Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Pospieszalski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marek Pospieszalski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 października 2023

Marek Pospieszalski i Guillaume Gargaud w 51-ym epizodzie Spontaneous Live Series!


(informacja prasowa)

 

Jeszcze nie ochłonęliśmy po spontanicznych, festiwalowych szaleństwach pierwszego weekendu października, a już Trybuna Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club zapraszają na kolejny koncert cyklu „Spontaneous Live Series”. Odbędzie się on w najbliższy czwartek, 26 października, a jego bohaterami będą saksofonista Marek Pospieszalski i gitarzysta Guillaume Gargaud.



 

Druga pięćdziesiątka koncertowego cyklu zainaugurowana zostanie dwoma ekscytująco zapowiadającymi się setami solowymi, a potem – who knows – spontanicznym duetem w ulubionej w Poznaniu formule „ad hoc”.

Po raz pierwszy pod spontanicznymi auspicjami zagra w Dragonie najbardziej gorące nazwisko polskiej sceny jazzowej ostatnich miesięcy – saksofonista Marek Pospieszalski. Jego post-kompozytorskim oktetem zachwyca się cały świat, my będziemy mieli okazję poznać jego solową twarz. Muzyk promocje swoją pierwszą solową płytę „Joyous”, wydaną wiosną tego roku przez Bocian Records.

Solowy występ tego dnia zaproponuje nam także francuski gitarzysta Guillaume Gargaud. To artysta znany w Polsce, albowiem debiutancki album jego tria, zatytułowany „Omusue” (na kontrabasie Patrice Grente, na perkusji Thierry Waziniak), wydany został w poznańskiej oficynie Torf Records.

 

Spontaneous Live Series, Vol. 51

Marek Pospieszalski – saksofon, amplifikacja

Guillaume Gargaud – gitara akustyczna

Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godzina 20.00

Bilety dostępne są tu:

https://www.kupbilecik.pl/imprezy/109283/Pozna%C5%84/Spontaneous+Live+Series/

 

------

Teraz parę słów o metodzie twórczej, jakie stała u podstaw prac nad solowym albumem Marka Pospieszalskiego „Joyous”:

Formuła gry solo daje szansę bardzo dokładnego podejścia do instrumentu. To najlepsze warunki do uruchomienia procesu badawczego. Obecnie kładąc główny nacisk na sferę dźwięku, artysta eksploruje nowe ścieżki, m.in. odpowiednie przygotowanie saksofonu, czy użycie wzmacniacza gitarowego, dzięki któremu saksofon zamienia się w zupełnie nowy instrument, wykorzystując technikę sprzężenia zwrotnego. Technika ta okazuje się być odrębną drogą do dalszych eksploracji. Pospieszalski czerpiąc z osiągnięć sound designu, zachowując ekspresję i muzykalność, pokazuje, że saksofon jest instrumentem, który ma jeszcze wiele do zaoferowania i pozornie nieskończoną liczbę możliwości.

https://bocian.bandcamp.com/album/marek-pospieszalski-joyous

Marek Pospieszalski wybrany został przez prestiżowy niemiecki magazyn JazzThing na listę 25 najbardziej obiecujących muzyków w Europie („25 unerhörte kommende Großen”). Prowadzi własny oktet i kwartet. Ostatnie dwa lata, to absolutny przełom w twórczości Pospieszalskiego. Pod skrzydłami renomowanej portugalskiej wytwórni Clean Feed artysta wydał trzy albumy, które odbiły się szerokim echem na całym świecie, a on sam został uhonorowany tytułem Muzyka Roku 2022 w plebiscycie krytyków Jazz Forum.

https://cleanfeedrecords.bandcamp.com/album/no-other-end-of-the-world-will-there-be-based-on-the-works-of-polish-female-composers-of-the-20th-century

https://cleanfeedrecords.bandcamp.com/album/polish-composers-of-the-20th-century

https://cleanfeedrecords.bandcamp.com/album/d-rer-s-mother

 

Guillaume Gargaud, to francuski kompozytor i gitarzysta improwizujący. Zagrał na około 35 albumach i skomponował pokaźną ilość muzyki do tańca współczesnego i kina. Współpracował m. in. z Carlosem Zingaro, Burtonem Greene’em, Markiem Edwardsem, Benem Bennettem i Jackiem Wrightem (USA). Występuje solo w Europie, a także w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Mieszka w Le Havre we Francji, gdzie uczy także muzyki improwizowanej.

 „...Odkrywamy gitarzystę, który wspaniale gra na gitarze akustycznej, pracując nad krystalizacją nastrojów, jakie wywołują stosowane techniki: atonalność, złożone linie melodyczne i, w tradycji współczesnego gitarzysty, szybkie bieganie po gryfie, poszukiwanie kontrapunktu, dramatycznie umieszczane glissanda, eksploracja dźwięków na moście… „ - Ettore Garzi dla Percorsi Musicali

„Opisanie Gargauda jako swego rodzaju «niesamowitego jednoosobowego zespołu smyczkowego» nie jest przesadą. Choć ignoruje on wyraźne odniesienia do ściśle określonych stylów i wszelkich narcystycznych riffów. Krótko mówiąc, «wahadło gitarowe» w najlepszej tradycji improwizacji. Specjalnie dla fanów Dirka Serriesa.” - Georges Briquet dla Jazz'Halo

https://guillaumegargaud.bandcamp.com/album/koenji

https://torfrecords.bandcamp.com/album/omusue

https://guillaume-gargaud.fr/

 

 

wtorek, 23 sierpnia 2022

Marek Pospieszalski & Polish Composers Of The 20th Century!


Oktet uformowany z przedstawicieli krajowej młodzieży jazzowej*) pod kierunkiem Marka Pospieszalskiego bierze ma warsztat dwanaście utworów polskich kompozytorów ubiegłego wieku, tych o proweniencji zdecydowanie współczesnej, popełnia coś na kształt wariacji na temat (cytuję za opisem płyty) i zabiera nas w niebywałą podróż po meandrach dalece ponadgatunkowej, stylowo ustrukturyzowanej … improwizacji. Bez dwóch zdań efekt tych działań jest bardziej niż wyśmienity, zatem bez zbędnych wstępów, kreślących dorobek artystyczny kompozytorów bardziej lub mniej znanych (z perspektywy miłośnika muzyki improwizowanej), tudzież epistoł odnoszących się do oryginalnych wykonów rzeczonych utworów, często elektroakustycznych, zanurzamy się w dwóch godzinach doprawdy niezwykłych dźwięków!

 


Na początek Krauze! Opowieść budowana jest jednocześnie epicką melodyjnością i kompulsywnym brudem, jaki mości się pomiędzy dźwiękami. Narracja definitywnie molowa, podszyta nerwowymi podrygami strun i grasującymi po scenie trzema dęciakami. Gęsty strumień dźwięków nabiera tu cech marszowych, na brzegach zaciąga post-industrialnym fetorem i systematycznie narasta. Gitara zaczyna kąsać rockiem, saksofony i trąbka budować ognistą ścianę dźwięku, a szmer złowrogiej elektroniki dopełnia czary dramaturgicznej goryczy. Wielka pętla nerwowej melodii, kreowana przez osiem ośrodków dźwiękowych, swym rozmachem przypomina tu konającą filharmonię. Choć to prawie niemożliwe, na końcu flow jeszcze bardziej się zagęszcza, po czym swobodnie rozlewa w szerokie koryto improwizacji.

Teraz Kotoński! Perkusyjne intro, wsparte klarnetem, buduje soundtrack do kolejnego klasyka kina noir. Wystukiwany rytm pęcznieje dętymi preparacjami, tudzież swobodnymi podmuchami zimnego i gorącego powietrza. Dodatkową grozę budują czarne klawisze piana. Z czasem wszyscy zaczynają szukać tu rytmicznej powłoki, pną się ku górze, czasami spadają na samo dno. Wszyscy coraz szerzej, znów ku ścianie dźwięku. W ostatecznym rozrachunku żegnamy się z Kotońskim surowym, gołym stukaniem.

Czas na Bairda! Początkowo opowieść przypomina balladę, budowaną przez piano i ciepłe frazy gitary. Po niedługim wstępie w rolę wichrzycieli ładu i porządku wcielają się wszystkie instrumenty dęte. Ich dekonstruowane, rwane i szarpane frazy sycą narrację kolejnymi epizodami, ale zadekretowana przez kompozytora melodia płynie swoim tempem. Tło pulsuje martwą elektroniką, a kontrabas szyje strugę post-jazzu. Dość niespodziewanie na czoło pochodu skazańców wysuwa się altówka, która kleci pieśń żałobną, targana niebywałymi emocjami. Cała opowieść pęcznieje i szuka nieznacznego wzniesienia. Znaki zapytania nie zawsze odnajdują adekwatne odpowiedzi, ale narracja stylowo powraca do swego prapoczątku. Milknie przy dźwiękach gitary i piana.

Rudziński! Mała wolta rytmiczna przynosi nam tu całkiem skoczną melodię, która dobrze eksponuje drummerską robotę. Owej melodii daleko jednak do kojenia złych myśli, niesie ją bowiem w ciemny las zgrzytliwa elektronika. Całość zdaje się przypominać rozhuśtane, upalone bolero, którego temat z czasem przybiera postać improwizowanych spekulacji. To kolektywny taniec, który gaśnie w potoku dźwięków gitarowych pick-upów. Na ostatniej prostej zgraja dęciaków leży pod płotem i skomle o łyk wody.

A teraz Stachowski! Tłumione emocje znajdują tu ujście w minimalistycznej paradzie short & long cuts. Na gryfie gitary odnajdujemy duże porcje prądu, ale tej fonii zdają się towarzyszyć też frazy … gitary akustycznej. Nerwowy, nieco pokraczny rytm black piano przez moment sieje spustoszenie, a kurz i brud pomiędzy dźwiękami dopełniają obrazu cudownej katastrofy. Wbrew dyktatowi rytmu efektowne expo serwuje nam krnąbrna gitara. Narrację zdobią coraz bardziej wywrotowe figury stylistyczne - ktoś śpiewa pod nosem, ktoś uderza po płaskich powierzchniach, a maszynowy rytm pochłania każdą napotkaną frazę. W tak zadekretowanej sytuacji dramaturgicznej chaos improwizacji przepięknie odnajduje adekwatne zakończenie.

Krenz! Minimalistyczne piano i basowe steps szyją tu zgrabną narrację, powolną, ale zgrzytającą gęstą powłoką elektroniki, dętymi śpiewami, małymi perkusjonaliami i plejadą niezidentyfikowanych preparacji. Opowieść, jak to ma w zwyczaju tego wieczoru, systematycznie narasta. Altówka kwili na boku, a słowa pozdrowienia śle wybudzony ze sny zimowego flet. Perkusjonalia nabierają syntetycznych barw, a na finał gra już nam cała orkiestra! Tutti grande! Aylerowska melodyka pnie się niemal do samego nieba (albo piekła, w zależności od punktu widzenia).

Czas na Serockiego! Flet, gitara, akcenty perkusjonalne i elektroakustyczne zgrzyty formują się w tłustą strugę brudnych dźwięków. Dęciaki w opozycji, szmerają ciepłym powietrzem. Najważniejsza jest tu jednak perkusja, która buduje gęsty, bardzo syntetycznie brzmiący flow. Nad nią toczy się mała wojna światów, którą kreują pozostałe instrumenty, tu wyraźnie uwolnione od ciężaru gatunkowych skojarzeń. Opowieść staje się boleśnie poszarpana, czerstwa, niemal na granicy hałasu. Nie przeszkadza to jednak dęciakom w radosnym podśpiewywaniu.

A teraz Palester! Kameralna pętla piana, smyczków i ciepłych, dętych westchnień dewastowana tu jest elektroakustycznymi perkusjonaliami. Całość brzmi, niczym live processing! Po paru zwrotkach gitara zdaje się zgłaszać zdanie odrębne. Narracja przypomina teraz chorobę dwubiegunową – ciepłe frazy i brudne pomyje, proste melodie i zawadiackie zgrzyty. Wydaje się być jednak wyjątkowo stabilna, w pewnym stopniu monotonna, budowana głównie powtarzanymi frazami. Ostatecznie umiera przy dźwiękach piana i echa.

Szalonek! Najpierw brudny tembr smyczka na gryfie kontrabasu, który powtarza frazę i napotyka salwę tutti. Kolejną warstwę repetycji daje delikatnie preparowane piano i znów kontra tutti. Następnie gitara i kolejne instrumenty wchodzą w repetę, a potem ripostują z całym oktetem. Opowieść nabiera bogatych barw, po czym niespodziewanie przepoczwarza się w … jazzowy drive z rytmem i melodią do śpiewania. Ekspresja rośnie w tempie geometrycznym, free jazz staje nam u stóp i bluzga niecenzuralnymi dźwiękami.

Panufnik! Dęciaki szukają zagubionych melodii, elektronika zgrzyta zębami, a cała opowieść łapie post-aylerowską meta balladowość. Wszystko sprawia tu wrażenie, jakby nie stroiło ze sobą, a każdy z osobną zdaje się taplać w psychodelicznym mule. Wolne tempo nie przeszkadza formowaniu się fraz w śnieżne kule hałasu. Owa diabelska kołysanka, może znów dla Rosemary, nabiera syntetycznych barw i łyka kolejne porcje noise’owych pigułek szczęścia. Na koniec można odnieść wrażenie, że każdy akustyczny dźwięk poddawany tu jest elektronicznej transformacji.

Teraz Sikorski! Oto czas ukojenia, celebrowania ciszy! Pogłos bezruchu, małe dźwięki lepiące się w ambient tła. Delikatne, dęte frazy, niczym polne koniki, tajemnicze odgłosy piana, niczym zły sen o poranku. Ciche struny łapiące elektroniczny pogłos. Leniwa, ale pęczniejąca opowieść o umieraniu. Z czasem dźwięki zaczynają rwać się niczym stara taśma magnetofonowa w zepsutym decku.

A na koniec Schaeffer, bo któż by inny! Posmak analogowej elektroniki, swąd przepalonych syntezatorów, tu bogacony dętymi zaśpiewami, pełnymi brudu spod paznokci. Także gitarowe spiętrzenia, wymieszane z syntetycznymi śmieciami i małymi plejadami akustycznych fraz. Niespodzianka goni tu za niespodzianką! A melodia powraca jak zła mantra, znów pachnie upoconym Aylerem. Opowieść, jak i cała płyta, cudownie dogorywa, naprzemiennie sycąc się mrokiem nocy i blaskiem wschodzącego słońca.

 

Marek Pospieszalski Polish Composers Of The 20th Century (Clean Feed Records, 2CD 2022). Marek Pospieszalski – saksofon sopranowy, altowy i tenorowy, klarnet, klarnet basowy, flet, taśma oraz aranżacje, Piotr Chęcki – saksofon tenorowy, Tomasz Dąbrowski – trąbka, Tomasz Sroczyński – altówka, Szymon Mika - gitara elektryczna i akustyczna, Grzegorz Tarwid – fortepian, Max Mucha – kontrabas oraz Qba Janicki - perkusja & soundboard. Dwanaście wariacji na temat kompozycji Zygmunta Krauze, Włodzimierza Kotońskiego, Tadeusza Bairda, Zbigniewa Rudzińskiego, Marka Stachowskiego, Jana Krenza, Kazimierza Serockiego, Romana Palestera, Witolda Szalonka, Andrzeja Panufnika, Tomasza Sikorskiego oraz Bogusława Schaeffera. Nagranie zarejestrowane w krakowskiej Alchemii (lipiec 2021 roku, prawdopodobnie bez udziału publiczności), trwa 112 minut.

 

*) zgodnie z niepisanymi regułami, improwizujących muzyków do 40 roku życia zwykliśmy traktować jako młodzież, ale ... to oczywiście żart

 


czwartek, 14 stycznia 2021

Malediwy! Rychlicki & Kostka! Podpora & Kohyt! The three missing notes from year 2020!


Poniższe recenzje powstały na potrzeby portalu polish-jazz i tamże zostały pierwotnie opublikowane, zapewne spory już czas temu, o ile nas pamięć nie myli nadmiernie.

 


Malediwy  Dolce Tsunami  (Coastline Northern Cuts, CD/LP 2020)

Perkusista Qba (Jakub) Janicki i saksofonista Marek Pospieszalski powracają pod pięknym, egzotycznym szyldem Malediwy. Po koncertowej rejestracji Afroaleatoryzm, pełnej błyskającego ogniem piekielnym free jazzu, zapraszają nas na tajemniczą, naszpikowaną akustycznymi niespodziankami, podróż studyjną o równie ekscentrycznej nazwie Dolce Tsunami. Muzycy wyposażeni w instrumenty akustyczne i całą armię urządzeń piezoelektrycznych i amplifikujących, proponują nam dźwięki, które na pierwszy rzut oka i ucha możnaby zaliczyć do kategorii improwizowanych, elektroakustycznych preparacji. Kierunek ów niechybnie przynosi skojarzenia recenzenta z solową płytą Janickiego Intuitive Mathematics, która pod względem estetycznym zdaje się być posadowiona bliżej nowej płyty Malediwów, niż sam debiut rzeczonego duetu.

Taka, a nie inna decyzja artystyczna muzyków, sprawia, iż płyta  jest zdominowana przez rytm. To on zdaje się być przyczyną, jak i celem każdej decyzji dramaturgicznej. Wszystko dzieje się tu wokół niego, także wszelkie dęte pasaże, niezależnie od stopnia dekonstrukcji żywego dźwięku saksofonu, trzymają konwencję, tańczą według rytmicznych wskazówek i podpowiedzi, czy też wbrew nim, ale zawsze w stanie pełnej inspiracji. Muzycy proponują na niedługiej płycie (około 42 minuty) aż jedenaście różnych pomysłów na bystrą improwizację, zatem na ogół śpiewają krótko, na temat i nie mają jakichkolwiek problemów ze stylowym domknięciem każdego z wątków.

Płyta zaczyna się intrygującą strukturą dynamiczną, czymś na kształt post-synkopy. Szczególnie ciekawie zaczyna się już w trakcie trzeciej części. Po dynamicznym starcie artyści bardziej skupiają się na preparowaniu dźwięków – ich instrumenty drżą i szeleszczą, a amplifikatory pracują … rytmicznie. Posmak elektroakustyki nie będzie już opuszczał muzyków do samego końca. W kolejnych kilku utworach muzycy akceptują dyktat rytmu, często stosują repetycję, a całość chwilami nabiera na poły rockowej ekspresji. Samo dobro zaczyna się od siódmej części. Tu procesowi dekonstrukcji poddana zostaje sama idea rytmu. Narracja pętli się, skwierczy amplifikacjami, rzęzi i rytmicznie pulsuje, niczym zepsuty agregat prądotwórczy. Dobre czasy Mouse on Mars mogą tu być nieco prowokacyjnym tropem recenzenta. Ósma i dziewiąta część pogłębiają proces syntetycznej dewastacji akustycznych dźwięków. Wszystko grzmi głuchym, post-elektronicznym rezonansem, nabiera dubowego posmaku, a echo wydaje się kreować sytuację dramaturgiczna na równi z instrumentami. W kolejnej części powraca, znany z pierwszej płyty, duch free jazzu, czyniąc tę część płyty morzem ekspresji i zdrowych emocji. W ostatnich dwóch częściach warto zwrócić uwagę na całkowicie pozbawiony rytmu wstęp utworu przedostatniego, a także na posmak ethno w utworze finałowym, gdy instrumentom i amplifikatorom przychodzi z odsieczą głos męski.

 


Rychlicki/ Kostkiewicz  Zapis  (Maternal Voice/ Absolute Fiction, Kaseta 2020)

Rockowi gitarzyści, szczególnie ci z otwartymi głowami i czystymi uszami, w improwizowanej sytuacji scenicznej potrafią sobie naprawdę dobrze radzić. Przed nami kolejny dowód rzeczowy w sprawie.

O ile Łukasz Rychlicki (Kristen, Lotto) ma już spory bagaż doświadczeń z grą z głowy, o tyle Hubert Kostkiewicz (The Kurws) uchodzić może w tej materii za aspiranta. Spotkali się razem już dość dawno (2017), ale Zapis dźwięków, jakie onegdaj wydali ze swoich rozgrzanych wioseł, trafia do nas dopiero teraz, na kasecie magnetofonowej. Pięć opowieści zagranych na dużym luzie trwa niewiele pod 30 minut, zatem obyśmy nie uronili choćby sekundy!

Muzycy wprowadzają nas w klimat występu bardzo łagodną ścieżką. Smukły, płynny rock z akcentami post-bluesowego gaworzenia przy świecach, w oczekiwaniu na schłodzenie się ostatniej butelki wódki. Lewa gitara opowiada historię, prawa szuka otwartej przestrzeni z nutą psychodelii. Muzycy zdają się trzymać zbliżonej stylistyki, tak w pieśni otwarcia, jak w kolejnych epizodach. W drugim sprawdzają wytrzymałość plastikowych kostek gitarowych w zetknięciu z ołowianymi strunami, ślą nam garść post-rockowych riffów, a na prawej flance dostrzegamy próby mącenia ustanej wody brudną nogą ku chwale rockabilly! Na finał zaś dobry moment podwójnej repetycji z mgławym post-gitarowym ambientem w tle.

W trzeciej historii kłania nam się Jim Jarmusch i jego kadry z rozgrzanej słońcem, nieistniejącej prerii. Ballada z akcentami psychobilly, dużo dobrych powtórzeń. Czwarta improwizacja, to czas na skupienie i szukanie na gryfach innych, bardziej tajemniczych dźwięków. Słyszymy echa wczesnego Sonic Youth - lewa strona rzęzi i jęczy, prawa stroszy pióra. Wreszcie ostatnia, najdłuższa opowieść. Zaczynają ją post-rockowe impresje, trochę ostrych fraz, rosnąca dynamika i emocje, będące efektem bystrych interakcji. Narracja zaczyna płynąć bardzo swobodnie, a posmak Velvet Underground sączy się z obu wioseł z równie intensywną wonią. Na sam finał muzycy czynią pętlę dramaturgiczną i powracają do estetyki post-bluesa z początkowej fazy płyty. Dużo dobrego dzieje się na prawej flance, której bystrze wtóruje lewa. Garść kwasu z obu stron w ramach ostatniego dźwięku.

 


Podpora/Kohyt  Nights Are Numbered (Bocian, LP/DL 2020)

Warszawski Bocian dostarcza ostatnimi czasy nowości płytowe dość regularnie i nic w tym zakresie nie zmieniła rzeczywistość pandemiczna. Kolejną przygodę z improwizacją, na ogół dość swobodną, ponownie w wersji krajowej, proponują nam: Katarzyna Podpora - piano preparacje, akordeon, skrzypce, moog theremin, obiekty oraz Max Kohyt - fortepian, kontrabas, klarnet basowy, ukulele, elektronika.

Muzycy określają swoje dwa utwory (łącznie mniej niż 37 minut) mianem kompozycji, choć zdaje się, że składają się one głównie z wątków … improwizowanych. Jakkolwiek ilość dźwięków, jakie produkują w tzw. jednostce czasu, sugeruje, iż nagranie nie powstało w czasie rzeczywistym, albowiem bardzo często słyszymy dźwięki trzech, a nawet czterech instrumentów, tudzież wątków dramaturgicznych, snutych w tym samym momencie. Jeśli zaś nagranie jednak powstało na żywo, jedynym wytłumaczeniem naszego dysonansu poznawczego może być fakt, iż każdy z muzyków posiada więcej niż dwie kończyny górne lub nad wyraz sprawne kończyny dolne, zdolne grać na instrumentach. Efekt wszakże jest dalece frapujący, a swoboda kreacji i budowania dramaturgicznego napięcia zdecydowanie stanowią aut zarówno duetu, jak i każdego instrumentalisty z osobna.

Pierwsza opowieść toczy się wokół fortepianowych preparacji. Muzycy zaczynają w estetyce bardzo minimalistycznej, z czasem przebywa jednak dźwięków, rośnie ilość użytych instrumentów i spiętrzeń dramaturgicznych. Wyważone chamber, które lubi tajemniczość i suspens, zaczyna w toku budowania opowieści pokazywać pazurki i szukać zaczepki. Filigranowa fauna swobodnej improwizacji nabiera masy, choć muzycy, tak teraz, jak w trakcie całego nagrania, bardziej lubią dźwiękowe niuanse i szczegóły od ekspresyjnych salw emocji. Feeria słonych i matowych fonii podawanych wszakże z rozwagą, nie bez dobrych korelacji z dźwiękami, które wybrzmiały chwilę wcześniej. Druga strona winyla odstawia nieco masywne fortepiany i bardziej koncertuje się na budowaniu aury elektroakustycznej. Znów wszystko czynione jest tu ze smakiem, pewną kobiecą wrażliwością, z daleko od epatowania dźwiękami prostej syntetyki. Pojawią się brzmienia strunowe, do gry na moment wchodzi akordeon, nie brakuje dźwięków post-perkusjonalnych, a także akcentów akustycznej plądrofonii. W końcowej części nagrania swoje trzy grosze dokłada kontrabas wyposażony w nadpobudliwy smyczek. Ostatnia zaś prosta należy już wyłącznie do mooga, który buduje końcowe resume.