Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fernando Carrasco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fernando Carrasco. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 marca 2018

M.A.F.H! L'Ocell! Santos Silva! Kaze! Brûlez les meubles! Kaiser/ Clov/ Harris! More than fresh improvised summary on delayed spring! *)


Wiosna, a raczej uciążliwy proces wyczekiwania na nią, ryje nam wulgarnie usposobienie od wielu dni i wciąż każe krzyczeć why???? Paskuda meteorologiczna dopada chyba wszystkich, bo nawet na naszym ulubionym Półwyspie Iberyjskim temperatury bywają dość kuriozalne, jak na tę porę roku! Czas odczynić złe moce!

Sześć intrygujących świeżynek, niebanalnych improwizacji, czasami silnie osadzonych w jazzie, kolejna porcja nowych nazwisk i inspiracji do przerobienia. Trybuna Muzyki Spontanicznej nie zna lepszej metody na radykalną poprawę nastroju!

Walencja, Barcelona, Lizbona, New Haven, Quebec i Chicago – to nasza dzisiejsza marszruta (z punktu widzenia miejsc powstania nagrań)! Do czytania, potem do słuchania, zachęcamy bezwzględnie! Happy New Easter!




M.A.F.H  More Acid For Hegel (Discordian Records, 2018)

Na początek prawdziwe trzęsienie ziemi! Antonio Luis Guillén na gitarze elektrycznej i Avelino Saavedra na perkusji. Nagranie studyjne z Walencji, 8 odcinków z dalece frapującymi tytułami, 39 minut z sekundami.

Acid For Hegel. Ostro, na skróty, z odpowiednią dozą artystycznej bezczelności. Bardziej niż dynamicznie. Gitarzysta umoczony po same uszy w hałasie, plecie nad wyraz zwinne, ultra szybkie palcówki! Drummer w ogniu krzyżowych pytań i wyjątkowo ciętych ripost. Improwizowany death metal? Dlaczego nie! Fungi For Foucault. Spokojniej, w oparach stygnącego post-noise’u. Filozoficzne dywagacje na prawdziwym kwasie! Intrygująca, post-metalowa sonorystyka. Ketamine For Kant. Groźny riff ryje nam mózg! Perkusja ma chyba nawet dwie stopy! Narracja w tempie karabinu maszynowego, karkołomne zwroty akcji, krwawe kontrapunkty. Piekielny kocioł energii w stanie wrzenia. Muzycy pętlą się i wchodzą w ekstremalne zwarcia. Prawdziwa ketamina w użyciu! Niemal 7 minut oczyszczającego doznania estetycznego. Gitara płonie, a zaraz potem parę sekund niezbędnej ciszy. M&Ms For Marx. Odrobina dodatkowej przestrzeni w ramach łykania brakującego oddechu. Kind of funky,  jakkolwiek w dynamicznym i szalonym wydaniu! Przestery i sprzężenia, silnie energetyczna perkusja. D-Romilar For Deleuze. Gitara wkracza śmiało w obszar psychodelii. Okrężny drumming. Szczypta niedynamicznej narracji na ułamek sekundy. Potem powrót dobrego speedu, który wiedzie nas na orgiastyczne zatracenie. Energia kinetyczna rozsadza muzyków od środka. Na finał kilka niuansów sonorystycznych na gryfie. Lait Pour Lyotard. Najdłuższa opowieść. Gitara brzmi jak upalone piano Fendera. Bardzo dynamiczny small drumming. Pomysły na gryfie sypią się jak z rogu obfitości. Metalowa sonorystyka w natarciu. Wyjście z klincza narracyjnego, w estetyce post-funkowej, więcej niż błyskotliwe. Z dużą ilością kwasu na strunach. ZZ Top w trakcie przedawkowania! Ortegasmatrón. Co za tytuł?! Trochę echa, które multiplikuje efekty kolejnych szaleństw gitarzysty. Narracja szyta gęstym ściegiem. Tysiąc pomysłów na sekundę, prawie wyłącznie udanych. Stylowy rezonans na perkusji, w tle psychodelizująca gitara. Brawo! Meta psycho symfonia! More Acid For Hegel. Czas na finał płyty i tytułową ekspozycję. Kwas na gryfie tryska po oczach i uszach. Wciąż szybciej niż jest to możliwe. Ciało w ciało, myśl za myślą! Doskonała kooperacja. Tętno: 220 na 150! Wulkan! Gitarzysta zdaje sie, że ma już gotowy cyrograf do podpisania – potrafi tu zagrać wszystko! Morze kwasu leje się z pomiędzy strunami. Muzycy ani na moment nie zdejmują nogi z gazu. Prawdziwi gladiatorzy!




L'Ocell L'Ocell (Kaseta, Absent Tapes, 2018)

Pozostajemy na Iberia! Lokujemy się w zaciszu domowej kwatery Fernando Carrasco (gitara akustyczna), który przywdzieje szaty gospodarza. W roli zaś gościa - Àlex Reviriego (kontrabas). 11 improwizacji pod nazwą własną L’Ocell. Jesień 2015 roku. Wnikliwi Czytelnicy Trybuny zapewnie rozpoznają tych muzyków bez pudła. Taak! To połowa kwartetu Völga i jedna trzecia tria Phicus! Obie zacne załogi, z samego serca Katalonii, popełniły w roku ubiegłym debiutanckie płyty, dokładnie tu, na polską krwią skropionej ziemi! Wizerunki obu wydawnictw – jakże dynamicznie czerwone! - w boczku tej strony.

Od startu atakują nas dwa drony, usytuowane na przeciwległych biegunach spektaklu. Po jednej stronie gitara ze szczyptą sonore, w siarczystej, metalicznej ekspozycji, po drugiej zaś, nisko zestrojony kontrabas, płynący bardzo zwartym strumieniem. Rodzaj dyskusji bez nacisku na konfrontowanie poglądów. Narracja, która lubi przybierać kształt crescendo, by za moment opaść jak jesienny liść. Na finał pierwszego odcinka batalia na akordy. Drugi otwierają pasaże strunowych obcierek, lekkich, metalicznych, w klimacie wczesnego Sonic Youth. Rockowa temperatura, próba call & response z inicjatywy gitarzysty. Rwana narracja, trochę bez rdzenia kręgowego. Po 4 minucie, bez uszczerbku dla czegokolwiek, mogłaby trafić pod nożyce edytora. Trzeci wita nas sonorystyką z głębokiej krypty. Plus garść prostych akordów z gitary, nieco wyzbytych emocji. Miniatura czyniona z chłodną kalkulacją. Czwarty, to jakby ciąg dalszy, choć po stronie Alexa krew pulsuje szybciej. Fernando buduje kolejną niezbyt skomplikowaną narrację na gryfie, kind of fired americana - notuje recenzent.  W sumie to niezłe tło dla szaleńczych pasaży Alexa na samym dnie podłogi. Piąty szybuje bardzo wysoko. Aż uszy cierpną! Muzycy piłują paznokcie, a nas bolą zęby. Dwa smyki w tańcu na zatracenie, tuż po wyjściu z impasu. Ciekawe akustycznie zderzenie rezonansu i pulsacji. Szósty - szczypta innych dźwięków na strunach gitary. Alex znów dość wysoko, ale i dynamicznie, jak na ten duet. Na finał udane zejście w ciszę. Siódmy – muzykom jakby trochę brakowało cierpliwości w budowaniu bardziej złożonych narracji. Tu, duet dwóch gitar akustycznych, którym nigdzie się nie śpieszy. Bawią się w delikatne polifonie, zakończone skromną pyskówką. Ósmy, najdłuższy – sporo sonorystyki, pasaże niskie, pasaże wysokie. Gitara szuka wytrwale nowych rozwiązań, co dobrze wróży końcowej części płyty. Po chwili aż zrywa podłogę głębokim smykiem.  Śle też pojedyncze, rezonujące akordy, które przypominają lepsze fragmenty Völgi. Alex też ma pod ręką pomysły kwartetowe i wpada w konwulsje, które niosą ten odcinek na sam szczyt recenzenckiej oceny. Dziewiąty otwiera szorstka glazura rwanego dźwięku. Szczypta baroku, rozszarpywana ostrymi kłami, na prawo i lewo. Gitara aż skowycze! Brawo! Błyskotliwa miniatura! Dziesiąty, to akord gitary w silnym rezonansie, w opozycji do gadającego kontrabasu. Mnóstwo pięknego brudu na gryfie większego ze strunowców. Skowyt, taniec, złorzeczenie! W odpowiedzi gitarowa americana na delikatnym speadzie. Jedenasty, znaczy ostatni – igraszki na całego, puk puk na pudle rezonansowym mniejszego, wycie do księżyca większego. Zmysłowe! Gitara też brzmi inaczej, kind of raga? Dziwne skale. Muzycy brną w nieznane i czynią to wyjątkowo przekonywująco. Dwie smykowe symfonie żałobne, trupie dźwięki. Trzecia kwarta tej płyty, także ostatni jej fragment, windują ocenę recenzenta o kilka szczebli wyżej.




Susana Santos Silva ‎ All The Rivers – Live At Panteao Nacional  (Clean Feed, 2018)

Still Iberia! Przenosimy się na zachodni kraniec półwyspu, do Lizbony. Drobna niewiasta w wielkiej, zamkniętej przestrzeni, sama z instrumentem, gotowa na każde wyzwanie akustyczne. Susana Santos Silva – trąbka, tin whistle (mały instrument dęty, podobny do fletu), dzwonki. Nagranie z oklaskami - Panteão Nacional, w ramach Rescaldo Festival, luty 2016. Jeden trak, 42 minuty i sekunda.

Środowisko naturalnego ambientu, dużego obiektu o solidnych podstawach i grubych murach, które generuje własny, niebanalny i dość intensywny przydźwięk. Pogłos żyje tu własnym życiem, zdaje się być nie do opanowania. Trębaczka stawia mu jednak czoła i za pomocą niezbyt dużego instrumentu dętego, blaszanego, próbuje ów wir dźwiękowy okiełznać. Rodzaj eksperymentu, próby poszukiwania właściwego brzmienia i sposobu, w jaki rozprzestrzenia się dźwięk. Sam obiekt, jego gabaryty, stanowią ważny element składowy spektaklu. Fizyka fonii, kinetyka dźwięku. Muzyka płynie, rezonuje, fizycznie dekonstruuje się na załamaniach przestrzeni, odbija się od ścian, tańczy i swawoli. Czy to już przykład muzyki konkretnej? Muzyka architektury, architektura dźwięków. Sama narracja, improwizacja (o ile jest) zdaje się być dość jednorodna w formie, dramaturgicznie niezbyt wyszukana. Tu forma, sposób, w jaki dźwięk radzi sobie w przestrzeni, bywa zagadnieniem bardziej dla muzyka frapującym. Dźwięki, który multiplikują się, które wpadają w polifoniczny wir. Być może ten koncert, to bardziej lekcja fizyki. W 10 minucie, szczypta sakralnych dzwonków, które być może coś oznajmiają, być może jedynie zapraszają na rytuał. Przestrzeń tak intensywnie szumi, iż każdy dźwięk zdaje się być indywidualnie zaznaczony, akustycznie napiętnowany. Meta muzyka? Metafizyka i oniryzm w służbie narracji? Powrót trąbki, która potrafi być drapieżna, jakby chciała zawłaszczyć dodatkowe porcje przestrzeni. Dużo porcji echa i rezonansu, który zdaje się być całkowicie naturalny w tych okolicznościach scenicznych. Samych dźwięków w jednostce czasu nie ma zbyt wiele, trębaczka operują pauzą, by niemal każdy dźwięk miała szansę na foniczną eksplorację przestrzeni. Skutek dramaturgiczny takiego wyboru jest następujący – koncert w wielu fragmentach jest dość monotonny, a osiągany poziom emocji daleki od stanu wrzenia (choćby 15-19 minuta). Recenzentowi wydaje się, iż gdyby Susana spróbowała stosować więcej dronów (długich, trwających fraz), w kontekście posiadania tak wielkiej przestrzeni, efekt mógłby być dalece ciekawszy, nawet bez użycia amplifikacji (na przykład w estetyce niektórych solowych ekspozycji Nate’a Wooleya). Okres przed 30 minutą, to czas, w którym doświadczamy więcej brudnych, mutowanych dźwięków, trzasków, drżenia i skomlenia. Jakby siła pogłosu jeszcze rosła, a akustyka całości nabierała nieco dubowego klimatu. 34 minuta, to próba ekspozycji na samym ustniku lub też moment, w którym Susana sięga po tin whistle (smak czegoś na kształt… meta etno). Odbiorca wciąż analizuje formę, brzmienie, nie ma jednak bazy do eksplorowania procesu improwizacji. Mniej przestrzeni, więcej dźwięku! – utyskuje recenzent pod nosem, choć bez problemu docenić potrafi zamysł artystyczny Portugalki. 40 minuta, to drobne spiętrzenie dźwięków na sam już finał koncertu, które nosić może znamiona eskalacji. Jakkolwiek przestrzeń i pogłos rządzą tym nagraniem aż do całkowitego wybrzmienia. Tuż po nim, kilkudziesięciosekundowa burza oklasków.




Kaze  Atody Man  (Circum-Disc, 2018)

Pozostajemy w towarzystwie improwizującej trąbki (dojdzie nawet druga!), a geograficznie przenosimy się na północ, do Francji. Nagranie powstało, co prawda w słynnym Firehose 12 w New Heaven (USA), ale płyta ukazała się definitywnie pod flagą trójkolorową, a jest zapisem fonicznym spotkania dwóch muzyków francuskich i dwóch japońskich. Na trąbkach - Christian Pruvost i Natsuki Tamura, na perkusji - Peter Orins, zaś na fortepianie, najbardziej tu rozpoznawalna - Satoko Fujii. 6 odcinków z tytułami (kompozycji) trwa ponad 69 minut, a spotkanie czwórki muzyków miało miejsce w czerwcu 2017 roku. Muzycy funkcjonują pod nazwą własną Kaze, a ten krążek jest ich piątym wydawnictwem.

One. W ramach introdukcji, dwa trębackie drony, w tym samym rejestrze, plotą unisono krótkie pasaże, przerywane kilkoma sekundami ciszy. Powtarzają proceder kilkukrotnie, po czym delikatnie rozwarstwiają się i modulują swój sound. Odrobina sonore w oczekiwaniu na wejście pozostałej dwójki muzykantów. Talerze rezonują, piano ledwie muskane przez palce pianistki. Experimental free contemporary? W 5 minucie Satoko skutecznie nadaje ład tej narracji. Kameralistyka improwizowana? Tak! … przy użyciu minimalistycznych schematów kompozycyjnych – recenzent odczytuje z opisu wydawcy i posłusznie… zgadza się z nim. W 7 minucie progresywny drumming zmienia obraz całości i przenosi nas w silnie free jazzową eskalację. Zdaje się, że w tej zabawie chodzi przede wszystkim o improwizację. Uff! – wzdycha uspokojony recenzent. Nie brakuje także melodii, czy zgrabnych tonacji. W sumie ... what ever you want. Innymi słowy – na bogato. Two. Perkusja na początek. Na jazzowo, ze szczyptą repetycji i ciszy w roli interludium. Swobodny duet z pianem. Wejście trąbek w etosie gatunku, nawet hard-bopowo! Znów sporo ciszy pomiędzy. Sonorystyka trąbek udana, ponownie jednak przeładowuje stylistycznie nagranie. Bez specjalnych emocji, klasowe rzemiosło. Skok w ekspresję free po paru chwilach, tym razem nie zaskakuje. Recenzent zastanawia się, ile w tym tyglu różnorodności, kreacji ad hoc, a ile czynione jest wedle zapisów scenariuszowych. Sporo przegadanych fragmentów, balladynek dla grzecznych dziewczynek. Finał w galopadzie, też nieco wykalkulowany. Three. Na start piano, nawet toy piano. Odrobina preparacji z dziwnymi dźwiękami, bystro skomentowana przez sonorystycznie nastawione trąbki. Trochę campowego chaosu. Interludia z pięciolinii, niczym pięść do nosa, skutecznie psują efekt udanych pomysłów improwizatorskich. Kolejne depnięcie na gaz i ucieczka w swobodę, znów okazuje się najlepszym rozwiązaniem. Four. Tym razem slow minimal piano intro for silent listeners! Satoko jest w tym najlepsza. Melodia, harmonia, tak ładne, że aż …nudne. Kwartet podaje temat. W kategorii main stream także daliby radę! Solo perkusji trzyma poziom. Cały numer wprost do ECM! Five. Wyraziste solo trąbki, kreatywne, niebanalne. Po 120 sekundach gra już cały kwartet. Muzycy śmiało wkraczają na obszar free improve. I świetnie sobie radzą! Bystre percussions solo! Oto numer, który bez cienia wątpliwości uznajemy za opus magnum tej płyty. Trąbki gadają ze sobą niebywale błyskotliwie, piano tworzy zmysłowe tło, a drummer ma tysiące nowych pomysłów. Sonorystyka, preparacje, rezonans. Atak, wyciszenie. Tuby gotują się, struny szeleszczą. 11 minuta, to doskonale solo Satoko. Psychodelicznie wewnątrz, dynamicznie na zewnątrz. Finał jest brawurowy, odrobinę podniosły w klimacie, ale świetnie komentuje wyczyny pianistki. Six. Solo perkusjonalne. Cisza i spokój. Atonalnie, niebanalnie. Muzyk tak się rozgrzał poprzednim numerem, że potrafi już tylko doskonale improwizować! Trębacze z szeroko otwartymi ustami, pięknie komentują wyczyny kolegi. Pianistka, głęboko zanurzona z pudle rezonansowym fortepianu, czyni dokładnie to samo. Jest szczypta melodii, a wszystko dzieje się na pograniczu ciszy. Incydentalnie zmysłowe mikrodrony. Gdyby jeszcze trąbki poszły w sonore…, ale zapewne scenariusz, któremu szczęśliwie wiele minut temu muzycy wymknęli się spod kontroli, przewiduje inne rozwiązanie. Efektowne wybrzmienie.




Louis Beaudoin-de-la-Sablonnière/ Éric Normand / Louis-Vincent Hamel  Brûlez les meubles  (Circum-Disc/ Tour De Brass, 2018)

Spal wszystkie meble! Tym szczytnym hasłem (tytułem płyty) muzycy pewnego tria, wprost z francuskojęzycznej części Kanady, zapraszają nas do słuchania swojej muzyki. Louis Beaudoin-de-la-Sablonnière na gitarze elektrycznej, Éric Normand na basie elektrycznym i Louis-Vincent Hamel  na perkusji. 7 kompozycji (muzycy dość demokratycznie dzielą się obowiązkami w tym zakresie), blisko 38 minut muzyki. Płyta wydana w ramach kooperacji francusko-kanadyjskiej. Muzyka zarejestrowana w Saint Maxime du Mont Louis (Quebec) w lipcu ubiegłego roku.

One. Mocna, jazz-rockowa sekcja, zwinna gitara z prądem, która uwielbia fussion, ale także świetnie radzi sobie w jazzie środka. Od pierwszej chwili doskonale pracuje basista, który nie dość, że trzyma fundamenty rytmu i harmonii całego przedsięwzięcia, to permanentnie tkwi w procesie improwizacji i snuje niebanalne historie, bez zbędnych przerw na papierosa. Drummer czujny, bystry, still on time, udanie dynamizuje poczynania tria. Są dobre tematy i wyśmienite improwizacje, podawane bez spinania muskułów, z dużym feelingiem. Two. Melodia, smak, rytm – tu na spokojniej. Precyzja, kreatywność, także bezpretensjonalność. Temat główny powraca jak mantra i wyznacza szlak improwizacji. Three. Postmodernistyczne fussion generowane z precyzją sapera. Trzy stróżki improwizacji, które przenikają się wzajemnie. Świetna komunikacja, czujność, bystre interakcje. Mainstream jazz rocka w wykonaniu trzech naprawdę błyskotliwych instrumentalistów. Siedmiostrunowa gitara, kwiat współczesnej sceny Quebecu (jak mówi wydawca). Sporo detali, subtelności aranżacyjnych w muzyce, która nie odkrywa świata, ale urzeka formą, jakością wykonania i prostotą przekazu. Four. Bardziej dynamicznie, ze szczyptą hałasu na gryfie (też potrafi, jeśli pytacie!). Zwinna miniatura, mniej niż dwie minuty. Five. Nowa porcja energii. Kind of funk! Bas wspaniale pracuje, kreśli pętle i tańczy, gitara w repetycji, wyrazista perkusja. Ta muzyka nie kreśli w głowie recenzenta wyszukanych metafor, sprawia wszakże czystą, żywą, wręcz zwierzęcą przyjemność w odbiorze. Pure high jazz, Man! Po 4 minucie, zejście w dół i garść pięknej psychodelii wprost z obu gryfów, na spokojnym wybrzmieniu. Brawo! Nie ma fajerwerków, muzycy prostymi środkami osiągają doskonały efekt. Six. Wolnym krokiem, kontrapunkt goni kontrapunkt. Gitara i bas plotą kompatybilne opowieści, perkusja tuż za nimi, śledzi ich każdy krok i zdobi synkopami.Ta opowieść zdaje się być bardziej konwencjonalna, ale swobodnie raduje ucho. Seven. Co za synkopa!? Co za rytm!? I jaki riff gitarowy!? Do zakochania! Na finał pieśń umoczona w rockowym sosie. Kocia zwinność, perfekcja wykonania i radość grania. Rytmy i przestery. Bas, który kreśli sinusoidy i tańczy wokół własnej osi, gitara w podskokach. Jakże rozwojowa historia. Zejście w trucht, wprost z galopu - imponujące. Świetna ekspozycja perkusisty, dla podkreślenia jego doniosłej roli w dziele tworzenia – tu, na tle gitarowych pląsów. Recenzent dawno nie był tak blisko jazzowego mainstreamu i dawno nie miał z tego powodu tak wielkiej radości słuchania! Raz jeszcze brawo!




Steve Kaiser/ Alex Clov Baczkowski/ Bill  Harris  Measure Once, Cut Twice (Amalgam, 2017)

Na koniec dzisiejszych przedwiosennych guseł, porcja zdrowego jazzu (z ambicjami free) wprost z wietrznego miasta! Steve Kaiser na gitarze, Alex Clov Baczkowski na saksofonie altowym i barytonowym oraz Bill Harris na perkusji i instrumentach perkusyjnych. 8 improwizacji (all music by the musicians), blisko 54 minuty. Nagrania z sierpnia 2016 roku, z Music Garage/ Chicago.

One. Drapieżny baryton, gitara pełna jazzowego spleenu, bystra perkusja. Dość żwawa narracja, której brak kontrabasu nadaje posmak nieoczywistości i dość specyficzny drive. Synkopa, która trzeszczy i krąży wokół siebie. Two. Więcej skromnej sonorystyki, szumiące dysze, drżące talerze i gitara w łagodnych pląsach. Udane przejście w bardziej dynamiczne pasaże, choć nie na długo. Ekspozycja gitary dość konwencjonalna, jazzowa, jak pan bóg przykazał. Drummer często sięga po synkopę i rytm, czasami zbyt natarczywy, nadmiernie bezwzględny. Powrót barytonu konkretny, dosadny i wyrazisty. W nastroju do swawolenia. Finał kawałka osiągnięty w wyzwolonym galopie. Three. Alt, flażolety, repetycja, nostalgia i zaduma – to atrybuty introdukcji. Temat pod dyktando melodyjnego saksofonu i refleksyjnej gitary, wbrew rytmice perkusji. Po 4 minucie balladowe, nieco hipisiarskie wybrzmiewanie. Four. Skromne percussions, ekspozycja solowa. Szczypta sonorystyki w tubie, na gryfie igraszki na poły akustyczne. Narracja ciekawie narasta, a każdy z muzyków na swój sposób wgryza się w bieg improwizacji. Kolejny krok, to galop w estetyce free, formule, która dobrze robi tej płycie. Five. Jakby ciąg dalszy, konstytuujący tezę, iż w dynamicznych pasażach muzyka tria zyskuje na wartości. Tu, świetna ekspozycja altu. Six. Kolejna jazzowa synkopa z gitarą, które snuje scofieldowskie opowieści o udanych związkach damsko-męskich. Drive perkusji dość progresywny, ale to alt zdaje się tu wnosić odrobinę świeżości. Gitara niezwykle niechętnie wychodzi poza schemat. Po 4 minucie buduje solo przy wsparciu drummera, bez ekscytacji. Nagłe wtargnięcie barytonu, trochę na wariackich papierach, zdecydowanie ratuje ten fragment. Wymusza dialog, w którym gitara czuje się nieco swobodniej. Na finał eskalacja barytonu! Seven. Baryton z gitarą, tym razem randka we dwoje. Perkusja wchodzi im w słowo i kontrapunktuje, znów odrobinę zbyt intensywnie. Szczypta muskulatury, zwarć w półdystansie. Chropowaty baryton, to znów najlepsza rzecz, jaka przydarzyć się może tej improwizacji. Pod koniec niespodziewana próba call & responce, dość udana, tuż po niej samotny drumming. Eight. Na sam już finał najdłuższy fragment płyty. Sonore z ciszy, po talerzach i krawędziach werbla. Alt w molowym pasażu, gitara po swojemu. Ballada, która staje się dialogiem, a potem marszem ku górze, w poszukiwaniu źródeł eskalacji. Tym muzykom nadmiar ekspresji nie szkodzi, to już świetnie wiemy. Dobra akcja gitary, eksplozywny, silny alt, no i rytm, który nie znosi zdań odrębnych. Ostatnie 3 minuty wynoszą ocenę ogólną płyty na nieco wyższy poziom. Na ostatniej prostej ciekawy, drobny incydent perkusjonalny. Być może zbyt późno zaproponowany. 


*) ang. Więcej niż świeże, improwizowane podsumowanie z okazji opóźnionej wiosny

poniedziałek, 22 maja 2017

Völga - the artistic quartet by Fernando Carrasco, Àlex Reviriego, Iván González and Vasco Trilla. The reviews in english


I would like to announce that CD Völga by Fernando Carrasco, Àlex Reviriego, Iván González and Vasco Trilla, the first recordings of the new label Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, is still available from this place in net: to buy

Below the first review of this music, created by Maciej Lewenstein, the author of the book Polish Jazz Recordings and Beyond. Published by permission.

After it, the english translation of the review created by me in polish and published at Spontaneous Music Tribune in march.




***** Völga, Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, MPSMT001 Vasco Trilla (dr & assorted perc); Fernando Carrasco (acous g, elec g, objects); Alex Reviriego (b, prep b); Iván González (t). March 2016.

Andrzej Nowak, whom I met at the concert promoting "Völga" in Màgia Roja in Barcelona, is together with my friend Tomasz Konwent a co-producer of this incredible album and the initiators of the Spontaneous Music Tribune series. During his stay in Barcelona he told me that he would seek means to produce improvised music mostly from the Peninsula Iberica, because this kind of music is particularly fresh and exploratory. After thinking about, after listening to "Völga" several times, after the first week of May 2017 with Agustí Fernández Liquid Quintet, El Pricto and Vasco Trilla I must say that I agree completely. The scene around Barcelona led by Agustí, has its cult clubs: SODA Acústic, associated with El Pricto, and 23 Robadors, associated with Ramon Prats, Tom Chant, Vasco Trilla, Albert Cirera, and others. Barcelona has an amazing label led by El Pricto: Discordian Records, that makes releases only in the electronic form, but has already over 100 positons in the catalogue.

Lisbon is another heaven for avantgarde music with the label like Clean Feed Records (that includes in the catalogue Tim Berne, Carlos Bica, Anthony Braxton, Mark Dresser, Ellery Eskelin, Peter Evans, Scott Fields, Fight the Big Bull, Charles Gayle, Dennis Gonz'alez, Mary Halvorson, Alfred Harth, Tony Malaby, Joe Morris, Evan Parker, Elliott Sharp, Ken Vandermark, Otomo Yoshihide...), and musicians like Rodrigo Amado, Miguel Mira, Gabriel Ferrandini and so on. Saying all that I must admit that I am ashamed: I have never been to Lisbon.

Why is "Völga" so special? Why Andrzej Nowak writes in the liner notes "All that tend to expect from an improvising quartet, all the typical delight which we imbibe from the improvising trumpet, guitar, double bass and drums, lose all its significance at this very moment. The album in front of us wil significantly break our longstanding acoustic habits. " And it does indeed.

There several things one can say about this album, and I summarize them below. Some are rational, some not...
• This record sounds amazingly fresh. You have never listened to something like that before.
• In a sense the music can be qualified as a contemporary free improvised minimalism. Long, repetitive sounds and sound patterns are overwhelmingly present. Yet, the music is collectively improvised, so in this sense very different from typically composed minimalistic compositions
• The music is predominantly acoustic. 50 years after the debuting performance of Jimi Hendrix Experience in Tops of the Pops electric guitar with all its possibilities became maybe not acoustic instrument, but evidently not THE instrument of the electronic music.
• Practically all members of the group play instruments, but what they play does not sound like the instruments they play. This is particularly true about Vasco: his drums/percussion can sound like a violin or synthesizer. But, this is true about the others also: the trumpet may sound like a saxophone or percussion, the guitar with a bow may sound like a cello, the prepared bass may sound like a percussion set or a trumpet, and so on.
• The music is quiet and meditative, yet there are internal mini-explosions of emotions, something I have never heard before.

The disc contains four track named after places on the Volga river: "Valdái", "Samara", "Kalmukya" and "Astrakhan". They all are similar, yet very different, but there is no reason to distinguish one. The record is outstanding as a whole.

by Maciej Lewenstein




Völga - the artistic quartet by Fernando Carrasco, Àlex Reviriego, Iván González and Vasco Trilla

Time and place of the event: 18 March 2016, Saudades Studio, Canovelles (Barcelona province).

People and objects: Fernando Carrasco - acoustic and electric guitar, effects and objects, Àlex Riveriego - double bass, also the prepared one, Iván González: - trumpet, Vasco Trilla - percussion instruments. In the acoustic space of the recording - as heard from the left to the right - the guitar, percussion set, trumpet and double base.

What we play: improvised music, signed by their creators, musicians who constitute the quartet (all music by Volga).

The final effect: four improvisations, each carrying a title (total of 47 minutes and 33 seconds), released under the Völga label, which is the quartet’s own name as well as the album title. The publisher is the new publishing initiative Multi Project/ Spontaneous Music Tribune Series.

Subjective impressions/ the course of events:

Valdái. A highly excited drummer, like a gold-plated music-box, sets all objects within his reach into a subtle resonance. The trumpeter plays his opening song which has no beginning and no end, but singe, deep double bass accords and metallic stains of the guitarist. He is supported in the strenuous process, which in fact aims at the critical attraction of the listener. Let’s foresee the course of events - it will be successful, from the first sound to the end of this river journey. Musicians heat up their acoustic fire (we are playing without amplification!) and fall into a delicate vibration initiated by Trilla. González infects, and all the others stain each other, search for a common sound track for this primal escapade. For a moment they are caught in the lapse of judgement, they speak to each other and soak their feet in the fluid sonority of their instruments.

Samara. Àlex’s double bass growls and thunders with the bow generating coupling and dense, sticky sounds. Fernando plugs his guitar cable to the socket and acquires pure electric energy from the network. However, all musicians seem to be connected to electricity. They scrub the uneven weight of the recording studio floor. Vasco only waits to implement his dirty resonance machine (set of bells and various objects, which additionally enhance the vibration of the whole percussion set). Iván hits the surface of the music as if from the underneath and blows his tin, not the first and not the last time today, to break the convention of this musical excess. Chords in subgroups multiply, cunningly escalated, without waiting to sound, stick to each other and search for new ground of coexistence. The space of the spectacle grows, the walls in the studio expand. Fully-heated Vasco multiplies the orchestra of bells and overwhelms the acoustics of the event. The music rages, buzzes, carves the walls. Fernando continuously stains the area, red paint trickles from the guitar neck. Iván whines, like a coyote in a heat. Àlex extracts low notes from the very depth of the ground. Global Acoustic Underground, so should be called the quartet if it fancied a commercial success. Our ears are flooded with gigantic, volcanic drone, filled by four jointly sounding and strongly resonating instruments.
From the reviewer’s room: the impressive sound quality which we owe to both Denys Sanz recording the sound in the studio and Rafał Drewniany responsible for mastering. The guitar resonates like a burnt analogue amplifier, it has its own dramaturgical nerve, which carries timid signs of rhythm. The sound of the key fragment of the album is mainly Fernando’s participation. Iván perfectly counterpointed such escalations, Àlex is in a slight withdrawal as if he is weaving his own story, and Vasco polishes cymbals to make them clean for the next stage of the journey.

Kalmukia. A little bell set and modest blows on the tin side. The musicians create a new reality as a part of the spatio-temporal recovery after the rough Samara. Fernando returns to the acoustic incarnation of his strings. He weaves clever and delicate drones, using mainly flageolet technique and being beautifully repetitive. Iván and his trumpet, once more against the convention, attempt a coup in the high register. Àlex having a better feel for the artistic climate of withdrawal of this part of the story, plays the double bass in such a high tune that he almost blends with the electroacoustics of the guitarist. Vasco enters into this melange with a lark’s charm, without using a drum or a snare. A slow, focused multitone, having almost no low frequencies, rolls us to the edge of the hill. The great symphonic orchestra whines softly and asks for a sip of water. Kalmukia, however, sounds compulsively.

Astrakhan. The next river appears to be quite vicious and bristling with unexpected cataracts. Instruments heated to redness (although siberian rivers are known to be chilly) merge into a polyrhythmic dance. Vasco watches over the stream of events, stimulating vibrations and keeping the fire alive. Fernando strokes the strings with a leaded bow. An intense game of unmarked cards. The drone falters a bit and for a moment each musician weave his own separate micro story. At this point Àlex peaks most painfully, and importantly, in a fully-bodied manner. Iván unexpectedly decides to become a drummer, as if against all odds. It effects in molecular, densely woven improvisation, almost within the “search and reflect” esthetics. It’s inter-genre character, unexpectedness and downright epiphanic character, pour out in the reviewer’s room filling over half of the space. In a search for an accurate punch, Fernando (acoustically) yet again searches for the loop of the rhythm and when he finds it, he draws the territory, arranges the space and get his colleagues on their feet. Vasco remembers that he has taken drums for this session. Àlex hits the strings of the double bass with bear’s grace and Iván makes sounds almost melodically, he is sensually Spanish as befits an Andalusian.
In the final, however, all are attracted by the percussionist who escalates multitones of his army of metal cymbals. The drama of the last moments is arranged by a drone, a multitone which reappears on several occasions, unable to make decision concerning his role in this spectacle, as if the end of the album was the end of anything.

by Andrzej Nowak 


czwartek, 23 marca 2017

Völga! Nocturna Discordia #111! Phicus! – setmana especial a Barcelona *)


Zgodnie z wcześniejszymi anonsami, Trybuna Muzyki Spontanicznej w osobie Pana Redaktora, udała się na ekscytującą wycieczkę muzyczną do stolicy dumnej Katalonii – Barcelony!

Celem nadrzędnym ekskursji był – co oczywiste – koncert promujący wydanie pierwszej płyty kwartetu Völga, której bezczelnym wydawcą, po społu z Multikulti Project, jest rzeczona Trybuna.

Szczęśliwie dla mnie, tygodniowy pobyt w tym pięknym mieście obfitował również w inne artystyczne wydarzenia na polu muzyki improwizowanej, które za moment w czujnych, harcerskich słowach omówimy. Dla odpowiedniej dramaturgii tej opowieści, ogniste spektakle wyjątkowej muzyki zaprezentowane zostaną w kolejności odwrotnej do ich kosmicznego zaistnienia (co staje się ostatnio zasadą na tej stronie, zupełnie zresztą przypadkowo).


Sobota, 18 marca 2017r, Magia Roja

Niewielki klub na jednej z wielu wąskich uliczek barcelońskiej enklawy Gracia, a na scenie, którą oddziela od przestrzeni dla publiczności parenaście centymetrów powierzchni płaskiej, czterech gotowych na wszystko muzyków kwartetu Völga. Patrząc od lewej - oplątany stertą kabli i przetworników dźwięku, Fernando Carrasco na gitarze elektrycznej (plus duży smyczek!), Iván González na trąbce, Vasco Trilla na małym zestawienie perkusyjnym (plus magiczna walizka z przedmiotami bardzo różnej proweniencji!) i Àlex Reviriego na kontrabasie (plus kilka rodzajów pałeczek perkusyjnych!). Przytłumiona, czerwona (Roja!) poświata wyjątkowo energooszczędnych reflektorów. Możemy rozpoczynać misterium dźwięku.




Od pierwszego dźwięku muzycy zwinnie konstruują wielogłosowy dron, który rozszarpywany i akustycznie demolowany przez indywidualne ekscesy muzyków, będzie nam towarzyszył do końcowej, 38 minuty koncertu. W dłoniach muzyków aż trzy smyczki i tylko trębacz postanawia z nich nie korzystać. Tak jednak intensywnie tłumi dźwięk, dobywany ze swego blaszka, iż ten brzmi …  niczym kolejny instrument strunowy. Perkusista ciekawie inkrustuje całość ... trąc struną od gitary po krawędzi werbla, uzyskując efekt niebywałego pogłosu. Muzycy niesieni w gigantycznym crescendo, stawiają publiczność na baczność i skutecznie wgryzają się w jej narządy słuchu i wzroku. Bynajmniej jednak nie eskalują hałasu, raczej koncentrują się na kreowaniu czarnej (czerwonej?) monotonii narracji muzycznej. Drugi fragment tej jednorodnej opowieści (granej bez zbędnych przerw i spojrzeń) toczy się już ewidentnie na pograniczu ciszy. Skupienie po obu stronach niewydzielonej sceny szczytuje, a każdy, głębszy oddech widza może niepostrzeżenie stać się akustycznym elementem spektaklu. Muzycy uroczo szukają się po kątach i wdają się w niewidoczne dla oka interakcje. Teraz każdy z nich zdaje się wchodzić w rolę … trębacza. Dmą każdym przedmiotem, jaki mają pod ręką, dmą swymi upoconymi ciałami. Wszyscy, jak tu jesteśmy w Magia Roja, schodzimy powoli do piwnicy. Dron wgryza się w podłogę i szuka nowego punktu zaczepienia (uwaga! wciąż gramy bardzo cicho!). Muzyka, jeśli już musimy szukać gatunkowego odniesienia (improwizacja nie jedno ma imię!), nabiera posmaku contemporary i jakkolwiek groteskowe nie byłoby to porównanie, w okolicach 25 minuty koncertu, muzycy toczą wielodźwięk, który nie ma zbędnych konotacji stylistycznych – jest tu i teraz, eskalując nasz zachwyt, determinowany dobrym smakiem dramaturgii i nieoczywistością zaistnienia.




Völga nie akceptuje stylistycznych zahamowań. Każdy dźwięk ma tu rację bytu. Dramaturgię finału, który nadchodzi stanowczo zbyt szybko, konstytuuje akustyczna wolta, której moglibyśmy przypisać miano muzyki konkretnej. Trębacz zmyślnie wykorzystuje pojemnik po płynie z bąbelkami i zaczyna go ugniatać. Najpierw ręką, potem nogą. W ułamku sekundy znajduje drugi taki przedmiot i czynność kontynuuje. Pozostali muzycy popadają w stan dramaturgicznego zawieszenia. Może jedynie gitarzysta, porządkując czasoprzestrzeń, decyduje się na rytmiczne frazowanie, które  - po sekundzie oczekiwania na efekt foniczny - okazuje się niebywale piękną puentą spektaklu. Ostatnie słowo należy jednak do trębacza, a raczej tego, co pod jego stopami, kona w metalicznych trzaskach.

Nam pozostaje niedosyt, który zdaje się być tu fundamentem sukcesu artystycznego. Koncert promujący płytę dokonał się na naszych oczach. Ci, którzy znają materiał studyjny, mogą śmiało skonstatować, iż Völga w wersji live okazała się być dużo spokojniejsza i bardziej skupiona na pojedynczym dźwięku. Nagranie z koncertu - dla tych, którzy zdołają je posiąść - stanowi zatem świetne uzupełnienie dotychczasowego dorobku artystycznego kwartetu.


Środa, 15 marca 2017r., Soda Acustic

Na osi czasu cofamy się o trzy dni. Kolejny mały klub na Gracia – miejsce cotygodniowych spotkań społeczności muzycznej Discordian Records. To spotkanie jest dość szczególne. Oto bowiem mistrz ceremonii, El Pricto, przy okazji szef wydawnictwa, na okoliczność 111-ego spotkania cyklu, zaproponował aż trzy koncerty (1+1+1). Uczta zatem potrójna.



Na start duet, który zwinnym lingwistycznie umysłem Pricto określony został jako Friction Nipples! I to jaki – angielski saksofonista Tom Chant (od wielu już lat rezydent kataloński) i Vasco Trilla, nasz ulubiony bohater na każdą okoliczność. Muzycy zagrali dla nas 40 minutowy set, składający się z trzech, może czterech interludiów free improv. Kompetencje obu muzyków, ich telepatyczna wręcz komunikacja (jak mówią sami, uwielbiają grać ze sobą), sprawiły, iż koncert balansował na granicy doskonałości. Koncert zmyślny i akustycznie przewrotny (na rozgrzewce Vasco demonstrował Tomowi, jakie to nowe dźwięki wymyślił od ich poprzedniego spotkania – urocze!). Muzycy stosowali jakby odwrócone techniki artykulacji, a ich przekora i kreatywność budziła szacunek. Tom rozpoczął koncert na saksofonie tenorowym z wielką plastikową rurą wetknięta w instrument, dzięki czemu zyskiwał niezwykle matowe brzmienie. Gdy sięgnął w trzecim, najciekawszym fragmencie improwizacji, po saksofon sopranowy, przykładał otwór instrumentu do nogawki i dął w swoje niebieski spodnie (przy okazji stojąc na jednej nodze!). Vasco uzyskiwał niesamowite efekty rezonansowe, grając na odwróconym werblu i uderzając w niego talerzem, który wcześniej wprawił w wibrację. Ekscytujące! Momenty nadekspresji zdobił graniem jedną pałeczką (druga w ustach) i zaciśniętą  pięścią. Gdy tenor Toma zdawał się być narzędziem tortur, jego sopran wił kręte opowieści, niczym Trevor Watts u boku Johna Stevensa. Tu także, jak trzy dni potem, finał koncertu zastał nas w stanie permanentnego niedosytu (w Barcelonie chyba nie gra się bisów!!!).



Krótka przerwa toaletowa i na scenie kwartet Golden Nipples – Pope na trąbce, Aram Montagut na puzonie, Diego Caicedo na gitarze elektrycznej i Joni Garlick na perkusji. Nieprzegadany, półgodzinny set dla poratowania stanu emocjonalnego Pana Redaktora. Dwa skupione dęciaki, w dłoniach muzyków stojących na baczność poza sceną (ta bowiem jest trochę zbyt mała na czterech muzyków), nie zawsze pewnych swoich pomysłów i możliwości, ale podejmujących wyłącznie dobre artystycznie decyzje. Lekko roztrzepany, bardzo free jazzowy drummer, chytrze napędzający cały ansambl (także demolujący zestaw perkusyjny – osobiście pomagałem poskładać go po małej katastrofie!). Wreszcie gitarzysta (w tym gronie dobrze już nam znany), trzymający w ryzach dramaturgię koncertu, jego dynamikę, tempo i akustyczny wymiar (mimo grania z prądem!). Duży konkret, choć w wymiarze czasowym dalece skromny.



Finał wieczoru - kwartet Burning Nipples, który ostatecznie okazał się być … kwintetem. Pablo Selnik na flecie, El Pricto na saksofonie altowym, Olivier Jambois na gitarze elektrycznej, Marko Jelača na perkusji, no i nieanonsowany wcześniej, Luiz Rocha na klarnecie. Pełnokrwista, improwizowana opowieść o wielu kolorach, smakach i stepach dramaturgicznych. Narracja skoncentrowana się na dwugłosie saksofonisty i klarnecisty. To oni tyczyli tu szlak wycieczki, oni decydowali o przerwach na pojenie koni, to oni grali tu po prawdzie najpiękniej. Doskonale odnajdywał się w tej batalii gitarzysta, który choć zadania miał głównie rytmiczne, na koniec bez cienia zawahania, popadł w muzyczne szaleństwo. Lekko wycofany i szukający odpowiedniej dla siebie roli w kwintecie flecista, gdy już wgryzł się w improwizację, nie postawił złudzeń, co do swych wysokich kompetencji improwizatorskich. Drummer boleśnie solidny i precyzyjny (bo taki był tu potrzebny!). Klarnecista, urzekający wyobraźnią, z soczystym brzemieniem, często grał bez ustnika, czym skutecznie budował dysonans akustyczny w ramach pięcioosobowej załogi. Smakowicie koloryzował w zwarciu z saksofonem. No tak, El Pricto! To prawdziwy magik! Melodia, humor i improwizacje równie zwinne, jak horda lisów na polowaniu. Także grał w nogawkę! Pięćdziesięciominutowy set, w trzech częściach, minął w ułamku sekundy. What a game!


Poniedziałek, 13 marca 2017r., Robadors 23

Jeśli wcześniej była sobota, a po nim środa – to teraz niechybnie jest już poniedziałek, a osoba recenzenta bytuje w najbardziej znanym przybytku sztuki kreatywnej w okolicach La Rambla, czyli klubie Robadors23! Powód wizyty? Pierwszy oficjalny koncert tria, które całkiem niedawno przyjęło nazwę Phicus. W jej składzie sekcja rytmiczna … kwartetu Völga, czyli Àlex Reviriego i Vasco Trilla, uzupełniona o postać szczególną na scenie improwizowanej/ awangardowej Katalonii, czy nawet Hiszpanii, gitarzysty Ferrana Fagesa, tu w wersji elektrycznej.



Vasco? Rezonująca maszyna perkusyjna – dzwonki, smyczki, samogrające wibratory na werblu, przykrywane talerzykami, pięść i pałeczki, czyli wszystko, co w sobie mieści jego magiczna walizka (bardzo ciężka! – wiem, bo niosłem). Àlex? Kontrabas ze skromnym wzmacniaczem (też ciężki! – wiem, bo niosłem), klamerki, zestaw pałeczek perkusyjnych. Ferran? Gitara, płaskie przedmioty wtykane pomiędzy struny, balon, sprzężenia, rozładowania, eksplozje. Od hałasu do aksamitnej ciszy. Dwie porcje tego pierwszego wyznaczają dramaturgię koncertu – na początku i po trzydzieste minucie. Między nimi i po nich – wielokolorowe igraszki z dźwiękiem. Cisza. Wchodzenie w nią i wychodzenie z niej. Doskonałe proporcje między dynamiką i ekspresją, a wycofaniem i delektowaniem się pojedynczymi dźwiękami. Gitara jako generator postakustycznego bitu. Świetna kooperacja, dużo empatii. Koncert z gitarą elektryczną, który zdominowała skoncentrowana akustyka, na poły elektroakustyka. Piękny moment koncertu, gdy nerw improwizacji opierał się jedynie na … pocieraniu kontrabasu i podłogi wokół niego, cienką pałeczką perkusyjną. Rezonans, skupione emocje, zatrwożenie i oczyszczenie. Jeśli Völga zdaje się być ciemną strona mocy, to jej ekspresyjną, emocjonalną opozycją niewątpliwie jawi się Phicus.



Moltes gracies – Vasco, Àlex, Iván, Fernando, Pricto, Ferran, Tom, Luiz, Diego !!!!!!

*) kataloński: Wyjątkowy tydzień w Barcelonie


Ps. Przypominam nieśmiało, iż płytę kwartetu Völga, za pośrednictwem portalu aukcyjnego, można kupować TUTAJ (ten link jest także na stałe podczepiony po prawej stronie Trybuny). Koszty wysyłki bierze na siebie wydawca! Można także zamawiać krążek bezpośrednio u mnie, korzystając z adresu brommba1@o2.pl .

wtorek, 7 marca 2017

Völga! – kwartet artystyczny w składzie: Fernando Carrasco! Àlex Reviriego! Iván González! Vasco Trilla!


Uwaga! Trybuna Muzyki Spontanicznej i jej przemądrzały Pan Redaktor, są współwydawcą tej płyty! Wszelkie słowa zachwytu, jakie za chwilę przeczytasz, mogą być podyktowane jedynie chęcią zwiększenia sprzedaży! Innymi słowy – dalej czytasz na własną odpowiedzialność!


Poszukiwania intrygujących i niebanalnych dźwięków, powstających w sferze muzyki improwizowanej na Półwyspie Iberyjskim, Trybuna ma wpisane w swój kod DNA. Dziś kolejna okazja, by w tym świecie zanurzyć uszy i doznać paru chwil niekłamanej przyjemności.

Völga, kwartet złożony ze śmiało wkraczających w wiek średni, młodych muzyków z Barcelony, doskonale wpisuje się w moje osobiste fascynacje muzyczne i oczekiwania, co do kierunku rozwoju muzyki improwizowanej. Wydawać by się mogło, że płyt z improwizującą gitarą, trąbką, basem i perkusją znamy dziesiątki. Ta płyta jednak przeczy naszym przyzwyczajeniom, istotnie zaskakuje i przykuwa uwagę. Dodajmy, iż krążek, który nas dziś interesuje szczególnie, jest debiutem formacji.

Nazwisko katalońskiego perkusisty i perkusjonalisty Vasco Trilli padło już na tych łamach wielokrotnie. Z trębaczem Ivánem Gonzálezem zetknęliśmy się przy okazji jego pomysłu na grupową, dyrygowaną improwizację pod nazwą Memoria Uno, a także całkiem niedawno, podczas omawiania nowej płyty formacji Free Art Three. Być może nazwiska pozostałych partnerów w kwartecie niektórym z nas mówią jeszcze niewiele. Czas najwyższy, by ze stanu tej niewiedzy skutecznie się wytrącić.




Czas i miejsce zdarzenia: 18 marca 2016r., Saudades Studio, Canovelles (prowincja Barcelona).

Ludzie i przedmioty: Fernando Carrasco - gitara akustyczna i elektryczna, efekty i obiekty,
Àlex Reviriego – kontrabas, także preparowany, Iván González: - trąbka, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. W przestrzeni akustycznej nagrania – od lewej ku prawej słysząc - gitara, zestaw perkusyjny, trąbka i kontrabas.

Co gramy: muzyka improwizowana, pod którą podpisują się jej twórcy, czyli muzycy tworzący kwartet (all music by Völga).

Efekt finalny: cztery improwizacje, opatrzone tytułami (łącznie 47 minut i 33 sekundy), wydane pod szyldem Völga, który jest nazwą własną kwartetu, a także tytułem płyty. Wydawcą jest nowa seria wydawnicza Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series. Premiera nośnika fizycznego (CD) odbędzie się 18 marca br. w barcelońskim klubie Magia Roja.

Wrażenia subiektywne/ przebieg wydarzeń:

Valdái. Silnie pobudzony perkusista, niczym złota pozytywka, wprawa w subtelny rezonans wszystkie przedmioty, jakie pozostają w zasięgu jego ręki. Trębacz dmie swoją pieśń otwarcia, która nie ma początku, ani końca, a pojedyncze, głębokie akordy kontrabasisty i metaliczne plamy gitarzysty, wspierają go w żmudnym procesie, którego celem jest istotnie krytyczne przyciągnięcie uwagi słuchacza. Uprzedźmy przebieg wydarzeń – uda się, od pierwszego dźwięku, do samego końca tej rzecznej podróży. Muzycy grzeją swoje akustyczne piecyki (gramy bez amplifikacji!) i wpadają w delikatną wibrację, którą zapoczątkował Trilla. González prątkuje, a wszyscy pozostali plamiąc się wzajemnie, szukają wspólnej ścieżki dźwiękowej dla tej prymalnej eskapady. Na moment dopada ich pomroczność jasna, mówią sami do siebie i moczą nogi w płynnej sonorystyce swoich instrumentów.




Samara. Kontrabas Àlexa warczy i grzmi smykiem, generując sprzężenia i gęste, lepkie dźwięki. Fernando wtyka kabel swojej gitary do gniazda i chłonie czystą energię elektryczną wprost z sieci. Podłączeni do prądu zdają się być jednak wszyscy muzycy. Szorują nierówności gramatury podłogi w studiu nagraniowym. Vasco tylko czeka, by załączyć swój dirty resonanse machine (zestaw dzwonków i przedmiotów różnych, które dodatkowo wzbudzają drżenie całego zestawu perkusyjnego). Iván dobija się do powierzchni muzyki, jakby od spodu i krwiście dmie w swojego blaszaka, by nie pierwszy i nie ostatni dziś raz, złamać konwencję tego muzycznego ekscesu. Mnożą się – chytrze eskalowane – wielodźwięki w podgrupach, które nie czekając na wybrzmienie, kleją się do siebie i szukają nowych płaszczyzn współistnienia. Rośnie przestrzeń tego spektaklu, ściany studia rozsuwają się. W pełni rozgrzany Vasco multiplikuje orkiestrę dzwonków i obezwładnia akustykę wydarzenia. Muzyka wrze, kipi, żłobi bruzdy w ścianach. Fernando wciąż plami teren gitarą, a z gryfu ciekną mu się stróżki czerwonej farby. Iván pojękuje, niczym kojot w cieczce. Àlex dobywa niskie dźwięki z samej głębi ziemi. Global Acoustic Underground, tak mógłby się nazywać ten kwartet, gdyby miał ochotę na sukces komercyjny. W nasze uszy leje się gigantyczny, powulkaniczny dron, wypełniany przez cztery wspólnie brzmiące, silnie rezonujące ze sobą instrumenty. Z kajetu recenzenta: imponująca jakość dźwięku, którą zawdzięczamy zarówno rejestrującemu nagranie w studio Denysowi Sanzowi, jak i odpowiedzialnemu za mastering Rafałowi Drewnianemu. Gitara rezonuje, niczym przepalony wzmacniacz analogowy, ma swój dramaturgiczny nerw, który nosi nieśmiałe znamiona rytmu. Wybrzmienie kluczowego fragmentu tej płyty jest zatem udziałem głównie Fernando. Iván doskonale kontrapunktuje te eskalacje, Àlex w delikatnym wycofaniu snuje jakby swoją prywatną opowieść, a Vasco poleruje talerze, by były czyste na kolejny etap podróży.

Kalmukya. Mały zestaw dzwoneczkowy i skromne dmuchawki ze strony blaszaka. Muzycy kreują nową rzeczywistość, w ramach odzyskiwania równowagi czasoprzestrzennej po wzburzonej Samarze. Fernando powraca do akustycznej inkarnacji swego strunowca. Plecie zmyślne i delikatne drony, stosując głównie technikę flażoletową, pięknie przy tym repetując. Iván i jego trąbka, znów wbrew konwenansom, dokonują zamachu stanu w wysokim rejestrze. Àlex lepiej czując klimat artystycznego wycofania tej części opowieści, gra na kontrabasie tak wysokim strojem, że prawie wtapia się w elektroakustykę gitarzysty. Vasco wchodzi w ten melanż z gracją skowronka, nie używając w ogóle bębna i werbla. Powolny, skupiony wielodźwięk, niemal pozbawiony niskich częstotliwości, toczy nas na skraj wzgórza. Wielka orkiestra symfoniczna uroczo jęczy i prosi o łyk wody. Kałmukia wybrzmiewa jednak kompulsywnie.

Astrakhan. Kolejna rzeka zdaje się być dość narowista i najeżona niespodziewanymi kataraktami. Instrumenty rozgrzane do czerwoności (choć rzeki syberyjskie są ponoć bardzo chłodne), łączą się w polirytmiczny taniec. Vasco czuwa nad potokiem zdarzeń, stymulując wibracje i wciąż dorzucając do ognia. Fernando głaska struny ołowianym smyczkiem. Intensywna gra w nieznaczone karty. Dron nieco ustaje, a każdy z muzyków przez moment snuje swoje separatywne mikropowieści. Àlex w tym momencie szczytuje najboleśniej i istotnie pełnowymiarowo. Vasco nieustannie zaprasza do rezonowania, a Iván niespodziewanie postanawia zostać perkusistą, jakby na przekór wszystkim. Efektem molekularna, gęsto tkana improwizacja, niemal w estetyce search and reflect.  Jej ponadgatunkowość, nieoczywistość i epifaniczny wręcz charakter wyzierają z kajetu recenzenta na pół pokoju. W poszukiwaniu trafnej puenty, Fernando (akustycznie) znów szuka pętli rytmu i gdy ją znajduje, kreśli teren, porządkuje przestrzeń i stawia kolegów do pionu. Vasco przypomina sobie, że zabrał na tę sesję bęben, Àlex uderza w struny kontrabasu z niedźwiedzią gracją, a Iván dobywa dźwięki niemal melodycznie i jest zmysłowo hiszpański, jak na Andaluzyjczyka przystało. W finale wszystkich zagaduje jednak perkusjonalista, eskalując wielodźwięki swojej armii metalicznych talerzy. Dramatyzm ostatnich chwil porządkuje dron, wielodźwięk, który powraca kilkukrotnie, nie mogąc podjąć ostatecznej decyzji, co do swojej roli w tym spektaklu, jakby koniec płyty stanowił tu kres czegokolwiek.




****


Uwaga! Informacje merkantylne!

Wszelkie fakty Czytelnikom Trybuny zostały wylistowane. Premiera płyty za kilkanaście dni, na specjalnym koncercie premierowym w Barcelonie. Będziemy tam obecni i zdamy relację.

Na samym wstępie dzisiejszej opowieści, Trybuna dobrowolnie przyznała się do faktu, iż jest współproducentem tej płyty, a zatem z bardzo oczywistych względów, jest także zainteresowana tym, by trafiła ona do zainteresowanego słuchacza. Oczywiście nie jest tajemnicą kolejny fakt, iż stopień zwrotu poniesionych nakładów finansowych, generuje skłonność wydawcy do kolejnych działań edytorskich ( a plany są ambitne!). Innym słowy – dobrze byłoby, gdyby płyta znalazła odpowiednią ilość nabywców.

Za pośrednictwem portalu aukcyjnego, można ją kupować TUTAJ  (ten link jest także na stałe zaczepiony po prawej stronie Trybuny). Wysyłka od 20 marca br.

Można też zamawiać krążek bezpośrednio u mnie, korzystając z adresu brommba1@o2.pl

Zakupy muzyki w formie plików elektronicznych możliwe są na stronie multikultiproject.bandcamp.com


Zapraszam!