Pokazywanie postów oznaczonych etykietą N.O. Moore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą N.O. Moore. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 lutego 2025

The Scatter Archive’ notes: Wastell! Moore & Prevost! Arch Quartet! Džukljev & Thieke! Lash, Sinton & Ward! Lash & Thomas!


Najwyższy czas zajrzeć na bandcampową stronę szkockiego net-labelu Scatter Archive! W porównaniu do naszej poprzedniej wizyty (bodaj lipcowej) odnajdujemy tu mnóstwo nowych albumów, publikowanych na ogół w tempie jeden na tydzień. Edycja wyłącznie w formie digitalnej ma swoje niezaprzeczalne walory – niskie koszty produkcji i możliwość szybkiego udostępnienia nagrań.

Spośród miliona nowych płyt, jakie zostały upublicznione w drugiej połowie roku 2024 na scatterowej stronie, do poniższego omówienia wybieramy sześć.




Mark Wastell Cello-Intern XVIII

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2023: Mark Wastell – violoncello. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Marka Wastella spotykamy ostatnio głównie za sterami drums & percussion, ale świetnie pamiętamy, iż jego prymarnym narzędziem pracy jest wiolonczela. Muzyk w latach 2022-2024 grywał raz w miesiącu solowe ekspozycje w londyńskiej Hundred Years Gallery. Nie były to koncerty, nie były to próby. Artysta przez godzinę improwizował niezależnie od tego, co akurat działo się w Galerii. W nagraniu słyszymy zatem rozmowy i inne odgłosy codziennego życia tego miejskiego przybytku kultury. Brzmienie instrumentu jest bardzo surowe, a dźwięki zbierane były zapewne jednym mikrofonem.

Szorstki, jednostrumieniowy flow instrumentu, punkowe brzmienie i rockowy niemalże temperament artysty powodują, iż trwająca niewiele ponad dwa kwadranse opowieść w pięciu częściach kipi od emocji, jest niezwykle intensywna, z rzadka sięga po bardziej stonowane, kameralne frazy. Wastell syci narrację dużą dawką post-barokowej melodyki, ale tarza się z nią po podłodze lub wznosi na palcach i spogląda na zamglone, londyńskie niebo. Bywa delikatny jak w odsłonie drugiej, bywa drapieżny jak wygłodniały kocur w czwartej. Lubi mrok, choć nie unika ulotnej taneczności, zdarza się też, że jego instrument trzeszczy w posadach, jak w części trzeciej. W końcowej odsłonie pokazuje pewną żylastość post-barokowej estetyki, znów zdaje się urokliwie gorączkować, piszczeć i skowyczeć. Niesamowite nagranie!



 

N O Moore & Eddie Prévost Scratched Earth

Hundred Years Gallery, Londyn, październik 2024: N O Moore – gitara elektryczna, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 24 minuty.

Tych dwóch artystów, mimo dzielących ich niemal dwóch pokoleń, ma w dorobku sporo wspólnych improwizacji, na ogół czynionych w triach i kwartetach. Tym razem, w urokliwych w okolicznościach HYG, spotykają się w duecie i w trakcie krótkiej ekspozycji decydują się nie zagrać ani jednego typowego, czystego dźwięku gitary, czy perkusji. Moore tonie w euforii amplifikacji, Prevost szyje na swoim wielkim talerzu niekończące się strumienie rezonansu. Bywa też, że obaj toną w oparach całkiem soczystego post-industrialu.

Już pierwsze dźwięki koncertu stawiają nas do pionu poziomem hałasu i intensywności. Gitarowy amplifikator furczy i rzęzi, a blask rezonującego talerza łączy niebo i piekło. Cała narracja zdaje się śpiewać, niczym pijana diwa operowa. Po pewnym czasie gitarowe preparacje zaczynają znajdować ujście w post-rockowej estetyce, z kolei akcje perkusjonalne nabierać pewnej taneczności. Opowieść trzeszczy, skrzypi i syczy, by po kilku chwilach zamienić się w ocean onirycznego ambientu. Na scenę raz za razem powraca też estetyka industrialna, ale jej wyskoki mają teraz charakter incydentalny. Koncert wieńczy … gitarowa melodia, które niesie się na dronowej strudze rezonansu.



 

Arch Quartet (Anna Homler, Tasos Stamou, David Leahy, Adrian Northover) Chummage

Arch 1 studios, West Ham, London, wrzesień 2014: Anna Homler – głos, obiekty, zabawki i urządzenia, Tasos Stamou – preparowana cytra, looper, David Leahy – kontrabas oraz Adrian Northover – saksofon sopranowy. Sześć improwizacji, 34 minuty.

Nagranie kwartetu muzyków, którzy odbyli sesję nagraniową przy okazji muzykowania z London Improvisers Orchestra, przeleżało się na czyimś twardym dysku całą dekadę, ale warto było czekać. Z jednej strony kontrabas i saksofon pod jurysdykcją artystów, których znamy i cenimy, z drugiej głos, cytra i garść elektroakustycznych zabawek ze strony tych mniej rozpoznawalnych, ale z pewnością wartych zapisania w naszych kajetach. To, co najlepsze na Chummage zdaje się dziać w pierwszej odsłonie albumu. W dalszych bywa, że nadmierna kreatywność elektroakustyków tłamsi walory brzmieniowe kontrabasu i saksofonu. W kontekście wszakże całości Arch Quartet wychodzi z tego obronną ręką.

Pierwsza improwizacja żywi się nade wszystko brzmieniem akustycznym, delikatnym pulsem drgających strun, ciepłym smyczkiem i frazującym molekularnie saksofonem sopranowym. Wokalistka najpierw cedzi dźwięki, potem rozpościera ramiona śpiewu z dalekowschodnim akcentem. Nieinwazyjne, rozdrobnione plamy elektroakustyki dodają całości odpowiedniego blasku. Począwszy od drugiej części owa dystyngowana równowaga pomiędzy tym, co akustyczne, a tym, co akustycznym być już przestało, ulega zachwianiu. Muzycy nie stronią od hałaśliwych incydentów, ale potrafią też pochylać się nad pojedynczym dźwiękiem. W kolejnych opowieściach wokalistka w folkowym zaśpiewie i cytrysta, który szuka brudu i zniekształceń, zaczynają dominować, a o tym, że wciąż jest z nami saksofonista przypominamy sobie dopiero po wielu minutach. Finałowa ekspozycja nieco ów rozchwiany obraz narracji porządkuje. Nisko osadzona introdukcja, zwinne, wielokierunkowe preparacje i głos, który płynie tembrem smyczkowej narracji. Na ostatniej prostej kwartet osiąga zaskakującą dynamikę i syci się mnóstwem udanych interakcji.



 

Marina Džukljev & Michael Thieke Motionless Pool

Kulturni Centar Vojvodine Miloš Crnjanski, Nowy Sad, Serbia, grudzień 2021: Marina Džukljev – fortepian, Michael Thieke – klarnet. Siedem improwizacji, 38 minut.

Mimo zalewu brytyjskiej muzyki improwizowanej, na łamach SA nie brakuje miejsca na spektakle kontynentalne. Pośród albumów drugiego półrocza na szczególną uwagę zasługuje album Serbki i Niemca. To doprawdy wyśmienite nagranie – z natury swej minimalistyczne, skupione na drobnych frazach, brzmieniowych i dramaturgicznych niuansach. Artyści zdają się nie wychodzić tu poza okowy swobodnej, chwilami wystudzonej kameralistyki, ale w każdym dźwięku, w każdym ruchu scenicznym czuć, jak wielkie emocje w nich drzemią.

Magię improwizacji otwarcia buduje, wprawiony w rezonans, pojedynczy dźwięk fortepianowego klawisza i suche powietrze wydychane z zimnej tuby klarnetu. Dogasające życie wytrawionej z emocji kameralistyki. W drugiej części muzycy odbywają niedługą podróż od ekspozycji perkusjonalnej na strunach i dyszach do rozśpiewanego, rezonującego strumienia zlepionych w jednej byt dźwięków inside piano i klarnetu. W trzeciej opowieści pojawia się leniwy rytm, który wiedzie w nieskończoność kolejne porcje delikatnych uderzeń po strunach i klarnetowych wyziewów. Czwarta improwizacja zdaje się kontynuować wątek części poprzedniej, ale sadowi się o trzy poziomy niżej. Prawdziwy zamęt sieją tu pojedyncze dźwięki klawisza. Kolejna odsłona, to celebracja, elegijne wyniesienia drobnych fonii z samego dna pudła rezonansowego i głębin klarnetowej tuby. Wszystko nabiera rezonującej poświaty i formuje się w jednorodną strugę akustycznego piękna. Przedostatnia improwizacja, to stygnący w bezruchu strumień matowych, wychłodzonych klawiszy i melodyjnego szumu z tuby. Z czasem wszystko nabiera pewnej soczystości, ale broczy po kolana w mrocznej mazi. W finałowej opowieści w dogorywające trzewia artystów wkrada się zaskakująca nerwowość. Szybkie oddechy, drapanie strun, szczypta hałaśliwego anturażu na moment kreują klimat niemalże post-industrialny. Jeszcze piękniejsze jest jego studzenie, wprost w objęcia ciszy zdobionej pojedynczymi dźwiękami. 



 

Dominic Lash, Josh Sinton & Alex Ward Lash.Sinton.Ward

Hundred Years Gallery, Londyn, lipiec 2024: Dominic Lash – kontrabas, Josh Sinton – saksofon barytonowy, flet altowy, głos oraz Alex Ward – klarnet, gitara elektryczna. Jedna improwizacja, 41 minut.

Lash i Ward, to artyści, których cenimy od lat, starając się nie marnować jakiejkolwiek okazji do obcowania z ich muzyką. Tu spotykamy ich w trio z saksofonistą i flecistą Sintonem, muzykiem zza Wielkiej Wody, które lubi improwizować z obywatelami Zjednoczonego Królestwa. Nagranie koncertowe charakteryzuje się sub-doskonałym brzmieniem, ale dobrze to koreluje z ponadgatunkową improwizacją, jaką serwują nam muzycy. Z jednej strony open jazz, szczególnie od Sintona, z drugiej rozhuśtana kameralistyka (gdy Ward gra na klarnecie), czy post-psychodelia (gdy ten sięga po gitarę), wreszcie Lash, który najlepiej czuje się w formule ekstremalnie kreatywnego arco & pizzicato in one note.

Koncert rozpoczyna się porcją leniwych, preparowanych dźwięków – od barytonowej doliny po klarnetowe wzniesienia, w oparach kontrabasowej różnorodności i głosu saksofonisty. Z czasem narracja przybiera formę nerwowych podskoków i free jazzowych spiętrzeń, ale bywa, że przypomina rozciąganie zwiotczałych mięśni w potoku kameralnych eksperymentów. Muzycy dobrze czują się w obu sytuacjach, choć częściej odnajdujemy ich w tej pierwszej. Tuż przed upływem drugiej dziesiątki minut Ward przesiada się na gitarę skutecznie redefiniując gatunkową estetykę spektaklu. Narracja staje nieco mniej intensywna, choć nadal jest gęsta i upstrzona ciekawymi zdarzeniami. Artyści ćwierkają jak wróbelki, by po chwili generować rozlegle strumienie ambientu i post-psychodelii, a potem na dłużej zastygnąć z rzewnej kameralistyce. Powrót do gry na dwa dęciaki i kontrabas odbywa się tu dość niespodziewanie, poprzedzony tajemniczymi frazami ze strony Warda (jeszcze gitara, czy już preparowany klarnet?). W końcowych fragmentach koncertu Sinton sięga po flet, a Lash koncertuje się na smyczkowym frazowaniu. Finalizacja jest melodyjna, istotnie rozciągnięta w czasie.



 

Dominic Lash & Pat Thomas Elements and Properties

Café Oto, Londyn, marzec 2023 (utwory 1,4) oraz Curious Ear in St Margaret's Church, Manchester, luty 2024 (2,3): Dominic Lash – gitara elektryczna, Pat Thomas – fortepian. Cztery improwizacje, 43 minuty.

Dominic Lash pozostaje na scenie, przesiada się jednak na gitarę elektryczną, co czyni ostatnimi laty bardzo chętnie. Cztery improwizacje, zarejestrowane na dwóch koncertach, czyni tu w zacnym towarzystwie Pata Thomasa wyposażonego wyłącznie w akustyczne instrumentarium. Ich wspólna opowieść najchętniej kieruje się ku free jazzowi, ale incydentalnie nabiera zaskakująco … bluesowego posmaku, zarówno ze strony rytmicznie uwarunkowanego pianisty, jak i niekiedy dość melodyjnie frazującego gitarzysty.

Skupione otwarcie bazuje na frazach inside piano i stłumionych, post-bluesowych introdukcjach gitary. Pierwsza improwizacja dość szybko wpada we free jazzowy tumult, sycony adekwatną porcją emocji. Druga opowieść, która stanowi niemal połowę płyty, mieni się intrygującą różnorodnością. Początek tkany jest z gitarowych plam psychodelii i post-klasycznej repetycji piana. Muzycy leniwie snują się po scenie, sięgają po atrybuty ballady, chętnie pochylają nad brzmieniowymi detalami, jakby zbierali siły na bardziej temperamentne resume. Pozostała część albumu, to dwie krótsze odsłony, oparte zarówno na ponadgatunkowej refleksyjności, jak i tanecznym pulsie pianisty i post-bluesowym, niemal rockowym frazowaniu gitarzysty. Końcowa część koncertu lepi się na starcie z drobnych, szumiących fraz, potem przybiera postać free jazzowego marszu, wreszcie kona w ciepłej melodyce.

 



piątek, 13 grudnia 2024

The Shrike Records’ collection: Hazard Calls! The Worm Turns! Fulcrum! Good Friday Plowshares Missile Silo Witness! If Only Silence Was Round!


Londyński Shrike Records z dumą wieńczy czwarty rok działalności edytorskiej. Dwadzieścia dwa albumy, a na nich śmietanka brytyjskiej sceny w swobodnych akcjach free impro (na ogół w premierowych zestawieniach personalnych), a także garść okazjonalnych gości z innych części świata. Bezmiar udanych koincydencji dźwiękowych, barwna, jakże konsekwentna linia graficzna (brawa dla Johna Trice’a) i organizacyjna koherentność (brawa dla Marka Daviesa) – wszystko to sprawia, że po ptasie albumy sięgamy zawsze z ogromną przyjemnością.

Dziś zanurzamy nasze receptory słuchu i wzroku w ostatnich pięciu albumach SR, które ukazały się od kwietnia do września bieżącego roku. Na kompaktowych dyskach sami dobrzy znajomi z ofertą swobodnego post-jazzu i mnóstwem ponadgatunkowych naleciałości, z kolei na winylach garść niespodzianek, zarówno personalnych, jak i brzmieniowych – to jakby rodzaj estetycznej awangardy w stosunku do wątku podstawowego wydawnictwa. 

So, welcome to Free London!



 

Alex Ward/ Dominic Lash/ Mark Sanders Hazard Calls (CD, 2024)

Alex Ward – klarnet, Dominic Lash – kontrabas oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Lake Street Community Centre, Oxford, kwiecień 2024. Pięć improwizacji, 62 minuty.

Tych artystów słyszeliśmy w tysiącu swobodnie (i nie tylko) improwizowanych konfiguracjach. Ward i Lash grają ze sobą niemal od kołyski, a cała trójka jest znakiem jakości tak wielu sesji nagraniowych i koncertów, iż nie sposób zreasumować tego w kilku słowach. Ich spotkanie z Oxfordu nosi wszakże sporo znamion wyjątkowości. W takim zestawieniu personalnym nie grywali często (jeśli w ogóle), dodatkowo Ward sięga tu jedynie po klarnet, a swą temperamentną gitarę elektryczną pozostawia na backstage’u. Między innym dzięki temu ich soczysta, jakże wytrawna improwizacja zyskuje silnie kameralny sznyt, często zatapia się w czupurnej liryce i chętnie porusza po oceanie wystudzonych emocji. W tej sytuacji scenicznej wszelkie spiętrzenia i drobne wybuchy ekspresji mienią się jeszcze piękniejszymi barwami.

Muzycy podzieli opowieść na pięć odcinków. Cztery pierwsze są kilkunastominutowe, ten ostatni nieco krótszy. Początek jest definitywnie kameralny, a tworzą go nerwowy klarnet oraz zawieszona w czasie i przestrzeni post-jazzowa sekcja rytmu. Narracja jest precyzyjna, nieśpieszna, choć demon free jazzu zdaje się być przyczajony w każdym jej zaułku. Balansuje na krawędzi ekspresji, lepi się z lamentów smyczka, skomleń klarnetu, drżących talerzy i czujnego, punktowego drummingu. Otwarcie drugiej historii tonie w rezonansie, którego porcje dokłada po kolei każdy z muzyków. Leniwa, wystudiowana post-ballada, poruszająca się wężowym krokiem, z czasem przekształca się w koherentny półgalop. Trzeci epizod introdukowany jest jeszcze precyzyjniej. Szum ciszy, szmer talerzy, roztargnione stemple basu w poszukiwaniu dramaturgicznego punktu zaczepienia. Improwizacja najpierw pęcznieje mocą pizzicato, dociera na drobny szczyt, po czym zwalnia niesiona nostalgią arco wprost w mrok wyrafinowanych preparacji. Puenta improwizacja jest na powrót dynamiczna, definitywnie efektowna.

Kolejna opowieść jest nerwowa od pierwszych sekund. Coś trzeszczy na werblu, klarnet prycha z irytacji, bas drży jak osika. Całość przypomina taniec na rozgrzanym dachu. Falująca ekspresja zostaje tu skutecznie stonowana post-barokowym interludium smyczka. W oparach ciszy o nasze emocje dba pogrążony w dronowej ekspozycji klarnet. Ostatnia historia jest najbardziej dynamiczną częścią albumu. Otwiera ją klarnecista pogrążony w oszczędnym rytmie. Podobnie zachowują się drummer i kontrabasista, a wszyscy przypominają roztańczone pasikoniki na wilgotnej, porannej łące. Tempo rośnie, a o wzrost ekspresji dbają nisko osadzony smyczek, klarnet uciekający ku niebu i ruchliwe, perkusyjne szczoteczki. Ów kompulsywny wyziew energii towarzyszy nam do ostatniego dźwięku.



 

Darin Gray/ Pak Yan Lau/ Steve Noble/ Alan Wilkinson The Worm Turns (CD, 2024)

Darin Gray – bas bezprogowy, preparacje, elektronika, Pak Yan Lau – fortepian preparowany, syntezator, toy piano, gong rods, elektronika, Steve Noble – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Alan Wilkinson – klarnet, klarnet basowy, saksofon altowy, głos. Cafe Oto, Londyn, maj 2023. Cztery improwizacje, 40 minut.

Oto sytuacja dość typowa dla SR - koncert muzyków, którzy wcześniej nie improwizowali w zadanej konfiguracji personalnej (z zastrzeżeniem „najprawdopodobniej”) zarejestrowany w londyńskim Cafe Oto. Niebanalny zestaw instrumentalny (niespodzianki możliwe w każdej sekundzie występu), ponadpokoleniowy zestaw artystów i wielokolorowy melanż stylistyk, estetyk i sytuacji dramaturgicznych. Kwartet rozpoczyna definitywnie w kłębach soczystego free jazzu i tamże koncert swój kończy, ale w tak zwany międzyczasie (część druga i trzecia) dzieją się rzeczy doprawdy niezwykłe, śmiało konstytuujące jakość całego przedsięwzięcia.

Rzeczone, free jazzowe otwarcie ewoluuje od agresywnych, ciętych short-cuts po ocean rozległych i ekspresyjnych wydechów. Bas daje na poły syntetyczny background, piano cielesność melodii, klarnet basowy chwile grozy, a perkusja precyzję narracyjną. Opowieść niesie się na ogół efektownymi wzniesieniami, ale nie unika kameralnych dolin. Wilkinson dokłada glos, a każdy z pozostałych garść brzmieniowych niuansów. Początek drugiej części obiecuje wiele i nie zawodzi. Perkusja inicjuje, inside piano zachęca do kooperacji, szeleszczą struny, elektronika snuje się po podłodze, a dęte pomruki dopełniają obrazu onirycznej trwogi sytuacyjnej. Po fazie wznoszenia i opadania improwizacja nabiera rumieńców, niesiona ekspresją klarnetu i porcją fraz preparowanych z każdego ośrodka dźwiękowego. Z czasem wszystko przepoczwarza się w strugę polirytmicznej narracji, niesionej niemal gamelanowym tembrem.

Start trzeciej opowieści trzyma się zadanej estetyki, choć tworzą ją filigranowe akcje inside piano i instrumentów perkusyjnych. Narracja formuje się w drony, w smudze których rozpoznać możemy jedynie brzmienie klarnetu basowego, reszta jest bowiem plejadą fonicznych zagadek. Opowieść balansuje teraz na krawędzi post-jazzu i abstrakcyjnej kameralistyki, okazjonalnie bywa bardzo ekspresyjna. Subtelna elektronika świetnie podkreśla wyśmienite akcje klarnecisty i multimedialnej w tej chwili pianistki. W fazie finałowej tej części koncertu towarzyszą nam dęte rozśpiewanie, smyczek na gryfie basu, szeleszczące inside & outside piano i perkusyjne, tudzież perkusjonalne stemple jakości. Zgodnie z anonsem na ostatnie sześć minut albumu muzycy powracają do estetyki free jazzu, tu lepionej z melodyjnych fraz saksofonu altowego i drżących z emocji basu, piana z klawiatury i perkusyjnej dynamiki. Improwizacja przez kilka chwil wydaje się dość przewidywalna, ale rozdygotany, emocjonalny finał wiele rekompensuje.



 

Rachel Musson/ John Edwards/ N.O. Moore/ Steve Noble Fulcrum (CD, 2024)

Rachel Musson – saksofon tenorowy, John Edwards – kontrabas, N.O. Moore – gitara elektryczna oraz Steve Noble – perkusja. Iklectik Arts Lab, Londyn, grudzień 2023. Dwie improwizacje, 58 minut.

Kolejny kwartet w zestawie shrike’owych nowości dostarcza już samo free jazzowe mięcho! Nie grozi nam wszakże odium przewidywalności, albowiem na scenie (bez oklasków) odnajdujemy czworo na tyle kreatywnych artystów, iż cokolwiek by nie zakiełkowało w ich szalonych głowach, efekt foniczny stawia nas do pionu i każe bez ustanku popadać w zadowolenie.

Umiarkowanie ekspresyjny początek tylko rozbudza oczekiwania. Bas i perkusja tyczą twardy szlak, dęciak swobodnie pokrzykuje, a gitara kłębi się w oparach amplifikacji. Podróż od wystudzonego post-jazzu do korpulentnego free nie trwa tu długo, a jedynym interwałem jest moment kameralnego oddechu w okolicach ósmej minuty. Opowieść pulsuje emocjami, raz za razem podsycanymi akcjami pizzicato & arco kontrabasisty. Dość szybko osiąga szczyt i przenosi ciężar odpowiedzialności na mantrujący smyczek. Tu narracja, wbrew pozorom, staje się jeszcze gorętsza! Zdaje się, że w tym kwartecie każdy może być ogniskiem zapalnym. Wyraźne uspokojenie ma miejsce dopiero po dwudziestej minucie. Muzycy pochylają się wtedy nad pojedynczymi frazami, a opowieść zyskuje tajemniczy, post-bluesowy posmak. Pojawiają się akcenty preparowane, szczególnie ze strony perkusisty i gitarzysty, dosyłających zgrzyty i ambientowe plamy. Finał pierwszego seta, który trwa dłużej niż dwa kwadranse, znów pełen jest kreatywnych akcji z każdej strony, odrobinę wszakże pozbawiony mocy, jaka dewastowała opowieść kilka chwil wcześniej.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, w każdym wymiarze nieco inny od pierwszego. Inicjacja prowadzona kolektywnie skupia się na ciszy, szeleszczących przedmiotach, drobnych piskach i obcierkach. Nie brakuje brudu i fraz na poły dronowych. Narracja rozwija się tym razem bardzo powoli, ale konsekwentnie, głównie dzięki pieczołowitości drummera. Moc tym razem idzie nade wszystko od strony gitarzysty, który definitywnie wybudza się z letargu, w jakim przebywał przez dużą część pierwszej odsłony albumu. Muzyk wrzuca rockowy bieg i zaczyna taniec szaleństwa. Niesie kwartet na wzgórze, syci opowieść soczystą solówką godną stadionów świata. Po chwili kameralnego zawahania improwizacja płynie najpierw gęstą strugą power trio, a po powrocie saksofonu pełnowymiarowym power quartet! Następnie scena zostaje oddana na wyłączność saksofonistce. Gdy koledzy wracają, wraca też moc i prawdziwie free jazzowy ogień. W fazie finalizacji najpierw następuje jeszcze większe zagęszczenie, ale bez udziału perkusji, potem – na końcowe trzy minuty - improwizacja przyjmuje postać pożegnalnej post-ballady, której swobodny rytm wystukuje perkusista.



 

Bruce Russell & Thierry Monnier via Fermata Ark Good Friday Plowshares Missile Silo Witness (LP, 2024)

Bruce Russell – gitara, amplifikacje, elektronika, field recordings, rozmowy, tape machine, Thierry Monnier – gitara, amplifikacje, elektronika, Fermata Ark – post-produkcja, aranżacja, syntezatory, elektronika oraz Mark Wastell - tam tam (utwór 2), Dirty Electronics - elektronika (2). Lyttelton, Nowa Zelandia, luty 2020. Dane dotyczące miejsca i czasu post-produkcji nieznane. Cztery utwory, 45 minut.

Album o bodaj najdłuższym tytule w historii labelu zdaje się być także nagraniem najbardziej odległym od typowej dla SR estetyki. Dwie gorące, skąpane w ogniu artyleryjskiego ostrzału gitary elektryczne, słowo mówione, sporo elektroniki na wejściu, ale i etapie post-produkcji, międzynarodowe towarzystwo i jeszcze dalekie Antypody w ramach miejsca realizacji dźwięków bazowych. Dobry Piątek… bez wątpienia zasługuje na miano wydawnictwa szczególnego.

Z dziką i niebezpieczną aurą albumu zaznajamia nas głos z offu i syczenie amplifikatorów. Gitarowy zgiełk, który po chwili opanowuje szerokie spektrum nagrania płynie gęstym wzniesieniem i mulistą doliną, dodatkowo rozsiewany elektroniką realizowaną na żywo i zapewne tą post-produkcyjną. Od awangardy ciężkiego rocka, po abstrakcję swobodnej improwizacji. Sporo dzieje się także na backgroundzie, gdzie królują brzmienia elektroniczne, field recordings, głosy i samplowane komentarze. Incydentalnie pojawiają się akcenty rytmu, ambientowe rozwarstwienia, tudzież psychodeliczne, złowrogie pasma post-dźwięków. Tutaj the sky is not a limit! Przez moment uciekamy w chmurę ptasich igraszek, mówi do nas głos z tekstem, po czym wracamy do hałaśliwego pogorzeliska rocka. Zakończenie pierwszej strony winyla śmiało mogłoby stanowić soundtrack do głośnego w czasach zimnej wojny obrazu The Day After.

Drugą stronę krążka inicjuje gitarowa pętla, dość wysoko osadzona, zaciskająca się na szyi bezbronnej ofiary. W czwartym utworze, drugim na tej stronie, gitary zdają się frazować nieco lżejszym, odrobinę mniej brudnym tembrem. Z jednej strony zgliszcza prog-rocka, z drugiej kolejne stadium gitarowej fermentacji. Syntetycznie rozwarstwiająca się narracja przypomina teraz stłumiony krzyk, a nastrój monotonnej, ale narastającej grozy potęgują zniekształcenia i usterki. Zdaje się, że P.H.Lovecraft czułby się w takim środowisku, niczym ryba w wodzie. Samo zakończenie albumu jest tyleż ambientem, co hukiem kołującego myśliwca. Jeszcze tylko głos z offu dokłada ostatni komentarz.



 

Albert Newton (Charles Hayward/ John Edwards/ Pat Thomas) If Only Silence Was Round (LP, 2024)

Charles Hayward – perkusja, John Edwards – kontrabas oraz Pat Thomas – elektronika. Lewisham Arthouse, lipiec 2023. Sześć improwizacji, 47 minut.

Nawiązując od preambuły dzisiejszego omówienia - co może być awangardą w stosunku do swobodnej, atonalnej i upiornie nielinearnej improwizacji? Może połamane rytmicznie post-electro, może rozhuśtany fussion-funk, a może gęsta, niefiltrowana magma post-industrialu? Tajemniczy Albert Newton w trzech osobach – perkusisty, kontrabasisty i elektronicznego pianisty – podsyła nam pewien trop!

Start jest gęsty, grany masywnym kontrabasem, tu jak zwykle zawieszonym pomiędzy zwiewnym pizzicato, a turbulentnym arco, połamanym rytmem perkusji i elektroniką, która strzyka moczem jak złośliwy kocur, albo cedzi zwarte strumienie fonii, niczym post-romantyczny syntezator. Pod powierzchnią tej strugi korpulentnych dźwięków czai się coś bezczelnie funkowego, a nawet punkowego. Słuchać to doskonale w momentach, gdy narracja łapie rytm, gdy przyspiesza i wyswobadza się z uścisku gęstych, tłustych zapętleń. Bywa, że elektronika ucieka w wyższe pasma, tudzież atakuje pełnym spektrum hałasu. Akustyczna sekcja post-rytmu łapie wtedy definitywnie rockowy, tudzież post-rockowy flow. Na starcie trzeciej odsłony tempo na kilka chwil opada, a opowieść, która z pewnością nosi znamiona improwizacji, nasiąka mulistym, zgrzebnym post-industrialem. Z kolei zakończenie pierwszej strony winyla, czyli utworu czwartego, stawia na upiorną klimatyczność, przypomina soundtrack do niemego filmu o podboju kosmosu.

Druga strona, to dwie opowieści. Początek jest spokojny, by nie rzec minimalistyczny. Muzycy dość szybka łapią jednak rytm i uciekają w dalece taneczną ekspozycję. Potem dostają się w obszar spiętrzeń, turbulencji i silnego wiatru. Ale gdy ponownie wpadną w sidła rytmu, nie odpuszczą do samego końca. Opowieść nabiera jeszcze bardziej funkowego odczynu i syci się szczyptą psychodelii niesioną post-melodyjnym flow syntezatora. Po upływie kwadransa, już w trakcie drugiej części tej strony, narracja spowalnia, z trudem łapie oddech, ciężko dygocze. Do końca albumu króluje już leniwa melodia pchana filuternym post-rytmem.




piątek, 16 lutego 2024

Shrike Records' 2023: Alex Ward! Eddie Prévost’ Chord! Northover, Magliocchi & Gussoni!


Londyńska inicjatywa wydawnicza Shrike Records wystartowała w ciężkich czasach pierwszego covidowego lockdownu, ale po trzech edytorskich latach ma już w katalogu szesnaście pozycji. Z drobnymi wyjątkami zawierają one soczystą, swobodnie improwizowaną muzyką ścisłe związaną ze światową stolicą gatunku, czyli Londynem i w przeważającej większości z muzykami, których śmiało możemy zaliczyć do legend, tudzież istotnych twórców tego kierunku muzyki współczesnej.

Na tych łamach jesteśmy ze Shrike od pierwszego albumu, zatem bez zbędnych introdukcji zagłębiamy się w płytach, które ukazały się w drugiej połowie ubiegłego roku i są pozycjami nr 12, 13 i 14 w katalogu. To trzy prawdziwe perły brytyjskiego free impro (z drobnym zaciągiem włoskim), trzy powody, by paść na kolana i prosić o niski wymiar kary. Dodajmy, iż tytuły te nie znalazły się w liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2023 jedynie dlatego, iż trafiły pod strzechy trybunowego recenzenta dopiero w styczniu bieżącego roku. Ale wszystkie one na ów zaszczyt bezwzględnie zasługują.



 

Alex Ward Items 6 & 7 The Recent Past

Cafe Oto, Londyn, lipiec 2022: Alex Ward – klarnet (utwór 1), gitara elektryczna (2), Hannah Marshall – wiolonczela (1), Andrew Lisle – perkusja (1,2), Otto Willberg – kontrabas (1,2), Benedict Taylor – altówka (1), Charlotte Keeffe – trąbka (1,2), flugelhorn (2), Cath Roberts – saksofon barytonowy (2), Sarah Gail Brand – puzon (2), Rachel Musson – saksofon tenorowy (2). Dwie kompozycje, 74 minuty.

Pośród formacji Alexa Warda, które zwinnie improwizują wedle wskazań i w obrębie dobrze skrojonych, kompozytorskich scenariuszy, znamy już Item 4 oraz Item 10. Na najnowszej płycie artysta prezentuje nam Item 6, który realizuje definitywnie model free chamber oraz Item 7, który zagłębia się w meandry ekspresyjnego free jazzu. W sekstecie zdominowanym przez instrumenty strunowe, a konsumującym pierwszy utwór albumu, Alex sięga po klarnet, w septecie, doposażonym w pokaźną watahę instrumentów dętych, a realizującym się w trakcie drugiego utworu, muzyk gra na gitarze elektrycznej.

Dźwięki otwarcia płyną do nas długimi, strunowymi frazami, incydentalnie stemplowanymi szarpnięciami kontrabasu. Tuż potem ma miejsce drobna ekspozycja dęta z molową melodyką. Narracja płynie zarówno czystymi frazami, jak i drobnymi preparacjami, za które odpowiedzialne są trąbka i altówka. Ta pierwsza zdaje się być najaktywniejsza w pierwszej części utworu i odpowiadać za niemal free jazzową eskalację, stymulowaną także akcją perkusji. Po drobnym szczycie sześcioosobowa formacja rozlewa się szerokim strumieniem, z aktywnym udziałem wszystkich aktorów widowiska. Strunowce narastają niczym letnia burza, a dodatkową atrakcją są post-jazzowe wtręty perkusji. Zgodnie wszakże z zapisami kompozycji następuje teraz efektowne zejście w mrok szemranych interakcji. Za kolejną akcję zaczepną odpowiada trio ekspresyjnego klarnetu, wspartego na basie i perkusji. I ta ekspozycja kończy swój żywot w strunowych lamentach. Zmiana goni tu zmianę, zatem dość szybko odnajdujemy się w strumieniu basowego pizzicato, podkreślonego feerią talerzy. Strunowce jednak nie odpuszczają i z gracją baletnicy wypuszczają na solową akcję altówkę. Zew krwi czuje także wiolonczela, która przejmuje główny nurt opowiadania, rozsiewając na scenie niemal folkową poświatę. Tu bystrym kontrapunktem jest wspólna inicjatywa klarnetu i trąbki. Na ostatniej prostej narracja powraca do strwożonego, kameralnego klimatu i gaśnie na głęboko osadzonym, kontrabasowym smyczku.

Edycja septetowa startuje dętymi śpiewami osadzonymi na kameralnie frazującym smyczku basu. Wokół mości się aktywna perkusja, a groźba free jazzu wisi nad wszystkim niczym miecz Damoklesa, szczególnie, gdy tembr gitary staje się dalece mięsisty. Flow nosi znamiona połamanego, ale wyjątkowo precyzyjnego. Świetną zmianę daje baryton wsparty na smyczku, a basowe pizzicato dolewa oliwy do ognia. Uspokojenie tego tygla emocji spoczywa na duecie puzonu i saksofonu. Nowy wątek znów korzysta ze smyczka, a niesiony jest kreatywnością gitary i trąbki. Nie przeszkadza to reszcie załogi udzierać kameralne interludium, które niespodziewanie kończy się w ciszy. Restart jest definitywnie kolektywny i dość szybko wyprowadza narrację na otwarte pole free jazzu, po drodze gubiąc sekundę na efektowny duet gitary i puzonu. W fazie ognistej na froncie dokazują szczególnie baryton i trąbka. Przez moment opowieść zasadza się na narracji dętego kwartetu, w którym każdy gra na innym poziomie intensywności. Piękny moment! Notyfikacja znów szykuje nam wszakże niespodziankę i bez mrugnięcia okiem przenosi w otchłań łagodności, melodii i dramaturgicznej powolności. Nowa akcja zaczepna zasadza się na ekspresji gitary i saksofonu, niesionych masywnym tembrem sekcji rytmu. Gitara szuka tu ściany dźwięku, ale znajduje mrok post-jazzu. Ostatnie trzy minuty, to już faza falling down, budowana posuwistymi, ale leniwymi pociągnięciami pędzla.



 

Eddie Prévost/ NO Moore/ James O’Sullivan/ Ross Lambert Chord

OneCat Studio, Crystal Palace, Londyn, lipiec 2022: Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz NO Moore, James O’Sullivan i Ross Lambert – gitary elektryczne. Siedem improwizacji, 58 minut.

Eddie Prévost, mistrz rezonujących akcesoriów perkusjonalnych, artysta, który z krawędzi wielkiego talerza, zawieszonego na efektownym stojaku potrafi wyrzeźbić frazy dane tylko jemu, spotyka w okolicznościach studyjnych trzech gitarzystów, których zadaniem jest swobodnie improwizowanie w chmurze post-gitarowych preparacji, wyjątkowo silnie nasączonych odczynem kwasowym. Każda z siedmiu opowieści tego albumu mieni się szczególnym pięknem, kolorytem subtelnej, ale totalnej psychodelii.

Schemat dramaturgiczny większości improwizacji jest tu podobny – najpierw ma miejsce gitarowa introdukcja, realizowana zarówno w pojedynkę, jak i kolektywnie, jakby w oczekiwaniu na ruch perkusjonalisty. Ten wchodzi do gry po pewnym czasie i błyszczącym, rezonującym talerzem porządkuje narrację, często tłocząc ją w wielką chmurę ambientu, ale także stymulując gitarzystów do dalszych akcji, które niosą pokaźny nerw kreatywności. Praca gitarzystów ma tu wyjątkowo szerokie spektrum dźwiękowe. Od drobnych plam typowych dla gitarowych przetworników, przez drżenia, pulsacje, szumy, zgrzyty i sprzężenia, aż po brzmienia, które wydają się być niemal elektroakustyczne. Opowieści toczą się tu od lewitującej ciszy aż po smugi post-industrialnej smoły. Potok fonii przypomina strumień płynnej, powulkanicznej lawy. Narracje są często stonowane, smukłe i oniryczne, ale efektownie kontrapunktowane eksplozjami mikro hałasu, tu generowanymi nade wszystko wielkim, rezonującym talerzem. Aura backgroundu jest także bogata, często sycona szumem gitarowych amplifikatorów. Koloryt narracji jako całości mieni się przeogromną paletą barw, a sytuacja, w której możemy bez omyłki wskazać źródła poszczególnych dźwięków lub liczbę gitar frazujących w danej chwili należy tu do rzadkości. Także akcje Prévosta, które nie koncertują się na rezonansie talerza i chętnie wtapiają w post-gitarowe wyziewy, stanowić mogą asumpt dla dysonansu poznawczego odbiorcy.

Pierwsze pięć improwizacji trwa tu od pięciu do dziewięciu minut. Szósta jest nieco krótsza, choć wyjątkowo bogata w wydarzenia, skoncentrowana wszakże na dźwiękach niekiedy bliskich ciszy. Zdaje się być perfekcyjnym podprowadzeniem pod ostatnią część, która trwa ponad kwadrans. Jej początek syci się mnóstwem elektroakustycznych niespodzianek dźwiękowych. Słyszymy tajemnicze odgłosy dochodzące z oddali i moc talerza, który tym razem zagęszcza flow i stawia niebanalne znaki zapytania. Z jednej strony mgławice gitarowej post-psychodelii, nie bez industrialnie brzmiących wtrętów i nerwowy ambient tła, z drugiej rezonujący talerz, swoisty demiurg dramaturgii, który czuwa nad całością, ale też chętnie wchodzi w interakcje, zwłaszcza z bardziej delikatnymi frazami gitarzystów. Przez ostatnie trzy minuty opowieść tonie w pogłosie, pełnym brzmieniowych subtelności.



 

Adrian Northover/ Marcello Magliocchi/ Bruno Gussoni The House On The Hill

Monteggiori Studios, Włochy, lipiec 2023: Adrian Northover – saksofon sopranowy, Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Bruno Gussoni - flety, shakuhachi. Trzynaście improwizacji, 51 minut.  

Post-stevensowski small drum kit i dwa lekkie, roztańczone, acz definitywnie czupurne dęciaki w kompulsywnej, jakże swobodnej improwizacji. Tym triem zachwycaliśmy się onegdaj i bez cienia wątpliwości umieściliśmy jego album na którymś z rocznych, trybunowych the best-off. Tym łatwiej jest nam teraz zatopić się bez reszty w nowej, studyjnej rejestracji tej włosko-brytyjskiej formacji bez nazwy własnej.

Pieśń otwarcia zdaje się wyznaczać zasady gry na tym albumie. Tworzą ją pokrzykujący saksofon sopranowy i flet pozostające w godowym, nierzadko imitacyjnym tańcu i nerwowe, wielowymiarowe percussion & drums (dokładnie w tej kolejności!), budujące pajęczynę, przez którą nie prześlizgnie się nawet najmniejszy owad. Muzycy świetnie panują tu nad emocjami, ale wielokrotnie dają się unieść swym gorącym temperamentom. Od ptasich small talks, po posuwiste drony lekkich, rozhuśtanych fraz, a wszystko obudowane stevensowskim, niemal unoszącym się w powietrzu drummingiem, który świetnie kontrapunktuje dęte wyczyny. Dęciaki pracują w bardzo szerokim spektrum dźwiękowym, choć po definitywnie preparowane frazy sięgają rzadko. Perkusjonalista czyni to częściej, ale bez szwanku dla dynamiki całości, a jego techniki rozszerzone mają jedynie wzbogacać narrację, nie są zaś celem samym w sobie.

Pośród trzynastu opowieści zamieszczonych na płycie trzy są miniaturami, kolejne dziewięć to rozbudowane, kilkuminutowe historie o intrygującej dramaturgii, a wszystko wieńczy najdłuższa improwizacja, który udanie reasumuje całe przedsięwzięcie. Na albumie dominują dynamiczne ekspozycje, często inicjowane efektownymi brzmieniowo introdukcjami. Na tle tych ekspresyjnych galopad szczególnie urokliwie jawią się opowieści bardziej spokojne, czy wręcz zadumane, jak choćby druga faza szóstej improwizacji, także siódma, wreszcie wyjątkowo mroczna dziesiąta. W dwunastej odsłonie mamy szumiące otwarcie dęciaków, a akcja perkusjonalna pojawia się dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Całość, tak czy inaczej, popada we frywolny taniec. Wspaniałym podsumowaniem albumu jest końcowa improwizacja, którą zaczynają perkusjonalne preparacje, a w których uczestniczą także flecista i saksofonista, budujący ramy post-rytmu na bliżej niezidentyfikowanych przedmiotach (lub na korpusach swoich instrumentów). Dęte frazy pojawiają się dopiero po czasie, a cała improwizacja zdaje się być rytualną, pięknie celebrowaną, plemienną fiestą radości i zadumy. Jak już kiedyś o tej formacji pisaliśmy – spuścizna artystyczna Spontaneous Music Ensemble ma w tych trzech muzykach wspaniałych kontynuatorów.



piątek, 16 września 2022

Traktor by Ederer, Moore and Prevost! What a cover, what a game!


Zacznijmy od okładki! Pół wieku i sześć lat temu światło dzienne ujrzała pierwsza płyta legendy świata improwizacji, formacji AMM. Okładkę albumu zdobiła żółta ciężarówka, a autorem projektu był gitarzysta grupy Keith Rowe.

Dziś w naszych rękach ląduje album zatytułowany Traktor, a jego okładkę, jak widać poniżej, zdobi … żółty traktor. To oczywiście nie przypadek, ta dzisiejsza grafika jest bowiem hołdem dla okładki sprzed ponad pół wieku. Informuje o tym albumowe credits, a dodatkowo poświadcza obecność na płycie Eddiego Prevosta - ojca założyciela AMM, perkusjonalisty i mistrza rezonującego talerza. Wreszcie same dźwięki zawarte na srebrnym dysku, wydanym przez londyński Shrike Records, doprawdy wyśmienite od pierwszej do ostatniej sekundy koncertu, jaki miał miejsce ubiegłego lata w stołecznym klubie Iklectik. A wewnątrz samego Traktora, obok perkusjonalii, odnajdujemy także kobiecy głos udanie zaplątany w elektronikę i niebanalna gitara o stu twarzach – czyli Iris Ederer i Nathan O. Moore. So welcome and enjoy!



 

Aurę otwarcia tworzą dźwięki rezonującego talerza, basowy beat-box wprost z gardła i szkliste, nasączone amplifikacją plamy gitarowe. Głos zdaje się tu niekiedy przypominać gitarowe wah-wah, niesie też w sobie bliżej nieokreślony, dalekowschodni posmak. Z czasem narracja zagęszcza się, choć pozostaje dość lekka, a każdy z muzyków dokłada drobne porcje coraz brudniejszych fraz. Pojawiają się akcenty rytmiczne, ale perkusjonalista wydaje się być tym ostatnim za ten proceder odpowiedzialnym. W toku ponad 20-minutowej improwizacji otwarcia nikt z artystów nie idzie na skróty. Moore produkuje elektroakustyczny śmietnik, Ederer drąży skałę okablowana elektroniczną poświatą, a Prevost doskonali metody wydobywania dźwięków z talerza za pomocą dobrze zaostrzonego smyczka. Narracja z jednej strony skrzy się post-industrialnymi atrybutami, z drugiej zdaje się być od krok od onirycznej aury nieskończoności. Na gryfie gitary pojawiają się dubowe repetycje, z kolei głos ucieka w silny, niemal psychodeliczny pogłos. Oba wspomniane ośrodki dźwięku płyną tu ambientową strugą, którą trzyma przy życiu błysk rezonującego talerza. Po dość skromnym wytłumieniu narracja powraca na wytyczony tor wypełniona jakby większą ilością czystych, bardziej wystudzonych emocjonalnie fraz. Akcenty drummingowe po metalowych przedmiotach dają z kolei asumpt do budowania czegoś odrobinę bardziej dynamicznego. Finał pierwszej improwizacji rzeczywiście dostarcza nam dużo emocji. Wokalistka odmienia twarde „r” przez wszystkie przypadki, gitarzysta schodzi na poziom basowych dźwięków, a perkusjonalista udaje się na rezonującą przebieżkę niewielkim wzniesieniem.

W drugiej opowieści pojawiamy się chyba lekko spóźnieni. Rozgrzani już muzycy ślą ku nam kompulsywne pozdrowienia. Długie frazy budowane basowym głosem, delikatnie sprzęgająca się gitara i perkusjonalia, które klecą dla nas niebanalną ekspozycję drummingową, chwilowo pozbawioną elementów rezonujących. Całość znajduje tu ciszę ledwie po kilku minutach. Start trzeciej improwizacji wydaje się być wyjątkowo spokojny. Subtelne frazy gitary i głosu, oniryczne piski talerza. Artyści lepią dron wagi lekkopółśredniej. Emocje wszakże buzują i dają nadzieję na kolejne spektakularne wydarzenia. Narracja osiąga stan drobnej kipieli w ułamku sekundy, ale faza wystudzenia trwa równie krótko. Gitara proponuje akcenty perkusyjne, głos wtłoczony w elektronikę łapie dubową poświatę. Na koniec mamy wrażenie, że wszystkie dźwięki na scenie są efektem zjawiska rezonansu magnetycznego.

Ostatnia improwizacja, podobnie jak pierwsza, trwa ponad 20 minut. Jej początkowa faza tkana jest z ochłapów fonii – szelestów, mikro pulsacji, zgrzytów i subtelnie rezonujących fraz. Dubowe klimaty gitary i wokalu konfrontowane są tu z dronem smyczka łamiącym fakturę talerza. Muzycy wspinają się na niewielki pagórek, po czym oszołomieni ciszą szukają nowych dźwięków. Z jednej strony perkusjonalna akustyka, z drugiej posmak post-jazzowego fussion. Wokalistka snuje dźwięczne mantry, Panowie łapią drobną dynamikę pod szprychy. Zmiana goni tu zmianę, a poziom ekspresji faluje niczym wzburzony ocean. Gitara ginie w otchłani pick-upów, wokal płynie po kablach, albo poza nimi, łapiąc efektowne echo, a nerwowe perkusjonalia dopełniają obrazu psychodelicznego tańca w miejscu. Wygaszanie tej dość ekspresyjnej narracji zaczyna się pięć minut przed końcem. Prévost skupia się już wyłącznie na rezonującym talerzu, Ederer przepuszcza glos przez elektroniczną fakturę, a Moore szumi gorącym amplifikatorem i delikatnymi flażoletami. Z jednej strony post-balladowe frazy, z drugiej zgiełk perkusjonalii, które rozsiewają klimat AMM na cały Londyn. Ostatnie chwile przed ciszą zakończenia wypełniają gitarowe sprzężenia.

 

Iris Ederer/ NO Moore/ Eddie Prevost Traktor (Shrike Records, CD 2022). Iris Ederer – głos i elektronika, NO Moore – gitara (guitarism) oraz Eddie Prevost – instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, Iklectik Arts Lab, Londyn, lato 2021. Cztery improwizacje, 61:38.