianavoutchkova.bandcamp.com/

Lena Czerniawska – grafika, poezja, live drawing (Berlin, Polska). Rysowniczka, pisarka, improwizatorka i eksperymentatorka, która próbuje bardziej szukać niż znaleźć, bo „kto znalazł, źle szukał”. Jej ekspresyjne, mroczne grafiki zdobią okładki wielu fantastycznych płyt z muzyką improwizowaną.

https://lenaczerniawska.weebly.com/

Eric Bauer – elektronika, także w wersji „extended” (Berlin, Niemcy). Przygodę z eksperymentującą elektroniką zaczynał od solowych ekspozycji. Później mierzył siły w duetach i większych formacjach. Szuka dialektyki pomiędzy dynamiką i statyką dźwięków, lubi zadawać pytania i nieustannie szukać odpowiedzi. Nic nie łączy go z ikonami niemieckiego free jazzu o takim samym nazwisku.

https://ericbauer.bandcamp.com/

Carina Khorkhordina – trąbka (Berlin, Rosja). Artystka jest nie tylko trębaczką, ale także fotografką. Rezyduje w Berlinie od ośmiu lat. Obecnie pracuje nad serią performansów „site-specific” w przestrzeni publicznej miasta we współpracy z różnymi muzykami. Łączy te zainteresowania z możliwościami dźwiękowymi trąbki, nagraniami terenowymi, dokumentacją wideo i fotografią. W obszarze muzyki improwizowanej i eksperymentalnej, jej podstawowe aktywności, to m.in. duet z Ericiem Bauerem, kwartet Slurge (Eric Bauer, Burkhard Beins, Wolfgang Seidel) i Klub Demboh.

https://www.khorkhordina.org/

https://tmrwlabel.bandcamp.com/album/carina-khorkhordina-eric-bauer

Zofia Ilnicka – flet (Katowice, Polska). Kompozytorka i improwizatorka od wielu lat związana z wykonawstwem muzyki nowej i improwizowanej. Odważnie eksploruje zaawansowane techniki wykonawcze, zatem wydaje się być idealnie skrojona na potrzeby naszego festiwalu. Zaangażowana w wiele ciekawych projektów, takich jak Trio_io, Layers, Space Welders, Brzoska Kolektyw, Kraków Improvisers Orchestra. Współpracowała z Landjugendorchester NRW, Filharmonią Pomorską oraz Toruńską Orkiestrą Symfoniczną.

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/trio-io-new-animals

Michał J. Biel – saksofon barytonowy (Kopenhaga, Polska). Performer i kompozytor, w przeszłości silnie związany z poznańską i wrocławską sceną muzyki improwizowanej. Obecnie zajmuje się tworzeniem kompozycji instrumentalnych, prac taśmowych oraz muzyki konkretnej. Współtworzy grupę kompozytorską Ensemble Ektòs, ściśle współpracuje z Francesco Toninellim, współtworzy duety instrumentalne z Cosimo Fiaschi, czy Michaelą Tucerową, jest członkiem formacji Szymona Gąsiorka - Pimpono Ensemble oraz E/I.

https://michalbiel.bandcamp.com/

Mateusz Rybicki – klarnet (Wrocław, Polska). Improwizator związany ze sceną muzyki improwizowanej i poszukującego jazzu, twórca muzyki teatralnej i filmowej. Duże portfolio ciekawych kolaboracji, m.in. z takimi artystami, jak Alexander Von Schlippenbach, Peter Brötzmann, Tristan Honsinger, Joëlle Léandre, Zlatko Kaučič, Steve Noble, Tristan Honsinger, Axel Dörner, czy Mikołaj Trzaska. Ma w dorobku dziewięć płyt, z których na szczególną uwagę zasługuje „Beauty/Resistance” nagrana razem ze wspomnianymi Léandre i Kaučičem. Jego styl gry jest charakterystyczny, w czytelny sposób odnosi się do tradycji jazzu, czerpie też z ducha muzyki etnicznej i klasycznej.

https://bandcamp.com/tag/mateusz-rybicki

Patryk Daszkiewicz – taśmy, efekty (Poznań, Polska). Artysta ukrywający się za projektem DMNSZ. Udziela się również w innych mniej lub bardziej enigmatycznych przedsięwzięciach, takich jak Sumpf, Kakamina, czy trio Strętwa z Maciejem Maciągowskim i Pawłem Doskoczem, także improwizuje w różnych konfiguracjach. W pracy z dźwiękiem skupia się na operowaniu z zastaną przestrzenią i środowiskiem dźwiękowym. Eksperymentuje z różnymi technikami nagrań i pozostającymi po nich artefaktami.

https://soundcloud.com/demonszy

https://plazach.bandcamp.com/album/str-twa

 

 

wtorek, 26 lipca 2022

Fast Forward 6. Spontaneous Music Festival! 6-8 października 2022, Dragon, Poznań, Polska, Europa, Świat!


(pierwsze info prasowe)

 

Ferran Fages na rezydencji: Phicus/ Isysxae/ Chamber Ensemble

Tom Chant, Vasco Trilla, Alex Reviriego, Pere Xirau, Timothee Quost, Benjamin Whitehill, Laure Boer, Biliana Voutchkova, Lena Czerniawska, Eric Bauer, Carina Khorkhordina, Zofia Ilnicka, Michał J. Biel, Mateusz Rybicki, Patryk Daszkiewicz

 

Szósta edycja Spontaneous Music Festival rozpocznie się oczywiście … szóstego dnia miesiąca! Znów będzie imprezą niepokorną, mieszającą gatunki i siejącą artystyczny ferment. Znów będzie świętem muzyki improwizowanej całego Poznania i nie tylko! Trzy festiwalowe dni, od czwartku do soboty, jak zawsze jedenaście setów i kilkunastoosobowe grono muzyków z Katalonii, Francji, Niemiec i Polski!

Edycja z nazwą własną „Fast Forward” - wydarzenie post-nowoczesne, niczym magnetofon kasetowy, brnące powolnym krokiem szybko do przodu, z oceanem refleksji na czubku głowy! Dla ludzi otwartych, tolerancyjnych, szanujących siebie, innych i cały świat dźwięków!



 

Tegorocznym headlinerem Festiwalu będzie Ferran Fages, kataloński improwizator, kompozytor, gitarzysta, a także wyjątkowo zdolny manipulator urządzeń elektroakustycznych. Artysta wielu talentów, czołowa postać europejskiej muzyki w każdym z jej awangardowych wcieleń, mistrz minimalistycznych kompozycji i gitarowy eksperymentator udanie odnajdujący nowe pokłady inspiracji w nieskończonej historii post-rocka i noise music. Muzyk zaprezentuje się na deskach Dragona w dwóch trzyosobowych triach, z którymi stale współpracuje, z pewnością także w którymś ze składów „ad hoc”, jaki zgotują mu organizatorzy. Wreszcie poprowadzi festiwalowy Ensemble, który wykonana jego minimalistyczną kompozycję przygotowaną specjalnie na potrzeby poznańskiej imprezy.

Wraz z Fagesem z pięknej Barcelony przyjadą do Poznania czterej inni muzycy. Saksofonista Tom Chant, choć urodził się w Dublinie, od lat związany jest z kreatywną sceną katalońską, współtworzy także londyńskie trio z gigantami free impro - Eddie Prevostem i Johnem Edwardsem. Przy okazji od lat jest stałym członkiem Cinematic Orchestra. Katalońsko-portugalski perkusista i perkusjonalista Vasco Trilla grywał już w Dragonie tysiące razy, ale nam ciągle mało jego mistrzowskiej gry w estetyce „no drumming percussion”. Kontrabasista Alex Reviriego, to z kolei czołowy innowator swojego instrumentu, muzyk, który z tego prostego „urządzenia” jest w stanie wydobywać dźwięki niespotykane. Zaciąg barceloński uzupełni młody, jakże krnąbrny perkusista Pere Xirau. Aktywność tej grupy muzyków objawi się w triach Phicus i Isysxae u boku Ferrana Fagesa (obie grupy mają w dorobku płyty wydane w Polsce!), a także w licznych składach „ad hoc” – czyli zostaną zaproszeni na scenę, by improwizowali z muzykami, z którymi nigdy wcześniej nie grali.

Szósta edycja Spontanicznego Festu pełna będzie dźwięków, które przyjadą do nas ze stolicy Niemiec. Przywiozą je muzycy pochodzący z różnych zakątków świata, uznawani wszakże za berlińskich rezydentów. Na ich czele stanie wybitna skrzypaczka Biliana Voutchkova, która zdaje się realizować swoje cele artystyczne na wielu polach muzyki współczesnej, ale najpiękniej finalizuje je w formule swobodnej improwizacji z wykorzystaniem własnego głosu. W wielkim berlińskim pociągu zasiądą także: poetka i artystka wizualna Lena Czerniawska, trębaczka Carina Khorkhordina oraz multiinstrumentaliści – Eric Bauer, Benjamin Whitehill i Laure Boer. Dodajmy, iż Benjamin i Laure na scenie Dragona współtworzyć będą trio z francuskim trębaczem Timothée Quostem.

W festiwalowym „line-up” nie zabraknie oczywiście muzyków polskich, którzy będą ważnymi uczestnikami składów „ad hoc”, a także ansamblu, który weźmie na warsztat kompozycję Ferrana Fagesa. Z Katowic przyjedzie flecista Zofia Ilnicka, z Kopenhagi – silnie związany ze sceną poznańską - saksofonista Michał J. Biel, z Wrocławia klarnecista Mateusz Rybicki, a muzyków lokalnych reprezentować będzie Patryk Daszkiewicz, artysta obsługujący taśmy i generujący tysiące elektroakustycznych efektów.

Szczegółowy program wszystkich festiwalowych dni ogłoszony zostanie po wakacjach.

Festiwal jest organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej, Fundację Mały Dom Kultury i Dragon Social Club. Impreza jest współfinansowana ze środków budżetowych Miasta Poznań.


Bilety:

I pula karnetów jest już dostępna - 120 zł / ilość ograniczona

II pula karnetów do 15.08.22 - 140 zł / ilość ograniczona

III pula karnetów od 15.08.22 do 06.10.22 - 160 zł

Karnety do kupienia tutaj >>> https://tiny.pl/wh2tq

Sprzedaż biletów jednodniowych od 01.09.22.



wtorek, 11 stycznia 2022

Timothée Quost is going to Flatten The Curve!


Francuski trębacz Timothée Quost gościł w Polsce w połowie grudnia ubiegłego roku. W trakcie występów do swego blaszanego instrumentu podłączał mikrofony, miał też ze sobą dwa małe głośniki i drobne, analogowe urządzenie elektroniczne. Zagrał koncerty doprawdy niebywałe, a do dziś w poznańskim Dragonie (zapewne także w bydgoskim Mózgu) trwają ożywione dysputy, na czym polegała owa niebywałość solowego performance’u Francuza. Jedno wszakże nie ulega wątpliwości - muzyk to doprawdy frapujący! Kolejnym na to dowodem może być jego nowa płyta Flatten The Curve, która zawiera kompozycje na kwintet, oktet, na skład dwunastoosobowy oraz całą masę intrygująco spreparowanych nagrań terenowych! Dla przypomnienia – nagranie to znalazło się na liście 50 Powodów, dla których Warto Zapamiętać Rok 2021, opublikowanej na tych łamach dokładnie w ostatni dzień minionego roku.

Dramaturgiczna koncepcja Spłaszczania Krzywizny jest dalece intrygująca. Utwory nieparzyste (jest ich sześć, trwają od dwóch do czterech minut), to zmiksowane przez Pierre’a Juillarda nagrania terenowe trębacza, zarejestrowane w Słowenii, a także we francuskim … domu starców. W słowa, odgłosy natury i inne tajemnicze dźwięki wpleciono tu także frazy instrumentalne, budujące niekiedy sprytną narrację, nie pozbawioną rytmu i przewrotnej dynamiki. Taka całkiem oryginalna zabawa w cut & paste. Z kolei utwory parzyste, to na ogół rozbudowane kompozycje (łącznie pięć, jedna z nich trwa mniej niż dwie minuty, ale ta najdłuższa, to pełny kwadrans), rozpisane na równie rozbudowane składy, najprawdopodobniej dyrygowane, świetnie wpisujące się w estetykę free chamber, często sprawiające bowiem wrażenie … całkiem swobodnych improwizacji. Poznajmy szczegóły obu wątków Flatten The Curve, skupiając się, rzecz jasna, na drugiej grupie kompozycji Quosta.

 


Płytowa dwójka wykonywana jest przez kwintet złożony z wiolonczeli, piana, trąbki, klarnetu basowego i brzmiącego perkusjonalnie wibrafonu. Mozolnie budowana, ponad ośmiominutowa opowieść skupia się na preparowanych frazach cello, do których lepią się coraz gęstsze dźwięki pozostałych instrumentów. Mała symfonia minimalizmu, swoisty suspended flow, raz za razem siekany kontrapunktami, płynie tu zarówno krótkimi, jak i długimi kaskadami zdarzeń fonicznych. W utworze czwartym w roli podmiotu wykonawczego pojawia się oktet instrumentów dętych – flet, obój, klarnet, klarnet basowy, saksofon, rożek (francuski), tuba i trąbka. Narracja trwa około stu sekund i składają się na nie krótkie, urywane frazy, ciekawie ze sobą skorelowane dramaturgicznie, niczym dobrze wykonana improwizacja metodą call & responce. Szósta część trwa wspomniany już wcześniej kwadrans, a kompozycję wykonuje dwunastu muzyków, grających na skrzypcach (trzech), altówce, wiolonczeli, flecie, klarnetach, saksofonie, rożku, gitarze elektrycznej, instrumentach perkusjonalnych, a także elektronice (z udziałem field recordings!). Znów narracja zdaje się wisieć w powietrzu i budzić permanentny niepokój. Dalece mroczny nastrój nie przeszkadza pęcznieniu tej silnie sterowanej improwizacji. Strunowe dźwięki skomlą jak wygłodniale koty, dęte kwilą jak złowrogie ptaszyska, a bystry, akustyczny dysonans, kreowany przez gitarę nasączoną prądem, sieje popłoch wśród scenicznej zwierzyny. Sam finał kipi ekspresją i emocjami rzadko spotykanymi w trakcie tej płyty.

Kolejne dwie parzyste kompozycje wykonywane są przez oktet opisany przy okazji omawiania utworu czwartego. W ósmej części na wejściu burczą i drżą duże dęciaki – tuba i klarnet basowy. Zmysłowe, post-melodyczne oddechy bystrze kontrapunktowane są całym składem instrumentalnym, który nie stroni od długich fraz. Opowieść, choć przypomina marsz pogrzebowy, z czasem gęstnieje dzięki repetującemu meta rytmowi, zbudowanemu jakby mimochodem, przy okazji żmudnej narracji. Z kolej dziesiątka początkowo ma formę drona, który płynie do nas z samego dna ciszy. Nie brakuje rwanych, preparowanych fraz, które po pewnych czasie rozlewają się w szeroki strumień dźwięków, podawanych zaskakująco czystym frazami. Oktet efektownie pnie się do góry, niczym filharmonijne crescendo.

Część gadana płyty zaczyna się w Słowenii. Obok głosu autochtonki słyszymy także głos samego Quosta. W tle dzieje się wiele, a drobne, rwane frazy instrumentalne co rusz zadają pytania o źródła swego pochodzenia. W części trzeciej słyszymy ptaki, dzwon i głos kobiecy mówiący już zdecydowanie po francusku. W tle jęczą struny nieznanych instrumentów. W piątej części głosom ludzkim towarzyszą dźwięki bardziej syntetyczne, a także akordeon zmyślnie wmieszany w ów tygiel impro samplingu. W kolejnej części docierają do nas także frazy elektroniczne, a w dziewiątej z okruchów dźwięków stworzona zostaje mała piosenka. Polepione strzępy kobiecego głosu zdają się tu śpiewać. Tło szeleści, oddycha, po prostu żyje każdą swą chwilą.

 

Timothée Quost Flatten The Curve (Carton Records, CD 2021). Kompozycja druga: Juliette Adam – klarnet i klarnet basowy, Timothée Quost – amplifikowana trąbka, Noémi Boutin – wiolonczela, Pauline Schneider – piano, Gaspard Beck – wibrafon i mikrofon kontaktowy. Kompozycja szósta: Pierre Juillard – elektronika, nagrania terenowe, Antoine Brun, Pierre Vinay, Ruben Tennenbaum – wszyscy skrzypce, Léa Godreau – altówka, Anais Pin – wiolonczela, Quentin Coppalle – flet, Juliette Adam – klarnet i klarnet basowy, Gabriel Boyault – saksofon sopranowy, Jean Wagner – rożek, Victor Aubert – gitara elektryczna, Baptiste Thiébault – perkusja, instrumenty perkusyjne. Kompozycje czwarta, ósma i dziesiąta: Quentin Coppalle – flet, Ariane Bacquet – obój, Xaviere Fertin – klarnet, Gabriel Boyault – saksofon sopranowy, Loic Vergnaux – klarnet basowy, Timothée Quost – trąbka, Jean Wagner – rożek, Fanny Méteier – tuba. Wszystkie kompozycje parzyste: Léo Margue – kierownictwo muzyczne (dyrygentura?), Timothée Quost – kompozytor. Wszystkie kompozycje nieparzyste: Pierre Juillard – kompozytor, m.in. na bazie nagrań terenowych Quosta. Muzyka nagrana w latach 2020-2021. Jedenaście utworów, łączny czas – 54:45.

 


piątek, 12 kwietnia 2019

Eduard Altaba! Peter Orins! Timothée Quost! The loneliness of a solo improvisation!


Dziś trzy płyty, które łączy być może jedynie fakt, iż personel odpowiedzialny za ich powstanie jest w każdym przypadku jednoosobowy. Trzy opowieści o samotności procesu improwizacji, wspieranego from time to time kompozycją, aczkolwiek na ogół pełniącą rolę dodatkowego narzędzia, być może także okoliczności dodającej otuchy muzykowi, który pozostawiony został samemu sobie w obliczu konieczności kreowania spektaklu dźwiękowego.

Trzech muzyków z różnych pokoleń, starszych i młodszych, wszakże wciąż aspirantów do bycia kimś więcej na scenie muzyki improwizowanej. Tym płytami dowodzą, iż oczekiwania te nie są kreowane na wyrost. Katalonia i Francja, to ich bazy przestrzenne, w aspekcie zaś improwizatorskiej wyobraźni, dokładnie cały świat stał się już ich udziałem.




Eduard Altaba  Autoretrat (Discordian Records, DL 2019)

Piętnaście miniatur na kontrabas, wspomagany elektroniką. Studyjna rejestracja z Barcelony, z roku 2017. Muzyka, określona jako all music by, nosi wszelkie znamiona swobodnej improwizacji, jakkolwiek każda z opowieści ma swój porządek, jest w pewien sposób zaplanowana przez artystę, a w niektórych momentach sprawia wrażenie, jakby na etapie post-produkcji była jeszcze ulepszana. Trwa łącznie 41 minut i 4 sekundy.

Autoretrat, to zbiór dalece uroczych opowieści, które trwają od jednej do czterech minut. Konglomerat na ogół fantastycznych pomysłów improwizatorskich, które już na samym wstępie każą prosić o ciąg dalszy. Akustyka kontrabasu wzmacniana tu bywa elektroniką, czasami topi się w sosie elektroakustyki, ale wszelkie działania Altaby w tym zakresie zdają się być niezwykle subtelne i nienachalne. W aspekcie stylistycznym muzyk proponuje nam przejażdżkę rollercasterem, jakkolwiek każda z opowieści jest świetnie skonstruowana pod względem dramaturgicznym.

Zaczynamy ze smykiem, który ślizga się po strunach. Wokół panuje szmer akustyki, także skromne akcenty pizzicato, bardziej chyba dla podkreślenia urody grania … arco. Zwinny, bystry chamber jazz. W drugim epizodzie smyk brudzi swoje brzmienie - preparacje przeplatane smukłymi pasmami ciszy. Muzyk schodzi niżej, delikatnie skowycze, trochę także tańczy. Prawdziwy łobuz ! Trzeci odcinek budzi się na kablach – przydźwięk elektroniki i smyk, który startuje z poziomu podłogi. Drobiny fonii z wielu miejsc (live czy post-produkcja?), pizzicato ze znakiem zapytania. Kolejny odcinek, a smyk schodzi jeszcze niżej. Grzmi i płynie strumieniem mocno upalonego baroku. Potem zaniechanie i bystry restart. Chropowate piękno smyka, dawkowane minimalistycznie. Piąta część nie trwa nawet pełnej minuty – rodzaj pizzicato z zadumą, poszukującego chamber. Szósta startuje piskiem elektroakustyki - małe drony przeplatane szarpaniem strun. W tle small deep ambient. Siódmy znów trwa krócej niż moment – preparowany smyk, niczym rozdzieranie gorejących ran, pot i łzy, jakże piękne! Ósmy, to rodzaj metafizycznego niemal drummingu na pudle rezonansowym, także garść kolejnych preparacji na gryfie. Subtelna mikroelektronika w ramach komentarza. Perełka w kolekcji!

Dziewiąty fragment, to jakby fotografia do portfolio – szczypta czystego jazzu z dużą dawką zadumy – ja też tak potrafię, zdaje się mówić Altaba. Dziesiąta opowieść zaczyna się elektroakustycznie na flankach, podczas gdy środkiem snują się zabłąkane struny, poddawane procesowi preparacji. Skupienie, spokój i zaniechanie – znów syntetyka dawkowana w mistrzowski niemal sposób. Dark small ambient! Jedenasty – brudny, drapieżny smyk, niczym barok tuż po ataku nuklearnym. Dużo emocji, bukiet złych myśli – duża wolta stylistyczna. Być może najbardziej dynamiczny fragment płyty, nie bez znamion psychodelii. Kolejny odcinek, to niemal elektronika ery post-techno. Kontrabas progresywnie dudni i szeleści. Echo, pogłos, skwierczenie kabli, ledwie słyszalne drobinki akustyki. Trzynasty – niski, groźny, ale leniwy smyk repetuje, zdaje się płynąć płytką, ale pełną krokodyli rzeką. Narracja ma dwa nurty (live czy post-produkcja?). Na wybrzmieniu bardzo onirycznie, z plastrami wysokich dźwięków z nieznanego źródła. Brawo! Przedostatni odcinek – ciąg dalszy szorowania strun, ale jakby w wyższej tonacji (nietonacji), niczym wiolonczela. Rytm z zadziorem, dynamika – szorstka, mocna, ale urocza ekspozycja, finalizowana pałeczkami na strunach. Wreszcie finał – elektroakustyczny ambient, obok skowyt wysokiego smyczka, ślady dronu, posmak post-baroku. Ostatnia prosta w oparach blue ambientu – refleksyjny flow, pełny jakże bulgoczącej urody.




Peter Orins  Happened By Accident (Circum-Disk/ Tour de Bras, CD 2019)

Czas na solową perkusję! Peter Orins, francuski drummer, z którym spotykamy się na tych łamach dość regularnie, wykonuje tu sześcioczęściową kompozycję tytułową, własnego autorstwa, jak również skomponowany fragment o dalece ciekawym tytule Having never written a note for percussion, autorstwa Jamesa Tenneya. Nagrane w trakcie dwóch czerwcowych dni we Francji (2017?18?), zdaje się przypominać dość swobodną improwizację, ale wyjątkowo szczegółowo zaplanowaną. Odsłuch całości zajmie nam 45 minut i 51 sekund.

Przygodę z nagraniem, które wydarzyło się przez przypadek, rozpoczynamy od dronu suchej syntetyki, który wyjątkowo dobrze koegzystuje z cichym pasmem żywego drummingu. Po 120 sekundach, w dalszym tle, zdaje się rodzić drugie pasmo żywego grania. Narracja toczy się w skupieniu, jest spokojna, choć pełna wewnętrznego … niepokoju. 5 minuta przynosi dodatkowe akcenty na werblu w formie preparacji, ale syntetyczny dron ani drgnie. Po czasie żywe jakby zaczynało rezonować z syntetycznym. Gdy te drugie gaśnie, dwa pasma żywego zmysłowo wybrzmiewają. Płynnie przechodzimy do części drugiej, której start wyznaczają dźwięki preparacji oraz sonorystycznego traktowania glazury werbla. Swoje trzy gorsze dodają także talerze. Narracja toczy się wyłącznie przy użyciu żywych elementów zestawu perkusyjnego. Cyfra trzy na odtwarzaczu pojawia się dość szybko. Kontynuacja już zadanej opowieści, tu zdobiona incydentalnie głuchymi uderzeniami stopy. Jesteśmy blisko ciszy, działania muzyka są bardzo skrupulatnie, nieśpieszne, pełne filigranowej urody. Pozornie akcja nie jest zbyt wartka, ale słucha się tego z dużą przyjemnością. Część czwartą zwiastuje pulsujący dron meta akustyki. Po chwili zdajemy sobie sprawę, iż towarzyszą nam już dwa drony. Rezonans, drżenie membran, hałaśliwa cisza. Na wybrzmieniu tego odcinka delikatne percussion, choć stopa bębna basowego nie przestaje grzmieć z oddali. Kolejny, bardziej intensywny grzmot otwiera piątą część. Preparacje na werblu i tomach, a zestaw drummerski jakby rozrastał się w przestrzeni – rodzaj intrygującego piętrzenia się narracji. Mała orkiestra wyłącznie akustycznych dźwięków. Finał kompozycji tytułowej osiągamy znów bardzo płynnie. Zdaje się on sumować wszelkie dotychczasowe pomysły kompozytora - improwizatora: preparacje, garść sonorystyki, rezonans talerzy. Mamy wrażenie, że muzyk ciągnie tu trzy, a nawet cztery wątki opowieści. Szorowanie, drżenie, pisk, to kolejne etapy tej historii. Wybrzmiewanie małym percussion równie urocze.

Po kilkunastosekundowej ciszy rozpoczyna się siódma część płyty. Głuche echo kosmicznego niemal drummingu. Drżenie, szelest, perkusjonalny ambient. Flow delikatnie, ale systematycznie narasta, zdaje się płynąć coraz szerszym strumieniem. Kilkunastominutowy, piękny, zmysłowy finał równie zjawiskowej całości! Samo wejście na szczyt zdobione jest talerzową symfonią rezonansu. Dochodzimy do ściany dźwięku wyjątkowej urody, która po 8 minucie zaczyna sukcesywnie kruszeć. Bardzo powolny proces wybrzmiewania – rodzaj długotrwałego gaszenia płomienia narracji. Full acoustic ambient of cymbals, notuje na zakończenie recenzent, po czym zamyka kajet w stanie ogromnego zadowolenia z podróży, jaką przebył przez ostatnie trzy kwadranse.




Timothée Quost  ‎Before Zero Crossing (Gotta Let It Out, CD 2018)

Solowa płyta francuskiego trębacza, który używa także mikrofonów i miksera, to epicka opowieść w 14 częściach. Miesza ona gatunki, style, techniki gry i nie pozwala choćby na moment zmrużyć oka, o uchu nie wspominając. Bazuje w większości przypadków na precyzyjnie zaplanowanej … swobodnej improwizacji, zawiera nagrania terenowe, a także materiał skomponowany. W czterech fragmentach do Quosta dołączają dwie Panie – Lotte Anker na saksofonie (3, 8) oraz Mika Persdotter na altówce, która także recytuje (11, 14). Całość tego przedsięwzięcia artystycznego powstała w trakcie siedmiu dni grudnia 2017 roku, w Kopenhadze. Trwa łącznie 73 minuty i 9 sekund (w tym ośmiominutowe pasmo … ciszy).

Before Zero Crossing zaczyna się na ulicy – szmer miasta, odgłosy cywilizacji, zagubiony dźwięk trąbki, szczypta beat boxingu, czyniona wilgotnymi wargami. Opus drugi wita nas falą uderzeniową odkurzacza dużej mocy. Świst mokrego powietrza z wentyla w stanie zdegenerowanym moralnie, kilka warstw fonii, także hałaśliwych – full electroacoustic trumpet action! W trzeciej części podłącza się saksofon altowy i wraz z trąbką szuka sonorystycznych odniesień, a w dali skwierczy field recordings. Trąbka bardziej eksperymentuje, jest agresywna, na granicy przesteru, saksofon koncentruje się na dźwiękach i gra swoje. Tuż potem passus syntetyki – całość brzmi jak fragment analogowej elektroniki z garścią estetyki harsh, dość trudnej w odbiorze, dodajmy szczerze. Piąty odcinek koi nerwy - cisza z wentyla na sporym pogłosie. Szmery, szelesty, rodzaj małej melodii zagubionej w białym szumie. Zaraz potem zwarcia amplifikatorów, kable w płomieniach, grzmoty i inne drobne pociski fonii. Siódmy odcinek znów prowadzi nas na ulicę – chaos akustycznej rzeczywistości, pojazdy, rozmowy i … płaszcz muzyki organowej z niewiadomego miejsca. W ósmej części powraca saksofon, prycha, brudzi przestrzeń, obok trąbka z odrobiną elektroakustyki. Taniec dysz i wentyli w estetyce broken percussion. Bystra, zadziorna, rozbudowana narracja, pełna free jazzowych odniesień, niestroniąca od hałasu. Kolejny, dziewiąty odcinek kreuje skowyt trąbki w głuchej przestrzeni. Uroda amplifikacji, płynność post-elektroniki. Beauty sonore!

Dziesiąta ekspozycja trwała krócej niż moment, ale przynosi same dobre dźwięki – filigranowa fonia z drżącym echem rezonującej meta elektroniki. W jedenastej części witamy altówkę i zmysłowy głos kobiecy. Brudny sound, pogłos sprzężeń niemego prądu. Usta, tekst, chaos post-percussion w dalekim tle. Tygiel pomysłów i suche sonore z gryfu altówki na bystry finał. Dwunasta opowieść – świst wentyli pozbawionych dopływu świeżego powietrza. Ptasia ekspozycja z elementami harshu. Grzmoty i przedęcia mocy, szczypta hałasu. Opowieść trzynasta znów przynosi ochłapy fonii ze świata realnego – na tym tle harcują dwie trąbki, potem podłącza się coś na kształt trzeciej, także bukiet dźwięków nieznanej proweniencji i pochodzenia. Wreszcie sam finał płyty – odtwarzacz sugeruje, iż trwał będzie 20 minut. Startuje dronem rezonansu, drobnymi przedechami i małymi grzmotami. Gdy zegar pokazuje 2:30, oplata nas smuga zupełnej ciszy, która będzie z nami wytrwale aż do stanu 10:30. Narracja powraca bystrym flow trąbki i altówki. Piękny moment preparacji z akcentami sonorystyki. Altówka popada w taniec, w tle akompaniuje jej szeroki strumień ambientu, rodzaj spalonego na wiór baroku. Po paru minutach ktoś niespodziewanie wtłacza w narrację pasmo małego rytmu. Wszyscy braną dalej, trąbka nawet czysto frazuje, by na ostatniej prostej dostać prosto w twarz garścią finałowego hałasu.



czwartek, 17 stycznia 2019

Brom! New Monuments! Dead Neanderthals! Webster! Quam! Nazary-Ex-Stadhouders! Birchall! How the noise could smell calm!


Uwaga, przed nami siedem płyt, które mogą zabić! Intensywnością przekazu, poziomem hałasu i … jakością artystyczną!

Niektórzy muzycy młodzi i bezczelni, inni doświadczeni, ale niezmanierowani. Na ich płytach będzie głośno, niepokornie, frywolnie i anarchistycznie. A na koniec szczypta minimalistycznego slajsu na nylonowych strunach… gitary, albowiem to ona wystąpi dziś w roli głównej. Czasami nie będzie jej w ogóle na scenie, ale wtedy inne instrumenty udowadniać będą, iż potrafią hałasować nie gorzej niż zakurzone wiosło upalonego rockowca, podłączone pod linię wysokiego napięcia!

Naszą dzisiejszą podróż zaczniemy w Moskwie, potem odwiedzimy Nowy York, holenderski Nijmegen, Londyn, Paryż, Amsterdam, by na koniec powrócić do stolicy Zjednoczonego Królestwa. Moc piorunujących (i zapewne szatańskich!) wrażeń przed nami!




Brom  Sunstroke (Trost Records, LP 2018)

Słowo się rzekło, zaczynamy na ostro! Wrzący tygiel muzycznych emocji, zanurzony po kolana w historii fussion jazzu i hardcore punk, wysmarowany po czubek głowy estetyką noise, zakochany w improwizacji i braku jakichkolwiek zahamowań gatunkowych (uwaga! będziemy grać także standardy!), innymi słowy – Brom! Moskiewskie studio DTH, czerwiec 2017, a nim trójka muzyków: Dmitry Lapshin na gitarze basowej, Anton Ponomarev na saksofonie altowym oraz Yaroslav Kurilo na perkusji. Formacja istnieje już wiele lat, ostatnio tworzy ją kwartet muzyków, jednakże krążek Sunstroke (siedem utworów, 47 minut bez kilku sekund) powstał w trio.

Elementy składowe tej niebywałej mieszanki, to gitara basowa i perkusja, które tworzą twardą jak skała sekcję rytmiczną - samozwańczy szwadron śmierci, a także saksofon, ostry niczym brzytwa rockowej gitary. Pierwszy z wymienionych instrumentów buduje bazę rytmiczną każdej narracji, prowadzi orszak muzykantów, dyktuje warunki, nie stroni wszakże od melodii i zwinnego, jazzowego frazowania, pełnego synkop i aranżacyjnych niuansów. Saksofon oscyluje, co prawda między krzykiem, a wrzaskiem, ale w wielu momentach razi precyzją i wyrafinowaniem godnym Johna Zorna. Brom, to przykład noise free jazz-rocka, precyzyjnego niczym klasycy amerykańskiego hardcore punk sprzed dwóch czy trzech dekad (pamiętacie Minutemen, czy Victims Family?). Narracja większości utworów przypomina konsystencją ciekły ołów, wulkaniczną lawę, która nigdy nie zastyga. Pełna jest wszakże melodyki, śpiewności i ani przez moment jarzmo tej muzyki nie ogranicza naszych zdolności percepcyjnych.

Po pieśni otwarcia, którą można nazwać prawdziwym trzęsieniem ziemi, dostajemy się w szpony klasyka Dizziego Gillespie (Tuna) i śpiewamy motyw przewodni, dotkliwie kalecząc się przy porannym goleniu. Bass stawia zasieki, maltretuje oryginał, zmienia tempo, kruszy strukturę rytmiczną, rwie do przodu na złamanie karku. Saksofon śle bogate, niemal rockowe riffy, po czym, wypełniony jazzem po sam brzeg tuby, zwinnie improwizuje. Równie dosadnie wbija nas w fotel czwarty utwór (Queue), ponad dziewięciominutowy. Znów pełni spazmów, śpiewamy melodyjny motyw, jakbyśmy spotkali rozbawionego Petera Brotzmanna w ciemnych zakamarkach berlińskiego metro, kilkadziesiąt lat temu. Stalowe riffy, deathmetalowe brzmienia i orzeźwiające synkopy! Taniec, zabawa i krew na rękach! Bez wątpienia Brom zaprowadzi nas wprost do piekła, równie skutecznie, jak dobre dragi i piękne kobiety!

Kolejna parzysta pieśń (Hematoma, znów ponad 9 minut) zabiera nas przed oblicze ciemnej strony mocy. Narracja istotnie spowalnia, smakuje niczym heavy ambient. Po paru minutach mantrycznie narasta. Dramaturgiczna finezja muzyków serwuje nam po chwili kolejne spowolnienie, szmer szczoteczek i gitarowe pasaże niczym Bill Frisell! A saksofon, po kolejnym tej nocy orgazmie, tańczy już chyba swój ostatni taniec. To jednak nie koniec emocji – na sam finał dostajemy Mingus 30’C, kolejny porażający klasyk. Swingujący noise rock! Na wejściu tylko drum’n’bass. Potem kilka nutek z saksofonu i zabójcze solo perkusji. Basówka komentuje na przesterze. Niechybnie idziemy w ostatnie tango! *)




New Monuments  New Earth  (Pleasure Of The Text Records, CD 2018)

Z Moskwy, najszybszym dżambodżetem, przenosimy się do Nowego Jorku! Ben Hall na perkusji (trap set), Don Dietrich na saksofonie tenorowym (plus elektronika) i C. Spencer Yeh na skrzypkach (także elektronika). Na krążku New Earth znajdujemy pięć improwizacji z niebanalnymi tytułami (patrz: niżej) - łącznie 65 minut i kilkadziesiąt sekund (brak danych dotyczących miejsca i czasu nagrania).

Trio Nowe Pomniki winniśmy znać choćby z ich poprzedniej płyty, którą wydał krajowy Bocian Records (Long Pig). Ekspresja, konstruktywny hałas, moc kompulsywnych emocji, rzec można, klasyka nowojorskiego, improwizowanego noise. Znów dźwięki twarde jak skała, zwiewne niczym obłok postnuklearny. Saksofon, który operuje na granicy percepcji naszego słuchu, pełen energii, wrzasku i zdrowego hałasu, dobrze wspomagany elektroniką, która działa tu zarówno jako wzmacniacz i dekonstruktor żywego dźwięku, jak i twórczy partner w procesie budowania brzmienia całej improwizacji. Perkusja stylowa, progresywna, z założenia prosta, podszyta punkowymi skreczami. Wreszcie skrzypce, zanurzone w elektronice i plątaninie kabli, tu w rękach doprawdy wyjątkowego muzyka, którego bywalcy tej strony winni kojarzyć z doskonałymi nagraniami Nate’a Wooleya i jego Seven Storey Mountain.

Zaczynamy wszakże od Starych Pomników. Narracja budowana tu jest poprzez, umieszczone na przeciwległych flankach, drony żywych i syntetycznych dźwięków, centralnie punktowanych niezwykle dynamiczną i w pełni żywą maszyną perkusyjną. Drony kompulsywne, acz akustycznie separatywnie (absolutnie komfortowy odsłuch!) gnają na zatracenie, mając za plecami całą historię free jazzu, a być może, epokowy Machine Gun w szczególności. Spazmy skrajnie agresywnej fonii, świetnie jednak konsumujące jazzowy temperament Dietricha i post-elektroniczną wrażliwość Yeha. Muzycy mają także odrobioną lekcję z klasyki plądrofonii (szczególnie skrzypek). W trakcie Białych Włosów, Które Krwawią Na Pomarańczowo narracja delikatnie zdejmuje nogę z gazu, a my głębiej zanurzamy uszy w elektronice. Grube warstwy dźwiękowej politury: modular noise ze strony skrzypka, saksofonista przyczajony, szuka nowych brzmień na najgrubszym z kabli. Drummer, niczym bicz wodny, konsekwentnie trzyma partnerów w szyku dramaturgicznym. Trzecią opowieść (Wesołe Kopulatory) zaczyna saksofon, który rży niczym koń z poderżniętym gardłem. Obok doom drumming i zwarcia na kablach. Rodzaj psychodelii tuż po przedawkowaniu! Zamazany obraz muzycznych kopulacji, wrzask połyskliwej elektroniki. Dietrich po przebiciu się na powierzchnię, dmie w róg, niczym Brotzmann podniesiony do ósmej potęgi.

Wymiotując Czyimś Ciałem, to z kolei przykład elektroakustycznego mariażu saksofonu i skrzypiec, toczonego w dość wysokich częstotliwościach. Orgazm Yeha ma taneczny wymiar, aż Dietrich ryczy z podziwu. Gdy obaj Panowie rozpoczynają solowe ekspozycje (doskonałe!), dostajemy się w obszar rażenia prawdziwej wojny światów! Moment, w którym kompulsywna meta akustyka góruje nad chwilowo uśpioną elektroniką. Nie mniej dosadny artystycznie jest sam finał tej niebywałej płyty – Sygnał. Mroczny, bardzo spokojny start, niczym pierwsze kadry wysokogatunkowego horroru. Z czasem pętla fonii zaciska się na naszych szyjach. Skrzypce płyną rockową, psychodeliczną lawą (brawo!), a saksofon, zatopiony w białym szumie elektroniki, intensywnie szuka drogi ucieczki. Finał płyty jest ekstatyczny i grzmi w naszych uszach jeszcze wiele minut po ustaniu ostatniego dźwięku.




Dead Neanderthals  Gestation (bandcamp, DL 2018)

Gdy życie rosło w jej wnętrzu, zastanawiała się, jak dostało się do środka (z opisu płyty Gestation/ Ciąża)

Czas na chwilę wytchnienia? Zapomnij! Nowa, sylwestrowa epka (to już tradycja!) naszych ulubionych Dead Neanderthals czeka na odczyt i odsłuch! Otto Kokke – saksofon i syntezator oraz René Aquarius – perkusja i syntezator. Osiemnastominutowy potok dźwięków na poły żywych, na poły syntetycznych. Jesienna, studyjna rejestracja.

Monotonna doom metalowa perkusja, a obok niej dwa syntezatorowe pasma fonii, płynące zwartymi strumieniami. Być może jedno z nich, to saksofon podłączony pod linię wysokiego napięcia, ale recenzent nie ma pewności. Jeden dron, ten niższy, drży i pohukuje, drugi, nieco wyższy, śle pozdrowienia z samego łona matki. Plotą urozmaicone opowieści, wszakże nade wszystko repetują. Oto jakby ciąg dalszy historii, która toczy się na kolejnych epkach Dead Neanderthals, udekorowanych tajemniczymi okładkami, każda z bliżej nieokreśloną częścią ludzkiego ciała. Jak na muzyczne kanony duetu, Ciąża toczy się nad wyraz spokojnie i raczej unika hałaśliwych eskalacji, być może nawet – zachowując proporcje - jest nieco chill-outowa! Pełna zadumy, smutku i transcendentalnego strachu przed życiem.

Z minuty na minutę pasma syntezatorów skrupulatnie, choć ledwo dostrzegalnie narastają. Ściana dźwięku jednak nie kruszeje. W 10 minucie narracja zostaje doładowana nowym, jeszcze niższym pasmem. Płynny epicki kolos toczy się dalej, jak zwykle w przypadku DN, z żelazną konsekwencją. W 15 minucie z trzeciej galaktyki dociera do nas heavy-harshowy krzyk wciąż żywego saksofonu, który buduje intrygującą ekspozycję. A napięcie wciąż rośnie, aż po kres 17 minuty! Nagranie kończy pulsujące, kilkudziesięciosekundowe, syntezatorowe wybrzmiewanie. **)




Colin Webster  Hiss (Raw Tonk Records, Cassette 2018)

Czy solowa płyta na saksofon altowy i barytonowy może dziś dla nas stanowić ratunek, dać chwilę niezbędnego odpoczynku? Recenzent wkłada to pytanie do przegródki – retoryczne! Soundsavers Studio, Londyn i kolejny ulubieniec redakcji, Colin Webster. Na pierwszej stronie kasety Hiss użyje altu, na drugiej zaś barytonu. Łącznie 24 minuty z sekundami (uwaga! to bardzo ważna wiadomość dla mniej tolerancyjnych akustycznie).  

Oto przed nami potok harsh electronic noise made by acoustic magic! Podmuch powietrza z tuby saksofonu zostaje poddany kompresji, a następnie czynności określanej przez muzyków i realizatorów dźwięku jako equalling. Syk szumu, oddech wampira, dron lodowatego powietrza z rozgrzanej tuby – to efekt powyższych działań. Choć charakter dźwięku, jaki słyszymy tego nie sugeruje, recenzent jest pewien, że ustnik saksofonu znajduje się w posiadaniu absolutnie żywej postaci, która wdmuchuje weń powietrze z własnych płuc. Altowy dron fonii przypomina nalot dywanowy wojny sześciodniowej. Szczęśliwie muzyk nie stosuje oddechu cyrkulacyjnego.

Hiss, to po solowych płytach Alexa Reviriego i Christiane Bopp (patrz: lista the best 2018!), kolejna skrajnie nowatorska plyta, która ewidentnie pcha muzykę ku nieustannemu rozwojowi, tu pokazując przy okazji, jak niesamowitym instrumentem może być drewniany dęciak, a moc akustyki, jaką produkuje, zdewastować może bez trudu narząd słuchu każdego fana zaawansowanej noise elektroniki.

Monotonny flow narracji, będący skutkiem artystycznej konsekwencji i determinacji muzyka, na stronie barytonowej przyjmuje postać dwuelementową. Jakbyśmy słyszeli dwa, niezależne od siebie komponenty – górny, silnie szumiący i dolny, równie ekspresyjnie drżący. Są i momenty masywnych przegięć fonii. Po czasie dolna warstwa przymiera, a w naszych uszach pozostaje już czysty biały harsh szum, który zdaje się nie mieć końca. Prawdziwie dewastujące, ale i oczyszczające zjawisko przedmuchiwania wielkiej rury, prowadzącej na samo dno piekła lub na skraj tego samego nieba ***).




Farida Amadou / Timothée Quost / Tom Malmendier  QUAM! (Raw Tonk Records, CD 2018)

Czas na stuprocentowych debiutantów na łamach Trybuny! Pozostajemy przy późnojesiennych premierach Raw Tonk i co ważne - przy kilka chwil towarzyszyć nam będzie nieco spokojniejsza muzyka (oczywiście z pewnymi wyjątkami!). Trio w składzie: Farida Amadou na elektrycznym basie, Timothée Quost na trąbce (plus mikrofon i mikser) oraz Tom Malmendier na perkusji. Kwiecień 2017, Paryż i sześć dalece swobodnych improwizacji, łącznie 41 i pół minuty.

Na wejściu w proces improwizacji odnajdujemy muzyków zatopionych w akustycznej i elektrycznej sonorystyce – szmer studia nagraniowego, drżące perkusjonalia, sucha tuba trąbki, macanki na gryfie basówki czynione kobiecą ręką, rozcieranie szorstkich powierzchni płaskich. Muzycy ciekawie budują sieć dźwięków, stopniowo podnosząc poziom głośności. Bas dudni i drży, trąbka szumi niczym wielki wentylator w trakcie tropikalnego upału, perkusja czuwa i robi swoje. Zmysłowy poemat swobodnej improwizacji. Realizacja Drugiego Tytułu zajmuje muzykom dokładnie 69 sekund – gęste zwarcia, ciało w ciało, odrobina konstruktywnej agresji i przykład na to, że trąbka i bas elektryczny potrafią się zwinnie imitować. Trzeci Tytuł znów odpalony zostaje w klimatach deep sonore. Farida snuje spokojny walking, daje nawet kilka wyższych dźwięków. Obok Timothée i tłusta pajęczyna trębackich nieoczywistości (doskonałe!). Perkusista Tom opowiada swoją historię niemal w zupełnej ciszy. Cała trójka zmysłowo szeleści, czyniąc mnóstwo molekularnych interakcji. Po 10 minucie mała eskalacja, po kolejnych trzech cuda na gryfie – metal o metal. Prawdziwie epicka improdrama. Po 16 minucie nawet garść jazzowych zachowań, rodzaj powykręcanego fussion funk! Bijąca stopa i całusy trąbki, aż do 20 minuty! Brawo!

Czwarty odcinek trwa … 9 sekund, słyszymy głównie talerze. Piąty zaś mało dyskretnie przypomina nam o ogólnym charakterze dzisiejszej zbiorówki – noise power fussion! Trąbka brzmi jak gitara, może jak przepalony syntezator, a bas gotuje się w 100 stopniach Celsjusza. Potem jest i harsh noise, i elektroakustyczna pulsacja blaszaka, wreszcie charkot basu i wciąż bijąca stopa. Jakże gęsta historia! Na finał bystre uspokojenie, szukanie rozwiązań akustycznych i tajemniczo zagubionej ciszy. Dużo przestrzeni, czasu i głębokich oddechów. Finał pełen emocji i odrobiny szaleństwa ze strony trębacza.




Jason Nazary/ Terrie Ex/ Jasper Stadhouders  Live at Space is the Place (Doek Raw, DL 2018)

Amsterdam klub Space is The Place, listopad 2016. Na scenie dwaj gitarzyści z prądem – Terrie Hessels, świetnie znany nam z punkowego The Ex, oraz równie poważny gracz, bardziej wszakże na scenie free jazz/ free improv, Jasper Stadhouders (w niektórych momentach grał będzie także na gitarze basowej). Towarzyszy im na perkusji Jason Nazary. Muzycy będą dość swobodnie improwizować przez 35 minut i 32 sekundy.

Oddajemy się we władanie dwóch elektrycznych gitar, spętanych w post-rockową improwizację, wspieranych zwinnym, free jazzowym drummingiem. Będzie hałas, będą emocje, nie zabraknie wszakże chwil wyciszenia i poszukiwania, głęboko zaszytych pomiędzy strunami, pokładów niebanalnej gitarowej sonorystyki.

Od startu czujemy, że muzycy świetnie się czują ze sobą na scenie, tryskają prawdziwie koncertowym, rockowym temperamentem. W 4 minucie, po stronie Hesselsa, słyszymy połacie bardzo basowych dźwięków, ale to wciąż gitara, która szuka dna swojego brzmienia, przy okazji frazując na jazzowo. Pierwsze poważne tłumienie emocji następuje w okolicach 7 minuty, by po niedługim czasie, znów uderzyć w dzwon i bez trudu eksplodować na nowo. Gitarzyście prowadzą błyskotliwy dialog ponad gatunkowymi podziałami. Są jednocześnie agresywni i zmysłowo oniryczni. Drummer trzyma środkowe pasmo i kontroluje przebieg wydarzeń bardzo komunikatywnym bębnieniem. W 12 minucie Jasper sięga po gitarę basową, wchodzi w dynamiczny dialog z perkusją, po czym kreśli bystrą i technicznie doskonałą ekspozycję solową. Muzycy stopują po 20 minucie – duża echa i pogłosu po stronie Jaspera, rytmiczne parskania po stronie Terrie’ego. W tej improwizacji dzieje się naprawdę dużo, choćby po kolejnych pięciu minutach, świetny duet Terrie i Jason, pod który podłącza się Jasper silnie rozciągając struny i wchodząc w niełatwą dramaturgicznie imitację. Im dalej brniemy w ten koncert, tym bardziej nam się podoba. Na finał znów porcja niskich dźwięków (i to z flanki Terrie’ego!), także skuteczne poszukiwanie ostatniego dźwięku, niepozbawione nieco kokieteryjnej nieśmiałości. ****)




David Birchall  Dusk + Tongues EP (Vernacular Recordings, CD + DL 2018)

Oto dobiegliśmy do końca naszej wyjątkowo dziś dynamicznej zbiorówki. Na sam koniec prawdziwy chill-out przy akustycznych dźwiękach gitary z nylonowymi strunami! Brytyjski gitarzysta David Birchall (znamy się z wielu mniej subtelnych wcieleń) zaprasza nas do własnego domu na gitarowe, improwizowane piosenki bez słów, wykonywane samotnie o zmierzchu. A tuż potem - na deser - kilka bardziej absorbujących intelekt gitarowych opowieści - z prądem, elektroniką, a nawet szczyptą plądrofonii.

Najpierw wszakże rzeczony Dusk i siedem historyjek, łącznie 40 minut. Delikatne, czyste, nylonowe struny, spokojne, minimalistyczne akordy, czas na wybrzmienie i spore połacie ciszy pomiędzy dźwiękami. Mały pokój, chwilami otwarte okno, ciche oznaki życia na zewnątrz. Filozofia relaksu, zadumy, poszukiwania drugiego dna muzyki improwizowanej. Czynności wykonywane przez artystę wyłącznie dla siebie, jakby nieco przez przypadek udostępnione szerszemu odbiorcy. Rodzaj akustycznej terapii dla umęczonych rzeczywistością zastaną receptorów słuchu. Każda z piosenek wydaje się inną, choć wszystkie są do siebie niezwykle podobne.

Krótka płyta Tongues przenosi nas do zupełnie innego, choć również domowego świata. Gitara, przetworniki, pick-upy, mbira, moc elektroakustycznych generatorów dźwięku, zapewne także domowy laptop (pięć opowieści, łącznie 17 minut). Preparacje, kind of guitar sonore, szczypta mikroelektroniki. Opowieść tkana z małych dźwięków, mikro dewastacji, pętli i niemiarowych zniekształceń. Intrygujące puzzle post-rocka, post-improwizacji, post-elektroniki… Druga historia syci nasze uszy niebanalną plądrofonią, łamanymi półdźwiękami, w pełni syntetycznymi. Trzecia stawia na dekonstrukcję akustycznego brzmienia gitary, szmery i rezonanse. Czwarta, to gitarowy ambient, piękna miniaturka. Finałowy fragment znów szuka zadziorów i dewastuje dźwięk - sample, szmery, kind of electronic noise. Naprawdę udana wprawka, taka mała wycieczka w nieznane – David, we are waiting for more!




*) Kwartet BROM zagra niebawem trzy koncerty w Polsce – w Krakowie 11 lutego, we Wrocławiu 12 lutego, a w poznańskim Dragonie 13 lutego: https://www.facebook.com/events/367512687315254/


***) free downloading available! https://rawtonkrecords.bandcamp.com/album/hiss

****) free downloading available! https://doekraw.bandcamp.com/album/live-at-space-is-the-place