piątek, 19 lipca 2024

Unknown Shore and The House Of Memory!


Na albumie sprytnie nazwanym Domem Pamięci czas płynie powoli, chciałoby się rzec, prawdziwie po portugalsku. Kameralna, pięcioosobowa podróż, pełna gracji, delikatności i rytuału skupienia. Opowieść, którą muzycy określili mianem instant compositions, czyli skomponowaną w czasie rzeczywistym poprzez improwizację. I być może cecha najważniejsza tego niebywale pięknego albumu – strategia niedosytu, niedopowiedzenia, tym samym … ogromu szacunku dla słuchacza. Wszak nie ma nic gorszego niż przegadana płyta, w trakcie nagrania której muzycy chełpią się mocą swojej bezgranicznej kreatywności i nie baczą na upływający czas. Co innego Portugalczycy, oni pokorę i empatię mają wpisaną w muzyczne (i nie tylko) DNA. I wiedzą doskonale, iż przez 35 minut można opowiedzieć naprawdę wiele, czasami całe życie.



 

Płyta składa się z dziesięciu krótkich opowieści, z których otwarcie i zamknięcie trwają po około minutę i są niechybnie najbardziej dynamicznymi fragmentami nagrania. Druga i trzecia historia, to pięknie zadumane, acz bystre i świetnie skonstruowane narracje. Tą, która szyje ścieg narracji pierwszej z nich zdaje się być nade wszystko pianistka, podczas, gdy towarzyszące jej instrumenty strunowe jedynie bulgoczą. Tuż obok swoje zmysłowe frazy kleci klarnecista. Całość chwilami sięga tu wszakże ekspresji godnej free jazzu. Zaraz potem prym zaczynają wieść rzeczone strunowce, które zanoszą się gromkim śpiewem. Niejako w tle pracuje tu minimalistyczne piano i wyjątkowo łagodny klarnet. W części czwartej emocje rosną! Nerwowa, rozdygotana opowieść najpierw niesiona jest ulotnością strings, potem doprawiona ekspresją czarnych klawiszy i dętym rechotem.

Piąta kompozycja sprawia wrażenie wystudzonej ballady. Post-klasyczne westchnienia fortepianu i strunowe zdobienia najpierw płyną do nas w krótkich frazach, potem w sekwencjach dronowych. Z kolei klarnet, dla kontrastu, sugeruje bardziej rytmiczne rozwiązania. Szósty utwór śmiało możemy nazwać albumowym szczytem jakości. To plejada dźwięków preparowanych, powstających zarówno na strunach wiolonczeli i skrzypiec, jak i fortepianu. Z chmury nieoczywistości lepi się tu zmysłowa, długodystansowa narracja. Siódma historia dla przeciwwagi stawia na rytm i dynamikę. Głębokie, kontrabasowe pizzicato, rozśpiewane skrzypce, zalotna wiolonczela. Emocje rosną, a puentą utworu jest piękny duet cello i delikatnego piana. W części ósmej dominuje mroczny klimat nerwowego dęciaka i piskliwych strunowców. W utworze dziewiątym karty rozdaje klarnet basowy, tym razem zaskakująco rozbawiony. Z kolei fortepian, nie po raz pierwszy tego wieczoru, stawia na moc czarnej części klawiatury. Akcje strunowców płyną tu z oddali i zdają się stawiać znaki zapytania. Zaraz potem dynamiczne outro puszcza do nas oko i wieńczy album odpowiednią porcją nieco zadumanej ekspresji.

 

Unknown Shore with Carlos Zíngaro & Helena Espvall The House Of Memory (FSR, CD 2023). Unknown Shore: João Pedro Viegas – klarnet basowy, kompozycja, Silvia Corda – fortepian, kompozycja, Adriano Orru – kontrabas, kompozycja oraz goście: Carlos “Zíngaro” – skrzypce, kompozycja, Helena Espvall – wiolonczela, kompozycja. Nagrane w Namouche Studio, Lizbona, maj 2019. Dziesięć utworów, 35 minut.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została onegdaj opublikowana



wtorek, 16 lipca 2024

Benedict Taylor and Fault Breccia!


Benedict Taylor, angielski altowiolinista, to stały bywalec tych łamów, a także spontanicznych koncertów w jednym z większych miast zachodniej Polski. Muzyk funkcjonuje artystycznie w wielu konstelacjach, wszakże naczelną jego aktywnością zdaje się być solowa performatyka. Muzyk wydaje samotny album każdego roku i jest w tej dziedzinie przerażająco konsekwentny. Co więcej, każda z jego produkcji z miejsca kwalifikuje się do zestawienia najlepszych płyt mijającego roku. Albowiem Taylor, to muzyk wyjątkowy!



 

Muzyk ze wschodniego Londynu otwiera album Fault Breccia mięsistymi, ale jakby zatrwożonymi frazami, nasyconymi tajemniczą nutą post-folku. We wnętrzu strumienia strunowych fonii czai się melodia, garść codziennych smutków, ale i moc kreacji – odium poszukiwania nowych dźwięków, ciekawych ich konstelacji. Po kilku pętlach muzyk napina mięśnie i idzie w tango. Panuje wszakże nad emocjami, syci nimi improwizację w stopniu, jaki odpowiedni jest dla tego momentu dnia, czy pory roku. Artysta skąpi nam czystych fraz, każda jego akcja niesie w sobie zalążek preparacji, drobinę brudu, piasku, którym zgrzyta każda struna. Benedict płynie rwącym potokiem, skacze po leśnych pagórkach, serfuje po wzburzonym oceanie, aż w końcu unosi się w powietrzu niesiony stelażem swojego sterowca. Gdy odnajduje chwilę, by zejść bliżej strefy ciszy, porusza się z gracją filigranowej baletnicy, choć wiemy świetnie, iż jest postawnym, wysokim mężczyzną. Pierwszą improwizację kwituje paletą drobnych zgrzytów i bolesnych westchnień.

Drugą historię introdukuje paleta subtelnych, dalece minimalistycznych akcji. Altówka ledwie oddycha, niemal nie wydaje dźwięku. W tle słyszymy miasto, które żyje swoim rytmem. Muzyk zaczyna zawodzić, niczym podchmielony jegomość w ulubionym pubie. Zdaje się, że dziś bar jest tylko jego. A także wszystkie boleści kolejnego poranka. Przebudzenie następuje w trzeciej ekspozycji. Dynamiczne passy wzdłuż i wszerz dobrze już rozgrzanego gryfu altówki. Flow jego instrumentu unosi się i opada, pełen jest pomarszczonych melodii. Muzyk w pewnym momencie staje w miejscu, jakby poczuł, że to jest moment prawdy. Śle nam teraz garść dotkliwych, masywnych, jakże pięknych preparacji. Naciąga struny i wdycha gęste powietrze otoczenia. Potem wszystko wokół zaczyna szumieć i nabierać zastanawiająco śpiewnego tonu.

Czwarty dzień podróży zaczyna się nad wyraz intensywnie. Rozhuśtane, ostre niczym brzytwa barbera riffy suną każdą flanką opowieści. Muzyk szuka inspiracji w bezkresie swojej kreatywności. Znów towarzyszy mu burza piaskowa, a melodie balansują na linie, potykają się o własne nogi. Bezpowrotnie utracone chwile szybko zastępowane są nowymi przejawami dźwiękowego życia. Zmęczony, na ostatnich nogach, muzyk dociera do kresu tego etapu szyjąc nam pajęczyny drobnych, niemal niesłyszalnych fraz.

Finałowa opowieść winna nieść odrobinę wytchnienia i refleksji. Muzyk rytmiczne szoruje teraz struny. Zgrzyta zębami, ugniata łokciem strzępy fonii na ostatniej strunie. Pełen bolesnych obtarć, otulony ochłapami pożegnalnej melodii, w niemal cudowny sposób nabiera radosnej śpiewności. Owa radość tonie w kałuży gorzkiej zadumy, ale nie przestaje być piękna. Cały Benedict!

 

Benedict Taylor Fault Breccia (Bandcamp’ self-released, DL 2024). Benedict Taylor – altówka. Nagrane w Grain Residency/ Avalon Cafe, Bermondsey, Londyn 2023. Pięć improwizacji, 41 minut.



piątek, 12 lipca 2024

DEAE in Lithium!


Kim była i co światu uczyniła Hildegard von Bingen, czytelnicy tych łamów dowiedzieć się będą mogli klikając w bezkresne złoża Wikipedii. W tym miejscu jedynie zaznaczamy, iż artystyczny i zapewne także mistyczny (jasnowidzący) dorobek wyżej wymienionej zainspirował dwie polskie artystki – flecistkę Zofię Ilnicką i perkusistkę, multiinstrumentalistkę Olę Rzepkę - do stworzenia dzieła muzycznego, nad którym dziś pochylamy nasze umęczone receptory słuchu, poniekąd także wzroku. Sam tytuł rzeczonego dzieła na wprost nawiązuje zaś do utworu rockowej Nirvany, choć zdaje się, że jedynie w warstwie werbalnej.



 

Opowieść Zosi i Oli ubrana została w osiem zgrabnych kompozycji, które mieszczą w sobie znaczącą przestrzeń dla improwizacji, zarówno fletów (w przewadze), jak i perkusji (mniej często). Każda z piosenek posiada tu pewną syntetyczną powłokę, ramę, figurę rytmiczną, tudzież zgrabny loop, który prowadzi opowieść w ujęciu dramaturgicznym, dzięki czemu akcje improwizowane mogą toczyć na dużej swobodzie i bez nadmiernej troski o linearność narracji.

W pierwszej części warstwa syntetyczna spokojnie pulsuje, a towarzyszy jest smutny, nisko osadzony śpiew fletu. Wokół strumienia wątku głównego moszczą się plamy rezonującego percussion. Na etapie rozwinięcia pięknie odpływa nam flet uwikłany w zwoje improwizacji. Druga opowieść zdaje się być mniej płynna, bardziej nerwowa, tkana z mikro-usterek elektronicznych i spazmów fletu, który staje się jednym ciałem z głosem artystki szyjąc barwną, swobodnie improwizowaną historię. Z czasem powtarzane, syntezatorowe frazy przejmują kontrolę nad piosenką. Kolejna opowieść ma nieco taneczną fakturę, którą niosą pętle z dwóch źródeł. Coś szeleszczącego dzieje się na werblu, flet zdaje się milczeć, a narracja z czasem nabiera onirycznego posmaku, płynąc wysokim wzgórzem.

Czwarta odsłona, to tytułowe Lithium. Otwiera je ekspozycja brzmiąca niczym dziecięce cymbałki, potem pojawiają się głosy damsko-męskie, wreszcie intrygujący szelest perkusjonalii. W dalszej fazie słyszymy frazy, które brzmią jak flet podłączony pod wzmacniacz gitarowy. Z pozornego letargu opowiadania wyrywa nas piąty utwór – krótka, dynamiczna porcja rasowego fussion jazzu. Rytm, energia, brawura - aż chciałoby się posłuchać tego wątku na etapie rozwinięcia.

Szóstą część prowadzi pasmo, które brzmi niczym akordeon. Śpiewa, tańczy z niemal folkową zgrzebnością. W pewnej opozycji staje tu flet, który zgrzyta zębami, grymasi, gada, głęboko oddycha płucami artystki. Siódma opowieść zbudowana jest wokół perkusjonalii, które brzmią akustycznie, ale pokryte są grubą warstwą syntetycznego kurzu. Flet śpiewa tu nisko, trochę na obraz i podobieństwo pierwszej odsłony albumu. Całość ciekawie się rozwija wsparta pasmem syntezatorowym, na etapie końcowym przypomina średniowieczną pieśń żałobną. Hildegarda żyje! Finałowa piosenka płynie bardzo swobodnym strumieniem. Flet pracuje na pogłosie, perkusjonalia dbają o rytm, nie bez udziału drobnych, syntetycznych podpórek. Bije serce świata, niczym metronom. Flet kłębi się w zdrowych emocjach, z kolei percussion & other sounds popadają w dramaturgiczną zadumę. Ostatnie dźwięki niosą tu rodzaj ukojenia, doposażonego wszakże w niemal egzystencjalny znak zapytania.

 

DEAE Lithium (Kilogram Records, CD 2024). Zofia Ilnicka – flet, flet altowy, flet basowy, syntezator oraz Ola Rzepka – perkusja, instrumenty klawiszowe, tape composition. Nagrane w Biurze Dźwięku, Katowice, marzec 2023. Osiem utworów, 35 minut.



wtorek, 9 lipca 2024

FOU Records: Quartet un peu Tendre! Catalogue!


Czas na drugie tego roku (i nie ostatnie) spotkanie z francuskim labelem FOU Records. Tym razem sięgamy po dwa najświeższe wydawnictwa – pierwsze jest tym ostatnim roku 2023, drugie … tym pierwszym roku 2024.

Zdaje się te dwa albumy dzieli wszystko – gatunkowa konotacja, rozmach realizatorski, czy wreszcie długość trwania samego nagrania. Łączy wszak jedna i zasadnicza kwesta – FOU potrafi zaskoczyć w każdej sytuacji dramaturgicznej!

Najpierw Mały Czuły Kwartet w dwóch elektroakustycznych, epickich opowiadaniach, potem post-rockowe trio, które garściami czerpie z historii noise’ rocka, a swe artystyczne życie toczy już … piątą dekadę. Na liście płac wyłącznie zacne, francuskie nazwiska - nie traćmy czasu na zupełnie zbędne w tym wypadku introdukcje.



 

Sophie Agnel/ Kristoff K. Roll/ Daunik Lazro Quartet un peu Tendre (CD 2023). Sophie Agnel - fortepian, Daunik Lazro – saksofon barytonowy oraz Carole Rieussec & J-Kristoff Camps (jako Kristoff K.Roll) – urządzenia elektroakustyczne. Zarejestrowane w dwóch różnych miejscach we Francji – grudzień 2020 (utwór 1), listopad 2021 (2). Łącznie 72 minuty.

Odsłuch Kwartetu warto rozpocząć od dokładnej lustracji okładki albumu, a szczególnie dwóch rozległych stołów, na których posadowione zostało elektroakustyczne instrumentarium, jakim operuje duet o nazwie własnej Kristoff K. Roll – przedmioty codziennego użytku, akustyczne instrumenty, laptopy i kable. Ów bezkres dźwiękowych możliwości uzupełniają fortepian i saksofon barytonowy. Artyści serwują nam dwie długie opowieści, które zdają się być dobrze zaplanowaną … improwizacją. Każda z nich ma odrębną dramaturgię - ta pierwsza sprawia wrażenie teatralnej kontemplacji z wystudiowanym głosem lektora, ta druga nerwowego manifestu politycznego, gdzie akcja goni akcję, a wysamplowany chór protestujących raz za razem dosyła ważne (być może) treści. Nade wszystko skupmy się jednak na dźwiękach muzycznych, a tych w trakcie ponad siedemdziesięciu minut albumu odnajdujemy niekończący się kosmos.

Spektakl rozpoczyna głos lektora, wokół którego panoszą się plamy akustyki i polirytmiczny szmer ze stołów pełnych dźwiękowych cudów. Narracja, choć toczy się w dalece majestatycznym tempie, zdaje się być pełna wydarzeń - spokojna praca preparowanego piana i barytonu, struga zagadkowej, intrygującej elektroakustyki i glosy, zarówno męskie, jak i damskie. Ponadgatunkowa nieoczywistość tej sterowanej improwizacji nie skłania do umieszczania akcji kwartetu w jakichkolwiek ramach estetycznych. Narracja wydaje się w pełni kontrolowana, choć raz za razem docierają do nas fonie, które zaskakują. Z jednej strony pewna dramaturgiczna wstrzemięźliwość – wszak lepiej zgrać mniej niż przegadać frazę, z drugiej - zgoda na akcenty brawury, zwłaszcza ze strony duetu samplującego. Świetnie w tym tyglu zdarzeń odnajdują się oba instrumenty akustyczne. Nie forsują emocji, są dokładnie tam, gdzie być powinny, by emocje opowiadania utrzymywały wysoki poziom. Recenzentowi nie pozostaje nic innego, jak odnotowywać szczególnie ciekawe momenty opowieści, która trwa trochę ponad dwa kwadranse. W 9 minucie słyszymy ciekawy passus basowych, syntetycznych pulsacji, w okolicach 17 minuty piękne, saksofonowe drony oblepione elektroakustycznym pyłem, a niedługo potem krótką fazę post-akustyki realizowaną wyłącznie ze stołów. Z kolei od 24 minuty kwartet wpada w post-melodyjny sen, odbywa somnambuliczny spacer po bezdrożach dźwięków. Ostatnie kilka minut opowieści, to melodia Cotrane’a Love, która zostaje wplątana w sieć elektroakustycznych zasieków. Jej finał okazuje się być dalece kompulsywną kulminacją, po której ambient umiera jako ostatni.

Druga opowieść trwa ponad 40 minut, ale zaczyna się w bezruchu fonii otoczenia, głosów dorosłych i dzieci, szmerów, rozmów naładowanych emocjami, być może prowadzonych na ważne tematy. Dźwięki żywych instrumentów zdają się pozostawać na uboczu, zastygać w obliczu samplowanych fraz nieznanej rzeczywistości ulicy. Można odnieść wrażenie, że część fraz saksofonu i piana jest tu elektroniczne przetwarzana. Po upływie 7 minuty w strukturze opowieści zaczynają pojawiać się głośniejsze incydenty, a całość nabiera dramaturgicznych rumieńców. Z jednej strony syntezatorowe melodie, z drugiej nerwowe, urywane frazy instrumentów akustycznych, akcenty percussion i plamy basowej syntetyki. Opowieść faluje, ale rzadko wystudza się do poziomu szumiącej ciszy. Artyści dbają o emocje, cały czas podsyłają nam dźwięki ulicznej manifestacji – okrzyki, piski, głośne rozmowy. W okolicach 15 minuty większą aktywność zgłasza saksofonista. Tu parska oblepiony plamami różnorodnych fonii. Nie brakuje dźwięków inside piano i barwnych plam ambientu. W 20 minucie dostajemy się w wir elektroakustycznych zgrzytów i szmerów, doposażonych w taneczny flow barytonu. Z jednej strony śpiew dętego, z drugiej złowroga rzeczywistość za oknem. Opowieść wspina się na szczyt, po czym ginie w ciszy. I tak dzieje się niemal do końca – opowieść zdaje się dzielić na epizody wyznaczane krótkimi plamami wystudzenia. Znów dużo spoczywa na barkach saksofonisty, który w okolicach 30 minuty doprowadza narrację do stanu niemal free jazzowej kipieli. Wszystko teraz krzyczy, pulsuje, syci się wewnętrznym rytmem, aż umiera wprost w strumień … lejącej się wody. Ostatni epizod niesie jeszcze więcej emocji – swoje momenty kulminacji ma tu zarówno warstwa syntetyczna, jak i akustyczna. Do tego samplowane frazy werbalne zostają poddane syntetycznej obróbce i stają się pasmem dotkliwej fonicznie elektroniki usterkowej. Saksofon i piano szukają fraz godnych unieść bagaż emocji, konają w konwulsjach, z kolei syntetyka i post-akustyka umierają w spokoju, zastygają w poczuciu rezygnacji. Garść ludzkich oddechów i gwizdów wieńczy dzieło. Aż chciałoby się zapytać, jaki los spotkał krewkich manifestantów.



 

Catalogue Assasins (CD 2024). Gilbert Artman – perkusja, Jac Berrocal – trąbka przetworzona, głos oraz Jean-François Pauvros – gitara elektryczna. Czas i miejsce nagranie nieznane. Trzy utwory, 21 minut.

To doprawdy niebywałe, ile energii i chęci zdrowego pohałasowania mieści się w głowach trójki francuskich weteranów muzyki kreatywnej. Trio Catalogue założyli na początku lat 80. ubiegłego stulecia. Nie nagrywają często, raczej traktują ten band jako odskocznię, możliwość powrotu do młodzieńczych fantazji. A grają z niebywałą mocą – z jednej strony gitarowy punk & noise w klimatach Steve’a Albiniego, a szczególności formacji Shellac (choć ta jest/ była młodsza o całą dekadę), z drugiej psychodeliczne fussion preparowanej trąbki i głosu, które zlepione w jedną strugę dźwięków potrafią postawić na nogi niejednego umarłego. Ten album, jakże stosownie zatytułowany, trwa ledwie 21 minut, ale zdaje się pozastawiać w nas niezatarte wspomnienie!

Nagranie stanowi nieprzerwany ciąg zdarzeń dźwiękowych, podzielony na trzy odcinki. Startuje gitara, która szyje ostre, niczym skalpel riffy. Perkusja podłącza pod nie bystry, niemal punkowy beat idealnie sklejony z gitarową akcją. Narracja pachnie tu post-bluesem, ale wejście zmutowanej trąbki, która krzyczy strugą gęstego, białego szumu wywraca konwencję stylistyczną do góry nogami. Dynamika i coraz bardziej siarczyste brzmienie klecą ów wyziew psychodelicznego post-punka. Krótkie spowolnienie, wejście w strefę przesterów i sprzężeń wyznacza drugi track dysku. Moment kompulsywnego chaosu niweluje kolejny gitarowy riff. Akcja nabiera dynamiki i mocy, której dodają wszyscy uczestnicy tego urokliwego horroru. Opowieść ewidentnie zagęszcza ścieg i zionie ogniem, co przy okazji staje się zaczynem trzeciego tracku. Gitara tnie coraz głębiej, perkusja wrzuca kolejny bieg, a trąbka nierozerwalnie związana krzykiem wokalisty dopełnia dzieła zniszczenia. Nim opowieść ostatecznie skona mamy jeszcze drobne, silnie psychodeliczne interludium, w trakcie którego perkusja na moment milknie. A potem czeka nas już tylko końcowy wybuch.

 

 

 

piątek, 5 lipca 2024

Scatter Archive’ fresh free kicks: Fite & Küchen! Atkins & Wastell! Davies & Hooker! Lynch!


Szkocki net-label Scatter Archive pracuje w tym roku wyjątkowo wytrwale i definitywnie wydajnie. Obok sukcesywnie uzupełnianych, brytyjskich archiwów (patrz: omawiany na tych łamach zestaw nagrań Alana Tomlinsona), w ofercie wydawnictwa z Glasgow pojawia się coraz więcej nagrań nowych, nad wyraz świeżych, pochodzących nie tylko z Great Britain (patrz: polskie trio z udziałem m.in. Pauliny Owczarek).

Czasu, ani pojemności serwera blogspot.com nie starczy, by wszystkie nowości SA omawiać na bieżąco, zatem teraz pochylamy się jedynie nad czterema wiosennymi nowościami. To zgrabne, niedługie, swobodnie improwizowane opowieści – wśród nich odnajdziemy zarówno ekspozycje elektroakustyczne, jak i minimalistyczne, do tego garść jakże londyńskich nagrań solowych z żywymi odgłosami samego The City. Trzy z nich, to akcje stuprocentowo brytyjskie, jedna w pełni skandynawska. I od tej ostatniej zaczniemy nasz mini przegląd. So, welcome to Scatter Life!




Niklas Fite & Martin Küchen Nödutgång får ej blockeras

Khimaira, Sztokholm, listopad 2022: Niklas Fite - banjo, gitara akustyczna oraz Martin Küchen - sopranino. Trzy improwizacje, 38 minut.

Międzypokoleniowe, skandynawskie spotkanie artystów, których na tych łamach znamy i cenimy. Bardzo swobodne, doposażone w zabawne rozmowy pomiędzy utworami, z pozoru nastawione na akcje minimalistyczne, na etapie rozwinięcia urokliwie przepoczwarzające się w mniejsze lub większe kipiele emocji. Od szczegółu do ogółu, od kompulsywnego minimalizmu do rozgrzanego free jazzu.

Od pierwszej sekundy nagrania słyszymy, że jesteśmy wraz z muzykami w pewnej zadanej przestrzeni, gdzie obiektem zainteresowania naszych uszu są nie tylko dźwięki czysto muzyczne. Muzycy coś do siebie szepczą, ich drobny arsenał instrumentalny żyje swoim życiem, nawet bez zetknięciami z palcami czy ustami artysty. Ów mały, kuchenny rozgardiasz szybko formuje się w zwartą, interaktywną opowieść. Saksofonista krzyczy, gdacze, skowycze niczym przydomowy zwierzyniec, gitarzysta (tu być może wyposażony w banjo) rozciąga zgrzytające struny i buduje niemelodyjne post-riffy. Całość przypomina poranny spacer, ale jeszcze przed tradycyjną kawą. Pojawiają się drobne, dęte śpiewy, na gryfie gitary pierwsze, preparowane frazy. W drugiej fazie kilkunastominutowej improwizacji muzycy chętnie wchodzą w zwarcia, zadają także drobne ciosy w półdystansie. Zaczynają na siebie pyskować, kreować raz za razem zadziorne, dobrze skonfigurowane akcje dźwiękowe. Pod koniec utworu poziom emocji nie wydaje się daleki od free jazzu. Kolejne dwie kilkunastominutowe narracje budowane są na podobnej zasadzie – kilka słów na wstępie, potem sekwencja minimalistycznych fraz, które dość szybko lepią się w dobrze uformowaną improwizację. Jeśli saksofon zaczyna piąć się ku górze, gitara efektownie wypełnia przestrzeń sypiąc riffami jak z rogu obfitości. Gdy trzeba, muzycy zdejmują nogę z gazu i śmiało wkraczają w bezmiar ciszy i dramaturgicznych subtelności. Część ostatnia zdaje się być nad wyraz dynamiczna, a kocie ruchy artystów i ich dialogi płyną niesione namiastką rytmu, klecone incydentalnie w estetyce call & responce.



 

Matt Atkins & Mark Wastell Live at ARCH 1

ARCH 1, Londyn, wrzesień 2023: Matt Atkins – odtwarzacze kasetowe, tape loops, obiekty, mikrofony kontaktowe, shruti box i przetworniki oraz Mark Wastell - 32" Paiste tam-tam, gongi and instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 36 minut.

Ze Sztokholmu przenosimy się na ziemie Zjednoczonego Królestwa. Najpierw londyńskie spotkanie dwóch znamienitych postaci brytyjskiego free impro w szerokim rozumieniu tego pokrętnego terminu. Opowieść definitywnie elektroakustyczna, choć słowo electro bierzemy tu w duży cudzysłów – instrumentarium Atkinsa jest bowiem zdecydowanie analogowe, w dużej części akustyczne. Z kolei Wastell pracuje na niezbyt rozbudowanym zestawie perkusjonalnym, którego głównym elementem zdaje się być duży tam-tam. Panowie budują set trwający ponad dwa kwadranse z wyjątkową pieczołowitością, zarówno w zakresie dramaturgii, jak i brzmienia.

Dźwiękowa aura otwarcia sugeruje nam dużą przestrzeń koncertową, w której pracuje zwinne echo. Szeroko rozstawione perkusjonalia, mające paramenty zarówno niskie (tam-tam), jak i wysokie (talerze), wokół których panoszą się plejady szumów, szmerów i szelestów nie do końca rozpoznanego pochodzenia, a także drobne plamy brzmiące na poły syntetycznie. Opowieść faluje, wznosi się i opada, płynie powoli, okazjonalnie nabiera jednak intensywności. Zdaje się być niekiedy rytualna, nieco ceremonialna, a jej nerw kreacji nie gaśnie choćby na moment. Pojawiają się dźwięki samplowane, zapewne podsyłane z kaset magnetofonowych, drobne akcenty rytmiczne i pętle – wszystko toczy się w niemal medytacyjnym tempie. Po wybiciu trzynastej minuty artyści podsyłają nam garść melodyjnych strumieni, także dźwięki ludzkich głosów. Głównym wątkiem środkowej fazy improwizacji są drżące perkusjonalia Wastella, oblepiane drobnymi frazami generowanymi przez Atkinsa z wielu źródeł. Po dwudziestej minucie nowym elementem narracji są basowe pasma brzmiące dość syntetycznie. Z kolei następująca tuż potem faza uspokojenia syci się melodyjnymi pętlami. Improwizacja w swej końcowej fazie zdaje się być niemal wyłącznie perkusjonalna. Zostaje jednak zreasumowana pulsującą, post-melodyjną retoryką akcesoriów elektroakustycznych. Precyzyjnie finalizowana, ginie w mroku ambientu.



 

Rhodri Davies & Andrew Leslie Hooker Deuawd

BBC Hall, University of Wales Trinity Saint David, Abertawe, Walia, czerwiec 2018: Rhodri Davies - harfa z przetwornikami, preparacje oraz Andrew Leslie Hooker - no-input mixing board, elektroniczne filtry i amplifikacje. Jedna improwizacja, 25 minut.

Kolejny w zestawie brytyjski duet bez cienia wątpliwości możemy zaliczyć do akcji elektroakustycznych. Walijski incydent łączy bowiem preparowaną harfę i cały arsenał syntetycznych źródeł dźwięku, które tworzą konglomerat zdarzeń i zjawisk godnych polecenia miłośnikom wszelkich estetyk, także tym z nas, którzy do elektroniki podchodzą jak pies do jeża. Jak zwykle bowiem diabeł tkwi w szczegółach – tu w kreatywności artystów i umiejętności wzajemnego słuchania.

Koncert trwa mniej niż dwa kwadranse, zatem tylko konkret! Początek jest więcej niż delikatny – syntetyka brzmi tu całkiem analogowo, harfa pracuje zarówno na subtelnym przesterze, jak i brzmi akustycznie, a traktowana smyczkiem nasyca opowieść nutą post-barokowej zadumy. Owa nieśpieszna narracja zdaje się mieć dalece bogatą fakturę. Dużo dzieje się w samym wnętrzu opowieści, tkanym z interakcji i dowodzącym tezy zawartej w poprzednim akapicie. Żaden dźwięk nie ujdzie tu uwadze partnera. Davies preparuje klasyczny instrument z dużą klasą, spod rąk i kabli Hookera rzadko dociera do nas coś zbyt inwazyjnego, tudzież fonicznie dotkliwego. W drugiej części ekspozycji można odnieść wrażenie, że muzycy nadają swym akcjom więcej intensywności. Pojawiają się frazy usterkowej elektroniki, ale i one podawane są z umiarem i dramaturgiczną precyzją. Śpiewy harfy chętnie łapią tu piasek w szprychy i kreują ciekawe sytuacje brzmieniowe. Obok plam ambientu słyszymy, że pomiędzy struny hafty dostają się przedmioty, powodując urokliwe ich rozdygotanie. Pod koniec opowieść zdaje się wpadać w delikatny rytm – zarówno po stronie akustyki, jak i syntetyki. Owa figuratywna taneczność doprowadza improwizację do szczęśliwego zakończenia.




Sue Lynch Water Drips Clear

Oxo Tower Studios, 2024 (utwory 2-4, 6-8), Christchurch, Blackfriars 2024 (1, 9), Sprinkler Room, Oxo Tower 2020 (5) – wszystkie lokalizacje w Londynie; nagrania terenowe zarejestrowane w centralnym Londynie – dzwony Garlickhythe, brzegi Tamizy i okolice, 2024 (9): Sue Lynch – saksofon tenorowy, nagrania terenowe. Dziewięć utworów, 29 minut.

Na koniec spektakl prawdziwie londyński! Solowa ekspozycja saksofonowa w wykonaniu Lynch zdaje się być konglomeratem miejskiego spleenu, kreatywności artystki i wyważonego stosunku do dźwięków instrumentu i otoczenia. Nagrania studyjne i koncertowe z dominującą krótką formą, a na koniec wielominutowy spacer po Londynie z dętymi komentarzami niejako z off-u. Klimatyczne i surowe, przewrotnie post-romantyczne, dobrze udramatyzowane, niekiedy zastanawiająco smutne.

W dwóch pierwszych improwizacjach Sue śle nam delikatne, tenorowe podmuchy napotykające na głuchą przestrzeń otoczenia. Najpierw serwuje nam trochę czystego powietrza, potem brudnego, intrygująco preparowanego. Spokój tej opowieści wydaje się być dość pozorny, wszystko podszyte jest bowiem wewnętrznymi emocjami. Z jednej strony dramaturgiczna zaduma, z drugiej prezentacja szerokiego wachlarza technik artykulacyjnych. Kolejne dwie piosenki sięgają po atrybuty jazzu, w czwartej czujemy wręcz swingujący timing. W następnych dwóch utworach artystka pracuje formą, szuka echa, wyczekuje rezonujących odgłosów. Pojawiają się melodie dżdżystego poranka zamglonego miasta. Siódma część zdaje się być zaskakująco dynamiczna, z kolei ósma szyta jest sporą dawką melodyki. Sue łapie podmuch rezonującego powietrza i zanurza się w mrok. Ostatnia opowieść trwa prawie osiem minut i jest dialogiem saksofonistki z odgłosami miasta. Najpierw frazy preparowane, potem więcej czystych wydechów i miasto, które żyje - dźwięki rzeki, szmer ulicznego zgiełku, odgłosy rozmów. W drugiej fazie utworu garść melodii – zarówno z tenorowej tuby, jak i tej, płynącej z zatłoczonych ulic. A na koniec bije dzwon – to zapewne westminsterski Big Ben.

 

 

wtorek, 2 lipca 2024

Christoph Gallio, Dominic Lash & Mark Sanders Live At Cafe Oto London!


Szwajcarski saksofonista Christoph Gallio, weteran tamtejszych scen muzyki jazzowej, improwizowanej, także kameralnej, spędził kilka dni w Londynie pod koniec 2022 roku. Bez trudu odnalazł tam fizycznie i mentalnie lokalnych mistrzów gatunku i udanie z nimi koncertował. Zagrał m.in. w trio z Dominikiem Lashem i Markiem Sandersem, a także w duecie z Rogerem Turnerem. Oba koncerty został upublicznione w legendarnym szwajcarskim labelu kapelusznikowym. Dziś pochylamy się nad nagraniem wspomnianego tria.

Muzycy w przededniu świątecznym zagrali dwie rozbudowane improwizacje, które zostały dla wygody odsłuchu podzielone na drobniejsze epizody - ta pierwsza na trzy, na druga na dwa. Z radością zgłębiamy się w meandry stylowego free jazzu nasączonego, w skończonej liczbie przypadków, urokliwą dawką swobodnej kameralistyki.



 

Muzycy rozpoczynają spektakl bez specjalnej gry rozpoznawczej. Rozkrzyczany od pierwszej sekundy saksofon altowy, leniwe pizzicato kontrabasu i masywny, precyzyjny drumming bez trudu konstruują opowieść, którą moglibyśmy na tym etapie koncertu nazwać mianem kind of free jazz. Rytm, pewna ulotna taneczność i odrobina brawury, to atrybuty tej dość już ostrej jazdy, wszakże prowadzonej z pełną kontrolą trakcji. Na etapie spowolnienia saksofon milknie, a sekcja rytmu serwuje nam same cuda – preparacje, dialogi i salwy emocji. Gdy opowieść przepoczwarza się w perkusyjne solo, na odtwarzaczu wyświetla się druga ścieżka. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, w dłoniach saksofonisty ląduje chyba jedna z lżejszych odmian jego instrumentarium. Opowieść szybko nabiera dynamiki, niczym sfora zająców na leśnej polanie. Przez moment opowieść zwalnia, pachnie soczystym bluesem, po czym ponownie nabiera wigoru. Saksofon płynie teraz bardzo wysoko i kasą niemal każdą swoją frazą. Kolejna faza galopu hamuje wprost w drugą już tego wieczoru solową ekspozycję drummerską i … inicjuje trzeci trak na dysku. Sanders pracuje wciąż na dużej dynamice, Gallio powraca plejadą drobnych, zaczepnych fraz, ale Lash sięga po smyczek i improwizacja na dłuższą chwilę przyobleka szaty kameralne. Prowadzona jest niekiedy wedle metody call & responce. Subtelne, dęte preparacje, długie pociągnięcia smyczkiem, rezonujące perkusjonalia - świetne interakcje doposażone we fragmenty melodii. W dłoniach Szwajcara śpiewa teraz coraz gorętszy sopran, a akcje brytyjskiej sekcji rytmu nabierają rumieńców. Open-jazzowa przebieżka dość szybko nabiera tu znamion free jazzowego galopu.

Druga opowieść, bardziej domowa niż dzika (idąc za tytułami obu części), rodzi się w wystudzonej tubie saksofonu altowego. Perkusja podłącza się szumem szczoteczek, kontrabas zaś nisko osadzonym smyczkiem. Owe post-kameralne rozgrywki toczą się dość leniwie, ale mają już obrany bardziej ekspresyjny kierunek. Opowieść wspina się na szczyt (z taką sekcją, to można konie kraść!), po czym zalega w małej dolinie przepełnionej post-swingową melodyką. Muzycy odnajdują teraz ciszę, pięknie preparują, przez moment czynią to w duecie bez perkusji. Powrót tej ostatniej udanie lepi śpiewność saksofonu z podskórnym rytmem. Po chwili narracja staje się duetem bez saksofonu (uwaga! mamy już finałowy trak na dysku!), a potem nawet solowym popisem kontrabasisty. Lash pięknie pracuje teraz w trybie pizzicato & arco. Partnerzy wracają pełni werwy i melodii – dobre tempo, śpiew na ustach filigranowego saksofonu. Ta galopada będzie więcej niż udana - ognista, wypełniona drobnymi preparacjami, łapiąca się na ostatni tego wieczoru podmuch free jazzu.


Christoph Gallio, Dominic Lash, Mark Sanders Live At Cafe Oto London (Hat Hut Records/ Now-ezz-thetics, CD 2023). Christoph Gallio – saksofon altowy, sopranowy & c-melody, Dominic Lash – kontrabas oraz Mark Sanders – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, grudzień 2022. Dwie improwizacje podzielone na pięć epizodów, 59 minut.



 

piątek, 28 czerwca 2024

Edwards, Karlsen & Lash gossip the Action Theory!


Ostatni piątek czerwca, to dobry moment na londyńskie starcie w kategorii definitywnie swobodnej improwizacji. Będzie chwilami ogniście i całkiem free jazzowo, czasami odrobinę kameralnie, niekiedy z małym obłokiem post-rocka wokół gryfu gitary elektrycznej.

Przed nami trzech artystów z trzech różnych pokoleń, każdy z przeogromnym potencjałem kreatywności i spotkanie, które jest dla nich chyba tym pierwszym w zadanej konfiguracji personalnej. John Edwards, mistrz brytyjskiego kontrabasu, człowiek instytucja w skali ogólnoświatowej, artysta, które dobrze wkleja się w każdy układ sceniczny, zwiera tu szyki z Dominikiem Lashem, muzykiem średniego pokolenia, którego kojarzymy z kontrabasem, ale też coraz częściej spotykamy z gitarą elektryczną oraz z młodym Norwegiem, Emilem Karlsenem, który od pewnego momentu zdaje się być stałym elementem londyńskiego półświatka impro. W trakcie niespełna pięćdziesięciominutowej podróży muzycy nie żałują emocji i potu, zatem nie pozostaje nam nic innego, tylko dać się wplątać w Teorię Działania i ponieść w otchłań fascynujących dźwięków.




Pięcioodcinkowy spektakl otwierają plejady drobnych dźwięków, zarówno tych preparowanych, jak i czysto frazowanych, na ogół delikatnych, każdorazowo precyzyjnych, idealnie skorelowanych z tym, co przed chwilą i tym, co nastąpi potem. Filigranowe obcierki, brudny smyczek kontrabasu i gitara w obłoku szemrzącego amplifikatora – wszystko splata się tu w misterną pajęczynę akcji i reakcji. W takich okolicznościach przyrody wystarczy drobny impuls, by improwizacja nabrała ognia i skoczyła free jazzowi do gardła. Gęste, hałaśliwe frazy szybko nabierają jednak powietrza i bez utraty jakości schodzą do poziomu szeptanych półsłówek. Centralną postacią opowiadania jawi się kontrabasista, który swoim zwyczajem rządzi i dzieli, ale nade wszystko inspiruje młodszych do wzmożonej kreatywności. W połowie trwającej prawie kwadrans improwizacji otwarcia muzycy chowają się w ciszy, potem prowadzą grę na małe pole, przez moment pracują w duecie pizzicato & cymbals, a efektowną opowieść reasumują pięknym, ognistym szczytem, zainicjowanym zarówno mięsistym arco, jak krzykiem niemal rockowej gitary.

Początek drugiej opowieści jest dość leniwy. Tworzą go smukle frazy smyczka, gitarowe flażolety i szmer percussion. Po desygnowaniu do gry kilku preparowanych mikro fraz i wzbudzeniu adekwatnych reakcji, improwizacja przybiera kształt open jazzowej post-ballady. Z czasem nabiera masy i odpowiedniego tempa, błyszczy siłą ognistej wymiany zdań, po czym równie urokliwie gaśnie na wystudzonym smyczku. Kolejną opowieść otwiera perkusyjna introdukcja. Gitara w zaciszu alkowy delikatnie sprzęga, z kolei struny kontrabasu okładane są smyczkiem. Każdy z muzyków zdaje się tu pracować w swoim tempie i własnej estetyce, ale efekt finalny okazuje się jednorodny i świetnie skonstruowany. Moc rocka, siła post-baroku i drobiazgowy, utrzymany w dobrym tempie drumming, a na dodatek kilka plam soczystej psychodelii. Palce lizać!

Czwarta odsłona syci się kreatywnym dysonansem. Gitara szyje tu balladę, perkusyjne talerze rezonują, a struny kontrabasu najpierw są zalotnie szarpane, a potem biczowane rozdygotanym z emocji smyczkiem. Znów akcenty post-rockowe świetnie korelują z agresywnym smyczkiem, a za resztę odpowiedzialny jest drobiazgowy drumming. Artyści fantastycznie łapią tu wiatr w żagle – ich flow jest gruboziarnisty, kanciasty, kostropaty! Zakończenie utworu skrzy się emocjami, dodatkowo podsycanymi rozhuśtanym smyczkiem. Finałowa ekspozycja od pierwszej sekundy płynie wartkim, kolektywnym strumieniem interakcji. Jest jednocześnie ciężka i lekka, zwiewna i masywna. Edwards tańczy w swym ulubionym rytmie arco & pizzicato, Lash cieszy się każdą sekundą rocka, a Karlsen zdaje się być wszędzie i reaguje na każdy niuans dramaturgii. Ostatnia prosta jest wyjątkowo gorąca! Smyczek staje w ogniu, gitara krzyczy z emocji, a perkusja oplata wszystko pajęczyną drobiazgów. Potem już tylko pomruki opadającego smyczka, konającej gitary i szeleszczących szczoteczek perkusyjnych.

 

John Edwards/ Emil Karlsen/ Dominic Lash Action Theory (Bandcamp’ self-released, CD 2024). John Edwards – kontrabas, Emil Karlsen – perkusja oraz Dominic Lash – gitara elektryczna. Nagrane w Hackney Road Studios, Londyn, styczeń 2024. Pięć improwizacji, 48 minut z sekundami.

 

 

wtorek, 25 czerwca 2024

Emilie Škrijelj & Tom Malmendier in two direct actions!


Akordeonistka Emilie Škrijelj i perkusista Tom Malmendier tworzą duet Les Marquises od przynajmniej dekady. Dużo koncertują (bywali w Polsce), sporo nagrywają, od czasów pandemii prowadzą też label, który zwie się eux sæm. Wszystko to doskonale wiedzą Czytelnicy Trybuny, albowiem o dokonaniach tej dwójki wciąż jeszcze młodych artystów europejskiej sceny muzyki improwizowanej informujemy na bieżąco.

Emilie i Tom w duecie popełnili dotąd bodaj dwie płyty, znacznie częściej możemy ich usłyszeć na albumach nagrywanych w większych składach. Wystarczy spojrzeć na nieduży katalog ich labelu. Aż cztery pozycje, to nasza para w towarzystwie jednego, tudzież dwóch dodatkowych muzyków.

Dokładnie w tej konwencji dramaturgicznej posadowione są płyty, nad którymi dziś pochylamy nasze muzyczne zmysły. Najpierw kwartet Nuits, który ma już w dorobku album pod auspicjami eux sam, a teraz wraca do nas w wersji koncertowej (uzupełniają go wiolonczelista Stéphane Clor i elektronik Armand Lesecq), potem trio Bruine, w szeregach którego dostrzegamy naszego dobrego znajomego z Berlina, klarnecistę Michaela Thieke. Kwartet zaprasza nas na podróż definitywnie elektroakustyczną, z kolei trio teoretycznie bazuje na instrumentach akustycznych, ale ponieważ wystawia je na pastwę całej armii głośników (speakers), efekt foniczny zdaje się być nie tyle elektroakustyczny, co zdecydowanie post-industrialny.



 

Nuits Concert à Bruisme (Ligne de Crête, CD 2023). Emilie Škrijelj – akordeon, sampler, Stéphane Clor – wiolonczela, Tom Malmendier – perkusja oraz Armand Lesecq – elektronika. Nagrane w trakcie Festiwalu w Bruisme, Francja, 2021. Jedna improwizacja, 41 minut.

Początek koncertu lepi się z drobnych, elektroakustycznych szmerów, drżących strun i subtelnego, ale już udramatyzowanego drummingu. Narracja urokliwie rozkwita, przypomina pierwsze poranne promienie słoneczne. Akordeon dygocze ambientem, elektronika wije się wężowatym strumieniem, pracują perkusyjne szczoteczki. Medytująca improwizacja niepodziewanie zaczyna szukać podskórnej dynamiki. Jeszcze tylko dwa głębsze oddechy i nabiera niemal post-industrialnych barw, trzęsąc się niczym budyń czekoladowy na wybojach. Z każdą pętlą opowieść zdaje się być szyta coraz dłuższymi frazami. Cello zaczyna śpiewać, reszta intensywnie szeleścić. Po dwunastej minucie można donieść wrażenie, ze muzycy chowają się za kotarą ambientu, a jednym żywym w tym gronie pozostaje perkusista. Narracja nabiera szczególnej urody – dominują żywe frazy, a mgła elektroniki dopełnia obrazu całości. Lewitacja, która szuka drobin rytmu, echo, które wydaje się być dziełem live processing, frazy czyste i ocean fraz preparowanych. Oniryczny post-taniec! Ale gdybyśmy mieli teraz precyzyjnie wskazywać źródła pochodzenia poszczególnych dźwięków, niechybnie polegniemy! Prawdziwy festiwal fake sounds!

W połowie seta muzycy przeoblekają się w orszak perkusjonalistów. Akordeon i elektronika dygoczą, cello nuci pod nosem, a krawędziowy, na poły preparowany drumming snuje nić życia. Po kilku chwilach opowieść traci jednak walory dynamiczne. Wszyscy jakby zastygli, pogrążeni w tlącym się pogorzelisku. W tle ktoś gada, powietrze pełne jest szmerów i tajemniczych szelestów, coś popiskuje, a nawet gwiżdże. Z czasem ów konglomerat fake sounds zaczyna gęstnieć. Akordeon pulsuje, smyczek preparuje, coś mości się na perkusyjnym werblu. Akustyka lepi się w dron, wokół którego rozpościera się chmura elektroniki. Akordeon brzmi teraz wyjątkowo syntetycznie, wiolonczela przebiera szaty rockowej gitary, a perkusja szuka kolejnej porcji dynamiki. Ale i tak wszystko drży i szeleści. Od końca trzydziestej szóstej minuty opowieść zaczyna systematycznie przygasać. Mroczne drony, małe zgrzyty, kłębiaste szelesty – żywy post-ambient niesiony ostatnimi oddechami perkusji.



 

Michael Thieke, Emilie Škrijelj & Tom Malmendier Bruine (eux sæm, CD 2024). Michael Thieke – klarnet, głośniki, Emilie Škrijelj – akordeon, głośniki oraz Tom Malmendier – instrumenty perkusyjne, głośniki. Nagrane w Césaré, Reims, Francja, kwiecień 2024. Trzy improwizacje, 41 minut.

Trzy akustyczne instrumenty wzmocnione czeredą głośników od startu budują tu gęstą, zwartą opowieść. Wszystko chrobocze, stuka, drży i szeleści. Improwizacja wyłania się z mroku, ale dość szybko zaczyna błyszczeć post-industrialną poświatą i serwować nam czerstwe ochłapy hałasu. Całość pulsuje, zdaje się być wielką, perkusjonalną maszyną. Dodatkowo coś pracuje jak metronom doładowany sterydami. Ów siarczysty dron mechaniki akustycznych instrumentów ma swój rytm, swoje wewnętrzne życie. W trakcie pierwszej odsłony flow uspokaja się dopiero na ostatniej prostej. Drugą opowieść otwiera dynamiczny, ale okazjonalne delikatny drumming. Wokół niego pulsuje akustyczna wszechmoc akordeonu, który dygocze gęstą siecią głośników. Narracja znów płynie perkusjonalną strugą, w której coraz trudniej wskazać źródło danego dźwięku. Mechaniczna, znów na poły industrialna faktura zaczyna przybierać na sile. To już nie ochłapy hałasu, ale prawdziwa ściana dźwięku. Tworzą ją zarówno strumienie post-drummingowej furii, jak i plejady drobnych stukotów, obcierek i powiewów gorącego powietrza. W okolicach dziesiątej minuty mamy efektowną kulminację, z opresji której artyści wychodzą niemal suchą stopą. Co klasa, to klasa!

Trzecią część tego horroru otwiera akordeon, który buduje ambientowy, ale gęsty, niemal smolisty flow. Perkusjonalia drżą, klarnet ciężko oddycha. Zdaje się, że poziom post-industrialnego hałasu muzycy osiągają tu jeszcze szybciej niż w poprzednich epizodach. Młoty pneumatyczne, uszkodzone trafostacje, zardzewiałe suwnice przemysłowe. Po szóstej minucie następuje mimowolne uspokojenie - mamy wrażenie, że na moment wyszliśmy z piekła wprost w objęcia czyśćca. Wszystko piszczy i zgrzyta na wydechu. Pulsacje, ambientowe drony i post-mechaniczne obcierki na werblu. Koniecznie trzeba to zobaczyć, by uwierzyć! W okolicach dziesiątej minuty poziom hałasu znów sięga nieba, ale brzmienie całości wydaje się być bardziej selektywne - jesteśmy w stanie wskazać, jaki instrument jest odpowiedzialny za poszczególne frazy. Opowieść nabiera teraz free jazzowej ekspresji, sięga kolejnej ściany dźwięku, by po upływie kwadransa wystudzić się i z gracją powrócić do świata żywych. Akordeon teraz dyszy, jak zepsuty silnik elektryczny, perkusyjne pałeczki delikatnie stukają o krawędź werbla, a klarnet szumi coraz zimniejszym powietrzem. Improwizacja umiera w pozycji stojącej.


 

 

piątek, 21 czerwca 2024

Gonçalo Almeida in black ambient’ duos!


Gonçalo Almeida, człowiek tysiąca talentów, notuje bardzo aktywne fonograficznie półrocze swej pięknej kariery. Palców jednej ręki nie starczy, by policzyć jego wszystkie tegoroczne premiery, czas zatem zacząć ogarniać ten ocean lukratywnych dźwięków!

Dziś dwa albumy duetowe, których naczelną charakterystykę staraliśmy się zawrzeć w tytule recenzji. Oba zawierają długie, powłóczyste pociągnięcia mrocznym pędzlem kontrabasowego smyczka. W pierwszym przypadku gotujący się od emocji strunowiec napotyka na jeszcze bardziej mroczne organy, za drugim razem zatopiony zostaje we mgle wielowymiarowej elektroniki. Najpierw czeka nas jednorazowe spotkanie improwizatorskie, potem ścieżka dźwiękowa do filmu dokumentalnego, która powstawała bardzo długo i do końca nie było wiadomo, jaki będzie jej efekt finalny. Ale ten – w obu dziś analizowanych przypadkach – okazał się więcej niż wyśmienity!



 

Tabula Sonorum Organum Sub Aere (Cylinder Recordings, CD 2024). Bart van Dongen – organy oraz Gonçalo Almeida – kontrabas. Nagrane w październiku 2023, Sint-Martinuskerk/ Sint-Oedenrode, Holandia. Cztery utwory, 42 minuty.

Nagranie składa się z trzech rozbudowanych, kilkunastominutowych ekspozycji i jednej krótszej, ale za to najbardziej dynamicznej wypowiedzi. Otwarcie pierwszej z nich tworzą dwa soczyste drony płynące z samych głębin, z miejsca do którego nie dociera jakiekolwiek światło. Głęboki, na poły sakralny post-barok z czasem zdaje się wyłaniać na powierzchnię życia, mając za plecami chmurę ambientu. Z każdą chwilą wątki ekspozycji mnożą się - niektóre zostają posadowione stosunkowo wysoko, inne sięgają podłogi. Piękna epopeja deep & sorrow sounds, niczym śpiew zza grobowej deski, rodzaj ścieżki dźwiękowej do impresjonistycznego filmu grozy. Druga historia początkowo sprawia wrażenie nieco bardziej delikatnej, wręcz onirycznej, ale przewrotnie budzi niepokój w jeszcze większym stopniu. Smyczek skowycze zwrócony twarzą do nieba, organy pracują w szerszym spektrum, ale nie koncertują się na niskich pasmach. W dalszej fazie utworu te drugie lepią się w dron, ten pierwszy schodzi w dół po wyjątkowo krętych schodach. Nerwowe ruchy muzyków sprawiają, iż narracja przyjmuje postać martwego tańca.

Trzecia odsłona, to anonsowany, krótszy epizod, wypełniony pokrętną, bardziej dynamiczną narracją. Oba instrumenty śpiewają, rytmicznie podrygują, ale to trans pełen smutku, którego marszruta prowadzi wprost do mrocznej doliny. Trwoga, boleść i pożoga, to atrybuty tego jedynego w swoim rodzaju tańca. Demony rodzą się tu na potęgę! Organy serwują nam akordowe okrzyki, smyczek ryje bruzdy w ziemi, a wszystko zdaje się drżeć i złorzeczyć. Finałowa ekspozycja startuje z mrocznych katakumb, sprawia wrażenie odrobinę wystudzonej z emocji. Dron basu i gęsty ambient organów popadają w śmiertelną medytację, z każdym krokiem mocniej uginając udręczone kolana. W tej szalonej opowieści raz za razem pojawiają się nowe wątki, które dość już gęstej kołysance nadają znamiona prawdziwie lovecraftowskiej grozy. W ramach reasumpcji organy budują wysokie pasmo, które śpiewa niczym chór aniołów definitywnie nie z tego świata.



 

Gonçalo Almeida & Rutger Zuydervelt Eventual (Gusstaff Records, CD/LP 2024). Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Rutger Zuydervelt – elektronika, post-produkcja. Nagrane, polepione i post-produkowane w nieoznaczonym czasie i miejscach. Jeden utwór, 32 minuty.

Album wypełnia jedna, długa struga niskich, kontrabasowych fraz, wokół których dzieją się elektroniczne, elektroakustyczne i processingowe akcje. Mroczny ambient tła i dron smyczka, który zdaje się mieć post-akustyczną poświatę, zabierają nas w podroż w nieznane. Narracja płynie szerokim, delikatnie pulsującym pasmem. Z jednej strony przybywa wątków kontrabasowych, z drugiej kolejnych powłok przezroczystej niekiedy elektroniki. Całość ma definitywnie minimalistyczny wymiar, wydaje się być wielką, niemal kosmiczną repetycją, rodzajem ceremonialnej medytacji. Trudno jednak ów strumień mrocznych dźwięków uznać na jednorodny w czasie i przestrzeni. Bywa incydentalnie spokojny, czasami sprawia wrażenie, jakby chciał nas uśpić. Na jego dnie leżą niechybnie niewyczerpalne źródła emocji.

Po dziesiątej minucie w strumieniu swobodnej narracji pojawia się nowy, wyraźnie zaznaczony dramaturgicznie i nisko posadowiony błysk kontrabasowego smyczka. Elektronika w tym czasie wydaje się rozwarstwiać, rozpływać w szemrzącej dolinie, także dodając kolejne warstwy i wątki. Po następnych pięciu minutach pojawia się nowy oddech smyczka, tym razem wyższy, jakby spokojniejszy, a chwilę po nim – spójny, elektroakustyczny dron gęstego ambientu. Po dwudziestej minucie opowieść na chwilę staje w miejscu, po czym zaczyna snuć nowy watek. Całość nabiera pewnej modlitewnej melodyki. Pełna szumów i szmerów struga okazuje się być efektem działania sfery elektronicznej. Z kolei wyważony, nisko osadzony beat nieznanej proweniencji, to skutek uderzenia smyczkiem o gryf kontrabasu. Wszystko zaczyna teraz śpiewać i budować nieśmiertelną repetycję. Niespokojna finalizacja lepi się z głosów, szeptów i urokliwych plam post-ambientu.



 

wtorek, 18 czerwca 2024

FOU Records: Foussat & Lazro! Léandre & Lovens!


Jean-Marc Foussat, legenda francuskiej, elektroakustycznej muzyki improwizowanej, założył wydawnictwo FOU Records na początku ubiegłej dekady. Przez kilkanaście lat mniej lub bardziej intensywnej działalności w katalogu labelu pojawiło ponad siedemdziesiąt pozycji, zarówno na dyskach kompaktowych, jak i na winylach. Profil gatunkowy wytwórni, to oczywiście muzyka improwizowana, ale nie tylko ta współczesna, ale także starsza, powstała niekiedy trzy, a nawet cztery dekady temu.

Na łamach Trybuny nie raz sięgaliśmy po nagrania FOU, ale po prawdzie były to zjawiska rzadkie, albowiem francuskie albumy niezbyt często docierały do naszej części świata, a szczególnie do odtwarzaczy redakcji. Szczęśliwie w ostatnich tygodniach sytuacja ta uległa zmianie i w redakcyjne szpony wpadło kilkanaście albumów z logotypem FOU. Z migotaniem przedsionków zasiedliśmy do odsłuchu, a jego efekty będziemy upubliczniać sukcesywnie, zapewne przez całą letnią kanikułę. Skupimy się na nagraniach najnowszych, opublikowanych w latach 2022-23, co nie znaczy, że nie zasygnalizujemy nagrań starszych, zwłaszcza tych szczególnie wartościowych. Z pewnością wylistujemy także linki do recenzji, jakie zostały dotychczas zamieszone na spontanicznych szpaltach. A zaczniemy od dwóch legendarnych duetów. Jedno nagranie powstało jesienią ubiegłego roku, drugie ponad dekadę temu. Wszystko oczywiście działo się w dalekiej Francji.



Jean-Marc Foussat & Daunik Lazro Trente cinq minutes & vingt trois secondes (CD 2023). Jean-Marc Foussat - instrumentarium elektroakustyczne, tu zwane mécanisme instinctif et résonnant oraz Daunik Lazro – saksofon tenorowy, tu zwany kaléidophone tenor. Trzy improwizacje nagrane w październiku 2023 roku, Thoronet, Francja, 35 minut.

Improwizowane spotkanie dwóch pomnikowych postaci francuskiej muzyki kreatywnej, poczynione w domowej rezydencji Foussata, to nad wyraz intrygujący kęs (ledwie dwa kwadranse z minutami) improwizacji w jak najbardziej swobodnym wydaniu. Smaczku nagraniu dodaje fakt, iż instrumentarium Jean-Marca zdaje się być owiane sporą tajemnicą. Owe mechanizmy instynktowne i rezonujące, to w percepcji niżej podpisanego analogowe instrumenty elektroniczne, bogaty wachlarz dźwięków laptopowych i samplowanych, a także fonie, które przypominają akcje live processing. Niewykluczone, iż część dźwięków generowanych przez artystę, to amplifikowana akustyka. Po stronie saksofonisty mamy żywy instrument dęty, który pracuje na mniejszym lub większym pogłosie, czasami brudzi swoje brzmienie, ale jego sound wydaje się definitywnie mniej zagadkowy.

Album ma dalece literacki kształt - pięciominutowe wprowadzenie, prawie półgodzinne rozwinięcie oraz trzyminutową kodę. Otwarcie nęci smakołykami, ale pokazuje też ostre pazurki. Tworzą ją basowy dron syntetyki, który z czasem zaczyna pulsować i nabierać tajemniczej dynamiki, szyjąc jednoczesnej ambientowy background i saksofonowe post-melodie z drżącej tuby, które z każdą chwilą coraz bardziej wznoszą się ku górze. Zasadniczą część płyty otwiera bogato ustrukturyzowana syntetyka – od szczegółu do ogółu, z dużą mocą i chęcią dominowania. Saksofon wydaje się przyjmować tu nieco defensywne pozycje, ale ponieważ doposażony jest w pogłos, nie ma problemu z dotrzymaniem kroku elektronice, zarówno na poziome głośności, jak i intensywności. Narracja skrzy się tu wyjątkowo szerokim wachlarzem akcji zaczepnych, interakcji i swobodnej wymiany myśli. Saksofon bez trudu wgryza się w zwoje syntetyki, dobrze reaguje zarówno na wulkaniczne eksplozje, jak i plamy ambientu, zwinnie porusza się w chmurze własnych post-dźwięków, które towarzyszą mu w wielu momentach utworu. Artyści często przyjmują pozycje dysonansowe – Foussat potrafi grzmieć niemal post-industrialnie, dla odmiany Lazro śpiewa zalotnie i jedynie dokłada mocy pogłosu. Narracja miewa także wiele momentów wystudzonych i spokojnych, choćby w połowie seta, gdy popada w oniryczny letarg. Zaraz potem na scenę leją się strugi deszczu i inne fonie, które mogą pochodzić z bogatej teczki sampli. W końcowej fazie utworu z tuby saksofonu zaczynają się wydobywać aylerowskie melodie, które zostają zwinnie przeprocesowane i po niedługiej chwili sączą się ulotnymi strugami na obu flankach ekspozycji. Ostatnie słowo należy do syntetyki, doposażonej wokalizami, zapewne autorstwa Jean-Marca. Koda albumu nie ma bynajmniej charakteru kojącego rozchodniaczka. Dygocze z emocji, bije na alarm, jęczy i skowycze! Przez moment mamy wrażenie, że jednak przygasa, ale ostatnie frazy albumu, to definitywnie grzmoty z całkiem niejasnego nieba.



 

Joëlle Léandre & Paul Lovens Off Course! (CD 2022). Joëlle Léandre – kontrabas i głos oraz Paul Lovens – perkusja, talerze i gongi. Dwie improwizacje zarejestrowane w maju 2013 roku, Le Temps du Corps, Paryż, 34 minuty.

Na osi czasy cofamy się o całą dekadę, by spotkać dwie kolejne legendy swobodnej improwizacji. Soczysty, paryski koncert francuskiej kontrabasistki i niemieckiego drummera, a nade wszystko perkusjonalisty, składa się z seta głównego i kilkuminutowego encore. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, z czego niemal trzy minuty, to oklaski wieńczące obie części koncertu. Na albumie mamy zatem tylko konkret – ani sekundy zbędnego dźwięku, a każdy z nich wart milion dolarów.

Otwarcie koncertu zdaje się być odrobinę lewitujące – delikatnie rozdygotany smyczek na gryfie kontrabasu i głębokie beats matowo brzmiącego zestawu perkusyjnego. Muzycy szukają energii do życia, klecą coś na kształt rytmu – z jednej strony rozśpiewany smyczek, z drugiej szyk narracji lepiony z drobnych, talerzowych szmerów i uderzeń – oba elementy jakże charakterystyczne dla estetyk obu artystów. Emocje rosną, choć pozostają pod kontrolą. Joëlle i Paul zgrabnie przechodzą do fazy preparacji, po czym, bez zbędnej zwłoki, budują nową opowieść – kontrabasistka zalotnie szarpie za struny, perkusista łapie drobnymi frazami wiatr w żagle. Gdy w okolicach 10 minuty Léandre zaczyna swój monolog wewnętrzny, atmosfera koncertu robi się niemalże barowa, aż słychać brzęk tłuczonego szkła. Przez moment efektownie rezonują talerze. Wystarczy jednak jeden ruch smyczka ku górze, by drummer ruszył żwawym, marszowym krokiem po kolejną porcję wrażeń. Narracja wpada w stan rozhuśtania – dwa kroki dynamicznie wprzód, skok w mrok i na odwrót. Smyczek szoruje struny, pałeczki perkusyjne sprawdzają jakość naciągów. Zaraz potem kolejna porcja preparacji, śpiew post-baroku, mały industrial na glazurze werbla. Finałowe trzy minuty seta zasadniczego, to już prawdziwe fajerwerki! Smyczek pracuje nisko, głos kontrabasistki pnie się go górze, feeria talerzowych ekspozycji błyszczy po nieboskłon. Wszystko to w ułamku sekundy eksploduje największą tego dnia kulminacją. Jeszcze tylko kilka wypowiedzianych słów i można śmiało przyjąć na twarz pierwszą tego wieczoru porcję rzęsistych oklasków.

Początek dogrywki smakuje post-jazzem – zajawka perkusyjnego rytmu i kilka miarowych szarpnięć za struny. Léandre dość szybko powraca do swojego ulubionego smyczka, a Lovens do szycia narracji plejadą drobnych, żywych, jakże rytmicznych fraz. Kilka rozhuśtanych pętli i muzycy przystępują do fazy zakończenia – smyczek ląduje na samym dole gryfu, na werblu szemrają tajemnicze przedmioty.



 

piątek, 14 czerwca 2024

The Relative Pitch’ Spring is here!


Nie dalej, jak w ostatni wtorek zachwycaliśmy się płytą Magdy Mayas Ritual Mechanics, stanowiącą jedną z dziesięciu wiosennych nowości The Relative Pitch Records. Zgodnie z poczynioną wówczas obietnicą dziś sięgamy po pozostałe dziewięć nowych albumów nowojorskiego labelu.

Wygląda na to, iż niektórym albumom poświecimy sporo słów, innym definitywnie mniej. Także chronologia naszego overview nie będzie biec wedle dat publikacji, ale raczej ilości gwiazdek, jakie moglibyśmy przydzielić płytom, gdybyśmy taki niecny proceder uprawiali. Trzeba wszakże przyznać, iż ten wiosenny, relatywny wysyp świeżynek jest w ujęciu ogólnym bardziej niż udany. A Waszą szczególną uwagę pragniemy zwrócić na pierwsze trzy krążki w zestawie!

Pośród omawianych nowości aż sześć, to albumy solowe (od długiego już czasu edytorskie idee fixe wydawnictwa), trzy pozostałe, to zgrabne duety. Jeśli chodzi o tytuły wykonawcze otrzymujemy garść świetnie nam znanych i bezsprzecznie lubianych artystów, a także – jak zawsze - sporą porcję nowych nazwisk do zapamiętania. So, welcome to the world of Relative Pitch!



 

Yedo Gibson Conic Tube

Namouche Studios, Lizbona, luty 2023: Yedo Gibson – saksofon sopranowy (1, 4, 5, 8), saksofon altowy (2, 6) oraz saksofon tenorowy (3, 7). Osiem improwizacji, 44 minuty.

Brazylijski saksofonista nie wymaga w tym miejscu jakiejkolwiek introdukcji. Znamy niemal wszystkie jego nagrania (z których spora część ukazała się, jakże spontanicznie, w Polsce), uwielbiamy jego temperamentny styl gry na instrumentach dętych, ale … nigdy jeszcze nie mieliśmy okazji obcować z Gibsonem w wersji solo. Taka samotna ekspozycja była już zapowiadana przez muzyka od lat - wreszcie stała się faktem. To wspaniała wiadomość dla świata muzyki kreatywnej!

Yedo w połowie nagrań korzysta z saksofonu sopranowego, w obliczu którego zdaje się być nie tylko melodyjnym story-tellerem, ale nade wszystko eksploratorem tzw. technik rozszerzonych, pośród których tą najciekawszą jest dmuchanie w tubę instrumentu, nie zaś w jego ustnik oraz wydobywanie dodatkowo wielu gardłowych dźwięków. W pierwszym utworze jego sopran potrafi brzmieć niemal syntetycznie, równie delikatnie, jak piskliwie. W części czwartej tańczy i śpiewa, w piątej przypomina owadzi rój w locie wnoszącym, wreszcie w ostatniej części muzyk niejako reasumuje sopranowy rozdział i cały album. Wieńczy go prawdziwie niedźwiedziowatym pomrukiem, pełnym rozkołysanej melodii. A nim to nastąpi, prezentuje rozbudowaną sekwencję możliwości brzmieniowych, jakie daje ten mały instrument dęty - wzdycha niczym leniwiec na skraju puszczy, mlaska jak kot, furkocze jak stado gołębi. Na saksofonie altowym Gibson, to artysta kultywujący wielką spuściznę jazzu - z jednej strony blisko mu do Alberta Aylera, z drugiej jeszcze bliżej do Charliego Parkera. Jego instrument ewidentnie swinguje, płynie soczystą melodią i intrygująco zbliża się do granic fire music. Z kolei na saksofonie tenorowym Brazylijczyk staje się prawdziwie free jazzowym zwierzem, który nie odpuszcza choćby na sekundę. Buduje mocne, dronowe pasaże, rży jak koń, śpiewa gęstym, jakże soczystym tembrem, wkładając w to mnóstwo emocji. Potrafi wprawić się w ekstatyczny, polirytmiczny taniec, a na koniec puścić do nas oko. Wszak saksofon, to tylko metalowa tuba, która rezonuje!



 

Samara Lubelski & Marcia Bassett Indexical/Rhizome

Indexical, Santa Cruz, Kalifornia, sierpień 2020 (utwór 1), Rhizome, DC, grudzień 2022 (2): Samara Lubelski – skrzypce oraz Marcia Basssett – gitara. Dwie improwizacje, 43 minuty.

Skrzypce i gitara podłączone pod prąd elektryczny wysokiej mocy, pogłos budujący przestrzeń, która nie ma początku, ani końca, wreszcie artystki o niewyczerpalnych zasobach kreatywności, snujące gęste smugi dark ambientu i soczystej psychodelii ubrane w szaty wyrafinowanej improwizacji. Uwielbiamy takie sytuacje sceniczne!

Pierwsza improwizacja trwa tu prawie dwa kwadranse, a rodzi się z dwóch smukłych, niemal stojących plam ambientu. Ów krzyk, niczym wycie syren alarmowych z czasem przekształca się w dwie strugi płynnej, psychodelizującej narracji. Skrzypce frazują post-akordowo i pną się ku górze, gitara pęcznieje poziomo mrokiem ambientu. Gdy improwizacja nabiera intensywności i skulonej dynamiki, całość brzmi niczym filmowy zapach napalmu o poranku. Niezależnie od stadium rozwoju opowieści, artystki zawsze mają oparcie w chmurze dark ambientu. Skrzypaczka dygocze wtedy ze strachu, a gitarzystka niczym nietoperz zdaje się kołować nad swoją ofiarą. Momenty spowolnień są tu jedynie okazją do łapania oddechu przed powrotem na szlak bezkresnej podróży. Z czasem gitara nabiera post-rockowej powłoki, z kolei skrzypce stają na palcach, krzyczą strugą błękitnego ambientu i zdają się być niebezpiecznie melodyjne. Druga odsłona albumu trwa piętnaście minut z sekundami i formuje się z podobnych, ale nie takich samych elementów. Gitara od startu wydaje się być bardziej nasączona rockiem, czasami wręcz charczy, z kolei skrzypce trzymają się konwencji wysokiego ambientu. W fazie środkowej obie strugi złych mocy na moment stają się niemal bliźniaczo podobne i nad wyraz hałaśliwe. Potem już wszystko zaczyna piąć się ku czarnemu niebu. Owo diabelskie rozkołysanie w okolicach dwunastej minuty zaczyna przygasać. Skrzypaczka i gitarzystka schodzą teraz do niemal pojedynczych fraz. Instrument tej pierwszej skomle, tej drugiej pulsuje delikatnością. 



 

Zosha Warpeha Silver Dawn

Spillway Sound, Nowy Jork (?), czerwiec 2023: Zosha Warpeha - hardanger d'amore & głos. Trzynaście improwizacji/ kompozycji, 44 minuty.

Czas na płytę niezwykłą w dzisiejszym zestawie. Oto artystka, której dane personalne mogą świadczyć o pochodzeniu z dowolnego zakątka wszechświata (w tym wypadku z amerykańskiej Minnesoty), na pięciostrunowym instrumencie z epoki, w trzynastu niezbyt długich utworach (trwających od dwóch do sześciu minut), doposażonych okazjonalnie w medytujący głos i elementy tańca, którego z oczywistych względów nie widać. Uroda tej płyty jest niespotykana w dosłownym znaczeniu tego pokrętnego określenia. Można się w to nagranie zapaść bez reszty i nie znaleźć drogi powrotnej. Brawo Zosha!

Muzyka Warpehy (odmieniamy po słowiańsku, czy może po nordycku?) pełna jest delikatności, ale też emocjonalnej głębi. Bywa minimalistyczna, ale potrafi zgęstnieć i nabrać zaskakującej intensywności. Mnóstwo w niej melodii, ale smutnej, bardzo tęsknej. Wszystko pachnie tu z jednej strony post-barokiem, z drugiej niemal folkową tanecznością. W utworze trzecim brzmienie instrumentu wydaje się być zabrudzone, pełne szmerów i szelestów, na które nakłada się mrucząca wokaliza o tajemniczym, celtyckim (?) zaśpiewie. Szósta opowieść zdaje się unosić w powietrzu - artystka śle nam filigranowe, szarpane frazy, a zaraz potem mikro melodie grane arco. Zarówno ta, jak i kolejna odsłona albumu wydają się wyjątkowo smutne, z kolei w ósmej instrument Zoshy brzmi niczym bałałajka, której dźwięki odbijają się od spokojnego lustra wody. W drugiej fazie albumu zaczynają pobrzmiewać echa muzyki dawnej, niosąc dodatkowe porcje niczym niezmąconego piękna strunowej narracji. Tak dzieje się w siódmej, jedenastej i trzynastej opowieści. Ta ostatnia, nie dość, że wieńczy ów wspaniały album, to zdaje się konsumować całą kruchość Srebrnego Świtu – sprawia wrażenie dziecięcej kołysanki, nuconej z zapartym tchem i trwogą nadchodzącego poranka.



 

Maria Reich Interdependenzen

Berlin i Wilsum, Niemcy, od grudnia 2022 do maja 2023: Marta Reich – skrzypce, altówka (utwory 3,6). Jedenaście utworów, 35 minut.

Kolejna solowa płyta na mały instrument strunowy jest tym razem projektem nieco konceptualnym. To zbiór nagrań dokonanych w różnych okolicznościach przyrody dwóch niemieckich miast, a zarejestrowanych telefonem. Brzmienie bywa zatem surowe, niekiedy zabrudzone gwarem tego, co dzieje się wokół artystki i jej instrumentu. Ale jako całość broni się bez większego problemu, o czym decyduje nade wszystko artystyczna jakość tych krótkich, improwizowanych opowieści.

Melodia i oddech artystki stopiony z otoczeniem, to elementy składowe niemal każdej opowieści. Jeśli post-folk, to surowy, zdeformowany zapachem cywilizacji, jeśli taniec, to zadziorny, energiczny, temperamentny. Te drugi osiągany tu jest równie skutecznie techniką arco, jak i pizzicato – tak dzieje się choćby w opowieści drugiej i piątej. Epizody trzeci i ósmy są dalece mroczne, zdają się dobiegać z podziemnej krypty. Z kolei odsłona szósta zaczyna się w estetyce post-barokowej, ale kończy w prawdziwych, nieludzkich boleściach. Równie udane są historie siódma i dziewiąta, które stawiają na frywolność, intensywność i zapewne dobrą zabawę. Dziesiąta część, to zestaw śpiewów żałobnych, niesionych zarówno smutkiem, jak i dystansem do wszystkiego, co wokół. Finałowa piosenka cedzona jest przez zaciśnięte zęby. To smuga urokliwych post-fonii lepiąca się w drobny, pożegnalny dron.




Maria Bertel Monophonic

Czas i miejsce akcji nieznane: Maria Bertel – puzon, mikrofonowe amplifikacje. Dziesięć utworów, 34 minuty.

Duńska puzonistka umieściła swój duży instrument dęty w bezpośredniej bliskości skomplikowanej sieci mikrofonów, których kolektywna praca efektownie wzmocniła dźwięki puzonowych wyziewów. Choć już w połowie albumu wydaje, że pomysły artystki na budowanie narracji wyczerpują się, to brzmienie puzonu, w wielu momentach przypominające … przesterowaną gitarę elektryczną, musi budzić duży respekt. Co by zatem nie mówić, nazwisko Marii zapisujemy w naszych kajetach i czekamy na kolejne, improwizatorskie ujawnienia.

Pierwszą opowieść buduje masywny dron o dość siarczystym brzmieniu, jakby puzon umieszczony został w wielkim, betonowym tunelu (tak kiedyś eksperymentowali Dead Neanderthals!). Strumień fonii delikatnie się sprzęga, czasami pulsuje basowym pasmem, innym razem artystka zdaje się pochylać nad pojedynczym ruchem wentyla. W drugiej opowieści brzmienie puzonu kojarzyć się może z pracą młota pneumatycznego. Szczęśliwie w potoku zdarzeń słyszymy też oddech żywego człowieka. Od trzeciej odsłony dęciak definitywnie staje się gitarą! Najpierw kompulsywnie iskrzy mocą nieistniejącego zasilania prądem zmiennym, potem wydaje zwierzęce jęki, które wspiera mechaniczny background. W kolejnych częściach przyjmuje postać hałaśliwego drona, sprzęga i rytmicznie zgrzyta zębami, pracuje na przesterach, czasami to niemal powulkaniczne wyziewy gorącego powietrza. W przedostatniej opowieści puzon brzmi już prawdziwie harsh-noise’owo, z kolei w części ostatniej artystka zdejmuje nogę z gazu i snuje mroczne, rezonujące post-drony, popadając w intrygującą medytację. 



 

Sofia Salvo Rotarota

Berlin, marzec 2023: Sofia Salvo – saksofon barytonowy. Osiem utworów, 43 minuty.

Argentyńską barytonistkę gościliśmy w Dragonie roku temu wraz z ognistym kwartetem Colina Webstera i zostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie. Równie wyśmienicie radzi sobie Salvo w kolejnym dziś spektaklu jednego aktora. Artystka dba o dramaturgię, opowiada ciekawe historie, być może mniej koncertuje się na niuansach brzmieniowych, ale w niczym nie ujmuje to jakości całemu przedsięwzięciu.

Opowieść Sofii podzielona jest na osiem epizodów, które trwają od czterech do ośmiu minut. Pierwsza odsłona, to barytonowa rozgrzewka – długie, szumiące podmuchy z tuby nabierają tu z czasem bardziej szorstkiego posmaku. Zaraz potem baryton wydaje z siebie masywny wrzask – tembr jest agresywny, ale czysty, niemal wymuskany. Na koniec artystka udanie sięga po drobne, wycyzelowane frazy. W części trzeciej poznajemy mroczne zakamarki barytonowej tuby, z ciszą zastygłą pomiędzy frazami. Czwarta opowieść wydaje się być jeszcze bardziej delikatna i zrodzona w bezpośredniej bliskości ciszy. W kolejnej części Sofia prezentuje nam mantrę mrocznych dronów budowanych na wdechu. Podobnie jak w poprzedniej odsłonie, na etapie rozwinięcia improwizacja wydaje się być odrobinę bardziej żwawa. Szósta opowieść jest dynamiczna, choć tuba początkowo jedynie drży, dopiero potem szuka zagubionej melodyki. Na koniec dostajemy garść wysoko podwieszonych westchnień. Także siódma odsłona tętni życiem. To swobodny jazz bez melodii i nudnych synkop - czysta energia saksofonowego oddechu. Artystka świetnie się tu odnajduje - pokrzykuje na siebie, wypełniona dobrą energią. Finałowa improwizacja zdaje się toczyć od samej ziemi do rozgwieżdżonego nieba. Fikuśne, żywe zawijasy, soczyste brzmienie rozległego, barytonowego spektrum. Opowieść nie ma charakteru pożegnalnego, jedynie pod sam koniec w tembrze saksofonu pojawia się nutka zadumy.



 

Ada Rave In search of a real world

Splendor, Amsterdam, listopad 2022: Ada Rave – saksofon tenorowy i preparacje oraz sopranowy i sopranino (utwór 6). Siedem utworów, 38 minut.

Kolejny, saksofonowy spektakl solo, znów w wykonaniu artystki pochodzącej z Argentyny. Po rezydentce berlińskiej, czas na mieszkankę Amsterdamu. Tym razem w roli naczelnego instrumentu saksofon tenorowy, jednokrotnie zamieniony na mniejszy kaliber, w siedmiu opowieściach skoncentrowanych na preparowaniu instrumentu. Efekty w skończonej liczbie przypadków bardzo interesujące, zdaje się, że nawet bardziej niż albumy Rave poczynione w klasycznie free jazzowych, trzy, cztero-osobowych formacjach.

Na starcie albumu korpus saksofonu drży, a tuba pełna jest ruchliwych przedmiotów. Artystka próbuje wygenerować garść post-melodyjnych fraz. W kolejnej części do drżącej materii zostaje dodany nerwowy oddech. Długie frazy chcą się tu formować w drony, ale na drodze pojawia się gęsta cisza. Narracja jest precyzyjnie zaplanowana, każdy ruch wyważony i głęboko przemyślany. Z czasem rozkołysana melodia łapie piach w szprychy. W trzeciej odsłonie instrument tradycyjnie już drży, wokół panoszy się dużo ciszy, ale flow zdaje się nabierać pewnego wewnętrznego rytmu. Z jednej strony wyszukana melodyka, z drugiej niemal industrialny background budowany masą saksofonowego korpusu. Kolejna opowieść śmiało pretendować może do miana najbardziej udanych fragmentów płyty. Najpierw artystka generuje rezonujące frazy, będące zapewne efektem pocierania instrumentu metalowymi przedmiotami. Potem rodzi się szemrząco-szeleszczący dron. Część piąta, to mantra gruźlika w stadium agonii. Spokojny początek, nerwowe rozwinięcie i wyciszone zakończenie. W szóstej improwizacji Ada sięga po lżejsze odmiany saksofonu, a narracja zdaje się tu przypominać ptasi klangor. Swobodne wydechy niosą dźwięki bardzo wysoko. Całość nabiera rytmu. Finałowa opowieść rodzi się z głębi gwiżdżącej ciszy. Pracują dysze, nerwowy oddech muzyka buduje dramaturgię. Post-melodyjna modlitwa pełna jest boleści i codziennego utrapienia.




Chloë Sobek & Tim Berne Burning Up

Miejsce nieoznaczone, czerwiec 2023: Chloë Sobek – violone oraz Tim Berne – saksofon altowy. Pięć improwizacji, 46 minut.

Po saksofonowych aspirantkach czas na saksofonową legendę gatunku! Berne rzadko grywa w tak kameralnych składach, szczególnie w duetach, zatem do odsłuchu płyty nie sposób było nie zasiąść z wypiekami na twarzy. Album zaczyna się więcej niż obiecująco. Stylowy, typowy dla Berne’a sound altu napotyka tu na kreatywne opowieści prowadzone na równie stylowym instrumencie strunowym. Niestety z czasem z muzyków zdaje się ulatywać energia i kreatywność, i jako całość, to niedługie przecież nagranie zdaje się – wbrew tytułowi – systematycznie usypiać słuchacza.

Zgodnie z anonsem, pierwsza improwizacja to żwawa, swobodnie prowadzona gra na dwa świetnie brzmiące instrumenty akustyczne. Strunowiec najpierw pracuje pizzicato, potem zagłębia w otchłań smyczkowych ekspozycji. Saksofon niezobowiązująco śpiewa, a jego rozhuśtany tembr chwilami grzęźnie w gardle dobrej kreacji. To opowieść post-chamber, która nie zapomina o swoich post-jazzowych korzeniach. Smyczek zwinnie preparuje, a tuba dętego drży i nabiera wilgoci. Drugą odsłonę otwiera porcja ambientu, który lepi się w balladę, której bliżej do post-baroku niż emocji bardziej ognistego jazzu. W dalszej części albumu smutek melodii zdaje się na stale zastępować dramat kreatywności. Muzycy czynią tu kilka udanych akcji, sięgają po metodę call & responce, ale z każdym przebytym metrem ich energia do życia zdaje się przygasać. Pracują na zaciągniętym ręcznym, co szczególnie dotkliwe okazuje się w trakcie ostatniej improwizacji, która trwa aż trzynaście minut. Kameralna kołysanka wisi tu na delikatnym smyczku, podczas gdy alt odlicza już sekundy do wyczekiwanego zakończenia.



 

Kirsten Carey & Aaron Edgcomb Mature Defense Mechanism

Detroit, Nowy Jork, czas nieoznaczony: Kirsten Carey – gitara oraz Aaron Edgcomb – perkusja. Jedenaście improwizacji, 39 minut.

Albumowe credits donosi tu o artystycznym eksperymencie. Zwykliśmy tak nazywać zjawiska, które mają na celu tworzenie nowej jakości, ale obarczone są dużym ryzykiem katastrofy. Mianem eksperymentu bywa także określana sytuacja, w której podejmujemy działania skazane na klęskę, a cenne jest jedynie to, że próbowaliśmy. W odniesieniu do dwóch muzyków odpowiedzialnych za Mature Defense Mechanism, pewne wydaje się to, że artystycznie polegli. Zaprosili nas do brutalnie przewidywalnego świata rocka, post-punka, tudzież młodzieżowej psychodelii i podjęli się karkołomnej próby improwizowania. Obie ścieżki tego albumu zostały nagranie w różnym czasie i miejscu, zatem ta trudna do zwerbalizowania próba eksperymentu została dodatkowo pozbawiona możliwości wzajemnych interakcji, jakie mógłby powstać w trakcie wspólnego muzykowania.

Niedługi album został podzielony na jedenaście piosenek bez tekstu. Gitarzystka frazuje tu niczym młodsza siostra holenderskiego The Ex, perkusista z kolei koncertuje się na dość jednostajnym circle drummingu i nie jest skory wchodzić w bliższy kontakt z gitarowym frazowaniem. Utwory realizowane w trybie dynamicznym dobrze się bronią, choć już po czwartym mamy wrażenie, że arsenał kreatywności jest na wyczerpaniu. W wolniejszych momentach akcja pachnie post-bluesem i ewidentnie cierpi z niedoboru tempa i emocji. Nieco ciekawiej nagranie kształtuje się w dalszej fazie, gdy muzycy pokazują małe, tygrysie pazurki, a ich agresywna narracja udanie sytuuje ich w roli punk-rockowych epigonów.