czwartek, 15 listopada 2018

Agustí Fernández & Sarah Claman! ‎Antipodal Suites!


Dwa studyjne, z pozoru niewinne, spotkania pianisty i skrzypaczki. Pierwsze, styczniowe nazwą Southern Suite, kwietniowe zaś Northern Suite. Gdy zlepią je na srebrnym krążku, całość nazwana zostanie Antipodal Suites.

On - Agustí Fernández - postać już niemal pomnikowa europejskiej muzyki improwizowanej, przy okazji generał katalońskiego free improve. W podkategorii piano prepare, niemający sobie równych nawet w ujęciu globalnym.

Ona – Sarah Claman – prawdziwie młoda krew swobodnej improwizacji, zamorska rezydentka Barcelony, być może kolejny muzyk, który przybył do tego miasta, by skutecznie siać artystyczny ferment. Płytą z Agustim w zasadzie debiutuje, jako podmiot wykonawczy.

Przyłóżmy ucho do tego, co powstało w trakcie owego dwukrotnego pobytu Agustiego i Sarah w L’Obrador, Sant Pere de Vilamajor, w Barcelonie. Wydawcą płyty jest label Sirulita, prowadzony przez pianistę. Pierwsza suita składa się z czterech części, druga z sześciu. Całość odsłuchu zajmie nam 57 minut i 38 sekund.




Podróż w ramach Suity Południowej rozpoczynamy głęboko w czeluściach pudła rezonansowego fortepianu. Towarzyszą nam molekularne ekspozycje, zaczepione o struny skrzypiec. Agusti i Sarah dość szybko łapią dynamikę i tryskają pełnowymiarowymi emocjami. Strefa gigantycznego sonore zostaje otwarta bezpośrednio pod placami Claman. Drugi odcinek startuje z klawisza, ruchliwym półgalopem, podczas gdy struny skrzypiec idą tuż obok. Zwarcia, zapasy, przeciąganie liny. Taniec na rozgrzanym dachu, z niemal gotycką intensywnością. Trzeci – moc dźwięków z głębokiej krypty. Tragic and beauty! Błyskotliwe preparacje na obu flankach. Sarah zdaje się rwać struny, rozciągać je, wykrzywiać i smagać batem. What a game! Od 5 minuty Agusti proponuje podróż z samego dna piana, sugeruje masywny rytm, w tle skrzypce eskalują się na potęgę. Burza z piorunami! Po chwili muzycy cichną i brną w coś na kształt meta drummerskiej wystawki. Ów otwarty dialog zdaje się nie mieć granic! Po prostu popis! Czwarta część Południowej, niczym ciężki kac po całonocnej imprezie – suche skrzypce, małe i delikatne półdźwięki, obok równie obsuszone piano, które kreśli mały, powykręcany rytm. Trzyminutowa perła!

Czas na Suitę Północną. Na klawiaturze rojbruje mały pegaz, a każda struna skrzypiec drży swoim indywidualnym, sonorystycznym blaskiem. Meta harmoniczny Agusti i szalona Sarah – iście diabelska koegzystencja! Dynamika i kawałki soczystego hałasu. No i jakże pięknie na siebie reagują. Drugi odcinek zaczyna się nieco bardziej … konwencjonalnie. Dokładna, skrupulatna narracja, nie łamiąca klasycznych kanonów. Ależ Sarah potrafi nieść ten duet przez wysokie wzgórza! Jest tak bezczelnie doskonała, we wszystkim czego się tknie! W 3 minucie muzycy szukają skupienia, łapią drobne kawałki powietrza. Rytm spod klawiatury, obok Claman śpiewa bardzo suchymi skrzypcami. Trzeci – małe frazy, drżące piano, skrzypce niczym tybetańskie misy. Molecular crazy sounds! Znów razem szukają śladów sonore w zakątkach studia nagraniowego. Piano brzmi jak hala suwnicowa, skrzypce niczym stado pasikoników. Na wybrzmieniu Agusti i jego piano cudownie drżą na niskich strunach. Czwarty odcinek Północnej idzie wprost z klawiatury. Skrzypce tańczą oberka, oczywiście w wersji półpsychodelicznej. Muzycy idą w strzelisty galop, pełen bohaterskich fajerwerków. Dwuminutowa perła. Piąty, przedostatni – półdźwięki, szczapy, preparacje, niebo w uszach! Sarah nuci strunami balladę udręczonej Królewny. Jeśli sonorystyka potrafi śpiewać, to właśnie jest ten moment! Wreszcie finał tej niezwykłej płyty – Sarah pogwizduje, a Agusti dba o połysk swoich strun, tych najgłębiej położonych. Na ostatniej prostej dużo epickiego rozmachu, ekstatycznego półtańca-połamańca. Bojaźń i drżenie, piękno i tragizm chwili – jakiż wspaniały stopping!



środa, 14 listopada 2018

Spontaneous Fest in Drumming Now! That’s how it went!


Druga edycja Festiwalu Muzyki Spontanicznej w poznańskim Dragonie za nami. Tym razem – z racji wybitnej reprezentacji perkusjonalistów – nazwana została Drumming Now!

Trzy dni wypełnione swobodnie improwizowaną muzyką, dużo wrażeń po obu stronach sceny. Nie sposób nie skomentować na tych łamach właśnie tych kwestii. Z oczywistych względów komentować nie będę spraw organizacyjno-bytowych samej imprezy. Może jedynie słowo o drobnych ambiwalencjach organizatorów, związanych z frekwencją na poszczególnych wydarzeniach koncertowych. A zatem dwa wnioski, które muszą tu być wyartykułowane: po pierwsze, także w obszarze free improve, wciąż najbardziej lubimy piosenki, które znamy, po drugie – we współczesnych czasach zasadniczo nie chodzimy tłumnie na biletowane koncerty. Muzyka ma być za darmo? Ogromna obłuda.




Dzień pierwszy festiwalu otworzył koncert Poznańskiej Orkiestry Improwizowanej (zwanej także na potrzeby tej imprezy – Poznan Improvisers Orchestra). Wyjątkowo nie odbył się on w Klubie Dragon, lecz w miejscu zwanym, bardzo celnie zresztą - Schron. Ansambl istnieje dokładnie rok, rozwija się dynamicznie, a skupia głównie młodych absolwentów poznańskich szkół muzycznych. Tym razem, z racji włączenia koncertu w szranki festiwalowe, Orkiestrą po raz pierwszy dyrygował gość, a w samym jej składzie pojawiło się kilku kolejnych gości. Na scenie zatem w sumie widzieliśmy i słyszeliśmy blisko 30 muzyków. Byli to stali członkowie POI: Borys Słowikowski - dyrygentura / bębny obręczowe, Marcin Góral – perkusja, Paweł Doskocz - gitara elektryczna, Fryderyk Szulgit - gitara elektryczna, Rafał Rybarczyk - gitara elektryczna, Hubert Karmiński - gitara basowa, Karol Firmanty – elektronika, Dawid Dąbrowski – elektronika, Jeff Gburek – elektronika, Maciej Łukacz - saksofon barytonowy, Damian Drozd - saksofon tenorowy, Weronika Kulesza – kornet, Adam Teresa – kornet, Michał Giżycki – klarnet, Ostap Mańko – skrzypce, Dominika Szelążek – akordeon, Martyna Gibes – wokal oraz Slasia Wilczyńska - lira korbowa. W ramach zaś rozbudowanej sekcji gości: Yedo Gibson - dyrygentura / saksofon, Vasco Trilla – perkusjonalia, Michał Dymny - gitara elektryczna, Maciej Karmiński – perkusja, Piotr Mełech – klarnet, Bartosz Wrona – wokal.

Na blisko godzinny występ złożył się 45 minutowy set pod batutą Yedo Gibsona oraz dwa krótkie encores, gdy w rolę dyrygentów wcielili się Borys Słowikowski i Rafał Ziąbka. Szczególnie ekscytujący był set zasadniczy. Brazylijski saksofonista miał mniej więcej dwie godziny na to, by poznać muzyków i określić metody współpracy. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Yedo, choć dużą część koncertu jedynie przyglądał się muzykom lub grał na saksofonie sopranowym, zdawał się czuwać nad każdym dźwiękiem, jaki pojawiał się na scenie. Gdy wreszcie gestami zaczął stymulować wydarzenia foniczne, cała Orkiestra wręcz uniosła się w powietrzu! Z mojej perspektywy, szczególne brawa należą się wokalistom. W wielu momentach ich temperament niósł muzyków naprawdę wysokim wzgórzem. Brawo! Koncert zwieńczyły dyrygenckie miniatury Borysa i Rafała. Precyzja, skupienie, także niebanalny efekt końcowy.




Pierwszy dzień festiwalu zakończył – już w Dragonie – koncert tria Florian Stoffner (gitara), Rudi Mahall (klarnet basowy) i pierwsza z drummerskich legend na festiwalu – Paul Lovens. Koncert w Poznaniu był jednym z czterech w trakcie polskiej trasy koncertowej, która promowała ich debiutancki krążek Mein Freud Der Baum. 50 minutowy set bardzo skupionej, prawdziwie molekularnej, jakże swobodnej improwizacji. Klasa obu niemieckich improwizatorów zdaje się być poza wszelką dyskusją, zatem wielu z nas skupiało uwagę przede wszystkim na szwajcarskim gitarzyście. I to był właściwy wybór. Świetna komunikacja ze starszymi kolegami, brawura techniczna i wielka wyobraźnia.




Czas na drugi dzień festiwalu i wciąż rosnące emocje. Do grupy festiwalowych gości, którzy grali w secie orkiestrowym, dołączyli dwaj młodzi i szalenie groźni Brytyjczycy – saksofonista Colin Webster i perkusista Andrew Lisle. Pierwszym zaś koncertem tego dnia było prawdziwie premierowe spotkanie tegoż właśnie Webstera z Vasco Trillą. Muzycy, którzy poznali się dwie godziny przed koncertem, zagrali świeży, dynamiczny set, który trwał około 30 minut. Muzycy zaliczyli wszystkie poziomy ekspresji, byli jak dzikie zwierzęta, właśnie, co wypuszczone z klatki, ale potrafili także zwinnie przepoczwarzać się w przebiegłe kocięta, które szukały na scenie sonorystycznych inspiracji. A zatem Colin i Vasco – czekamy na ciąg dalszy tak udanie rozpoczętej współpracy!




Zaraz potem spotkanie dwóch gitar elektrycznych – Michała Dymnego i Pawła Doskocza, z perkusją – Andrew Lisle’a. Młodzi polscy muzycy w trakcie poprzedniej edycji Spontanicznego Festiwalu zagrali trio z holenderskim drummerem Onno Govaertem. Tu, w dynamicznym, niemal psychodelicznym zderzeniu z lwem wprost z Londynu, pokazali moc ekspresji i improwizacji. Trzy kwadranse wyłącznie na temat, dobra komunikacja (pod koniec seta Andrew świetnie pociągnął narrację na talerzach) i niebanalne zakończenie.




Na koniec drugiego dnia festiwalu, nie ostatni na tej imprezie dowód, iż telepatia nie jest pojęciem teoretycznym. Doskonały duet Yedo Gibson i Vasco Trilla. Być może był to już ich dwusetny koncert, ale jeśli pozostaną w takiej formie, to mogą śmiało zagrać jeszcze … dwa tysiące koncertów. Yedo na sopranie wyczyniał cuda, grał całym ciałem, nosem, ustami, brzuchem i nogami. Jego sopran tańczył, drżał, krzyczał i dudnił. Vasco towarzyszył mu przy każdym dźwięku. Dobywał ze swojej magicznej walizki przedmiot za przedmiotem, by sprawić przyjacielowi choćby jedną niespodziankę. Yedo na finał zadął wprost w jego werbel. I naprawdę stali się wtedy jednym, muzycznym ciałem!





Dzień ostatni i aż cztery koncerty. Dwa tria stworzone ad hoc i dwa working duety. Sobota miała rozpocząć się dwoma duetami sax&guitar. Perkusiści nie pozwolili jednak na takie rozdanie. Skoro ten festiwal nazywa się Drumming Now!, to żaden koncert nie może się obyć bez perkusjonalii! A zatem tria – najpierw Michał Dymny, Colin Webster i Vasco Trilla, potem Paweł Doskocz, Yedo Gibson i Andrew Lisle. Dwa debiutanckie składy i moc niebywałych, często zaskakujących dźwięków. Muzycy wybornie radzili sobie we free jazzowych galopach, ale najciekawiej było wtedy, gdy tłumili emocje i poszukiwali się wzajemnie niemal pojedynczymi frazami. I znów Derek Bailey triumfował zza grobu ze swoją pokrętną tezą o jakości prymarnej improwizacji. Trudno wskazać miejsca szczególnie udane w trakcie obu 40 minutowych setów, bo było ich zbyt wiele. W oczy i uszy rzucała się świetna komunikacja, doskonałe, wzajemne słuchanie się i reagowanie na poczynania partnerów. Każdy z tej szóstki muzyków dawał z siebie naprawdę dużo i zmysłowo cementował kolektywne improwizacje.




Colin Webster i Andrew Lisle – choć zaliczamy ich zdecydowanie do młodej generacji brytyjskich improwizatorów – mają w dorobku wiele płyt, zarówno duetowych, jak i w triach i kwartetach. Znają się doskonale, wiedzą, że grając razem mogą pozwolić sobie na wszystko. Podczas wcześniejszych występów na scenie Dragona, zarówno Webster, jak i szczególnie Lisle, zdawali się nie odkrywać wszystkich kart, w niektóre improwizacyjne spięcia wchodzili z delikatną tremą. Tu, w swoim bazowym duecie, dali prawdziwy popis. Webster stąpał po krawędziach chmur, Lisle był tuż obok niego. Zażartowałem w kuluarach, że powinniśmy na kolejne edycje festiwalu zaprosić kilku bardziej uznanych saksofonistów w Europie i na świecie, ale nie po to, by grali w Dragonie, ale żeby usiedli wśród publiczności i posłuchali, jak świeżo i odkrywczo można grać na saksofonie altowym. Brawo Colin!




Wielki finał festiwalu. Wszelkie słowa zachwytu nad muzyką, jaka zabrzmiała do tej pory, od tego momentu można było już włożyć pomiędzy kartki historii. To, co pokazali na scenie Dragona Witold Oleszak (fortepian preparowany) i Roger Turner (perkusjonalia), kompletnie zdewastowało nasz obraz muzyki swobodnie improwizowanej. Turner - 72-letni drummerski geniusz, piękna klamra spinająca festiwal, który rozpoczął się m.in. koncertem z udziałem Paula Lovensa. Roger grał niuansami, drobnymi, akustycznymi incydentami. Po chwili wiedzieliśmy już, dlaczego jego instrument musi być tak skrzętnie skonstruowany i równie szczegółowo nagłośniony. Tu grał każdy drobiazg, wszystko miało swój sens dramaturgiczny, do tego świetnie konweniowało z tym, co wyczyniał tuż obok, dzięki swej buzującej wyobraźni, przyczajony na lewej flance Witek. Najspokojniejszy, najbardziej wyważony koncert festiwalu postawił nas na baczność. Oklaskom nie było końca.



Festiwalowe foty by NoFuck. Wszystkie prawa niezastrzeżone!


czwartek, 8 listopada 2018

Drumming Now! with Lovens! Turner! Trilla! Lisle! Stoffner! Mahall! Oleszak! Webster! Gibson! and others!


“Drumming Now! 2. Spontaneous Music Festival – Live in Dragon 2018” startuje za kilka godzin! Zapraszamy do lektury, jak najbardziej zaktualizowanego, programu koncertów.


8 Listopada, 2018

Schron (ul. Kościuszki 68)  19.30  (wstęp wolny)
Poznan Improvisers Orchestra conducted by Yedo Gibson feat. Vasco Trilla, Piotr Mełech, Michał Dymny, Maciej Karmiński & Bartosz Wrona

Dragon (Zamkowa 3) 21.30  (bilety)
Florian Stoffner g/ Rudi Mahall bcl/ Paul Lovens dr

9 listopada, 2018

Dragon 19.00 (bilety)
Colin Webster sax/ Vasco Trilla dr
Andrew Lisle dr/ Paweł Doskocz g/ Michał Dymny g
Yedo Gibson sax/ Vasco Trilla dr

10 listopada, 2018

Dragon 18.00  (bilety)
Michał Dymny g/ Colin Webster sax
Paweł Doskocz g/ Yedo Gibson sax
Colin Webster sax/ Andrew Lisle dr
Roger Turner dr/ Witold Oleszak p.


Poniżej prezentujemy omówienie każdego z festiwalowych dni, opublikowane na najpopularniejszym portalu społecznościowym tej galaktyki. Tuż po nich, jeszcze skromne zaproszenie do odsłuchu audycji radiowych, poświęconych wydarzeniu.




Dzień pierwszy

Zaczynamy we czwartek o godz. 19.30 w Klubie Schron (Kościuszki 68). Zagra Poznańska Orkiestra Improwizowana, zwana też na cześć swych słynnych poprzedniczek - Poznan Improvisers Orchestra.

Ansambl funkcjonuje już prawie rok, zagrał szereg niezwykle ciekawych koncertów, z udziałem naprawdę licznej publiczności. Grał w Domu Tramwajarza, Kołorkingu, także na ulicy Św. Marcin i na … statku w Cigacicach! Przez orkiestrę przewinęło się już kilkudziesięciu muzyków, a w rolę dyrygentów wcielali się Borys Słowikowski, Witek Oleszak i Rafał Ziąbka. Nawet raz Orkiestra zagrała … bez dyrygenta!

Występ czwartkowy będzie jednak szczególny. Po pierwsze, gdyż otwiera trzydniowe święto muzyki improwizowanej w Poznaniu, po drugie, gdyż w związku z ideą przewodnią imprezy, będzie miał wyjątkowo rozbudowaną sekcję rytmiczną, po trzecie wreszcie, dyrygować POI będzie po raz pierwszy gość – brazylijski saksofonista Yedo Gibson. Muzyk, który blisko dekadę prowadził The Royal Improvisers Orchestra w Amsterdamie, miał także okazję wielokrotnie praktykować z samą The London Improvisers Orchestra! We wspomnianej,  rozbudowanej sekcji rytmicznej zagra także kolejny gość Festiwalu, doskonały perkusista kataloński Vasco Trilla. Kolejnymi gości w składzie będą gitarzysta Michał Dymny, klarnecista Piotr Mełech, wokalista Bartosz Wrona i perkusista Maciej Karmiński.

Około godziny 20.30 przenosić się będziemy już do miejsca docelowego Festiwalu, a zatem klubu Dragon (Zamkowa 3). Zapewne nie później niż o 21.30 rozpocznie się tam koncert niezwykłego tria free improve. Zagrają - szwajcarski gitarzysta Florian Stoffner, którego znamy choćby z doskonałej płyty z Albertem Cirera oraz niemieccy mistrzowie gatunku – Paul Lovens na perkusji (jak zwykł to określać na płytach: selected and unselected drums and cymbals) oraz Rudi Mahall na klarnecie basowym.

Emocje na scenie zatem gwarantowane!!! Nie może Was zatem zabraknąć!

W ramach zaś przygotowań własnych do koncertu, obejrzyjcie fragmenty koncertów The Royal Improvisers Orchestra pod batutą Yedo Gibsona.






Dzień drugi

Tego dnia zobaczymy dwóch perkusistów, tyluż saksofonistów i gitarzystów. Dwa duety, jedno trio pomiędzy – wzorowa symetria! Startujemy o godzinie 19.00 w Dragonie. Zaczniemy od prawdziwego trzęsienia ziemi, a potem będzie jeszcze groźniej!

Jeśli prawdziwa jest teza Dereka Baileya, iż najlepsza improwizacja rodzi się podczas pierwszego spotkania muzyków, to koncert Colina Webstera i Vasco Trilli będzie świetną okazją, by to zweryfikować. Na to niezwykłe spotkanie wszyscy ostrzymy sobie pazurki.

Tuż potem Michał Dymny i Paweł Doskocz, na swych elektrycznych gitarach, wysadzą w kosmos Andrew Lisle’a i jego perkusję, a zaraz potem całą dragonową publiczność! A może kolejność zdarzeń będzie dokładnie odwrotna. Jeśli pamiętacie koncert Michała i Pawła z Onno Govaertem, w trakcie wiosennej edycji naszego festiwalu, wiecie doskonale czego się spodziewać. Dla Andrew będzie to pierwszy kontakt z tymi muzykami!

No i wielki finał dnia drugiego – Yedo Gibson i Vasco Trilla. Ci akurat muzycy znają się doskonale, zagrali razem kilkaset koncertów. Jak twierdzą obaj, są już od dawna jednym muzycznym ciałem. Przy okazji tego koncertu będziemy mieli doskonałą sposobność, by przekonać się, że telepatia nie jest zjawiskiem teoretycznym.

A w ramach przygotowań do tego dnia, obejrzyjcie proszę duet Michała Dymnego z … Vasco Trillą. Kto wie, może i oni zagrają razem w trakcie tego niezwykle … spontanicznego festiwalu!





Dzień trzeci

Zaczynamy już o 18.00. Bądźcie punktualni, albowiem czeka nas ogromna porcja muzyki swobodnie improwizowanej!

Na początek dwa duety saksofonowo-gitarowe. Najpierw Colin Webster zagra z Michałem Dymnym, potem zaś Yedo Gibson z Pawłem Doskoczem. Dla wszystkich będą to pierwsze spotkania sceniczne. Saksofony będą głośne, a gitary podłączone pod bardzo wysokie napięcie! A może będzie zupełnie inaczej… Na tym festiwalu nie możemy być niczego pewni. Choćby dlatego, że tuż obok nich krążyć będzie niezwykle niecierpliwy Vasco Trilla. Może podłączy się pod pierwszy duet, może pod drugi. A może …. zagra koncert solowy. Na te wszystkie wydarzenia przeznaczamy dwie godziny zegarowe. Bądźcie czujni i przygotowani na wszystko!

Po godzinie 20 czekają nas finałowe koncerty dwóch duetów, które pracują ze sobą od wielu już lat. Być może mniej zaskakujących wydarzeń dla nich samych, więcej przykładów realnej telepatii dla nas. Najpierw Colin Webster i Andrew Lisle. W duecie potrafią być sonorystycznie liryczni, ale i prawdziwie free jazzowi, aż krew się leje po scenie.

Wreszcie wielki finał festiwalu „Drumming Now!” - koncert Rogera Turnera i Witolda Oleszaka. Mały zestaw perkusyjny oraz fortepian preparowany i … niepreparowany. Pracują razem od ośmiu lat, nagrali dwie płyty. Wciąż im jednak mało! To z pewnością będzie niezwykłe wydarzenie!

W ramach przygotowań do koncertu finałowego festiwalu, proponujemy fragment bardzo świeżego występu Rogera Turnera, z sierpnia tego roku, z legendarnego klubu londyńskiego „Vortex”. Obok niego na scenie Evan Parker i John Edwards!





Media

Link do wydarzenia:


Jam Session, Radiowa Dwójka, audycja z dnia 26.10:


Wiek Awangardy, Radio Afera, audycja z dnia 6.11:



wtorek, 6 listopada 2018

Paul Lovens & Anemone! A Wing Dissolved In Light!


Paul Lovens, wybitny niemiecki perkusista i perkusjonalista, przybywa do Polski na kilka koncertów! Wraz ze szwajcarskim gitarzystą Florianem Stoffnerem i swym rodakiem, klarnecistą Rudi Mahallem, zagra od 7 do 10 listopada w Warszawie, Poznaniu, Łodzi i Bydgoszczy.

Lovens, to obok dumnych synów Albionu, Paul Lyttona i Rogera Turnera, z pewnością najważniejsza postać swobodnie improwizujących perkusjonalii w historii gatunku. Dodajmy, iż Paul Lytton gościł w Polsce w ubiegłym miesiącu (z Orkiestrą Barry Guya), a Roger Turner zawita do naszego pięknego kraju także w najbliższych dniach. W duecie z pianistą Witoldem Oleszakiem zagra w Bydgoszczy, Poznaniu i Łodzi (odpowiednio 9, 10 i 11 listopada).

Nim obu tych wspaniałych muzyków zobaczymy na koncertach, pochylmy ucho i oko nad jedną z ostatnich płyt z udziałem Paula Lovensa, poczynioną zresztą w prawdziwie – nawet jak na kanony free improve – gwiazdorskim towarzystwie.




Wydarzenie koncertowe miało miejsce niemal dokładnie 5 lat temu, na Festiwalu Tampere Jazz Happening. Płyta dokumentująca to nagranie zwie się A Wing Dissolved In Ligh (LP, NoBusiness Records, 2017), a składa z dwuczęściowego nagrania… Une Aile Dissoute Dans La Lumiere. Przed nami kwintet, który przyjął nazwę Anemone: Peter Evans – trąbka piccolo, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, Frédéric Blondy – fortepian, Clayton Thomas – kontrabas oraz Paul Lovens – jak to ma w zwyczaju: selected and unselected drums and cymbals. 50 minut swobodnej improwizacji, zapewne ze względów komercyjnych, określonej jako music composed by.

W ramach introdukcji drony z saksofonu, smyczek zawieszony na strunach, drżenie perkusjonalii, rodzaj narracji free improve granej… unisono. Zaraz potem głębokie piano, mała trąbka i przykład pierwszej, dalece sonorystycznej ekspozycji. Bogata faktura dźwięków kwintetu gwiazd, które lśnią od pierwszego rozdania. Improwizacja zdaje się być mocno osadzona w estetyce free jazzowej, ale raz za razem szuka fundamentalnego wyswobodzenia. W 5 minucie napotykamy na świetny dialog obu dęciaków, czyniony na tle zadziornej sekcji, a w niej skromny, ale błyskotliwy, skrupulatny i dynamiczny Lovens! Solowa ekspozycja Evansa zaraz potem, płynie po samych szczytach i pięknie wytłumia cały kwintet. Tuż obok, a może w samym środku wydarzenia, ornamenty na talerzach Lovensa, cuda w ustniku Butchera, no i smak wykwintnych preparacji Blondy’ego. Nowe rozdanie buduje się uroczymi dronami (w doskonałej komunikacja!). W 13 minucie trąbka i kontrabas snują jazzowy wątek. W sukurs idą im piano i sopran, kreśląc także swoją historię. Znów gęsto od dźwięków o bogatej fakturze. Kolejne wybrzmiewanie spotyka nas w 20 minucie. Pachnie dobrym jazzem na kilometr, ma klimat ecm-wski, ale to nie czyni tej sytuacji dyskomfortową dla recenzenta. Po chwili parada dźwięków lepi się do siebie, niczym w barwnej symfonii, pod bystre dyktando dęciaków. Pulsujący finał pierwszej strony czarnego krążka, tuż obok robótki ręczne Lovensa. 

Druga strona winyla, rzecz jasna, kontynuuje narrację, wszak jesteśmy na tym samym koncercie. Sonore z trąbki, pojedyncze akordy, szumy i mikrofazy, przykład uroczego minimal free improve! Od 5 minuty muzycy zwinnie rozpoczynają procesy eskalacji, tak indywidualne, jak i po czasie, zbiorowe. Butcher dmie w sopran, Lovens intensywnie korzysta z werbla. Zaraz potem Evans, Blondy i znów Lovens - fantastyczna parada mikroliderów. 10 minuta – brzęczący tenor i wspaniały mikro drumming, obok nich niemniej upalona trąbka - kolejna faza festiwalu small groups w ramach bazowego kwintetu. 14 minuta – początek etapu wybrzmiewania: preparacje w pudle fortepianu, szumy, drżenie i kołysanie w głębinach dźwięków. Nowa narracji rodzi się w bólu, pulsuje, pełna jest skupienia i małych dronów, powykręcanych meta rytmów Lovensa, czynionych do pary z sopranem. W tej opowieści nie ma pustych przebiegów, każdy muzyk chce być przy głosie, nie chce zmarnować choćby chwili, dać z siebie wszystko. W ramach podchodzenia do lądowania, zwinne expo piana, ale wprost z klawiszy. Tuż po nim rodzajowe call & response (przewodnik Evans!) wieńczy tę doskonałą płytę!


piątek, 2 listopada 2018

Albatre! Schneider & Almeida! Dikeman! Jacobson & Gotta Let It Out! Wachtelaer! Fischer! Lussier! Gregorio! The november’ rain of fresh vegetables!


Przed nami jesienny wysyp nowości wydawniczych, obfitujący w szereg zaskoczeń, wolt stylistycznych i jak to bywa na tych łamach, rozwiązań niestandardowych. Kilku ulubieńców redakcji i cały orszak nowych nazwisk i nazw do zapamiętania.

Zaczniemy po portugalsku (choć po holendersku), dynamicznie, na poły rockowo. Nie zabraknie – co oczywiste - krwistego free jazzu i rozbujanego free improve. Będzie rozbudowany wątek skandynawski (choć po części polski), interludium belgijskie, szczypta dźwięków z północy kontynentu amerykańskiego, a na sam finał drobny, polski akcent. Uwaga, uspokajam jednego z krajowych muzyków improwizujących - tym razem nie będziemy straszyć szatanem!

Muzycy do instrumentów, pismaki do piór, słuchacze do głośników i koniecznie na zakupy! Muzyki nie produkuje się za darmo!




Albatre  The Fall Of The Damned (CD Shhpuma/ Clean Feed, 2018)

Potencjometry nastawiamy na full, zapinamy pasy i startujemy! Jeden z najgroźniejszych i najgłośniejszych bandów z Holandii (pełnoprawny uzurpator prawa do nazwy The New Wave Of Dutch Heavy Jazz!) – trio Albatre, na które personalnie składa aż dwóch… Portugalczyków – świetnie nam znany i bardzo lubiany, Goncalo Almeida, tu na basie elektrycznym, także keyboardach i elektronice oraz Hugo Costa – na saksofonie altowym i efektach, wreszcie rodzimy dla przywołanego nurtu, Philipp Ernsting na perkusji i elektronice. Płyta, której tytuł konsumuje nazwy dwóch legendarnych kapel punks and new wave (ważny trop!), trwa ponad 50 minut i składa się z siedmiu utworów (śmiało możemy w tym wypadku użyć określenia – kompozycji). Na okładce replika Rubensa, pełna kształtów i nagości.

Dron pełen grzmotów, w tle otchłań bez dna, brutalny riff saksofonu, basu i perkusji! Ta płyta nie mogła zacząć się lepiej. Wraz z muzykami robimy ogromny krok w repetytywną monotonię rocka, bezwzględność death metalu, wreszcie punkową bezkompromisowość. Od 4 minuty galop odbywa się już na dociśniętym pedale gazu. Dynamiczny rytm wyzbyty wyuzdanej melodyki, flażoletowe ornamenty basu i drobinki meta elektroniki. Mocny temat bez improwizacji, w szerszym znaczeniu tego terminu. W 6 minucie Costa brnie wszakże w małą ekspozycję, która nosi znamiona swobodnej wymiany dźwięków. Kolejny odcinek zwraca naszą uwagę na fantastyczny sound gitary Almeidy – krystaliczny punks & noise z upalonym ambientem w tle. W trzecim, muzyków wspiera gość na kongach (Nique Quentin), a cała ekspozycja wręcz wybucha afrykańską polirytmią. Do tego klangujący bas i repetytywne, mokre plamy saksofonu. Wszystko podane w radosnym tempie i z dużą przestrzenią. Pod koniec dęciak brzmi już, jak spalony syntezator! Taniec Martwego Raju – jakże adekwatny tytuł! Trio pracuje jak klasyk niemieckiego electro. Czwarty odcinek zwiastuje dziki pisk altu. Gwałci go sekcja, która brzmi niczym kolejny klasyk, tym razem wytrawnego hc/punk – choćby kanadyjskiego Nomeansno (pamiętacie killera Dead Bob?). Dance! Dance to the Radio! To kolejne skojarzenie. Piękny fragment z odrobiną dubowej przestrzeni pomiędzy sążnistymi riffami.

Piąty utwór startuje elektronicznym dronem, a dalsza narracja toczy się z bezwzględną konsekwencją. Sporo syntetyki i dubu, wszystko wszakże w zabójczej galopadzie. Brzmienie instrumentów gęstnieje, brudzi się, jakby muzycy miksowali swoje dźwięki na żywo. A w trakcie tzw. przejść, błyskotliwe flażolety (Victims Family?). Na finał utworu, melodyjny saksofon w ramach nadbudowy, a w tle pomruki psychodelii. Przedostatni fragment kompiluje syntetyczny dron i samodekonstruującą się perkusję. A saksofon tańczy niemal folkowo! Po tej eksplozji, ciąg dalszy trawestowania historii hc/punk, ze świetnym, trwającym solem altu. Sam finał tej niezwykle energetycznej płyty toczy się dronem, mocnym jak walec drogowy (to remix kompozycji oryginalnej, które nie poznaliśmy). Rockowe wejście z gitary, epickie, pełne metalowego blichtru. Brudny, pięknie wulgarny sound na ostatniej prostej!




Jörg A. Schneider & Goncalo Almeida  Schneider Collaborations (LP, Schneider Collaborations, 2018)

Pozostajemy z Almeidą, który na potrzeby tej recenzji zamienia gitarę basową na akustyczny kontrabas, wszakże brzmiał będzie nadal bardzo groźnie. Spotykamy go w serii płytowej Schneider Collaborations, którą prowadzi niemiecki drummer, bardziej kojarzony ze sceną rocka awangardowego, Jörg A. Schneider. A zatem duet, choć w aż czterech przypadkach, wspierany doskonałym saksofonem – najpierw Juliusa Gabriela (tenor), potem zaś Colina Webstera (alt). Ponieważ mamy do czynienia z winylem, całość potrwa mniej niż 40 minut.

Rockowy, progresywny drumming bez znieczulenia i zadziorny, agresywny kontrabas, który brzmi trochę, jak sucha gitara basowa. Dynamika, ekspresja, moc i kompatybilna bezkompromisowość narracji, która choć toczy się pod dyktando Schneidera, jest demokratyczna i daje Portugalczykowi wiele przestrzeni na kreatywną samorealizację. Ten drugi potrafi tu brzmieć, niczym samodzielny ośrodek perkusyjny. Świetne wsparcie dają obaj saksofoniści. Gabriel mocno jest osadzony we free jazzie, choć zwykliśmy go znać, jako bardziej subtelnego kolorystę. Dmie ostro, jakby i jego instrument nie stronił od amplifikacji. Zaskakująco bardziej wyważonego pod względem ekspresji, odnajdujemy tu Webstera. Jego alt potrafi brzmieć raz czysto, raz bardziej sucho, w każdym przypadku dodając kolorytu dynamicznym poczynaniom duetu bazowego.

Jednym z najciekawszych momentów tej bardzo dobrej płyty jest 7 minutowy Glowing, który łączy niemal polirytmiczny drumming z bystrym, repetującym nieustannie kontrabasem. Silny stempel jakości odznacza na płycie także 11 minutowy Ecstatic, który szczególnie eksponuje doskonały flow Webstera, przy okazji w pełni uzasadniając tytuł utworu. Taneczny drum’n’bass na tle stawiającego plamy saksofonu altowego. Doskonałe!




John Dikeman & Aleksandar Škorić  Deekshya (download, Nachtstuck Records, 2018)

Nie zmieniamy estetyki dynamicznej improwizacji – czas na pełno gatunkowy free jazz! Doskonale nam znamy amerykański europejczyk na saksofonie tenorowym – John Dikeman, w towarzystwie serbskiego perkusisty Aleksandara Škoricia. Spotkanie live z Groninghen, w czterech częściach, przez prawie 65 minut.

Od czasów Interstellar Space, tenor i perkusja, to sytuacja niemal klasyczna w gatunku. Na płycie Deekshya odnajdujemy gęsty, świetnie skomunikowany duet dwóch fachowców wysokiej klasy. Dikeman zdaje się być urodzony do takiej rozgrywki, kocha ekspresję i lubi budzić emocje. Jego towarzysz świetnie czuje tu bluesa, jest wyrazisty, precyzyjny, zawsze na czas i na temat, krok w krok za tenorzystą. Gdy John postanawia odpocząć i wejść w spokojniejsze tony, Aleksandar uruchamia perkusjonalną armię i daje upust swojej dużej kreatywności. Pierwszy pokaz ma już w 7 minucie pieśni otwarcia. Choć nagranie jest niezwykle ekspresyjne, nie brakuje w nim chwil zadumy i wyciszenia, dobrej sonorystyki i kompatybilnego, małego drummingu. Muzycy mają na wszystko czas i pozostawiają sobie wzajemnie dużo swobody. Choćby w 5 minucie trzeciej części, słyszymy perkusyjne ornamenty, dużo szumu w tubie saksofonu, gongi i rytuały na poły plemienne.

Muzyka Dikemana i Skoricia niczego na niwie wolnego jazzu nie odkrywa, daje po prostu wielką radość z odsłuchu, możliwość obcowania z mocą ich temperamentu, artystycznej wrażliwości i bardzo pozytywnego przekazu. A na sam finał – nie może być inaczej – czeka nas czysta orgia zmysłów, pokrzykiwania, prawdziwie ogniste smagnięcia sax & drums. I piękne wybrzmienie na talerzach.




Jacobson/ Friis/ Maniscalco + Kārlis Auziņš  Split: body (kaseta, Gotta Let It Out, 2018)

Niniejszym rozpoczynamy blok nowości duńskiej wytwórni Gotta Let It Out, prowadzonej przez polskiego kontrabasistę Tomo Jacobsona. Na początek on sam, jako tytuł wykonawczy, w skromnym trio z udziałem dwóch Pań: Marii Laurette Friis – głos i elektronika oraz Emanuele Maniscalco – pianino. Ta trójka muzyków wypełni nagraniem koncertowym pierwszą stronę kasety Split: body (44 minuty z sekundami).

Wita nas burczenie kontrabasu, szelest small drumming (zapewne ze źródeł syntetycznych), dużo ciszy, skupienia i nieśpieszności. Słyszymy damską wokalizę, która choć zdaje się być spokojna, mogłaby straszyć w środku nocy, w ciemnym lesie. Narracja prowadzona jest w formule free improve, silnie osadzona zaś w estetyce minimal and repetitive. Z jednej strony jest nieco natarczywa, z drugiej boleśnie urocza. Od 6 minuty w rękach Tomo pojawia się smyczek, a narracja jeszcze intensywniej szuka ciszy. Elektronika zdobi nagranie onirycznym flow, jest trochę performatywna i kampowa. Pianino zanurzone w minimalizmie, ale wyraziste i niebanalne. Osią tego tria jawi się zdecydowanie męski kontrabas, aktywny i mocno kreatywny. Często wchodzi w sytuację solową, choć na ogół bystrze wspieraną repetycją pianina (choćby 20-22 minuta), a także kolejnymi wokalizami, zanurzonymi w smutnej elektronice. Po 30 minucie muzycy dostarczają nam małe porcje hałasu. Emocje buzują, a e-muza jeszcze dokłada do ognia. Finałowe wybrzmiewanie nie stroni od nostalgii i zadumy. Dużo ciekawego dzieje się na strunach, także głosowych.

Drugą stronę kasety wypełnia solowy incydent na saksofon sopranowy. Tu podmiotem wykonawczym jest Kārlis Auziņš. Nagranie studyjne, blisko 41 minut. Muzyk proponuje nam dwie stosunkowo krótkie improwizacje na początek i koniec oraz długą, zasadniczą część pomiędzy nimi, trwającą ponad 30 minut. Jeśli wstęp i zakończenie uznamy za istotnie wartościowe fragmenty tego nagrania (szczególnie wstęp, z rozsądnie stosowanymi technikami rozszerzonymi i mocnym, jednooddechowym flow), to środkowy utwór, szczególnie w fazie początkowej, delikatnie przynudza. To rodzaj sopranowej ballady, toczonej wg nieokreślonych do końca reguł wolnej kameralistyki. Bystrze zastosowane nożyce edytorskie dobrze posłużyłyby tej części ekspozycji. Bo już sam finał ponownie jest gęsty, niecierpliwy, a z tuby instrumentu dętego, co rusz dobywają się ciekawe kombinacje dźwięków.




Claus Hojensgard/ Emanuele Manisscalco/ Nelide Bandello  Hobama (CD, Gotta Let It Out, 2018)

Pozostajemy w towarzystwie pianistki Emanuele, która tym razem zagra na elektrycznym instrumencie klawiszowym, a towarzyszyć jej będą: Claus Hojensgard na trąbce i Nelide Bandello na perkusji. Nagranie bez oklasków potrwa 32 i pół minuty.

Hobama, zgodnie z opisem płyty, zawiera materiał skomponowany, który w trakcie wykonywania będzie twórczo modyfikowany poprzez improwizację. W trakcie 7 utworów słyszymy na ogół łagodną, chwilami nawet smooth jazzową trąbkę, ciepły, ale zadziorny i bynajmniej nie ilustracyjny klawisz oraz zwinną, acz skromną w zakresie poziomu ekspresji perkusję. Narracja toczy się warto, zwinnie i dobrze koi zszarpane swobodną improwizacją nerwy recenzenta. W trakcie odsłuchu, w głowie tego ostatniego pojawia się skojarzenie z formacją Freelectronic Tomasz Stańki sprzed 30 lat. Wszakże im dłużej słucha się tej płyty, tym bardziej rośnie podziw dla pracy, jaką wykonuje pianistka, zaś dokładnie odwrotny proces tyczy się trębacza.

Całkiem ciekawie dzieje się w utworze czwartym – po spokojnym intro, dynamika ekspozycji zdecydowanie rośnie, a melodyka i rytmika narracji niosą znamiona rockowe. W kolejnym, muzyków dopada nostalgia, a trębacz zdaje się słodzić ekspozycję na potęgę. Cała zatem płyta jest dość nierówna, a jeśli godna może być większej uwagi, to jedynie ze względu na pianistkę, która zresztą w utworze finałowym dyktuje warunki i stawia indywidualny stempel jakości. 




Nikita Rafaelov  Spirit Of Gaia (CD, Gotta Let It Out, 2018)

Na finał wątku skandynawskiego, solowa płyta fińskiego pianisty Nikity Rafelova. Nagranie zawiera zarówno komponowany materiał, w którym instrument Fina zdaje się chytrze multiplikować, czasami nawet urastać do małej orkiestry, jak i utwory swobodnie improwizowane. Uprzedźmy wypadki – ten pierwszy wątek jest zdecydowanie ciekawszy! Całość odsłuchu zajmuje 41 minut z sekundami.

Start jest spokojny, wyczekujący, zapowiadający coś więcej. Odrobina minimalizmu, bystre repetycje, moc pojedynczych akordów fortepianu, także po czarnej stronie klawiatury. Klimat relaksacyjnego niepokoju. W drugim utworze muzyk proponuje dość natarczywy rytm, trochę brudu brzmieniowego i dynamiczny flow, który przypomina nieco Pociągi Reicha. Efektowny pasus, nawet do tańca. Przy okazji słyszymy w słuchawkach znacznie więcej instrumentów – szczególny rodzaj polifonii i błyskotliwa symultaniczność. Kind of piano’drum’n’bass. W trzecim odnajdujemy także zachowania sonorystyczne, czynione niemal w elektroakustycznym środowisku. Kilka wątków i repetycja czystego piana w tle. Bez dwóch zdań, trzy pierwsze utwory są solą tej muzyki.

Co ciekawe, gdy Nikita idzie w swobodną, akustyczną improwizację, czar delikatnie pryska. Muzyka staje się dość oczywista, chwilami bardzo przewidywalna. Rozkołysane, wolne od pięciolinii ballady, bez należytej kreacji, pozbawione ozdobników i twórczego kombinowania na boku. Cóż, być może nie wszyscy stworzeni są do free improve. Finał płyty, mimo wszystko, osiągamy dość szybko, a na ostatniej prostej czeka na nas liryczna opowieść w klimatach tria Aurora. 




Dirk Wachtelaer/ Jürgen de Blonde/ Alec Ilyine/ Gert de Meester  Tales from the hellhole (Bandcamp, 2018)

Na odsłuch (odczyt) dwóch wydawnictw przenosimy się do Belgii. Elementem personalnie je scalającym będzie perkusista Dirk Wachtelaer (tu także z elektronicznym stuffem). Obok niego: Alec Ilyine na gitarze i basie, Gert de Meester – na basie i elektronice oraz Jürgen de Blonde – wyłącznie elektronika. Nagranie w ośmiu swobodnie improwizowanych częściach potrwa 73 minuty z sekundami.

Muzycy z Belgii zabierają nas do świata elektroakustyki. Dwa instrumenty z prądem, sporo elektroniki i perkusja, która w zasadzie nie pracuje bez wsparcia syntetycznych dźwięków. Od razu zaznaczmy, iż ta dość długa, może nawet zbyt długa płyta, ma wiele wyśmienitych momentów, w których w/w składowe świetnie ze sobą współgrają. Być może jednak, co powtórzymy przy kolejnej płycie z udziałem Wachtelaera, muzykom zabrakło odrobiny chłodnego spojrzenia na etapie selekcji bardzo tu przecież rozbudowanego materiału dźwiękowego. Nic bowiem tak nie szkodzi swobodnej kreacji, jak kolokwialne przegadanie tematu, nadmiar dźwięków i brak samokrytycyzmu. Bez wątpienia wszakże, to co dzieje się na płycie Tales from the hellhole począwszy od fragmentu czwartego do szóstego zasługuje na ocenę najwyższą. Popatrzmy zatem na szczegóły środkowej części nagrania.

Czwarty odcinek zaczyna się w ciszy, a narracja prowadzona jest w ogromnym skupieniu. Bas elektryczny rysuje linie podziału, ale enviroment of electro-acostic starannie żłobi swoje koryto. Świetna, wielowarstwowa narracja perkusisty. Po 10 minucie wszystkie wątki tego odcinka zaczynają ze sobą błyskotliwie konweniować – duża przestrzeni, dobry flow, skupienie i całkowity brak dźwięków zbytecznych. Piąty numer wyłania się z szumu elektroniki, dźwięków gitary, czerpanych z samego dna instrumentu. Zwinna repetycja ambientowego klimatu wzmaga zainteresowanie odbiorcy. Szósty utwór kontynuuje wątki poprzednika, a także twórczo je rozwija. Faktura dźwiękowa zmysłowo pęcznieje. Po stronie aktywów tego kwartetu należy zaliczyć także 17-minutowy, finałowy utwór (jego poprzednik utonął w funkowych peregrynacjach gitary i basu, prowadzonych bez ustalonego celu). Rozbudowane intro jest dziełem drummera, wspieranego żywym ambientem na backgroundzie. Narracja szuka dronowych ekspozycji, a gdy je znajduje, bystrze łechta ucho recenzenta. Na ostatniej prostej szczypta dubowych klimatów, dużo pogłosu i ponownie dobrej roboty Wachtelaera.



Eclectic Maybe Band The Blind Night Watchers' Mysterious Landscapes (CD, Discus, 2018)

Pozostajemy w towarzystwie belgijskiego perkusisty, ale dość zasadniczo zmieniamy stylistykę. Przed nam sekstet Eclectic Maybe Band w składzie: Guy Segers – bas i sampler, Dirk Wachtelaer – perkusja, Michel Delville – gitara elektryczna, Joe Higham – elektronika, saksofon sopranowy i duduk (rodzaj instrumentu dętego), Roland Binet – flet i saksofon tenorowy, Catherine Smet – keyboard. Nagranie studyjne, czas trwania 75 minut i 5 sekund, podane w dziewięciu częściach określonych jako spontaniczne kompozycje.

Groźne akordy piana, szum i opiłki sonore, narzędzia elektryczne i elektroniczne - to na starcie. Witamy w świecie bogatym w dźwięki, pomysły, czy wykorzystywane instrumentarium. Opowieść muzyczna, którą moglibyśmy określić jako rodzaj elektroakustycznego fussion, oczywiście – zgodnie z nazwą formacji – wyjątkowo eklektycznego. W trakcie całej płyty, obok swobodnych i niebanalnych pasaży zwinnej improwizacji, towarzyszą nam także dźwięki z krainy łagodności (zwłaszcza fletu) i nazbyt oczywistych pasaży syntezatorowych. Chwilami muzyka ta przypomina formację SBB, tę nieco egzaltowaną jej wersję z przełomu lat 70. i 80. ubiegłego stulecia, co w tym wypadku z pewnością nie jest komplementem. Ale dość utyskiwań – szukajmy pozytywów!

Trzeci utwór przynosi ciekawą, minimalistyczną pianistykę na pogłosie i dobry, sonorystyczny drumming. Niebanalnie rozegrana narracja, która kończy się dość kompulsywnym fussion. W kolejnym, dużo konstruktywnego jazz-rocka z nadbudową elektrycznych klawiszy. W piątym, szczypta intrygującego samplingu (głosy ludzkie), zatopionego w gitarowym zgiełku, a na samym końcu pasaż free’noise’improve! W siódmym, duduk kreuje nieco folkowy klimat i świetnie współpracuje z basem. Podoba mi się także wstęp do ósmego utworu, bardzo oniryczny, wystudzony i zgrabnie rozegrany.

W ramach resume trzeba jednak stanowczo podkreślić, iż płyta jest zbyt długa, bardzo przegadana. Muzycy zdają się być zupełnie bezkrytyczny wobec owoców swojej artystycznej kreacji. Jeśli którykolwiek z nich od początku do końca pracuje na odpowiedniej wstrzemięźliwości, to jest nim perkusista. Gdyby nożycami edytorskimi wykroić z owych pięciu kwadransów 40 minutowy blok, płyta byłaby całkiem udana.




Colin Fisher  The Garden of Unknowing (kaseta, Tombed Visions, 2018)

Studyjna rejestracja, poczyniona w takim oto instrumentarium – gitara elektryczna, bas, perkusja, saksofon i syntezator. Pytacie o muzyków? Tak, jest … jeden i nazywa się Colin Fisher! Niemal 40 minutowa opowieść w sześciu częściach.

Muzykę zawartą na płycie określić moglibyśmy jako fussion jazz. Zdyscyplinowana, precyzyjna, skrupulatnie wykonana, niepozbawiona ekspresji i dobrze wyważonej dynamiki. Zaczyna się od tria gitara/ bas/ perkusja. Potem podłącza się saksofon, który nie stroni od free jazzowych wycieczek, pełen jest melodyjnej emfazy, ma dobre, aylerowskie zadęcie. Tuż po nim do gry wchodzi także syntezator, który na ogół pozostaje w pozycji koloryzującego backgroundu. Z utworu na utwór narracja zdaje się zagęszczać, co samo w sobie czyni tę skomponowaną improwizację udaną. Ostatnie dwa fragmenty pokazują nieco bardziej lajtowe oblicze Fishera.

Gdybyśmy oceniali tu jedynie same dźwięki, płyta lokowałaby się w stanach średnich naszego poziomu entuzjazmu. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, iż wykonuje ją jeden muzyk (mimo, iż z pewnością, nie na sposób symultaniczny), to nasze uznanie dla tego dzieła rośnie niebywale. Naprawdę intrygujące wydawnictwo!




Rene Lussier  Quintette (CD, Circum-Disk, 2018)

Pozostajemy w Ameryce Północnej (być może nie dodałem, iż Colin Fisher, to muzyk amerykański), by na kilka chwil pochylić ucho na kolejną już na tych łamach nowością wytwórni Circus-Disk. Tym razem w roli głównej legenda sceny Quebec, gitarzysta Rene Lussier. Kwintet przywołany z tytule płyty uzupełniają: Julie Houle na tubie i euphonium, Luzo Altobelli na akordeonie, a także Marton Maderspach i Robbie Kuster na perkusji. Płyta zawiera dziesięć utworów (muzycy bazują na materiale skomponowanym), trwa zaś prawie 52 minuty.

Muzycy zaczynają swój spektakl bardzo tanecznym i melodyjnym krokiem, z pewną na poły francuską ludycznością (czemu sprzyja, rzecz jasna same instrumentarium). Bogata i niebanalna sekcja rytmiczna zdaje się być w tym dziele niezwykle pomocna. Gitara z rockowym zacięciem, która tyczy szlak narracji, ale także świetnie improwizuje. Kind of specific fussion! Chwilami, także z uwagi na tubę i akordeon, muzyka Lussiera przypomina klimatem i matematyczną dokładnością, niektóre nagrania Henry Threadgilla, szczególnie w spokojniejszych metrach. Jest wtedy cierpliwa, skrupulatna, pełna niuansów i dobrej małej gry. Zdarzają się momenty ciszy, chwile onirycznego pół ambientu.

W wielu jednak momentach płyty osobowość lidera zbyt silnie determinuje zachowania pozostałych członków Kwintetu. Mimo, iż tworzą świetny background dla pozostającej niemal bez przerwy w grze gitary, rzadko dostają przestrzeń dla własnych, solowych eksploracji. Dynamiczne odcinki ociekają gitarowymi emocjami, dużo w nich prądu i eskalowania napięcia. Wysiłki wszystkich muzyków zlewają się jednak w całość i zdają się być trochę powtarzalne. Jakby wbrew drobnym ambiwalencjom recenzenta, płytę kończą jednak bystre drummerskie peregrynacje i krótki, ale naprawdę uroczy pasus akordeonu.




Guillermo Gregorio/ Rafał Mazur/ Ramon Lopez  Wandering The Sound (CD, Fundacja Słuchaj!, 2018)

Najwyższy czas na akcent krajowy. Jedna z licznych jesiennych nowości Fundacji Słuchaj!, to frapujące trio amerykańskiego (choć z argentyńskimi korzeniami) klarnecisty Guillermo Gregorio, hiszpańskiego perkusisty Ramona Lopeza i naszego stałego uczestnika międzynarodowych ansambli, jak zwykle grającego na akustycznej gitarze basowej, Rafała Mazura. Na płycie, która trwa niemal 54 minuty odnajdujemy dziewięć bardzo swobodnych i błyskotliwie wykonanych improwizacji.

Startujemy całkiem spokojnie, z flażoletami Rafała, talerzami Ramona i cichym klarnetem Gregorio. Ten ostatni, muzyk silnie zanurzony we współczesnej, improwizowanej kameralistyce, tu w zderzeniu z sekcją o kocich ruchach, nie będzie miał chwili wytchnienia. To czuje się od pierwszego dźwięku! Jego klarnet, pozornie czysty i wyuzdany, lubi brudzić jednak swoje brzmienie i pętlić się na dyszach. Rafałowi i Ramonowi bardzo po drodze z taką postawą partnera.

The Wandering Sounds zawiera stosunkowo, krótkie, absolutnie nieprzegadane opowieści, pełne niebanalnej zadumy klarnetu (czasami naprawdę w wysokich rejestrach) i gitary basowej, która nieustannie jątrzy, pobudza emocje i goni partnerów do wzmożonej aktywności. Im narracja jest bardziej dynamiczna i ekspresyjna, tym jakość całości pnie się ku górze i nietrywialnie szczytuje. Szósty odcinek, by szukać momentów szczególnie ekscytujących, serwuje nam coś w rodzaju ballady free chamber, pięknie zdobionej incydentami na gryfie gitary. Kolejny utwór ciągnie ten wątek, a energia Rafała pcha go na bardziej dynamiczne szlaki. Sam wreszcie finał płyty jest gęsty, zadziorny, niecierpliwy, znów szyty wedle wskazówek gitary basowej, zdobiony skromnym, ale emocjonalnym drummingiem Ramona i pieśniami chwalebnymi wprost z tuby klarnetu Gregorio.



poniedziałek, 29 października 2018

Leandre! Hug & KIO! Bittova! Andorra! Bopp! Agnel! Schweizer! Nicols! Melford! Newton! All Women alarmed at Ad Libitum Festival’18!


Trybuna Muzyki Spontanicznej w delegacji!

Po dalece ekscytującym pobycie na Krakowskiej Jesieni Jazzowej, gdzie przez kilka dni rezydował nowy, duży skład Barry Guya For The End Yet Again*), tym razem tradycyjna, coroczna wyprawa do stolicy na ulubiony event redakcji, Festiwal Ad Libitum!

Tegoroczna edycja, choć nieco mniej rozbudowana w zakresie podmiotów wykonawczych, była ze wszechmiar wyjątkowa. Po pierwsze z racji jakości muzyki (co w sumie jest regułą na tym festiwalu; patrz: relacja z ubiegłorocznego spotkania), po drugie zaś – całą imprezę wypełniły swoimi dokonaniami artystycznymi wyłącznie kobiety! Impreza posiadała – jak to ma w zwyczaju – nazwę własną. Tym razem było to dość buńczuczne hasło Women Alarm! W tej zatem sytuacji czasowo-przestrzennej, rola mężczyzn sprowadziła się do zasiadania na widowni. Z tego samego zaś powodu, rola postaci wiodącej nie mogła nie przypaść w udziale francuskiej kontrabasistce Joelle Leandre. Cenimy ją jako wybitną improwizatorkę, znamy też jej temperament, umiejętność stawiania na swoim i jasnego wyrażania poglądów. W dzisiejszych czasach, to niebywale ważna cecha, niezależnie od płciowych konotacji.

Przekaz ideologiczny, to oczywiście rzecz ważna, ale nas na tych łamach zawsze najbardziej interesuje muzyka. Zatem w krótkich, żołnierskich słowach opiszmy wrażenia z odsłuchu sześciu festiwalowych koncertów. Nie będziemy trzymać się chronologii wydarzeń, jakie miały miejsce w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej, albowiem, podobnie jak Leandre, lubimy być krnąbrni i podążać wbrew utartym schematom relacji koncertowych.




Jeśli już padły personalia znakomitej kontrabasistki, zacznijmy od prezentacji dwóch koncertów z jej udziałem. Kończyły one dzień drugi i trzeci, były z pewnością wydarzeniami, na które oczekiwano ze szczególną atencją. Najpierw working band, który artystycznie funkcjonuje już bodaj od czterech dekad – Les Diaboliques! Same legendy gatunku, Panie, które w zwyczajowo męskim świecie swobodnej improwizacji, wyrywały już bruzdy na głębokość Rowu Mariańskiego - szwajcarska pianistka Irene Schweizer, szkocka wokalistka Maggie Nicols i rzeczona Joelle Leandre. Błyskotliwa kreacja, dużo elementów performatywnych, świetna komunikacja i doskonała zabawa po obu stronach sceny. Dla mnie osobiście koncert ten był przede wszystkim pierwszym spotkaniem na żywo z Nicols, kobietą, która dokładnie 50 lat temu grywała już w składzie Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. I chyba nikogo z obecnych na koncercie nie zaskoczę, jeśli powiem, iż była postacią wiodącą Diablic. Temperament, niebywałe poczucie humoru i warsztat głosowy, który pozwalał jej przejść przez najbardziej zagmatwaną dramaturgicznie opowieść sceniczną. Publiczność oczywiście oszalała, ja osobiście, nie tylko z wrodzonej przekory, delikatnie utyskiwałem na przesunięty w kierunku performansu, ciężar gatunkowy koncertu. Sama muzyka chwilami schodziła na dalszy plan.




Kolejne trio z udziałem Leandre, spełniło już wszelkie moje muzyczne oczekiwania. Tym razem francuskiej kontrabasistce towarzyszyły dwie Panie z drugiej półkuli, Myra Melford - fortepian i Lauren Newton – wokal. W tym składzie grały ze sobą po raz pierwszy (Leandre i Melford grają razem jako Tiger Trio, ale wtedy towarzyszy im Nicole Mitchell na flecie). Muzyka była tu w absolutnym centrum uwagi. Delikatność i precyzja Melford, która choć często schodziła na dalszy plan, była jak demiurg, który dawkuje napięcie i decyduje o wszystkim. Wspaniale wokalnie prezentowała się Newton. Sprawiała wrażenie, że jest w stanie wydobyć z siebie każdy dźwięk. Czuło się także, iż jej warsztat w pełni na to pozwala. Wielki finał festiwalu, z bisem i standing ovation.

Po spełnieniu obowiązku oddania czci najważniejszej personie Women Alarm!, kilka słów poświęćmy teraz dwóm koncertom, które w prywatnej ocenie Pana Redaktora, były definitywnym szczytem artystycznym imprezy.




Najpierw kolejny dowód na poparcie tezy Dereka Baileya, iż prawdziwie wartościowa improwizacja powstaje w momencie, gdy muzycy spotykają się ze sobą po raz pierwszy. Nuria Andorra, katalońska perkusjonalistka i Christiane Bopp, francuska puzonistka, zagrały niebywały koncert. Nuria, która zestawem instrumentalnym przypomina nieco Eddie Prevosta, bywa jednak od niego zdecydowanie mniej przewidywalna. Jej kobiecy temperament i wrażliwość akustyczna, kierowały ją w trakcie występu z Bopp na poziom kreacji być może niedostępny dla części gatunku męskiego. W niczym nie ustępowała jej Christiane, która doskonale wklejała się w zamysły Katalonki, sama przy tym kreując dalece zaskakujące sytuacje akustyczne. Nie była, po męsku, nastawiona na sonorystykę, inspiracji szukała w innych zasobach dźwiękowych puzonu, bez przerwy doprowadzając instrument do sytuacji, w której słyszeliśmy śpiew i mantryczne salwy dźwięków.




Dzień później wielu z nas, obecnych w sali koncertowej CSW, przekonało się, iż naprawdę nie znamy granic możliwości akustycznych fortepianu. Francuska improwizatorka Sophie Agnel zagrała niesamowity, solowy set preparowanego piano. W trakcie całego występu, na strunach jej instrumentu pojawiały się wciąż nowe przedmioty, które dekonstruowały akustykę fortepianu. I co najważniejsze, to nie sam proces niebywale kreatywnej preparacji był największą siłą tej improwizacji, ale przede wszystkim sama dramaturgia koncertu, jej przemyślany, logiczny kształt i fantastyczny finał grany z samej klawiatury, podczas gdy dźwięk każdej struny był silnie zniekształcony przedmiotami, które wcześniej artystka umieściła w pudle rezonansowym. Wspaniały koncert!




Zdecydowanie niebanalny był także czwartkowy koncert Krakow Improvisers Orchestra (uwaga! niedobitki gatunku męskiego na scenie!), która zaprezentowała bardzo interesujący performance (!), będący efektem trzydniowych warsztatów, jakie poczynili jej muzycy pod kierunkiem szwajcarskiej skrzypaczki Charlotte Hug. Teatr, malarstwo i sztuka dyrygowanej improwizacji, to były równoprawne elementy tego smakowitego spektaklu. Jeśli zaś skupimy się na samych dźwiękach, to należy podkreślić, iż orkiestrą dyrygowała zarówno Hug, jak i tradycyjna szefowa KIO, czyli Paulina Owczarek. Instrumentarium orkiestry było, co nie dziwi, bardzo rozbudowane, ale dramaturgia koncertu opierała się przede wszystkim na głosie ludzkim i instrumentach strunowych (rzecz jasna - z dużym udziałem samej Hug).

Wreszcie Iva Bittova i jej solowy … performance na skrzypce, głos, taniec i aktorstwo. Publiczność była zachwycona, wielu widzów przyszło pierwszego dnia festiwalu specjalnie na ten koncert, dla mnie osobiście za mało tu było jednak samej muzyki. Oczywiście koncert oglądało się doskonale, Czeszka perfekcyjnie panowała nad swoim warsztatem, także nad publicznością, a dla wielu był to doskonały spektakl.



*) ten wyjazd nie doczekał się komentarza na tych łamach, ale po spisane wrażenia odsyłamy na osobisty profil Pana Redaktora na najpopularniejszym portalu społecznościowym świata

wtorek, 23 października 2018

LFU: Lisbon Freedom Unit ‎and their Praise Of Our Folly!


Rozbudowane, europejskie składy improwizujące tej jesieni zdają się być w zdecydowanym natarciu! W połowie października, na Krakowskiej Jesieni Jazzowej, debiutował nowy ansambl Barry’ego Guya For The End Yet Again (ach, co to był za debiut!). W ubiegłym tygodniu zachwycaliśmy się na tych łamach doskonałą płytą tentetu Alexa Warda, teraz zaś chwil kilka poświęcimy na omówienie równie ekscytującej propozycji, która zwie się Lisbon Freedom Unit!

Bez cienia wątpliwości, w dziewięcioosobowym składzie orkiestry LFU, odnajdujemy prawdziwy kwiat muzycznej Lizbony. Do pełnej reprezentacji portugalskiej sceny improwizowanej, tej bardziej osadzonej w estetyce free jazzowej, brakuje tu być może jedynie dwóch trąbek, pewnej wiolonczeli, jednego kontrabasu i tyluż gitar *).

Zatem bez zbędnych wstępów, przedstawmy aktorów widowiska. Na gitarze elektrycznej Luis Lopes - muzyk, którego z pewnością uznać należy za moc sprawczą całego przedsięwzięcia, na saksofonach tenorowych – Rodrigo Amado (lewa flanka) i Pedro Sousa (prawa), na saksofonie sopranowym i klarnecie basowym - Bruno Parrinha (środek sceny), na fortepianie i rhodes piano - Rodrigo Pinheiro, na wiolonczeli - Ricardo Jacinto, na kontrabasie - Hernâni Faustino, na perkusji - Gabriel Ferrandini i wreszcie, odpowiedzialny za elektronikę i turntables – Pedro Lopes.




W dniach 4-5 listopada 2015 roku, w lizbońskim Namouche Studio, wyżej wymienieni muzycy zarejestrowali blisko 4-godzinny, improwizowany materiał (uprzedzając pytanie – nic nie wiemy o jakichkolwiek scenariuszach, powstałych przed nagraniem, wszak zgodnie z opisem płyty all music by the musicians). Na krążku o pięknym tytule Praise Of Our Folly (Pochwała Naszego Szaleństwa) odnajdujemy cztery utwory oznaczone cyframi rzymskimi (łącznie 52 minuty i 1 sekunda). Wydawcą jest Clean Feed Records.

I. Brzęk piana, pojedynczej struny kontrabasu, trochę szumu w tubach. Drobiny sonorystyki, kilka strumieni dźwięków nieco bardziej ciągłych. Prychy, rechoty i stemple z klawisza. Filigranowa narracja, która małymi krokami zdobywa czasoprzestrzeń. W 6 minucie po raz pierwszy odzywają się talerze Ferrandiniego. Dla odmiany, partner od elektroniki pozostaje na bardzo dalekim planie, być może zwyczajnie milczy. Improwizacja wije się, jak wąż po podłodze, ale systematycznie narasta. Na flankach błyskotliwie pęcznieją oba saksofony tenorowe. Zwarty, demokratyczny twór przepełniony molekularną interakcją. Po 10 minucie dźwięki uroczo nawarstwiają się, mają coraz gęstszą strukturę. Tuż potem, zwinne wybrzmiewają.

II. Piano, gitara i kontrabas – urywane, cięte frazy, wet za wet, wszystko świetnie skomunikowane. Oto jak wolny jazz potrafi urokliwie kąsać. Doskonały pasaż fortepianu, wyraziste, zadziorne ekspozycje instrumentów strunowych (smyczek na kontrabasie i wiolonczeli). W 5 minucie zapada spontaniczna (?) decyzja o pójściu w półgalop. Dynamika fragmentu chytrze wspierana jest wysoko zestrojonym drummingiem. Na prawym skrzydle wyśmienicie eksponuje się Sousa. Jego saksofon jednocześnie śpiewa i kruszy mury twierdzy. Zresztą cała banda muzyków, jawi się niczym piękne konie w galopie! Struktura narracji jest już tak gęsta (wszyscy muzycy przy instrumentach), że aż trudno uwierzyć, że całość brzmi tak selektywnie i klarownie w wymiarze akustycznym. Wszystko zdaje się być, tak dramaturgicznie, jak i brzmieniowo, świetnie ze sobą skorelowane. Na bogato! Ojciec i syn saksofonu tenorowego Portugalii dają tu prawdziwy popis! Tuż po nich krótka, jazzowa ekspozycja gitary tłumi tę wyjątkowo ekspresyjną opowieść.




III. W ramach introdukcji, grzmot gitary, garść syntetycznych dźwięków, amplifikacja na strunach wiolonczeli. Nonet nabiera innego, bardziej brudnego brzmienia. Włącza się piano rhodes, a przed nami prawdziwie pogmatwane fussion. Od startu gęste, narowiste, krwiste i istotnie głośne. Na flankach znów pyskato! Gitara Lopesa też ma dużo prądu! W 5 minucie robi się z tego prawdziwa ściana dźwięku, w której rozsądek dramaturgiczny muzyków zdaje się szukać punktu zaczepienia i po paru chwilach, znajduje go pomiędzy strunami gitary i równie prądobiorczej wiolonczeli. Następuje silnie tłumienie i wybrzmiewanie, które toczy się na barkach długotrwałych dźwięków elektroniki i armii talerzy Ferrandiniego. To naprawdę długi i efektowny proces. Psychodelia znajduje tu swoje miejsce na ziemi!

IV. Wstęp należy do Pedro Sousy. Pełen furii i sonorystyki, kolejny dowód na niebywale wysokie kompetencje tego wciąż młodego saksofonisty z samego krańca świata nowożytnego. Świetnie wchodzi w ten gąszcz dźwięków fortepian Pinheiro. Duet, który w mgnieniu oka staje się triem (Ferrandini!). Eksplozja free jazzu, krew na ścianach! Zaraz potem kontrabas i mamy kwartet! Fire music again! Pozostali muzycy step by step podłączają się równie podekscytowani, doskonały zaś tenor pcha cały ansambl wprost do nieba! Wrzący tygiel ekspresji (Amado jest równie rozpalony, jak Sousa!), głośny, dynamiczny, gwałtowny! No, a ciągiem dalszym tej historii może być jedynie równie efektowne stopowanie, tu osadzone na gitarze i jej wciąż gorejących strunach. Przestery wspierane są elektroniką. Jakże barwna, niemal metafizyczna eksplozja! Szukamy ciszy i refleksji dramaturgicznej. Wspaniałe małe piano Pinheiro. Sustained streams ze strony wszystkich dęciaków. Muzycy wypatrują psychodelii, ta wpada im prosto w ramiona. Wszystkim na scenie udziela się delikatny trans. Cudowny smyczek na kontrabasie! Ta mocno już spowolniona narracja niespodziewanie zaczyna pęcznieć. Lopes czuwa, ale i dokłada do ognia. Zdaje się tu być prawdziwym mistrzem planu w wymiarze konstruktorskim. Finał tej doskonałej płyty muzycy osiągają dość nagle, aż chce się krzyczeć o więcej. So, let’s press the repeat!



*) dla tego, który trafnie odgadnie, o kim mowa, w nagrodę elektroniczny uścisk dłoni Pana Redaktora!



poniedziałek, 22 października 2018

DRUMMING NOW! 2nd Spontaneous Music Festival - Live in Dragon 2018!


Kolejna aktywność kulturotwórcza Trybuny powoli się ziszcza. Zapraszamy na wszystkie koncerty. W załączeniu oficjalne info prasowe, a także plakat festiwalowy autorstwa Witolda Oleszaka. 


Druga odsłona Festiwalu Muzyki Spontanicznej, organizowanego przez Klub Dragon i Trybunę Muzyki Spontanicznej odbędzie się pod hasłem Drumming Now!. Tak się bowiem fantastycznie składa, iż w trakcie trzech listopadowych dni gościć będziemy w Poznaniu aż czterech wybitnych perkusistów/ perkusjonalistów muzyki improwizowanej. I choć grać będą niezależnie od siebie, dominacja ich osobowości na kształcie artystycznym imprezy nie podlega dyskusji.

Paul Lovens (Niemcy) i Roger Turner (Wielka Brytania) to żywe legendy gatunku. Gdybyśmy mieli wymienić trzy najważniejsze nazwiska perkusistów swobodnej improwizacji, to personalia tych właśnie muzyków musiałyby paść.

Vasco Trilla (Katalonia) i Andrew Lisle (Wielka Brytania), to wiodące postaci współczesnej sceny europejskiej młodszego pokolenia. Też nie wymagają rekomendacji, szczególnie Katalończyk, który jest częstym gościem w Polsce, m.in. uczestniczył w pierwszej edycji Festiwalu.

Załogę festiwalową dopełniają kolejni doskonali improwizatorzy – klarnecista Rudi Mahall (Niemcy), saksofoniści – Yedo Gibson (Brazylia) i Colin Webster (Wielka Brytania), gitarzysta Florian Stoffner (Szwajcaria) oraz jak zawsze silna grupa muzyków polskich – gitarzyści Michał Dymny (Kraków) i Paweł Doskocz (Poznań), and last but not least – pianista Witold Oleszak (Poznań).

Na scenie festiwalu krzyżować się będą trasy koncertowe tria Stoffner/ Mahall/ Lovens, które promuje swą pierwszą płytę Mein Freund Der Baum, duetów Gibson/ Trilla (w tym roku CD Antenna) i Turner/ Oleszak (w dorobku dwie płyty z lat 2011/12). Specjalnie na potrzeby poznańskiego spotkania do Polski zawita duet Webster/ Lisle (będzie to ich pierwsza wizyta w naszym kraju; w dorobku niezliczona ilość wspólnych płyt). Jak zwykle, obok w/w koncertów stałych formacji improwizujących, widzowie obejrzą powołane ad hoc improwizowane duety i tria.

Festiwal zaś otworzy specjalny koncert Poznan Improvisers Orchestra (która używa także nazwy Poznańska Orkiestra Improwizowana). Ansambl założony rok temu rozwija się błyskawicznie, a skupia młodych muzyków improwizujących, w głównej mierze absolwentów poznańskich szkół muzycznych. Na okoliczność festiwalową Orkiestrą dyrygować będzie m.in. Yedo Gibson, a w rozbudowanej sekcji perkusyjnej zagra Vasco Trilla.




Program Festiwalu:

8 listopada (czwartek)

TBA 19.00  (wstęp wolny)
Poznan Improvisers Orchestra conducted by Yedo Gibson feat. Vasco Trilla
Dragon 21.00  (bilety)
Florian Stoffner g/ Rudi Mahall bcl/ Paul Lovens dr
  
9 listopada (piątek)

Dragon 19.00 (bilety)
Colin Webster sax/ Vasco Trilla dr
Andrew Lisle dr/ Paweł Doskocz g/ Michał Dymny g
Yedo Gibson sax/ Vasco Trilla dr

10 listopada (sobota)

Dragon 18.00  (bilety)
Michał Dymny g/ Colin Webster sax
Paweł Doskocz g/ Yedo Gibson sax
Colin Webster sax/ Andrew Lisle dr
Roger Turner dr/ Witold Oleszak p

UWAGA! Układ duetów i triów stworzonych ad hoc może jeszcze ulec zmianie.


****

Anonse radiowe:

24.10 Nokturn, Polskie Radio "Dwójka", 22.30 - wywiad z Vasco Trillą, a także zapowiedź koncertów festiwalowych.

26.10 Jam Session, Polskie Radio "Dwójka", 23.30 - zapowiedź festiwalu, prezentacja muzyki wszystkich uczestników. W drugiej części programu także muzyka z jesiennych premier serii wydawniczej Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune. Wszystko z żywym udziałem Pana Redaktora.

Link do playera radiowego: