Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patrick Shiroishi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patrick Shiroishi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 października 2024

Barcelona makes the world go round: Death Posture! AMSIA! General Ludd! The Devil, Probably! Trilla!


Po muzykę powstałą w stolicy Katalonii sięgamy od lat z diabelską przyjemnością. Choć obracamy się na ogół w dość wąskiej grupie artystów, jakości nigdy nie brakuje, a ponadgatunkowy tygiel soczystych emocji jest naszym udziałem na każdym albumie.

Dziś na tapecie pięć nowości z Barcelony – trzy z nich, to dzieła niezmordowanego Discordian Records, w tym dwa pod zacnym kierownictwem artystycznym szefa labelu El Pricto. Dwie kolejne, to albumy wydane poza Półwyspem iberyjskim, ale każdorazowo z udziałem najlepszego na świecie specjalisty w dziedzinie no drumming percussion – Vasco Trilli. 




Luis Erades/ Diego Caicedo/ Seba Ramírez Death Posture (Discordian Records, DL 2024)

Golden Apple, Barcelona, lipiec 2023: Luis Erades – saksofon barytonowy i altowy, Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Seba Ramírez – perkusja. Pięć utworów, 38 minut.

Death Posture, to nowa konfiguracja personalna na scenie BCN – gitarzystę i saksofonistę znamy doskonale, z kolei drummer, to człowiek z dalekiej Ameryki Południowej. Panowie pichcą nam prawdziwie heretycką potrawę. Utwory nieparzyste, to black-punkowy spazm na baryton i mroczną, ale obrośniętą psychodelicznym rockiem gitarę, podsycany prostym, perkusyjnym bitem. Utwory nieparzyste kleją się z preparowanego altu i równie kreatywnej w dekonstrukcji dźwięków gitary, która chętnie ucieka w dubową nieskończoność. Ot, cała Barcelona! Gatunki i stylistyczne konotacje nie mają jakiegokolwiek znaczenia – liczy się to, co ostatecznie trafia do naszych uszu! Doskonały album, którego trzeba słuchać definitywnie głośno!

Pierwsza odsłona ma swój black-punkowy motyw, który na etapie spowolnienia obrasta strugą soczystych improwizacji. Baryton krzyczy, a gitara i perkusja dokonują ostatecznego zniszczenia. Muzycy czerpią tu ze wszystkiego – z mocnego rocka, krwawego free jazzu, czy wreszcie bezgatunkowej magmy godnej Johna Zorna. W drugiej części wchodzą w obszar mrocznych preparacji. Nim pojawi się zalążek rytmu, wszędzie panoszą się plamy post-industrialu i akcenty dubowe, a w tubie saksofonu altowego rodzi się dużo dobrego. W części trzeciej rytualny black-punk powraca ze zdwojoną siłą. Opowieść kipi od emocji, ale nie szczędzi nam pewnej przewrotnej taneczności i post-melodyjności. Free jazzowa puenta tylko dodaje jakości. W czwartej opowieści muzycy strzygą uszami w demonicznym przestrachu. Pulsuje echo, krwawi strużka ambientu. Całość dygocze niczym dogorywający wojak w okopach pierwszej wojny światowej. Końcowa pieśń trzyma się estetyki numerów nieparzystych, ale w fazie początkowej lepi z drobnych, urywanych fraz. Muzycy świetnie na siebie reagują, a flow gęstnieje, choć nie nabiera tempa. Finał tonie w ogniu i cudownym hałasie.




AMSIA Estrategias para el baile (Discordian Records, DL 2024)

Askoitia, od maja 2021 do października 2023. AMSIA – syntezator modularny, gramofony, inne modulatory dźwięków i sampler (pełna lista urządzeń na stronie bandcampowej). Osiem utworów, 53 minuty.

Pod zabawnie brzmiącym tytułem wykonawczym kryje się oczywiście sam El Pricto. Album zbiera jego różne prace powstałe na przestrzeni trzydziestu miesięcy. Muzyk pracuje tu na swoim podstawowym od kilku już lat instrumencie, czyli syntezatorze modularnym, ale jego niepowtarzalne (tu często bardzo subtelne) brzmienie wzbogaca plejadami sampli i innych tajemniczych dźwięków wydobywanych za pomocą akcesoriów, których lista zdaje się nie mieć końca. Album jest oczywiście przepełniony syntetycznymi frazami, ale niepozbawiony także akcentów akustycznych i nade wszystko elektroakustycznych. Intryguje od pierwszej do ostatniej sekundy.

Płyta składa z trzech kilkunastominutowych, epickich dramatów, przebogatych w wydarzenia, nasyconych dużą porcją sampli i fraz nie do końca syntetycznych. Pozostałe utwory trwają 3-5 minut i pięknie uzupełniają tzw. dania główne. Początek wydaje się być elektroakustycznym wielośladem, tkanym z milionów drobnych, rwanych fraz. Niektóre z nich brzmią twardo, niemal kosmicznie, inne są ulotne, niemal metafizyczne. Całość przypomina soundtrack do filmu nierozpoznanego gatunku, ale na pewno trzymającego w napięciu aż po śmierć głównego bohatera. Krótsze epizody także budowane są bogatą paletą short-cuts, często przypominają zabawy z połamanym rytmem (niekiedy z fortepianowej klawiatury), czasami brzmią jak uszkodzony automat perkusyjny. Piąta odsłona mieni się wyjątkowo bogatą feerią barw. Klawiszowe sample, relaksacyjne westchnienia, ale i odpryski dewastowanego rytmu. Część szósta, to frazy cięte wyjątkowo ostrym skalpelem, z kolei w części siódmej słyszymy dźwięki strunowe. Album wieńczy dość ponura, tylko pozornie najspokojniejsza opowieść. Panuje w niej gęsty półmrok, oddycha głębokie echo, a wszędzie snują się mgławice post-ambientu. Całość dogorywa na samym dnie, w mule post-dźwięków.




General Ludd eiπ + 1 = 0 (Discordian Records, DL 2024)

Golden Apple, Barcelona, styczeń 2024: El Pricto – syntezator modularny oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 43 minuty.

To drugie ujawnienie duetu Pricto i Trilli. Pierwsze miało miejsce w czasach, gdy szef Discordian Records grał jeszcze na saksofonie, którego posuwiste frazy, na potrzeby tej inicjatywy, przepuszczał przez gitarowe wzmacniacze. Teraz korzysta już wyłącznie z analogowego arsenału syntetyki, ale efekt całości zdaje się być równie demoniczny, jak prawie pięć lat temu. Dobrą robotę dokłada tu perkusista, który kalejdoskop syntetycznych plam oplata świetnie konstruowanym drummingiem.

Pierwsza improwizacja zajmuje tu niemal pół albumu, a wraz z drugą niemal dwie-trzecie. Początek wydaje się być spokojny, wręcz relaksacyjny. Syntetyczne plamy niosą się tu ku górze na szklistym drummingu po talerzach. Artyści biorą się do pracy po czwartej minucie i czynią to w dalece mistrzowskim stylu. Całość nie przestaje być jednak zaskakująco lekka, przypomina taniec plastikowych wampirów. Demiurg dramaturgii Pricto i wszędobylski Vasco nie trwonią tu choćby sekundy. Finalizacja spoczywa na barkach syntezatora i trwa ujmująco długo. Druga opowieść lepi się z drobnych, silnie reaktywnych fraz. Improwizacja efektownie nabiera tempa, po czym rozpływa się w onirycznej plamie samozadowolenia. Trzy ostatnie utwory, to już drobne epizody. Pierwszy z nich otwiera talerzowa feeria barw. Strumienie szmerów płyną tu w intrygującym rytmie. Kolejny epizod jest jeszcze bardziej perkusyjny, a akcje obu artystów doskonale skomunikowane. O szeroką paletę barw dba Pricto, którego kreatywność w obszarze syntezatora modularnego winna budzić respekt. Finał albumu zdaje się być mroczną balladą, pełną pytań, na które nie ma odpowiedzi. To garść ambientowych pulsacji, które na ostatniej prostej rozlewają się dalece szerokim korytem.



 

Shiroishi/ Reviriego/ Trilla The Devil, Probably II (Fort Evil Fruit, Kaseta 2024)

Los Angeles i Barcelona, czas nieznany: Patrick Shiroishi – saksofony, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Siedem utworów, 41 minut.

To drugie spotkanie tego … transatlantyckiego tria – dźwięki kontrabasu i perkusji powstają w Barcelonie, frazy saksofonowe w Los Angeles. Kameralny post-jazz wikłany jest tu w typowe dla sceny barcelońskiej faktury ponadgatunkowej improwizacji, które intrygująco schładzane są pewnym orientalno-folkowym anturażem. Nagranie śmiało pretendować może do miana … relaksacyjnego, ale jakaż to jest energetyczna relaksacja!

Na starcie Barcelona buduje smyczkiem i talerzami nerwowe post-chamber, Los Angeles ripostuje łagodnym strumieniem saksofonowej nadziei, wszystko zdobiąc swobodną, niewymuszoną wokalizą. W drugiej części pojawia się dalekowschodni zaśpiew fletu, z kolei akcje perkusjonalii i basu zdają się być dalece minimalistyczne. Trzecia część, to garść dość masywnych, jak na estetykę albumu preparacji, nie tylko z tuby dęciaka, ale także gardła. Flow po raz kolejny efektownie pęcznieje, muzycy napinają się niczym cięciwa łuku, a wielominutowa, epicka drama from time to time raczy nas zaskakującymi i urokliwymi dopowiedzeniami. Przez moment wszystkie instrumenty na wyimaginowanej scenie śpiewają. Jazzowa puenta saksofonu stanowi tu dużej klasy dysonans. Czwarta opowieść jest martwą balladą, nasyconą rezonansem talerzy, leniwym pizzicato basu i sopranowymi zaśpiewami po społu z cierpiętniczą wokalizą. W odsłonie piątej saksofon i smyczek rzewnie zawodzą, z kolei perkusjonalia w pozie roztargnienia raczą nas plejadą dzwonkowych detali. W szóstej części powracają echa folkowe, tu mające chyba swój moment kulminacji. Mamy wrażenie, że płyniemy wodami Orinoko przez gęstwiny tropikalnej puszczy. Ceremoniał perkusjonalii, śpiew fletu, lament smyczka. Albumowe resume kreują z kolei kontrabasowy post-barok, roztańczone dzwoneczki i ciepły tembr saksofonu. Wbrew retoryce instrumentacji – wszystko tu do siebie idealnie pasuje.



 

Vasco Trilla The Bell Slept Long In Its Tower (Thanatosis, CD 2024)

V.T headquarters, Barcelona, sierpień 2023: Vasco Trilla - timpani, dzwony, głośniki, werbel, wybrane perkusjonalia. Dziesięć utworów, 41 minut.

Vasco Trilla dostarcza nam solowe albumu każdego roku. Od dwóch edycji czyni w pewnym szwedzkim wydawnictwie, zawsze obleczony czarną okładką z małym, mglistym zdjęciem po środku. Zdaje się, że taka stała się ostatnimi czasy muzyka barcelończyka. Mroczna, niepokojąca, budząca trwogę, daleka od post-perkusyjnego wytłumienia. Na najnowszym albumie Vasco bazuje na rezonansie. W trakcie dziesięciu zwartych opowieści ów rezonans budowany jest odmiennymi metodami, osiąga różny poziom intensywności. Nie przestaje być jednak talerzowym dark ambientem.

Początek jest intensywny, niekiedy nawet masywny. Talerze drżą traktowane zarówno perkusyjnymi pałeczkami, jak i klejone do rozleglej glazury werbla. Całość płynie jednak spokojnym strumieniem, nie brakuje oddechu ciszy i smug delikatnego ambientu. W kolejnych utworach Trilla dokłada nowe elementy – słyszymy efekt szarpania za struny, biją duże i małe dzwony, całość mimo onirycznej aury potrafi nabierać rytmu, pewnej ulotnej dynamiki. Piąta część trwa ponad jedenaście minut i wydaje się tu kulminacją dramaturgiczną. Strumienie rezonansu płyną z wielu stron, generowane kilkoma obiektami. Wszystko drży, niekiedy szeleści, a strumień dźwięków pogłębia się i sięga swojego coraz mroczniejszego spektrum. W kolejnych improwizacjach muzyk dozuje nam poziom hałasu. Niektóre frazy szumią, inne sięgają nieba, niemalże śpiewają, jeszcze inne pulsują na różnych wysokościach, sprawiając incydentalnie wrażenie przednówka harsh-noise. W przedostatniej części muzyk celebruje niemal każdy dźwięk, wynosi go ku górze lub topi w bagiennym mule. Dzwony budują echo, werbel rezonuje. Finałowa pieśń przypomina chór, który w kondukcie pogrzebowym wieńczy dzieło ostatecznego rozpadu improwizacji.

 

 

wtorek, 31 października 2023

Vasco Trilla in trios: The Devil, Probably … Eating Poetry!


Vasco Trilla jest zdecydowanie najpopularniejszym muzykiem na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej. Niniejszy post jest bowiem 102-im tekstem otagowanym jego danymi personalnymi.

O muzyce artysty z Barcelony i nim samym wiemy chyba wszystko. Bez zbędnej zwłoki przestępujemy zatem do szczegółowego odczytania dwóch ostatnich nagrań z jego udziałem. W obu przypadkach są to swobodnie improwizujące tria, stylistycznie dość od siebie odlegle, mające wszakże jedną, kardynalnie wspólną cechę. Na obu albumach Trilla realizuje swój sztandarowy model improwizacji, który onegdaj określiliśmy mianem no drumming percussion. Szczególnie dobitnie ów model odciska swoje piętno na pierwszym z omawianych dziś albumów, który mógłby być kolejnym free jazzowym triem, ale dzięki zastosowanym technikom wydobywania dźwięków staje się zupełnie innym opowiadaniem. Tajemniczym, mrocznym, którego tytuł – zaczerpnięty wszak z historii kinematografii – idealnie wpisuje się w klimat improwizacji.

Drugi z prezentowanych albumów śmiało możemy określić mianem string trio. Trilla niejednokrotnie pokazał już nam, iż w improwizacjach z instrumentami strunowymi jego perkusjonalia stają się kolejnym, pełnowymiarowym strunowcem.



 

The Devil, Probably

Ten album powstał dwuetapowo. Najpierw w Barcelonie swoje dźwięki zarejestrowali Vasco Trilla (perkusjonalia) i Àlex Reviriego (kontrabas), potem - po drugiej stronie Atlantyku - saksofonowe frazy dokleił Patrick Shiroishi.

Pierwsza improwizacja rodzi się w chmurze rezonujących dźwięków talerzy i skowyczącego smyczka na gryfie kontrabasu. Echo pracuje tu niczym w dużym obiekcie sakralnym. Saksofon wtłacza się w wir narracji po pewnym czasie, też zdaje się wyć i wznosić modły do nieistniejącego boga. Owa dronowa symfonia zostaje w połowie nagrania złamana leniwym pizzicato basu, dając przy okazji asumpt do cool-jazzowej narracji dęciaka. Wystudzona opowieść zgrabnie nabiera gęstości. Druga część także daleka jest od znamiona dynamiczniej, ale wydaje się nieco żwawsza. Jeśli pizzicato, to saksofonowy post-jazz, jeśli smyczek – kameralne zawodzenia. A perkusjonalia oplatają tu wszystko strumieniem rezonansu. Na początku trzeciej części Katalończycy kreują prawdziwy teatr grozy. Preparowane, wielowątkowe frazy najpierw pracują niemal wyłączne w niskich częstotliwościach. Po pewnym czasie Trilla buduje nowy, delikatny wątek, osadzony nieco wyżej. To na nim przebywa lekki sopran i snuje melodyjną opowieść, która efektownie pnie się ku górze.

W czwartej opowieści Vasco uruchamia metronomy, którym do towarzystwa dodaje coś, co brzmi jak pozytywka. Alex zaczyna od uderzania smyczkiem po strunach kontrabasu. Na to wszystko reaguje Patrick frazami wyjątkowo mrocznego tenoru. Wszystkie wątki lepią się tu w gęstą całość, która jednocześnie śpiewa z radości i skowycze z bólu. Gdy smyczek schodzi ze swoim dronem wyjątkowo nisko, perkusjonalia dla odmiany płyną najwyższymi wzniesieniami. W piątej części kontrabas znów zdaje się być instrumentem perkusyjnym, z kolei perkusjonalia, to medium, które generuje nieskończony, sakralnie brzmiący rezonans. Saksofon zaczyna tu bardzo delikatnie – prycha, szuka punktów zaczepienia, po czym ucieka w męki pańskie, od których wyzwoleniem mogą być tylko pojedyncze szarpnięcia za struny kontrabasu. Finałowa improwizacja zdaje się być w fazie startowej budowana wyłącznie smyczkami. Do tego dzwonki, gongi i inne cuda z walizki Trilli. Plejada fake sounds ze strony Katalończyków, meta melodyjne frazy saksofonu - wszystko tworzy tu ceremoniał tajemnicy. Smyczek zaczyna rzewnie śpiewać, a my mamy wrażenie, że po drugiej stronie wielkiej wody frazują dwa instrumenty dęte. Na ostatniej prostej Alex zdziera struny, Vasco buduje mgliste tło, a Patrick płynie czystym strumieniem dźwięku. Improwizacja gaśnie przy wtórze kontrabasowego pizzicato.



 

Eating Poetry

Drugi z omawianych dziś albumów powstał bardziej standardowo - w drodze spotkania trzech muzyków w tym samym czasie i przestrzeni (choć dokładnego miejsca akcji nie znamy). Trilla buduje tu fantastyczny background dla ustawionych bardziej frontowo - słoweńskiego gitarzysty Samo Šalamona i włoskiego skrzypka Emanuele Parriniego. Świadomie pozostaje tu na drugim planie, jest niebywale wyczulony na niuanse dramaturgiczne, podejmuje tylko dobre decyzje i sprawia, że każdy dźwięk tej niekiedy bardzo subtelnej narracji (tytuł zobowiązuje!) pasuje do siebie wręcz idealnie.

Już na samym starcie perkusjonalista huczy i szeleści armią swoich małych, niekiedy bardzo niebezpiecznych przedmiotów. Towarzyszą mu drobne śpiewy skrzypiec i czyste, melodyjne frazy gitary. Improwizacja zdaje się być dalece kameralna, swobodna, ale też naznaczona pewnym post-folkowym sznytem, delikatnym, acz stanowczym. Akcja szybko nabiera tu rumieńców, a tym, który wiedzie prym zdaje się być nade wszystko gitarzysta. W drugiej części w rolę perkusjonalii wchodzą oba instrumenty strunowe. Vasco koncertuje się teraz na dźwiękach dzwonków i gongów. Wraz z rozwojem sytuacji gitara zaczyna budować wartką, choć minimalistyczną narrację, pod którą podłączają się równie dynamiczne skrzypce. Trilla jest konsekwentny w kreowaniu narracji bez akcentów drummingowych. W trzeciej wszakże opowieści sugeruje coś, co możnaby do tej ostatniej kategorii zaliczyć. Zdaje się, że pracuje rytmicznie dłońmi na werblu, ale ponieważ jego sound dociera do nas jakby zza teatralnej kotary, pewnych sytuacji możemy się jedynie domyślać. Pod koniec tej części albumu, to skrzypce przejmują wodze narracji. Czynią tak również w trakcie czwartej improwizacji, gdy wchodzą w szranki rywalizacji z coraz bardziej ekspresyjną gitarą. Vasco ledwie sugeruje drumming i otacza go chmarą dodatkowych fonii.

W piątym opowiadaniu wszyscy muzycy koncertują się na preparowaniu dźwięków. Rezonujące talerze, subtelnie szarpane struny, leniwe tempo. Z tej mgławicy możliwości rodzą się smutne melodie, które z czasem gęstnieją. Szósta improwizacja wybudza nas z nobliwego letargu pokaźną porcją nerwowych, ekspresyjnych akcji ze strony każdego z muzyków. Dużo tajemniczych, ale krótkich, rwanych fraz, także odrobina preparacji. To z pewnością albumowy szczyt ekspresji. Siódma, finałowa improwizacja jest tu zdecydowanie najdłuższa, trwa prawie dwanaście minut. Rozpoczynają ją strunowce kreując urokliwy small talk. Akcje Vasco przypominają teraz zegar z kukułką i plejady drobnych uderzeń po niezidentyfikowanych przedmiotach. Gitara jako pierwsza idzie na front i buduje wyjątkowo urokliwą ekspozycję. Skrzypce zachowują się podobnie, a perkusjonalia czynią kolejny wspaniały ceremoniał akompaniamentu. Chwilami akcje Trilli brzmią niczym gęsty, post-akustyczny ambient, który narasta niczym letnia burza. Na finałowej prostej emocje rosną, pojawia głos tajemniczego narratora, który doprowadza improwizację do szczęśliwego zakończenia.

 

The Devil, Probably The Devil, Probably (Urpa i musell, LP/DL 2023). Patrick Shiroishi – saksofon, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Los Angeles (saksofon) i Barcelonie (pozostałe instrumenty), 2022 (?). Sześć improwizacji, 40 minut.

Emanuele Parrini, Samo Šalamon & Vasco Trilla Eating Poetry (Clean Feed Records, CD 2023). Emanuele Parrini – skrzypce, Samo Šalamon - gitara akustyczna, sześcio- i dwunastostrunowa oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w 2021 roku, miejsce nieznane. Siedem improwizacji, 39 minut.



 

środa, 18 lipca 2018

RyokoSam! Kage Cometa! La Rastres! A Journey In Search Of Lost Time! *)


Wciąż debatujecie nad nowymi, jak zawsze epokowymi nagraniami Matsa Gustafssona czy Kena Vandermarka? Zastanawiacie się, ile doskonałych płyt z blondynką nagra jeszcze Peter Brotzmann? A może rozpływacie się nad histo(te)rycznym powrotem do free jazzu Dave’a Hollanda? Nie macie poczucia straty czasu?

Trybuna Muzyki Spontanicznej przygotowała dla Was prawdziwą odtrutkę! Trzy płyty młodych, zapewne zupełnie nieznanych muzyków z dalekich krajów! Poczytajcie, potem kupcie płyty (Bandcamp!) i posłuchajcie! Jakość podróży w poszukowaniu utraconego czasu gwarantowana!




RyokoSam  Gold-cut Square Voice (Raw Tonk Records, CD 2018)

Szalony duet złożony z japońskiej saksofonistki Ryoko Ono i brytyjskiego freaka Sama Underwooda, który będzie grał na instrumentach stworzonych … przez siebie (bliższych szczegółów brak!). Sami muzycy określają swoje dzieło dźwiękowe jako all noises produced by (bez komentarza!). 10 traków, 36 minut z sekundami. Brak danych, co do miejsca i czasu powstania nagrania.

W pierwszym odcinku spotyka nas buńczuczny saksofon altowy, silnie free jazzowy, z nutką zaśpiewu Ornette’a Colemana na samym brzegu tuby. Obok silny podmuch jednotonowej tuby. Akustyczny dron, który zrywa podłogę, a na koniec wpada w charkot i kompulsywne drżenie. W drugim zdaje się, iż mamy do czynienia z instrumentem dętym, który po dłuższej chwili odsłuchu sprawia jednak wrażenie instrumentu perkusyjnego, którego krawędź jest drastycznie pocierana. Szumy i dzikość serca saksofonistki. Duch oświeconego industrialu. Gęste po sam sufit. W trzecim wkraczamy w rozległy obszar elektroakustyki, oczywiście tworzony przez nieokreślone źródła dźwięku. Rodzaj bębna, który jest silnie amplifikowany i wydaje dość jednostajny rytm. Może to być także efekt korelacji rąk artysty i strun kontrabasu. Maszyna pracuje, a saksofon zgłębia dokonania współczesnej sonorystyki. Czwarty odcinek istotnie gwałci nasze narządy percepcji. Ostry saksofon i urywane dźwięki elektroniczne, generowane w wysokim rejestrze. Jakby pracowało dla nas jakieś zepsute urządzenie zasilane prądem. Ryoko szybuje i kreśli pętle. Ma lekko upalone brzmienie, czym przypomina epokowe For Alto Anthony’ego Braxtona (sposobem gry także!). No i piąty fragment – coś na kształt instrumentu perkusyjnego. Obok saksofon, który płynie tym razem długimi pasażami. Odrobinę monotonne, rzecz można kolokwialnie – repetytywne. Pętla za pętlą, w pełni akustycznie. Szósty – w rękach Sama ląduje gumowa zabawka dziecięca. Szczypta elektroakustyki na backgroundzie. Ale kto tu wydaje dany dźwięk? Który z nich pochodzi z dęciakia, który z duszonej zabawki dmuchanej? Ryoko chyba mocno preparuje, może gra na samym ustniku… Harsh electronic in sonore environment! Siódmy odcinek rozpoczyna ostry, znów jakże braxtonowski alt. Obok pulsują mikrodrony, niczym z zepsutego odbiornika radiowego. Hałas komentowany niemal balladowym free jazzem. Popisowa ekspozycja Ryoko, chyba najlepszy moment płyty. Kolejna (ósma) opowieść startuje niezwykle wysokim altem. Pod nim grzmiący smyk dużej mocy. Może to gitara zakotwiczona we wzmacniaczu, w każdym razie jakieś struny pod napięciem. W dziewiątym alt płynie jeszcze wyżej. W tle amplifikator, który pluje elektroakustycznym sosem. Eskalacja, pulsacja, wegetacja. Milknie i ponownie eksploduje. Ryoko zdaje się kolejny raz szczytować. Noise for ever, prawie 5 minut, najdłuższy fragment. Na finał powrót rwanej, szarpanej mieszanki żywego i syntetycznego dźwięku. Alt spokojniejszy, już chyba widzi tablicę z napisem koniec. Muzycy mają się ku sobie, zgrabnie imitują dźwięki współpartnera (wszakże w estetyce stosunku przerywanego). Rodzaj upiornej meta ballady na ostatniej prostej.




Dylan Fujioka/ Patrick Shiroishi/ Paco Casanova  Kage Cometa (FMR Records, CD 2018)

Czyżby moment na odrobinę sztuki wysokiej? W każdym razie udajemy się ... do Muzeum Sztuki Współczesnej w Los Angeles (marzec 2017). W jednej z sal napotykamy na trójkę lokalnych**) muzyków - Patricka Shiroishi, który zagra na saksofonie altowym i sopranowym, Dylana Fujiokę, który zagra na perkusji oraz Paco Casanovę, który obsługiwać będzie bliżej nieokreślone instrumenty klawiszowe. Jedna opowieść, niemal 39 minut.

Od startu towarzyszy nam szum sali, pomruki oczekiwania, niczym w filharmonii. Improwizacja rodzi się na powierzchni instrumentu klawiszowego. Dość szybko nabiera odpowiedniej gęstości, szorstkości i płynności. Warstwa na warstwie, dźwięk obok dźwięku. Do gry sposobi się drummer, opukując werble i tomy, sprawdzając glazurę talerzy. Tymczasem saksofon już od kilku chwil wtóruje na stronie. Narracja płynie szerokimi pasażami, smakuje soczystym dark ambientem. Bogata faktura całości. W 7-8 minucie wyłania się z tego całkiem jazzowa ekspozycja, oparta na brzmieniu elektrycznego piana. Klimat wyrafinowanego fussion i zapach dobrej trawy, który unosi się w muzealnej salce. Casanova permanentnie sięga po nowe rozwiązania. Nie znamy dokładnie jego instrumentarium, ale zdaje się być dość różnorodne. Saksofon Shiroishiego, póki co, zabiera głos dość nieśmiało i raczej dba o estetyczny background. Co innego Fujioka – szybko wchodzi w interakcje, jest wyjątkowo aktywny i w każdej sytuacji ma dobry pomysł na ciąg dalszy. Po 10 minucie poziom komunikacji w trio osiąga już optymalny poziom. Świetne reakcje, niebanalne koincydencje. Saksofon i keyboard coraz częściej śpiewają jednym głosem i niosą narrację kolorowym wzgórzem. Perkusja zaś zdaje się tu być kołem zamachowym, dynamizującym improwizację i stymulującym do działania. Tuż przed 20 minutą narracja ponownie rozlewa się szerokim strumieniem i istotnie zwalnia. Fussion ambient? Casanova robi dobry krok w kierunku onirycznej psychodelii, aż palce lizać! Rusza nowa narracja, budowana na krwistym dronie niskiej elektroniki. Repetycja w tej sytuacji zdaje się być najwłaściwszym środkiem wyrazu. W międzyczasie swobodna ekspozycja drummera, trochę na zasadzie kontrapunktu. Na scenie kipi od emocji i zwrotów dramaturgicznych. W 25 minucie pojawia się spora dawka melodyjnych, quasi balladowych mikroekspozycji. Dużo przyjaźni na linii saksofon – klawisze. Tuż potem improwizacja dostaje kolejne życie – aktywny saksofon, pełny zdrowego free jazzu, a w tle coś na kształt fortepianowego pasażu, ze spora dawką rytmu tuż pod palcami muzyka. Obok czujny, bojowy perkusista. Muzycy ochoczo brną w eskalację. Czynią to brawurowo, nie podejmując złych decyzji. 35 minuta przynosi kolejny moment wytchnienia. Znów psychodelia zdaje się być skutecznym orężem Casanovy. Sopran tańczy tuż obok, wije się wokół własnej osi. Na sam finał porcja smacznej melodyki, aylerowskiego zaśpiewu, hipnotycznej narracji, która błyskotliwie wybrzmiewa. Oklaski!





Miguel A. García/ Fernando Ulzion/ Matías Riquelme  La Rastres (Discordian Records, DL 2018)

Na finał naszego dzisiejszego ognistego trójpaku, porcja improwizowanej elektroakustyki z Bilbao! Luty bieżącego roku, Larraskito Studio, a w nim trójka muzyków: Miguel A.García – elektronika, Fernando Ulzion – saksofon altowy i sopranowy oraz Matias Riquelme – wiolonczela. Sześć fragmentów z tytułami, niewiele ponad 25 minut.

Od pierwszych dźwięków czujemy swąd urządzeń elektrycznych, szumy i szmery charakterystyczne dla zwoju kabli, pulpitu i dygoczących z zimna, żywych instrumentów, które też przecież mogą być zaplątane w historie z prądem, czy różnego rodzaju wzmacniaczami. Mikrozdarzenia w tubie altu, ślady sonorystyki zatopione w brutalnych okolicznościach elektroakustycznych. Zdaje się, że jedynie wiolonczela ma odwagę from time to time dobywać się z siebie czyste, akustyczne dźwięki. Obok skwierczy bowiem biały szum, który dopiero na koniec dopuszcza do głosu saksofon i drobinki smyka na gryfie. W kolejnym fragmencie elektronika w permanentnym natarciu. Żywi jednak nie dają na wygraną, stosując hałas i kilka niebanalnych rozwiązań fonicznych, doprowadzają do elektroakustycznej równowagi. Udane pasaże cello i drony saksofonu. Na finał elektroniczna burza z piorunami. Trzeci budzi nas modulowanym skwierczeniem, syczeniem na kablach i czymś, co fonicznie kojarzyć moglibyśmy z samplami. Saksofon i wiolonczela starają się grać głośno, gdyż po prawdzie nie mają innego wyjścia. Gdy tylko udaje im się wyjść na powierzchnię, jakość improwizacja rośnie w postępie geometrycznym. Na finał znów giniemy w elektronice (basowy dron). Czas na odcinek czwarty – wiolonczela pętli się na gryfie, repetuje i łapie prąd każdą struną. Ciekawa interakcja z syntetyką. Strunowiec dominuje dramaturgicznie, ale nie jest w stanie zawłaszczyć całej przestrzeni. Na finał nieco więcej dynamiki, jakby elektronika wpadała w delikatną psychodelię. Piąty fragment wyrasta hałaśliwie spod strun wiolonczeli. Gęsta, murowana narracja. Sporo emocji w tubie saksofonu, ale wszystko dzieje się jakby za zasłoną elektroniki. Bez wątpienia płyta budowana jest z perspektywy tego, co czyni ze swą elektroniką Garcia. Nie brakuje interesującej akustyki, ale filtrowana jest ona, a nawet dekonstruowana na kablach, także z odrobiną plądrofonii. Finałowy track ma numer sześć – ciąg dalszy gęstej, intensywnej improwizacji. Grzmoty elektroniki i jęki akustyki. Sopran gotuje się z nadmiaru pomysłów, które nie zawsze znajdują uznanie przy pulpicie sterowniczym. Tu dron z prądem porządkuje scenę i wyznacza kierunek finałowej rozgrywki. Ostatnie dźwięki topią się w białym hałasie.



*) ang. Podróż w poszukiwaniu utraconego czasu.

**) nie ma pełnego przekonania co do tego faktu - dane personalne muzyków zdecydowanie z obszaru multikulti - nie mniej saksofonista był już gościem na tych łamach i co do niego, mamy pewność, iż jest kalifornijskim rezydentem

niedziela, 10 grudnia 2017

Ganga! Lopez! Birchall! Anker! Roca! Dickaty! The Owl! Sundogs! Shiroishi! Jerve! Requiem Records! Leblanc! - the december summary, czyli zbiorówka przedświąteczna


Ostatni miesiąc roku 2017 w pełni. Czas podsumowań, reasumpcji i rozliczeń. Roczne the best of zaczynają już hulać w sieci globalnej. Pełni ekscytacji muzycy i wydawcy liczą, że ktoś wreszcie doceni ich ciężką pracę.

Trybuna Muzyki Spontanicznej swoje podsumowanie zaprezentuje dopiero na przełomie roku. Tak, by jak najmniej tytułów datowanych na rok 2017, umknęło uwadze redakcji. A zatem Siedemnaście Mgnień Roku 2017 szukajcie na stronie w okolicach zabawy sylwestrowej.

Dziś natomiast stosunkowa obszerna zbiorówka recenzji płyt, które trafiły tej jesieni – najprzeróżniejszymi kanałami – do redakcyjnych odtwarzaczy. Zestaw będzie wielogatunkowy, o dużej amplitudzie jakości, ale bez wątpienia nienudny. Jak to ostatnio często bywa na tych łamach, padnie sporo nowych, godnych zapamiętania nazwisk i tytułów wykonawczych. A od tych bodaj najbardziej frapujących, przegląd ten zaczniemy.

  
Josue Amador/ Arvind Ganga/ Dirar Kalash ‎ Fading Ground  (al-bayān)

Zaczynamy zatem z naprawdę wysokiego C. Spotkanie muzyczne, jakie miało miejsce w holenderskiej Hadze w roku ubiegłym. Arvind Ganga – gitara elektryczna (kanał lewy), Dirar Kalash – skrzypce i elektronika (pasmo środkowe) i  Josue Amador – gitara elektryczna (kanał prawy). Pięć opowieści o dużym ładunku emocji, trzy kwadranse bez kilkudziesięciu sekund.




Gitarowo-skrzypcowa symfonia na paręnaście strun, sporą dawkę prądu i szczyptę elektroniki. Rodzaj konstruktywnego hałasu, który zdecydowanie nie boli. Wykluwa się z tej narracji, jak pisklę ze skorupki, zwiastując nadciągające pokłady psychodelii. Repetycje, zgrzyty i wiolinowe pochody dźwięków niebanalnych i często zaskakujących dramaturgicznie. Umiarkowanie drapieżny rock, który kocha improwizować. Skrzypce zdają się być w tym gronie najgroźniejsze, przypominają strzelistą, zmutowaną na kablach gitarę. Płyną środkiem i permanentnie prowokują obie prawdziwe gitary, które suną przeciwległymi flankami.

Narracja trzeciego utworu brnie w ciężkich butach po kolana w błocie, ale każdy gest, każdy pomysł ma swoją wartość. Mantryczność zachowań i interakcji, kłuje w oczy trupią radością życia w stanie ciągłej podróży. To improwizacja, którą napędza repetycja. Obowiązki w tym zakresie muzycy dzielą między siebie demokratycznie. Ich pasaże dźwiękowe mają lisią zwinność i wciąż topią się w bystrej psychodelii (przy czym, to znów skrzypce mają największe ciągoty ku transowi i kwaśnym rozwiązaniom). Dialog gitar w czwartym fragmencie ma niemal barokową urodę. Rodzaj noise streaming po lewej i quasi synkopy po prawej. Wejście zaś skrzypiec boleśnie piękne! Dużo prądu, mało elektroniki, wiele żywych dźwięków. No i błyskotliwy, post-rockowy finał! Wyśmienite!


Brandon Lopez/ Chris Corsano/ Sam Yulsman  Holy, Holy (Tombed Visions)

Jedno z lepszych w tym roku nagrań muzyki improwizowanej zza Wielkiej Wody, wydane w manchesterskim Tombed Vision (tym razem CD)! Szefem przedsięwzięcia jest kontrabasista Brandon Lopez, a wspierają go Chris Corsano na perkusji i Sam Yulsman na fortepianie. Trzy tytuły, trzy kwadranse muzyki, która wedle autora jest skomponowana (rodzaj notowanych sugestii), a potem twórczo rozwijana przez muzyków, którzy są w całym procesie najważniejsi (innymi słowy – po prostu improwizacja!).




Od startu trzęsienie ziemi, a potem jest już tylko lepiej. Trzyminutową introdukcję czyni sam kontrabasista, który zachowuje się, jakby grał sonaty Bacha na black metalowym festiwalu dla penitencjariuszy domu dla pozytywnie obłąkanych. Kosmiczny, groźny, brutalnie piękny sound. Wejście partnerów jest równie błyskotliwe. Corsano nie stroni od sonorystyki, Lopez zrywa podłogę, czyniąc cuda na smyku, a pianista stara się pełnić rolę dynamicznego komentatora, który potrafi być też subtelny, niczym rozpalona nastolatka (choćby popisowy pasaż w 11 minucie pierwszej części).

Lopez grzmi i dynamizuje każdy fragment notowanej improwizacji. Z gorącym smykiem w dłoniach jest prawdziwie doskonały! Rzec można przedświątecznie – New King of double bass is born! Corsano jest równie perfekcyjny w swoich poczynaniach. Może mniej niekonwencjonalny zdaje się być sam pianista, ale to niczego płycie nie ujmuje. Sekcja L-C szczytuje raz za razem, a kto im pogrywa na trzeciego nie wydaje się szczególnie istotne. Baa, myślę, że świetnie radziliby sobie nawet w towarzystwie zimnego trupa Elvisa Presleya! Finałowy wycieczka do świata free jazzowej estetyki, już bez smyka, to także Mountain of Bass! Muzyka gęsta, jak olej silnikowy!


Sam Andreae/ David Birchall/ Otto Willberg ‎ A Hair In The Chimney (Vernacular Recordings/ Heavy Petting)

Młoda (stosunkowo młoda) brytyjska scena improwizowana w stanie permanentnego wzrostu. Nowe nagrania rodzą się jak grzyby po deszczu, a nie jedno z nich zasługuje na miano wydarzenia artystycznego na Starym Kontynencie. Dziś trio złożone w muzyków, których personalia nie raz już pojawiały się na tych łamach, jakkolwiek nigdy w takiej właśnie trzyosobowej konfiguracji. Sam Andreae na saksofonach, David Birchall na gitarze elektrycznej i Otto Willberg na kontrabasie. Ponad godzinna, swobodna improwizacja podana w trzech odcinkach.




Molekularna, dotkliwa akustycznie, gęsta i sowita improwizacja. Akcja – reakcja – akcja - sanacja! Wyzwolona muzyka o delikatnie punkowym zabarwieniu, pełna wewnętrznej anarchii i niezgody na proste rozwiązania dramaturgiczne. Igraszki, przepychanki, swawole, trochę w klimatach ojców założycieli gatunku, choćby w ramach formacji People Band lat temu pięćdziesiąt.

Kontrabas ostro szarpie za struny. Gitara plami teren, lubi wchodzić w klimaty slide, jest zdolna do każdej reakcji, przygotowana na każdą sekwencję dźwięków. Drobne przestery, smakowite i płynne potoki muzycznej świadomości. Saksofon kanciasty, zaczepny, pyskaty, o brzmieniu, które lubi zawisnąć na dyszy, pomyśleć, co dalej. A wszystko ubarwione czymś, co moglibyśmy nazwać instrumentalnym field recordings. Narracja uzupełniana jest szeregiem dodatkowych dźwięków, które niekoniecznie mają swoje źródło w podanym na wstępie instrumentarium. Mimo braku zestawu perkusyjnego, nie brakuje tu dźwięków o właśnie takim charakterze. Powstają one na gryfie gitary, dudnią w pudle rezonansowym kontrabasu.

Gęsta narracja, w której uczestniczy każdy z muzyków, mający przy okazji tysiąc pomysłów na sekundę w zakresie tego, co ma za chwilę nastąpić. Muzyka dość szybko osiąga na tej płycie stan permanentnej zmiany. Rana kłuta, rwana i szarpana! Nie brakuje udanych zejść w sonorystykę ciszy (choćby 20 minuta pierwszej części). Gitara Birchalla zdaje się być multigatunkowa. Nie stroni nawet od upalonego blues grassu! Smakowitym kąskiem są głosy wydawane przez muzyków otworami gębowymi (No borders! No limits!). A klasyka brytyjskiego free improv, i tak kłania się na każdym kroku. Recenzentowi najbardziej podoba się ostatni fragment nagrania, gdy muzycy chętniej sięgają po dłuższe, niemal free jazzowe frazy. Emocje gotują się, energia ścieka ze ścian. Na finał kilka doskonałych dźwięków z rozgrzanych dysz saksofonu!


Lotte Anker  Plodi (Klopotec)

Płyta Plodi, firmowana przez duńską saksofonistkę Lotte Anker, to bodaj najdłuższe wydawnictwo w dzisiejszej zbiorówce. Pełne 75 minut! Ale to nie jedyny… kłopot z nią związany. Łączy ona w sobie aż trzy muzyczne spotkania, a ja nie do końca rozumiem, co przyświecało Anker i wydawcy słoweńskiemu, by je pomieścić na jednym krążku, dodatkowo w proporcjach czasowych, które nie pomagają w odbiorze całości.






Na początek dostajemy blisko 35 minutowy set solowy Anker, zarejestrowany w obiekcie sakralnym (czyli ze sporym pogłosem).  W ocenie nieco złośliwego recenzenta, nie wszystkie fragmenty nagrania warte są tak obszernej prezentacji. Występ solo jest wyzwaniem dla każdego muzyka. I to niestety słuchać w trakcie koncertu w Kościele św. Marcina w Smartno.

Kolejne pół godziny na krążku wypełnia duet Anker ze Zlatko Kauciciem (perkusja, perkusjonalia, zgodnie z opisem). Rejestracja z Domu Kultury, także w Smartno (już zatem bez pogłosu). Wartość artystyczna rejestracji rośnie znacząco. Anker gra kąśliwie, zadziornie i miejscami naprawdę niebanalnie. Kaucić pięknie eksponuje walory swojej drummerskiej maszyny, która zdolna jest wydać dowolny dźwięk. Każdy z czterech fragmentów jest odrobinę inną narracją, a całość kupujemy bez mrugnięcia okiem.

Na finał dostajemy zaś prawdziwą wisienkę na torcie – to samo miejsce, być może ten sam czas (brak dokładnych danych), a do duetu z poprzedniej części dołączają … Artur Majewski na trąbce i Rafał Mazur na gitarze basowej (zgodnie z opisem). Fragment trwa niestety tylko 10 minut (dlaczego tylko tyle?). Błyskotliwa ekspozycja free improv, która na pewno byłaby świetną całością na samodzielnej płycie. Ale nie jest. Szkoda.


Oriol Roca Trio  Mar (El Negocito Records)

Pure jazz trio! Powiedzmy to od razu - by rozwiać wszelkie wątpliwości - jazz, jak najbardziej w swoim głównym nurcie. Oriol Roca – perkusista, główny kompozytor, postać tytularna tego trzyosobowego składu, pochodzi z Barcelony, Giovanni Di Domenico – pianista, to muzyk włoski, rezydujący w Belgii, wreszcie Manolo Cabras – kontrabasista, jest obywatelem właśnie tego ostatniego kraju. Dodajmy, iż na froncie okładki pojawiają się także personalia pianisty i kontrabasisty.





Płyta Mar zawiera siedem kompozycji i płynie przez nasze uszy wartkim, acz nieśpiesznym strumieniem. Wrażliwość, skupienie, dbałość o szczegóły konstytuują mainstreamową jakość tej muzyki. Oczywiście jeśli tak jest w istocie, recenzent może nieco ponarzekać na brak stałego dopływu spontaniczności w ekspozycjach tych trzech dżentelmenów (jesteśmy wszak na Trybunie!), ale samej muzyce nic to nie ujmuje.

Jeśli szukać punktu odniesienia dla tego nagrania, to koniecznie wskazać winniśmy na trio Aurora Agusti Fernandeza, Barry Guya i Ramona Lopeza. To podobna estetyka, porównywalna dbałość o melodykę, harmonie i tonacje, także ów wewnętrzny, szlachetny spokój narracji, w której zaszytych jest wiele wyrafinowanych improwizacji. Oczywiście nie jest to propozycja dla free jazzowych zapaleńców, ale to już problem tych ostatnich.


Noise Of Wings  Frozen Songs (bandcamp/selfreleased)

Nazwa formacji i jej skład instrumentalny (dwa tenory, goła sekcja) wskazywałby na prawdziwie free jazzową jatkę na płycie Frozen Songs. A jednak to właśnie tytuł wydawnictwa bardziej oddaje nastrój tego nagrania.

Tak, nastrój, albowiem kwartetowy incydent dokonany przez Raya Dickaty’ego (saksofon tenorowy), Macieja Rodakowskiego (saksofon tenorowy), Wojtka Traczyka (kontrabas) i Huberta Zemlera (perkusja) zawiera istotnie spokojną i nad wyraz refleksyjną muzykę.




Sekcja rytmiczna jest niezwykle czujna i intrygująco plącze opowieści snute przez dwa tenory. Opowieści oparte na kompozycjach jedynego niepolskiego muzyka na krążku i zdecydowanie głównej siły sprawczej tej muzyki. Dodajmy, że tenory  - w trakcie 44 minut nagrania - najczęściej snują lekko melodyzujące pasaże, rzadko (niestety) wchodząc w szranki improwizacji. Ten artystyczny wybór z jednej strony pozbawia muzykę kwartetu jazzowej krwi, z drugiej jednak - nadaje jej inny, nieco medytacyjny, chwilami wręcz transowy wymiar. Gdy Frozen Songs brną w tym kierunku, robi się naprawdę ciekawie. Najlepszym przykładem, najdłuższy na płycie Hymnal. Repetycje i symultaniczność saksofonów, na tle ruchliwego kontrabasu i niebanalnego drummingu, sprawiają, iż ta muzyka zaczyna żyć zupełnie w innym wymiarze, niż moglibyśmy oczekiwać od kwartetu jazzowego, czy free jazzowego.


The Owl  On The Way (Fundacja Słuchaj!)

Nie brakuje w dzisiejszej opowieści jazzu środka! Oto kolejny przykład. Krajowe trio The Owl - Marcin Hałat na skrzypcach (autor skomponowanej części tego dwupłytowego wydawnictwa), Maciej Garbowski na kontrabasie i Krzysztof Gradziuk na perkusji (przy okazji zatem, w składzie formacji 2/3 RGG Trio).




Skrzypce, jak zresztą większość instrumentów strunowych, należą do moich ulubionych przedmiotów wydających dźwięki, zatem nie ukrywam, iż On The Way słucham z ogromną przyjemnością. Brzmienie skrzypiec jest czyste, tłuste, ale lekkie jak pawie pióro. Tematy - pełne melodii i niebanalnych harmonii - zgrabne i dające się bezboleśnie podśpiewywać przy goleniu. Kompetencje muzyków, jakość wzajemnej komunikacji, umiejętność błyskotliwego reagowania na poczynania partnerów, nie budzą wątpliwości w jakimkolwiek wymiarze.

Obok utworów skomponowanych przez Marcina, płyta zawiera także pięć fragmentów nazwanych Vision Fugitive, pod którymi podpisuje się cała trójka muzyków. Ta ponad półgodzinna część On The Way nosi wyraźne znamiona swobodnych improwizacji. Chyba nie zaskoczy nikogo na tych łamach konstatacja recenzenta, iż te chwile zdają się być na płycie najbardziej frapujące.


Sundogs  Sundogs (Fundacja Słuchaj!)

Kolejna (prawie) krajowa nowość Fundacji Słuchaj! Z duetem klarnetowo-kontrabasowym Mateusz Rybicki – Zbigniew Kozera spotkaliśmy się całkiem niedawno, przy okazji ich debiutu fonograficznego Xu. Słowa recenzenta były wówczas ciepłe i rokowały na przyszłość.

Na tej płycie spotykamy obu muzyków z podobnym instrumentarium (przy czym obaj dodają preparacje), w towarzystwie trzeciego muzyka, jakim jest Samuel Hall, który uprawia rozbudowaną perkusjonalistykę, także z użyciem elektroniki, dokonując przy tym stosownych preparacji.




Nagrania dokonano w Galerii na Czystej, we Wrocławiu, wykorzystując naturalną akustykę tego dość obszernego (jak sądzę) pomieszczenia. Echo i interaktywna przestrzeń w procesie swobodnej improwizacji. Muzyka Sundogs brnie wyjątkowo spokojnie, jest nieinwazyjna i mile łechta ucho nawet zmęczonego słuchacza. Narracja stąpa z nogi na nogę, dostarczając wielu ciekawych dźwięków, także na polu szeroko rozumianej elektroakustyki. Jednak jako całość (blisko godzina muzyki) pozbawiona jest odpowiedniej dawki emocji i dramaturgii, by recenzenta zagonić w kozi róg i wzbudzić większy entuzjazm.


Patrick Shiroishi  Tulean Dispatch (Mondoj)

Saksofonista z Los Angeles, o japońskim nazwisku i polskich korzeniach. Dodatkowo publikujący w nowym… polskim labelu na kasecie magnetofonowej! To nie może nie być intrygujące.




Solowy, półgodzinny set na baryton, alt i … preparowane piano. Ciekawe, lekko zmutowane pogłosem, zabrudzone brzmienie. Długie, rozbudowane pasaże, niestroniące od wycieczek w kierunku całkiem konstruktywnego hałasu (choćby w drugim fragmencie). Ekspresja, emocje, rockowe doświadczenia i ... wspomnienia przodków, którzy więzieni byli w Polsce w trakcie drugiej wojny światowej. Szczere, bolesne, dynamiczne podmuchy prostych instrumentów dętych, drewnianych.

Narracja tej czteroutworowej płyty nie jest nadmiernie skomplikowana. Bazuje na ładunku energii, która eksploduje raz po raz i brnącym w brutalnie przestrzenie, ostrym jak brzytwa, tembrze barytonu. Improwizacja daleka od jazzowych synkop, przepełniona post-rockowym potem i znojem.


Kjetil Jerve/ Jimmy Halperin/ Drew Gress ‎ New York Improvisations (Dugnad Rec) ‎

Kolejna dziś płyta z zagadką w środku. Miejsce muzycznego spotkania zdaje się być oczywiste w świetle tytułu płyty. Co do improwizacji, też mamy zgodę. Muzyka osadzona w jazzowym mainstreamie zdaje się mieć kształt kompozycji, które ulegają interesującemu rozwarstwieniu w procesie żmudnych improwizacji. W jej kontekście nie użyjemy jednak słowa free, swobodna, czy innego bliskoznacznego sformułowania.




Teraz muzycy: Kjetil Jerve na fortepianie, Jimmy Halperin na saksofonie, Drew Gress na kontrabasie (to zdecydowanie najbardziej uznany muzyk na płycie) i … postać nieznana na perkusji (gra w trzech, z czterech utworów, ale nie zasłużyła sobie na ujawnienie danych personalnych). Płyta zawiera rozbudowane liner notes, które być może wyjaśnia tę zagadkę, ale niestety … napisane jest w którymś z dalekowschodnich języków.

Sama muzyka, jej stonowany, dość przewidywalny przebieg, brak ciekawszych, bardziej dynamicznych pasaży, czy choć odrobinę zaskakujących zwrotów dramaturgicznych, sprawia, że chęć recenzenta do zgłębiania dźwiękowych tajemnic tej sesji maleje z każdą minutą odsłuchu. Zdaje się, że gdyby ta sesja odbyła się w Nowym Jorku jakieś 60-70 lat temu, jej wartość poznawcza byłaby dużo większa.


Hati & Mazzoll Teruah (Requiem Records)

Przyznam się szczerze, iż nie pamiętam, czy Jerzy Mazzoll, pomnikowa postać muzyki yassowej, niepokorna dusza krajowej sceny improwizowanej od stuleci, kiedykolwiek zmierzył swe siły z wyjątkową formacją avant-folkową Hati. Dziś, gdy słucham ich wspólnej płyty Teruah, mam wrażenie, że klarnecista i Rafał Iwański wraz z Rafałem Kołackim są po prostu dla siebie stworzeni.




Błyskotliwa, skupiona, pełna zdrowej mantry improwizacja Mazzolla doskonale lepi się z przebogatym instrumentarium Hati, zbudowanym na perkusjonaliach i wielu innych, także dętych, egzotycznych instrumentach. Ta muzyka pulsuje, żyje, krzyczy i płynie. Klarnety Jerzego całkowicie naturalnie wgryzają się w głęboką fakturę muzyki wielkiej orkiestry niespodziewanych dźwięków, jaką jest duet Hati.

Na płytę składają się dwie sesje nagraniowe z lat 2014 i 2016. Pierwsza (Inspiracje) zastaje muzyków w stanie permanentnej improwizacji, by wraz z upływem czasu uciekać w trans, niepozbawiony meta folkowych anegdot. Druga sesja (Ekspiracje) konsekwentnie ucieka od improwizacji w psychodelię, a kierunek wycieczki jest zdecydowanie wschodni. Zanik zachowań improwizacyjnych dodaje samej muzyce walorów duchowych, wręcz mistycznych.


Immortal Onions  Ocelot Of Salvation (Requiem Records)

Widziałem ich koncert na ostatnim festiwalu Jazz Jantar. Młodość, wigor, rockowy temperament, artystyczna bezczelność, nuta trójmiejskiego humoru. Na koncercie tłum przyjaciół i ekspresyjnie wiwatującej publiczności. Wygrane konkursy dla młodych zespołów jazzowych, grant na debiutancką płytę. No i świetna nazwa kapeli. To na razie tyle…




Tomir Śpiołek na fortepianie i instrumentach klawiszowych, Ziemowit Klimek na kontrabasie i gitarze basowej oraz Wojtek Warmijak na perkusji. Nieśmietelna Cebula. Improwizacja na razie na etapie prenatalnym. Grają, szczęśliwie swój repertuar, bacznie naśladując kilka popularnych tego typu składów na szeroko pojętej niwie jazzu stosunkowo popularnego.

W ocenie recenzenta, ta płyta przydarzyła się tym młodym muzykom zbyt wcześnie. Ale tenże obiecuje, iż będzie pilnie obserwował, co wydarzy się w kolejnych latach pod szyldem Immortal Onion. The Youth Are Getting Restless, cytując dobrą płytę nowojorskiej kapeli Bad Brains, przy okazji także własny komentarz po koncercie, zamieszczony na fejsbuku.


Paulo J Ferreira Lopes/ Karoline Leblanc  Kumbos (atrito-afeito)

Na finał naszej grudniowej zbiorówki odrobinę odejdziemy od improwizacji. Czeka nas bowiem… kompozycja elektroakustyczna na dwie persony i spory zestaw przedmiotów, gotowych wydawać dźwięki.

Z kanadyjską pianistką Karoline Leblanc zetknęliśmy się w tym roku, przy okazji jej kwartetowej, pełnowymiarowej improwizacji w towarzystwie trzech Portugalczyków (A Square Meal, m.in. z udziałem Luisa Vicente i Hugo Antunesa). Tym czwartym był Paulo J Ferreira Lopes, który na płycie Kumbos zdaje się być postacią wiodącą.




On jest autorem 46 minutowej kompozycji, a generuje rozliczne dźwięki elektroakustyczne za pomocą syntezatorów, urządzeń elektromechanicznych, perkusjonalii, a także reel-to-reel recorders. Jego partnerka korzysta zaś z fortepianu, organów, klawesynu, a także wykorzystuje nagrania terenowe.

Trzy kwadranse w takich oto okolicznościach instrumentalno-narzędziowych mijają doprawdy uroczo. Paulo w ramach kompozycji wykazuje się dużą przedsiębiorczością, niemałym pomyślunkiem i dostarcza nam szereg frapujących dźwięków. Karoline mocnymi akordami piana sieje ferment i nie pozwala, by elektroakustyka całkowicie zdominowała utwór. Muzyka pełna jest smaczków, ciekawych zwrotów dramaturgicznych, nie stroni od emocji i intrygujących konstatacji. A recenzent wcale nie odczuwa braków w zakresie należytej porcji improwizacji.