piątek, 1 marca 2024

Barcelona’ Five Of A Kind: Behenii! Still Life #1! Seis Amorfismos! Postcards! Interfase!


Dziś pięć szybkich strzałów wprost ze Stolicy Katalonii! Kolejne dowody rzeczowe w sprawie retorycznej dysputy Czy na północno-wschodnich rubieżach Półwyspu Iberyjskiego dzieje się coś istotnie wartościowego na polu muzyki kreatywnej.

Nie tak dawno na tych łamach chyliliśmy nasze czoła i recenzenckie pióro dla dwoma ostatnimi płytami tria Phicus. Tym razem sięgamy po nagrania z udziałem muzyków rzeczonego tria. Wszystkie tak od siebie różne, jak tylko to możliwie po tej stronie muzycznej wyobraźni, wszystkie wszakże wydają się równie piękne, wartościowe i zasługujące na ocean burzliwych oklasków. Nasz barceloński zbiór uzupełniamy swobodnym jazzem z … Argentyny, ale wydanym pod sztandarem Discordian Records, z udziałem gitarzysty, który wydaje się być stałym elementem iberyjskiego świata muzyki doskonałej.

Jesteśmy tu w gronie samych dobrych znajomych, zatem do skupionego odczytu i odsłuchu pięciu albumów przystępujemy bez zbędnej zwłoki. Poza jednym wyjątkiem nagrania datowane są na rok bieżący i docierają do nas na nośniku elektronicznym - ledwie jedna pozycja uzupełniona skromnym nakładem kasetowym, inna zaś kompaktowym. Cóż, znak czasów, tempus signum, czy jak to tam szło.



 

El Pricto/ Don Malfon/ Vasco Trilla Behenii - Part I (Discordian Records, DL 2024)

Golden Apple, Barcelona, wrzesień 2023: El Pricto – syntezator modularny, Don Malfon – saksofon barytonowy i altowy oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Osiem improwizacji, 38 minut.

Te trzy pomnikowe postaci barcelońskiej sceny kreatywnej grały ze sobą milion razy, ale nigdy w takim trio. Od czasu, gdy El Pricto porzucił saksofon na rzecz taplania się w syntetycznych dźwiękach, ich spotkanie stało się naturalną koleją rzeczy. Minionej jesieni w Złotym Jabłku nagrali dużo materiału, tu prezentują jego pierwszą część. Album przypomina chorobę dwubiegunową w stadium dalece zaawansowanym. Utwory nieparzyste to intensywne, niemal free jazzowe kubły pomyj, pięknie łączące analogowy syntezator z preparowanym saksofonem (na ogół barytonowym) i bystrym circle drummingiem. Utwory parzyste leją się leniwie niczym magma zła, przez samych artystów jakże trafnie określone jako industrial ambient. Wspaniały album, bez dwóch zdań!

Pieśń otwarcia z miejsca stawia nas u podnóża ściany dźwięku – gęsta struga syntetyki, rozkrzyczany, skowyczący, na poły preparowany oddech barytonu i zwinna perkusja, która szybkim ruchami oplata wszystko niczym tarantula. Saksofon potrafi tu wnieść się na wysoką górę, z kolei syntezator ryć bruzdy w ziemi. Intensywny, pełen pokracznej rytmiki, kompulsywny, post-industrialny horror. Druga opowieść przenosi nas, zgodnie z anonsem, do świata czerstwego, chropowatego ambientu. Echo, podmuchy suchego powietrza i pulsujące, drżące, filigranowe plamy syntetyki, a wszystko skąpane w chmurze rezonansu. Pomiot preparowanych fraz, gdzie akustyka szuka syntetycznej powłoki, a wyczekiwany poranek nigdy nie nadchodzi. Trzecia narracja, to powrót do sytuacji dynamicznej - rodzaj gry na małe pola, gdzie każdy dźwięk przypomina plamę gęstej krwi. Baryton błyszczy, syntezator syczy jak wąż, a gongi i dzwonki wieńczą szybkie zakończenie. Czwarta, ambientowa strona mocy, skupia się na łagodzących podmuchach rezonansu, pełna jest trudnych do zdefiniowania fonii (barcelońskie fake sounds działają!). Piąta historia wraca do idiomu free jazzu, tu jest jednak podejrzanie łagodna i czysta w brzmieniu, pchana do przodu kocimi ruchami perkusji. Pod koniec nabiera zaskakującej ulotności i ginie w chmurze niedopowiedzenia. Szósta część kontynuuje zainicjowany w poprzedniej odsłonie mroczny oniryzm, ale zgodnie z konstytucją albumu prowadzona jest przy zerowej dynamice. Blisko ciszy, z garścią matowych melodii, przypomina raczej psychodeliczną kołysankę. Siódma improwizacja, to wrzask, krzyk i skomlenie! Masywne, turpistyczne dźwięki - konsekwentne rozdzieranie ledwo, co zastygłych ran. Ekspresyjna wymiana zdań kreuje zapewne najbardziej intensywny fragment albumu, zwieńczony trupim odorem. Ostatnia historia toczy się wedle reguły ambientowej, ale wraz z rozwojem sytuacji nabiera mięsistej faktury i generuje kolejny wyziew emocji. Od drżących przedmiotów na membranie werbla, przez metaliczne chroboty z tuby dęciaka, po plamy soczystej syntetyki. Ta ostatnia zdaje się tu być dość spolegliwa, podczas gdy jej akustyczna interlokutorka nad wyraz niebezpieczna. Improwizacja delikatnie narasta, po czym mgliście obumiera.



 

Slight Deform Still Life #1 (Bandcamp’ self-release, DL 2024)

Rosazul Studio, Barcelona, listopad 2022: Ferran Fages – gitara elektryczna oraz Clara Lai – fortepian. Trzy utwory, 35 minut.

Duet niepowtarzalnego gitarzysty i równie intrygującej pianistki debiutował fonograficznie całkiem niedawno nieco konceptualnym albumem Inside, posadowionym na skraju muzyki współczesnej. Dziś Ferran i Clara powracają z nagraniem definitywnie niezwykłym – skoncentrowanym na dźwiękach preparowanych gitary i fortepianu, które toczą swe pięknie życie w dalece fascynującej wręcz koegzystencji. Celem działań obu artystów jest tu nade wszystko wzbudzanie post-ambientowego rezonansu. Efekt tych prac w każdej sekundzie niezbyt długiego albumu zdaje się być definitywnie wartościowy.

Album otwiera niemal dwudziestominutowa ekspozycja. W jej trzewiach mości się pewna zastygła w bezruchu medytacja, rodzaj ceremonialnej rozmowy z ciszą. Na powierzchni rodzą się zaś dźwięki mniej lub bardziej zwarte w czasie i przestrzeni, które wchodzą w interakcje, a nade wszystko budują wzajemnie przenikające się strumienie rezonansu. Duch wielkiego AMM, nie tylko w zakresie formy, ale także brzmienia, zdaje się unosić nad muzykami z dalece nieoczywistą intensywnością. Artyści frazują niekiedy bardzo delikatnie, ledwie muskają struny, tudzież klawisze. Wprawione w ruch obrotowy dźwięki potrafią tu jednak nabierać niemal post-industrialnej muskulatury. Oniryczna aura, mrok otoczenia, szum martwego życia. Powolność, majestatyczność, ciągi powtórzeń, ale nie minimalizm. Ferran koncentruje się na flażoletach, Clara pracuje na ogół wewnątrz fortepianu, a jeśli używa klawiatury, czyni to rzadko i z dużym namaszczeniem dramaturgicznym. Płynna narracja drży i pulsuje, by po chwili ginąć w strudze matowego ambientu.

Druga historia trwa pięć minut i sprawia wrażenie repryzy części pierwszej, ale definitywnie skondensowanej. Zaczyna ją pisk z głębokiej krypty rozrywający gęstą, mroczną ciszę. W tle mości się prawdziwie barceloński fake sounds’ background. Warstwy rezonansu nakładają się tu jedna na drugą, a ów proces nie ma chyba końca. Trzecia opowieść nieznacznie przekracza dziesięć minut i zdaje się być inna niż jej poprzedniczki. Artyści generują to plejady drobnych, niekiedy urywanych fraz. Struny ich instrumentów brzęczą, skrzypią, tudzież wpadają w subtelne sprzężenia. Muzycy liczą struny, badają ich odporność na incydentalny nacisk. Bywa, że schodzą do pojedynczych dźwięków i budują echo. Całość ma tu wszakże swój tajemniczy, wewnętrzny rytm, przypomina martwy taniec w pustce gasnącego rezonansu. Ów rytuał dramaturgicznej powolności dogorywa mglistymi dźwiękami klawiszy i gitarowych półakordów.




Diego Caicedo Seis Amorfismos (Bandcamp’ self-released, CD/DL 2023)

Golden Apple, Barcelona, 2021/22: Diego Caicedo – gitara elektryczna, kompozycje, dyrygentura, adaptacja tekstu poetyckiego, Sarah Claman – skrzypce, Francesc Llompart – skrzypce, João Braz – wiolonczela, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Carlos Jorge – głos. Dziewięć utworów, 49 minut.

Bez wątpienia takiego albumu jeszcze nie słuchaliście! Black metalowa gitara, growlowy wokal i … kwartet smyczkowy, tu skoncentrowany równie silnie na czystym, jak i brudnym, preparowanym frazowaniu. Autor całego przedsięwzięcia jest nam doskonale znany, to muzyk niezliczonej liczby talentów i miłośnik równie bogatej palety gatunkowych odniesień. To szalone opowiadanie Caicedo, to sześć nagrań poczynionych w pełnym składzie i trzy bonusy, grane już samotnie przez gitarzystę. Wielkie emocje, niekiedy wręcz epicki rozmach i kolejny dowód, że wyobraźnia kreatywnego muzyka zdaje się nie mieć granic.

Siarczyście brzmiąca gitara, zlany z nią niski tembr kontrabasu, szalejące na backgroundzie skrzypce i cello, wreszcie rozkrzyczany, spazmatyczny wokal – ten album nie mógł zacząć się bardziej intensywnie. Narracja płynie zapewne zgodnie z wolą kompozytora, ale przestrzeń na improwizowane wybuchy ekspresji zdaje się tu być nieograniczona. Niemal noise’owa gramatura buduje emocje, ale brzmienie całości jest dalece selektywne. Zmutowane black chamber kontynuuje dzieło zniszczenia w drugiej części, która zdaje się być minimalnie łagodniejsza. Wypełniona mrowiem strunowych dźwięków, przypomina modlitewną celebrę, ale czasem nabiera podskórnej dynamiki – gitara i głos bluzgają wtedy złem, a strunowce toną w bystrych kontrapunktach, na koniec nie stroniąc od preparacji. Prawdziwe męczarnie lovecraftowskich Przedwiecznych. W kolejnej odsłonie muzycy sprawiają wrażenie, jakby celem ich działań było naciąganie strun do granic ich fizycznej wytrzymałości. Narracja płynie, balansuje na linie, łapie spore połacie melodyki i niekiedy czystego, strunowego brzmienia. Czwarta opowieść powraca do owej modlitewnej celebry, jaką znamy z drugiej części. Mroczna melodyka zostaje tu rozerwana na strzępy histerią wokalisty, która w ostateczności doprowadza do efektownego, zgiełkliwego spiętrzenia.

Piąta opowieść zaskakuje. Bazuje bowiem na niemal funkowym frazowaniu gitary, która brzmi tu niczym bas. Strings po kilku pętlach ochoczo wchodzą do gry i generują kolejne porcje emocji. Łamana, gasnąca dynamika, nisko ugięte kolana i niemal akustyczna faza środkowa podprowadza nas pod gitarowe zakończenie, skonsumowane połaciami dubowych preparacji, czyniącymi ów fragment albumu jednym z najbardziej efektownych. Szósta część znów sięga po kameralną śpiewność, tak, jak to czyniły poprzednie parzyste kompozycje. Melodyjna introdukcja zostaje tu ponownie zbesztana black metalowym wyziewem gitary i wokalu. Strunowce przechodzą do roli kontrapunktujących i czynią to z niezwykłą zawziętością. Po czasie opowieść przygasa i przenosi nas w bezmiar kameralnych, niemal czystych fraz, a w ostateczności ginie w mrocznym, niemal delirycznym ambiencie.

Zgodnie z anonsem, trzy ostatnie części albumu, to solowe ekspozycje gitarzysty. Najpierw muzyk tonie w post-metalowych kłębach tłumionych emocji. Faluje na wzburzonym morzu, sugeruje rozwinięcie, decyduje się jednak na ugaszenie narracji dźwiękami bijącego dzwona. Również ósma opowieść ma fazę, w której brakuje jedynie gęstej sekcji rytmicznej, gotowej zanieść gitarzystę wprost do piekła. W pewnym momencie muzyk wybiera jednak mroczną otchłań gęstego, siarczystego ambientu, który okazuje się dubową przepaścią. Końcowe frazy tego niesamowitego utworu przywodzą na myśl hałas godny huty szkła. Finałowa ekspozycja bazuje na sprzężeniu i siarczystych półriffach, ale czynionych na wdechu. Reasumują ów piękny album kolejną porcją trwogi i egzystencjalnej pustki.



 

Jonathan Deasy & Àlex Reviriego Postcards (Crystal Mine, Kaseta/ DL 2024)

Miejsca akcji i czas nieznane: Jonathan Deasy - stochastic sampler/ supercollider oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Cztery utwory, 43 minuty.

Ten album stworzony został w dwóch czaso-przestrzeniach. Najpierw nagrane zostały improwizacje na kontrabas przy użyciu dalece rozszerzonych technik artykulacji. W dalszej kolejności trafiły one w otchłań elektroniki i najrozmaitszych, tajemniczych aplikacji, które zdekonstruowały dostarczony materiał, ale też wygenerowały dodatkowe, niemałe pokłady jakości. Oto płyta, który ukoi nasze receptory słuchu po gitarowej nawałnicy sprzed chwili, ale też zaintryguje i przeniesienie po raz kolejny w obszary foniczne, w których z pewnością przebywamy niezwykle rzadko. Pierwsza i czwarta odsłona albumu, to utwory kilkunastominutowe, dla których bazą są kontrabasowe frazy grane arco. Dwie środkowe części - znacznie krótsze - stanową post-elektroniczny obraz dźwięków generowanych techniką pizzicato.

Początek tego niezwykle onirycznego spektaklu o niepoliczalnych płaszczyznach piękna stanowi kilka strumieni smyczkowych preparacji. Dźwięki zdają się tu przypominać zmutowany, ptasi śpiew, niekiedy dość histeryczny, a całość tej fazy podróży ma wymiar niemal całkowicie akustyczny. Z czasem coraz gęstsza struga post-ambientu nabiera syntetycznego posmaku, jakby kontrabasowe dźwięki systematycznie traciły swoją akustyczną powłokę. Lepiąca się w elektroniczny dron opowieść już tylko incydentalnie barwiona jest frazami przypominającymi dźwięki żywego instrumentu. W dwóch kolejnych opowieściach płyną do nas strumienie szarpanych dźwięków. W każdym przypadku są one nad wyraz delikatne, wręcz ulotne, acz zatopione w oceanie mroku i tajemniczości. Najpierw przypominają brzmienie gamelanu, w drugim zaś przypadku mandoliny. Narracja potrafi tu delikatnie zapętlać się, ale nie traci spokoju ducha i niemal relaksacyjnego backgroundu. W ostatniej części powracamy do zmultiplikowanych fraz smyczkowych. Dźwięki są teraz bardziej rozmyte, definitywnie łagodniejsze, choć jeszcze bardziej zanurzone w mroku, czasami przypominają brzmienie melodiki. Ów mglisty, niekiedy szemrany ambient wydaje się być na swój sposób śpiewny, melodyjny, ale też zrezygnowany, smutny, niczym kołysanka dla umarlaków.



 

Nataniel Edelman/ Luciano Bagnasco/ Santiago Lamisovski/ Fermín Merlo Interfase (Discordian Records, DL 2024)

La cuerda mecánica, Buenos Aires, wrzesień 2022: Nataniel Edelman – fortepian, melodica, quena, kalimba, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna, Santiago Lamisovski – kontrabas oraz Fermín Merlo – perkusja. Osiem utworów, 29 minut.

Jazzowy kwartet ze stolicy Argentyny nie potrzebuje wiele, by budować efektowne improwizacje, z samego źródła gatunku czerpiąc jedynie to, co najistotniejsze – pewną naturalną żywotność, niebanalny groove, tudzież swobodę artystycznej kreacji. Gitarzystę znamy tu świetnie, pianista ma już za sobą album wydany w Clean Feed z amerykańskimi VIP-ami gatunku, z kolei dla kontrabasisty i perkusisty to zapewne debiut na naszych lamach. Jak zwykle w przypadku nagrań z tamtej części świata, moc szacunku dla słuchacza w połączeniu z umiejętnością budowania zwartej narracji – album nie trwa nawet dwóch kwadransów.

Pierwsza opowieść trwa prawie dziewięć minut i stanowić może rodzaj autoprezentacji kwartetu. Równy step fortepianu niesiony spokojnym groove sekcji rytmu i frazująca na pogłosie gitara, która zaczyna od jazzu, a kończy w czeluściach bystrego psycho-rocka. W trakcie spowolnienia pojawia się melodica, z kolei pod koniec pianista szyje nam ekspresyjną ekspozycję, wpartą na pracy sekcji rytmu. Druga opowieść ma dalece kameralny sznyt, a bogacona jest niemałą porcją dźwięków preparowanych. W kolejnych dwóch utworach nie brakuje wyważonej emocjonalnie dynamiki. Pierwszy z nich syci się niemal fussion-rockowym anturażem (z pianem brzmiącym cokolwiek elektrycznie), drugi pięknie eksponuje synkopowaną figurę rytmiczną, szukającą pewnego rodzaju ukojenia. Po drobnej miniaturze muzycy prezentują nam łączone utwory szósty i siódmy. Najpierw szyją nam drobny dysonans dynamiki – sekcja rwie do przodu, a gitara i piano stylowo spowalniają. Pojawia się smyczek, szum wystudzonych, gitarowych pick-up’ów i drobny instrument dęty. W drugiej części tej podwójnej historii podobać się mogą gitarowe, post-psychodeliczne preparacje, a także sposób, w jaki rozkołysana opowieść nabiera rumieńców. Finałowy utwór, to rodzaj swobodnej improwizacji szyty umiarkowanie subtelnymi, dalece mrocznymi frazami.

 

 

 

wtorek, 27 lutego 2024

Phil Durrant & Daniel Thompson are Live and in the Studio!


Legenda brytyjskiego free improv, Phil Durrant, muzyk, którego onegdaj kojarzyliśmy ze skrzypcami, a także elektroniką, dziś muzykujący najczęściej na mandolinie, spotyka na swojej drodze gitarzystę Daniela Thompsona, muzyka młodszego przynajmniej o jedną generację, ale tu, na łamach Trybuny, znanego i hołubionego w stopniu porównywalnym.

Muzycy najpierw przez ponad dwa kwadranse koncertują jednym strumieniem dźwiękowym w londyńskim Cafe Oto, a w dwa miesiące później dogrywają sześć krótszych improwizacji w okolicznościach studyjnych. Dziś dokumentacja foniczna obu spotkań, dzięki niemniej słynnemu wydawcy Bead Records, trafia do nas na poręcznym dysku kompaktowym i bezwzględnie cieszy nasze uszy - od pierwszej do sześćdziesiątej piątej minuty swej wartkiej narracji.



Artyści swoje koncertowe spotkanie rozpoczynają od leniwej wymiany zdań. W tej dyspucie raczej szukają wspólnych płaszczyzn porozumienia, imitacyjnego brzmienia, tudzież zgodnych zachowań niż powodów do stawania w poprzek oczekiwań partnera. Pracują w skupieniu, ale nie wykazują tendencji do akcji minimalistycznych lub innych skłonności do nudzenia publiczności. Incydentalnie mandolina łapie tu rytm, z kolei gitara pętli się wokół własnych myśli. Spokojna improwizacja ma swoje drobne spiętrzenia, często dyktowane repetującą gitarą, jak choćby w środkowej partii rozgrywki. Muzycy nie stronią od dźwięków preparowanych, choć nie są przesadnie aktywni w tym zakresie, lubią akcje konkretne, zwłaszcza gitarzysta, który raz za razem czuje potrzebę przeszlifowania glazury strun. W tej płynnej, na ogół linearnej opowieści, pozbawionej ekspozycji solowych, nie brakuje chwil zadumy, które zdają się generować okazjonalne incydenty call & responce. W drugiej części seta muzycy na dłuższą chwilę popadają w stan wytłumionej aktywności i zdają się zgłębiać w myśli dość luźno związane z ciągiem przyczynowo-skutkowym koncertu. Pod jego koniec skorzy są jednak realizować bardziej żwawe interakcje, nie stroniąc, nie po raz pierwszy, od działań na poły mechanistycznych.

W części studyjnej artyści serwują na dwie dłuższe narracje (10-minutową i ponad 7-minutową), a potem cztery zwarte, 2-3 minutowe epizody. W tej pierwszej punktem wyjścia są matowo brzmiące półakordy mandoliny i filigranowe szorowanie strun gitary. Oba strumienie dźwiękowe mają podobną dynamikę, przechodzą przez fazę wzmożonej kreatywności, nie bez udanych powtórzeń, po czym wpadają w mrok, ale tylko po to, by za moment wzniecić efektowną kulminację. Druga z opowieści ma podobną dramaturgię – od minimalizmu otwarcia, po niemal hałaśliwe wybuchy ekspresji na etapie rozwinięcia i kanciasty finał. W części kolejnej muzycy liczą struny, a odnajdują niemałe porcje post-melodii. Zaraz potem wpadają w trans szorowania strun i rytmicznego ich uderzania, by po chwili zanurzyć się w oceanie filigranowych, wręcz molekularnych fraz. W tej fazie nagrania nie brakuje emocji, a szczególnie podobać się mogą preparacje gitarzysty. Część studyjną albumu udanie reasumuje ostatnia improwizacja. Pełna przeciągłych westchnień, dźwięków cedzonych przez zęby, nasączona minimalizmem umierającej ballady, bez trudu odnajduje uzasadnione zakończenie.

 

Phil Durrant & Daniel Thompson Live / Studio (Bead Records, CD 2024). Phil Durrant - mandolina oktawowa oraz Daniel Thompson – gitara akustyczna. Pierwsza improwizacja nagrana na koncercie, Cafe Oto, Londyn, styczeń 2022, pozostałe zarejestrowane w Cable Street Studios, marzec 2022. Łącznie siedem improwizacji, 65 minut.



niedziela, 25 lutego 2024

Cranky Ego, czyli Owczarek, Carmona i Reuben w elektroakustycznej podróży koncertowej


(informacja prasowa)

 

Spontaniczny marzec w poznańskim Dragonie otworzy trio Cranky Ego konsumujące muzyczny temperament Pauliny Owczarek i jej kompanów z Andaluzji i Kostaryki – Javiera Carmony i Federico Reubena. Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club zapraszają na koncert w niedzielę 3 marca. Będzie to już pięćdziesiąta siódma edycja cyklu Spontaneous Live Series.



 

Krakowska saksofonistka Paulina Owczarek zakochała się w improwizowanych dźwiękach Półwyspu Iberyjskiego dużo wcześniej niż uczyniła to Trybuna Muzyki Spontanicznej. Grywała w Barcelonie i publikowała w Discordian Records już w pierwszej połowie poprzedniej dekady. Dziś powraca z andaluzyjsko-kostarykańskim składem, z którym muzykowała jeszcze wcześniej, do tego w mecce free impro, czyli królewskim Londynie.

Saksofon barytonowy Pauliny Owczarek, perkusja Javiera Carmony i wielka chmura zagadkowej elektroakustyki Federico Reubena (z pewnym naciskiem na komponent „electro”), która wchodzi w bystre interakcje z dźwiękami akustycznym instrumentów, to foniczny konglomerat działań twórczych tria Cranky Ego. Ten miraż zdarzeń nie może nie skutkować czymś definitywnie wartościowym.

Trasa koncertowa tria obejmuje cztery terminy. Przed koncertem w Dragonie muzycy zagrają jeszcze w Krakowie (Klub Baza, 29.02), Wrocławiu (Galeria Exit, 01.03) i Kielcach (Defibrylator, 02.03).

 

Spontaneous Live Series, Vol. 57

3 marca 2024, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godzina 20.00

Cranky Ego:

Javier Carmona - perkusja

Paulina Owczarek - saksofon barytonowy

Federico Reuben - live coding.

Bilety: https://kbq.pl/121549

 

Cranky Ego, to elektroakustyczne trio improwizatorów grających wspólnie od 2008 roku w przeróżnych projektach muzyki eksperymentalnej i swobodnej improwizacji, od duetów po orkiestry (m.in. Lanza!, PerroChimp, Chrząszcze, Krakow Improvisers Orchestra, Orquesta de Improvisación de Málaga, London Improvisers Orchestra) - od Londynu przez Andaluzję po Podlasie. We troje nagrali album „Live @ Javier’s flat” (squid-box, 2010), zapis londyńskich początków ich muzycznej współpracy.

https://soundcloud.com/paaulina/perro-y-paulina-no-4


Javier Carmona (perkusja)

Perkusista z Madrytu, mieszkający w Mollinie w Hiszpanii. Ma duże doświadczenie jako improwizator na polu swobodnej improwizacji, free jazzu i muzyki eksperymentalnej; koncertował w całej Europie, Wielkiej Brytanii i Brazylii. Javier jest również jednym z organizatorów trzech edycji Festival de Improvisación Libre de Málaga i założycielem Orquesta de Improvisación de Málaga.

https://bandcamp.com/tag/javier-carmona

Paulina Owczarek (saksofon barytonowy)

Saksofonistka, improwizatorka; gra na saksofonie altowym i barytonowym, głównie muzykę swobodnie improwizowaną. Aktualnie aktywna w: Krakow Improvisers Orchestra, SamBar, Morświn, Ute von Bingen, Figa i innych formacjach improwizujących bez nazwy i/lub bez prze/przyszłości, również z tancerzami, malarzami i poetami.

 https://paulinaowczarek.bandcamp.com/

Federico Reuben (live coding)

Kompozytor, artysta dźwiękowy i performer live-electronics mieszkający w Wielkiej Brytanii, a pochodzący z Kostaryki. W swojej praktyce improwizacji na laptopie spontanicznie reaguje na innych muzyków, poruszając się po różnych procesach syntezy, efektów i algorytmów poprzez kodowanie na żywo. Ostatnio zaczął wykorzystywać AI do generowania dźwięków za pomocą głębokiego uczenia. Profesor nadzwyczajny na Wydziale Muzyki Uniwersytetu w Yorku.

https://www.federicoreuben.com/

 


piątek, 23 lutego 2024

Christian Marien in quartet and trio!


Berlińskim perkusistą i perkusjonalistą Christianem Marienem zachwycamy się już od dłuższego czasu, na ogół przy okazji jego artystycznych aktywności czynionych wraz z puzonistą Matthiasem Müllerem w ramach ich definitywnie cudownego duetu Superimpose. Wiele ciepłych słów poświęciliśmy mu także przy okazji jego solowej płyty The Sun Has Set, the Drums Are Beating. Muzyk wszakże swymi aktywnościami i talentami wypełnia nie tylko przestrzeń europejskiej muzyki swobodnie improwizowanej, ale jest także ważnym podmiotem wykonawczym sceny jazzowej i całkiem zgrabnym kompozytorem w obrębie tego jakże szeroko rozumianego gatunku.

Wspomniany duet Superimpose gościł w poznańskim Dragonie na początku stycznia, znów wbił nas w ubitą ziemię jakością swojej improwizacji, a sam Marien pozostawił w odtwarzaczach redakcji dwie nowe płyty. Obie doskonale prezentują jego najbardziej współczesne dokonania na niwie jazzu, wsparte jego licznymi kompozycjami. Najpierw sięgamy zatem po jego flagowy, imienny Quartett, potem po kolektywne trio o nazwie własnej I Am Three, które po części także bazuje na jego kompozycjach. Dwie świeże plyty, obie datowane na rok bieżący i mnóstwo soczystych, jazzowych, niekiedy free jazzowych eskapad. I równie bogaty pakiet jakże bystrych scenariuszy Mariena.




Quartett

W kwartecie Mariena odnajdujemy bardzo dobrze lub dobrze znanych nam artystów – gitarzystę Jaspera Stadhoudersa, saksofonistę i klarnecistę Tobiasa Deliusa oraz kontrabasistę Antonio Borghiniego. Album zawiera siedem utworów - sześć z nich, to dzieła perkusisty, a jedno, centralnie posadowione na płycie, to dzieło wspólne, zatem istnieje duże prawdopodobieństwo, iż jest nagraniem w pełni improwizowanym.

Słowo się rzekło, trzy pierwsze kompozycje Mariena pięknie wprowadzają nas w klimat nagrania. Melodyjne, rytmiczne, często dynamiczne tematy, na ogół podawane kolektywnie, stanowią tu gem otwarcia dla rozbudowanych improwizacji, też prowadzonych w skończonej liczbie przypadków wspólnymi siłami. Pierwsza część nie dość, że efektownie swinguje, to zdaje się mieć na poły latynoski sznyt, doprawiony afrykańską polirytmią. Czuć w każdym dźwięku, w każdej pojedynczej frazie, iż drummer jest tu kreatorem głównym spektaklu. W drugiej odsłonie pojawia się klarnet i mandolina, a opowieść, zwłaszcza w swej początkowej fazie, toczy się w dostojnym tempie i wyszukanej, niekiedy melancholijnej melodyce. O kameralny posmak dba kontrabasowy smyczek, a puentą nagrania są rytmiczne łamańce perkusisty, które dodatkowo stymulują jakość ekspozycji. W trzeciej części mamy progresywny, prosty rytm, który podprowadza muzyków pod wyjątkowo intrygującą fazę środkową, upstrzoną mnóstwem świetnych interakcji, czynionych w procesie nad wyraz swobodnych improwizacji. Gdy tempo rośnie dostajemy się wir solowej ekspozycji gitarzysty, prowadzonej przy wsparciu gęsto frazującej sekcji rytmu.

Czas na anonsowaną część czwartą, najdłuższą, pozbawioną tematu przewodniego, doposażoną w zadaną strukturę i ogrom przestrzeni na kolektywne improwizacje. Skupiony początek bazuje na brzmieniu smyczka, lekkiej, ale od startu dynamicznej perkusji i post-psychodelicznych wyziewach gitarowych. Narracja jest tu wyjątkowo bogata w wydarzenia, zwroty akcji, ale i brzmieniowe subtelności. Delius pracuje zarówno na saksofonie, jak i klarnecie, także Stadhouders korzysta z obu swoich narzędzi pracy. Tempo faluje, ale w fazie finałowej jest wysokie, znów stemplowane kreatywnością perkusisty. Pod koniec utworu mamy wrażenie, że muzycy łapią nieco bluesowego klimatu, bystrze kontrapunktowanego preparacjami gitarzysty. Definitywnie crème de la crème całego albumu.

W trzech finałowych kompozycjach Mariena także odnajdujemy mnóstwo smaczków i punktów recenzenckiego zaczepienia. Utwór piąty zdecydowanie koi emocje po kluczowej części czwartej. Drżące talerze, semicka zaduma klarnetu, melancholijna mandolina - oto ballada smutku, która na etapie rozwinięcia nabiera pięknej nerwowości, znów nie bez bluesowego posmaku. Szósty utwór osnuty jest wokół figury post-funkowej. Kompulsywny rytm, połamane frazy jakby czekające na melodyjny motyw przewodni, który wyznaczy kierunek dalszej podróży. Tuż po jego prezentacji kwartet rusza w taniec, tak jak w części pierwszej z latynoskim temperamentem, podpartym polirytmiczną fakturą. Ów fast post-swing daje przestrzeń do improwizacji także na etapie przyśpieszenia! Emocje buzują, choć zdają się być pod pełną kontrolą każdego z muzyków. Finałowy utwór niesie ze sobą pokaźny wachlarz atrybutów farewell song – garść preparacji, trochę mrocznego wzdychania, klarnetowe trwogi, leniwe, gitarowe akcje perkusjonalne i delikatny groove, rodzący się na gryfie basu. Końcową melodię dostarcza tu klarnecista, który skutecznie zachęca do śpiewu pozostałych uczestników tego szalonego przedsięwzięcia.



 

I Am Three

Zgodnie z nazwą własną (i zabawnym kolażem na okładce) mamy tu jedno artystyczne ciało zlepione z saksofonistki Silke Eberhard, trębacza Nikolausa Neusera oraz naszego głównego bohatera na perkusji. Artyści przygotowali na potrzeby trzeciego albumu formacji aż jedenaście kompozycji, których autorstwem podzielili się w następujący sposób – dwie, to dzieła saksofonistki, cztery trębacza i pięć perkusisty. Zgrabne, nieprzegadane opowieści, trwające na ogół od trzech do pięciu minut, szyte są open jazzowym ściegiem, a w głowie recenzenta budzą dobre skojarzenia z dokonaniami nowojorskiego tria Barondown sprzed trzech dekad, dowodzonego przez świetnie nam znanego Joey’ego Barona, a bazującego na kooperacji perkusji z dwoma dęciakami.

Wesoły, durowy temat podają tu najczęściej saksofon i trąbka, a ekspresyjna, ciekawie poukładana rytmicznie perkusja niesie ich do samego nieba. Tematy są oczywiście tylko pretekstem do improwizacji, ale w tej sferze muzycy nie zwykli popadać w nadmiar ekspresji. Świetnie ze sobą kooperują, często wpadają w udane imitacje, jedynie w kilku krótkich fragmentach zdają się ciągnąć opowieść samotnie, tudzież bardziej w swoją stronę. Robota perkusisty znów świetna – perfekcyjnie dba o dramaturgię, strukturę, brzmienie, wreszcie odpowiedni poziom emocji! Na tak dynamicznej formule oparta jest pieśń otwarcia, a także czwarta, siódma i dziesiąta ekspozycja.

Po efektownym starcie albumu, w drugiej opowieści zwraca uwagę brzmienie obu dęciaków, pogrążone w pogłosie, jakby oba instrumenty wyśpiewywały wyjątkowo rozmarzone melodie. Drummer dyktuje tempo, trąbka i saksofon dyskutują o mglistej aurze poranka. W części trzeciej odnotowujemy lekko zabrudzone brzmienie trąbki, na której zdaje się spoczywać ciężar introdukcji, z kolei saksofon realizuje tu krótką partię solową. Na koniec muzycy zwalniają i sieją garść preparowanych fraz. W części piątej instrumenty dęte snują zstępujące, post-melodyjne drony. Wystarczy jednak kilka akcji perkusji, by opowieść nabrała stosownego tempa, kreując przy okazji przestrzeń dla efektownych improwizacji, szczególnie w fazie środkowej utworu. Szósta opowieść zwie się adekwatnie Fast-slow. Melodie, preparacje i permanentne kombinowanie z rytmem i tempem, to podstawowe elementy tej intrygującej układanki. Także opowieść ósma nie stawia na wysokie tempo, przypomina post-balladę z dobrze zarysowaną linią melodyczną. Część dziewiąta szyta jest prawdziwie ognistą synkopą w półgalopie, ale w fazie rozwinięcia muzycy sięgają po to, co najlepsze – najpierw dużo leniwych, cedzonych fraz na wdechu, potem efektowne pyskówki na niezłej dynamice. Album wieńczy utwór, który podobnie jak część druga, budowany jest na sporym dysonansie, zarówno w zakresie tempa, jak i intensywności frazowania. Marien podaje tu gesty, dudniący drumming groove, z kolei trąbka i saksofon w swoim, na poły niespiesznym rytmie, budują skromne, melodyjne opowieści, znów chętnie zanurzając się w pogłosie.

 

Christian Marien Quartett How long is now (MarMade Records, CD 2024). Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, mandolina, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Nagrane w Studio Zentri Fuge, Berlin, 2023. Siedem kompozycji, 51 minut.

I Am Three In Other Words (Leo Records, CD 2024). Silke Eberhard – saksofon altowy, instrumenty perkusyjne, Nikolaus Neuser – trąbka oraz Christian Marien – perkusja. Nagrane w RecPublica Studios, Łubrza, Polska, 2023. Jedenaście kompozycji, 37 minut.




wtorek, 20 lutego 2024

Kaze is Unwritten!


Francusko-japoński kwartet Kaze funkcjonuje na scenie muzyki improwizowanej już kilkanaście lat. Właśnie dostarcza nam swoją ósmą płytę, co biorąc pod uwagę interkontynentalny skład grupy jest osiągnięciem dalece imponującym. Nietuzinkowy skład instrumentalny (dwie trąbki, piano i perkusja), umiejętność budowania wielominutowych dramaturgii, świetny warsztat i zdaje się nieskończone pokłady kreatywności, to podstawowe walory kwartetu.

Jak dotąd muzyka Kaze, choć skoncentrowana na procesie kolektywnych improwizacji, zawsze bazowała na kompozycjach. Stanowiły one oczywiście jedynie pretekst do budowania efektownych w czasie i przestrzeni improwizacji. Te ostatnie prowadzone były wszakże z pewną logiką typową dla ekspozycji uporządkowanych dramaturgicznie. Na najnowszej płycie kwartet prezentuje się w okolicznościach koncertowych i po raz pierwszy improwizuje bez wsparcia wcześniej przygotowanego materiału kompozytorskiego. Tę formację ceniliśmy na tych łamach zawsze i nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy tu, przy okazji płyty o jakże znaczącym tytule Unwritten/Niezapisane, nie stwierdzili, że to najlepsza produkcja w dotychczasowym dorobku Pruvosta, Tamury, Fujii i Orinsa. Z niekłamaną przyjemnością zapraszamy zatem do odczytu, a potem odsłuchu tego doskonałego nagrania.



Koncert składa się z prawie 37-minutowej części pierwszej, rozbudowanej odsłony drugiej, która trwa ponad kwadrans i połączonej z nią w jednym strumieniu dźwiękowym części trzeciej, ponad 8-minutowej, którą stanowi w dużej mierze solowa ekspozycja perkusisty.

Jak przystało na swobodną improwizację, początek koncertu jest rodzajem gry rozpoznawczej – trębackie szmery i podmuchy, pianistyczne inside & outside, wreszcie perkusjonalne błyskotki. Po uformowaniu się strumienia kwartetowych dźwięków opowieść gęstnieje i szuka adekwatnej do pory dnia dynamiki. Trąbki idą w taniec, piano brnie w abstrakcje post-classic, a na werblu rodzi się szurany rytm. Narracja ma teraz linearny charakter, nie brakuje w niej powtarzanych fraz i logiki improwizacji, która raz piętrzy się z emocji, innym razem spowalnia i nabiera oddechu. W okolicach 10 minuty dostajemy się wir niemal freejazzowej ekspozycji piana i perkusji, która dość szybko odnajduje ciszę preparowanych strun fortepianu i perkusjonalnych akcesoriów. Po powrocie trąbek opowieść na kilka chwil staje się rozśpiewaną post-balladą z ujmującą melodyką, w której wnętrzu rodzi się już jednak nowa idea, pomysł na kolejną porcję preparacji, tudzież nerwowy, niemal kompulsywny dialog trąbek. W okolicach 24 minuty scenę opanowuje rezonująca cisza, która implikuje najbardziej mroczny fragment pierwszej części koncertu. Ale i z takiej sytuacji dramaturgicznej muzycy potrafią wydziergać melodię i dać asumpt do płomiennego, finałowego wzniesienia. Set umiera przy frazach deep piano i trębackich lamentach.

Druga część koncertu wydaje się być prowadzona w nieco spokojniejszym tempie, dodatkowo sycona gigantyczną porcją melodii i melancholii pianistki. Pozostali muzycy w wielu momentach pozostają wobec niej w opozycji, zarówno pod względem dynamiki, jak i ekspresji, dzięki czemu cały odcinek charakteryzuje się dużą porcją zaskakujących wydarzeń. Minimalistyczne na starcie post-melodie piana z gardłowymi pomrukami, lekkie, ale świdrujące drony trąbek i perkusjonalne szmery zdają się wraz z upływem czasu przepoczwarzać w abstrakcyjną balladę klawiszowych fraz, trębackich, nadymanych policzków i perkusjonalii, które dość szybko stają się perkusją sugerującą delikatny rytm. Gdy na moment piano gaśnie, dwie trąbki i perkusja szybko idą w tango, które swą gęstością przypomina psychodeliczne tripy tria TOC, tak bliskie sercu perkusisty. Piano wraca na finałowe kilka minut, gdy aura free jazzu leje się już strumieniami. Taka sytuacja sceniczna nie przeszkadza pianistce przemycać do narracji kolejne porcje melodii i delikatnie skrywanej melancholii. Narracja wciąż się nadyma, ale nie eksploduje, raczej rozlewa w szeroki strumień fonii, choć sama rytmika perkusji gaśnie jako ostatnia, pięknie mieniąc się wszelkimi kolorami tęczy, charakterystycznymi dla perkusjonalii. Płynnie przechodźmy zatem do części trzeciej koncertu, która na kilka minut pozostaje w jurysdykcji perkusji. Czarnoksiężnik Orins kreuje nam tu świat wyjątkowych atrakcji brzmieniowych, po czym przechodzi do fazy formowania zgrabnego, po części dynamicznego już drummingu. Pianistka najpierw stawia stemple inside piano, po czym wpada w efektowną, niemal taylorowską histerię. No i jeszcze nerwowo rozśpiewani trębacze! Kwartetowe spazmy wieńczą dzieło, a narracja intrygująco przygasa – najpierw traci tempo, dopiero potem intensywność. Ostatni dźwięk przychodzi jednak dość niespodziewanie.

 

Kaze Unwritten (Circum-Disc, CD 2024). Christian Pruvost – trąbka, flugelhorn, Natsuki Tamura – trąbka, głos, Satoko Fujii – fortepian oraz Peter Orins – perkusja. Nagranie koncertowe, la malterie, Lille, Francja, maj 2023. Trzy improwizacje, 63 minuty.



piątek, 16 lutego 2024

Shrike Records' 2023: Alex Ward! Eddie Prévost’ Chord! Northover, Magliocchi & Gussoni!


Londyńska inicjatywa wydawnicza Shrike Records wystartowała w ciężkich czasach pierwszego covidowego lockdownu, ale po trzech edytorskich latach ma już w katalogu szesnaście pozycji. Z drobnymi wyjątkami zawierają one soczystą, swobodnie improwizowaną muzyką ścisłe związaną ze światową stolicą gatunku, czyli Londynem i w przeważającej większości z muzykami, których śmiało możemy zaliczyć do legend, tudzież istotnych twórców tego kierunku muzyki współczesnej.

Na tych łamach jesteśmy ze Shrike od pierwszego albumu, zatem bez zbędnych introdukcji zagłębiamy się w płytach, które ukazały się w drugiej połowie ubiegłego roku i są pozycjami nr 12, 13 i 14 w katalogu. To trzy prawdziwe perły brytyjskiego free impro (z drobnym zaciągiem włoskim), trzy powody, by paść na kolana i prosić o niski wymiar kary. Dodajmy, iż tytuły te nie znalazły się w liście 50 powodów, dla których warto zapamiętać rok 2023 jedynie dlatego, iż trafiły pod strzechy trybunowego recenzenta dopiero w styczniu bieżącego roku. Ale wszystkie one na ów zaszczyt bezwzględnie zasługują.



 

Alex Ward Items 6 & 7 The Recent Past

Cafe Oto, Londyn, lipiec 2022: Alex Ward – klarnet (utwór 1), gitara elektryczna (2), Hannah Marshall – wiolonczela (1), Andrew Lisle – perkusja (1,2), Otto Willberg – kontrabas (1,2), Benedict Taylor – altówka (1), Charlotte Keeffe – trąbka (1,2), flugelhorn (2), Cath Roberts – saksofon barytonowy (2), Sarah Gail Brand – puzon (2), Rachel Musson – saksofon tenorowy (2). Dwie kompozycje, 74 minuty.

Pośród formacji Alexa Warda, które zwinnie improwizują wedle wskazań i w obrębie dobrze skrojonych, kompozytorskich scenariuszy, znamy już Item 4 oraz Item 10. Na najnowszej płycie artysta prezentuje nam Item 6, który realizuje definitywnie model free chamber oraz Item 7, który zagłębia się w meandry ekspresyjnego free jazzu. W sekstecie zdominowanym przez instrumenty strunowe, a konsumującym pierwszy utwór albumu, Alex sięga po klarnet, w septecie, doposażonym w pokaźną watahę instrumentów dętych, a realizującym się w trakcie drugiego utworu, muzyk gra na gitarze elektrycznej.

Dźwięki otwarcia płyną do nas długimi, strunowymi frazami, incydentalnie stemplowanymi szarpnięciami kontrabasu. Tuż potem ma miejsce drobna ekspozycja dęta z molową melodyką. Narracja płynie zarówno czystymi frazami, jak i drobnymi preparacjami, za które odpowiedzialne są trąbka i altówka. Ta pierwsza zdaje się być najaktywniejsza w pierwszej części utworu i odpowiadać za niemal free jazzową eskalację, stymulowaną także akcją perkusji. Po drobnym szczycie sześcioosobowa formacja rozlewa się szerokim strumieniem, z aktywnym udziałem wszystkich aktorów widowiska. Strunowce narastają niczym letnia burza, a dodatkową atrakcją są post-jazzowe wtręty perkusji. Zgodnie wszakże z zapisami kompozycji następuje teraz efektowne zejście w mrok szemranych interakcji. Za kolejną akcję zaczepną odpowiada trio ekspresyjnego klarnetu, wspartego na basie i perkusji. I ta ekspozycja kończy swój żywot w strunowych lamentach. Zmiana goni tu zmianę, zatem dość szybko odnajdujemy się w strumieniu basowego pizzicato, podkreślonego feerią talerzy. Strunowce jednak nie odpuszczają i z gracją baletnicy wypuszczają na solową akcję altówkę. Zew krwi czuje także wiolonczela, która przejmuje główny nurt opowiadania, rozsiewając na scenie niemal folkową poświatę. Tu bystrym kontrapunktem jest wspólna inicjatywa klarnetu i trąbki. Na ostatniej prostej narracja powraca do strwożonego, kameralnego klimatu i gaśnie na głęboko osadzonym, kontrabasowym smyczku.

Edycja septetowa startuje dętymi śpiewami osadzonymi na kameralnie frazującym smyczku basu. Wokół mości się aktywna perkusja, a groźba free jazzu wisi nad wszystkim niczym miecz Damoklesa, szczególnie, gdy tembr gitary staje się dalece mięsisty. Flow nosi znamiona połamanego, ale wyjątkowo precyzyjnego. Świetną zmianę daje baryton wsparty na smyczku, a basowe pizzicato dolewa oliwy do ognia. Uspokojenie tego tygla emocji spoczywa na duecie puzonu i saksofonu. Nowy wątek znów korzysta ze smyczka, a niesiony jest kreatywnością gitary i trąbki. Nie przeszkadza to reszcie załogi udzierać kameralne interludium, które niespodziewanie kończy się w ciszy. Restart jest definitywnie kolektywny i dość szybko wyprowadza narrację na otwarte pole free jazzu, po drodze gubiąc sekundę na efektowny duet gitary i puzonu. W fazie ognistej na froncie dokazują szczególnie baryton i trąbka. Przez moment opowieść zasadza się na narracji dętego kwartetu, w którym każdy gra na innym poziomie intensywności. Piękny moment! Notyfikacja znów szykuje nam wszakże niespodziankę i bez mrugnięcia okiem przenosi w otchłań łagodności, melodii i dramaturgicznej powolności. Nowa akcja zaczepna zasadza się na ekspresji gitary i saksofonu, niesionych masywnym tembrem sekcji rytmu. Gitara szuka tu ściany dźwięku, ale znajduje mrok post-jazzu. Ostatnie trzy minuty, to już faza falling down, budowana posuwistymi, ale leniwymi pociągnięciami pędzla.



 

Eddie Prévost/ NO Moore/ James O’Sullivan/ Ross Lambert Chord

OneCat Studio, Crystal Palace, Londyn, lipiec 2022: Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz NO Moore, James O’Sullivan i Ross Lambert – gitary elektryczne. Siedem improwizacji, 58 minut.

Eddie Prévost, mistrz rezonujących akcesoriów perkusjonalnych, artysta, który z krawędzi wielkiego talerza, zawieszonego na efektownym stojaku potrafi wyrzeźbić frazy dane tylko jemu, spotyka w okolicznościach studyjnych trzech gitarzystów, których zadaniem jest swobodnie improwizowanie w chmurze post-gitarowych preparacji, wyjątkowo silnie nasączonych odczynem kwasowym. Każda z siedmiu opowieści tego albumu mieni się szczególnym pięknem, kolorytem subtelnej, ale totalnej psychodelii.

Schemat dramaturgiczny większości improwizacji jest tu podobny – najpierw ma miejsce gitarowa introdukcja, realizowana zarówno w pojedynkę, jak i kolektywnie, jakby w oczekiwaniu na ruch perkusjonalisty. Ten wchodzi do gry po pewnym czasie i błyszczącym, rezonującym talerzem porządkuje narrację, często tłocząc ją w wielką chmurę ambientu, ale także stymulując gitarzystów do dalszych akcji, które niosą pokaźny nerw kreatywności. Praca gitarzystów ma tu wyjątkowo szerokie spektrum dźwiękowe. Od drobnych plam typowych dla gitarowych przetworników, przez drżenia, pulsacje, szumy, zgrzyty i sprzężenia, aż po brzmienia, które wydają się być niemal elektroakustyczne. Opowieści toczą się tu od lewitującej ciszy aż po smugi post-industrialnej smoły. Potok fonii przypomina strumień płynnej, powulkanicznej lawy. Narracje są często stonowane, smukłe i oniryczne, ale efektownie kontrapunktowane eksplozjami mikro hałasu, tu generowanymi nade wszystko wielkim, rezonującym talerzem. Aura backgroundu jest także bogata, często sycona szumem gitarowych amplifikatorów. Koloryt narracji jako całości mieni się przeogromną paletą barw, a sytuacja, w której możemy bez omyłki wskazać źródła poszczególnych dźwięków lub liczbę gitar frazujących w danej chwili należy tu do rzadkości. Także akcje Prévosta, które nie koncertują się na rezonansie talerza i chętnie wtapiają w post-gitarowe wyziewy, stanowić mogą asumpt dla dysonansu poznawczego odbiorcy.

Pierwsze pięć improwizacji trwa tu od pięciu do dziewięciu minut. Szósta jest nieco krótsza, choć wyjątkowo bogata w wydarzenia, skoncentrowana wszakże na dźwiękach niekiedy bliskich ciszy. Zdaje się być perfekcyjnym podprowadzeniem pod ostatnią część, która trwa ponad kwadrans. Jej początek syci się mnóstwem elektroakustycznych niespodzianek dźwiękowych. Słyszymy tajemnicze odgłosy dochodzące z oddali i moc talerza, który tym razem zagęszcza flow i stawia niebanalne znaki zapytania. Z jednej strony mgławice gitarowej post-psychodelii, nie bez industrialnie brzmiących wtrętów i nerwowy ambient tła, z drugiej rezonujący talerz, swoisty demiurg dramaturgii, który czuwa nad całością, ale też chętnie wchodzi w interakcje, zwłaszcza z bardziej delikatnymi frazami gitarzystów. Przez ostatnie trzy minuty opowieść tonie w pogłosie, pełnym brzmieniowych subtelności.



 

Adrian Northover/ Marcello Magliocchi/ Bruno Gussoni The House On The Hill

Monteggiori Studios, Włochy, lipiec 2023: Adrian Northover – saksofon sopranowy, Marcello Magliocchi – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Bruno Gussoni - flety, shakuhachi. Trzynaście improwizacji, 51 minut.  

Post-stevensowski small drum kit i dwa lekkie, roztańczone, acz definitywnie czupurne dęciaki w kompulsywnej, jakże swobodnej improwizacji. Tym triem zachwycaliśmy się onegdaj i bez cienia wątpliwości umieściliśmy jego album na którymś z rocznych, trybunowych the best-off. Tym łatwiej jest nam teraz zatopić się bez reszty w nowej, studyjnej rejestracji tej włosko-brytyjskiej formacji bez nazwy własnej.

Pieśń otwarcia zdaje się wyznaczać zasady gry na tym albumie. Tworzą ją pokrzykujący saksofon sopranowy i flet pozostające w godowym, nierzadko imitacyjnym tańcu i nerwowe, wielowymiarowe percussion & drums (dokładnie w tej kolejności!), budujące pajęczynę, przez którą nie prześlizgnie się nawet najmniejszy owad. Muzycy świetnie panują tu nad emocjami, ale wielokrotnie dają się unieść swym gorącym temperamentom. Od ptasich small talks, po posuwiste drony lekkich, rozhuśtanych fraz, a wszystko obudowane stevensowskim, niemal unoszącym się w powietrzu drummingiem, który świetnie kontrapunktuje dęte wyczyny. Dęciaki pracują w bardzo szerokim spektrum dźwiękowym, choć po definitywnie preparowane frazy sięgają rzadko. Perkusjonalista czyni to częściej, ale bez szwanku dla dynamiki całości, a jego techniki rozszerzone mają jedynie wzbogacać narrację, nie są zaś celem samym w sobie.

Pośród trzynastu opowieści zamieszczonych na płycie trzy są miniaturami, kolejne dziewięć to rozbudowane, kilkuminutowe historie o intrygującej dramaturgii, a wszystko wieńczy najdłuższa improwizacja, który udanie reasumuje całe przedsięwzięcie. Na albumie dominują dynamiczne ekspozycje, często inicjowane efektownymi brzmieniowo introdukcjami. Na tle tych ekspresyjnych galopad szczególnie urokliwie jawią się opowieści bardziej spokojne, czy wręcz zadumane, jak choćby druga faza szóstej improwizacji, także siódma, wreszcie wyjątkowo mroczna dziesiąta. W dwunastej odsłonie mamy szumiące otwarcie dęciaków, a akcja perkusjonalna pojawia się dopiero po kilku pętlach narracyjnych. Całość, tak czy inaczej, popada we frywolny taniec. Wspaniałym podsumowaniem albumu jest końcowa improwizacja, którą zaczynają perkusjonalne preparacje, a w których uczestniczą także flecista i saksofonista, budujący ramy post-rytmu na bliżej niezidentyfikowanych przedmiotach (lub na korpusach swoich instrumentów). Dęte frazy pojawiają się dopiero po czasie, a cała improwizacja zdaje się być rytualną, pięknie celebrowaną, plemienną fiestą radości i zadumy. Jak już kiedyś o tej formacji pisaliśmy – spuścizna artystyczna Spontaneous Music Ensemble ma w tych trzech muzykach wspaniałych kontynuatorów.



wtorek, 13 lutego 2024

Phicus! From Plom to Ni, it's a long-distance story!


Ta historia na dobre zaczęła się na początku roku 2016, do tego w bardzo rockowy sposób. Trzech muzyków, wyśmienitych improwizatorów, artystów wielu talentów, przy okazji dobrych kumpli – gitarzysta Ferran Fages, kontrabasista Àlex Reviriego i perkusista Vasco Trilla - postanowiło założyć zespół, coś na kształt working bandu, by działania realizowane pod tym szyldem i w jego obrębie różniły się od dziesiątek innych ich aktywności muzycznych, silnie posadowionych na coraz prężniej rozwijającej się scenie free impro w stolicy Katalonii.

Nim zagrali pierwszy koncert, już po kilku próbach w piwnicy perkusisty, postanowili nagrać pierwszy materiał studyjny. Świat poznał go dziesięć miesięcy później pod tytułem Plom, wydany przez … poznański Multikulti Project w rodzącej się wówczas iberyjskiej serii Trybuny Muzyki Spontanicznej. W tak zwanym międzyczasie zagrali pierwszy koncert. Działo się to w marcu 2017 roku w barcelońskim klubie Robadors 23, nie bez udziału jakże dzielnego, przyszłego wydawcy. W kolejnych miesiącach muzycy sporo podróżowali do Europie, a na przełomie listopada i grudnia zawitali do Polski. Zagrali w Łodzi, na warszawskiej edycji Mózg Festival i w poznańskim Domu Tramwajarza. W trakcie tegoż roku zarejestrowali dwa nagrania w formule trio+. Po niedługim czasie krajowa Fundacja Słuchaj! upubliczniła improwizacje ze szwedzkim saksofonistą Martinem Küchenem (Sumpflegende), zaś petersburska Intonema udokumentowała na płycie K(no)t nagrania z saksofonistą Ilią Belorukovem. W kolejnym roku muzycy koncertowali nieco rzadziej. Choć pewien koncert w upalny, sierpniowy wieczór w barcelońskim Soda Acoustic nie uszedł uwadze trybunowego obserwatora.



 

W kwietniu 2019 roku muzycy na dwa dni zamknęli się w barcelońskim studiu Rosazul i wyprodukowali obszerny materiał, który zaległ jednak na kilka miesięcy na ich dyskach twardych, a dyskusje o sposobie mixu i masteringu zdały się nie mieć końca. Kompromis okazał się w tym wypadku trudną sztuką. Ostatecznie część materiału, ta głośna, ekspresyjna, niemal post-noise’owa znalazła się na dysku wydanym przez amerykański Astral Spirit. Druga, dronowa, bezlitośnie preparowana porcja dźwięków udostępniona została na kasecie w kanadyjskim labelu Tripticks Tapes. Pierwsza z nich została jakże adekwatnie do zawartości nazwana Solid, druga równie precyzyjnie Liquid. Tym samym artystyczny projekt pod nazwą Phicus, bo takie imię przyjęli Ferran, Àlex i Vasco kilka lat wcześniej, dobrnął do katakumbowych czasów covidowego lockdownu.

W tym ciężkim czasie artystycznego niebytu muzycy dostali propozycję spotkania w studiu Convent de Sant Agustí. Ponieważ byli poza obiegiem muzycznym, nie koncertowali, nie improwizowali wspólnie, do studia dotargali, poza zepsutym wzmacniaczem gitarowym i wielkim dzwonem, także coś na kształt kompozycji, rodzaju scenariusza, w jakim przebiegać ma improwizacja. Uczynili tak po raz pierwszy w swej zacnej, kilkuletniej historii. Nagrany materiał trafił znów do kanadyjskiego wydawcy i został - tym razem na dysku kompaktowym, w przedostatnim dniu roku 2023 - wydany pod nazwa własną Ni. Nieco wcześniej, w roku 2022 headlinerem kolejnej edycji poznańskiego Spontaneous Music Festival był Ferran Fages. Szczęśliwie, obok prezentacji dwóch innych jego projektów, udało się doprowadzić do koncertu tria Phicus. Koncert, przez wielu uznany za najlepszy moment trzydniowej imprezy, po roku został upubliczniony w płytowym cyklu Spontaneous Live Series, pod typowym dla niego tytułem Live at 6th Spontaneous Music Festival i numerem katalogowym 013. O tych dwóch ostatnich albumach opowiemy więcej w poniższych omówieniach.

Dodajmy, iż w sieci dostępne są jeszcze inne nagrania koncertowe Phicusa. Na bandcampie tria można odnaleźć dwa fragmenty nagrań z lat 2017-2018 pod tytułem Bootleg Series Vol. 1. W plikach dostępny jest także koncert grupy ze wspomnianego Domu Tramwajarza. By znaleźć to nagranie należy zajrzeć na stronę bandcampową Macieja Lewensteina, gdzie obok pdf-owskiej wersji jego leksykonu The Amateur's Guide to Avantgarde, podczepiony został jako bonus ów poznański koncert.



Ni

Najnowszy studyjny album Phicusa składa się z 36-minutowej części głównej, która w jednym strumieniu dźwiękowym konsumuje kilka podrozdziałów dobrze zaplanowanej opowieści oraz trzyminutowej kody.

Na starcie spektaklu witają nas rytualne gongi i dzwony lepione rezonansem, płynący z oddali dron basowego smyczka i szklista, także rezonująca gitara. Powolna, zamglona narracja zdaje się tu z czasem narastać, ale muzycy nie udają się na górską wspinaczkę, raczej brodzą po kolana w stygnącej poświacie zachodzącego słońca. Spektrum dźwiękowe wypełnia całą przestrzeń studia nagraniowego, ale sama narracja zdaje się stać w miejscu. Jest jednocześnie masywna i niebywale lekka, ledwie łaskocze nasze uszy, ale niesie w sobie niemal post-industrialny potencjał. Mroczny śpiew smyczka, psychodeliczna pulsacja gitary i bezwład dźwięcznych perkusjonalii, to elementy składowe pierwszego podrozdziału. W okolicach 10 minuty fonie wybrzmiewają, prawie dotykają ciszy, po czym narracja rusza z nowymi wątkami. Bas szyje filigranowe riffy, gitarowe flażolety taplają się w gęstej mgle post-rocka, a rytuał gongu dopełnia obrazu całości. Opowieść gęstnieje, a step gitary zaczyna szukać wyższych rejestrów. Po kilku minutach wszystkie dźwięki lepią się w kameralny dron, którego pozorną senność zakłóca delikatny drumming. Dostajemy się w pole działania smyczków, bo zdaje się, że także na strunach gitary pojawił się ów przedmiot. Post-oniryczny, cienisty rytuał naruszają drobne szarpnięcia za struny kontrabasu. Przez dłuższą chwilę wszystko zdaje się tu śpiewać. Także bólem i troską o kolejną frazę.

Po wybiciu 25 minuty muzycy inicjują ostatni podrozdział tej opowieści. Najbardziej spowolniony, nie zawsze mroczny, chwilami silnie minimalistyczny. Pojedyncze szarpnięcia za struny basu i uderzenia w dzwon, pomruki zastygłej gitary – wszystko ma tu jednak swój pokraczny rytm. Echo zaczyna przybierać na sile, a artyści zdają się stąpać po kruszącym się lodzie. Narracja koncentruje się teraz wokół coraz wyraźniejszego blasku gitary, jakby mroczne niebo było rozświetlane promieniami matowego słońca. Piękny, przewrotnie melodyjny finał pełen jest wykwintnej rytualności, niczym dronowy wielogłos głaskany coraz silniejszym wiatrem od morza. Tuż po dużej porcji ciszy dostajemy drugi trak na dysku, wspomnianą, niespełna trzyminutową kodę. Jeszcze bardziej ceremonialną, minimalistyczną, rodzaj repryzy ostatniej fazy części głównej.



Live at 6th Spontaneous Music Festival

Drugi dzień festiwalowy edycji 2022 przypadał w piątek. Dla muzyków zarezerwowany został ostatni set. Weszli na scenę przed godziną 22-ą i zagrali trzy rozbudowane improwizacje, które wraz z oklaskami zamknęły się w trzech kwadransach.

Koncert zaczyna się trzema strumieniami fonii, uruchomionymi na raz, z energią godną lepszej sprawy - twarde, nisko osadzone pizzicato kontrabasu, masywny circle drumming i gitara zanurzona w gęstej chmurze flażoletów. Kanciaste pętle opowieści łapią tu całkiem intensywną dynamikę, formując się w strugę post-rockowych wydzielin. Po kilku minutach na gryfie basu pojawia się smyczek, ale brzmi równie siarczyście, niemal elektrycznie, jak wszystko, co artyści dali nam do tej chwili. Akcja Reviriego spowalnia jednak flow i przenosi go w bardziej abstrakcyjne rejony swobodnej improwizacji. Po kolejnych kilku minutach ekspozycja smyczka jest już na tyle masywnym dronem, że zdaje się wypełniać całą przestrzeń koncertu. Pod ów skowyt podłączają się szeleszczące talerze i garść filigranowych, gitarowych flażoletów, które łapią dubową poświatę. Na koniec wraca basowe pizzicato, a tempo rośnie dzięki akcjom perkusji. Pierwsza improwizacja umiera w czerstwym hałasie.

Druga odsłona koncertu na starcie buduje pewien kontrast w stosunku do końcówki poprzedniej części. Delikatna, choć nisko osadzona, szczególnie po stronie gitarzysty. Dynamika rodzi się niemal samoczynnie i pcha improwizację w otchłań rockowej post-psychodelii. Z czasem akcje gitarzysty zaczynają łapać wyższy rejestr, kontrabas z kolei zaciska pętle i obniża lot, wskutek czego opowieść traci na intensywności. Wraz z upływem czasu kontrabasowy smyczek znów zaczyna zagęszczać ścieg i przejmować kontrolę nad improwizacją – skrzeczy, wyje, pokrzykuje. Gitarowe flażolety zdają się tu pełnić rolę bystrego kontrapunktu, podobnie jak rezonujące talerze. Opowieść staje się długo oczekiwaną medytacją, która pęcznieje, szczególnie na gryfie basu, po czym niespodziewanie kończy swój żywot.

Pulsujący szum amplifikatora wznieca ostatnią opowieść. Na werblu drżą elektryczne zabawki Vasco, Alex inicjuje kolejny dron, a Ferran wypełnia background adekwatną porcją rezonansu. Narracja rozlewa się coraz szerszym korytem, ale daleka jest od jakichkolwiek eskalacji. To raczej stygmatyzująca porcja post-akustyki, która doprowadza opowieść na skraj ciszy. Wszystko pulsuje teraz głuchym echem, szeleści, drży, nasłuchuje złego. Gitarowe flażolety snują się w poświacie dubu, dołem płynie swobodne pizzicato basu, perkusja oddycha membranami. Stan lewitacji nie trwa jednak długo. Opowieść nabiera masy właściwej, choć trzyma tempo na zaciągniętym ręcznym. Emocje leją się niczym gęsta krew z głębokiej rany. Gitara odpływa w psychodeliczne zaświaty, ale sekcja rytmu buduje groźny, dynamiczny flow i zaciska pętlę. Efektowny trip to the moon nabiera mocy, a w fazę falling down wchodzi dopiero na ostatnie trzy minuty. Gitara jest już wtedy w innej galaktyce dźwięku, bas ledwie trzyma szkielet obumierającej improwizacji, a talerze drżą. Opowieść kończy się tam, gdzie zaczęła - w chmurze szumiącego amplifikatora.

 

Ni (Tripticks Tapes, CD 2023). Convent de Sant Agustí, Barcelona, 2021 lub 2022. Dwa utwory, improwizacje oparte na kompozycji Àlexa Reviriego, łącznie 39 minut.

Live at 6th Spontaneous Music Festival. Spontaneous Live Series 013 (Spontaneous Music Tribune, CD 2023). Dragon Social Club, Poznań, październik 2022. Trzy improwizacje, 43 minuty.

Phicus: Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas, Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne.



piątek, 9 lutego 2024

Albert Cirera & Florian Stoffner like to Mow!


Kataloński saksofonista i szwajcarski gitarzysta mają ze sobą wiele wspólnego. Często razem grywają, posiadają w dorobku już drugą, wspólną płytę, byli niejednokrotnie gośćmi pewnych spontanicznych incydentów koncertowych w zachodniej Polsce. No i kwestia fundamentalna – obaj to doprawdy fenomenalni improwizatorzy, prawdziwi emancypatorzy swoich instrumentów i technik, dla których określenie rozszerzone nie znaczy już nic. Oni zdają się być o kilometry świetlne przed resztą świata.

Tym razem artystów spotykamy w … jazzowym klubie w rodzinnym dla gitarzysty Zurychu. Grają bystry koncert, którego czas trwania nie jest nam do końca znany. Na albumie (póki co, tylko cyfrowym) decydują się zamieścić ledwie dwa niepełne kwadranse niezwykłych, jakże w tym wypadku intensywnych dźwięków. Skupmy się zatem nad każdą sekundą tego koncertu.




Pierwsza improwizacja trwa kilkanaście minut i wypełnia niemal połowę zawartości albumu. Rodzi się w chmurze wyjątkowo gęstej akustyki. Saksofon jęczy post-dźwiękiem, ale słyszymy też jak pracują wszystkie jego elementy składowe. Klastery trzeszczą z wysiłku, dysze obijają się jedna o drugą. Struny gitary zdają się pozostawać w pętli nieskończoności, której nie ma kto związać końca z końcem. Metabolika złowrogich powtórzeń i modlitw do nieistniejącego boga. Muzycy generują drobne, ale mięsiste porcje fonii, które pozostają w stanie permanentnego zwarcia, jak bokserzy, którzy zupełnie opadli już z sił, ale będą stać na straży tego dysharmonijnego ładu do końca. Swojego lub tego drugiego. Bywa, że ta mosiężna, piskliwa i gęsta ropa narracji balansuje na linie, chybocze się na zbyt silnym wietrze. Muzycy, jak spirale zegara nakręcają się wzajemnie i syczą, jak samokąsające się węże. Gitara wpada w chmurę rezonansu, tuba saksofonu wydaje się być zapchana trocinami. Improwizacja formuje się w drony. Raz wydaje się, że dźwięki są lekkie, oniryczne, niemal śpiewające, innym razem ciężkie, ołowiane, z betonu i stali. A każdy oddech muzyków może być tym ostatnim.

Druga opowieść nie trwa nawet trzech minut, sprawia wrażenie ekstraktu z czegoś wielkiego, masywnego, nieskończonego. Buzuje post-industrialnym smrodem, mechaniką przeciąganych lin i dewastowanych trafostacji. Dysze i struny lepią się do siebie, generując melodyjne plwociny, a ich akustyka zdaje się być sycona jakimś nieistniejącym prądem. Trzecia część, ponad siedmiominutowa, daje szczyptę nadziei na bardziej zrównoważony oddech. Tuba saksofonu wydaje się być wypełniona dość wilgotnym powietrzem. Gitara rzeźbi niebo mikroflażoletami. Echo post-melodyjnego śpiewu, dron szeleszczących boleści. W tej gęstej chmurze stygnącej lawy saksofonista szuka jazzowych fraz, ale swój szaleńczy pomysł szybko porzuca. Gitarzysta przez dłuższą chwilę pozostaje w martwym tańcu. Wszystko wydaje się teraz drżeć z wysiłku nic nierobienia. Wokół muzyków pojawia się intrygująca post-cisza, pełna mrocznych wyziewów. Tymczasem gitara zastyga w ambiencie. Ostatnia partytura improwizacji, prawie czterominutowa, to najpierw prężenie muskułów, potem syk wypuszczanego powietrza. Najpierw kompulsywny marsz ciało w ciało na niechybną śmierć dźwięku. Potem drobne okrzyki, czerstwe westchnienia, sekcja zwłok. Życie po życiu wielkiej improwizacji.  

 

Albert Cirera & Florian Stoffner Mow (Sirulita Records, DL 2024). Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Florian Stoffner – gitara. Nagrane w Misterioso Jazz Club, Zurych, Szwajcaria. Cztery improwizacje, 27 minut.



wtorek, 6 lutego 2024

John Butcher & Eddie Prévost are Unearthed!


Niemal dokładnie miesiąc temu pisaliśmy na tych łamach o albumach dokumentujących artystyczne obchody 80. urodzin Eddie’go Prévosta. Omówiliśmy wówczas szczegółowo dwa kluczowe albumy, kolejne dwa skwitowaliśmy mniejszą porcją słów. Z kolei dwie inne pozycje z najnowszego katalogu Matchless Recordings jedynie zaawizowaliśmy, mając nadzieje na ich pełny odczyt w przyszłości. One także konsumują artystyczne dokonania jubilata i przy okazji świetnie uzupełniają urodzinowy box.

Dziś pochylamy się nad jedną z tych ostatnich i zamieszczoną tam duetową ekspozycją Johna Butchera i Eddie’go Prévosta. Panowie nagrali już w duecie, tudzież większych składach (choćby AMM!) sporo albumów, każdy z nich jest osobną księgą historii gatunku, zatem bez zbędnych wstępów siadamy do odczytu i odsłuchu ich najnowszego wspólnego nagrania, którego tytuł zdaje się być zaskakująco przewrotny. Okoliczności obiektu sakralnego, późna wiosna roku ubiegłego i trzy improwizacje, które szczelnie wypełniają przestrzeń dysku kompaktowego.

Nagranie składa się z dwóch wielominutowych utworów i czegoś na kształt kody, ale ponieważ ta ostatnia trwa ponad kwadrans śmiało możemy ją uznać za pełnoprawną, trzecią improwizację czerwcowego wieczoru w brytyjskim Essex.



 

Muzycy zaczynają spektakl oblepieni szemrzącą ciszą, ale dość szybko dają sygnały, iż tego dnia skorzy są budować całkiem dynamiczne ekspozycje, a ich celem nie będzie raczej eksploracja słynnych technik rozszerzonych, ale pełnokrwista, chwilami niemal free jazzowa jazda. Taką wolę z pewnością reprezentuje tu perkusista, który mimo osiemdziesięciu jeden wiosen na karku chętny jest do czynienia naprawdę ekspresyjnych akcji, to samo można zresztą powiedzieć o kilkanaście lat od niego młodszym, ale także już zasłużonym mistrzu saksofonu. Obaj sprawiają wrażenie nastolatków na pierwszej randce i wyjątkowo im dobrze z takim nastawianiem do życia. Akcje roześmianego Johna i rozhuśtanego energią Eddie’ego w trakcie pierwszego, ponad 34-minutowego seta, mienią się wszystkimi kolorami tęczy, a sami artyści nie wybierają dróg na skróty. Drummer pozostaje w akcji cały czas, szyje ściegiem pełnym emocji, nie ustaje w implikowaniu akcji zaczepnych. John, jak to ma w zwyczaju, lubi dramaturgiczne pauzy, ale po każdej z nich zdaje się wracać z jeszcze lepszym pomysłem. Zmienia saksofony w zależności od nastroju chwili i świetnie reaguje na każdą frazę interlokutora. Eddie zdaje się tu stać na straży reguł free jazzu, z kolei John nie zapomina o chwilach dramaturgicznej zadumy i dalece kameralnych westchnieniach. W okolicach dwunastej minuty muzycy serwują nam drobny wątek balladowy, sięgają nawet do bardziej mrocznych stron swej improwizacji. Po restarcie brną dalej pozostając w intrygującym dysonansie dynamiki – Eddie narzuca bystre tempo, John fantastycznie wstrzymuje moc oddechu i sięga po spokojniejsze frazy. Ten fragment czerwcowego spotkania w Essex ma swój peak ekspresji pod koniec drugiego kwadransa. John sięga nieba dmąc w saksofon sopranowy, Eddie finalizuje roztańczonymi talerzami.

W trakcie drugiego, o kilka minut krótszego seta, artyści serwują nam kilka rozdziałów ze swych przebogatych ksiąg fraz preparowanych. Zaczynają zresztą plejadą mrocznych short-cuts. Po niezbyt długiej introdukcji idą w swoje ulubionego tego wieczoru tango, udanie stymulują dynamikę, ale definitywnie donikąd się nie spieszą. Dbają o odpowiednią melodykę i zwartą, linearną narrację. Raz za razem dostarczają nam urokliwe kwiatki – intrygujące przedechy, drżące, rezonujące talerze, tudzież drobne, ale czerstwe porcje ciszy. Znów w okolicach dwunastej minuty zarządzają moment dramaturgicznego wytłumienia. Tuż po nim Eddie proponuje drobne, szczoteczkowe solo, John z kolei bierze w dłoń sopran i dekretuje … wątek tameczny. Wpada na niedługo w oddech cyrkulacyjny i znacząco podnosi poziom emocji. Gdy z nich opada, chętnie sięga po najlepsze ze swoich preparacji – świsty, gwizdy, frazy zza grubej, teatralnej kotary. Eddie kontrapunktuje talerzową feerią. Nim drugi set zostanie zwieńczony dość żwawą, solową akcją perkusisty, dostajemy się jeszcze w wir stonowanego, rozśpiewanego stepu realizowanego marszowym krokiem.

Ostatni akt wieczoru pełni rolę nieco spokojniejszej, pożegnalnej ekspozycji. Dużo w niej minimalizmu, dywagacji czynionych w okolicach ciszy. John trochę mruczy, trochę śpiewa na tenorze, Eddie snuje leniwy drumming. Przez moment akcja nabiera rozpędu, po czym wpada w intrygujące, ptasie tremolo Johna, posadowione na rezonującej ekspozycji Eddie’go. Końcowe dwie minuty zdają się być pogrążone w ciszy ledwie słyszalnych dronów saksofonu i skromnych uderzeń w werbel i tomy.

 

John Butcher & Eddie Prévost Unearthed (Matchless Recordings, CD 2023). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Eddie Prévost - perkusja. Nagrane w All Hallows Church, High Laver, Essex, czerwiec 2023. Trzy improwizacje, 78 minut.

 

 

niedziela, 4 lutego 2024

Alan Wilkinson, Paweł Doskocz i Andrew Lisle na trasie koncertowej w Polsce


(informacja prasowa)


Trybuna Muzyki Spontanicznej i Spontaneous Music Festival zapraszają na jedno z najbardziej spektakularnych wydarzeń pierwszego półrocza 2024 roku na polskiej scenie muzyki improwizowanej. Na tygodniową trasę po największych miastach naszego kraju rusza legenda brytyjskiej muzyki free jazzowej, saksofonista Alan Wilkinson. Towarzyszyć mu będą muzycy młodszego pokolenia europejskiej sceny – brytyjski perkusista Andrew Lisle i polski gitarzysta Paweł Doskocz. Począwszy od 16 lutego muzycy zagrają kolejno w Poznaniu, Wrocławiu, Łodzi, Krakowie, Katowicach i Lublinie.



 

Przed nami koncerty, który przeniosą londyńską scenę free jazz/ free impro na polskie podwórko. Alan Wilkinson i Andrew Lisle, uznawani za filary tej sceny (stali rezydenci w prestiżowym Cafe OTO), będą gościć w Polsce i zaprezentują swoje niezwykłe doświadczenie sceniczne. Do tego ekskluzywnego grona dołączy Paweł Doskocz, doświadczony improwizujący gitarzysta, który w ostatnich latach współpracuje z coraz liczniejszą grupą zagranicznych artystów, zdobywając uznanie na międzynarodowej scenie.

Pierwsza w takiej konfiguracji personalnej wspólna trasa trzech artystów obiecuje fascynujący muzyczny dialog. Alan Wilkinson, pomnikowa postać sceny londyńskiej, wniesie do niego bogactwo umiejętności zdobywanych przez lata. Jego wkład w rozwój gatunku jest nieoceniony, a współpraca z takimi gigantami, jak Derek Bailey, Roger Turner czy Eddie Prevost świadczy o niepodważalnej pozycji na międzynarodowej scenie. Andrew Lisle, ceniony perkusista młodego pokolenia, gwarantuje niezwykłą wirtuozerię oraz kreatywność. Improwizacje Anglika, oparte na jazzowej tradycji, pełne są eksperymentów i oryginalnych technik. Z kolei Paweł Doskocz, zasłużony przedstawiciel lokalnej sceny, dzięki swojemu unikalnemu brzmieniu i rozszerzonym technikom wykonawczym, zapewni niepowtarzalny wkład w to wyjątkowe zestawienie.

 

Szczegóły trasy koncertowej:

16.02 Dragon Social Club, Poznań

17.02 OPT, Wrocław

18.02 Ciągoty i Tęsknoty, Łódź

19.00 TBA

20.02 Alchemia, Kraków

21.02 Miasto Ogrodów, Katowice

22.02 Centrum Kultury, Lublin

 

Alan Wilkinson – saksofon, klarnet

Paweł Doskocz – gitara elektryczna

Andrew Lisle – perkusja

 

Trasa koncertowa odbywa się pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej oraz Spontaneous Music Festival.

 

Biogramy:

Alan Wilkinson – saksofonista i klarnecista, który aktywnie działa na scenie muzyki improwizowanej od końca lat 70. Był kluczową postacią sceny muzycznej w Leeds w latach 80., gdzie założył klub Termite i był częścią kultowego tria Hession/Wilkinson/Fell. W 1987 roku Derek Bailey zaprosił go do udziału w trasie European Company oraz London Company. Po przeprowadzce do Londynu w 1990 roku stał się już znanym artystą. Kontynuował tam grę oraz promowanie muzyki w różnych klubach, jest m.in. promotorem cyklu „flimflam”, istniejącego od 2001 roku. Alan, grając w licznych „ad hoc” zespołach w Wielkiej Brytanii i za granicą, współpracował m.in. z Peterem Brötzmannem, Chrisem Corsano, Akirą Sakatą, Thurstonem Moorem, Charlesem Haywardem, Eddie Prevostem, formacjami Talibam! oraz Spiritualized. Jego długoletnimi projektami są trio z Johnem Edwardsem i Steve'em Noble’m oraz norweski kwartet Akode. Ostatnio dołączył również do zespołu Dead Days Beyond Help, (Alex Ward i Jem Doulton), a ich debiutancki album ukazał się nakładem Shrike Records.

Ostatnie nagrania Alana warte szczególnego polecenia:

“One in the Ear” (w/Dirk Serries), New Wave of Jazz

https://newwaveofjazz.bandcamp.com/album/one-in-the-eye

“Empowered” (w/Eddie Prevost / N.O.Moore / John Edwards), 577records

https://577records.bandcamp.com/album/empowered

Alan Wilkinson/ Alex Ward/ Jem Doulton, Shrike Records

https://shrikerecords.bandcamp.com/album/wilkinson-ward-doulton

“Forth to 4th” (w/John Edwards/ Steve Noble), PingPong

“Do Disturb” (w/Eddie Prevost/ N.O.Moore / John Edwards/ Nathaniel Catchpole, Matchless Recordings

 

Andrew Lisle, to perkusista, który działa w obszarze jazzu i muzyki improwizowanej. Jego twórczość zahacza o awangardę – eksploruje granice możliwości zarówno technicznych, jak i muzycznych perkusji, jednocześnie czerpiąc z tradycji jazzowej. Po ukończeniu Leeds College of Music w 2011 roku przeniósł się do Lizbony, gdzie miał okazję rozwijać swoje umiejętności muzyczne, współpracując z doświadczonymi improwizatorami. Spędził wiele czasu w głównej siedzibie Clean Feed Records, Trem Azul, i grał z wieloma artystami z tego środowiska, w tym z Rodrigo Pinheiro (Red Trio), Hernanim Faustino (Red Trio), Rodrigo Amado czy Luisem Lopesem.

Od 2013 roku, po przeprowadzce do Londynu, jest wziętym perkusistą na scenie jazzowej i improwizowanej, współpracuje m.in. z Colinem Websterem, Johnem Edwardsem, Johnem Dikemanem, Alexem Wardem, Dirkiem Serriesem, Alanem Wilkinsonem, Matthew Bourne’em, Rachel Musson i Markiem Sandersem.

"Obserwuje grupę londyńskich artystów, a wśród nich… perkusista Andrew Lisle, który wplata połamane beaty i nieprzerwane tremola na werblu w swój elastyczny leksykon muzyki improwizowanej." – Spencer Grady (Jazzwise)

"Lisle, mający 27 lat, to już teraz jeden z najbardziej oryginalnych perkusistów w Wielkiej Brytanii." – The Quietus

https://andrewlisle.com

https://andrewlisle.bandcamp.com

 

Paweł Doskocz, to często sięgający po preparacje gitarzysta, który eksploruje nowe brzmienia instrumentu. Jego obszarem zainteresowania jest przede wszystkim improwizacja, a inspiracje czerpie z różnych źródeł. Współtworzył takie zespoły jak Bachorze, Strętwa i Sumpf. Zdobywał doświadczenie podczas wspólnych występów z wieloma muzykami tak z Polski, jak i z zagranicy, uczestniczył też w festiwalach poświęconych muzyce eksperymentalnej i improwizowanej. Grywał na: Ad Libitum, festiwalu Nowy Wiek Awangardy, Art of Improvisation Creative Festival, Jazz Ring, Musica Privata, Katowice JazzArt Festival, FRIV Festival, Avant Art Festival oraz Spontaneous Music Festival. Można go było usłyszeć w konfiguracjach z takimi artystami jak: Emilio Gordoa, Matthias Müller, Jasper Stadhouders, Paweł Szpura, Hubert Zemler, Wojtek Kurek, Vasco Trilla, Yedo Gibson, Onno Govaert, Seppe Gebruers, Andrew Lisle, Vasco Furtado, Colin Webster, Dirk Serries, Benedict Taylor, Diego Caicedo oraz El Pricto.

Współorganizator „Spontaneous Music Festival” w Poznaniu.

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-004