Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Lytton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Lytton. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 grudnia 2024

Confront Recordings’ three shots: Ensemble A! Loose Connections! Semiotic Drift!


Brytyjski Confront Recordings gra już od 28 lat i nie ustaje w dostarczaniu wyrafinowanej muzyki improwizowanej, zarówno w wykonaniu uznanych mistrzów, jak i równie cudownych aspirantów. Szefem labelu jest Mark Wastell, wiolonczelista, obecnie głównie perkusjonalista. Muzyk był jednym z gości ostatniej edycji poznańskiego Spontaneous Music Festiwal, a dragonowe półki z płytami uginały się od wydawnictw z logo CR. Przez lata owe płyty były umieszczane w metalowych pudełkach, a od pewnego czasu ich domem są zgrabne, czarno-białe digipacki. Jakby ich jednak nie pakować, w środku zawsze znajdziemy garść intrygujących dźwięków.

Dziś sięgamy po trzy albumy – dwa wydane w tym roku, jeden rok wcześniej. Co ciekawe, ani jedno nagranie nie powstało w Anglii. Dwie rejestracje pochodzą z Niemiec, jedna to nagrywka z dalekiego Oslo. Ośmioro muzyków, jako się rzekło – legendy gatunku, silna reprezentacja klasy średniej i młodzi, gniewni, wspaniali.



 

Ignaz Schick, Anaïs Tuerlinckx & Joachim Zoepf Ensemble A (CD, 2024)

Ignaz Schick - turntable, sampler, Anaïs Tuerlinckx – fortepian preparowany oraz Joachim Zoepf – klarnet basowy, saksofon sopranowy. Pierwsza kompozycja (autor: Zoepf) nagrana w Dock4, Kassel, druga (autor: Schick) w Loft, Kolonia - dwa kolejne dni maja 2023 roku. Łącznie 52 i pół minuty.

Zaczynamy od trójki artystów silnie związanych, choć nie zawsze rodowodem, z kreatywną sceną niemiecką. Pianistkę Tuerlinckx mieliśmy okazję gościć, podobnie jak Wastella, na tegorocznym Spontaneous Music Festival i nikt z grona słuchaczy, tudzież bacznych obserwatorów nie wyszedł z jej koncertów bez wypieków zachwytu na twarzy. Tu Belgijka, wyposażona jedynie w ciężką akustykę fortepianu, mierzy artystyczne siły z bystrą, nienachalną, zawsze kreatywną gramofonią i samplomanią Schicka, będąc – podobnie jak on – posadowiona na flance spektrum dźwiękowego. W jego środku odnajdujemy Zoepfa, muzyka zdecydowanie z tego grona najbardziej doświadczonego, klarnecistę i saksofonistę, któremu przypadła w udziale nade wszystko rola porządkującego ład narracyjny i kojącego emocje, jakie raz za razem eksplodują na rzeczonych, przeciwległych flankach opowiadania. Album konsumuje dwie długie improwizacje (tu zwane kompozycjami i nawet opatrzone nazwiskami autorów), poczynione w dwóch kolejnych dniach w różnych lokalizacjach. Każda z nich pełna jest jakości, warta wielokrotnego odsłuchu i wiecznego polecania.

Inside piano na drobnym pogłosie, dęte pomruki i garść szeleszczących fal radiowych, to migotliwa, dość mroczna aura otwarcia. Przypomina wystudzone z emocji miasto tuż przed niechcianym świtem. W fazie rozruchu najaktywniejsza jest elektronika, a ukryte na backgroundzie piano tylko incydentalnie przypomina o potencjale hałasu, jakie nosi jej zbierane dobrymi mikrofonami pudło rezonansowe. Wystarczy jednak kilka minut, by ów elektroakustyczny tryumwirat nabrał ekspresji i wyniósł opowieść do poziomu noise dramy. Dęciak (sopran naprzemiennie z klarnetem) też dmie tu ochoczo, a równowagę dramaturgiczną odzyskuje w kolejnej fazie nagrania, którą moglibyśmy nazwać płynną i posuwistą. Po upływie kwadransa muzycy fundują sobie kilka chwil względnego spokoju. Zasłuchują się w ciszę i cedzą frazy reagując na siebie najlepszą z metod – call and response. Ów stan letargu nie trwa jednak długo, a improwizacja szybko odzyskuje hałaśliwy wigor, tu doposażona sporą porcją meta melodii ze strun i tuby, a także uporczywym dźwiękiem zdartej płyty winylowej. Końcowe metry pierwszego seta muzycy pokonują w mroku, trzymają się ściany, by dojść do ostatniego dźwięku.

Drugi set rozpoczyna rozbudowana sekwencja silnie reaktywnych akcji perkusjonalnych. Ignaz ponownie staje na czele szeregu, Anaïs próbuje go temperować, ale sama jest kłębkiem nerwów. Nawet Joachim stylowo podryguje w oczekiwaniu na to, co wydarzy się za moment. Szczęśliwe tembr jego klarnetu basowego jest tu w stanie uspokoić każdego awanturnika. Zwarta, jakże cielesna narracja zwiera szyki bez zbędnej zwłoki. Przybywa akcji, zmyślnych reakcji, a cisza dawno nie ma już racji bytu. Po upływie dziesiątej minuty improwizacja przypomina burzę z piorunami. Dygoczą czarne klawisze piana, elektronika definitywnie hałasuje, a klarnet wpada w stan histerii. Opowieść dość niespodziewanie zyskuje teraz taneczny wymiar, także dzięki samplowanej ekspozycji drummingowej. W trakcie finałowych minut kołysze się na coraz silniejszym wietrze. Gdy wydaje się już, że koniec jest bliski, muzycy podnoszą lament, krzyczą i dewastują wszystko, co napotykają na swojej drodze. Jeśli pytacie o atmosferę ostatniej prostej – ściana dźwięku!



 

Paul Lytton & Georg Wissel Loose Connections (CD, 2024)

Paul Lytton - tabletop percussion, bits and pieces oraz Georg Wissel – preparowany saksofon altowy i tenorowy. Nagrane w Loft, Kolonia, wrzesień 2021. Trzy improwizacje, 45 minut.

Na tym albumie próżno szukać aspirującej młodzież. Brytyjska ikona gatunku i doświadczony niemiecki saksofonista, którego dokonania śledzimy dość konsekwentnie, spotkali się (nie pierwszy zresztą raz) w kolońskim Lofcie i swobodnie improwizowali, skupiając się na kreowaniu nowych dźwięków, cokolwiek byśmy pod tym pojęciem rozumieli. Opowiadanie jest wartkie, syci się mnóstwem brzmieniowych niuansów, a artyści świetnie trzymają dramaturgię. Jeśli w trakcie ich performansu choćby przez moment poczujemy smak elektroakustycznych eksperymentów rzeczonego Lyttona i Evan Parkera sprzed mniej więcej pięciu dekad, znaczy to, że ten album naprawdę nam się podoba.

Wissel na starcie serwuje szum z tuby, delikatne prycha i lepi krótkotrwałe drony. Jego instrument drży, a dysze stukają o korpus. Lytton koncentruje się na drobiazgach - metalowe kuleczki wirują w jakimś obłym kształcie, a talerze rezonują. Wokół muzyków kłębią się opary ciszy. Misterium gubienia tej ostatniej metodami na poły dynamicznymi, to obraz kolejnej fazy nagrania. Po siódmej minucie opowieść nabiera nieco linearnego kształtu, zdobiona akcjami drummingowymi. Po kilku kolejnych następuje … powrót do szemrzącej ciszy. Muzycy plotą pajęczyny mikro fraz, niczym symfonię muzyki konkretnej, ale po chwili, metodą punktową, wracają na dłużej do świata żywych. Świetnie teraz na siebie reagują, korzystają z falującej blachy, a potem kreują system drgających naczyń połączonych, łapiących rezonans, jak tonący brzytwy.

W momencie, gdy rozpoczyna się trzeci kwadrans nagrania Lytton stempluje werbel silnym uderzeniem, przez pewien czas efektownie szeleści, po czym spłoszony chowa się w kolejnej chmurze ciszy. Wissel czyni dokładnie to samo. Przez wiele minut delikatne frazy obu artystów szumią niczym wiatr w sitowiu. Ostatnie pięć minut spektaklu poświęcone zostaje na efektowny finał. Muzycy łapią rytm w żagle, tanecznie podrygują. Po kilku karkołomnych zakrętach, na silnym wydechu generują kiście mrocznych dronów i delikatnych, elektroakustycznych przesterów.



 

Maggie Nicols, Matilda Rolfsson & Mark Wastell Semiotic Drift (CD, 2023)

Maggie Nicols – głos, ręczne instrumenty perkusyjne, Matilda Rolfsson – bęben basowy, instrumenty perkusyjne oraz Mark Wastell – instrumenty perksyjne, bęben obręczowy, talerze. Nagrane w All Ears, Oslo, styczeń 2023. Jedna improwizacja, 34 minuty.

To muzyczne spotkanie z Oslo definitywnie konsumuje tezę zawartą w preambule confrontowego omówienia – na scenie prawdziwa legenda gatunku Nicols, która improwizowała jeszcze ze Spontaneous Music Ensemble, szef labelu Wastell, śmiało kwalifikujący się do miana znamienitej postaci londyńskiej sceny free impro i Rolfsson, szwedzka przedstawicielka młodej fali europejskiej improwizacji. Opowieść o korzennym, rytualnym wręcz posmaku – tylko glos i instrumenty perkusyjne, czasami w potrójnym wydaniu. Nagranie trwa niewiele ponad dwa kwadranse - nie urońmy z niego ani sekundy.

Inicjacja koncertu spoczywa na barkach obu zestawów perkusjonalnych – frazy z suchego werbla, talerze, kilka bardziej regularnych uderzeń, także frazy tapingowe pochodzące zapewne od wokalistki. Ta ostatnia wchodzi do gry zabawnie jodłując, a potem rysując bardziej linearną wokalizę. W tle formuje się delikatny drumming na cztery ręce, bogacony frazami preparowanymi. Flow opowieści jest umiarkowanie spokojny, niekiedy znaczony drobnym spiętrzeniem. Nicols serwuje jak zwykle szeroki wachlarz artystycznych środków wyrazu. W drugiej dziesiątce minut mruczy, piszczy, pojękuje, cedzi słowa w dziwnym dialekcie, może szkockim, cały czas mając wsparcie w perkusjonalistach, którzy raz za razem ślą garście zaskakujących dźwięków. W kolejnej dziesiątce minut wokalistka jest już wytrawną aktorką teatru dramatycznego, a także śpiewa liryczną piosenkę. Rolfsson i Wastell dokładają dzwonki, szemrzące frazy z werbli i niekończące się, figlarne zabawy z rytmem. Improwizacja ma wyjątkowo misterne zakończenie – Maggie snuje rozbudowaną wokalizę, a perkusjonalne zestawy Matildy i Marka drżą w oczekiwaniu na ostatni dźwięk.

 

 


wtorek, 9 kwietnia 2024

Evan Parker at 80! Big Celebration in Cafe OTO!


Londyn to miasto-galaktyka - wielkie, pełne kontrastów, przenikliwie piękne niczym najlepsze obrazy surrealistów w Tate Gallery, niebywale szalone i równie zagadkowe. Jednak centrum współczesnego świata muzyki improwizowanej umiejscowione jest dość daleko od zacnego Big Bena czy intrygująco przereklamowanego Tower Bridge.

Półgodzinna jazda dowolnym środkiem komunikacji z The City prowadzi nas do rejonu zwanego Dalston, który dwie dekady ścielił się porzuconymi strzykawkami i powszechnym brudem, dziś zdaje się być centrum naszej ukochanej muzyki i definitywnie nie tylko jej. W promieniu kilkuminutowego spaceru znajdziemy tu kilka najważniejszych przybytków kultury free impro/ free jazz, w tym cel naszego wczesnokwietniowego wypadu do Londynu – Cafe OTO.

W rzeczonym zaś klubie od progu wita nas Evan Parker, najważniejszy artysta muzyki swobodnie improwizowanej w stanie czynnej aktywności zawodowej i zaprasza na osiemdziesiąte urodziny. Dwudniowy festiwal, trzy sesje koncertowe, siedem setów - wszystko wykoncypowane i skompilowane przez zacnego Jubilata. Nie mogło nas tam nie być.



 

Na dobry początek, u progu sobotniego wieczoru, duet Spring Heel Jack, czyli Ashley Wales i John Coxon – jeden na odtwarzaczach kompaktowych, drugi na gramofonach, a pośród nich Evan Parker, który w okolicznościach syntetycznych brzmień zawsze sięga po saksofon sopranowy, bo jak sam twierdzi, tenor w takich sytuacjach przypomina słonia w składzie porcelany. SHJ dostarczają nam spokojną, niekiedy wręcz oniryczną powłokę dźwiękową, która niesie soczysty sopran od bram mroku po niebieskie sklepienia. Zdaje się, że idealny pomysł na poły relaksacyjne otwarcie uroczystości urodzinowych.

Po smakowitej przystawce czas na danie główne. Jubilat przesiada się na saksofon tenorowy, a u jego boku sadowią się Barry Guy na kontrabasie i Paul Lytton na perkusji. Najlepsze od czterdziestu lat trio swobodnej improwizacji nie szczędziło nam wrażeń. Nieforsujący tempa, ale bardzo precyzyjny w dozowaniu ekspresji saksofonista, mistrz stawiania perkusyjny zasieków, drummer pracujący głównie na werblu, ale masą perkusjonalnych przedmiotów, no i kontrabasista, tu w roli naczelnego kreatora, muzyczny erudyta, ciągle w mistrzowskiej formie, także pod względem fizycznym. Panowie na scenie mieli łącznie 234 lata i wszystko wskazuje na to, iż pozostaną na niej po wsze czasy.



Niepozbawiona słońca i definitywnie niedeszczowa niedziela proponowała dwa urodzinowe torty. Pierwszy z nich we wczesnych godzinach popołudniowych przyniósł aż trzy sety. Najpierw Mark Sanders Percussion Quartet z udziałem lidera, Milesa Lewina, Jima Bashforta i Tymka Jóźwiaka. Standardowy zestaw perkusyjny, small drum kit, wielki talerz i perkusjonalia z bongosami tworzyły tu poważny aparat wykonawczy, który budował spokojną, czują na niuanse brzmieniowe polirytmię. Muzycy w trakcie występu zamieniali się instrumentami, co kreowało dodatkową dramaturgię. Niedługo potem miała miejsce kolejna urodzinowa smakowitość – solowy występ Johna Edwardsa na kontrabasie. To przykład muzyka, który nigdy nie przestaje zaskakiwać, tu dodatkowo zdawał się być wyposażony w niekończącą się energię kreacji. Wspaniały set!

Podsumowanie popołudniowego koncertu, to występ wszystkich muzyków, który tego dnia już zagrali oraz Parkera, tu dzierżącego w dłoniach saksofon tenorowy. Kolejny spektakularny występ, który klasyczne, free jazzowe trio Parker/Edwards/Sanders przyniósł w świat perkusjonalnej, wielowymiarowej polirytmii. Całość przypominała zjawiskowy okręt niesiony wielkimi, tenorowymi podmuchami powietrza, a wsparty na rozhuśtanej bazie rytmicznej Percussion Quartet.

Urodzinowy capstrzyk zwieńczył wieczorny koncert, który przy okazji był też celebracją urodzin innej legendy muzyki improwizowanej, czyli Alexa von Schlippenbacha, kończącego tego dnia 86 lat. Muzyk zagrał w towarzystwie swojej żony, niemniej legendarnej pianistki Aki Takase. Para używała wszakże jednej klawiatury, udanie nawiązując do jednej z ich ostatnich koncepcji artystycznych, czyli koncertu na cztery ręce. Ów performance wywołał u publiczności spazmy emocji i euforii, ale płynęła ona zapewne głównie z faktu obecności na scenie tych, jakże wiekowych już muzyków, nie zaś z artystycznego punktu widzenia.



Na zakończenie urodzin Evan przygotował danie specjalnie – silnie eksplorowany w ostatnich latach, elektroakustyczny duet Trance Map z Mattem Wrightem, dźwiękowym designerem, na potrzeby koncertu został rozszerzony do oktetu. Na scenie OTO pojawili się goście dnia poprzedniego – Barry Guy na kontrabasie i Paul Lytton, tym razem perkusjonalia i elektronika, a także grupa nowych postaci imprezy – Pat Thomas na elektronice, Hannah Marshall na wiolonczeli, Ned Rothenberg na klarnecie i Peter van Bergen na klarnecie basowym. Parker, co oczywiste, zabrał teraz na scenę saksofon sopranowy. Muzycy zbudowali nam dzieło niemal epickie, gęste od dźwięków, pełne emocji, niebywale intensywne, choć prowadzone w spokojnym tempie, nastawione na brzmieniowe smaczki, świetną kooperację i stylowe akcje w podgrupach. Świetną robotę realizowała tu cała załoga elektroników, ale najpiękniejsze frazy płynęły ze strony instrumentów akustycznych, szczególnie klarnecisty, wiolonczelistki i kontrabasisty. Uff, jakiż to był spektakl!


Happy Birthday Dear Evan, see you at 90’ Celebration!

 

 

wtorek, 26 września 2023

Sjöström, Hirt, Wachsmann and Lytton improvise Especially For You!


Kilkanaście miesięcy temu donosiliśmy na tych łamach o reaktywowaniu elektroakustycznego kwartetu XPact, który kilka dekad temu stylowo jednoczył improwizowane siły niemieckie i brytyjskie. W czasach jak najbardziej współczesnych Stefan Keune (w zastępstwie zmarłego Wolfganga Fuchsa), Hans Schneider, Erhard Hirt i Paul Lytton nie dość, że wydali doskonałą płytę XPact II, to zagrali jeszcze kilka koncertów w tak zwanej Europie Zachodniej. Na jeden z nich nie mogli dojechać Keune i Schneider, dzięki czemu powstała konieczność (sprzyjająca okoliczność), by z Hirtem i Lyttonem zagrały dwie kolejne legendy gatunku - Harri Sjöström i Philipp Wachsmann.

W tej zacnej dramaturgicznie sytuacji powstał nowy kwartet, który niemal dokładnie rok temu improwizował w Monachium. Dziś możemy ów koncert celebrować w naszych odtwarzaczach dzięki inicjatywie wydawniczej Bead Records, którą wspomniany wyżej Wachsmann osobiście powołał do życia ładnych kilkadziesiąt lat temu. Monachijski koncert składa się w dwóch setów zasadniczych i tyluż bisów. Całość zamyka się w godzinie zegarowej i zdaje się, nie tylko dla fanów soczystego free impro, smakować wyjątkowo dobrze. Zapraszamy do odczytu i odsłuchu!



 

Na scenie odnajdujemy mały saksofon Sjöströma, gitarę Hirta, skrzypce Wachsmanna (dwa ostatnie instrumenty doposażone elektronicznie) oraz zestaw perkusyjny Lyttona, jak zwykle bogaty we własne urządzania elektroakustyczne, które wspomagają jego lekki, ale jakże kompulsywny drumming. Pierwszy set trwa pełne trzydzieści minut, a jego otwarcie spowija chmura filigranowej akustyki moszczącej się w elektroakustycznym szumie. Muzycy reagują tu nie tylko na siebie, ale także na wszechobecną ciszę. Saksofon wydaje się skory do igraszek, z kolei skrzypce wyczekują, a wokół snują się elektroniczny kurz i stylowe flying percussion. Narracja jest jednocześnie łagodna i zadziorna, pachnie dobrymi, pionierskimi latami free impro. Opowieść czwórki mistrzów raz po raz nabiera incydentalnej dynamiki, a dzieje się tak na ogół dzięki akcjom Lyttona. Sporo fermentu wprowadza tu Hirt i jego gitara, z kolei Sjöström i Wachsmann raczej stoją na straży melodyjnego porządku, chętnie śpiewają, równie chętnie boleśnie pojękują. Długa improwizacja ma mnóstwo faz i podrozdziałów. Bywa, że elektronika z niemal trzech źródeł potrafi pokazać lwi pazur, bywa, że wszyscy pracują w trybie minimalistycznymi i prowadzą improwizowane dialogi w konwencji call & responce, są także momenty, gdy narracja pogrąża się w niemal onirycznym mroku. Po dwudziestej minucie opowieść nabiera zaskakująco post-klasycznego posmaku. Muzycy prawie topią się w ciszy, ale mistrz perkusjonalii nie pozwala na wiele i wyciąga kwartet na efektowne wzniesienie. Ostatnie zdanie należy jednak do saksofonu i skrzypiec.

Drugi set, prawie dwudziestominutowy, rozpoczyna się dość spokojnie. Smukły saksofon, posmak analogowej elektroniki i preparowane frazy gitary. Pod ten strumień dźwiękowy wślizguje się szeleszczący drumming i znów wynosi narrację na drobne spiętrzenie. Sopranino i skrzypce nie dają jednak za wygraną i snują efektowną kołysankę. Lytton nie odpuszcza i improwizacja przez moment zdaje się być wyjątkowo hałaśliwa. Kolejna faza koncertu, to próba łączenia wody i ognia – post-barokowe śpiewy płyną teraz na ramionach perkusyjnych szczoteczek pracujących na niezłej dynamice. W tle żyje emocjonalnie rozchwiana gitara, która stawia raz za razem drobne kontrapunkty dla wspomnianej wymiany uprzejmości. Emocje biorą tu jednak gorę, a dobrym komentarzem okazuje się gęsta cisza.

Koncertowe bisy trwają w sumie około siedmiu minut. Pierwszy jest dość żwawy, zainicjowany kolektywnie. Narracja syci się tu nawet pewną tanecznością i koncentruje na rytmicznych zabawach. Gitara frazuje jazzem, reszta szybko przechodzi w fazę intrygujących preparacji. Trochę humoru, akustycznej groteski i gitarowe wyciszenie. Drugi bis, zgodnie z nazwą utworu zawartą na płycie, jest już typową farewell song. Saksofon i skrzypce znów zatopione w śpiewnej post-klasyce, rezonujące percussion i delikatnie sfermentowana gitara. Na dalekim tle garść elektroakustycznych mikro zdarzeń buduje ciekawy dysonans. Po ostatnim dźwięku kilkudziesięciosekundowe oklaski. A jakże!

 

Sjöström/ Hirt/ Wachsmann/ Lytton Especially For You (Bead Records, CD 2023). Harri Sjöström – saksofon sopranowy, sopranino, Erhard Hirt – gitara, elektronika, Philipp Wachsmann – skrzypce, elektronika oraz Paul Lytton – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Nagrane na żywo, MUG, Monachium, październik 2022. Cztery improwizacje, 57 minut.



 

wtorek, 9 maja 2023

King Übü Örchestrü & Roi!


King Übü Örchestrü, jedna z najważniejszych europejskich orkiestr muzyki improwizowanej, funkcjonowała artystycznie od początku lat 80. ubiegłego stulecia do pierwszych lat nowego millenium, a uciekła w niebyt po śmierci jednego z założycieli, saksofonisty i klarnecisty Wolfganga Fuchsa. Stanowiła ciekawą przeciwwagę dla innych tego typu przedsięwzięć na Starym Kontynencie, zawsze pozostawała w cieni Globe Unity Orchestra, ale była też innego rodzaju tworem artystycznym. Estetycznie śmiało porównać ją można do London Improvisers Orchestra, choć ta druga powstała prawie dwie dekady później. Daleki zatem od free jazzu, KUO to ansambl, który czuł się w oceanie kolektywnych, bardzo swobodnych improwizacji jak ryba w wodzie, sycił swoje narracje niebanalnymi brzmieniami, lubił także flirtować z innymi dziedzinami sztuki, choćby z teatrem (wszak nazwa orkiestry zobowiązuje). Pozostawił po sobie ledwie kilka płyt, a każdą z nich warto znać i delektować się każdym jej dźwiękiem.

Ku naszej wielkiej radości King Übü wraca i to niemalże w oryginalnym składzie, w którym odnajdujemy muzyków z Niemiec, Anglii i Szwajcarii, w tym dwóch nowych załogantów, świetnie nam znanych mistrzów swobodnej improwizacji – saksofonistę Stefana Keune’a i puzonistę Matthiasa Muche. Skład orkiestry uzupełnia znamienity gość – wokalista Phil Minton. Ich nowe nagranie pochodzi z roku 2021, zarejestrowane zostało na koncercie, a wydane (w niełatwym procesie edytorskim) przez brytyjskie FMR Records, teoretycznie z datą 2022, faktycznie wystawione na publiczny poklask dopiero w roku bieżącym. Zapraszamy do świata cudownych, jedynych w swoim rodzaju dźwięków, generowanych przez kilkunastoosobowy skład, który muzykuje bez udziału dyrygenta, a skala predefinicji jego improwizacji pozostaje ukryta w mroku tajemnicy.



Na scenie dużej sali koncertowej odnajdujemy jedenastu muzyków – wokalistę oraz dziesięciu instrumentalistów, którzy dzierżą w dłoniach (tudzież ustach) pięć narzędzi dętych (w tym aż cztery blaszane), cztery strunowe (niektóre wspomagane elektroniką) oraz zestaw perkusjonalny, doposażony w akcesoria zdolne generować tajemnicze, post-akustyczne dźwięki. Koncertowa opowieść składa się z dwóch rozbudowanych improwizacji.

Pierwsza z nich rodzi się w ekstremalnym skupieniu – plamy drobnych, rwanych fraz, głównie strunowych i głosowych, incydentalnie dętych płyną po dywanie pulsującego, ambientowego tła z posmakiem elektroakustyki. Dźwiękowe rozmowy, bystre interakcje, szeroki bukiet dalece kontrolowanej intensywności i dramaturgicznego ładu. Muzycy frazują na ogół stosując niekonwencjonalne metody artykulacji, które zwykliśmy nazywać dźwiękami preparowanymi. Pracują z dużą swobodą, pełni meta teatralnej podniosłości, perfekcyjnie nasłuchają, co w trawie piszczy, kreują interakcje na bazie brzmieniowych podobieństw, ale także starają się naśladować dźwięki natury, co zawsze było jedną z konstytucji KUO. Podobnie, jak budowanie narracji stymulowanej ciągłą zmianą. Także sam proces przeprowadzania zmian, praca w podgrupach i sposoby reagowania zdają się tu być świetnie przemyślane i nieskore do jakichkolwiek błędów, czy działań niekontrolowanych. Narracja incydentalnie potrafi tu gęstnieć i nabierać pewnej pokrętnej hałaśliwości, ale takie fragmenty koncertu, to raczej interludia, nie zaś krew improwizacji. Najważniejszy jest kolektyw, praca w grupie, wzajemne interakcje, niekoniecznie zaś ekspozycje solowe. Po upływie kwadransa muzycy zdają się konstruować nieco dłuższe strumienie dźwiękowe, jakby głęboko oddychali i sycili się wonią natury. Sami finał pierwszej części jest wyjątkowo urokliwy fonicznie – odrobinę melodyjny, budowany wszakże z półdźwięków i szumów.

Drugą odsłonę spektaklu anonsuje gong i głosowe lamenty Mintona. Wokół kłębią się nerwowe, dęte westchnienia, które przybierają postać dronów. Druga improwizacja zdaje się być jeszcze bardziej poddana dyktatowi ciągłej zmiany. Przez moment flow ciągnie tu mrocznie brzmiący kontrabas, potem dostajemy się w chmurę szumów i instrumentalnego gadulstwa, napotykamy także na momenty onirycznej ciszy. Z kolei faza dłuższych artykulacji zdobiona jest przez efektowne burknięcia tuby, wsparte na strunowych zdobieniach. Kameralne pociągnięcia pędzlem melodyjnych strunowców i dęte pokrzykiwania pięknie ścielą nam przestrzeń pod kilka duetowych akcji – głosu i wspomnianej tuby, potem zaplątanej w elektronikę gitary i puzonu, wreszcie saksofonu i skrzypiec. Intrygująca jest także krótka faza dętych, niemal ptasich dyskusji półsłówkami. Po upływie 20 minuty orkiestra na moment efektownie rozkwita wiedziona aktywnością perkusjonalisty, po czym staje po kolana w gęstej ciszy. Zaczyna się budowanie finałowego, niezwykle zmysłowego, acz bardzo cierpliwego, temperowanego crescendo. Od leniwych oddechów, przez plejadę shots-cuts kreowane już na pewnej rytmicznej bazie, po eksplozję instrumentów dętych, niesioną ku górze ekspresją wokalisty. Ognisty finał zostaje tu perfekcyjnie doprowadzony do śmiertelnej ciszy, która ewokuje burzę oklasków.

 

King Übü Örchestrü Roi (FMR Records, CD 2022/23). Mark Charig – kornet, Hans Schneider – kontrabas, Erhard Hirt – gitara, elektronika, Paul Lytton – instrumenty perkusyjne, akcesoria akustyczne, Stefan Keune – saksofon sopranowy, Matthias Muche – puzon, Axel Dörner – trąbka, Melvyn Poore – tuba, Phillipp Wachsmann – skrzypce, elektronika, Alfred Zimmerlin – violincello oraz w roli gościa Phil Minton - głos. Nagranie koncertowe, Dialograum Kreuzung, St. Helena, Bonn, wrzesień 2021 roku. Dwa utwory, 62:10.

 

niedziela, 17 kwietnia 2022

Spontaneous Live Series zaprasza na wiosenne koncerty muzyki improwizowanej!


(informacja prasowa)

 

„Spontaneous Live Series” - cykl koncertów muzyki improwizowanej, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club, zaprasza na wiosenne edycje – odpowiednio 26., 27., 28. i 29. spotkanie z jak zawsze frapującymi dźwiękami, powstającymi na ogół w procesie całkiem swobodnie kreowanych zdarzeń dźwiękowych.

Na kwiecień, maj i czerwiec organizatorzy przygotowali cztery edycje cyklu, na które złoży się … pięć koncertów! Zaprezentują się na nich muzycy z Europy i Ameryki Północnej, zarówno ci dobrze już znani ze sceny Dragona, jak i absolutni debiutanci.

 


Najbliższy koncert odbędzie się w sobotę 23 kwietnia, a w jego ramach zaprezentują się dwa tzw. podmioty wykonawcze. Solowy spektakl na saksofon tenorowy i sopranowy zaprezentuje jeden z najciekawszych muzyków swobodnej improwizacji z Półwyspu Iberyjskiego, Katalończyk Albert Cirera. Muzyk świetnie w Polsce rozpoznawalny, wydawany i kilkukrotnie już koncertujący. Saksofonista zagra w czterech polskich miastach, a jednym nich będzie Poznań. Trasa promuje drugie solowe wydawnictwa Cirery, zatytułowane „Âmago”. Przypomnijmy, iż pierwsza płyta solowa tego muzyka ukazała się w Polsce prawie pięć lat temu (w ramach iberyjskiej serii Multikuti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej), a nosiła tytuł „Lisboa ’a Work”. Tego samego dnia na scenie Dragona zaprezentuje się także Wood Organisation, duet stworzony przez muzyków polskich, rezydujących w Kopenhadze – Tomo Jacobsona i Szymona Pimpona Gąsiorka. Także ci artyści organizują trasę koncertową po naszym kraju, a promować w jej trakcie będą nowy album zatytułowany „Drimpro”. Kontrabas, perkusja i cały arsenał elektroakustycznych dodatków gwarantują nam doprawdy spektakularny koncert. Dwa sety, trzech muzyków i długi, sobotni wieczór przed nimi – wszystko to daje nadzieję, iż  dojdzie także do improwizowania w trio. Tego organizatorzy są niemal pewni.

 


Na długi weekend majowy warto zaplanować dwudniową wizytę w Poznaniu! 2 maja w klubie SARP i 3 maja w klubie Dragon będzie miała miejsce rezydencja niezwykłego kwartetu – Ken Vandermark (saksofony i klarnety), Istvan Grencso (saksofony i klarnety), Elisabeth Harnik (fortepian) i Paul Lytton (perkusja, instrumenty perkusyjne). Świetnie znany publiczności Dragona i całej krajowej scenie freejazzowej saksofonista z Chicago grywał zarówno z austriacką pianistką (choćby trio DEK), jak i angielskim perkusistą (trio CINC, czy też na poły genialna, duetowa płyta „English Suites”). Elementem nowym w tym intrygującym kwartecie jawi się nam weteran węgierskiego jazzu awangardowego. Jego rozbudowane portfolio obiecuje naprawdę wiele! Mieszanka temperamentów wydaje się w tej sytuacji gwarantować niebywałe emocje i trudny do zwerbalizowania konglomerat wartości artystycznych. Dodajmy, iż każdy z koncertów będzie się składał z dwóch setów – najpierw wystąpi duet (odpowiednio: Vandermark i Harnik oraz Lytton i Grencso), potem zaś kwartet. A może coś jeszcze? Wszak w spontanicznej serii wszystko jest możliwe!

Trzy tygodnie po wyżej wspomnianym wydarzeniu na scenie Dragona zawita czternastoosobowa Wielka Regionalna Grupa Swobodnej Improwizacji z kanadyjskiego Quebecu! Jej oryginalna, francuskojęzyczna nazwa to Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée, ale artyści na ogół używają skrótu Le GGRiL. Załoga dowodzona przez basistę Érica Normanda jest ważnym elementem świata improwizujących orkiestr niemal od dekady. Nagrywali z nią m.in. Evan Parker i John Butcher. Orkiestra improwizowała także do kompozycji wielu znanych muzyków jazzowych, choćby amerykańskiej saksofonistki Ingrid Laubrock. Ostatnia płyta GGRiL zwie „Sommes’, składa się z trzech krążków i dokumentuje wszystkie lata działalności Orkiestry, która w ubiegłym roku obchodziła swoje 15-urodziny. Kanadyjczycy będę podróżować w maju po całej Europie, a koncert poznański jest jedynym polskim przystankiem w tej trasie. Nie sposób go pominąć w swoich planach koncertowych. Zatem dla fanów gatunku i nie tylko – kolejna lekcja obowiązkowa. Koncert odbędzie się we środę 25 maja.

Wiosenna odsłona cyklu „Spontaneous Live Series” zakończy się 10 czerwca koncertem dwóch tytanów portugalskiej sceny muzyki improwizowanej – gitarzysty Marcelo Dos Reisa i trębacza Luisa Vicente. Muzycy ci grywali już w Dragonie na spontanicznych festiwalach, a ich trasa w naszym kraju obejmować będzie więcej zdarzeń niż ten jeden koncert. Dos Reis i Vicente mają w swoim dorobku wiele wspólnych nagrań – na ogół są to kwartety (Points i Light Machina doczekały się wydawnictw w poznańskiej serii iberyjskiej, Chamber 4 w renomowanych FMR Records i Clean Feed), grywali też w trio, ale w duecie są to ich pierwsze wspólne nagrania.

 

Pełna lista wiosennych koncertów Spontaneous Live Series, edycje 26-29:

 

23 kwietnia, Albert Cirera, Wood Organisation (Tomo Jacobson, Szymon Gąsiorek)

https://mu-mu.bandcamp.com/album/mago

https://gottaletitout.bandcamp.com/album/drimpro

 

2-3 maja, Ken Vandermark/ Istvan Grencso/ Elisabeth Harnik/ Paul Lytton

https://trostrecords.bandcamp.com/album/burning-below-zero

https://vandermark1.bandcamp.com/album/english-suites

 

25 maja, Le Grand Groupe Régional d'Improvisation Libérée

https://tourdebras.bandcamp.com/album/sommes

https://tourdebras.bandcamp.com/album/vivaces-evan-parker-ggril-cd

 

10 czerwca, Marcelo Dos Reis/ Luis Vicente

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/light-machina

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/points

 

Koncerty rozpoczynają się o godzinie 19.30 (majowa rezydencja) lub 20.00 (pozostałe wydarzenia). Bilety dostępne są (lub niebawem będą) na stronie kupbilecik.pl



 

wtorek, 15 lutego 2022

The Electro-Acoustic Adventures Of Evan Parker! Back to the Past!


Idea poszerzenia możliwości brzmieniowych improwizującego tria Parker – Guy - Lytton o elementy dekonstrukcji akustycznych dźwięków, prowadzonej w czasie rzeczywistym za pomocą urządzeń elektronicznych (zwanej w języku Szekspira live processing), zrodziła się w głowie Evana Parkera zapewne wiele lat temu, ale realne kształty artystyczne i organizacyjne przybrała w połowie lat 90. ubiegłego stulecia. 

Wtedy to sformowany został pierwszy skład Electro-Acoustic Ensemble (bazowe trio, skrzypek i dwóch procesorów dźwięku), a światu ujawniono jego pierwsze studyjne dokonanie Towards The Margin. W kolejnych latach skład zespołu był sukcesywnie poszerzany, a monachijska ECM dostarczyła światu kolejne cztery albumy, zaś Psi Records ten szósty, który w roku 2012 na kilka lat wyciszył ideę elektroakustycznych improwizacji tego składu *). O tym niezwykle ważnym epizodzie w dorobku najważniejszego współczesnego muzyka improwizującego można poczytać w monografii artysty, dostępnej, co oczywiste, na tych łamach.

Formacja niespodziewanie wróciła do życia w roku 2019 i zagrała koncert w trakcie warszawskiego Festiwalu Ad Libitum, a dwa lata później dokumentacja foniczna tego wydarzenia znalazła swoje odzwierciedlenie na srebrnym dysku Fundacji Słuchaj. Właśnie ów rok 2021 - nomen omen, 25-lecie zespołu! - stał się okazją do publikacji starszych nagrań elektroakustycznych formacji Evana Parkera. W trakcie minionego roku poznaliśmy dwie nowe płyty, obie zawierające nagrania z końca ubiegłego wieku. Najpierw w kwietniu, za sprawą kanadyjskiej inicjatywy wydawniczej związanej z Festiwalem w Victoriaville, ukazało się nagranie koncertowe składu, który w roku 1996 zainicjował powstanie grupy (z ważnym wszakże gościem!) **). Z kolei w sierpniu – tym razem mocą japońskiego edytora - świat poznał płytę sygnowaną jako Electro-Acoustic Quartet, zawierającą koncert z Japonii, z października 2000 roku.

Dziś nad tymi równie nowymi, jak starymi nagraniami pochylamy się z ogromną radością, należytą uwagą i wyjątkową skrupulatnością.

 


Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble With Sainkho Namtchylak  Fixing The Fluctuating Idea (Les Disques Victo, CD 2021)

13-a edycja Festival International de Musique Actuelle de Victoriaville, Victoriaville, Kanada, 19 maja 1996 roku i następujący muzycy na scenie: Evan Parker - saksofon sopranowy i tenorowy, Barry Guy – kontrabas, Paul Lytton – instrumenty perkusyjne i elektronika, Phil Wachsmann – skrzypce, altówka, elektronika, Marco Vecchi – sound processing & live electronics, Walter Prati - live electronics oraz w roli gościa Sainkho Namtchylak – głos (wedle ucha recenzenta, udzielająca się jedynie w pierwszej części koncertu). Dwa długie sety trwają tu łącznie 72 minuty i 22 sekundy.

Pierwszy, niemal 40-minutowy set zwie się Fixing, co świetnie oddaje atmosferę i dramaturgię tej części spektaklu. Początek należy wyłącznie do delikatnie rozhisteryzowanego głosu Sainkho. Artystka prezentuje nam całe spektrum swoich możliwość głosowych, które, jak wiemy, zdaje się nie mieć granic. Po upływie trzech minut jej głos zaczyna być poddawany live proccesingowi. Poświata elektronicznej dekonstrukcji zaczyna spowijać scenę, a wokalistka zdobi ją jeszcze delikatnym, melodyjnym śpiewem, a potem zmysłowym szeptem. Efektem tych wszystkich działań jest płynący szerokim korytem wielogłos, piękne zjednoczenie żywych i syntetycznych fraz. W okolicach 9 minuty pojawiają się pierwsze dźwięki kontrabasu i skrzypiec (altówki?). Piękne, czyste strunowe frazy płyną do nas z bystrym komentarzem wokalistki. Dopiero w połowie 18 minuty do gry wchodzi saksofon sopranowy i od razu lepi się do płynnej wokalizy. Emocje rosną w mgnieniu oka, a duet saksofonu i głosu zdaje się wieść narrację na wyjątkowo efektowne wzniesienie, niepozbawione wzajemnych imitacji. W 23 minucie powraca kontrabas, a swoją obecność zgłaszają też perkusjonalia. Z kolei saksofon i wokal pozostają z nami już tylko w formie elektronicznych dekonstrukcji. Ekspresja wchodzi na kolejną krzywą wznoszącą, dzięki czemu septet osiąga stan prawdziwie ognistej narracji. Dalsza faza koncertu spoczywa na instrumentach strunowych, które stymuluje do coraz większej aktywności skrzydło elektroniczne. Na czele szeregu staje kontrabas i zdaje się kreować improwizacje wedle własnych pomysłów. Najpierw płonie żywym ogniem, potem tłumi się ciepłymi frazami w oczekiwaniu na powrót saksofonu. To zdarzenie następuje po 33 minucie, która niespodziewanie wyznacza odcinek narracji przeznaczony wyłącznie dla tria bazowego. Sam Parker sięga tu po saksofon tenorowy, czego nie zwykł na ogół czynić w ekspozycjach towarzyszących dźwiękom elektronicznym. Muzyka znów sięga nieba, a powrót wokalu i elektroniki, tudzież skrzypiec, wprowadza nas w finałową, niezwykle eksplozywną fazę pierwszego seta. Ostatnie jednak frazy należą do Sainkho, która wrzaskiem godnym początku koncertu spina czterdzieści minut doprawdy genialnego spektaklu.

Drugi set zwie się Fluctuating i trwa niewiele ponad dwa kwadranse. Zaczynają instrumenty strunowe, pod które po niedługiej chwili podłączają się perkusjonalia i saksofon sopranowy. Elektroniczne echo przetwarzanych akustycznych fraz rodzi się tu jakby mimochodem, niosąc intrygującą poświatę, ale nade wszystko wzmacniając akustyczny przekaz. Po kilku minutach dość zrównoważonej emocjonalnie narracji, improwizacja tłumi się do postaci perkusjonalii, które wspierane drobną elektroniką zaczynają imponującą ekspozycję solową. Po 10 minucie na scenę powracają pozostałe instrumenty i dość aktywna warstwa elektroniki. Żywe dźwięki zdają się stanowić w tej chwili reguły gry, ale te syntetyczne walczą o swoje i nie dają się sprowadzać do roli kreatywnego echa. Pozycyjna walka dobra i zła szybko odnajduje puentę w solowej ekspozycji saksofonu sopranowego – Parker i jego oddech cyrkulacyjny w pełnej krasie! Po kilka pętlach sopran dostaje wsparcie elektroniki i opowieść staje się imponującym duetem żywego i procesowanego dźwięku. Powrót do rozbudowanego składu następuje w okolicach 20 minuty. Sopran wciąż kąsa, ale kolejne dawki mocy płyną z coraz aktywniejszej elektroniki. Kilka perełek do konstelacji dokładają tu skrzypce (lub altówka). Po niedługiej chwili elektronika podkręca potencjometry, a saksofon kontratakuje. Koncert robi się naprawdę głośny! Na finałowe trzy minuty władzę nad sceną przejmuje kontrabas. Najpierw tłumi się elektroniką, potem eksploduje solową, akustyczną ekspozycją. Scenę ponownie opanowuje duet żywych i procesowanych dźwięków jednego instrumentu, który wieńczy dzieło, nie dopuszczając innych uczestników spektaklu do głosu.

   


Evan Parker Electroacoustic Quartet  Concert In Iwaki (Uchimizu Records, CD 2021)

Na koncercie w Iwaki City Art Museum, w japońskiej Fukushimie, 5 października 2000 roku, spotykamy tym razem duet bazowy: Evan Parker – saksofon sopranowy i Paul Lytton – perkusjonalia i live electronics oraz duet procesorów: Joel Ryan – computer music instrument i Lawrence Casserley – signal processing instrument. Trzy rozbudowane improwizacje trwają 69 minut i 53 sekundy.

Ceremonia otwarcia spoczywa na barkach saksofonu sopranowego, który solową ekspozycją daje asumpt do pierwszych elektronicznych dekonstrukcji. Ze snu wybudzają się perkusjonalia, które szumią werblem i rezonują talerzami, dodając także tajemnicze dźwięki strunowe. Pełna skupienia, oniryczna opowieść toczy się swoim tempem, dość szybko jednak nabiera wewnętrznej dynamiki i kokonu elektronicznych przetworzeń. Płynie już z czterech ośrodków dźwiękowych i zdaje się być dalece bogata w wydarzenia, jakkolwiek w dużej mierze tkana jest z drobnych, mglistych, niepokojących fraz. Pewnego posmaku japońskości nadają improwizacji kolejne odgłosy strunowe. Frazy żywe pięknie przenikają się z frazami dekonstruowanymi elektronicznie, tworząc zwarty, chwilami dość jednorodny strumień fonii. Po 10 minucie improwizacja zdaje się wznosić na drobny szczyt, zdobiony saksofonem w dwóch postaciach i dalece żywymi ogłosami perkusjonalii. Te ostatnie brzmią nad wyraz przestrzennie, niepozbawione są także post-industrialnych naleciałości (zapewne nie przez przypadek, wszak elektronika potrafi działać tu cuda!). Po 17 minucie znów słyszymy wyłącznie żywe dźwięki saksofonu, które przybierają formę short-cuts i inspirują kolejną porcję elektronicznych dekonstrukcji, tym razem jednak mających wymiar niemal … perkusjonalny. Pierwsza improwizacja usycha w chill-outowej ekspozycji dęciaka.

Drugą opowieść otwiera Lytton dosadnie korzystając z rezonujących właściwości swoich talerzy. Parker dokłada prychanie i stukot wystudzonych dysz. Opowieść znów tkana jest z drobnych elementów, ale nerwowych, jakby krojonych ostrzem skalpela. Elektroniczna dekonstrukcja dość szybko formuje tu strumień narracji w rwący potok wspaniałości. Dźwięki płyną do nas z prawdziwie symfonicznym rozmachem (a to wszak dzieło tylko dwóch skromnych instrumentów i zwoju kabli!). Strumień fonii wznosi się ku górze, tworząc niezły ptasi rój! Przez moment mamy wrażenie, że wszystko jest tu efektem elektronicznych zabiegów. Po 15 minucie improwizacja stawia na akcenty post-perkusjonalne i zapętlone frazy saksofonu. Nerwowa końcówka zdaje się nie dopuszczać w ogóle do głosu żywych instrumentów.

Trzecia opowieść zaczyna się w ciszy. Wytłumiony saksofon, gongi i dzwonki. Warstwa elektroniczna ściele się w tle bardzo leniwymi pasemkami. Parker serwuje dość melodyjne frazy, zatem ich elektroniczna dekonstrukcja także nabiera pewnej pokrętnej śpiewności. Ów bezmiar specyficznej łagodności kontrastowany jest żywymi frazami perkusjonalii, które sieją ferment i nie godzą się na zbyt proste rozwiązania. Saksofon zaczyna gwizdać, a zaraz potem multiplikować swój flow, processing koncentruje się na niższych pasmach, a delikatne tym razem perkusjonalia czynią ukłon tu zastanej estetyce. Zaskakujące spiętrzenie z woli saksofonisty, to kolejna urocza niespodzianka tego koncertu! Improwizacja staje na palcach i nadyma policzki! Lytton buduje skromny drumming, do którego lepi się saksofonowa pętla. Całość wraz z upływem czasu traci na dynamice i chyli się ku zakończeniu. Łagodniejący z każdą sekundą sopran łapie echo i usypia narrację, sięgając finałowej ciszy.

 

*) Warto odnotować, iż w roku 2014 ukazała się płyta elektroakustycznego septetu Evana, zarejestrowana w tymże samym roku na festiwalu w kanadyjskim Victoriaville z udziałem muzyków amerykańskich, jakkolwiek nagranie nie zostało podpisane jako Ensemble.

**) Sam koncert miał miejsce w tym samym miesiącu, w którym w Londynie rejestrowano pierwszą płytę studyjną Electro-Acoustic Ensemble.




wtorek, 13 lipca 2021

Evan Parker Quartet! All Knavery & Collusion!


Wielopokoleniowy kwartet brytyjskich wyjadaczy free jazz & improv – Evana Parkera, Alexandra Hawkinsa, Johna Edwardsa i Paula Lyttona - zbudowany jest mocą artystów, którzy grali ze sobą miliony razy w przeróżnych konfiguracjach, być może jednak w takim akurat zestawie personalnym muzykujących po raz pierwszy. Ich podróż, zamieszczona na płycie All Knavery & Collusion, składa się z sześciu krótkich i bardzo krótkich improwizacji oraz jednej rozbudowanej części, stanowiącej niemal połowę czasu nagrania. Oto czwórka muzyków, którzy kochają swobodną improwizację, ale uwielbiają też stać po kolana w historii jazzu, nie tylko tego ekstremalnie ekspresyjnego, któremu zwykliśmy dodawać przedrostek free.

 


Jakby na dowód tez zawartych w preambule recenzji, swój studyjny koncert muzycy zaczynają bardzo łagodnymi, pure jazzowymi frazami. Narrację budują w pełni kolektywnie i będzie to ich naczelną zasadą tego dnia. Znajdują – rzecz jasna - czas na solowe ekspozycje, ale stanowić one będą wyjątki od reguły podstawowej. Swoją pierwszą opowieść tworzą bez nerwowych ruchów, dbając o szczegóły, łapiąc pierwszy drive (z perkusji, of course!) po kilku narracyjnych pętlach. Muzyka zagęszcza się, ale nic nie traci ze swojej pierwotnej frywolności. Drugą opowieść kreuje nade wszystko basista (nawet tytuł utworu podkreśla ów fakt). Introdukcja wisi na smyczku, pod którego sążniste drony podczepiają się pozostałe instrumenty - dźwięki fortepianu wprost z klawiatury (i tak będzie tu zawsze), wysycony dobrym oddechem saksofon tenorowy, no i bystre, pozostające w nieustannym ruchu akcesoria perkusyjne. Narracja szybko łapię dynamikę, ale pozostawia dużo przestrzeni na indywidualne frazy, a także wybrzmiewanie niemal pojedynczych dźwięków. Drugi numer po części buduje też ciekawy kontrast masywnego kontrabasu i wyjątkowo subtelnej pianistyki. Trzecia improwizacja, to ledwie dwie minuty grane niemal wyłącznie przez saksofonistę i pianistę, przy czym temu drugiemu przypada głównie rola akompaniatora. Czwartą improwizację otwiera duet basu i piana. Ten pierwszy melodyjnie pulsuje w trybie pizzicato, te drugie dbają o drobiazgi dramaturgiczne. Open jazzowa narracja nie korzysta tym razem ze wsparcia saksofonu. Kolejna krótka opowieść kreowana jest na wstępie przez minimalistyczne piano. Saksofon tenorowy włącza się po czasie plejadą stosowanych naprzemiennie long & short cuts. Perkusja i bas płyną bardzo spokojnie, a tym, który mąci ów filigranowy porządek okazuje się właśnie ten, który zaczął całą intrygę - jakże bystry pianista.

Bez zbędnej zwłoki kwartet Brytyjczyków ląduje w ponad 24-minutowej ekspozycji głównej tego dnia. Początek znów bardzo spokojny, niemal mainstreamowy. Opowieść nabiera mocy trybem kolektywnym, z dużą dbałością o detale, z posmakiem dobrego jazzu, który wcale nie musi eksplodować nadmiernymi emocjami. Kwartet jazzowy, ale na wskroś przesiąknięty tembrem tenoru i perkusji, duetu, który znamy z historii gatunku, jako ten niemal najważniejszy. Dynamika i swoboda rodzą się tu niemal samoczynnie, bo i muzycy parametry te mają zapisane w genach kreatywności. Efektowne basowe melodyjki snuje też kontrabasista, który początkowo wydaje się pozostawać w tle tej historii, ale i on wedrze się w nurt główny improwizacji, podobnie, jak knujący intrygi pianista. Cała improwizacja zdaje się mieć w tej fazie nagrania wyjątkowo spektakularną strukturę wewnętrzną. Opowieść nie gna bezrefleksyjnie do przodu, jak trzeba zwalnia, dzięki czemu rośnie przestrzeń dla solowych ekspozycji, choćby basu i piana. Ten drugi instrument proponuje nam naprawdę imponujące expo jeszcze przed pierwszym stanowczym stoppingiem, który następuje dokładnie w 10 minucie utworu. Po ułamku sekundy ciszy swoje bezoddechowe solo rozpoczyna tenorzysta. Pozostali muzycy wracają do gry z czułą empatią i bez jakiegokolwiek pośpiechu. Słyszymy rezonujące talerze, pianistyczny ambient, wreszcie smyczek na kontrabasie, który na moment zostaje nawet sam na scenie. Po upływie kwadransa kwartet powraca do swojej kolektywnej aktywności i dość szybko osiąga odpowiednią dynamikę. Muzyków znów jednak coś zatrzymuje. To kolejna potrzeba solowej ekspozycji przy wsparciu ciszy. Tym razem, to pianista gada sam ze sobą i snuje piękne frazy, nie bez klasycznego posmaku, wsparte po chwili szelestem perkusyjnych szczoteczek. Subtelne pizzicato i ciepły oddech tenoru kreują klimat zakończenia, niczym coda w jazzowej kompozycji. Ale metę owej długiej improwizacji kwartet osiąga dopiero po kolejnym małym spiętrzeniu, zaistniałym niemal wyłącznie z woli perkusisty. Improwizacja gaśnie na raz, jak za dotknięciem czarodziejskiej batuty.

Ostatnia część nagrania, to kilkuminutowa, bardzo jazzowa ekspozycja, po raz drugi tego dnia budowana bez udziału tenorzysty. Spokojna, zmysłowa rozbiegówka, która narasta bardzo leniwie, ale osiąga na moment niemal epicki rozmach, wypełniony dużą porcją emocji. Po wybrzmieniu ostatniego dźwięku nie słyszymy braw, na które muzycy z pewnością zasłużyli, wszak jesteśmy jedynie w studiu nagraniowym, a tam na ogół nie wpuszcza się publiczności, zwłaszcza w czasach covidowych.

 

Evan Parker Quartet All Knavery & Collusion (Cadillac, CD/LP 2021). Evan Parker – saksofony, Alexander Hawkins – fortepian, John Edwards – kontrabas, Paul Lytton – perkusja. Nagrane 21 czerwca 2019 roku, Rimshot Studios Ltd., Wielka Brytania. Siedem improwizacji, niepełne 53 minuty.



poniedziałek, 7 czerwca 2021

Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble! Warszawa 2019!


Elektroakustyczna grupa Evana Parkera powstała prawie trzy dekady temu, jako koncepcja rozwijania swobodnej improwizacji akustycznego tria Parker/ Guy/ Lytton w kierunku brzmień elektronicznych, zarówno generowanych jako pewien rodzaj echa, jak też będących dekonstrukcją żywych dźwięków. Koncepcja zakładała również produkowanie dźwięków syntetycznych jako niezależnego strumienia improwizacji, pozostającego w opozycji do dźwięków akustycznych. Przez lata aparat wykonawczy Electro-Acoustic Ensemble rozstał się, początkowo był ledwie septetem, by na jednej z płyt wydanych pod koniec pierwszej dekady XXI wieku składać się nawet z czternastu muzyków.

Ostatnia dekada nie obfitowała już w nowe edycje bandu (jakkolwiek należy pamiętać o północno-amerykańskiej wersji, która koncertowała na kanadyjskim festiwali w Victoriaville!), co nie było zapewne efektem utraty mocy twórczych Evana Parkera, a raczej splotem okoliczności finansowych i logistycznych. Tym większa zatem radość fanów, iż warszawski Festiwal Ad Libitum był w stanie zorganizować koncert EAE i dodatkowo – po kilkunastu miesiącach - dostarczyć nam go w formie uroczego dysku.

Jesienią 2019 roku na scenie Centrum Sztuki Współczesnej pojawił się tentet, który – jak to ma w zwyczaju elektroakustyczna formacja – składał się z instrumentów akustycznych (dokładnie siedmiu muzyków, z których część wpierała się elektroniką) i tzw. procesorów dźwięku, w tym wypadku trzech - jeden z nich produkował syntetyczne frazy niezależnie od biegu akustycznych improwizacji, dwaj kolejni zgrabnie dekonstruowali flow żywej części orkiestry. Pośród muzyków na scenie odnaleźliśmy zarówno wieloletnich współpracowników Parkera, jak i muzyków, którzy pod szyldem EAE zagrali bodaj po raz pierwszy. Niemal godzinny set wystawił liczną (jeszcze wtedy!) publiczność na konieczność maksymalnego skupienia, w zamian oferując całe mnóstwo wspaniałych wrażeń i niekończące się eksplozje endorfin. Waszemu Recenzentowi nie pozostało zatem nic innego, jak spisać swoje wrażenia z odczytu nośnika fizycznego, jak i sięgnąć do szerokich zasobów pamięci, albowiem był on – oczywiście! – żywym świadkiem wydarzeń w Warszawie, ówczesnej dość ciepłej jesieni.

 


Koncert rozpoczyna się efektowną, dość masywną wiązką dźwięków, podaną na raz przez kilka instrumentów. Wszystko wybrzmiewa odrobiną ciszą i sytuacja powtarza się. Saksofon jako pierwszy inicjuje wątek bardzo powolnej, leniwej narracji. W roli kolejnych inspiratorów podobnych zachowań odnajdujemy trąbkę, kontrabas, falującą elektronikę, a także fortepian. Muzycy zdają się prowadzić grę rozpoznawczą, choć z pewnością przed wejściem na scenę niektóre aspekty dramaturgiczne mieli delikatnie umówione. Muzyka mości się na swoistej sinusoidzie – potrafi być incydentalnie bardzo głośna, chętnie jednak rozpływa się w gęstych strumieniach ciszy. Jak na estetykę tej formacji, muzycy generują jednak dużo dźwięków w jednostce czasu, nie bawią się w minimalistyczne zagrywki, choć wszystko, co dzieje się na scenie, jest efektem ich dużego skupienia i skrupulatnej kreatywności. Flow zdobi spora ilość syntetycznych dźwięków, nie brakuje także fake sounds, generowanych przez instrumenty akustyczne. Do roli wodzireja improwizacji kandyduje oczywiście soprana Parkera. To on zdaje się najpiękniej wzbudzać nowe wątki, tudzież aktywizować pozostałych uczestników spektaklu. Szczególnie wtedy opowieść kipi świetnymi reakcjami. Improwizacja stawia częściej na ekspresyjne zachowania, nie bawi się nadmiernie w narracyjne subtelności, raczej pracuje na wydechu, niż korzysta z jakichkolwiek hamulcy.

Dziewiąta minuta koncertu, to pierwszy peak dramaturgiczny, kolektywnie zdobyty dużym nakładem dźwięków i adekwatnych emocji. Sam szczyt jest krótki, a schodzenie w dół wyjątkowo urocze! W 14 minucie kolejny stempel jakości – sopran tapla się w szerokim strumieniu syntetyki, i jak ma w zwyczaju, inteligentnie wzbudza aktywność kilku kolejnych instrumentów. W kilka chwil później w podobnej roli występuje trąbka, której frazy bystrze rozrzedza koherentny live processing. W 20 minucie w roli kontrapunktu post-klasyczna rejterada pianisty, dobrze wsparta na kontrabasie i pogłosie perkusjonalii. Po tym zaskakującym epizodzie improwizacja na kilka chwil znów oddaje pole sopranowi, który płynie na ramionach delikatnej elektroniki i perkusjonalii. Kolejny akcent piano i opowieść topi się w niemal mrocznej atmosferze, tkanej zarówno przez dźwięki akustyczne, jak i syntetyczne. Z tej chmury ambientu pięknie wyłania się sopran, wsparty na rytmizującym pianie i prowadzi narrację na kolejne, nieznane terytoria.

W okolicach 35 minuty opowieść na moment łapie oniryczną aurę, którą dość dosadnie komentuje rytmiczne bicie w bęben basowy, którego … nie widzimy jednak na scenie. Ów fake sound zdaje się skutecznie przyciągać do siebie inne frazy, czego efektem jest kolejne, acz dość niespodziewane spiętrzenie narracyjne. W roli bystrego komentatora tym razem występuje trąbka, której towarzyszy cała plejada dźwięków live processing, które czerpią z podmuchu saksofonu sopranowego tyle, ile się da. W 40 minucie powracający do żywych dźwięk sopranu pnie się ku górze i szuka kolejnego punktu spiętrzenia. Dobrze wspiera go piano, znów pachnące post-klasyką. Zaraz po tym wydarzeniu improwizacja zdaje się odnajdywać brakujący element tej elektroakustycznej epopei – morze dźwiękowych subtelności, krótkich, urywanych fraz, budowanych na wdechu, korzystających z mocy kreatywnego zaniechania. Przez moment mamy wrażenie, że na scenie pozostają jedynie saksofon i trąbka, spowite w obłok rezonujących dźwięków nieznanego pochodzenia. Śmiało ów moment uznać możemy za najpiękniejszy fragment koncertu.

Ostatnie dziesięć minut, to jakby kolejny wątek tej historii. Dźwięki dzwonów, talerzy, rodzaj nowego ceremoniału, który stara się brać w nawias wszelkie zbyt dosłowne frazy, na ogół pozbawione tajemniczości, jakimi spowita była przez długie minuty scena CSW. Oto prawdziwie mroczna aura, zmysłowo tkana zarówno ambientem akustyki, jak i jej syntetyczną powłoką. Po dłuższej chwili milczenia powraca sopran i postanawia zaciągnąć muzyków na ostatni tego wieczoru szczyt. Parker pracuje swoim słynnym oddechem cyrkulacyjnym, a reszta uczestników zbiera siły na końcowe fajerwerki. Ten peak narracji kipi emocjami, a nawet free jazzem (piano!). Akustyczne frazy wydają się poniewierać swe syntetyczne echo. Ale to właśnie elektronika z nieznanego źródła i obłok milknącej akustyki sprawiają, iż po 57 minucie narracja efektownie przygasa, serwując nam na koniec jedynie plejadę tłumionych, filigranowych fraz.

 

Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble Warszawa 2019 (Fundacja Słuchaj!, CD 2021). Evan Parker – saksofon sopranowy, Matt Wright – laptop & turntable, Paul Lytton – instrumenty perkusyjne i analogowa elektronika, Richard Barrett i Paul Obermayer – elektronika, live processing, Percy Pursglove – trąbka, Peter van Bergen – klarnety, Mark Nauseef – instrumenty perkusyjne, Sten Sandell – fortepian i syntezator oraz Adam Linson – kontrabas i elektronika.  Koncert zarejestrowany 12 paździenika 2019, 14th Ad Libitum Festival, CSW Warszawa. Jeden trak: 58 minut i 35 sekund


Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, jakieś ... kilkanaście godzin temu!



wtorek, 1 czerwca 2021

Keune, Hirt, Schneider and Lytton as Xpact II!


Ta historia zaczęła się prawie cztery dekady temu, pod koniec 1983 roku w Berlinie. Trzech niemieckich improwizatorów - Wolfgang Fuchs, Erhard Hirt oraz Hans Schneider, wtedy jeszcze muzycy na dorobku, dziś legendy gatunku, postanowili zewrzeć szeregi z angielskim perkusistą i eksperymentatorem Paulem Lyttonem. Swój muzyczny pomysł nazwali Xpact, a efekty dźwiękowe kilku spotkań zawarli na czarnym krążku Frogman's View*.

Po tym zacnym fakcie, niemal niezauważenie, minęło kilka epok w muzyce, a w międzyczasie zmarł niestety klarnecista Fuchs. U progu nowej dekady lat pozostali muzycy postanowili powrócić do idei elektroakustycznych improwizacji, jakie uprawiali wiele lat temu. Do roli następcy Fuchsa doprosili świetnie nam znanego saksofonistę Stefana Keune’a. Ostatecznie spotkali się pod koniec września ubiegłego roku w Kolonii, w miejscu zwanym King Georg, gdzie zarejestrowali materiał na płytę, którą nazwali niespecjalnie odkrywczo Xpact II.

Nim posłuchamy dalece frapujących dźwięków, jakie wówczas powstały, poznajmy pełne credits do albumu. A zatem: Stefan Keune – saksofon tenorowy, Erhard Hirt – gitara i elektronika, Hans – Schneider – kontrabas oraz Paul Lytton – cytując za okładką płyty: Trobriander Laptop and Miscellaneous Table Top Objects (uspokojamy delikatnie zaniepokojonych – będzie robił to, co potrafi najlepiej, czyli uprawiał bystry drumming, choć nie przy użyciu standardowego zestawu perkusyjnego, dodatkowo inkrustowany nienachalnymi plamami elektroniki). Cztery improwizacje - łącznie 52 minuty i 38 sekund, wydawcą płyty CD jest brytyjski FMR Records.

 


Ów imponujący spektakl jakże swobodnej improwizacji, która doskonale wpisuje się w idiom prawdziwie brytyjskiej estetyki, acz realizowanej z niemiecką precyzją i takimż skupieniem narracyjnym, zaczyna się niemal trzydziestominutową odsłoną, nazwaną Restart i zdającą się być kluczową częścią tej zabawy. Sytuacja na wejściu jest następująca – modulowany sound gitary z lekkim prądem, szum i szelest akcesoriów perkusjonalnych, drobne podmuchy z tuby saksofonu, wreszcie skromny smyczek na gryfie kontrabasu. Wszyscy aktorzy wydają bystre short-cuts, które świetnie ze sobą współgrają, budują intensywność przekazu, ale nie stymulują specjalnej dynamiki. Lytton nie byłby jednak sobą, gdy nie dbał o rytm. Buduje go na wszystkich przedmiotach, które znalazły się w zasięgu jego długich rąk. Keune płynie swobodnie, pełen atencji dla dokonań Evana Parkera, choć tego ostatniego wcale tu nie brakuje. Elektroakustyczny post-jazzy freechamber rodzi się powoli, tkany drobiazgami, mikro akcjami i reakcjami, tudzież swobodnymi dialogami w podgrupach. Okazjonalnie muzycy pracują w trybie bardziej dynamicznym, który w ułamku sekundy są w stanie spowolnić wyjątkowo spektakularnymi frazami. Ponieważ nie brak tu elementów syntetycznych, całość narracji od czasu do czasu przybiera postać fake sounds, acz generalnie opowieść dobrze równoważny akcenty akustyczne i elektroniczne, a w skończonej liczbie przypadków stawia na supremację tych pierwszych. Jakby na dowód tej tezy, skromna antyteza – w okolicach 10-12 minuty większość dźwięków snuje się w oparach syntetyki, nawet preparowany dźwięk saksofonu brzmi jakoś tajemniczo nienaturalnie. Narracja płynie wzgórzami, przeciska się szczelinami, rozpływa dolinami – raz za razem muzycy dyktują nam zmiany, które w każdym przypadku zdaje się ciągnąć narracyjnie inny instrument. Smyczek na ogół pięknie spowalnia, drumming Lyttona nawet na gołym stole zazwyczaj dodaje dynamiki. Saksofonista świetnie czuje się w obu wariantach, a gitarzysta, choć często pracuje na drugim planie, też dostarcza nam wyłącznie samych przyjemności fonicznych. Szczególnie pięknie robi się w okolicach 20 minuty, po kolejnym perfekcyjnym zejściu w okolice ciszy. Muzycy pokonują drogę od akustyki do post-syntetyki, by za moment wyruszyć w kierunku przeciwnym. Końcowa część pierwszej improwizacji fantastycznie nabiera rumieńców. Na czele orszaku maszeruje tenorzysta, a tuż za nim kontrabasista, który sięga bodaj po raz pierwszy po technikę pizzicato. Artyści kończą tę część drobną, ale dotkliwą porcją free jazzu.

Kolejne trzy improwizacje są znacznie krótsze, trwają łącznie mniej niż cała pierwsza część. Drugą odsłonę Xpact II zaczyna kontrabas, który płynie cudownym miksem arco & pizzicato. Perkusjonalia szumią, a gitara i saksofon plamią flow, ciekawie wybrzmiewając. Mistrzowie subtelności i kreślenia filigranowych, świetnie skorelowanych ze sobą fraz, pracują jak cztery spirale jednego mechanizmu, doskonale na siebie oddziaływują. Tu, po chwili, łapią ekspresję jak ryba wypuszczona do bezkresnego oceanu. Na zakończenie odcinka miast jednak taplać się w emocjach free jazzu, sięgają po uspokajające, niemal relaksacyjne dźwięki. Trzecią część zaczynają gitarowe preparacje i wyjątkowy suchy smyczek na gryfie kontrabasu. Lytton dodaje garść syntetycznych fake sounds, a saksofon Keune’a czeka z pierwszym dźwiękiem aż do końca trzeciej minuty. Muzycy pracują w tej fazie nagrania dłuższymi frazami, które leją się wyjątkowo szerokim korytem niemal samej akustyki. Przewrotnie reguły zaczyna tu ustanawiać elektryczna gitara, a pomaga jej iście parkerowski, ale łagodny tembr tenoru. Narracja nabiera mroku, a po niedługiej chwili zostaje wzmocniona bardzo masywną porcją niskich częstotliwości, kreowaną głównie przez kontrabas, ale nie bez udziału tajemniczych dźwięków gitarowych. Improwizacja gęstnieje - syntetyka pulsuje i stymuluje akustykę. Muzycy nie eskalują od razu tempa, przez chwilę kłębią się w sobie, czekają na moment, by paść w objęcia bardziej ognistej opowieści. Xpact II dociera na swój najwyższy szczyt, po czym serwuje nam efektowny stopping in real-time! Brawo! Finałowa improwizacja to jedynie drobne, niespełna czterominutowe encore. Ale i tu muzycy przygotowali dla nas same smakowitości – drobne molekuły dźwięków saksofonu i preparowanej gitary, piękna pulsacja basu, którego repeta zdaje się nie mieć tu końca, wreszcie rytmiczny szelest perkusjonalii. Narracja naszpikowana wspaniałymi detalami, niesie się drobnym, ostatnim już wzniesieniem, po czym gaśnie w poczuciu wspaniale spełnionego obowiązku. Xpact never dies!

 

*) Nagranie jest obecnie dostępne na bandcampie: destination-out.bandcamp.com. Ta strona konsumuje niemal cały dorobek artystyczny kluczowego dla muzyki improwizowanej i freejazzowej, niemieckiego labelu FMP Production.



wtorek, 26 maja 2020

London Jazz Composers Orchestra! That Time! From The Past, To The Future and Forever!


Prowadzona przez kontrabasistę Barry’ego Guya, Londyńska Orkiestra Jazzowych Kompozytorów kończy w tym roku okrągłe 50 lat! Huczne obchody rocznicy odbyły się na początku marca w … Krakowie! Na tę okoliczność przygotowana została niezwykła płyta, która zawiera nagrania formacji z lat jej absolutnej młodości (1972 i 1980), które nie były dotąd publikowane. Wydarzenie dla muzyki free jazzowej i improwizowanej Starego Kontynentu na pewno równie doniosłe, jak samo półwiecze istnienia Orkiestry. A gdy zakochani w tej muzyce fani przeczytają jeszcze listę płac (o ile nie potrafią z pamięci wylistować najważniejszych muzyków, który tworzyli LJCO w tamtych latach), kolana same się pod nimi ugną!

Po prezentacji rozbudowanego credits, opowiemy ze szczegółami, co działo się w samym sercu czterech kompozycji Orkiestry, zarejestrowanych w latach 1972 i 1980, a na zakończenie tekstu zaprosimy na krótkie resume dokonań fonograficznych LJCO, które poprzedziły omawiany dziś krążek.

I jeszcze zapomnieliśmy dodać! Najważniejsza płyta roku 2020 w kategorii Ku Chwale Gatunku właśnie się ukazała!




Muzyka zaprezentowana została na płycie w pięciu częściach, przy czym pierwszą z nich jest niespełna dwuminutowa zapowiedź sceniczna, w trakcie której słyszymy także rozgrzewającą się orkiestrę. Zasadnicze utwory/ kompozycje zawarte na płycie stanowią traki od 2 do 5 (wbrew opisowi na okładce płyty, który ignoruje pierwszy fragment z zapowiedzią). Całość trwa 63 minuty i 53 sekundy. Wydawcą płyty That Time (CD 2020) jest nasz krajowy potentat na rynku free jazz/ free improv, krakowskie Not Two Records.

London Jazz Composers Orchestra w składzie: kontrabasy – Barry Guy (na płycie w utworach: 2-5), Chris Laurence (2, 3), Jeff Clyne (2, 3), Peter Kowald (4, 5); gitara – Derek Bailey (2, 3); perkusje, instrumenty perkusyjne – John Stevens (4, 5), Paul Lytton (2, 3), Tony Oxley (2-5); fortepian - Howard Riley (2-5); saksofony - Trevor Watts (2-5), Alan Wakeman (2, 3), Dave White (2, 3), Evan Parker (2-5), John Warren (2, 3), Larry Stabbins (4, 5), Mike Osborne (2, 3), Peter Brötzmann (4, 5), Tony Coe (4, 5); puzony – Alan Tomlinson (4, 5), Mike Gibbs (2, 3), Paul Nieman (2-5), Paul Rutherford (2-5); trąbki - Dave Holdsworth (2, 3), Dave Spence (4, 5), Harry Beckett (2-5), Kenny Wheeler (2-5), Mark Charig (2-5); tuba – Dick Hart (2, 3), Melvyn Poore (4, 5); skrzypce – Philipp Wachsmann (4, 5), Tony Oxley (4, 5); dyrygentura - Buxton Orr (2, 3) *)


Watts Parker Beckett To Me Mr Riley? (kompozytor Kenny Wheeler, Berliner Jazztage, listopad 1972)

Najbardziej straight-ahead jazzowa kompozycja w historii Orkiestry (wedle słów Guya) zaczyna się masywnym dronem kontrabasów, które w towarzystwie rozgrzewających perkusjonalii czynią zwartą introdukcję. Rozbudowana wataha instrumentów dętych komentuje owe działania zwartym unisono, które uznać możemy, bez ryzyka popełnienia błędu, za prezentację tematu kompozycji. Narracja niesie nam dużo ekspresyjnych drobiazgów, którym urody nie odejmuje fakt, iż są w dużej mierze zaplanowane przez kompozytora i przypilnowane przez dyrygenta. Po kilku minutach pierwszym bardziej separatywnym wydarzeniem dramaturgicznym jest solo pianisty. Wokół niego zaczyna narastać prawdziwie free jazzowa eksplozja czystej, zwierzęcej ekspresji. Zdaje się, że każdy z licznej grupy muzyków dokłada swoją część do obrazu całości. Żywioł kolektywnej improwizacji pod rygorami swobodnej kompozycji! Kolejny epizod wyznaczają kontrabasy, które budują masywny rytm. Perkusje biją na alarm, niczym banda doboszy, a salwy instrumentów dętych czynią ostateczne spustoszenie. W takich okolicznościach spektaklu swój popis rozpoczyna agresywny saksofon tenorowy (Evan Parker!), a towarzyszy mu równie ekspresyjna gitara (Derek Bailey!). Mieniące się w słońcu ostrza brzytwy, dynamika galopu i przeszywające na wylot kontrapunkty pozostałych instrumentów, głównie dętych! W połowie 8 minuty basy znów trzymają rytm, a cała Orkiestra zaczyna tanecznie swingować. Wolta stylistyczna pięknie wpisuje się w wizerunek muzyków, którzy zdolni są do wszystkiego, stymulowani dobrym zapisem na pięciolinii i tolerancyjnym dyrygentem. Swoje równie agresywne solo zaczyna saksofon altowy (Trevor Watts? Mike Osborne?), który przez moment za partnerów ma tylko kontrabas i perkusję.  Reszta czai się na boku, by po chwili uderzyć huraganowym komentarzem. Tuż przed upływem 10 minut szybki epizod solo tuby! W komentarzu kilka smyczków, dęte pojękiwania – post-chamber unit nie trwa długo, ale razi urodą! Wokół rodzą się krzyki, separatywne eksplozje, gwar wszechobecnego tworzenia. Dynamiczna zmienność akcji buduje jakość - powrót tematu granego całą szerokością sceny, kompulsywne akcje trębaczy, moc kolektywnego zgiełku. Finał skrzy się żywym jazzem i wrzącym tyglem skojarzeń. Brawo!

Statements III (Fragment) (Barry Guy, Donaueschingen Musiktage, październik 1972)

Charkot armii saksofonów, szczebiot blaszaków, pląsy grubych strun i perkusjonalne swawole – obraz kompozycji Guya mieni się kolorami i rozbudowaną teksturą brzmieniową. Daleki od jazzowej fabuły poprzedniego utworu, stawia na improwizację, uprawioną wszakże w ramach wewnętrznej struktury zapisów kompozytorskich, które topią w stylizacji post-contemporary, stawiają jednak na kolektywne, ekspresyjne sekwencje zdarzeń, nie zaś na indywidualne popisy solistów. Dużo abstrakcji, swobody myśli i czynów, a wszystko skąpane w niestygnących choćby na moment emocjach. Wrzaski, krzyki, kryminogenne incydenty – muzyka bulgocze, skwierczy i złorzeczy, urzekając przy tym bogactwem wydarzeń, kreowanych wolą kompozytora i wyobraźnią zgrai rozimprowizowanych mistrzów swojego fachu. Narracja zdaje się być gęsta od dźwięków, wszyscy czują oddechy partnerów na plecach, tempo zróżnicowane, ale bez nadmiernej dynamiki – szczególnego rodzaju marsz pokiereszowanych przez los muzycznych straceńców! W 5 minucie drobne uspokojenie – delicje post-chamber, pomruki basów, śpiewy dętych, partie na poły preparowanych dźwięków. Dyskusje i pyskówki, akcje i reakcje, a w ramach wisienki na torcie – saksofonowe pląsy Parkera pomiędzy strunami gitary Baileya (nikt nie pomyli takich dźwięków z czymkolwiek!). Po kolejnych dwóch, trzech minutach narracja odzyskuje na moment utraconą gęstość, choć wszystko zdaje się dziać jakby w większej przestrzeni, z większą swobodą – pytania i odpowiedzi, a na ich bazie cudowna eksplozja temperamentu Baileya! Dyrygent i muzycy budują spektakularny chaos samodzielnych, ale symultanicznych eksplozji – dialogi, trialogi, multi-logi! Narracja kipi od zdarzeń, można odnieść wrażenie, iż dyrygent wyszedł właśnie na papierosa, a muzycy dają upust swoim emocjom! Salwy tuby, grzmoty kontrabasów i dęte przekomarzania, które w pewnym momencie ktoś próbuje porządkować. Efektem – błyskotliwy duet trąbki i saksofonu! Po dwóch minutach Orkiestra wchodzi w ten dialog ciężkim butem kontrapunktów i kieruje marsz w innym kierunku, którego jednak nie poznamy, gdyż nagranie ulega wyciszeniu. **)

Quasimode III (Paul Rutherford, London, Studio Recording, marzec 1980)

Aurę kompozycji puzonisty tworzą basowe pomruki strun i płynne, półambientowe, elektroakustyczne tło instrumentów dętych. Rutherford korzysta z drobnej elektroniki, którą znamy także z jego płyt solowych - oniryczne plamy dźwięków z podskórnym meta rytmem. Ten właściwy, marszowy rytm opanowuje scenę po niedługim czasie. Tworzą go nisko zawieszone pasaże dźwiękowe instrumentów dętych. Osią dramaturgiczną utworu jest repetycja, budowanie powtarzającej się sekwencji dźwięków. Po 4 minucie krótka, błyskotliwa ekspozycja saksofonu sopranowego (Parker!), która zdaje się tłumić niezbyt śpieszne tempo opowieści. Szelest talerzy i akordy piana, które brzmi, jak stało obok zasilacza prądu stałego, moc dętych komentarzy i kontrapunktów. W połowie 7 minuty salwa pełna śpiewu, czynioną przez jedną z trąbek, której towarzyszą mikro ekspozycje instrumentów dętych. Dużo dobrego dzieje się w obrębie podsekcji kontrabasów i perkusji. Mocny depnięcie saksofonu tenorowego (Parker?) napędza na powrót dynamikę nagrania. Perkusiści skaczą z nim w ogień bez słowa zawahania. Nim cała orkiestra narzuci dryl porządkującego (repetującego!) marszu finałowego, czeka nas jeszcze drobny epizod trębacki, zdobiony kolejną porcją elektroakustycznego sosu. Ów moment wejścia na ostatnią prostą ma miejsce w 12 minucie nagrania. Trwa jeszcze dwie minuty z okładem, nie zabraknie w jego trakcie błyskotliwych incydentów dźwiękowych z wielu źródeł.

Appolysian (Howard Riley, London, Round House, marzec 1980)

Czwarta kompozycja w jubileuszowym zbiorze zdaje się konsumować wszelkie walory poprzednich utworów, ale dodaje też coś od siebie! Choćby wspaniałą, kilkuminutową introdukcję, czynioną tylko na strunach, na ogół z użyciem smyczka (Waschmann & Oxley, Guy & Kowald!). Piano podłącza się w międzyczasie, współtworząc wichry zmysłowego post-chamber. Zmysłowe Strings Kingdom panuje niemal do końca trzeciej minuty. Wtedy to, początkowo bardzo nieśmiało, do gry podłączają się instrumenty dęte. Ów dramaturgiczny rozgardiasz porządkuje Riley i wypuszcza kolejne instrumenty na łowy. Flow narasta, kieruje się na dramaturgiczny szczyt! Temat podawany unisono tylko pozornie łagodzi obyczaje, gdyż wokół niego dzieją się wyłącznie free jazzowe eksplozje! Kontrapunkty na raz dodatkowo budują grozę sytuacji scenicznej. Opowieść nabiera niemal post-industrialnej gęstości i lepkości. Muzycy dokładają swoje krótkie strzały solowe, dzięki czemu całość pięknieje z każdą sekundą. Dęciaki swawolą szeroką ławą, kontrapunkty tną czerstwe powietrze na nierówne połowy. Swoje trzy sekundy ma armia puzonów, po czym władzę przejmuje galaktyka saksofonów. Brawo! Po drodze bezwstydny orgazm przeżywa trąbka! Równie wysoki poziom emocji odnajdujemy pod palcami pianisty! Perkusje po prostu płoną! Free jazzowy, kolektywny wybuch improwizowanej piękności! Truely grand finish! Po upływie 13 minuty muzycy rozbiegają się po scenie, tłumią emocji równie kolektywnie, jak je wzniecali. Znów w roli mistrzów ceremonii saksofony! Oklaski po ostatnim dźwięku dość skąpe, biorąc pod uwagę artystyczne tornado, jakie przetoczyło się po nas w trakcie ostatniego kwadransa.


*****



Prowadzenie dużego zespołu muzyków jazzowych i improwizujących jest przedsięwzięciem skomplikowanym pod względem nie tylko artystycznym, ale przede wszystkim logistycznym i … finansowym. Zatem 50-letnia, fonograficzna historia London Jazz Composers Orchestra zawiera - poza wspominanym dziś nowym wydawnictwem - jedynie dziesięć pozycji. A zaczyna się w roku 1972 nagraniem kompozycji Barry’ego Guya Ode (Incus, 2LP 1972; reedycja z dodatkowym utworem - Intakt Records, 2CD 2005), powstałym mniej więcej pół roku wcześniej niż nagrania zaprezentowane na płycie omówionej w części głównej.

Na kolejny epizod edytorski Orkiestry musieliśmy czekać niemal dekadę. Wtedy to ukazało się nagranie Stringer (FMP, LP 1983; reedycja Intakt Records, CD 1996, wydane wraz z nowym, dość krótkim materiałem Study II z 1991r.), zarejestrowane dokładnie w tym samym miesiącu 1980 roku, gdy powstały nagrania zamieszczone na płycie That Time.

Kolejne siedem płyt LJCO obejmuje nagrania z lat 1987-1995, kiedy to Barry Guy mógł liczyć na spore wsparcie finansowe podatników Królestwa Szwajcarii i pochodzące także stamtąd wydawnictwo Intakt Records.

Ten wątek w historii grupy zaczyna podwójne wydawnictwo Zurich Concerts (Intakt, 2LP/2CD 1988), na którym rozbudowany aparat wykonawczy LJCO spotyka się z Anthony Braxtonem, grając zarówno kompozycje Guya, jak i amerykańskiego gościa. Kolejne dwa krążki – Harmos (Intakt, CD 1989) i Double Trouble (Intakt, CD 1990), to nagrania powstałe w Zurichu, w tej samej okoliczności studyjnej, w trakcie kolejnych trzech kwietniowych dni roku 1989. Jeśli Pan Redaktor miałby wskazać swoje ulubione płyty Orkiestry, to trzy omówione w tym akapicie, są właśnie jego jakże subiektywnymi faworytami!

W roku 1992 ukazuje się płyta Theoria (Intakt, CD), która jest pierwszą kolaboracją Orkiestry ze szwajcarską pianistką Irene Schweizer. Dwa lata później na światło dzienne wystawia się podwójny zestaw Portraits (Intakt, 2 CD), w roku 1997 – Three Pieces for Orchestra (Intakt, CD), wreszcie rok później, kończący wątek nagrań z okresu finansowej prosperity Orkiestry, Double Trouble Two (Intakt, CD) z udziałem aż trojga gości – ponownie Irene Schweizer, a także amerykańskiej pianistki Marylin Crispell i szwajcarskiego perkusisty Pierre'a Favre.

London Jazz Composers Orchestra powraca dopiero w roku 2008 koncertem w trakcie Schaffhauser Jazzfestival, znów z udziałem Schweizer, która m.in. otwiera krążek Radio Rondo/ Schaffhausen Concert (Intakt, CD 2009) 15-minutowym występem solowym. Jest to ostatni, jak dotąd wydany koncert Orkiestry. Być może nadejdzie jeszcze czas, by nad wszystkimi nagraniami Orkiestry pochylić się bardziej szczegółowo.

Warto przypomnieć, iż LJCO występowała w roku 2013 na warszawskim Festiwalu Ad Libitum. No i oczywiście, o czym pisaliśmy w preambule tego tekstu, w tym roku w Krakowie, w przeddzień ogłoszenia pandemicznego lockdownu.


*) brak informacji, kto w utworach 4 i 5 zajmował się dyrygowaniem.
**) zaprezentowany na płycie utwór w rzeczywistości trwał prawie 40 minut. Guy przyciął go dla spójności całej płyty (jaka szkoda…)