Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henrik Olsson. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Henrik Olsson. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 grudnia 2024

The November/ December’ Round-up: MYL! Belorukov & Džukljev! LBB! Serries in duos! Guy & Mazur! Hyvärinen & Kääriäinen! Olsson! Sly & The Family Drone! Kensho!


Zapraszamy na ostatnią w tym roku zbiorówkę recenzji! Łączone wydanie listopadowo-grudniowe przynosi dziesięć albumów tradycyjnie utrzymanych w estetyce od sasa do lasa!

Tym razem dyktat swobodnej improwizacji będzie bezdyskusyjny. Unikając jazzowych naleciałości (acz nie bez wyjątków) odpłyniemy w bezkres elektroakustyki i instrumentalnych preparacji ze szczególnym uwzględnieniem gitar i instrumentów pochodnych. Ten zestaw recenzji zwieńczymy post-elektroniczną grą w dwa ognie i ekstremalnie wycofaną, minimalistyczną, predefiniowaną improwizacją.

Naszą podróż zaczniemy w Skandynawii (ale bez udziału Skandynawów), potem odwiedzimy serbski Nowy Sad, Francję, Niemcy, Belgię, zahaczymy o Kraków i Helsinki, naładujemy baterie ponownie odwiedzając Skandynawię (tym razem z udziałem Skandynawów), zahaczymy o Zjednoczone Królestwo, by ostatecznie umrzeć snem sprawiedliwego w dalekim Tokio.

So welcome to heaven and hell of multi-coloured improvisation!



 

MYL Trio (Mia Zabelka, Yoko Miura, Lawrence Casserley) Parallel Universes (Setola di Maiale, CD 2024)

Göteborg/ Sztokholm/ Ostrawa, wrzesień 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Yoko Miura - fortepian, melodika oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Sześć improwizacji, 58 minut.

Na dobre otwarcie danie wyjątkowo smakowite! Minimalistyczne, nasączone post-klasycznym sznytem piano, ekstremalnie kreatywne skrzypce doposażane głosem i realizowana na żywo elektronika, która kreuje narrację, ale też transponuje akustyczne frazy na język onirycznej, migotliwej syntetyki. Album konsumuje fragmenty dwóch szwedzkich koncertów tria i kilkuminutowy encore zarejestrowany w Ostrawie.

Pierwszy fragment trwa kwadrans i jest efektownym wprowadzeniem do świata zbilansowanej elektroakustyki. Oniryczna aura, niespieszność, ale też głęboko zakorzeniona wola tworzenia czegoś zaskakującego. Pianistka, to ocean nostalgii, skrzypaczka - bezkres kreatywności, a elektronik – dramaturgiczny rozmach. Pieczołowicie budowana opowieść w fazie wielominutowej finalizacji zapewnia intrygujące spiętrzenie. Kolejne dwie historie są nieco krótsze – ta pierwsza, to rodzaj zabawy z rozkołysanym rytmem, ta druga, lepiona z drobiazgów, zdaje się bazować na dysonansie wystudiowanego piana i zjednoczonych sił skrzypiec oraz live processingu. Czwarta część, najdłuższa w zestawie, to crème de la crème albumu. Delikatny start, nerwowe, rytmiczne rozwinięcie, kreatywny minimal w fazie uspokojenia, a w ramach puenty dodatkowy instrument (melodika) i wejście na poziom intensywnej … medytacji w klimatach AMM. Utwór piąty przynosi dramaturgiczny spokój i garść brzmieniowych niespodzianek, z kolei finałowa opowieść, mimo, iż stanowi koncertowy bis, generuje mnóstwo emocji – od elektronicznych wiwatów, przez skrzypcowe mikro eksplozje, po preparowany falling down z udziałem melodiki.



 

Ilia Belorukov & Marina Džukljev Everything Changes, Nothing Disappears (Acheulian Handaxe, DL 2024)

MSUV, Nowy Sad, Serbia, od grudnia 2002 do lutego 2024: Ilia Belorukov – saksofon altowy, obiekty oraz Marina Džukljev – fortepian, preparacje. Siedem improwizacji, 40 minut.

Ilia i Marina, to artyści, których na tych łamach cenimy i staramy się często o nich pisać. Ten album, to bodaj ich pierwsze wspólne nagranie. Saksofonista, którego znamy także ze świata elektroakustycznego eksperymentu, tu stawia na konkret. Albo jest free jazzowym potworem, albo wysublimowanym preparatorem. Z kolei pianistka zdaje się mieć tysiące twarzy, ale w każdej z nich jest definitywnie przekonywująca. Świetnie radzi sobie zarówno na rozgrzanej klawiaturze, jak i w głębokich odmętach pudla rezonansowego. I jeszcze sygnalizuje wyjątkowo wyczulony zmysł rytmiczny. Innym słowy – świetny album! Spójny, doskonale skonstruowany, choć jest sumą kilku improwizowanych spotkań.

Początek jest minimalistyczny i bazuje na metalicznym rezonansie. Narracja urokliwie pęcznieje, niesiona równym, doboszowym rytmem pianistki. Drugi epizod, to free jazzowy wrzask. Emocje w dętej tubie świetnie tu korelują z narracją piana, realizowaną from inside to outside. Trzecia opowieść jest neurotyczna, pachnie dalekim wschodem, rysowana najgłębszymi strunami piana i saksofonowym bezdechem. Kolejna opowieść także pozbawiona jest dynamiki, ale kasą jeszcze większą urodą. To oniryczna ballada, matowo brzmiąca, sycona minimalistyczną repetycją. Piątka, to kłęby kurzu unoszące się nad free jazzowym pogorzeliskiem. To sekwencja instynktownych preparacji, realizowanych na ekstremalnie połamanej rytmice. Przedostatnia historia sięga po jazz, ale tylko po to, by jego idee zdeptać energią drapieżnej, silnie unerwionej improwizacji. Album wieńczy mroczna, definitywnie piękna koda, osadzona na post-rytmicznych preparacjach strun i dętej tuby.



 

Lenglet/ Bodart/ Bramnk L'humeur des non jours (Circum-Disc, CD 2024)

La malterie, Lille, czerwiec 2023: Philippe Lenglet – gitara akustyczna, elektronika, Samuel Bodart – fortepian preparowany oraz Falter Bramnk – instrumenty perkusyjne, preparacje. Dziewięć improwizacji, 55 minut.

Trójka mniej rozpoznawalnych francuskich improwizatorów upichciła wielominutową improwizację, która warta jest przynajmniej kilku skupionych odsłuchów. Narracja bazuje na dźwiękach preparowanych, podana w dziewięciu częściach ma zgrabnie udramatyzowany ciąg przyczynowo-skutkowy. Ostry, wyrazisty początek, fazę rozbudowanych medytacji i garść eksperymentów w końcowych utworach. Nazwiska muzyków zapisujemy w naszych kajetach grubym flamastrem!

Zgodnie z anonsem dwie pierwsze improwizacje stawiają nas do pionu. Otwierane na raz, wyraziste ekspozycje, rodzaj permanentnie tłuczonej akustyki gitary, piana i instrumentów perkusyjnych. Muzycy świetnie na siebie reagują. Nawet w sytuacjach dynamicznych wyczuleni są na niuanse brzmieniowe, zdolni do riposty w każdym momencie. Począwszy od trzeciej odsłony ich opowieści stają się leniwe, rozwarstwione, osadzone w aurze niedopowiedzenia. Bywają teraz delikatni, dobrze czują się w mroku, w poświacie subtelnego rezonansu. Chętnie wchodzą w strefę minimalizmu, choć incydentalnie przejawiają skłonności do dynamizowania narracji. Ich piąta historia karze zadać pytanie o definicję muzyki konkretnej. W kolejnej części ich egzystencjalny dygot z jednej strony tonie w echu, z drugiej nabiera lokalnej intensywności. Dwie końcowe opowieści, w tym szczególnie ta najdłuższa, przedostatnia, to obszar poszukiwania nowych rozwiązań. Dostajemy garść dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Muzycy korzystają zapewne z elektroniki - brzmienie ich instrumentów wydaje się amplifikowane. Chętnie sięgają po smyczki, a arsenał metod preparowania rośnie z każdą chwilą. Ostatnia prosta przynosi drobne spiętrzenie, jakby artyści chcieli nas wybudzić nim wydadzą ostatni dźwięk.



 

Schneider & Serries Schneider Serries (Schneider Collaborations, LP 2024)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, czerwiec 2023: Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Pięć improwizacji, 36 minut.

Belgijskiego gitarzystę Serriesa znamy na tych łamach doskonale – zarówno jak wrażliwego, improwizującego akustyka, jak i dark-ambientowego elektryka. Tu, w duecie z niemieckim perkusistą Schneiderem, mamy niepowtarzalną okazję poznać go jako instrumentalistę niemalże noise rocka. To z pewnością jeden z jego najgłośniejszych albumów.

Pierwsza odsłona albumu świetnie dokumentuje fakty zasugerowane zdanie wcześniej. Noise rockowa gitara skulona w kłębie post-bluesa wraz z samonapędzającą się maszyną circle drums systematycznie buduje tu ścianę dźwięku. To także rodzaj prog-rocka w stanie agonii, w chmurze dogorywającej psychodelii. Kolejny utwór pogłębia ów stan, ciekawie balansując pomiędzy ginącą melodią i kreatywnym hałasem. Ta część albumu przywołuje w pamięci nagrania Fear Falls Burning, ale zagubione w nieznośnym upale południowego Texasu, zatopione w magmie repetycji. Trzecią część wypełnia płonąca gitara hard-rocka, a kumulujący się wokół niej drumming dopełnia miana power duo. W czwartym epizodzie Serries przypomina epigona ambientu, dla którego jedynym ratunkiem jest ucieczka w psychodelię. W ostatniej części jego gitara wpada w wieczną pętlę powtórzenia. Jej brzmienie zagęszcza się z każdą sekundą, skutecznie tłamsząc melodykę, choć samo frazowanie wydaje się najłagodniejsze z możliwych.



 

Christian Vasseur & Dirk Serries Floating Similarities (Creative Sources, CD 2024)

Kapel Oude Klooster, Brecht, styczeń 2024: Christian Vasseur – siedmiostrunowa gitara klasyczna, strojona ćwierćtonowo, głos oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Teraz dla odmiany zanurzymy się w bezkresie gitarowej akustyki. Serries przesiada się na swój ulubiony archtop, a jego partner Vasseur sięga po instrument klasyczny, ale stroi go dalece nietypowo. Efekt jest więcej niż udany – bystra dramaturgia, moc soczystego brzmienia i niczym nieskrępowana kreatywność, na koniec ubarwiona efektownymi wokalizami.

Muzycy zdają się tu toczyć batalię o najpiękniejszy dźwięk, a zaczynają ją od smyczkowego frazowania. Jedna gitara śpiewa, druga rzęzi jak gruźlik. Moc kreacji jest z nimi w każdym momencie, zarówno wtedy, gdy cedzą dźwięki w trybie minimalistycznymi, jak i wtedy, gdy ekspresja niesie ich na wysokie wzgórze. Lubią rytm, potrafią być naprawdę delikatni, ale nie przestają kąsać ciętymi ripostami. W trzeciej odsłonie śpiewają razem rozdygotaną mantrę, w części kolejnej pachną onirycznym post-bluesem, nie bez autoagresji, by w epizodzie piątym pieścić struny, poszukiwać zjawisk definitywnie post-akustycznych i ostatecznie popaść w intrygującą repetycję. W części szóstej artyści koncentrują się na dźwiękach preparowanych. Najpierw szemrają po kątach, potem nabierają dynamiki i sieją zamęt. Ostatnia improwizacja jest tą najdłuższą i mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Flażolety, drobne szarpnięcia, brzmienia niemal gamelanowe, a w ramach reasumpcji wokaliza mezuina, niesiona bystrym rytmem.



 

Barry Guy & Rafał Mazur Harmony in Diversity (Not Two Records, LP 2023)

Alchemia, Kraków, listopad 2021: Barry Guy – kontrabas oraz Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa. Osiem improwizacji, 36 minut.

Spotkanie perfekcyjnie brzmiącego kontrabasu i akustycznej gitary basowej, do tego w takim personalnym wykonaniu, nie mogło nie stać się czymś wyjątkowym. Artyści świetnie ze sobą kooperują, doskonale się słuchają, a ich instrumenty bystrze interferują, ale chyba największym zaskoczeniem jest fakt, iż kontrabas i akustyczna basówka potrafią brzmieć na tyle bliźniaczo, że nie zawsze jesteśmy pewni, który z instrumentów odpowiada za dany dźwięk. Muzycy prezentują nam osiem improwizacji, z których ledwie trzy przekraczają pięć minut. Zatem forma, dramaturgia, zapewne także selekcja materiału, to elementy, nad którymi także warto się tu pochylić.

Od startu emocji nie brakuje. Początek tkany jest z drobnych fraz, gdzie arco może oznaczać subtelne szarpnięcie za struny, a rozśpiewane pizzicato maźnięcie zamaszystym pędzlem. To lekko udeptany post-barok, tudzież kameralny post-jazz, niesiony intuicją i kreatywnością jednego muzycznego ciała, rozsiewającego często dźwięki brzmiące imitacyjnie. Muzycy szczególnie dobrze czują się w momentach wzrostu dynamiki i intensywności przekazu. Precyzja wykonania trzyma ich temperament w ryzach, ale i tak wokół każdego unoszą się tumany kurzu. W drugiej części ich wspólne arco śpiewa, a na etapie rozwinięcia pojawia się mnóstw szumów i szmerów. Swoją rolę odrywa tu podskórna warstwa rytmiczna, choć jej linearność bywa zmyślnie komplikowana. Szczególną jakość wnosi czwarta, ponad dziesięciominutowa opowieść. Na jej starcie artyści wydają się agresywni, rozgrzani do czerwoności. Dociskają struny, uderzają w pudła rezonansowe, ale potem zanurzają w gęstwinie preparowanych fraz. Słyszymy delikatne flażolety i niedźwiedzie pomruki, mroczne westchnienia i plamy rezonansu. Ostatnie cztery improwizacje trwają łącznie krócej niż ich poprzedniczka. Dużo w nich drobnych akcji i zaskakujących wolt dramaturgicznych. Perkusjonalne zrywy, melodyjne interwały, post-barokowe zjazdy i podjazdy. Wszystko w kongenialnej komunikacji.



 

Lauri Hyvärinen & Jukka Kääriäinen Pulled Apart by Horses (Bokashi Records, CD 2024)

Helsinki, od grudnia 2023 do stycznia 2024: Lauri Hyvärinen i Jukka Kääriäinen – gitary elektryczne. Pięć improwizacji, 34 minuty.

Naszą gitarową przygodę kontynuujemy w Helsinkach. Na scenie dwóch tamtejszych gitarzystów i zapewne kilogramy przetworników, wzmacniaczy i tego wszystkiego, co służy do stymulowania brzmienia gitary elektrycznej. Efekt pracy artystów jest więcej niż imponujący, choć momentami można odnieść wrażenie, że narzędzie pracy jest tu ważniejsze niż efekt końcowy. Finowie wiedzą jednak, co to umiar, dbają o komfort naszych narządów słuchu, zatem koński album zdecydowanie polecamy, nie tylko dlatego, iż jego odsłuch zajmuje niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy od startu nie kryją, iż wiele ich akcji bliskich będzie miana hałasu – improwizacje nieustannie sycą przesterami, sprzężeniami, spiętrzeniami i dość syntetycznie brzmiącymi grzmotami. Ich palce są wyjątkowo zwinne, a wzmacniacze ogniste. Na obu flankach narracji nie brakuje ciekawych i zaskakujących brzmień, w czym wiedzie prym lewa strona. Tego typu zjawisk artyści nie skąpią nam szczególnie na początku drugiej i trzeciej części. Za pierwszym razem kroczymy po dnie zamulonego jeziora, za drugim drgamy i dajemy się wieść dubowej poświacie. Efektem każdej z tych akcji jest zdrowa porcja noise guitars na etapie rozwinięcia. Muzycy wskazują nam kilka konotacji gatunkowych, ale jeśli do którejś jest im najbliżej, to zapewne do post-rockowej. W części trzeciej nie szczędzą nam martwych plam ambientu i posmaku post-industrialu. Czwarta odsłona zdaje się być tą najbardziej dynamiczną, pełną dobrej energii i szczypty psychodelii, budowaną także post-gitarowymi pasmami, które brzmią niczym noworomantyczny syntezator. Ostatnia, najkrótsza opowieść, to kłęby gitarowych nerwów, brak zgody na ciszę, prawdziwa burza z piorunami.




Henrik Olsson Hand of Benediction II (Barefoot Records, CD 2023)

Miejsce i czas nieznane: Henrik Olsson – gitara elektryczna, syntetyczne przetworniki, Egil Kalman – syntezator modularny, Jeppe Skovbakke – bas elektryczny oraz Rune Lohse – perkusja. Piętnaście utworów, 40 minut.

Ile dramaturgicznych pomysłów i zasobów niespożytej energii można pomieścić na albumie trwającym niespełna trzy kwadranse? Wedle Henrika Olssona – nieskończenie wiele! Niestygnący temperament, iście zornowska dezynwoltura, nieustanna zmienność akcji i niewyczerpalna, artystyczna bezczelność. Tym karmi się druga edycja Hand Of Benediction – instrumentalnie poszerzona w stosunku do jedynki o syntezator modularny. Oto muzyka, która nie bierze jeńców!

Start mówi tu wiele – połamany, punkowy rytm, roztańczona, ribotowska gitara, czerstwy śpiew syntezatora i elektryczny bas sunący rockowym krokiem. Mimo narracyjnego szaleństwa całość jest ścisłe zaprogramowana, a porcje czasem dalece swobodnych improwizacji dopasowane do struktury i poziomu emocji danego epizodu. Z jednej strony funkowe rytmy, z drugiej intrygujące plamy syntezatora (choćby intro do szóstej opowieści), który wnosi do HOB nowy, niekiedy zagadkowy, ale zawsze wartościowy element. W tej grze wszystko jest możliwe, a nawet wskazane. W ósmej opowieści mamy dyskotekowy motyw syntezatora, funkowy bas, zmutowany hard-rock gitary i perksyjne kłęby dymu. Za każdym rogiem czai się tu niespodzianka – brzmieniowa lub dramaturgiczna, albo obie na raz. W jedenastym epizodzie dopada nas prawdziwie rockowe solo gitary, a w dwóch ostatnich piosenkach dominuje free jazzowa perkusja, której definitywnie po drodze ze srogo usposobionym syntezatorem.



 

Sly & The Family Drone Moon is Doom Backwards (Self-released, LP/DL 2024)

Larkins Farm, wrzesień 2021: James Allsopp – reeds, klarnet basowy, Kaz Buckland – perkusja, elektronika, reeds, Matt Cargill – elektronika, głos, instrumenty perkusyjne, Ed Dudley – elektronika, głos oraz Will Glaser – perkusja, elektronika. Siedem utworów, 33 minuty.

Ten brytyjski band zwykliśmy uważać za dość szaleńcze combo. Rytm, niewyczerpalne złoża ekspresji i spore porcje hałasu, to atrybuty ich dotychczasowych, niezwykle energetycznych performansów. Na nowym albumie Sly pokazują spokojniejsze oblicze. Introdukcje pierwszych sześciu utworów są wyważone, nawet odrobinę liryczne, a moc ich rytmicznej artylerii ukryta jest na backstage’u. Dopiero po kilku minutach polirytmiczne perkusje wchodzą do gry, a wtedy można już tylko tańczyć lub uciekać.

Na starcie pierwszej opowieści pulsuje elektronika, słyszymy perkusyjne talerze i ciepły tembr dęciaka. Po kilku minutach ta odsłona Księżyca nabiera znamion post-jazzowego hippie trip. Każda kolejna introdukcja szyta jest innym ściegiem – czasami to rwane, post-elektroniczne pulsacje, doposażone saksofonem zanurzonym w chmurze pogłosu, innym razem, to plama rezonansu, która napotyka na akustyczne frazy, zagubione w przestrzeni kosmicznej. Bywa, że grę inicjuje tu dęciak, wokół którego panoszy się syntetyka, ścieląc pasmo, po którym za moment przetoczy się rozwarstwiony, wielopłaszczyznowy rytm. Utwór szósty rozpoczynają dzwonki, suche podmuchy saksofonu i elektroniczny szmer backgroundu. Uśpione przez całą ekspozycję perkusje budzą się do życia dopiero w ostatniej, dwuminutowej opowieści. Tu króluje stary Sly - krzyczy, dmie, urokliwie hałasuje w pierwotnym rytuale tańca.



 

Taku Sugimoto, Masahiko Okura, Wakana Ikeda & Pere Xirau 見性 kensho (Blu-Rei Records, Kaseta 2024)

Ftarri, Tokyo, lipiec, 2024: Taku Sugimoto – gitara, Masahiko Okura – klarnet, Wakana Ikeda – flet oraz Pere Xirau – glockenspiel. Dwie kompozycje, 37 minut.

Kataloński perkusista i perkusjonalista Pere Xirau od pewnego czasu spędza wiele chwil w dalekiej Japonii. Dużo tam muzykuje, a efekt jednego ze spotkań prezentuje w lokalnym (ze swojego punktu widzenia) labelu na przaśnej kasecie magnetofonowej. Obie jej strony zawierają rozbudowane kompozycje konsumujące dźwiękowe plamy gitary, klarnetu, fletu i perkusjonalii poprzedzielane niekończącymi się buforami ciszy. Nagranie ma definitywnie medytacyjny charakter, wynosi ideę minimalizmu do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko uczy cierpliwości – po obu zresztą stronach sceny.

Atrybuty nagrania wylistowane w poprzednim zdaniu szczególnie dobitnie prezentuje strona pierwsza. Tworzą ją pojedyncze frazy fletu i klarnetu, mikro dźwięki z gitary i równie rozlegle w czasie porcje metalicznie brzmiących dźwięków glockenspiel. W początkowej fazie nagrania cisza trwa tu z pewnością dłużej niż ekspozycja instrumentalna. Ta ostatnia na ogół lepi się w krótkotrwały dron realizowany wspólnie przez wszystkich uczestników spektaklu. Wraz z upływem czasu można odnieść wrażenie, że w strudze leniwej narracji pojawiają się nowe, drobne elementy, na ogół z obszaru, za który odpowiedna Xirau. Mantra ciszy, oddechu i wyczekiwania nie ma tu realnego końca. Druga strona kasety zdaje się być odrobinę bardziej … dynamiczna. Porcje ciszy są krótsze, zdarza się, że partie instrumentalne następują jedna po drugiej bez pauzy. W dalszej fazie ekspozycji bywa, że Katalończyk realizuje coś na kształt drummingu. Sam finał grany jest na jednym, dość długim, jak na kanony tego nagrania, posuwistym wydechu.

 

 

niedziela, 10 listopada 2024

Szwedzki duet i polskie trio w ramach 66.edycji Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Zapraszamy na kolejny koncert cyklu Spontaneous Live Series, który odbywa się pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej i poznańskiego Dragon Social Club już szósty rok. Tym razem będzie to koncert podwójny, który – jak to ma w zwyczaju spontaniczna inicjatywa – może przekształcić się w koncert … potrójny!

 

W czwartek 14 listopada na deskach Małego Domu Kultury pojawi się piątka artystów - zaciąg szwedzki, czyli Henrik Olsson na gitarze i Ola Rubin na puzonie oraz wataha polska, czyli Zosia Ilnicka na flecie, Paweł Doskocz na gitarze i Szymon Pimpon Gąsiorek na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Na scenie zakróluje z pewnością bezczelna młodość, artystyczna bezkompromisowość i stylistyczna dezynwoltura. Owa całkowicie bezkrwawa wojna szwedzko-polska znajdzie swój wieczny pokój – mamy taką nadzieję - w trakcie seta zakończenia, który zsumuje improwizowaną energię całej piątki artystów.

O ile Szwedzi grają ze sobą od lat (nota bene, ich przyjazd do Dragona anonsowany jest od … marca 2020), o tyle Polka i Polacy staną w szranki swobodnej improwizacji po raz pierwszy w tym składzie. Spodziewać się możemy pełnokrwistych improwizacji, definitywnie ponadgatunkowych zdarzeń fonicznych, które czerpać swą siłę będą zarówno z gęstej, szemranej ciszy, jak i z wielowarstwowego hałasu.




Ola i Henrik mówią o sobie, że w swoim duecie zanurzają się w intymnym, improwizowanym dialogu muzycznym, który jest pełen energii i ekspresji. Pracują nad tym, co niesłyszane, skrupulatnie eksplorując oszałamiające dźwięki, rytmy i abstrakcyjne kształty dźwiękowe, bazując na procesie permanentnej zmiany. Ciekawość, to rdzeń tożsamości tego duetu, a ich wzajemna interakcja jest reaktywna i dynamiczna.

Z kolei Zosia, Paweł i Szymon piszą, że ich zespół powstał definitywnie spontanicznie i specjalnie na tę okazję. Wszyscy opierają swój muzyczny pomysł na głębokim zrozumieniu instrumentów, co pozwala im na tworzenie wielowarstwowych improwizacji i ekspresyjnych pejzaży dźwiękowych opartych na różnorodnych formach narracji.

 

Spontaneous Live Series Vol. 66: Olsson/Rubin & Ilnicka/Doskocz/Gąsiorek

Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3

20.00 Henrik Olsson – gitara, Ola Rubin – puzon

21.00 Zosia Ilnicka – flet, Paweł Doskocz – gitara, Szymon Pimpon Gąsiorek – perkusja, instrumenty perkusyjne

Bilety na bramce przed koncertem: 40/50 PLN

 

Piątka artystów, która niebawem pojawi się na scenie Dragona będzie kontynuować muzyczną przygodę w kolejnych dniach, odwiedzając inne miasta naszego pięknego kraju. Ilnicka, Doskocz i Gąsiorek po koncercie w Poznaniu zagrają w następujących lokalizacjach i terminach:

15.11. Lublin - Centrum Kultury

16.11. Kielce - WDK Galeria u Strasza

17.11. Łódź - Musica Privata

18.11. Kraków – Betel (tu, w miejsce Szymona, wskoczy Maciej Wirmański z nagraniami terenowymi i elektroniką).

Rubin i Olsson także trafią do Łodzi i będą występować na festiwalu Musica Privata. Spędzą tam jednak cały weekend, prowadzić będą m.in. warsztaty dla młodych adeptów improwizacji.

 

W uzupełnieniu powyższych informacji dodajmy, iż znane są już terminy i artyści kolejnych tegorocznych edycji Spontaneous Live Series:

30 listopada – Charlotte Keeffe solo oraz Węże Kobro: Aleksandra Chciuk, Paweł Sokołowski i Michał Rupniewski + kwartet ad hoc

13 grudnia – Dominik Strycharski & Grzegorz Tarwid.

 

Krótkie biogramy artystów, jacy wystąpią 14 listopada:

Henrik Olsson jest gitarzystą i kompozytorem, mieszkającym w Kopenhadze. Żyjąc między wolną improwizacją, a muzyką eksperymentalną, ciekawie eksploruje wieloaspektową naturę gitary elektrycznej, przykłada należytą uwagę do subtelności brzmienia i faktury instrumentu. Ale też, jak pisze Glenn Astarita z All About Jazz: „Olsson jest skłonny sterroryzować swoją gitarę w ciągu nanosekundy”.

Jego wizje kompozytorskie przejawiają się poprzez najnowszy projekt Hand of Benediction, który otrzymał wyróżnienie w New York City Jazz Record 2019 i został nazwany przez Vital Weekly „pięknym szaleństwem i bardzo niezwykłym oświadczeniem”. Z kolei jego debiutancki album Penumbra Ensemble został nazwany „surrealistyczną wizją, głęboko osobistym wyrazem awangardowego rocka, jazzu, muzyki świata i poetyckich pejzaży dźwiękowych” (All About Jazz). Jego charakterystyczną grę można usłyszeć również w takich grupach, jak Ytterlandet (grali w Dragonie w roku 2021!), Jeppe Zeeberg & The Absolute Pinnacle of Human Achievement.

http://www.henrik-olsson.com

Ola Rubin jest puzonistą mieszkającym w Malmö. Nade wszystko eksploruje nowe techniki i brzmienia. Działa w wielu projektach, takich jak szwedzko-amerykańskie trio Swedish Fix (z Jonem Lipscombem i Andersem Uddeskogiem). Ostatnio współpracował m.in. z Leilą Bordreuil, Zachem Rowdenem, Brandonem Lopezem i Ståle Liavikiem Solbergiem. Jako bBb współpracuje na stałe z Martinem Küchenem. W Konvoj Records wydał autorski album Tombola Rubola. Członek Extemporize Orchestra w Kopenhadze.

https://olarubin.com

Zofia Ilnicka, to flecistka, kompozytorka, improwizatorka. W 2016 roku ukończyła Akademię Muzyczną w Bydgoszczy. Od wielu lat ściśle związana z wykonawstwem muzyki nowej i improwizowanej. Jest artystką odważnie eksplorującą zaawansowane techniki wykonawcze. Zaangażowana w wiele projektów jazzowych, free-impro i muzyki współczesnej, m.in Trio_io, DEAE, Layers, Space Welders, Brzoska Kolektyw, Kraków Improvisers Orchestra. Współpracuje z wieloma kompozytorami, konsultując ich utwory. Inspiracje czerpie z muzyki Briana Ferneyhougha, Dominika Karskiego i Steve'a Reicha. Współpracowała z Landjugendorchester NRW, Filharmonią Pomorską w Bydgoszczy oraz Toruńską Orkiestrą Symfoniczną.

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/trio-io-new-animals

Paweł Doskocz, to gitarzysta często sięgający po preparacje, eksplorujący nowe brzmienia instrumentu. Jego obszarem zainteresowania jest przede wszystkim improwizacja, a inspiracje czerpie z różnych źródeł. Współtworzył takie zespoły, jak Bachorze, Strętwa i Sumpf. Zdobywał doświadczenie podczas wspólnych występów z wieloma muzykami, tak z Polski, jak i z zagranicy. Występował na licznych festiwalach poświęconych muzyce eksperymentalnej i improwizowanej. Grywał na Ad Libitum, festiwalu Nowy Wiek Awangardy, Art of Improvisation Creative Festival, Jazz Ring, Musica Privata, Katowice JazzArt Festival, FRIV Festival, Avant Art Festival oraz Spontaneous Music Festival. Można go było usłyszeć w konfiguracjach z takimi artystami, jak: Alan Wilkinson, Emilio Gordoa, Matthias Müller, Jasper Stadhouders, Paweł Szpura, Hubert Zemler, Wojtek Kurek, Vasco Trilla, Yedo Gibson, Onno Govaert, Seppe Gebruers, Andrew Lisle, Vasco Furtado, Colin Webster, Dirk Serries, Benedict Taylor, Diego Caicedo oraz El Pricto.

Współorganizator „Spontaneous Music Festival” w Poznaniu.

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

Szymon Pimpon Gąsiorek, to perkusista i kompozytor. W kwietniu 2022 nakładem Pointless Geometry ukazał się jego debiutancki album solowy - „Pozdrawiam”. Nowy brzmieniowo i gatunkowo bogaty materiał łączy perkusyjne, ciężkie rytmy z elektronicznymi sekwencjami, abstrakcyjnymi partiami syntezatorów, noise’em, nagraniami terenowymi, statycznymi fakturami i popowym brzmieniem autotune’a na wokalu. Album plasuje się gdzieś pomiędzy popową estetyką, transowością i eksperymentem. Kontynuację eksploracji w tych kierunkach można usłyszeć na b-day EPktóra ukazała się w 2023 w Love & Beauty Music. Szymon kształcił się w artystycznej akademii muzycznej Rytmisk Musikkonservatorium w Kopenhadze. Prowadzi zespoły takie, jak post-jazzowe Pimpono Ensemble i Pimpono 2+4 czy E/I grający muzykę minimalistyczną. Prężnie udziela się na europejskiej scenie free impro. Członek wielu eksperymentalnych duetów m. in. Alfons Slik (z Grzegorzem Tarwidem), Czajka & Puchacz (z Kają Draksler), Wood Organization (z Tomo Jacobsonem), Boys Cry (z Gianlucą Elią). Współzałożyciel niezależnego wydawnictwa Love & Beauty Music oraz festiwalu Idealistic.

www.pimpon.info

www.pimpon.bandcamp.com

 

 

piątek, 13 października 2023

Halster in Virtuous Mondays!


Halster, to szwedzkie trio gitar elektrycznych, mało zapewne znane poza skandynawskimi opłotkami, ale godne uwagi całego świata i niejednej galaktyki. Panowie Anders Lindsjö, Adam Persson i Mattias Nihlén w drugiej połowie ubiegłej dekady obchodzili skromny jubileusz, dzięki czemu, pod sztandarami świetnie nam znanego, lokalnego labelu Konvoj Records, doczekali się urodzinowego, pięciopłytowego boxu.

Nagrania zarejestrowano na dzikich, improwizowanych sesjach, jakie odbywały się każdorazowo w poniedziałki w Malmö. Na każdą z tych sesji szwedzcy gitarzyści (czasami używający także innych instrumentów) zapraszali równie znamienitych szwedzkich (tudzież norweskich) improwizatorów. Wyszła z tego całego ambarasu smakowita mieszanka różnokolorowych, improwizowanych emocji. Przy okazji rzeczony box, to doskonała prezentacja szwedzkiej sceny improwizowanej, po części oczywiście dobrze światu znanej, po części jednak niekiedy zbyt anonimowej.

Prześledźmy poniedziałkowe wydarzenia, jakie uwieczniono na pięciu zgrabnych, kompaktowych dyskach.



 

Disc One

Na pierwszym dysku do tria Halster w standardowym instrumentarium gitarowym dołącza puzonista Ola Rubin (trzy pierwsze improwizacje) oraz gitarzysta Henrik Olsson i perkusista Håkon Berre (dwie kolejne części).

Kwartetowa narracja w trzech odsłonach toczy się na ogół w dość spokojnym tempie i stawia raczej na minimalistyczne środki wyrazu, co nie oznacza, że incydentalnie nie potrafi gęstnieć i kąsać intensywnością. Aura jest tu delikatnie post-rockowa, a pikanterii całości dodaje systematycznie fermentujący puzon, który potrafi brzmieć niczym czwarta gitara, nie stroni także od drobnych preparacji. Gitarzyści zdają się czerpać inspiracje z wielu źródeł. Niekiedy ich na poły filigranowe frazowanie przypomina King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. W drugiej części muzycy kreują niekończące się plejady short-cuts. Kłęby dymu i drobne spiętrzenia umilają podróż w dźwiękowe nieznane. Gitarowe subtelności czasami zdobią narrację jazzowym posmakiem. Z kolei trzecia improwizacja tonie w mroku. Puzon brzmi tu dość siarczyście, gitary rysują delikatnie psychodeliczne zawijasy.

Dwie improwizacje kwintetowe chętnie uciekają w subtelności mniej lub bardziej wyciszanych preparacji, czasami wręcz lewitują. Cztery gitary stawiają na rozmyte brzmienie i budowanie klimatu, płyną niczym mgławice. Tym, który scala to wszystko w całkiem linearną narrację jest perkusjonalista. Najpierw toniemy w swobodnych, free rockowych ekspozycjach, potem, gdy opowieść zagęszcza szyk, bywa, że improwizacja staje się post-rockowa, niekiedy post-psychodeliczna, incydentalnie nawet hałaśliwa, zdobiona drobnymi, jazzowymi naleciałościami.

Disc Two

Na tym dysku sytuacja dramaturgiczna jest o wiele bardziej skomplikowana. Pierwsza improwizacja to trio (w niej jedna gitara akustyczna) z saksofonistą Martinem Küchenem i puzonistą Ola Rubinem. Druga, to trio (w nim perkusja i syntezator zamiast gitar) uzupełnione perkusistą Martinem Holmem (jako drum machine). W trzeciej improwizacji w roli gościa ponownie puzonista Ola Rubin oraz nowy na scenie Herman Müntzing (instrumenty klawiszowe, elektronika). Czwarta część, to klasyczne trio gitarowe, a piąta, bazowy skład z dodatkiem instrumentów perkusyjnych pod jurysdykcją Raymonda Strida. Część szósta, to z kolei trio (jedna gitara akustyczna) i dwa puzony (Ola Rubin i Jacob Riis) wsparte elektroniką, zaś część ostatnia - trio (jedna gitara akustyczna) i Pär Thörn obsługujący elektronikę i obiekty. Uff.. działo się!

Pierwszą opowieść kreują wystudzone gitary i dęte preparacje. Mroczny wstęp i ekspresyjne rozwinięcie, ale także gitarowe subtelności i dźwięki z gardła. Druga część skrzy się zadziornymi frazami i bogactwem brzmienia. Garść preparacji, szczypta psychodelii, ale i filigranowe figury dramaturgiczne. W kolejnej odsłonie sporo zamętu wnosi elektronika i elektryczne klawisze. Pojawiają się dubowe echa, także sporo preparowanych fraz puzonu, wreszcie post-jazzowych zdobień. W części czwartej mamy Halstera w wersji saute z szeroką paletą gitarowych środków wyrazu - sprzężenia i melodie, post-rockowe grymasy, bluesowe skale i emocje, a na koniec drobna chmura ambientu.

Piąta improwizacja płynie kilkoma strumieniami brzmieniowych subtelności. Post-psycho-rockowa ballada kwiecąca się rezonującymi talerzami. W przedostatniej improwizacji natrafiamy na dużą porcję dźwięków syntetycznych, elektroakustycznych, a także odgłosy gitarowych pick-upów i dęte westchnienia. Równie zaskakująca brzmieniowo jest ostatnia opowieść. Sporo w niej wydarzeń, zarówno głośnych, jak i wyjątkowo cichych. Reaktywna post-ballada o wielu obliczach.

Disc Three

Tu sytuacja jest tylko pozornie prostsza. Dwie improwizacje i dwa wspólnie improwizujące tria – Halster (z jedną gitarą basową i dodatkowym syntezatorem) oraz Bomb (Ola Paulson na saksofonach, Anders Uddeskog na perkusji). Ponieważ Anders Lindsjö jest członkiem obu formacji, to by na scenie było jednak sześciu muzyków dodano jeszcze puzonistę Ola Rubina. Cały dysk nie trwa nawet 40 minut, ale jest z pewnością najgłośniejszą, najbardziej free jazzową częścią jubileuszowego boxu.

Pierwszy set introdukuje duet saksofonu i gitary basowej. Faza otwarcia, to swobodny open jazz nasączony odrobiną bluesa. Wraz z rozwojem akcji saksofon ciągnie w stronę free jazzu, gitary z kolei szukają hałasu i akcentów post-jazzowych. Swoje dokłada też puzon, który marzy o dalekich podróżach i lubi aylerowskie melodie. Wielominutowa improwizacja ma tu zarówno wyżyny, jak i drobne doliny, pięknie potrafi grzęznąć w psychodelii, ale i wznosić się do lotu z iście free jazzowym temperamentem. Zakończenie wydaje się być szczególnie intensywne, prowadzone w szybkim tempie, nie pozbawione post-rockowych emocji.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, ale i on nie szczędzi nam wrażeń. Początek wydaje się nieco medytacyjny, a pierwsza faza lotu wznoszącego odbywa się pod nieobecność saksofonu i puzonu. Tu w roli wodzireja świetnie sprawdza się syntezator. Gdy dęciaki wracają do gry, improwizacja pachnie tu zarówno free jazzem, jak i swobodnym rockiem. Syntezator nie odpuszcza i druga część seta upływa pod znakiem psycho & fussion, nawet, gdy dynamika ekspozycji nieco spada. Świetny moment następuje, gdy narracja przyjmuje formę dętego duetu. Post-jazzowe westchnienia saksofonu i puzonu nawołują tu gitary do finałowej eskalacji.

 


Disc Four

Dysk czwarty, to dużo mniej skomplikowana sytuacja. Trzy improwizacje - na pierwszej klasyczne trio gitarowe i instrumenty perkusyjne Knuta Finsruda, na dwóch kolejnych trio (bas i syntezator zamiast gitar) plus saksofonista Sture Ericson i perkusista Raymond Strid.

Pierwsza, rozbudowana improwizacja, to trzy gitary doposażone małymi porcjami prądu i matowy, podłogowy drumming w rozkołysanym, post-jazzowym tańcu. Narracja ma tu wiele twarzy, nie brakuje w niej akcentów rockowych, wręcz funkowych, są preparacje i soczyste plamy bluesa. Jeśli improwizacja stopuje, natychmiast syci się mocą post-psychodelii, gdy nabiera tempa, szczególnie aktywnym zdaje się być drummer. Przed finałowym wzniesieniem kwartet czołga się w rytmie, a potem eksploduje mocą dubu i funku.

Pierwsze nagranie kwintetowe rodzi się w mroku soczystych dronów i plejadzie short-cuts. Saksofon wzdycha, piszczy jak kot, syntezator plami, bas rysuje zygzaki. Ów minimal na wdechu buduje nadspodziewanie duże emocje. Druga opowieść jest jeszcze bardziej gęsta od fonicznych niespodzianek. Pracują gitarowe pick-upy, syntezator szeleści, a zwinny drumming wskazuje kierunek podróży. W fazie dynamicznej odnajdujemy dużo rocka i dubu, a także funkowych zdobień. Z kolei umiejętnie wytłumione zakończenie pachnie psychodelią na kilometr.

Disc Five

Na ostatnim dysku w dwóch utworach improwizuje trio (perkusja i syntezator zamiast dwóch gitar) oraz saksofonowy gość (Nana Pi Aabo Larsen). W kolejnych dwóch odsłonach mamy trio (jest gitara basowa), a w roli gości kolejnego gitarzystę Johna Lipscomba, puzonistę Ola Rubina i perkusistę Andersa Uddeskoga. Dysk trwa prawie pięć kwadransów i zdecydowanie sytuujemy go po stronie najmocniejszych punktów boxu.

Improwizacje kwartetowe bazują na sporym dysonansie dramaturgicznym. Z jednej stron plejady drobnych, preparowanych fraz, z drugiej moc i siła syntezatorowych, basowych pasaży i niemałych melodii. Znów sporo akcentów post-jazzowych i rockowych wtrętów. Dynamika narracji na typowej dla tego boxu efektownej sinusoidzie.  Świetnie w tym tyglu niespodziewanych zdarzeń odnajduje się nieznana nam saksofonistka (saksofonista?). O ile pierwsza część bywa tu bardzo ognista, o tyle druga niesie w sobie post-balladowy nerw.

Dwie ostatnie improwizacje grane są w sekstecie, zatem wrażeń i emocji mamy tu całe mnóstwo. Pierwsza z opowieści na starcie formuje się w wielobarwne, jakże efektowne crescendo. Szczególnie podobać się tu może gitarowe spiętrzenie, które pachnie metodami pracy King Crimson z wczesnych lat 70. W tym strumieniu hałasu i stygnącej lawy świetnie odnajduje się puzonista, który musi czasami czynić wiele, by wydostać się na powierzchnię narracji. Pod koniec koledzy znajdują mu nawet przestrzeń na krótką, solową ekspozycję. W prawie 30-minutowym secie nie brakuje chwil mglistych, post-ambientowych, pięknie wytłumionych, a samo zakończenie należy do gasnących, ale wyjątkowo melodyjnych gitar. Ostatnia improwizacja nie szczędzi nam gitarowych i basowych subtelności, szybko wszakże łapie bakcyla zdrowej psychodelii. Znów świetne momenty serwuje nam puzonista, który płynie na fali dronowej ekspozycji partnerów. W efektownym zakończeniu skrzy się echo gitarowych improwizacji w estetyce Sonic Youth, a także posmak … bluesa.

 

Halster Virtuous Mondays (Konvoj Records, 5CD 2020)

Halster: Anders Lindsjö – gitara elektryczna, akustyczna, basowa, perkusja, Adam Persson – gitara elektryczna, głos, Mattias Nihlén – gitara elektryczna, syntezator. Goście: Ola Rubin - puzon, Håkon Berre - perkusja, Henrik Olsson – gitara elektryczna, Martin Küchen – saksofon barytonowy, Martin Holm – drum machine, Herman Müntzing – instrumenty klawiszowe, elektronika, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jakob Riis – puzon, elektronika, Pär Thörn – elektronika, obiekty, Ola Paulson – saksofon tenorowy, altowy, Anders Uddeskog - perkusja, Knut Finsrud – instrumenty perkusyjne, Sture Ericson – saksofon altowy, Nana Pi Aabo Larsen – saksofon tenorowy, Jon Lipscomb – gitara elektryczna. Nagrane w poniedziałki: Allmogen, Malmö, 2018-2019. Dwadzieścia jeden improwizacji, czas trwania poszczególnych dysków - 51:11, 58:08, 36:22, 45:43, 73:51.

              

 

wtorek, 23 listopada 2021

Ytterlandet from 66°33′48.7″ N!


Jeśli cyfry zawarte w tytule dzisiejszej opowieści wpiszemy w dowolne urządzenie nawigujące, poprowadzi nas ono bezpośrednio pod koło podbiegunowe północne. Jeśli chcemy posłuchać dźwięków, jakie trzech Skandynawów zarejestrowało u progu tegorocznego lata i opatrzyło takim właśnie cyfrowym tytułem, wystarczy wrzucić srebrny dysk do odtwarzacza lub banalnie kliknąć w kafel znajdujący się na bandcampowej stronie wydawcy płyty!

Podróże polarne i słuchanie muzyki improwizowanej nie mają być może wiele elementów wspólnych, ale z pewnością obie te czynności przypisywane bywają ludziom szalonym! Tak przynajmniej twierdzą ci, który nie lubią podróży lub/i ich percepcja muzyki ogranicza się do akceptowania jedynie fraz granych w metrum 4/4.

A dla całej reszty – Ytterlandet! Trio zagrało w listopadzie br. dwa koncerty w Polsce i dostarczyło fantastyczną płytę o tytule stanowiącym parametry geograficzne koła podbiegunowego północnego! Koncert w poznańskim Dragonie dość zgodnie określony został mianem wydarzenia roku, sama zaś płyta zdaje się zasługiwać na równie efektowny poklask! Zatem bez zbędnej zwłoki oddajemy się w ręce dwóch Szwedów i jednego Norwega, którzy w duńskich okolicznościach przyrody naparzyli nam wyjątkowy napój! Welcome!

 


Drobne, urywane frazy, przypominające gazetowe ścinki, od startu tej opowieści lepią się do siebie, niczym plastry miodu, konweniują ze sobą, budują szklaną pajęczynę nierozerwalnych połączeń dźwiękowych. Na lewym skrzydle posadowiony jest nieco skonfundowany, ironiczny saksofon, środkiem płyną perkusjonalia złożone z tysiąca mikroskopijnych elementów, które w każdej sytuacji zdolne są pokazać zupełnie inne oblicze, wreszcie na skrzydle prawym gitara z niewielkim prądem, tworząca narrację poza wszelkimi podziałami gatunkowymi – zna rocka, ceni jazz, ale nade wszystko kocha swobodną improwizację! Całość z każdą sekundą swojego życia nabiera mocy, intensywności, pozostając wszakże lekką, zwiewną, nieklasyfikowalną plejadą zdarzeń fonicznych. To taniec pijanych na szkle, radosne pląsy beztroskich małolatów, których stać na prawdziwie szelmowskie uśmiechy. Pierwsze dźwięki drugiej improwizacji wydają się być wytargane z samego jądra ciszy. Nano frazy instrumentu dętego, źdźbła perkusyjnych krawędzi, niezauważalne strużki fonii wprost z gitarowych strun. Narracja przypomina delikatnie tłuczone szkło, które w małym zakładzie szlifierskim spada na obrzeża zepsutej sprężarki powietrza, w tle której wirują opiłki metalu o nieznanych właściwościach. Tu pajęczyna zdaje się być jeszcze bardziej misterna. Dźwięki dochodzące z trzech, może czterech, czy nawet pięciu ośrodków dowodzenia bez trudu lepią się w jeden strumień życia. A na sam koniec wszystko pachnie rockiem!

Trzecią opowieść otwiera nostalgiczny saksofon. Obok kłębi się mała gitara, która pachnie post-jazzem. Perkusja wchodzi do gry po pewnym czasie i szyje bardziej dynamiczną dramaturgię, zaprasza na ludyczny taniec nieoczywistych skojarzeń. Jesteśmy na karuzeli, pełnej różowych huśtawek. Królem tej części polowania wydaje się być drummer, który rozsiewa zarazki, by po chwili zbierać obfite plony dźwiękowej infekcji. Muzycy reagują na siebie, jakby byli jednym ciałem o trzech głowach. Pięknie się imitują, syczą przez zaciśnięte zęby i kreślą piękne bohomazy, gęstniejąc w bezruchu. W kolejnym epizodzie rolę introduktora przyjmuje na siebie gitarowy pick-up. Coś się sprzęga, coś generuje szum. Narracja przypomina oniryczne plamy dźwięków wprost z debiutanckiej płyty Sonic Youth. Saksofon szyje drony, perkusja preparuje, festiwal fake sounds trwa w najlepsze - urocza slowly dead ballad bezskutecznie szuka swego końca. Drobne usterki na strunach podkreślają umowność sytuacji dramaturgicznej. Improwizacja nieustannie zadaje pytania, które nie wymagają jednak jakichkolwiek odpowiedzi.

Po ułamku jakże zbędnej ciszy słyszymy dęte nawoływanie. Tuż obok gitarowe preparacje szyją kolejną pętlę wątpliwości. Na glazurze werbla żyją tajemnicze przedmioty. Być może muzycy chcą iść w tango, ale dygresyjna natura ciągnie ich na stronę i sieje post-intelektualny ferment. Krygują się, budują suspens, wypalają kolejne papierosy. W roli naczelnego wichrzyciela znów post-rockowa, oniryczna gitara. Saksofon nuci smutne piosenki, perkusja raz za razem zaskakuje dźwiękiem niewiadomego pochodzenia. Kolejna slowly dead ballad szuka martwej dynamiki, sięga po post-jazzowe frazy, wspina się na drobne wzniesienie. Po nim już tylko niespełna trzyminutowe resume, stylowy ekstrakt z doskonałej całości. W roli przodownika pracy tym razem saksofon, który rozsyła ochłapy jazzu i zaprasza na finalny free dance. Kilka westchnień w nieznanym kierunku i mikro solo na gitarze, zakończone krwistą ripostą, wyprowadzają nas tuż przed oblicze ciszy. Play it again, boy!

 

Ytterlandet 66°33′48.7″ N (Barefoot Records, CD 2021). Sture Ericson – saksofon sopranowy, altowy, tenorowy i barytonowy, Henrik Olsson – gitara, Håkon Berre – perkusja. Nagrane w czerwcu 2021 roku, w miejscu zwanym Christianshavns Beboerhus (Kopenhaga). Sześć swobodnych improwizacji, czas trwania - 37:35.



wtorek, 4 sierpnia 2020

Biliana Voutchkova plays Stiebler and another … Another Timbre’ New Pearls in the Crown!


Jak czytamy na bandcampowej stronie wydawnictwa, brytyjski Another Timbre, prowadzony od kilkunastu lat przez Simona Reynella, koncentruje się na wysokiej jakości muzyce eksperymentalnej – skomponowanej, improwizowanej i wszelkich odcieni zawartych pomiędzy nimi. Dziś zapraszamy właśnie do owych odcieni, to every shade between!

Czeka nas podróż po zakamarkach kameralistycznej awangardy, podczas której często goszczące na tych łamach wodotryski emocji zastąpione zostaną przez subtelne dźwięki cedzone przez zęby. Pisząc onegdaj o nagraniach AT użyłem określenia, iż czasami są to samotne podróże w poszukiwaniu utraconego dźwięku.

Dzisiejsza wycieczka stawiać będzie nade wszystko na eksplorację piękna dźwięków (chwilami szczęśliwie bardzo pokracznego!), a w jednej z głównych ról wystąpi nasza ulubiona skrzypaczka Biliana Voutchkova! Posłuchamy ją w samotnej interpretacji muzyki skomponowanej przez Ernstalbrechta Stieblera, jak i w strunowym trio i duo. W uzupełnieniu dania głównego, dwa intrygujące dodatki, które dotarły do odtwarzaczy redakcji dzięki uprzejmości wydawcy. Oba skoncentrowane na improwizowanej stronie życia wydawniczego AT, a zatem szczególnie nas interesujące. Co ciekawe, na listach wykonawców znajdziemy kilku naprawdę dobrych znajomych ze świata muzyki dalece swobodniej improwizowanej. Dodajmy, iż wszystkie omawiane dziś płyty są dostępne w wersji CD, a swoją światową premierę miały w maju br.




Für Biliana by Ernstalbrecht Stiebler

Na początek Ernstalbrecht Stiebler i jego cztery chamber works for strings - trzy utwory skomponowane całkiem współcześnie (w tym jedna dedykowana głównej wykonawczyni), zaś ten czwarty pochodzący z epoki kamienia łupanego, z czasów, gdy na świecie nie było nawet Pana Redaktora (tj. z 1963 roku). W roli naczelnego aparatu wykonawczego Biliana Voutchkova (skrzypce), która dwie pierwsze kompozycje wykona samotnie, w rzeczonej, najstarszej kompozycji wspomagać ją będą Michael Rauter (wiolonczela) i Nurit Stark (altówka), zaś w ostatnim, najdłuższym utworze - jedynie Rauter. Nagrania zarejestrowano w bułgarskim radio, w lipcu ubiegłego roku. Całość odsłuchu zajmie nam 55 minut i kilkanaście sekund.

Zaczynamy od tytułowej kompozycji Für Biliana! Narracja przypomina żałobny śpiew o dżdżystym poranku. Suchy smyczek rysuje małe pętle na szorstkich strunach. Sekwencja dźwięków zdaje się być dość rozbudowana, a powtarzające się frazy, from time to time, wzbogacane o kolejne, równie urokliwie brzmiące elementy. Rzewna, soczysta, jakże molowa opowieść o nieznanym. W dalszej części nagrania w strumieniu skrzypcowych dźwięków pojawiają się drobne zgrzyty, jakby świadomie zafałszowane frazy, siejące dramaturgiczny niepokój. Druga solowa ekspozycja na skrzypce zwie się Glissando i samą swą nazwą mówi nam wiele o prawdopodobnym scenariuszu wydarzeń. Zmysłowa melodyka z poprzedniego epizodu odchodzi w niepamięć. Skrzypce zawodzą, przypominają syrenę alarmową, który budzi strach. Opowieść skacze ku górze, by po chwili zjechać na sam dół. Dźwięki zdają się być powykrzywiane, kanciaste, żylaste, innym słowy – boleśnie piękne! Na finał Biliana serwuje nam nieco dłuższe frazy, które wieńczą ową karkołomną podróż.

Do opowieści kreowanej przez trzy strunowce wchodzimy przez wąsko uchylone drzwi, na palcach, pełni skupienia i dramaturgicznej trwogi. Szelest dźwięków płynnych kontrastuje tu z drżeniem fraz urywanych. Niektóre są ostre jak brzytwa, inne suche na wiór. Surowy strach stąpania po polu minowym bez wyznaczonej trajektorii. Muzyka sprawia wrażenie improwizacji, której przebiegu pilnuje tajemniczy demiurg. Dużo suspensu, plamy ciszy - strategia zaniechania, która skrywa nierozpoznane emocje. Chwile piękna, małe eksplozje dźwiękowe. Zmiany dramaturgiczne w przebiegu narracji wydają się być śladowe, choć z perspektywy całego, blisko dziewiętnastominutowego utworu, dzieje się naprawdę sporo. Choćby szczypta głośniejszych fraz w okolicach dwunastej minuty, następująca tuż po niej faza dłuższych pasaży dźwiękowych, potem krótka strefa zadziornych akcji i bystrych reakcji, pełna świszczących smyków, wreszcie pełny zwrot niemal do poziomu ciszy, a pod sam koniec utworu bystra wymiana zdań w konwencji pizzicato vs. arco. Muzycy brną w estetyce pokruszonego baroku, co rusz zerkając w kierunku dawno już roztrzaskanego średniowiecza.

Finałowy duet budują skrzypce, które zdają się piąć ku górze i wiolonczela, która pokonuje trasę odwrotną. Dominują długie frazy, incydentalnie lepiące się w jeden strumień dźwięków. Biliana używa także własnego głosu, ale czyni to na tyle subtelnie, iż być może to tylko złudzenie foniczne. Wraz z rozwojem dramaturgii utworu oba strunowce zaczynają jednak schodzić coraz niżej, by w połowie opowieści przywitać się z ciszą. Klimat robi się odrobinę dark ambientowy. Flow skrzypiec zdaje się rozlewać bardzo szeroko, cello wręcz przeciwnie. Każdy krok stawiany jest z coraz większą rozwagą, a może i niepokojem. Na zakończenie mamy wrażanie, jakby muzycy definitywnie zeszli już do grobu. Ostatnie dźwięki, to tylko suchy, bezdźwięczny świst smyczków po martwych strunach.




Let Pass My Weary Guiltless Ghost by Magnus Granberg & Skogen

Czas na blisko godziną kompozycję autorstwa Magnusa Granberga. Podmiotem wykonawczym będzie on sam (piano preparowane!) oraz formacja Skogen w składzie (dodajmy, dalece intrygującym!): Anna Lindal (skrzypce), Rhodri Davies (harfa), Toshimaru Nakamura (no-input mixing board), Petter Wastberg (elektronika), Ko Ishikawa (sho), Leo Svensson Sander (wiolonczela), Simon Allen (wibrafon i amplifikowane struny), Henrik Olsson (obiekty) oraz Erik Carlsson (instrumenty perkusyjne). Nagrania powstały w Berlinie, w listopadzie 2019 roku.

Cisza skupienia, jakże charakterystyczna dla poszukującej muzyki współczesnej, zwłaszcza tej, która nie stroni od improwizacji, jest naszym udziałem na początku także tego nagrania. Muzycy w liczbie aż dziesięciu dają życie krótkim, urywanym frazom, a jeden z nich – kompozytor i pianista – kilkoma uderzeniami w klawiaturę swego instrumentu tyczy szlak narracji i ze skończoną liczbą przypadków w zakresie odstęp od tej zasady, czynił tak będzie po niemal ostatni dźwięk tej niekrótkiej opowieści. Swoboda, łagodność, swoista powolność ruchów, wreszcie dobry sojusz żywych i syntetycznych dźwięków, to kolejne drogowskazy dla tej podróży. Chamber dekonstruowane elektroniką, dość abstrakcyjne i intrygująco brzmiące, toczy się nad wyraz konsekwentnie, choć po pewnym czasie można odnieść wrażenia, że dźwięki delikatnie rozmazują się na ekranie, jakby ktoś polewał je wodą. Narracja pachnie swobodną improwizacją, ale jesteśmy pewni, że ktoś skrupulatnie czuwa nad jej przebiegiem. Proces dekonstrukcji akustycznych dźwięków w nurt medytacyjnej elektroakustyki trwa tu w najlepsze i jako zjawisko samo w sobie, należy zapisać je po stronie niewątpliwych atutów nagrania.

Po upływie kwadransa doświadczamy pierwszego momentu pewnej zmiany. Piano na kilka chwil zostaje niemalże same, a reszta instrumentów bierze głębszy oddech, po czym powraca, ale raczej w indywidualnie wybranych momentach. Flow staje się bardziej minimalistyczny, po części bardzo repetytywny, a my znów musimy podkreślić udane współistnienie żywego i syntetycznego, mimo, iż w wielu momentach ta druga opcja zdaje się być w przewadze liczebnej. Kolejne stadium opowieści stawia prawie wyłącznie na akustykę – siła spokoju i medytacji w wirze dobrych, abstrakcyjnych skojarzeń dramaturgicznych. Chwilowy, jakże uroczy stan meta chaosu, po upływie 24 minuty zdaje się porządkować pianista. Syntetyka brzmi w gęstym tle, pojawiają się akcenty perkusjonalne, drżące smyki i coś, co brzmi, niczym prosta elektryka urządzeń analogowych. Po upływie dwóch kwadransów obie frakcje zdają się płynąć nieco separatywnymi korytami – akustyka definitywnie medytuje, syntetyka grymasi i łobuzuje. Z czasem owa dychotomia przypadku zdaje się powodować, iż cały flow nabiera mocy i dobrej gęstości. Po 40 minucie mamy krótki spektakl dominacji dźwięków preparowanych i dekonstruowanych do stadium syntetycznego. Piano, oczywiście, robi swoje, uparcie tyczy szlak i sprawia, iż całość może zdać się chwilami zbyt monotonna (lub po prostu zbyt długa; wszak ze świata free impro wiemy, iż najlepsze płyty kończą się po wybiciu niepełnych trzech kwadransów). Finał nagrania cieszy nasze uszy, niezależnie od wskazanych przed momentem ambiwalencji – akustyka piana wybrzmiewa zmysłowo, małe struny drżą i tańczą, a w tle ślimaczą się dźwięki przypominające harmonium, którego nie ma przecież na scenie. Ów subtelny dysonans poznawczy miło doprowadza nas do ostatnich dźwięków, które ustanawia szumiąca elektroakustyka ciszy.




unfurling by Angharad Davies/ Klaus Lang/ Anton Lukoszevieze

Ostatnia dziś perełka, to 52-minutowy utwór wspólnie skomponowany i wykonany (improwizowany?) przez trio w składzie: Angharad Davies – skrzypce, Klaus Lang – harmonium oraz Anton Lukoszevieze – wiolonczela. Nagranie zarejestrowana w marcu br., w trakcie rezydencji muzyków w angielskim Huddersfield, w miejscu zwanym Dai Hall.

unfurling, to jeden, nieprzerwany strumień dźwiękowych improwizacji (zasięg predefinicji procesu nieznany), który składa się jakby z trzech osobnych wątków. Każdy z nich ma swoje otwarcie, rozwinięcie i emocjonalne wygaszenie. Każdy zdaje się mieć inną myśl przewodnią, rodzącą się wszakże w trakcie bystrej i chwilami nad wyraz swobodnej improwizacji.

Pierwszą opowieść zaczynają rezonujące struny, które choć pozornie spokojnie, kryją w sobie spory potencjał do hałasowania. Smyki uderzają po gryfach, a posadowione na samym środku sceny harmonium zaczyna budować swój quasi elektroakustyczny dron. Wszystkim zjawiskom fonicznym towarzyszą trzaski, zgrzyty, tarcia i para-mechaniczne odgłosy. Harmonium definitywnie przejmuje władanie strumieniem narracji po upływie 4 minuty. Molowy, mroczny flow, który trzyma nas w silnym uścisku upoconych ramion. Oba strunowce także płyną nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, zatem rzeczony dron ma już trzy elementy składowe. Po czasie zaczyna pulsować i modulować swoje natężenie. W okolicach 13 minuty wyższe dźwięki skrzypiec i wiolonczeli popadają w delikatny skowyt. Masywna opowieść gaśnie nagle, tuż po upływie kwadransa. Scenę spowija cisza, szmery i szelesty, oddech powietrza, myśli muzyków. Smyczki stoją w blokach startowych pełne niepokoju o swój los. Cello plami ścieg narracji brudnymi frazami, skrzypce jęczą, a harmonium głęboko oddycha, pozostając w fazie przed-dźwięku. Ten ostatni instrument swoją nową ekspozycję dronową rozpoczyna po wybiciu 20 minuty. Tym razem stojący, gęsty flow zdaje się być nieco wyżej zawieszony, przez to jednak bardziej niepokojący. Muzycy potrzebują ledwie kilka chwil, by znów zlepić się w jedno, ciemne, mroczne i nerwowe ciało. Wiolonczela dba o dół, skrzypce o górę, a cała reszta drży masywnym harmonium. Trójdron zapowiedzianej śmierci dzieje się w naszych uszach!

Po 31 minucie aktywniejsze na flankach strings zdają się rozrywać strukturę opowieści. Wątek główny gaśnie, struny zawodzą i rezonują. Opowieść nie schodzi tym razem do poziomu ciszy, ale w pięknym chaosie sytuacyjnym, generowanym przez instrumenty, które drżą akcentami para-perkusjonalnymi, rodzi się nowy wątek jakże stylowego free chamber. Harmonium w wersji dronowej powraca w 37 minucie. Tym razem każdy z muzyków zdaje się wnosić do strumienia dźwiękowego drobinki melodii, pewien rodzaj wewnętrznej śpiewności. Niespodziewanie opowieść nabiera pięknego, rzewnego posmaku post-barokowego. Frazy pełne niepokoju i bólu egzystencji aż proszą, by je … delikatnie zanucić. Cello znów pcha opowieść ku sferom bliskim podłogi, skrzypce zaś stają na rozdrożu. Ów intrygujący deep barok wpada w dron i zdaje się kierować opowieść ku zmysłowemu zakończeniu. W trakcie tego żmudnego procesu w głowach muzyków, a może także w powietrzu przestrzeni koncertowej, rodzi się kolejny szalony pomysł. Narracja miast gasnąć, budzi się do prawdziwej rewolucji. Struny trzeszczą, gryfy drżą, harmonium wije się w konwulsjach. Chocholi taniec nad przepaścią trwa w najlepsze! Eksplodują kolejne ośrodki ekspresji, a dźwięki bawią się w wielki konkurs piękności. Finał nagrania przypomina niedogaszony żar, które wznieca nowy płomień. Akustyczny, piękny galimatias! Nerwy, kły, złote pierścienie! Brawo!


niedziela, 23 lutego 2020

Let's start the New Thing! Rusza wiosenna edycja Spontaneous Live Series – Live In Dragon 2020!


Cykl koncertów muzyki improwizowanej „Spontaneous Live Series”, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club, rozpoczyna swoją edycję wiosenną roku 2020.

Nate Wooley, Satoko Fujii, Sainhko Namtchylak, Ken Vandermark, Albert Cirera, Kaja Draksler, Kazuhisa Uchihashi, Kjetil Møster, czy kanadyjska orkiestra improwizująca Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, to tylko niektórzy spośród tych, którzy począwszy od najbliższego czwartku, a skończywszy na drugim wtorku czerwca, zawitają do Poznania, by zaprezentować w Klubie Dragon swoją mniej lub bardziej swobodnie improwizowaną muzykę. Oczywiście nie zabraknie także akcentów freejazzowych, a nawet post-rockowej psychodelii.




Grupę znakomitych gości zagranicznych uzupełni silny zaciąg polskich muzyków improwizujących – Paweł Szamburski, Patryk Zakrocki, Wojtek Kurek, Witold Oleszak, Szymon Pimpon Gąsiorek, czy Sławek Janicki.

To właśnie ostatni z nich, bydgoski kontrabasista, zainauguruje cykl wiosenny, wspólnym występem z legendarną wokalistką współczesnej awangardy, pochodzącą z Tuwy, Sainkho Namtchylak. Ich występ poprzedzą dwa sety solowe w wykonaniu Mateusza Rosińskiego aka WD 30 oraz Wojtka Kurka. Pierwszy improwizował będzie prawie wyłącznie przy wykorzystaniu instrumentarium elektronicznego, drugi nie będzie od niego stronił, ale przede wszystkim wykorzystywał będzie swoje podstawowe narzędzie pracy, czyli perkusję. Pierwszy koncert „Spontaneous Live Series” odbędzie się we czwartek 27 lutego. Do Dragona zapraszamy od godziny 19.00.

Poniżej pełny program wiosennej edycji cyklu koncertowego:

27.02 Sainhko Namtchylak & Sławek Janicki/ Wojtek Kurek/ Mateusz Rosiński WD 30
(free improv voice & double bass/ drums with electronics/ impro electronics)

15.03 Henrik Olsson & Ola Rubin
(free improv guitar & trombone)

28.03 SzaZa  Kazu (Paweł Szamburski, Patryk Zakrocki, Kazuhisa Uchihashi)
(clarnets, violin, guitar, all with electronics)

10.04 Shelter (Nate Wooley, Ken Vandermark, Jasper Stadhouders, Steve Heather)
(free jazz with trumpet, sax, guitar/bass, drums)

17.04 Møster!/ Albert Cirera/ Witold Oleszak
(abstract improvised post-rock/ free improv sax solo and with piano)

21.05 Le GGRiL - Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée
(improvised orchestra)

24.05 KAZE (Christian Pruvost, Natsuki Tamura, Peter Orins, Satoko Fujii)
(post-jazz with two trumpets, drums & piano)

09.06 Czajka & Puchacz (Kaja Draksler & Szymon Pimpon Gąsiorek)
(impro piano & drums)