Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Javi Garrabella. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Javi Garrabella. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 grudnia 2024

Discordian Records strikes again: Ingel Rild! Cirera, Caicedo, Garrabella & Ponsa!


Kataloński Discordian Records dostarczył w tym roku osiem smakowitych albumów, z których przynajmniej trzy wylądują na naszym rocznym podsumowaniu i staną się jednymi z 50 powodów, dla których ów szalony okres w dziejach wszechświata warto będzie zapamiętać. Jeśli przypomnimy sobie kilka innych wyśmienitych płyt wydanych tego roku w Barcelonie i okolicach, a opublikowanych w innych wydawnictwach, teza o wyjątkowości muzyki improwizowanej, jaka powstaje na tamtych ziemiach, tradycyjnie nie będzie podlegać dyskusji.

Dziś sięgamy po dwie ostatnie nowości DR. A na nich same znajome nazwiska, równie znajome instrumentarium, tudzież brzmieniowe koincydencje, a jednak – oba albumy definitywnie polecamy Waszej wnikliwej analizie słuchowej – znów dacie się zaskoczyć! Nie może być inaczej, wszak Barcelona makes the world go round!



 

Ingel Rild Extreme Entity Workout (DL, 2024)

Don Malfon – preparowany saksofon barytonowy i altowy oraz El Pricto – syntezator modularny. The Golden Apple, Barcelona, maj 2023. Dziesięć utworów, 38 minut.

Malfon i Pricto nagrali razem mnóstwo płyt, ale jako duet debiutują. Na studyjne spotkanie w Złotym Jabłku przygotowali trzy koncepcje improwizacji (obleczone w zwarte tekstury), każdej z nich nadając tytuł. Wątek pierwszy, pełen pięknych, noise’owych rzygowin, ma tu aż pięć odsłon, dwa kolejne wątki, silniej skoncentrowane na brzmieniu, rezonansie i budowaniu mrocznego klimatu, odpowiednio trzy i dwie odsłony. Zmyślnie uformowane opowieści trwają od trzech do sześciu minut i, jak to bywa w przypadku wybitnych artystów, nie zawierają jednego zbędnego dźwięku. A nazwa duetu, to anagram Dillingera (po dodatkowy background ideologiczny, oczywiście w pełni diskordiański, zapraszamy do bandcampowego credits).

Rzeczony pierwszy wątek, to kolejne na albumie utwory nieparzyste (z wyjątkiem dziewiątki, za który wskakuje dziesiątka). Są najbardziej zwartymi, dosadnymi emocjonalnie epizodami. Syntezator zgrzyta zębami, kąsa niczym żmija, rozsiewa zło z miną aniołka, z kolei zatubowany saksofon drży, rzęzi, smaga biczem niczym cyrkowy wodzirej. Szorstkie, ostre, ale często imitacyjne frazy są solą tych mikro eksplozji. Baryton potrafi tu szybować, flow syntezatora bywa gęsty niczym napalm o poranku. Zdaje się, że każda fraza, to kolejna wariacja pracy młota pneumatycznego lub świdra górniczego. Jednak wiele z tych opowieści wydaje się całkiem zwiewnych, a poziom hałasu nie zawsze bywa ekstremalny. Wątek drugi moglibyśmy śmiało określić mianem post-industrialnych impresji. Dużo w nich rezonansu, pisku nieszczelnego układu wentylacyjnego, rozsianych po szerokim spektrum narracji akustycznych i syntetycznych plam. Pytania o potencjalne źródło danego dźwięku towarzyszą nam tutaj nieustannie. Wątek trzeci, to narracje, którym najbliżej do gęstego, siarczystego dark ambientu. Leniwe dźwięki lepione z mułu i gliny, długie pociągnięcia pędzlem, czasami zastygle plamy. W każdej z opowieści wątku drugiego i trzeciego, wraz z rozwojem sytuacji dramaturgicznej, muzycy zagęszczają opowieść i czasami tylko krok dzieli ich od poziomu hałasu, jaki dostarczają utwory wątku pierwszego. Album reasumuje piąty wyziew elektroakustycznego krzyku – blasty zmutowanego saksofonu i post-perkusjonalny dygot syntezatora skutecznie rozstawiają nas po kątach. Tak, to nagranie może z nami zostać na dłużej.



 

Albert Cirera/Diego Caicedo/Javi Garrabella/Enric Ponsa Nocturna Discordia #269 (DL, 2024)

Albert Cirera – saksofon tenorowy i sopranowy, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny oraz Enric Ponsa – perkusja. Soda Acústic, Barcelona, listopad 2021. Trzy improwizacje, 42 minuty.

Mięsisty, permanentnie preparowany saksofon i prawdziwie elektryczne, gitarowo-perkusyjne uzupełnienie do kwartetu, to narzędzia pracy muzyków, który trzy lata temu zwarli szyki w ramach tradycyjnego, cotygodniowego improwizowania w Soda Acústic. Dwie pierwsze opowieści trwają po mniej więcej dziesięć minut. Ta trzecia, jak nietrudno policzyć ponad dwudziestominutowa, to esencja koncertu – wielobarwna, emocjonalna, wypełniona po brzegi naszymi ulubionymi, typowo barcelońskimi fake sounds.

Pierwsza improwizacja ma dwie fazy. Początkowo przypomina trzeszczący post-jazz, szyty preparowaną tubą saksofonu tenorowego, zgrzytającą gitarą i sekcja rytmu, która połyka kilometry w rozważnym marszu. Wokół muzyków systematycznie narasta chmura podprogowej psychodelii. Mniej więcej w połowie utworu kwartet schodzi do podziemia. Syntetyczny szum z basówki, rezonująca tuba, gitarowe plamy i punktowy post-drumming budują klimat mrocznego niedopowiedzenia. Druga improwizacja ma podobną strukturę, lepi się z preparowanych fraz dęciaka i gitary, przenoszonych do kolejnych etapów narracyjnego wtajemniczenia twardo brzmiącymi akcjami basu i perkusji. Faza wytłumienia syci się tu nade wszystko gitarowym pogłosem, a próba powrotu do wzmożonej ekspresji zostaje tym razem zwieńczona powodzeniem.

Trzecia, kluczowa dla dramaturgii dzieła narracja pleciona jest w fazie startu z drobnych, na ogół zniekształcanych fraz. Mroczna aura sprzyja rozbudzaniu kreatywności, a każdy z muzyków dokłada adekwatne trzy grosze. Improwizacja mieni się plejadą dźwięków, których źródła pochodzenia nie jesteśmy w stanie wskazać, a idea fałszywych fonii świeci tryumfy. Po ósmej minucie opowieść na pewien czas staje się duetem saksofonu i perkusji, a nowe szaty przyobleka po kilku kolejnych minutach, tym razem za sprawą post-metalowo brzmiącej gitary. Na etapie rozbłysku narracja zyskuje nowe barwy dzięki saksofonowi sopranowemu, a łamany rytm basu i perkusji intrygująco zapętla i tak już gęstą sieć dźwiękowych interakcji. Zwieńczenie koncertu jest stylowe, skrupulatnie budowane wstecznym odliczaniem aż po ostatnią frazę.




 

wtorek, 19 października 2021

Malignae! Cryptae! Dead Neanderthals! Hellish Form! Sly and The Family Drone! Sune Soundtracks! The bloodyhell round-up with bad taste!


W naszej pokrętnej rzeczywistości dnia codziennego bywają momenty, gdy ma się ochotę kopnąć owo tu i teraz w cztery litery, okręcić wokół własnej osi i wydać przeciągły okrzyk! Cokolwiek by o takiej ewentualności nie mówić, definitywnie warto rozładowywać emocje, zwłaszcza te złe, każdą dostępną metodą (oczywiście, dozwoloną zasadami życia społecznego).

Do takich działań warto mieć dobrą … ścieżkę dźwiękową, specjalną play-listę, która pozwala bez szwanku na umyśle, czynić porządek z wybuchającymi raz za razem emocjami. Trybuna Muzyki Spontanicznej dziś taki soundtrack dla Was przygotowała.

Sześć mocnych, mrocznych i bardzo emocjonalnych nagrań! Dźwięków, które potrafią boleśnie ranić, ale i rozbujać steraną wyobraźnię. Mniej w nich będzie tym razem improwizacji, więcej post-rockowych, wręcz black-metalowych doznań! Po świecie tego muzycznego szaleństwa oprowadzą nas wszakże nasi dobrzy znajomi z bezgranicznej planety improwizacji – Diego Caicedo, Rene Aquarius, czy Matt Cargill! Wrócimy do pewnego kalifornijskiego doom duetu, którym zachwycaliśmy się wiosną tego roku. Będzie głośno, czasami drapieżnie, czasami bardzo swobodnie i psychodelicznie. A zakończymy ten ultra trip w obłokach post-elektroniki, której zadaniem nie będzie jednak koić naszych zszarganych nerwów! Oj, nie!

 


Malignae  Enemigo Vital (Diego Caicedo’ bandcamp, DL 2021)

Debiut Maligny był niczym choroba dwubiegunowa, z jednej strony zawierał psychodeliczne, mroczne improwizacje na kilka kontrabasów, z drugiej black-metalowe mięcho, podane z gracją baletnicy! Na drugiej swej odsłonie załoga Diego Caicedo (gitara, kompozycje) mówi już do nas prosto z mostu – siłą rażenia, prostolinijnością artystycznego przekazu, dziką bezpretensjonalnością rockowej kapeli. Naszego ulubionego gitarzystę z Barcelony wspierają tu: Carlos Jorge – głos, Javi Garrabella – gitara basowa oraz Cristian Sarmiento – perkusja. Całość, to pięć utworów, które trwają 37 minut z sekundami. Dodajmy, iż płyta nagrana została po rockowemu – każda ścieżka osobno, a gałki potencjometrów znalazły się w rękach różnych producentów.

Kompozycje zawarte na płycie Enemigo Vital mają chwilami epicką wręcz rozpiętość, trwają nawet osiem czy dziewięć minut. Bazują na dynamicznym wstępie z riffami gitary, godnymi nie tyle klasyków ciężkiego metalu, ale raczej grunge’u, a nawet noise rocka, zwinnym rozwinięciu i niemal w każdym przypadku efektownym interludium, które przekierowuje narrację w otchłań mrocznego, gitarowego dark-ambientu, tak charakterystycznego dla solowych płyt Caicedo. W podobnym klimacie następuje zwieńczenie każdego z utworów, które potrafi trwać nawet kilkadziesiąt sekund. Narracja rockowego bandu zdobiona jest tu wokalem w estetyce black metalu, po części growlem, ale na tyle wyraźnie artykułowanym, iż zdecydowanie słyszymy, iż tekst został napisany w konkretnym języku (zapewne katalońskim).

Caicedo prowadzi band twardą ręką, ale nie komplikuje zadania sobie, ani partnerom. Po typową heavy rockową solówkę sięga bodaj tylko raz. Intrygująco frazuje w trzecim utworze, gdy w jego grze słychać echa prog-rocka, a nawet riffy przypominające najlepsze momenty kanadyjskiej grupy Rush. Tempo dyktuje tu prosty, ale bardziej punkowy niż metalowy drumming. Świetnie kreuje on zmienność akcji w utworze numer cztery, w którym także gitara zdaje się pokazywać więcej niż jedną twarz. Z kolei wyjątkowo intrygująco rozpoczyna się ostatnia kompozycja - gęsta magma progresywnej perkusji, która sunie na dużej prędkości, ciężki riff gitary godny najlepszych chwil Black Sabbath i milion rockowych pętli narracyjnych. Po zaskakującym stoppingu opowieść nabiera punkowego przyspieszenia. Flow gitary brudzi się, opowieść na moment staje w cmentarnej mgle, po czym rusza na finałowe złamanie karku! Co za emocje!

 


Cryptae  Decrepit Collection (Cryptae’ bandcamp, LP/DL 2021)

Czas na dwa spotkania z naszym kolejnym, stałym już przewodnikiem po świecie mrocznych, brudnych i zapalczywych dźwięków – perkusistą René Aquariusem. Najpierw duet z Keesem Peerdermanem (gitara, bas, syntezator?). W ramach pierwszego kontaktu z muzyką Cryptae proponujemy Nieudolną Kolekcję, reedycję dwóch pierwszych mini albumów, nagranych w latach 2017 i 2019. Muzycy przygotowali dla nas pięć meta rockowych petard, z których ta ostatnia trwa dłużej niż cztery poprzednie razem wzięte (całość, to niewiele ponad dwa kwadranse).

Model stylistyczny Cryptae, to motoryczna, prosta, punkowa perkusja i definitywnie szalona, kwaśna, ekstremalnie sfuzzowana gitara, która wraz z basem tworzy jeden strumień harsh-post-rocka. W ramach wisienki na torcie zmutowany kolejnym fuzzem (?) wrzask, który jako jedyny wskazuje na black metalowe inklinacje duetu. Jeśli w grze gitary chcielibyśmy dopatrzeć się bardziej oczywistych tropów stylistycznych, to kierunek naszych poszukiwań winien być definitywnie amerykański – dekady temu, w ramach szeroko rozumianego noise rocka, brzmienia bandów związanych choćby z Amphetamine Reptile, takie jak Tar (tu bardzo zagęszczony), prostolinijny, ale silnie zmutowany Guzzard, wreszcie wczesny, jakże surowy, na poły metaliczny Helmet.

Pierwsze dwa utwory mają dość rozbudowaną formę, trwają łącznie prawie 10 minut. Tempa, na ogół zróżnicowane dyktuje drummer, gitara zaś hasa do lewej do prawej i zdaje się nie mieć jakichkolwiek zahamowań. Rży jak koń, rzęzi jak gruźlik, pakuje w nas tony emocji w estetyce black & punky. Dwie kolejne petardy, choć krótsze w formie, zdają się do tego tygla zła wlewać nieco urozmaicenia. Choćby kwaśne frazy, ale i szczyptę melodii ukrytą za ścianą sfuzzowanej gitary. Ów chocholi taniec nad grobem rocka zdaje się być efektownym festynem, pełnym fajerwerków. Ostatni utwór, trwający prawie 19 minut, to już prawdziwie eksplozywna psycho-drama. Duża zmienność akcji, punkowe przyspieszenia, wokalne strumienie wymiocin, ale i pasma post-rockowych znaków zapytania, incydentalnych spowolnień i piekielnych autorefleksji. Pojawiają się pasma suchego, czysto brzmiącego syntezatora. Te ostatnie wieńczą zresztą cały utwór. Jako pierwszy gaśnie gitarowy fuzz, dzięki czemu usłyszeć możemy melodyjną gitarę, takiż bas, no i perkusję, która bije żwawy rytm do samego końca. Ostatecznie opowieść umiera na tle zawieszonej plamy syntezatora.

 


Dead Neanderthals  Rat Licker (wielu wydawców, 7” EP 2021)

Idziemy za ciosem! René Aquarius na perkusji oraz Otto Kokke na saksofonie – ten kompulsywny, ale dalece konceptualny duet znamy na tych łamach dokładnie z każdego nagrania, jakie poczynił przez jedenaście lat swojego istnienia. Ich niebywała przygoda muzyczna startowała od mini albumów, które mieściły w sobie po kilkanaście ledwie minutowych wyziewów punkrockowej nadekspresji, granych w jakże … free jazzowym składzie. Teraz Dead Neanderthals proponują nam śmiały powrót do przeszłości. Na siedmiocalowej płycie mają dla nas … 12 petard o horrendalnej mocy. Co ciekawe, w ramach wspierania umierających wydawców muzyki niepokornej, płyta udostępniana jest przez muzyków jednocześnie na bandcampach kilku labeli. Uwaga, całość tej szalonej historii, to ledwie 9 minut muzyki, nagranej tradycyjnie w White Noise Studio.

Punkowy, prosty jak tylko się da, motoryczny drumming i rozwrzeszczany saksofon, sfuzzowany niczym outsiderska gitara, siarczyście brzmiąca i kąsająca złą energią, to baza tej fantastycznej eksplozji heavy jazzu (tak onegdaj DN się samookreślali!). Tempa różne, na ogół szybkie, nanosekundowe chwile zawahania i całe kilometry jazdy na dramaturgicznym wydechu. W wielu momentach saksofon brzmi tu w kilku płaszczyznach, czasami przypomina nisko zawieszony, czerstwy syntezator, który znamy z wielu nagrań DN (credits o tym ostatnim nie wspominają).

Szczególnie wyraziste zdają się być ultrakrótkie parsknięcia dźwiękowe. Czwarty numer trwa 11 sekund, piąty 21, z kolei ósmy 25, a dziewiąty całe 18 sekund. Emocje, co chwila sięgają tu zenitu, a Rene i Otto, jak zawsze konsekwentni artystycznie, nie pozostawiają nam czasu na głębszą refleksję. Ostatni numer, choć nie trwa nawet minuty stanowi jakby stylistyczne resume tej płyty. Ostre frazy, efektowne zwolnienia, rockowe przełomy i post-gitarowe sprzężenia! Kochamy Dead Neanderthals lub … nienawidzimy. To równie gorące uczucia!

 


Hellish Form  Remains (Hellish Form’ bandcamp, CD/LP 2021)

Na ubiegłorocznej, pierwszej płycie kalifornijski duet zabrał nas swym niebywałym doom metalowym walcem (ostatnie słowo ma tu chyba podwójne znaczenie!) nie tyle do piekła, co do muzycznego nieba. Ich druga płyta delikatnie nasz entuzjazm dla ich dokonań temperuje, ale Hellish Form pozostaje jednym z najciekawszych nowych głosów w gatunku. Za dźwięki odpowiadają tu: Willow Ryan – gitara, syntezator, głos i teksty oraz Jacob Lee – gitara, bas i głos. Jak widać, płytowe credits nie wymienia perkusji, która zdaje się być niezwykle ważnym medium tego muzycznego szaleństwa (czyżby ów doom walec grany był metodami syntetycznymi?). Remains składa się z czterech części i trwa 44 minuty. Muzyka powstała wiosną ubiegłego roku.

Początek płyty buduje typowy dla tej formacji klimat – silnie sfuzzowany riff gitarowy, świetnie korelujący z wczesnymi dokonaniami Black Sabbath i pracująca step by step perkusja, która ryje doom bruzdę w ziemi. Narracja gęsta, ale z oddechem egzystencjalnej refleksji, jakże typowej dla dobrego black metalu. Głos szyje desperackim ściegiem, ale śle nam teksty, które przy odrobinie skupienia dają się sklecić w zdania mające sens logiczny. W dalszej części pierwszego utworu pojawia się pasmo syntezatorowe, które istotnie łagodzi ów fantastyczny do tej pory klimat trwogi. W ramach kolejnych dodatków, które zdobią narrację pozostającą w stanie wiecznej repryzy, nieco bardziej melodyjne frazy gitary i ponownie pasmo syntezatorowe. Druga opowieść delikatnie zwalnia (o ile to w ogóle możliwe!), znów stawia na delikatniejsze frazy gitary (oczywiście główny wątek gitarowy na mocnym fuzzie pracuje w sposób niezakłócony). Najpierw flow gęstnieje, po czym opada niemal na dno i z mozołem wstaje w formie syntezatorowego pasma, wyjętego z dumnej historii … new romantic from the 80’s.

Trzeci odcinek ponawia żmudną drogę przed siebie, jak zwykle bez jasno nakreślonego celu, gdzie nieustanne powtarzanie frazy jest naczelną konstytucją. Kolejne wejścia syntezatora niosą tym razem na swych barkach sporo mrocznych, definitywnie post-romantycznych skojarzeń. Muzyka zdaje się na tym etapie albumu nabierać chłodu, pewnej zimnofalowej (znów sięgamy do nomenklatury lat 80.) ornamentyki. Oto post-doom w nowej, jakże piekielnej formie. Ostatnią kompozycję kreują na wstępie liderujący fuzz gitary i nieco skonfundowane frazy syntezatora. Elementem porządkującym ów pozorny chaos zdaje się być wiecznie żywe doom drums. W ramach kolejnego urozmaicenia pojawia się tu pasmo gitarowe, które brzmi wręcz avant-popowo. Jedno z pasm syntezatora czyni równie istotne, stylistyczne spustoszenie. W połowie najdłuższej części płyty nasz walcowy doom niespodziewanie przyspiesza. Na samo zakończenie narracja znów równa krok do szyku podstawowego, a opowieść rozlewa się bardzo łagodnym, ale szerokim korytem dźwięków gitary i perkusji.

 


Sly & The Family Drone  Jamaica​!​! Meets Sly - Celebrating The End Together In The Good Time Swamp (Sly’ bandcamp, Cassette 2021)

Pozostajemy w kręgu muzyki definitywnie szalonej! Tym razem Matt Cargill i jego ponadgatunkowa załoga o przeuroczej nazwie Sly & The Family Drone (James Allsopp, Callum Buckland, Matt Cargill, Ed Dudley, w roli gościa Alan Courtis). Zwariowani Anglicy spotykają na swej drodze inną, równie zwariowaną załogę o nazwie Jamaica!! (Leon, Roberto, Mary, Josh, Richie, John, Jason, Duane, Eddy, Darren, Sebastian) i postanawiają wspólnie pocelebrować koniec. Nie wiadomo jedynie - ich, czy kogoś innego. Prawdziwa post-post jazda składa się tu z dwóch rozbudowanych meta improwizacji, które trwają łącznie niemal pełne 44 minuty. Nagranie nosi znamiona wstępu live.

Początek owego tajemniczego koncertu rozsyła błędne tropy. Łagodne, akustyczne dźwięki, które giną w głuchej przestrzeni pracującego wytrwale echa. Słychać odgłosy uśpionego miasta, pierwsze frazy perkusji i elektroakustycznego backgroundu. Powstaje nerwowy flow, który dramaturgicznie bazuje na powtórzeniach. Z martwych wstaje także saksofon, który śle roztańczone frazy, ale głęboko zanurzone w półmrocznym ambiencie. Narracja snuje się jak poranny deliryk, którego spacer po pustych ulicach zdobią jedynie incydentalne wybuchy żywej perkusji. Mniej więcej w połowie nagrania beat tej mocnej maszyny stabilizuje swój marszowy krok w nieznane. Oto sytuacyjny chaos, który jest w stanie zaskoczyć nas w każdej sekundzie swojego istnienia.

Początek drugiej części sprawia wrażenie, jakby był popromienną mutacją pierwszej. Post-psychodelia meta rockowych popłuczyn szuka dramaturgicznego punktu zaczepienia. Beat perkusji przypomina dobre, trip-hopowe wzorce sprzed trzech dekad. Napięcie rośnie, nie wiadomo jedynie, w którym kierunku. Pojawia się hiphopowy MC, który stara się budować flow, ale jego próby toną w hałasie przetworników gitarowych, pogłosie i delayach. Narracja staje w miejscu, po czym rusza od nowa i buduje kolejny, chaotyczny wątek, który prowadzi donikąd. Nie brakuje atrybutów rockowych, jest bas, zmutowana gitara (?), na powrót pijany saksofon i cudownie odnaleziony MC. Kwaśne frazy, efektowny rozgardiasz, podróż bez jakichkolwiek drogowskazów - aż trudno uwierzyć, jak dobrze można czuć się przy akompaniamencie takiego soundtracku! Docieramy zatem do mety cali i zdrowi.

 


Sune Soundtracks  Rituals (Głowa Konia Nagrania, DL 2021)

Na finał naszej dzisiejszej autodestrukcyjnej play-listy garść post-elektroniki, jaką proponuje nam Paweł Nałysnik. Swój gęsty, zaborczy meta ambient produkuje przy wykorzystaniu gitary, basu, organów i całej masy efektownych … efektów. Muzyka nagrana tego lata, składa się z sześciu części i trwa 37 minut.

Muzyk buduje napięcie bardzo stopniowo i z rozwagą sięga po kolejne narzędzia tortur. Najpierw wypuszcza dronowy passus, który brzmi definitywnie syntetycznie. Coś w nim pulsuje, coś żyje, coś próbuje oddychać. W kolejnej części pojawia się brud. Wgryza się w każdy dźwięk, repetuje, jak zepsuta prasa hydrauliczna, zanurzona w mrocznym pogłosie. Flow zdaje się już teraz posiadać bardzo bogate życie wewnętrzne. W kolejnej części zdaje się, że słyszymy pracę silnika wysokoprężnego, którego otacza mgła na poły harmonijnej pracy syntezatora. A może gitary? Coś zaczyna melodyjnie seplenić w czeluści tej elektromechaniki.

Najciekawsze na tej płycie zaczyna się wraz z utworem czwartym. Pulsujące echo post-techno daje tu rytm, plamy gitarowej syntetyki sycą zaś przestrzeń pewną równowagą emocjonalną, nieco czerstwą, ale dalece zmysłową.  Dancing ambient in the blue dark. Zaraz potem dostajemy się w chroboczącą przestrzeń, która zdaje się nie mieć końca. Ambient otacza nas z każdej strony, pulsuje pasmo basu, a całość nabiera charakteru otrzeźwiającej medytacji. Finałową ekspozycję otwiera wysoko zawieszony, syntetyczny dron. Jego sound znów pachnie siarką, on sam rezonuje niczym pijany robotnik przy pasie transmisyjnym. Nerwowa, gęsta końcówka dodatkowo buduje jakość całej płyty. Czekamy na followerów!

 

 

piątek, 31 lipca 2020

Tàlveg! Phicus! The Antistandard! Önilewaland! Yes, of course, Barcelona (and Valencia) is still alive!


Druga fala coraz mniej zabawnej pandemii zaczyna rządzić na Półwyspie Iberyjskim. Po kilku tygodniach new normal, przywrócono niestety pełny zakaz koncertowy. Zatem wszystkim nam pozostaje jedynie odsłuch muzyki w warunkach domowych. A nowych dźwięków, jak powszechnie wiadomo, nie brakuje, szczególnie w Barcelonie i pod świetnie rozpoznawalnym szyldem Discordian Records.

Przed nami dwie recenzje nowych tytułów DR (z udziałem naczelnego maga tamtejszej sceny - El Pricto!), ale na początek zapraszamy na mały festiwal nagrań naszego ulubionego katalońskiego gitarzysty Ferrana Fagesa. Najpierw zupełnie nowa formacja Tàlveg, potem krótki występ flagowego okrętu Barcelony - tria Phicus (jako zapowiedź ich nowego, dwupłytowego wydawnictwa, które ukaże się jesienią aż za Wielką Wodą!).




Tàlveg  Arbori & Ses-Sens (EP) (Tàlveg bandcamp, DL 2020)

Awizowane wcześniej trio Tàlveg tworzą: Ferran Fages na gitarze elektrycznej, Marcel·lí Bayer na saksofonie barytonowym oraz Oriol Roca na perkusji. Ubiegłoroczna, późno grudniowa sesja nagraniowa (Santa Eugènia de Relat, Avinyó) dostarczyła materiału na dwa wydawnictwa. Najpierw była to czteroutworowa epka, potem dziesięcioczęściowy długi format. Przekornie muzykę tam zawartą omówimy w odwrotnej kolejności. Całość trwa blisko godzinę zegarową.

Słowo się rzekło, odsłuch zaczynamy od Arbori! Konstrukcja dramaturgiczna płyty jest dalece niebanalna. Główną jej część stanowią cztery ekspozycje zagrane w trio, zawierające improwizacje kreowane w dłuższej perspektywie czasowej. Towarzyszą im cztery nagranie duetowe oraz dwa solowe, na ogół zwarte, krótkie i na temat, czasami nietrwające nawet dłużej niż minutę. Dwa duety otwierają całe nagranie. Najpierw cicha, metaliczna gitara Fagesa z intrygującym echem i spokojny drumming Roci, który w pieśni otwarcia nie ma najmniejszego zamiaru czynić komukolwiek nadmiernej krzywdy. Bardzo przestrzenna narracja, która przypomina wystudzonego z emocji post-bluesa. Po chwili ciszy część druga - krótka plama dźwiękowa czyniona przez dron masywnego saksofonu i przyczajoną na back-stage’u perkusję. Bez nadmiernego pośpiechu wchodzimy w pierwszą ekspozycję trzyosobową, która – uprzedźmy wypadki – skutecznie wybije nas z dotychczasowej, leniwej absorpcji dźwięków. Muzycy budują kolektywny flow, który jedynie w trakcie pierwszej pętli dba o nasze narządy słuchu. Znów opowieść pachnie bluesem, który z każdą sekundą gęstnieje, nabiera mocy i zdrowego, post-rockowego hałasu. W uszach dudni nam wspomnienie najlepszych lat nowojorskiego Sonic Youth, tu podawane jedynym w swoim rodzaju brzmieniem gitary Ferrana Fagesa. Następująca tuż potem minutowa porcja dźwięku gitary, z modulowanym echem i smutkiem … bluesa, pięknie łagodzi nastrój i każe z jeszcze większym zniecierpliwieniem czekać na tak zwany ciąg dalszy.

Wejście w piątą improwizację (znów w trio) jest umiarkowanie spokojne. Suche, ciche tomy i werbel, szklista, łagodna gitara i leniwe pół drony barytonu. Muzyka pełna post-rockowego spleenu zmysłowo snuje się po przestrzeni studia nagraniowego, kreowana minimalistycznymi i repetytywnymi działaniami wszystkich muzyków. Rodzaj wystudiowanej, ale gorącej opowieści, którą wieńczy gitarowe sprzężenie. Kolejna improwizacja, to powrót do formuły duetowej. Saksofon podaje dźwięki na dużym wdechu (nie bez udziału oddechu okrężnego), a wysuszona glazura werbla buduje zwinne tempo. Narracja dość szybko odnajduje się w części siódmej i znów słyszymy trio. Dłuższa ekspozycja, budowana w skupieniu siecią dźwiękowych drobiazgów. Dęciak gra krótkie frazy z pewną melodyką, gitara też coś dźwięcznie cedzi przez zęby. Modelu minimal zdaje się nie trzymać jedynie drummer, którego emocje niosą od ściany do ściany. Po czasie w tubie barytonu odnajdujemy drobinki jazzu, a spod strunami gitary kilka strumieni post-psychodelii. Na zakończenie czeka nas jeszcze wybuch niemal free jazzowych emocji.

Definitywnie wkraczamy w decydującą fazę Arbori. Minutowy spektakl solowy proponuje perkusista. Dużo w nim echa, sporo dobrych nerwów! Zaraz potem ostatni duet – tylko gitarowe flażolety i ćwierć drony z blaskiem pustych dysz barytonu. Kolejny już dziś, piękny minimal! Na finał płyty najdłuższa, niemal dziewięciominutowa opowieść. Znów delikatne flażolety, wyważony puls perkusji i plamy tłustego saksofonu. Skupieni, medytujący Fages i Bayer, aktywny i skoncentrowany na budowaniu narracji Roca. Ten ostatni zdaje się prowadzić kolegów, niczym ostatni rozsądny na czele bandy pijanych koniokradów. Jakże błyskotliwy moment! Gitara plami ściany post-ambientem, saksofon szkli się post-jazzem. Ślimaczym krokiem, budując drony pre-ciszy, muzycy gaszą płomień swojej doskonałej opowieści. Na sam koniec czujemy samotny oddech werbla.

Czas na dogrywkę! Ses-Sens! Cztery leniwe, trzyosobowe przygody dźwiękowe! Mikro akustyka otwarcia, to rezonujące talerze, nano frazy gitary i brudne, ale krótkie pasaże z tuby. Slowly & deadly as well! W drugiej opowieści artyści zdają się wybudzać ze swego metafizycznego snu. Ferran proponuje garść gitarowych eksperymentów z elektronicznym posmakiem. Saksofon podśpiewuje. Wszyscy kołyszą się na wietrze i gubią przestrzeń. Perkusja daje tu życie, pozostałe instrumenty lgną ku dramaturgicznemu unicestwieniu. Piękna medytacja! Trzecia opowieść bazuje na typowym brzmieniu gitary Fagesa – modulowany ambient konającego post-bluesa! Small drumming i para-jazzowe westchnienia saksofonu ów stan bystrze kontrapunktują. Aura permanentnej rozterki dramaturgicznej staje się chyba znakiem rozpoznawczym Tàlveg!

Czas na definitywny finał naszej podróży z trójką facetów z Barcelony. Smakiem, jakiej potrawy moglibyśmy się dobrze pożegnać? Tylko blues! Pokiereszowany dramaturgicznie pasaż dawno umarłych emocji, pełen zwiewnej gitary, suchych fraz barytonu z pulsem klasterów i symfonii głęboko oddychających talerzy, werbla i tomów. Powolność, konająca niecierpliwość, zdezelowana dziecięca huśtawka, która nie jest w stanie powstrzymać powtarzalności swych ruchów. Na ostatniej prostej muzycy nabierają jednak mocy (wszak lubią niespodzianki!), jakby niechcący proponują nam kilka bardziej żwawych fraz. W takiej sytuacji znów możemy liczyć na temperament Oriola! Ostatnie dźwięki należą jednak do gasnących strun gitary Ferrana. Brawo!




Phicus  Bootleg Series Vol. I (Phicus bandcamp, DL 2020)

Ferran Fages zostaje z nami, a dołączają do niego Àlex Reviriego (kontrabas) i Vasco Trilla (perkusja), zatem trio Phicus w pełnej krasie! W oczekiwaniu na nowy, czwarty już album grupy (ukaże się nakładem amerykańskiej Astral Spirits jesienią, w formie 2CD), muzycy proponują na swoim bandcampie serię nagrań koncertowych, którą otwiera nagranie live z lipca 2018 roku, poczynione … w piwnicy odsłuchowej perkusisty (barceloński adres, znany redakcji), a zatem raczej bez udziału publiczności. Dwie improwizacje trwają łącznie 25 minut.

W wir improwizującego tria wchodzimy, niczym złowrogi przeciąg! Kwaśne, zadziorne frazy gitary, kanciasty kontrabas, natrętna perkusja – muzycy kreują flow w niezłym tempie, ale pełni wrażliwości na niuanse brzmieniowe. Plotą opowieść, która ma treść (Vasco), rytm (Alex) i powykręcaną, szklistą melodykę (Ferran). Truely power impro post-rock’in! Po kilku przebiegach narracja z gracją traci na niedługi moment moc, a kontrabasista rozpoczyna swoje flagowe preparacje smykiem. Gęste, syczące i piszczące plamy dźwięków, które dzięki swojej pokrętnej melodyce zdają się być zdolne do skutecznego uwiedzenia niejednego kochanka. Tymczasem gitara i perkusja trzymają jarzmo głównego nurtu, dzięki czemu Phicus dobija do brzegu pierwszej improwizacji.

Druga improwizacja, zacznie dłuższa, rodzi się w pomruku, szeleście małych robaczków, wyposażonych w silniczki elektryczne, które drżą na werblu (specjalność zakładu!). Puste echo nie wiadomo skąd tworzy tajemniczy background. Coś ociera się o struny kontrabasu, coś lśni na gryfie wychłodzonej gitary. Opowieść tkwi w blokach startowych, wyczekuje pełna niepokoju. Z tej zawieruchy zaniechania buduje się dron, pełen rezonansu i akustycznego cierpienia. Werbel wciąż drży, kontrabas jęczy pod naciskiem smyczka, gitara produkuje nano frazy pojedynczą struną. Slowly & deadly, but beauty! W połowie improwizacji muzycy, miast rosnąc w siłę, niespodziewanie gasną i umiejscawiają swoją opowieść w pobliżu ciszy. Brzmienie całości przypomina zmutowany flow starego, bardzo starego AMM! Wraz z wybiciem jedenastej minuty Alex wzywa wszystkich do wybudzenia, szarpiąc na struny. Vasco włącza tryb deep drumming, a Ferran rwie wyjątkowo cienkie struny swojej gitary. A new deal! Rytm, półrytm, drżące skrzela ryby na powierzchni wody – gitara brzmi jak zepsuty silnik elektryczny, ale rozrabia na całego, perkusja i kontrabas lepią się w jedno pomarszczone ciało i robią swoje. W połowie szesnastej minuty narracja hamuje, co wcale nie przeszkadza generować gitarze kolejnych porcji hałasu. Przez moment mamy wrażenie, że jesteśmy w Nowym Yorku, prawie 50 lata temu, a na scenie gra lokalna gwiazda nurtu No Wave. Gitara stoi u podnóża ściany dźwięku, perkusja i bas rysują po szkle. Muzykom nie zostaje nic innego, jak ugasić ten pożar. Czynią to po mistrzowsku, głównie z wykorzystaniem gitary.




The Antistandard  Eaters! (Discordian Records, DL 2020)

Pozostajemy rzecz jasna w stolicy Katalonii, nie opuszczamy także gęstych, gitarowych klimatów. Przed nami druga odsłona księgi … Antystandardów autorstwa El Pricto! Za wykonanie ośmiu ognistych kompozycji Wenezuelczyka odpowiada bystry kwintet w składzie: Víctor Colomer – puzon, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Javi Garrabella – bas elektryczny, Enric Ponsa – perkusja, no i rzeczony mistrz ceremonii, El Pricto – saksofon altowy i dyrygentura. Nagrania koncertowe z klubu Sinestesia, trzy wiosenne daty z roku 2019. Odsłuch całość zajmie nam 56 minut z sekundami.

Post-zornowski tygiel emocji, pełny połamanych kołem żelaznym narracji, wytrysków ekspresji i ciszy pojedynczych oddechów, generowany od ściany do ściany, wzdłuż nurtu i w poprzek – oto i cały El Pricto! Pierwszy temat zarysowany jest na pięciolinii bardzo gęstym ściegiem – post-rockowe frazy gitary, dęte salwy i grzmoty sekcji rytmu. Opowieść toczy się wedle wskazań dyrygenta, przestrzeń na improwizacje nie jest duża, zatem muzycy starają się wykorzystać dla siebie każdą dostępną im sekundę, w ramach zadanej struktury rytmicznej i dramaturgicznej. Druga antystandard wprowadza odrobinę molowych klimatów do rzewnego zawodzenia, w czym celuje szczególnie puzonista. Trzecia opowieść to już prawdziwa furia free-noise jazzu! Ostro pod górę, i jeszcze dynamiczniej ku dołowi. Niedźwiedzie okrzyki, lamparcie wrzaski, wilcze pojękiwania - cyrkowy korowód w szponach zakontraktowanego heavy metalu (Caicedo!)! Struktura opowieści pęcznieje z każdą sekundą, która niesie kolejne tysiąc pomysłów na ciąg dalszy. Czwarty utwór odrobinę luzuje nacisk nogi na pedał gazu. Lżej nie znaczy jednak mniej gęsto. Zjazdy i podjazdy, wytryski gorącej spermy i salwy zimnej wody. Narracja dość długo poszukuje rytmu i odpowiedniej dynamiki (Aint Got Rhythm!), pozwala zatem muzykom na kilkusekundowe parady indywidualne (kilka bystrych fraz basu w trakcie incydentalnego spowolnienia!), ale w ułamku sekundy wszystko zdaje się wracać do norm stawianych przez kompozytora, dyrygenta i ognistego saksofonistę. Bystre dialogi dętych i smukłe figury gitar prowadzą kwintet do ostatniego dźwięku.

Piąta opowieść stawia na dysonans. Raz ostrzej, raz spokojniej, raz gęściej, raz płyciej. Krótka historia dewastowania drobnej melodyjki, łamania jej i na powrót klejenia. Szósta kompozycja energicznie … zdejmuje nogę z gazu! Łagodnie, bez pośpiechu – małe frazy, delikatne biczowanie. Najdłuższy utwór ma swoje prawa. Alt wydaje się być w tym momencie wyjątkowo skory do śpiewania. Muzycy budują post-swingowy flow, który raz za razem zostaje gwałcony zornowskim rockiem. W momentach bardziej subtelnych garść bystrego jazzu na gryfie basówki koi zszargane nerwy recenzenta. Warto było, bo siódma odsłona wali prosto w twarz i nie bierze jeńców. Opowieść toczy się od bandy do bandy, aż iskry lecą. Nie brakuje powtórzeń i akcentów znanych już nam z poprzednich utworów. Do środka i na zewnątrz, w górę i w dół. Melodia rwana i szarpana, ale nie na strzępy! Mimo dużej porcji ekspresji, fragment zdaje się być nazbyt silnie zaplanowany. Ósmy, finałowy antystandard ma za zadanie zadbać o nasze receptory słuchu – perkusyjne szczoteczki, leniwy saksofon, balladowe inkrustacje. Flow zdaje się być mniej poszarpany, bardziej płynny, z przewagą fraz budowanych dłużej niż kilka nano sekund. Napięcie wszakże narasta – puzon podśpiewuje pod nosem, a alt za ten nos wydaje się wodzić pozostałych uczestników. Dużo swobody, nie mała przestrzeń na indywidualne stemple jakości. Opowieść gaszona jest jednak bardzo kolektywnie, acz ciągle w klimatach post-balladowych. Oklaski!




Avelino Saavedra/ Diego Caicedo/ El Pricto  Önilewaland (Discordian Bootlegs, DL 2020)

Na okoliczność omawiania ostatniej dziś płyty przeniesiemy się o trzysta kilometrów na południe od Barcelony, do miejsca zwanego Önilewaland, a położonego w Valencii. Tam to właśnie zawędrowali El Pricto (saksofon altowy) i Diego Caicedo (gitara elektryczna) w maju 2017 roku, by swobodnie poimprowizować z lokalnym perkusistą Avelino Saavedra. Cztery utwory zarejestrowane na koncercie – łącznie 50 i pół minuty.

Perkusyjny szelest, minimalistyczne frazy z tuby saksofonu, pojedyncze dźwięki ze strun gitary – leniwe rozpoznanie walką, jakże typowe otwarcie swobodnej improwizacji, trwa w najlepsze! Muzycy proponują niezobowiązujący, nieśpieszny open jazz, który pod względem estetycznym zdaje się na początku kreować głównie gitarzysta. Moc bezpiecznych fraz w oczekiwaniu na to, co może nas spotkać za rogiem. Zgodnie z oczekiwaniami dynamika ekspozycji rośnie, a dźwiękowy strumień gęstnieje. Bystrym prowodyrem przede wszystkim Caicedo! Po kilku minutach odwagi i chęci podjęcia ryzyka jakby przybywało – gitara i alt wchodzą w fazę imitacji na wyjątkowo wysokich falach. Perkusja trzyma kontakt z podłożeniem, a piosenka rośnie w siłę. Na ostatnie kilka minut cała trójka może się już przełączyć w tryb swobodnego hałasowania z pikantnym posmakiem rocka. Druga improwizacja początkowo studzi emocje – elektroakustyczne preparacje na gryfie gitary, prychy i szmery z tuby, drżenie perkusjonalii. Flow wypełza ze swojej skorupy, niczym wielki ślimak złakniony zielonej trawy. Skupienie, tajemnica, rezonujące efekty dźwiękowych preparacji – improwizację budują naprawdę drobne elementy. Zwrot akcji następuje w momencie, gdy Saavedra na moment zostaje sam. Caicedo i Pricto powracają po ułamku sekundy, pełni para-perkusyjnych fraz. Nowy deal pachnie świetną kooperacją i plamami urokliwej imitacji. Emocje rosną, tempo także. Gitara repetuje frazę jak opętana, alt tańczy i śpiewa. Faza fire music, tak jak w pierwszej części, finalizuje improwizację, znów upstrzoną śladami dobrej, rockowej ekspresji.

W trzecią fazę koncertu muzycy wchodzą nad wyraz energicznie, bez specjalnej introdukcji. Dużo otwartego jazzu na gryfie, saksofonowe oddechy na sporej dynamice i kompulsywny drumming, nie bez prób preparacji. Faza tańca, ochrypłych pokrzykiwań gitary, całkowicie wyzwolonego bębnienia. Pod koniec odcinka zwierają szyki i sieją spustoszenie ognistymi frazami, szczególnie ze strony Caicedo! Finałową część koncertu muzycy rozpoczynają z pewną dozą autoironii. Rzucają w siebie frazami spod kolana, dobrze reagują - seria bystrych pytań i jeszcze celniejszych odpowiedzi. Znów opowieść smakuje jazzem, tu kreowanym szczególnie swobodnie i bezpretensjonalnie – lazy & crazy! Po kilku pętlach dramaturgicznych dywagacji narracja wybiera swój ostateczny szlak. Pricto sięga po ostre frazy typowe dla altu Johna Zorna, gitara strzela petardami jazz-rocka, perkusja trzyma serce opowieści spoconymi pałeczkami. Dobry finał jeszcze lepszego koncertu – dużo emocji saksofonu, szczypta wyrachowania gitary i końcowy ogień perkusji. Good job!