Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julius Gabriel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Julius Gabriel. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 października 2025

Screaming Echoes 9. Spontaneous Music Festival! The report from the event!


Było już sporo po dwudziestej drugiej w pierwszy październikowy piątek, gdy na scenie poznańskiego Dragon Social Club zapowiedziano występ kwartetu Lava, który miał domknąć drugi dzień imprezy. Tymczasem na czterech białych krzesełkach, na wprost dwóch mikrofonów niespodziewanie zasiadło czworo wokalistów – od lewej do prawej: Almut Kühne, Jaap Blonk, Isabelle Duthoit i Phil Minton. Zajęli nam ledwie kwadrans, klecąc wszakże definitywnie historyczne ad hoc story, powstałe z inicjatywy ich samych, w momencie, gdy okazało się, że najstarszy z nich dotarł do Poznania jednak dzień wcześniej. Po kompulsywnym występie i huraganie oklasków, na scenie w końcu pojawił się anonsowany Lava Quartet, choć i on w zaskakująco odmiennym personalnie zestawieniu.

 


Dziewiąta edycja Spontaneous Music Festival poświęcona została improwizowanej wokalistyce, czy może lepiej rzec, sztuce wydawania dźwięków wyłącznie własnym ciałem. Czworo gości głównych, do tego piętnastka instrumentalistów, trzy dni koncertowe, dwanaście (a w sumie trzynaście) setów i moc zaskoczeń, zarówno tych personalnych, jak i typowo artystycznych. Organizatorowi o poziomie tych ostatnich nie wypada opowiadać, ale też próżno szukać w trakcie całej imprezy występu, który przynudził, tudzież nie wyrwał choćby kilku włosów z głowy (nawet jeśli ich w ogóle nie posiadamy).

Francuzka Isabelle Duthoit ukradła serca wszystkich bodaj na wieczność. Dylematem każdego pozostanie jedynie to, który z jej trzech (a w sumie czterech) performansów zachwycił najbardziej. Ten solowy był starogreckim dramatem, podkreślonym czarną kreacją artystki, uplecionym wspaniałą dramaturgią i porcją dźwięków, których chyba nikt poza Isabelle nie potrafiłby wydobyć z najgłębszych trzewi drobnego, kobiecego ciała. Jej kwartet z łódzkimi Wężami Kobro (Aleksandra Chciuk na fortepianie, Michał Rupniewski na skrzypcach, Paweł Sokołowski na saksofonach) kleił się do ostatniego dźwięku, świetnie zbilansowany wokalnie (Chciuk także śpiewała!) i ubarwiony klarnetowymi ekspozycjami Duthoit. Wreszcie duet z angielskim gitarzystą Danielem Thompsonem. Symfonia minimalizmu syconego jednak niebywałymi emocjami, precyzyjną dramaturgią i istotnością każdej frazy.

 


Jaap Blonk z Amsterdamu wystąpił w dwóch składach ad hoc. Najpierw we czwartek w kwartecie z poznańskim triem Sumpf (Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Patryk Daszkiewicz i Piotr Tkacz – elektronika i elektroakustyka), potem kolejnego dnia w trio z irlandzkim pianistą Paulem G. Smythem i grającym na gitarze elektrycznej Łukaszem Marciniakiem. Oba sety były intrygująco głośne, dobrze skonstruowane, podkreślające w wymiarze elektroakustycznym ekspresję wokalnych igraszek Holendra. W drugim z setów Blonk używał także elektroniki i był pełnoprawnym noise’makerem do pary z gitarzystą. Zupełnie przy okazji, perfekcyjnie zorganizowany starszy Pan był pierwszym w historii festiwalu muzykiem, który przyjechał z … własnym terminalem płatniczym.

Niemka Almut Kühne doskonale dopełniła spektrum wokalne festiwalu. W jej eskpozycjach nie brakowało bowiem melodii i śpiewu. Wystąpiła czterokrotnie. W pierwszej kolejności usłyszeliśmy ją w trio z angielskim altowiolinistą Benedictem Taylorem i grającym na gitarze akustycznej Pawłem Doskoczem. Dwaj ostatni muzykują razem już od kilku lat, co było wyśmienicie słychać w kolektywnych zwarciach obu instrumentów strunowych, w trakcie których Almut zdawała się pozostawać nieco w cieniu. Najpiękniej trio frazowało wszakże w okolicach ciszy, gdy każdy dźwięk, każda fraza była na wagę złota. Drugi występ Kühne, to bazowa formacja Lava Quartet, w której miejsce nieobecnego kontrabasisty Gonçalo Almeidy wypełnił niemiecki saksofonista Julius Gabriel. Lava w tym wymiarze personalnym, to zupełnie inny band. Każda chwila ich post-kameralnego koncertu była jak spokojna rzeka, której końca nie widać. Ów spektakularnie urokliwy występ zwieńczył drugi dzień festiwalu. Następnego dnia Almut zaprezentowała się w duecie z katalońską pianistka Jordiną Millą, czyli na scenie zameldowała się dokładnie połowa kwartetu Lava. Tu królował minimalizm, wystudzona melodia, zarówno czyste frazy, jak i te fenomenalnie preparowane.

 


Kwartetu festiwalowych wokalistów i wokalistek dopełnił sam Phil Minton. 85-latek pojawił się w Poznaniu w świetnej formie, zarówno artystycznej, jak i fizycznej. W piątek zaprezentował się w wokalnym summicie zupełnie niezapowiedziany, w sobotę wraz z portugalskim organistą Davidem Maranha i pracującym na laptopie Gerardem Lebikiem fantastycznie zakończył festiwal. Set ostatni świetnie kontrastował z dominującą akustyką poprzednich festiwalowych wydarzeń, niósł niepokój, mroczne drony organów elektrycznych i niewyczerpane pokłady mintonowych gwizdów, oddechów i metaforycznych melodii.

Pośród dwunastu zaplanowanych setów festiwalowych jedynie trzy pozbawione były atrybutów wokalnych, a wszystkie umiejscowione zostały w line-up’ie ostatniego dnia. Najpierw solowy występ saksofonisty Juliusa Gabriela, który wystąpił w zastępstwie chorego Almeidy - wyśmienity set na saksofon tenorowy i sopranowy. Szczególnie podobać się mogły jego dynamiczne pasaże na większym z dęciaków przy eksplozywnym zastosowaniu oddechu cyrkulacyjnego. Kolejny członek Lava Quartet, niemiecki perkusista Wieland Möller improwizował z kolei w ad hoc duecie z Łukaszem Marciniakiem. I tu znów mogliśmy poczuć się zaskoczeni. Znany z subtelnej narracji w ramach kameralnej Lavy perkusista stanął w szranki niemal noise-rockowej wymiany ciosów z wyjątkowo dynamicznie usposobionym gitarzystą. Ich opowieść miała kilka faz, a wieńczyła ją post-psychodeliczna drama, w trakcie której Łukasz pracował na kolanach manipulując gitarowymi przetwornikami.

 


Last, but not least tej opowieści, trio Paul G. Smyth na fortepianie, Benedict Taylor na altówce i Daniel Thompson na gitarze akustycznej. Panowie, wbrew pozorom, improwizowali w takim składzie po raz pierwszy. Sprawiali wrażenie, jakby niczego innego w  swym dotychczasowym życiu nie robili. Akustyczna magia każdego dźwięku (brawa dla Bartka Olszewskiego za fenomenalne nagłośnienie całego festiwalu!), ocean wyłącznie udanych interakcji i niekończąca się falanga fraz, także tych, który artyści ostatecznie nie zagrali. 

Do zobaczenia za rok!

 

*) zdjęcia własne nieobjęte jakimikolwiek prawami autorskimi

1. Almut, Jaap, Isabelle, Phil

2. Isabelle

3. David, Phil, Gerard

4. Paul, Daniel, Benedict



piątek, 1 sierpnia 2025

Yannatou, Gabriel, Fernández, Guy & López In The Light Of The Current Myth!


Rozbudowana wersja Aurora Trio? A może zredukowana wersja The Shroud Band? Którymkolwiek tropem byśmy nie poszli, zawsze natrafimy na smakowite rozwiązanie. Kwintet bez nazwy własnej na kontrabas, fortepian, perkusję, saksofon i jedyny w swoim rodzaju głos, niekiedy naprawdę … antyczny, to z pewnością perła w koronie tegorocznych publikacji Fundacji Słuchaj, którą zwiemy od pewnego czasu prostszą nazwą – FSR Records. A wracając do pytania zadanego na wstępie – jednak zredukowany Shroud Band. Uzasadnienie poniżej.

Przed nami prawdopodobnie rejestracja koncertu (raz przemycono tu kilka oklasków), wszakże przygotowana do publikacji z wyjątkową precyzją, w tysiącem brzmieniowych smaczków, poukładana dramaturgicznie w sposób jednoznacznie wskazujący, iż szefem artystycznym tego smakołyku może być tylko Barry Guy. Nagranie podpisuje piątka artystów, ale po prawdzie chwile, gdy ansambl pracuje pełną mocą należą do rzadkości. Nagranie nieustannie dzieli się na akcje w podgrupach, nie unika ekspozycji solowych i duetowych, w każdym utworze prezentuje inne oblicze tej muzyki, a zmiany estetyczne, czy stylistyczne mają miejsce nawet w obrębie jednego utworu. Efekt końcowy nie jest tu określony jako improwizacja, ani jako kompozycja. Wydaje się być czymś pośrednim. All music by all of the musicians. To trafna diagnoza. Piękny album!

 


Pieśń otwarcia grana jest pełnym składem i mieni się wszelkimi dostępnymi odcieniami ekspresji. Wokalistka okupuje tu lewą flankę sceny, saksofonista prawą, a środkiem maszeruje trio Aurora ze szczególnie wyeksponowanym brzmieniem basu. Początkowe frazy wydają się dość kameralne, ale wystarczy iskierka, by kwintet zapłonął free jazzem. Równie mało czasu zajmuje artystom zejście do poziomu ciszy, osiągnięcie stanu lewitacji, melodyki wystudzonego smyczka i rozkołysanego śpiewu. Druga historię introdukuje samotny kontrabas, a daniem głównym są smutne melodie kreowane przez wokalistkę, wspierane pianiem i perkusją. W trzeciej części kwartet z poprzedniego epizodu jest już tylko triem, ale za to jakim! Najpierw rozszalałe duo baritone & drums, potem trio niesione niskim, masywnym smyczkiem na gryfie kontrabasu. Bezkrwawy free jazz z najwyższej półki.

Czwarta opowieść nie dość, że jest tą środkową, to trwa najdłużej przekraczając kwadrans. Początek szyty jest dynamicznym duetem piano & drums, środek kolejnym duetem – kontrabasu i wokalu, pod który podłączą się zalotnie brzmiący saksofon altowy. Po wytraceniu tempa narracja przez moment pachnie post-barokiem, ale po sformowaniu się w kwintet, nabiera cech żyznego free jazzu, dodatkowo podsycanego krzykiem Saviny. Te ognisty strumień mocy zostaje tu perfekcyjne ugaszony niemal do pojedynczego dźwięku.

Piątą część otwiera saksofon tenorowy - wyjątkowo spokojny, nostalgicznie rozśpiewany. Po chwili dołącza nisko osadzona perkusja i bas z energią niemal rockową. Akcja tria nabiera dynamiki i post-jazzowej intensywności. Na podsumowaniu do gry wchodzi wokalistka. Szóstą opowieść otwiera z hukiem pianista, która w części poprzedniej odpoczywał. Czarne klawisze mocą pioruna szyją efektowną, solową ekspozycję. Tuż potem całkowita zmiana klimatu - w jednym ciągu dramaturgicznym dostajemy się w pole rażenia smyczka i wokalu, a za moment samotnego wokalu. Pod ten ostatni podczepia się preparujący saksofon, a niedługo potem bas i perkusja. Do kwintetu brakuje nam teraz tylko pianisty. Ten powraca i studzi emocje. Ale to pozór – kwintet po kilka pętlach osiąga kipiel godną free jazzu i zostaje w końcu ugaszony spokojnym głosem wokalistki. Finałowa odsłona grana jest kwintetem, ma ostry, pikantny smak, kołysze się niczym statek w trakcie burzy oceanicznej i zdaje się zmieniać poziom ekspresji i estetykę wykonania jeszcze tysiąc razy, nim ostatecznie skona w ciszy zakończenia.

  

Savina Yannatou/ Julius Gabriel/ Agustí Fernández/ Barry Guy/ Ramón López In The Light Of The Current Myth (FSR Records, CD 2024). Savina Yannatou – głos, Julius Gabriel – saksofon tenorowy i barytonowy, Agustí Fernández – fortepian, Barry Guy – kontrabas oraz Ramón López – perkusja. Nagrane w Sala Porta-Jazz, Porto, marzec 2023. Siedem części, 54 minuty.

 

*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



wtorek, 21 listopada 2023

Barry Guy Blue Shroud Band and all this this here!


Współczesna twórczość Barry’ego Guya, jednego z najwybitniejszych kontrabasistów, kompozytorów i band leaderów muzyki improwizowanej i free jazzu silnie związana jest z Polską, szczególnie Krakowem, a także Warszawą. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat muzyk koncertował tu ze swoimi flagowymi orkiestrami – London Jazz Composers Orchestra i New Orchestra (w obu przypadkach dwukrotnie), grywał także niezliczone koncerty w mniejszych składach, a swoje siedemdziesiąte urodziny świętował na warszawskim festiwalu Ad Libitum.

Także najbardziej nam współczesny duży skład Guya – The Shroud Band, nierozerwalnie związany jest z Polską. Ma w swym dorobku trzy krakowskie, wielodniowe rezydencje (2014, 2016 i 2021), a także koncert na warszawskim Ad Libitum uwieczniony na albumie wydanym przez szwajcarski Intakt Records. Dodajmy jeszcze, iż dwie pierwsze rezydencje zostały udokumentowane wielopłytowymi boxami wydanymi przez krakowskie Not Two Records *).

Ostatnia z rezydencji BSB była pod wieloma względami szczególna. Orkiestra wracała do świata żywych po kilku latach nieaktywności, do tego w czasach covidu i nieco zmodyfikowanym składzie. I jeszcze jedna szczególna okoliczność – Guy przygotował materiał kompozytorski inspirowany twórczością swojego absolutnie ulubionego poety i egzystencjalisty Samuela Becketta. Orkiestra muzykowała w Krakowie kilka dni. Jak zawsze koncert finałowy poprzedzany był występami tzw. małych składów. Póki co, nie wiemy, czy dokumentacja tej rezydencji znajdzie swą płytową postać, wiemy wszakże, iż po próbach i finałowym koncercie krakowskim orkiestra przyniosła się do portugalskiego Matosinhos, miejscowości leżącej na peryferiach Porto. Tam pod okiem wybitnego realizatora dźwięku – Katalończyka Ferrana Conagli, zarejestrowano nagranie beckettowskiej kompozycji, którą tak pilnie trenowano w Krakowie. Dziś zapis sesji nagraniowej z Porto trafia do nas na kompaktowym dysku. Oczywiście wydawcą jest polski label! Tym razem, to Fundacja Słuchaj! Przyjrzyjmy się bliżej dźwiękom, jakie powstały na zachodnim skraju Starego Kontynentu kilkanaście miesięcy temu.



 

Album all this this here składa się z siedmiu kompozycji, które jak zwykle w przypadku The Shroud Band łączą piękno muzyki klasycznej i post-barokowej z ekspresją muzyki improwizowanej i free jazzowej. Poza precyzyjną dramaturgią, dużą wagę przywiązuje się w nim do słowa mówionego/ recytowanego. To element charakterystyczny dla tego akurat projektu Barry’ego Guya. Z tego ostatniego punktu widzenia najistotniejszymi częściami nagrania są jego otwarcie i zakończenie. Łącznie trwają niemal tyle minut, ile pozostała część płyty. Pomiędzy nimi dzieje się wszakże bardzo wiele – odnajdujemy tu dwa odcinki uformowane w kształt prawdziwie free jazzowej orkiestry, a także wyjątkową część czwartą, której centralną część stanowi rozbudowana, na poły improwizowana ekspozycja skrzypaczki Mayi Homburger. Dodajmy jeszcze, iż na bandcampie, w wersji cyfrowej, można wejść w posiadanie całego nagrania niepociętego na siedem odcinków, jak to ma miejsce w przypadku nośnika fizycznego.

Kompozycja otwarcia trwa ponad 20 minut i zawiera w sobie wszystkie elementy składowe, które stanowią o wyjątkowości BSB. Introdukcja jest dość żwawa, choć lepi się z drobnych, delikatnych fraz instrumentalnych i śpiewu wokalistki na przemian z recytowanym tekstem. Kameralna, nieco teatralna sytuacja szybko nabiera tu masy właściwej, a post-klasyczna melodyka bywa udanie kontrapunktowana krótkimi improwizacjami gitary, trąbki i saksofonów. Gęsta faktura kontrabasowej narracji przenosi nasze zainteresowanie ku post-jazzowi, z kolei skrzypce wraz z altówką i fortepian szyją nam bardziej abstrakcyjne rozwiązania dramaturgiczne. Oczywiście nie brakuje także epizodów granych całą orkiestrą, a najbadziej udanym fragmentem wydaje się być moment, gdy siła całego składu niesie wysokim wzniesieniem wyjątkowo efektową ekspozycję trębacza. Zmiana goni tu zmianę - nie brakuje pięknych, post-barokowych inkrustacji, a także dętych, wytłumionych preparacji.

Druga opowieść grana jest z niemal epickim rozmachem, zapewne pełnym zestawem instrumentalnym, bez wątpienia zaś z dalece klasyczną precyzją. W roli instrumentów siejących dodatkowy ferment dostrzegamy strings, w roli tych bardziej rozśpiewanych sekcję saksofonów, wspartych trąbką i tubą. W tyglu zdarzeń świetnie odnajduje się wokalistka, a także finalizujący opowieść pianista, który buduje grozę pasażami czarnych klawiszy.

Opowieść trzecia i szósta, to dwie części konsumowane ekspresją free jazzowej orkiestry. Początek płynie typowym jazzowym walkingiem, ale grupa rozochoconych saksofonów szybko wtłacza nas w ramy narracyjne godne free jazzu. Z jednej strony dużo improwizowanego rozmachu, z drugiej intrygująco mroczne zakończenie części pierwszej. W drugiej odsłonie free jazzowej orkiestry dzieje się jeszcze więcej. Narracja zyskuje na śpiewności i taneczności, a zmysłowe eksplozje grane cała falangą instrumentów fenomenalnie gasną tu najpierw do duetu, a potem kwartetu saksofonów.

Część czwarta ma dwóch bohaterów lirycznych. Z jednej strony klasycznie brzmiący gitarzysta Ben Dwyer, z drugiej anonsowana już skrzypaczka Maya Homburger. Narracja bazuje teraz, co oczywiste, na brzmieniu instrumentów strunowych. Jej początek płynie melodyką post-klasyki i baroku, a rola instrumentarium bardziej jazzowego sprowadza się jedynie do delikatnych kontrapunktów, tudzież dramaturgicznych komentarzy. Centralną część utworu stanowi ekspozycja skrzypiec, które w wielu momentach wspiera równie emocjonalna altówka. Na finał utworu budzi się cała orkiestra, która najpierw syci narrację incydentami indywidualnymi, potem zaś kontratakuje szerszą ławą instrumentów.

Piąty utwór zdaje się być na całym albumie najspokojniejszy. Introdukcja przypada tu w udziale perkusjonalistom. Słyszymy też delikatne piano i gitarę do pary z kontrabasem. Zmysłowy głos wokalistki pełni tu rolę wisienki na torcie. Balladowy ton całości podkreśla ciepło brzmiąca trąbka.

W ostatni utwór albumu wchodzimy jeszcze mocą free jazzowej orkiestry, która zagotowała nam krew w szóstym opowiadaniu. Narracja urokliwie gaśnie teraz do drobnych, strunowych fraz i głosu wokalistki. Tekst zdaje się tu być kluczowym elementem dramaturgii. Obok minimalistyczne piano, talerze, spokojnie oddychające dęciaki - wszystko kreuje tu post-barokowy ton pełny gorzkich żali. Wokół nie ma jednak ciszy. Post-jazzowe flesze raz za razem rozbudzają emocje. Z jednej strony post-barok, z drugiej ekspresja swobodnych improwizacji. Czarne klawisze piana, nerwowy głos recytatorki i strunowe zdobienia. Swoje dokłada nadspodziewanie delikatna tuba. Zakończenie albumu tkane jest z drobiazgów i formuje się w efektowne crescendo. Tak, wszystko jest tutaj, dokładnie w tym miejscu.

 

Barry Guy Blue Shroud Band all this this here (Fundacja Słuchaj!, CD 2023). Barry Guy – kontrabas, kompozycje, dyrygentura, Savina Yannatou – głos, Agusti Fernandez – fortepian, Maya Homburger – skrzypce, Fanny Paccoud – altówka, Ben Dwyer – gitara, Percy Pursglove – trąbka, Torben Snekkestad – saksofon sopranowy i tenorowy, Michael Niesemann – saksofon altowy, obój, oboe d’amore, Per Texas Johansson – saksofon tenorowy i klarnet, Julius Gabriel – saksofon barytonowy i sopranowy, Marc Unternährer – tuba, Lucas Niggli – instrumenty perkusyjne oraz Ramon Lopez – instrumenty perkusyjne. Nagrane w warunkach studyjnych: Associao Orquestra Jazz de Matosinhos, Porto, prawdopodobnie w roku 2021. Siedem kompozycji, 72:40.

 

*) podobnie jak druga z wizyt London Jazz Composers Orchestra (2020) i obie – New Orchestra (2010 i 2012). Na wielopłytowym boxie dostępna jest także dokumentacja krakowskiej wizyty dużego składu Barry’ego Guya z roku 2018. Ta orkiestra nie doczekała się jak dotąd nazwy własnej.


Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, całe tygodnie i wieki temu.

 

wtorek, 27 kwietnia 2021

Ikizukuri + Susana Santos Silva in an embrace of the Suicide Underground Orchid!


Dudniący bas elektryczny wzywa wszystkich na dźwiękowe rykowisko. W tym niecnym dziele wspiera go aktywny drumming, brzmiący niezwykle matowo, podający rytm w jakimś nieznanym metrum. W roli introdukcyjnej wisienki na torcie garść elektronicznych śmieci, które kaleczą flow, ale też stymulują żywe instrumenty do pierwszych mikro eskalacji. Po jednym okrążeniu do stawki biegnących dołącza bystry, zadziorny saksofon sopranowy, który zdaje się brzmieć, niczym alt tuż po przebyciu covidowej izolacji. Obrazu całości pieśni otwarcia dopełnia trąbka, która na tym etapie samobójczego spektaklu brzmi jeszcze nad wyraz czysto. Rośnie tempo, gęstnieje tekstura narracji – bas w roli niszczyciela żłobi kanał powietrzny, po którym coraz większą ławicą płyną dęciaki - roztańczone, rozbrykane papużki nierozłączki, skaczące z kwiatka na kwiatek i boleśnie nękające narządy słuchu przypadkowo napotkanych słuchaczy.



Druga porcja elektroakustycznej chłosty stawia nas do pionu od pierwszego dźwięku i w takim stanie pozostawia do samego końca – naszego lub jej. Bas rysuje hc-punkowe przełomy, circle drumming zdaje się jeszcze podkręcać gałkę potencjometru mocy, a dęciaki skrzeczą na silnym pogłosie, niczym upalone dobrym kwasem portowe mewy. Pre-noise’wy galop w progresie gna ku nieznanym wspaniałościom. Sopran i trąbka czynią swoje, niezależnie od sytuacji scenicznej – czyżby kolejna ważna w historii gatunku Konferencja Ptaków? Nim wybije koniec trzeciej minuty bas zaczyna mącić wodę i wyhamowuje bieg zdarzeń. Dęte łapią się ostrego pogłosu, jak tonący brzytwy i wobec perkusyjnego zaniechania, pozostają samotne na prerii i krzyczą wniebogłosy. Bas i perkusja wracają leniwie po 120 sekundach, i taki to duet postanawia zmiękczyć nas moralnie. Aura post-psychodelicznego fussion, z basem, który niczym rockowa gitara rysuje smugi cienia, oplata nas jak pajęczyna. Po kolejnych dwóch minutach magia chaosu pierwszych dźwięków powraca w formule nerwowej repetycji. Dęciaki giną w konwulsjach, przynajmniej na kilka sekund.

Kolejna porcja trucizny rozpoczyna się duetem zamaszystego bębnienia i skrzeczącego sopranu. Bas dołącza się z taneczną pętlą, trąbka pnie się zaś ku górze z gracją baletnicy. Opowieść znów jest gęsta i mroczna, ale dłonie rewolwerowców na cynglach nie czynią nerwowych ruchów. W tubach dętych potworów zdają się pojawiać mikro nutki nostalgii, niczym u wygłodniałych wampirów. Bas nie czyta tych fraz, tnie narrację na nierówne polowy i bez zmrużenia oka brnie przed siebie, ołowiany cyklop o dużym polu rażenia. Stawia zasieki z drutu kolczastego, po czym ginie w ciszy.

Stępione ostrza basu rozpoczynają czwartą historię, rysując post-jazzowe smugi naprzemiennie z post-rockowymi riffami. Dęciaki w lekkim, frywolnym tańcu, splecione wszystkimi kończynami, pokładają się leniwie na drżących membranach perkusji. Nim wybije pierwsza minuta wszyscy skaczą w ogień! Szczęśliwie to przepaść, która ma swoje dno. Hamowanie jest bystre i bardzo efektowne. Załoga zaczyna uprawiać piękne kombinacje z rytmem, dobrze też wariantuje poziom ekspresji i intensywności. Leniwe przeciągania lub bystre półgalopy, aż po ambientową śmierć dętych, poprzedzoną plejadą delikatnych fraz wpadających w oniryzm. Bas nie pozwala jednak zasnąć! Odradza się jak hydra, w morzu gitarowych sprzężeń. Towarzyszy mu poklask talerzy. Eksplozja jednak nie następuje. Opowieść gaśnie niczym stosunek przerywany.

Piąta improwizacja zdaje się czynić pozory ładu i panowania nad emocjami. Frywolne, niemasywne post-fussion, garść czystszych fraz, melancholijne kołysanie na falach spokojnego oceanu, choć czynione raczej z drugiej strony powierzchni wody. Coś śpiewa, coś kleci zdania podrzędnie złożone. Ale zło czai się za rogiem! Repeta basu nadciąga i sieje popłoch wśród ludzi i zwierząt. Piękne zdanie odrębne realizuje jednak trąbka. Wypuszczona w maksymalny pogłos daje tych kilka fraz, które zapamiętamy na zawsze. Efekt odejmuje mowę nawet basowi. Oto kolejna burza, która ostatecznie nie nadchodzi.

Pieśń zamknięcia także ma pragnienie, byśmy zapamiętali ją na dłużej. Najpierw kilka wprawek zabrudzonego piano - dźwięki zagubione w komputerze, w trakcie post-produkcji znajdują swoje miejsce w narracji właściwej. Pieśń staje jednak na baczność niesiona kolektywnym wrzaskiem wszystkich instrumentów. Post-metalowy bas, circle drumming na ołowianych tomach, zmutowana trąbka skąpana w radioaktywnym post-fussion. Po kilku pętlach galop w gęstwinach post-jazzu zwalnia, choć nie traci na intensywności. Na blisko 80 sekund dostajemy się w kolejny wir elektronicznej plądrofonii, która pokazuje, iż nasze uszy są dziś w stanie przeżyć naprawdę wiele. Jeśli słuchamy tej płyty z fizycznego nośnika, sprawdźmy koniecznie, czy nasze CD nie uległo całkowitemu zniszczeniu. W połowie piątej minuty normalny bas szczęśliwie powraca. Wraz z nim do życia przewrócona zostaje lśniąca trąbka i błyszcząca perkusja. Ale gdzie podział się sopran? Czy jest tylko echem trąbki, czy w międzyczasie dokonał już swojego żywota? Sekcja rytmu kreśli pętle i nie szuka wymówek. Powulkaniczny finał na dobrym kwasie!

 

Ikizukuri + Susana Santos Silva Suicide Underground Orchid (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2021). Julius Gabriel – saksofon sopranowy, Gonçalo Almeida – gitara basowa, Gustavo Costa - perkusja & electronic post production, Susana Santos Silva – trąbka. Nagrane w Porto, Sonoscopia, lato 2020. Sześć improwizacji, 39:27.

 

Uwaga! Autor recenzji jest współproducentem tej płyty!



niedziela, 4 kwietnia 2021

Dwie portugalskie nowości iberyjskiej serii Multikulti i Trybuny Muzyki Spontanicznej – Light Machina i Ikizukuri + Susana Santos Silva!


(Informacja prasowa)

 

Iberyjska seria wydawnicza z muzyką improwizowaną, prowadzona przez oficynę Multikulti Project i Trybunę Muzyki Spontanicznej, rozpoczęła właśnie piąty rok życia. Dodajmy, iż samo Multikulti Project kończy w tym roku 25 lat, a jego założyciel Tomasz Konwent całkiem niedawno obchodził bardzo okrągłe urodziny. Najlepszym sposobem, by należycie uczcić każdą z tych okoliczności, z pewnością mogą być nowe wydawnictwa płytowe.

Dokładnie na dzień 2 kwietnia 2021 roku zaplanowana jest światowa premiera dwóch płyt z muzyką powstałą na Półwyspie Iberyjskim, tym razem, w obu przypadkach w Portugalii – pierwsza w Coimbrze, druga w Porto.

 


Pod pozycją katalogową 023 poznańska inicjatywa wydawnicza proponuje nowy kwartet Light Machina, w którego szeregach odnajdujemy dwa doskonale rozpoznawalne nazwiska na europejskiej scenie muzyki improwizowanej – portugalskiego trębacza Luisa Vicente i jego rodaka, gitarzystę Marcelo Dos Reisa. Dla pierwszego z nich to już szósta obecność w Spontaneous Music Tribune Series, dla tego drugiego – dokładnie … druga. Obaj muzycy grali tu choćby w świetnie przyjętym przez krytyków i publiczność kwartecie Points. Czteroosobowy skład Light Machina uzupełniają bardzo młodzi, ale już rozchwytywani przez starszych muzyków, adepci swobodnej improwizacji – włoski puzonista Salvoandrea Lucifora oraz portugalski perkusista João Valinho. Na krążku bez tytułu muzycy proponują nam trzy chwilami niezwykle transowe, ale wyważone przez względem ekspresji improwizacje, dla których precyzyjne określenie konotacji gatunkowych zdaje się czynnością niewykonalną. Być może odnajdujemy tu więcej post-rockowych emocji niż free jazzowych grepsów, jakiekolwiek fani obu stylistyk winni w Light Machina dostrzec ważny przedmiot swoich zainteresowań. Nagranie zarejestrowano w trakcie koncertu, jaki miał miejsce trzynaście miesięcy temu w jednym z najważniejszych miejsc na mapie portugalskiej muzyki - Salão Brazil w Coimbrze.

W liner notes, napisanym przez António Branco, czytamy m.in.:

„(…) Słyszymy tu twórcze interakcje pomiędzy różnymi osobowościami muzycznymi, które dążą do wspólnego celu, bez narzucania się, ale i jakiegokolwiek osłabiania swojej pozycji. Czterej muzycy (plus cisza) oddają się krzyżowemu ogniu bodźców, akcji i reakcji, równoważąc dotychczasowe współsprawstwo ekscytacją związaną z budowaniem nowych relacji.  (…) W celu poszerzania możliwości instrumentów muzycy stosują różne techniki, które nie są celem samym w sobie, ale narzędziem do budowania dynamiki i atmosfery. Rezultatem jest ciągłe odkrywanie nowego i „coś”, czego na szczęście nie da się sklasyfikować, ani opisać słowami”.

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/light-machina

 


Jeśli w przypadku Light Machina wspominaliśmy o post-rockowych emocjach i braku gatunkowych punktów odniesienia, to cóż można rzec o formacji Ikizukuri??? Post-punkowa, wulgarna gitara basowa w rękach Portugalczyka Gonçalo Almeidy (jeśli pamiętamy Low Vertigo, świetnie wiemy, co nam grozi!), rockowa, ekspresyjna perkusja we władaniu kolejnego Portugalczyka Gustavo Costy (muzyk wrzuca do tygla emocjonujących zdarzeń także akcenty elektronicznej post-produkcji, a nawet strzępy plądrofonii!), wreszcie para rozgadanych instrumentów dętych, siejących popłoch potokami psychodelii, tu w rękach fachowców najwyższej klasy – niemieckiego saksofonisty Juliusa Gabriela (którego znamy choćby z dużych składów Barry’ego Guya, ale tu prezentującego bardzo odmienne oblicze) i portugalskiej trębaczki Susany Santos Silvy, która na fantastycznie zatytułowanej płycie „Suicide Underground Orchid” pełni rolę gościa na pełnych prawach wykonawczych.

Muzyka Ikizukuri stawia na emocje, buduje narrację opartą na rockowej pracy basu i perkusji oraz na paradygmacie permanentnej improwizacji saksofonu sopranowego i trąbki. Kreuje opowieść, która uzbrojona w post-elektroniczną poświatę, niespodziewanie prowadzi nas także na spotkanie z fussion jazzem, przywołując skojarzenia z muzyką, jaką Miles Davis grywał w pierwszej połowie lat 70. ubiegłego stulecia. Zresztą w tym potoku szalonych dźwięków każdy odnajdzie coś dla siebie. Dodajmy, iż nagrania powstały w roku ubiegłym w Porto, w klubie Sonoscopia.

W liner notes napisanym przez Margaridę Azevedo czytamy m.in. :

„Urodzona i wyhodowana w podziemiu - to główne cechy rzadkiej rośliny zwanej Suicide Underground Orchid, zupełnie takiej samej, jak to nagranie. Ikizukuri wnosi do tej płyty różnorodne nastroje: improwizację, free jazz, rock i metal. Susana Santos Silva stanowi zaś nowy składnik odżywczy, który karmi i rozwija potencjał tej samobójczej, podziemnej orchidei (…). Błędnym jest myślenie, iż w 2020 roku byliśmy tylko świadkami globalnego chaosu. Z przypadkowego spotkania narodziła się też ta płyta. Muzycy prowadzą tu płynny dialog, rozmawiają własny językiem, generują dźwięki, który obudzą nasze zmysły w 2021 roku.”

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/suicide-underground-orchid

 

 

piątek, 10 czerwca 2016

Barry Guy – Grupa Błękitnego Całunu w formule rozwichrzonej


Barry Guy, wyśmienity brytyjski kontrabasista, kompozytor i improwizator, niewątpliwie zamieszkał już w Polsce na stałe. Przynajmniej w wymiarze artystycznym.

Od roku 2010 gości z różnymi swoimi aktywnościami muzycznymi w kraju nad Wisłą niemal nieprzerwanie. O dwóch pobytach z New Orchestra (2010, 2012) pisałem już na tych łamach, piejąc z zachwytu nad ich dokumentacją fonograficzną (Mad Dogs, Mad Dogs On The Loose). Rok 2013 przyniósł wizytę London Jazz Composers Orchestra, a rok kolejny także tria Aurora (oba na warszawskim Ad Libitum).




W tymże samym, 2014 roku, miało miejsce kolejne spektakularne wydarzenie. Na kilkudniową rezydencję do Krakowa trafił 14-osobowy Blue Shroud Band, powołany specjalnie na okoliczność realizacji kompozycji Barry’ego The Blue Shroud, inspirowanej Guernicą Pablo Picasso, a także drastycznymi wydarzeniami historycznymi, jakie unieśmiertelnia ten wybitny obraz. Na czterodniowy pobyt w Krakowie złożyły się występy Małych Formacji, stworzonych z muzyków BSB, a także finałowe wykonanie kompozycji zasadniczej (a zatem idea bliźniacza do spotkań z New Orchestra kilka lat wcześnie). Dziś trafia do nas czteropak, który dokumentuje trzydniowe wzmagania Small Formations – Tensegrity (Not Two Records, 2016).

Nie minął rok, a na kolejnej edycji Festiwalu Ad Libitum, ponownie pojawiła się rzeczona Grupa i wykonała kompozycję, tym razem nie tylko dla radości publiczności zgromadzonej na koncercie, ale także na potrzeby fonograficzne. A te ostatnie dokonały się za pośrednictwem szwajcarskiej wytwórni Intakt Records – The Blue Shroud (2016).




Dodajmy, że w/w pobyty Guya w Polsce to nie jedyne jego wizyty. Niech przykładem będzie udany duet z Kenem Vandermarkiem na Krakowskiej Jesieni Jazzowej w 2014 roku.

Osobiście nie uczestniczyłem w czterodniowej rezydencji Blue Shroud Band w roku 2014, szczęśliwie jednak miałem właśnie okazję odsłuchać wspomniany czteropak i za chwilę podzielę się z Wami wrażeniami. Zupełnie odwrotnie ma się rzecz z pobytem BSB w Warszawie, w roku ubiegłym. Byłem, widziałem, słyszałem, natomiast nie posiadam jeszcze płyty wydanej przez Intakt.

Zapewne wszyscy interesujący się muzyką improwizowaną wiedzą, że komponowanie i improwizowanie w idiomie jazzowym, czy na polu free improvisation, to nie jedyne zainteresowania Barry’ego Guya. Niebywale aktywny muzycznie, blisko już 70 letni Brytyjczyk, od lat gra także muzykę barokową, wraz ze swoją żoną, wspaniałą skrzypaczką Mayą Homburger. Guy przy okazji wyznał kiedyś, że ta sfera jego życia artystycznego stanowi przy okazji główne źródło jego dochodów, przez co pozwala także realizować inne pasje. Jak się bowiem domyślamy, zabawa w improwizowanie nie rokuje specjalnych szans na godziwe życie w aspekcie materialnym.




Barry Guy egzystuje zatem muzycznie na dwóch jakże odległych od siebie światach. Od pewnego już czasu stara się jednak … łączyć te z pozoru niestykające się ze sobą pola. Stąd choćby zaproszenie Mayi Homburger do New Orchestra (począwszy od pierwszego spotkania w Krakowie), czy też integrowanie muzyki improwizowanej z barokowymi incydentami, czynione nawet na krążkach z repertuarem Jana Sebastiana Bacha. Sama kompozycja The Blue Shroud jest w mojej ocenie kolejną próbą tego rodzaju działań artystycznych. Już uważna lektura składu BSB potwierdza tę tezę. Grupa łączy w sobie bowiem muzyków obu sfer życia muzycznego. Ze świata muzyki klasycznej mamy tu – poza oczywiście Mayą Homburger – także wiolinistkę Fanny Paccoud, czy gitarzystę Benjamina Dwyera. Są muzycy funkcjonujący nie tylko w świecie muzyki improwizowanej, tacy jak Michael Nieseman (alt sax i obój), Julius Gabriel (saksofony), Torben Snekkestad (sax, trąbka), czy Per ‘Texas’ Johansson (tenor sax, klarnet). Nie brakuje wreszcie jazzowych, czy free jazzowych wyjadaczy – Petera Evansa (trąbka), Lucasa Niggli i Ramona Lopeza (perkusja), Agusti Fernandeza (piano), czy Michela Godarda (tuba). Skład uzupełnia śpiewaczka Savina Yannatou, doświadczona na wielu polach współczesnej muzyki (zarówno pięknie śpiewa, jak i zadziornie improwizuje w stylu kilku brytyjskich free improwizatorek). W ramach BSB powstał zatem niebywały tygiel muzycznych osobowości, który pod śmiałym przewodnictwem Guya uroczyście eksploduje na czterech dyskach, dokumentujących trzy dni zabawy w Małe Formacje – od 18 do 20 listopada 2014r. w Alchemii. Od razu zaznaczmy, iż muzyka na wydawnictwie Not Two nie jest prezentowana chronologicznie, a zatem Guy, nie dość, że zaaranżował te koncerty w ujęciu personalnym, to także skomponował ich ostateczny układ na płytach.




Tensegrity zawiera łącznie 26 utworów, z czego dwa są skomponowane, reszta zaś w pełni improwizowana. Fragmenty z nutkami to kompozycja Guya Rondo For Nine Birds i  … sonata J.S. Bacha. W obu słyszymy cudownie brzmiące barokowe skrzypce Homburger. W pierwszym wspomaga ją sekcja Guy-Niggli, w drugim występuje solo.

Dysk pierwszy zaczyna ostrą preparacją piana Fernandez, a po chwili dołącza do niego Evans. Prawdziwe trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Bardzo smakowicie improwizuje na gitarze, klasyczny z wykształcenia i doświadczenia, Dwyer. Równie zadziorna, jak pięknie brzmiąca, jest jego koleżanka z filharmonii, wiolinistka Paccoud. Szaleją saksofoniści (uwaga na Gabriela - ale petarda!), pięknie frazuje na trąbkach z drewnianymi ustnikami Snekkestad (w czym pomaga mu Evans, już na tradycyjnej ich odmianie). Yannatou improwizuje w wysokich rejestrach, mając świetną bazę w … niskich akordach basu Guya, co czyni ich ponad 20 minutowy występ jedną z absolutnych perełek trzech wieczorów w Alchemii. Rewelacyjnie poczyna sobie trio z tubą i wiolą (Godard i Paccoud), wsparte bębnieniem Niggliego. Niebywale głośno robi się w Alchemii, gdy duet Evans-Fernandez zderza się ze ścianą dwóch zestawów perkusyjnych.  Bardzo odkrywcze w wymiarze sonorystycznym jest spotkanie chropowatej improwizacji Yannatou z tubą Godarda. Nie pozwala oderwać uszu od głośnika kolejny duet Guya, tym razem z altem i obojem Niesemanna. A na koniec najpierw popisy w septecie, mające swój początek w duecie dwóch Panów G. (Godard i Guy), kreujące ujmujący zestaw dźwięków zdominowanych brzmieniem smyczkowym (choć grają głównie dęciaki – ale jak pięknie!). Potem chwila oddechu na duet perkusyjny, by na wielki finał usłyszeć trio Aurora (Fernadez-Guy-Lopez), dogrzewane szaleństwami głosowym Yannatou i trąbką Evansa. Uff, czyste szaleństwo! A nie jest to bynajmniej pełna lista wrażeń z odsłuchu czterech dysków – to tylko te najdobitniejsze.




Tensegrity to prawie 5 godzin niesamowitej uczty dla naszych uszu. Nowy wymiar muzyki trzeciego nurtu? Zły trop. To prawdziwa eksplozja wolnej improwizacji, ozdobiona perłami barokowego chowu. Wspaniała płyta! Rolę gigantów swobodnej improwizacji przyjmują tu nie tylko zaprawieni w bojach jazzmani, ale także – i nie mniej dobitnie – muzycy specjalizujący się w muzyce klasycznej. Niebywała historia – jak inspirujące dla tych ostatnich może być takie spotkanie, oczywiście pod niebywałą kuratelą wyjątkowej postaci, lidera i głównego kreatora BSB, Barry’ego Guya. Dodajmy, że czteropak Not Two jest bardzo zgrabnie wydany, a zamieszczona na nim muzyka cudownie brzmi w wymiarze akustycznym, co w przypadku Barry’ego Guya jest akurat normą.




Szczegóły personalne wszystkich mini koncertów prześledzicie na dołączonych do tekstu fotografiach. A po ich lekturze migiem do sklepów – takiej pozycji nie możecie nie posiadać!
Pisząc ponad trzy lat temu na potrzeby Jazzarium.pl o pierwszym wydawnictwie New Orchestra - Small Formations Mad Dogs, skonstatowałem, iż ... oto już w marcu ogłaszam bezczelnie wybór płyty roku. Teraz mogę śmiało powtórzyć ten zabieg: 10 czerwca – płyta roku 2016 właśnie się ukazała!

Koncert kompozycji głównej The Blue Shroud – poczyniony, jak już wcześniej wspominałem, jedenaście miesięcy później - to już oczywiście inny wymiar muzycznej doskonałości. Półtorej godziny precyzyjnie zaaranżowanej muzyki, ale zagranej z dużą swobodą, w nieprzerwanym ciągu dźwięków, wbiły mnie w fotel Studia im. Witolda Lutosławskiego z siłą niespotykaną w tej szerokości geograficznej. Polecam krążek Intaktu, mimo, iż jeszcze go nie posiadam, bo wciąż pamiętam ów październikowy koncert. Wrażenia trwałe i niezbywalne!