Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomeka Reid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tomeka Reid. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2024

The Relative Pitch’ new delivery: Wild Peacock In Transit! Geometry of Phenomena! Band Width! Prose Métallique! What Happens Has Become Now!


Nowojorski label The Relative Pitch Records dostarcza nowe nagrania z tak dużą częstotliwością, iż jedna para trybunowych rąk, mająca do dyspozycji nawet najszybszą klawiaturę świata, nie jest w stanie omawiać je wszystkie na bieżąco.

Dziś sięgamy zatem po cztery z ośmiu październikowych premier (wszystkie w formacie poręcznego dysku kompaktowego), a także po jedną z letnich nowości, która zagubiła się w ferworze recenzenckich zmagań z muzyką improwizowaną. A w kolejce czeka już … dziewięć albumów zaplanowanych na listopad i grudzień. Dodajmy, iż jedna z październikowych premier była tu już werbalnie zreasumowana *).




SORBD Wild Peacock In Transit

Edith Steyer – klarnet Bb, Mia Dyberg – saksofon altowy, Rieko Okuda – fortepian, Isabel Rößler – kontrabas oraz Sofia Borges – perkusja, instrumenty perkusyjne. Czas i miejsce akcji nieznane. Dziewięć utworów, 40 min.

Kobiecy kwintet, którego nazwę tworzą pierwsze litery nazwisk artystek, przygotował dla nas całkiem pikantne danie, na które składa się pięć kompozycji własnych (po jednej każdej z Pań) oraz cztery improwizacje (w tym trzy ledwie kilkudziesięciosekundowe). Nagranie bazuje na estetyce jazzowej, bardzo udanie nawiązuje do spuścizny Anthony’ego Braxtona w tej dziedzinie i w każdym z dłuższych, komponowanych odcinków cechuje się dalece intrygującą dramaturgią.

Utwór otwarcia chyba najdobitniej sięga po anonsowane, braxtonowskie figury rytmiczne okraszane drobnymi, ciętymi melodiami. Całość jest ruchliwa, dobrze unerwiona, realizowana w zmiennym tempie, nastawiona na akcje realizowane kolektywnie, choć niepozbawiona krótkich ekspozycji w podgrupach. Druga opowieść jest rozbudowaną improwizacją, prowadzoną w spokojnym tempie, nasyconą sporą dawką kameralnej zadumy. Piano płynie tu szeroką strugą, z kolei dęte stawiają, nie pierwszy, nie ostatni raz, raczej na krótkie wypowiedzi. Odcinki trzeci, szósty i dziewiąty, to kilkudziesięciosekundowe tyrady agresywnej, niemal free jazzowej jazdy, świetnie kontrapunktujące pewną równowagę dramaturgiczną utworów skomponowanych. Opowieść czwarta znów sięga po estetykę chamber, najpierw w wykonaniu basu i saksofonu, potem kwintetu na efektownym wydechu. Część piątą kreśli dobre tempo, odrobina swingu i wystudzona reasumpcja oparta na kontrabasowym smyczku. Część siódma lepiona jest z dronowych, preparowanych fraz w fazie początkowej i masywnego flow opartego na gęstym, basowym pizzicato w fazie schyłkowej. Utwór ósmy jest najdłuższym odcinkiem albumu i zdaje się, że najbardziej efektownym. Przypomina mozaikę świetnie zaplanowanych akcji w podgrupach. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się tu niemal co kilkadziesiąt sekund, emocji nie brakuje, a każda z artystek, niezależnie od aktualnej konfiguracji scenicznej, dokłada do obrazu całości bardzo dużo jakości.



 

Reid, Kitamura, Bynum & Morris Geometry of Phenomena

Tomeka Reid – wiolonczela, Taylor Ho Bynum - kornet, flugelhorn, Kyoko Kitamura – głos oraz Joe Morris – gitara. Nagrane w Firehouse 12 Studios, New Haven, wrzesień 2023. Siedem utworów, 64 minuty.

Jak wieść gminna niesie, to już czwarte ujawnienie fonograficzne koedukacyjnego kwartetu uznanych postaci amerykańskiej muzyki improwizowanej, z których ta najmniej rozpoznawalna, wokalistka z rodowodem japońskim, zdaje się być przewrotnie tą najbardziej intrygującą. Nagranie syci się sporymi emocjami, choć jego bazą estetyczną jest definitywnie muzyka kameralna. Zespołowa i indywidualna kreatywność sprawiają, iż album nie ma słabych momentów, mimo, iż mógłby trwać kilka minut krócej.

Pierwsza improwizacja jest tyle mroczna, co spokojna, emocjonalnie zrównoważona. Artyści pracują w dużym skupieniu, pięknie sforują na czoło pochodu wokalistkę, która mówi, skrzeczy, sepleni i szmerze, czasami tylko dozując drobne plamy melodii. Muzycy stawiają na działania kolektywne, a jeśli decydują się na improwizacje w podgrupach, trwają one dość krótko. Druga odsłona wydaje się tu szczególnie udana – na poły dynamiczna ekspozycja instrumentalna o kocich niemalże ruchach i płynąca jakby wbrew tej konwencji leniwa wokaliza. Opowieść jest bardzo filigranowa, zdaje się przywoływać wspomnienia strunowych inkarnacji Spontaneous Music Ensemble, z głosem i kornetem, które same brzmiące jak instrument strunowe. Trzecia historia bazuje na duecie głosu i kornetu, który pęknie komentują oba strunowce. W części kolejnej, która trwa ponad siedemnaście minut, muzycy kreują szczególnie dużo przestrzeni dla akcji duetowych. Pięknie brzmią gitara i kornet, równie udanie głos z wiolonczelą. Poziom intensywności faluje, w momentach zagęszczania mamy naprawdę duże emocje, z kolei w fazie szemrania dopada nas moc urody pojedynczych dźwięków, szczególnie ze strony wokalistki. Początek szóstej części tonie w preparacjach, z kolei na etapie rozwinięcia kwitnie ekspresją i radością tworzenia kolektywnej narracji. Końcową odsłonę albumu otwiera kornecista, potem kilka perełek dostarcza wiolonczelistka i wokalistka frazująca na wydechu. Swoje dokłada też gitarzysta, który prawdopodobnie pracuje tu przy użyciu smyczka. Na ostatniej prostej opowieść przybiera formę dronowej post-ballady.



 

Jon Rose & Mark Dresser Band Width

Jon Rose – skrzypce, skrzypce tenorowe, Mark Dresser – kontrabas czterostrunowy i pięciostrunowy oraz Vladimir Tarasov – instrumenty perkusyjne (utwór 8). Nagrane w Alice Springs (Rose), San Diego (Dresser) i na Litwie (Tarasov), czas nieznany. Osiem utworów, 55 minut.

Ten album to prawdziwie interkontynentalne spotkanie. Skrzypek improwizuje w dalekiej Australii, kontrabasista w równie odległej Ameryce Północnej, a kilka fraz dogrywa ze znacznie nam bliższej Litwy perkusista. Wiele wskazuje na to, iż dwaj pierwsi improwizują w czasie rzeczywistym, wyposażeni w odpowiednią aparaturę przekazującą dźwięki (i być może obraz) na dużą odległość bez jakichkolwiek opóźnień. W każdym razie nagranie nasycone jest tak dużymi emocjami, iż trudno sobie wyobrazić, by interakcje na linii skrzypce – kontrabas nie odbywały się w formule live. Płyta odrobinę przegadana, ale konia z rzędem temu, kto wskaże momenty, z których warto byłoby zrezygnować.

Rose i Dresser rozpoczynają swój dialog w niemalże free jazzowym środowisku. Gęste, soczyste frazy, efektowne zwarcia i spiętrzenia, a niedługo potem … bolesne śpiewy dwóch wystudzonych smyczków. Akcja zmienia się często, zaskoczenia estetyczne czają się za każdym rogiem. Drugi odcinek znów znaczą post-jazzowe grepsy, ale najciekawiej robi się wtedy, gdy muzycy przechodzą do pełnokrwistego preparowania swoich instrumentów. W trzeciej odsłonie panuje kameralna zaduma, nasączona wszakże ekspresyjnym lamentowaniem. W każdym momencie muzycy są tu zdolni do przejścia w tryb pełen dynamiki i swawolnego tańca. Frazują arco, by po chwili w półgalopie szarpać za struny. Riffują i na wydechu, prawie na kolanach wnoszą tajemnicze modły. Na moment schodzą do głębokiej krypty, by po chwili sięgać nieba wysokim tembrem rozgrzanych smyczków. W części siódmej najpierw przywołują gorący wiatr z południa, potem toną w nieutulonym żalu. A wszystko efektownie podsumowują w ostatnim, ponad dziesięciominutowym utworze, w połowie którego do gry wchodzi perkusista i znaczy każdy fragment napotkanej drogi strugą post-jazzowych inkorporacji.



 

Audrey Lauro Prose Métallique

Audrey Lauro – saksofon altowy, preparacje. Nagrane w Sunny Side Studio, Anderlecht, czerwiec 2023. Siedem utworów, 35 minut.

Z licznej, jak zwykle w ofercie RP, porcji nagrań solowych do dzisiejszej zbiorówki wybieramy dwie. Ta pierwsza, to propozycja belgijskiej saksofonistki, która stawia na dźwiękowe preparacje. Dwie z nich nazywa metalicznymi (w roli głównej rezonująca tuba), dwie inne plastikowymi (tu w roli głównej bliżej niezidentyfikowane obiekty umieszczane w rzeczonej tubie). Album uzupełnia kilka ognistych fraz o proweniencji post-jazzowej, a efekt końcowy śmiało możemy uznać za udany.

W utworach pierwszym, piątym i szóstym artystka stawia na jazzowe frazowanie, realizowane dość czystym tembrem, ze swadą, odpowiednią dynamiką i całkiem swingującym krokiem tanecznym. W części szóstej jej instrument wydaje się lekki, niesiony na skrzydłach, wiedziony niemal folkowym podmuchem powietrza. Każdą z wyżej wymienionych opowieści Lauro kończy jednak frazami zabrudzonymi, dźwiękami, które grzęzną w zatykającej się tubie, jakby zapowiadały odcinki definitywnie preparowane. Opowieść druga i siódma, to metaliczne preparacje. Artystka buduje tu urokliwie rezonujące drony, prowadząc mroczną, dość minimalistyczną opowieść, która nabiera wyjątkowej jakości na ostatniej prostej albumu. Części trzecia i czwarta, to z kolei preparacje plastikowe. Tu Audrey stosuje mnóstwo efektownych zagrywek – ciężko oddycha, rzęzi i prycha, z pewnością zatyka tubę licznymi przedmiotami. Bywa w tych działaniach delikatna, niemal filigranowa, bywa jednak, że jej płuca i rozbudowana maszyneria w rękach stają się niebywale masywne, a wydobywane dźwięki intensywne, nawet post-industrialne. Wszystkie działania Belgijki znamionuje duże skupienie i pewna artystyczna wstrzemięźliwość. Nie sposób też nie docenić umiejętności budowania dramaturgii i zdolności do korzystania z naturalnej melodyjności saksofonu altowego.




Jessica Pavone What Happens Has Become Now

Jessica Pavone – altówka, efekty, hybrydowy instrument (sword viola) w utworze drugim. Nagrane w GSI Studios, Manhattan, styczeń 2024. Cztery utwory, 28 minut.

Jessica Pavone, postać chwalebna dla amerykańskiej muzyki improwizowanej, wieloletnia partnerka muzyczna Anthony’ego Braxtona, prezentuje nam swoją kolejną propozycję solową. Pamięć o poprzednich wydaje się dość zatarta (przynajmniej w głowie recenzenta), ta nowa zaś definitywnie zaskakuje. Sprawia wrażenie eksperymentu, który w obszarze działań akustycznych (utwory nieparzyste) broni się każdą swoją sekundą, z kolei w obszarze amplifikacji/ elektronizacji (utwory parzyste), tudzież stosowania tzw. oprzyrządowania hybrydowego, budzi spore zastrzeżenia, głównie natury estetycznej. Szczęśliwe album nie trwa nawet dwóch kwadransów, zatem jego odsłuch kończymy w dobrym zdrowiu.

Pierwsza kompozycja (takiej nomenklatury używa artystka), to post-barokowa, minimalistyczna mantra cierpienia. Przeciągnięte, bolesne frazy altówki, sycone rozedrganą melodyką, brzmią tu szczególnie pięknie. Jessica cedzi niekiedy pojedyncze dźwięki, a jej ból tworzenia zdaje się dotykać także słuchacza. Trzecia opowieść rozwija owo pasmo bojaźni i drżenia, doposażając narrację we frazy preparowane, wynikające z dociskania strun do gryfu, a także w odrobinę przewrotnej taneczności. Utwory parzyste przenoszą nas do zupełnie innego świata. Odsłona druga najpierw przypomina oniryczne post-electro, potem nabiera masy i basowych pasm. Czwarta jest już dronem białego hałasu, z pulsującym, basowym wnętrzem. Kona zatopiona w echu ciężkiego, metalicznego ambientu.

 

*) chodzi o album The Glass Changes Shape tria John Butcher, Florian Stoffner & Chris Corsano

 


piątek, 26 kwietnia 2024

The Relative Pitch’ winter outfit: Cello Trio! Duthoit & Hautzinger! Space! FC Orchestra! Sikora & Alcorn!


Nowojorski The Relative Pitch Records permanentnie dba o to, by nie było nudy w naszych muzycznych odtwarzaczach. Pierwsze tygodnie nowego roku przyniosły pięć premier, wszystkie udostępnione zostały w poręcznym formacie dysku kompaktowego - niektóre z nich na okładkach mają jeszcze wygrawerowane daty 2023, z kolei oznaczenia bandcampowe każą zaliczyć wszystkie płyty już do roku 2024.

Najważniejsza wszakże jest muzyka, a tej dobrej lub bardzo dobrej w katalogu amerykańskiego labelu nigdy nie brakowało. W zestawie otrzymujemy koncert na trzy rozszalałe, improwizujące wiolonczele, francusko-austriacką parę (nie tylko na scenie), która kocha tzw. techniki rozszerzone, szwedzkie trio dalece swobodnego post-jazzu, wreszcie dwie produkcje typowo amerykańskie, nie tylko z uwagi na narodowość ich twórców, ale także dość … przewidywalny splot wydarzeń artystycznych.

Welcome!!!



 

Tomeka Reid, Isidora Edwards & Elisabeth Coudoux Reid/Edwards/Coudoux

Wiesbaden, DARA String Festival, sierpień 2021: Tomeka Reid, Isidora Edwards oraz Elisabeth Coudoux – wiolonczele. Cztery improwizacje, 62 minuty.

Trzy wiolonczele w dłoniach trzech temperamentnych wiolonczelistek z trzech różnych kontynentów i ponad godziny koncert będący nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, doposażony w niepowtarzalne brzmienie gibkich strunowców i gęste zwoje improwizacyjnych interakcji. Czegóż chcieć więcej!

Dla wygody słuchaczy spektakl podzielony został na cztery odcinki, z których ten pierwszy trwa prawie dwa kwadranse. Jego początek jest dalece minimalistyczny, klejony z drobnych fraz, preparacji, szmerów i oddechów zanurzonych w mroku oczekiwania na to, co za moment może się wydarzyć. Wiolonczelistki pracują w dużym skupieniu, skoncentrowane na brzmieniu, ukrytej melodyce i budowaniu zwinnej dramaturgii. Okazjonalnie frazują w podgrupach, raz za razem uwalniając pokłady ekspresji, ale zdaje się, że mają pod pełną kontrolą przebieg całej improwizacji. Jej intensywność faluje niczym wzburzone morze. Artystki frazują na ogół arco, ale zdążają im się interludia kreowane w trybie pizzicato. Drugi odcinek koncertu najpierw skupia się na drobnych, preparowanych dźwiękach, potem eksploduje z siłą dotychczas niespotykaną. Po osiągnięciu szczytu opowieść opada w objęcia melodii i postępującego mroku. Trzecia część niesie ze sobą duży ładunek energii wewnętrznej, ale płynie w umiarkowanie spokojnym tempie, nasycona molową nutą, ale i na poły taneczną rytmiką. Przez krótką chwilę artystki rozmawiają ze sobą metodą call & responce, a ten epizod finalizują dalece emocjonalnym dociskaniem strun. Ostatnia odsłona zaczyna się na poziomie ciszy, lepi się z drobnych fraz, nie bez gorzkiej melodyki. Po pewnym czasie w gęstwinie mrocznych zakamarków budzą się bardziej zadziorne frazy, wzmagane uderzaniami smyczków po strunach. Finał koncertu mieni się mnóstwem wydarzeń. Zdaje się, że wiolonczelistki mają tu pomysł na kolejną godzinę koncertu.



 

Isabelle Duthoit & Franz Hautzinger Dans le Morvan

GMEA Central National de Creation Musicale d’Albi-Turn, luty 2021: Isabelle Duthoit – klarnet, głos oraz Franz Hautzinger – trąbka ćwierćtonowa. Jedenaście improwizacji, 64 minuty.

Morvan, to nazwa francuskiej miejscowości, w której pomieszkują Isabelle i Franz. Ona dysponuje głosem o nieskończonych możliwościach, jest w stanie wydać z siebie każdy dźwięk, równie skuteczna jest w wykorzystywaniu atrybutów sonorystycznych klarnetu, on, mistrz trąbki ćwierćtonowej, od lat jest synonimem najwyższej jakości w obszarze dźwięków trębackich wydawanych tzw. technikami rozszerzonymi. W życiu prywatnym są parą, na scenie muzyki improwizowanej nie występują wszakże równie często. Dziś ślą nam album wyjątkowy w obszarze brzmienia, pełen niespodzianek, dramaturgicznych wolt i … obrazów, jakie powstają w naszej wyobraźni. Być może odrobinę za długi, zwłaszcza w kontekście przyswajalności fonicznej niektórych ich popisów. Ale album definitywnie udany, permanentnie intrygujący, nawet przy wielokrotnym odsłuchu.

Ów niebywały festiwal fake sounds, gdy źródła wielu dźwięków możemy jedynie domniemywać, zaczyna się na poziomie mikro fraz i zdaje się być próbą udowodnienia, iż głos ludzki i dźwięk trąbki mogą być do siebie podobne, jak dwie krople wody. W drugiej odsłonie mamy fale ambientu, które płyną z gardła i trębackich wentyli. W trzeciej sytuacja dramaturgiczna ulega dalszemu zagęszczeniu, bo do świata fonii dołącza klarnet. Artyści chwilami sprawiają tu wrażenie, jakby egzystowali w fazie snu głębokiego i wydawali dźwięki, których istnienia nie są do koca świadomi. Wybudzają się w części piątej, gdy krzyczą, wrzeszczą i rozdzierają szaty. W szóstej spuszczają powietrze z opon, w siódmej wydają dźwięki definitywnie gastryczne (trąbka także!) oraz plejadę fonii wprost z ogrodu zoologicznego, w końcu w ósmej, dronowymi ekspozycjami starają się ściągnąć nad Morvan burzę z piorunami. Dziewiąta improwizacja trwa tu kwadrans i przynosi kolejne karkołomne akcje z obu stron. Najpierw cisza i definicja nano-dźwięku, potem kocie mruczenia i drobne plamy ekspresji oddzielone wydatnymi pauzami, wreszcie rytm oddechu i trębackich westchnień skończonych w stadium … galopu. W przedostatniej opowieści muzycy zdają się deformować każdy dźwięk, który są w stanie wydać swoim bogatym instrumentarium. Dźwięki z samego dna gardła, post-akustyczne jęki trąbki, kocie piski i metalowe rzężenia. Isabelle jest tu wygłodniałą kocicą, Franz nienasyconym niedźwiedziem na żerowisku. Emocje sięgają zenitu. Finał, to akcenty perkusyjne, energetyczne przepięcia mocy i przemożna chęć, by z tą parą szaleńców pozostać na dłużej. A jednak!



 

Space Embrace the Space

Atlantis Studio, Sztokholm, styczeń 2023: Lisa Ullén – fortepian, Elsa Bergman – kontrabas oraz Anna Lund – perkusja. Osiem improwizacji, 45 minut.

Szwedzki, swobodnie improwizowany jazz, na klasycznie zinstrumentalizowane trio, które lubi emocje free, chętnie sięga po mrok i moc czarnych klawiszy, które buduje narrację z gracją, nie siląc się na dramaturgicznie ekstrawagancje. Wszystko wydaje się tu być stworzone po to, by sprawiać czystą radość z odsłuchu. Nagranie nie odkrywa niczego szczególnego, niczego, czegośmy onegdaj nie słuchali, ale mimo to buduje napięcie i nie nudzi choćby przez moment.

Otwarcie albumu płynie wprost z czarnej strony fortepianowej klawiatury i błyszczących, perkusyjnych talerzy. Artystki potrzebują tu ledwie kilka sekund, by zewrzeć szeregi i dziarsko ruszyć we free jazzowy galop. Podobnie czynią w trzeciej improwizacji, którą bogacą dodatkowe akcje łamiące rytm i stawiające narrację w poprzek zastanym konwencjom. Piano nabiera tu posmaku post-romantycznego, perkusja zaś serwuje bystre solo. Tymczasem druga i czwarta opowieść zdają się nade wszystko koić emocje i przybierać postać zgrabnych post-ballad. Ta druga sięga także po dźwięki inside piano, choć kończy się w tempie dalece nieballadowym. Piąta improwizacja trwa tu kilkanaście minut i rości sobie pretensje do bycia tą najważniejszą. Artystki dawkują nam intensywność, potrafią frazować bardzo filigranowo, ale wszystkie swoje akcje prowadza w dalece interesującej dynamice, dzięki czemu długa improwizacja mija w mgnieniu oka. Szczególnie podobać się może środkowa, mroczna, spowolniona faza nagrania. Ostatnie trzy utwory trzymają się konwencji dynamicznej, przeplatanej balladowymi westchnieniami. Znów dużo tu mrocznych, niepowiedzianych fraz oraz nisko osadzonych, dynamicznych akcji, tętniących groove basu i piana. W finałowej części spora rola przypada kontrabasowemu smyczkowi, który niesie emocje osadzając się na zgrabnych rytmie.  Swoje dokłada aparycja inside piano.



 

Fully Celebrated Orchestra Sob Story

Czas i miejsce akcji nieznane: Jim Hobbs – saksofon altowy, kompozycje, Taylor Ho Bynum – trąbka, Ian Ayers – gitara, Luther Gray – perkusja oraz Timo Shanko – bas. Dziesięć utworów, 41 minut.

Tu szefem przedsięwzięcia jest alcista, muzyk bynajmniej nie anonimowy, a jego ważnym kolaborantem świetny trębacz, kojarzony na ogół z częstym partnerowaniem Anthony’emu Braxtonowi. Album przynosi dziesięć zgrabnych tematów, często do tańczenia i śpiewania, na ogół ciekawie rozwijanych na etapie improwizacji, szczególnie tych kolektywnych. Jako całość Sob Story jest jednak upiornie przewidywalna i odrobinę zbyt eklektyczna. Choć miejsce akcji nie jest na okładce wskazane, muzyka pachnie na kilometr Nowym Jorkiem, jest nasączona downtownowym sznytem, godnym lat 90. ubiegłego stulecia.

Pierwszy temat prowadzony jest w marszowym, żwawym tempie, zdaje się być post-romantyczny w barwie i nowojorski w ciekawym łamaniu zadanej na wstępie rytmiki. Śmiało moglibyśmy nazwać go Aylerem w stanie uśpionej kreatywności. Kolejne ekspozycje stawiają na taneczność i prostotę przekazu, a dominują w niej improwizacje prowadzone raczej w formule solowej. W czwartej części intensywnie swingujemy do niezbyt wyszukanej melodyki, ale podoba się może ekspresja gitarzysty. Po smutnej balladzie, w części szóstej dostajemy się w wir kameralistyki z soczystym smyczkiem na gryfie basu. Na etapie kolektywnych improwizacji dzieje się tu dużo dobrego. Siódma opowieść, to zabawna samba, trochę funky i dużo gęstego groove. W ósmej interesujące jest saksofonowe solo, ale sama ekspozycja swinguje bez ikry. Dwie ostatnie opowieści, to niemal piosenkowe ballady, kind of smooth Ayler, a oczekiwania recenzenta, że puenta albumu uratuje ogólny wizerunek nagrania okazują się płonne.



 

Catherine Sikora & Susan Alcorn Filament

Zurcher Gallery, maj 2022: Susan Alcorn - pedal steel guitra oraz Catherine Sikora – saksofon tenorowy. Trzy improwizacje, 64 minuty.

Album dwóch uznanych amerykańskich artystek wydaje się być przykładem typowego dla pewnych obszarów muzyki improwizowanej braku umiaru. Panie budują tu wiele ciekawych akcji, dbają o dramaturgię, ale formuła ich swobodnych improwizacji, zakres brzmieniowych możliwości, być może także ograniczone zasoby kreatywności, sprawiają, iż album po dwóch kwadransach mógłby się spokojnie skończyć. Trwa niestety ponad cztery takie interwały.

Nagranie koncertowe jest tu nieprzerwanym ciągiem dźwiękowym. Początek sporo obiecuje - łączy post-jazzowy, dobrze kontrolowany flow saksofonu z ambientowymi plamami gitary. Drobne spiętrzenia free jazzowe dobrze robią dramaturgii, podobnie jak niezbyt częste dyskusje prowadzone drobnymi, urywanymi frazami. Gdy Alcorn ucieka w typowe dla swego instrumentu slajsy, melodykę w estetyce post-americana, zasoby środków Sikory, by sytuacji nadać stempel większej jakości nie są zbyt rozległe. Niestety im dalej w las, tym więcej w artystkach zadumy, balladowej powolności, a mniej ciekawych interakcji. Pod tym względem bardziej interesująca wydaje się być sama końcówka koncertu, odrobinę oniryczna, psycho-bluesowa, z intrygującymi saksofonowymi spiętrzeniami.

 

 


piątek, 16 grudnia 2022

The Relative Pitch’ fresh stuff: Pulverize the Sound! Voutchkova & Reid! BeingFive! Mattrey & Fluke-Mogul! Mines!


Nowojorski label Relative Pitch Records śmiało staje w szranki rywalizacji o miano najpłodniejszego wydawcy post-pandemicznego roku 2022! Trybuna Muzyki Spontanicznej stara się w tym zacnym wyścigu uczestniczyć na bieżąco, ale tak się jakoś dzieje, że na ogół pozostaje w delikatnym niedoczasie. Dziś zapraszamy na odczyt i odsłuch czterech nowości listopadowych i jednej październikowej, a na bandcampie labelu czekają już trzy nowości grudniowe. Ale po kolei …

W poniższym zbiorze recenzji odnajdujemy wyłącznie w pełni improwizowane nagrania! Na początek bardzo znany trębacz w trio, któremu bez ryzyka popełnienia błędu możemy dokleić etykietę working band, potem dwie równie rozpoznawalne mistrzynie strunowych improwizacji, pewien bardzo atrakcyjny personalnie kwintet, a na koniec już same szalone improwizatorki – duet strunowy i śpiewająca, samotna kontrabasistka. Jak zawsze w przypadku RPR emocje i rozstrzał estetyczny gwarantowane! Welcome!



Pulverize the Sound  Black

Czas i miejsce akcji nieznane: Peter Evans – trąbka, Tim Dahl – bas elektryczny i mikrofon oraz Mike Pride – perkusja, glockenspiel i dodatkowe instrumenty perkusyjne. Siedem improwizacji, 47 minut.

Zgodnie z informacją zawartą na bandcampie, dość regularnie współpracujące ze sobą trio o nazwie własnej po raz pierwszy serwuje nam w pełni improwizowany materiał. Efekt jest bardziej niż udany, choć bas elektryczny, trąbka na pogłosie i nieskomplikowana perkusja mogłyby sugerować prosty skok w otchłań fussion jazzu. Tak się jednak nie dzieje, albowiem muzycy w każdym momencie albumu postępują wbrew jakimkolwiek schematom. Nie gnają do przodu, nie szukają prostych, jazz-rockowych zagrywek. Nieustannie plączą się w zeznaniach, bystrze improwizują (zwłaszcza bas), ciągle szukają drugiego dna (trąbka) i kompletnie w nosie mają budowanie linearnych, dynamicznych ekspozycji (perkusja). Bez wątpienia Black, to jedna z najlepszych płyt w tegorocznym katalogu Relative Pitch, a może i także w kategorii open.

Już na starcie wiemy, iż będzie to bardzo gęsta, solidnie naoliwiona narracja. Basowe pętle i przełomy, frazy szyte tuż nad powierzchnią, ale także na wysokości, trąbka na intensywnym pogłosie, która szuka idealnej tekstury i perkusja, która permanentnie sprawdza brzmienie wszystkich elementów zestawu. Budowaniu emocji sprzyja tu siarczyste brzmienie, a najciekawiej w utworze otwarcia dzieje się wtedy, gdy muzycy tłumią pokrętną dynamikę i na stojaka szukają psychodelii niemal w każdym dźwięku. W drugiej części dość szybko znajdują coś na kształt rytmu, ale zdaje się on być dalece połamany. Bas skrzy się tu mocą silnego rocka, perkusja skłania ku punkowym pętlom, a rozśpiewana trąbka jako pierwsza rozsiewa kwaśny odczyn. Trzecia improwizacja trwa ponad trzynaście minut i muzycy znajdują tu czas na każde rozwiązanie. Balladowy, akordowy wstęp, kłęby brudnych fraz i perkusjonalne zdobienia zamiast ataku furii. Potem bas i trąbka idą swobodnie w tango, ale przy wsparciu jedynie stopy na bębnie basowym. Wreszcie dostajemy się w wir urokliwych strzępów dubowego brzmienia i garści rockowych repetycji. Czwarta część śmiało zasługuje na miano dirty dancing i bodaj jako jedyna charakteryzuje się stałym, dynamicznym drive’em perkusji. W trakcie piątej odsłony artyści znów przebywają drogę od wolnego, leniwego wstępu do efektownych, wręcz hałaśliwych didaskaliów, śląc nam porcję rockowych emocji, perkusyjne solo i trębackie okrzyki. W szóstej części muzycy w skupieniu sprawdzają akustykę pomieszczenia, pięknie pracują z echem i kreują narrację dysonansem poszczególnych jej elementów. Wreszcie finałowa rozgrywka, ponad dziesięciominutowa. Start nietypowy, bardzo minimalistyczny, szyty drobnym frazami. Do frontalnego ataku muzycy przystępują dopiero w połowie nagrania, niosąc dalece rockowy sztandar zwycięstwa. Zupełnie niespodziewanie ostatni numer na płycie okazuje się być najbardziej dynamicznym i hałaśliwym. W drugiej części kapitalne frazy szyje basista, która brzmi niczym Jaco Pastorius po ostatecznym przedawkowaniu. Muzycy utrzymają tu tempo i wielkie emocje do samego końca.



 

Biliana Voutchkova & Tomeka Reid  Bricolage III (DL)

Werkhalle Wiesenburg, Berlin, sierpień 2021: Tomeka Reid – wiolonczela oraz Biliana Voutchkova – skrzypce, głos. Trzy improwizacje, 28 minut.

Kolejny epizod projektu Biliany DUOS2022 przynosi spotkanie z artystką amerykańską, która nie wymaga jakichkolwiek rekomendacji. Zatem dwie mistrzynie strunowego i preparowanego free improv, bardzo zwarta zabudowa dźwiękowa i kongenialne interakcje. Oczywiście z miejsca padamy na kolana, w ostatniej dosłownie chwili zadając pytanie – dlaczego ich berlińska improwizacja nie trwa nawet dwóch kwadransów!?

Artystki zaczynają swoją opowieść w głębokiej krypcie. Smyczki posadowione na gryfach wiolonczeli i skrzypiec wydają pierwsze, półprzytomne dźwięki, pełne martwego post-baroku. Suspens wisi nad nimi jak ołowiane sklepienie. Struny, niczym szorstkie ślizgawki, niosą oba smyczka wysoko ku górze. Jeden z nich pracuje w trybie minimalistycznym, ten drugi w … post-minimalistycznym. Aż piszczą z zachwytu, a może bardziej ze strachu. Ich frazy zdają się być na poły melodyjne, ale rozhuśtane niewidocznym wiatrem, pełne trwogi i boleści. Owa elokwentna post-chamber story w początkowanej fazie kilkunastominutowej improwizacji boi się nabrać wigoru, obie Panie wolą bowiem tonąć w bezmiarze zmysłowych preparacji i czekać na nadejście niemożliwego. W końcowej części utworu na obu gryfach pojawia się jednak pewnego rodzaju dynamika, frazy nabierają czystości, a cała narracja delikatnej zadziorności. Początek drugiej opowieści lepi się z samych drobiazgów. Nerwowe, preparowane dźwięki, zarówno te brudne, jak i czyste, konfrontujące bystre pizzicato i leniwe arco. Panie nieśmiało decydują się na swobodny taniec, budują uroczy, dość już gęsty flow, niepozbawiony akcentów percussion. Na starcie trzeciej części znów stają w delikatnej opozycji – jedna uderza w struny, druga wydaje post-barokowe westchnienia. Mrok zaszyty tu jest w każdym zakamarku strumienia dźwiękowego. Artystki ledwie dotykają strun, jak płynęły po tafli fonii niczym pozbawione ciężaru właściwego owady. Owa nieznośna lekkość improwizacji buduje niebywałą jakość. Tymczasem obie schodzą bardzo nisko na kolanach, a ich struny dygoczą filigranowymi emocjami. W fazie końcowej improwizacji Biliana dodaje kilka dźwięków wprost z gardła, z jednej strony kreując dodatkowy suspens, z drugiej biorąc w nawias ironii wyjątkową mroczność tej części albumu. Temperament obu Pan stawia teraz czoło ich minimalistycznej metodzie twórczej. Ostatnie frazy lepią się w nostalgiczny dron, nasycony gasnącymi emocjami.



 

Dimitriadis, Dörner, Freedman, Parkins & Williams  BeingFive

Czas i miejsce akcji nieznane: Yorgos Dimitriadis – instrumenty perkusyjne, elektronika, Axel Dörner – trąbka, elektronika, Lori Freedman – klarnet, klarnet basowy, Andrea Parkins – akordeon, amplifikowane obiekty, elektronika oraz Christopher Williams – kontrabas. Pięć improwizacji, 50 minut.

Jeśli w muzyce improwizowanej lubimy zjawiska predefiniowane, tudzież odrobinę konceptualizmu, ta płyta zdaje się być dla nas stworzona. Kwintet w dalece frapującym składzie personalnym (prawdziwa mieszanka rutyny z młodością!) serwuje nam cztery pomysły na improwizacje. W pierwszej części zdaje się łączyć wodę z ogniem, skacze z kwiatka na kwiatek, snuje coś na kształt elektroakustycznej narracji o poziomie zmienności godnym najlepszych, ponadgatunkowych pomysłów Johna Zorna. Potem ucieka w świat swobodnej kameralistyki i dalece tłumionych emocji, dzieląc ów wątek na dwie części (drugą i czwartą na krążku). W dalszej kolejności proponuje nam wielominutowy ciąg miniatur porozdzielanych porcjami ciszy, wreszcie na koniec zabiera w jeszcze dłuższą, dronową opowieść, która przy okazji staje się bardzo efektownym podsumowaniem płyty. Cały album budzić może nieco ambiwalencji (choćby z uwagi na matowe, subdoskonałe brzmienie), zdecydowanie intryguje jednak na każdym etapie swojego rozwoju.

Pierwszą improwizację, która trwa ponad dwanaście minut kreuje dysonans. Z jednej strony kameralne pląsy kontrabasu i klarnetu, z drugiej elektroakustyczny tumult budowany zapewne siłą całego kwintetu. Narracja płynie od drobnych subtelności po zbiorową histerię o industrialnym posmaku. Podobają nam się szczególnie mgliste pasma akordeonu, krzyki klarnetu basowego i smyczkowe piłowanie strun. Drugą opowieść budują wyłącznie drobne frazy, lepione w całość na silnie zaciągniętym ręcznym. Jeśli ktoś tu stawia na większą porcję ekspresji, jest nim perkusjonalista. Po stronie atutów odnajdujemy kilka bardziej żwawych fraz preparowanej trąbki i rozśpiewanego klarnetu.  Środkowa część albumu to anonsowane wcześniej miniatury. Kilkunasto- lub kilkudziesięciosekundowe fragmenty wyjęte prawdopodobnie z długiej improwizacji, często realizowane w podgrupach. Bezdźwięczne interwały pomiędzy nimi budzą spore wątpliwości, co do idei takiego rozwiązania dramaturgicznego. W czwartej odsłonie powracamy do wątku kameralnego, zapoczątkowanego w części drugiej. Na froncie walki o tłumione emocje klarnet basowy i trąbka. Całość szyta jest nerwowym ściegiem, ale zdaje się być także dość minimalistyczna w zakresie użytych środków wyrazu. Wiele rekompensuje tu finałowa, ponad czternastominutowa ekspozycja dronowa. Zaczyna się w głębokiej ciszy, tamże też się kończy, ale w międzyczasie dostarcza nam moc wrażeń i jakości. Początkowo wydaje się być budowana głównie z dźwięków akustycznych, z czasem nabiera siarczystości i elektryczności, aż po granice post-industrialu. Ma swoje fazy intensywności, a końcowe odliczanie zaczyna się dziewięćdziesiąt sekund przed końcem. Po wydaniu ostatniego tchnienia dysk serwuje nam jeszcze prawie dwadzieścia sekund ciszy.



Joanna Mattrey & Gabby Fluke-Mogul  Oracle

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Joanna Mattrey – altówka, stroh violin oraz Gabby Fluke-Mogul – skrzypce. Osiem improwizacji, 41 minut.

Dwie młode, anarchizujące i radykalne muzycznie improwizatorki (cytuję za bandcampem, ale i potwierdzam poprzednimi doświadczeniami odsłuchowymi!) zapraszają na kompulsywny meeting instrumentów strunowych, deprawowanych wyjątkowej jakości kreacją, w której odnajdujemy mnóstwo tropów stylistycznych, kilka niebanalnych technik wydobywania dźwięków i cały ocean artystycznej bezczelności, eksplodującego temperamentu i niezaprzeczalnego wdzięku!

Pierwsza improwizacja trwa ponad dziesięć minut i stawia poprzeczkę jakości na niebotycznym poziomie! Najpierw mała eksplozja z post-rockowym posmakiem, potem minimalistyczne gry z delikatnym, folkowym zaśpiewem, potem kilka kroków po udeptanej post-klasyce. Z jednej strony narracja przypomina drobne resume doświadczeń artystycznych Kronos Quartet, z drugiej pokazuje … post-punkowy pazur. Trochę tu żałobnych śpiewów i kilka post-tanecznych podrygów w ramach pikantnej przyprawy. Trzy kolejne improwizacje są dalece enigmatyczne, ale zdają się oddziaływać niczym prosty sierpowy. Najpierw punkowe piłowanie strun, generujące strzępy acoustic noise, potem duża porcja starczego pojękiwania, wreszcie epizod, który z jednej strony stawia basowe stemple, z drugiej bliski jest emocji muzyki dawnej, która niechętnie staje z grobu, by ostatecznie popaść w kompulsywny półgalop. Szósta improwizacja znów trwa ponad dziesięć minut. Zaczyna się w oparach bardzo emocjonalnych preparacji. Artystki pracują tu z głuchym echem studia nagraniowego i budują efektowny suspens. Ciągnie je ku bardziej ekspresyjnym i dynamicznym akcjom, ale ostatecznie nie decydują się na puszczenie hamulców i umierają w wyjątkowo pięknej ciszy. Siódma odsłona kreowana jest początkowo szumiącymi dronami. W dalszej części artystki stawiają na dysonans – z jednego strony czyste frazy pizzicato, z drugiej gęsta struga zabrudzonego brzmienia. Powrót do dronów jest też okazją do pohałasowania. Końcowa improwizacja koncertuje się na preparowanych pomrukach, akcentach percussion i ekspresyjnych, smyczkowych ślizgach po gryfach.



 

Kelsey Mines  Look Like

Czas i miejsce akcji nieznane: Kelsey Mines – kontrabas, głos. Sześć improwizacji, 50 minut.

Dwie pierwsze płyty w dzisiejszym zestawie postawiły nas na baczność, po czym kazały upaść na kolana. Dwie kolejne intrygowały nieprzerwanie w trakcie odsłuchu. Ostatnia z analizowanych dziś nowości napotkać winna jednak na kilka krytycznych uwag recenzenta. Kontrabas solo i śpiew, tudzież mantryczna wokaliza, to całkiem dobry pomysł na niedługi album, ale Amerykanka sprawia wrażenie, jakby posiadała zasoby kreatywności na nie więcej niż kilkanaście minut improwizowanej narracji.

W pierwszej piosence artystka kreuje unisono głosu i kontrabasowego smyczka, jakby podawała temat przewodni spirytualnego evergreena. Brzmi post-barokowo, a tonacja jej narracji wydaje się w takim samym stopniu molowa, jak i durowa. Potem sięga po pizzicato i estetykę minimalistyczną. Z czasem zaczyna nucić melodię, jakby odbywała właśnie poranną toaletę. Emocje rosną tu wprost proporcjonalnie do zbytniej pewności siebie młodej kontrabasistki i wokalistki. Kolejne opowieści zbudowane są na podobnym schemacie. Artystka improwizuje, ale jej głos zdaje się głównie podążać za dźwiękami kontrabasu lub wtórować jego narracji. Ta ostatnia z jednej strony wydaje się być swobodną improwizacją, ale z drugiej przypomina nutki zapamiętane w gotującej się od emocji głowie. Gdy artystka pracuje smyczkiem i nie skąpi nam dynamiki, opowieść zdecydowanie zyskuje na jakości, gdy jednak waha się i dywaguje nad każdą frazą, cierpliwość słuchacza wystawiona zostaje na dużą próbę. Zdecydowanie najciekawiej prezentuje się ostatnia odsłona albumu. Kelsey śpiewa nad smyczkiem, kreuje chropowaty, dość wysoko podwieszony flow, syci go dużą porcją emocji i ekspresji, a cała ekspozycja sprawia wrażenie swobodnie improwizowanej. Pod koniec serwuje nam jeszcze kilka tanecznych podrygów, po czym urokliwie przygasa.



piątek, 10 czerwca 2022

The Relative Pitch’ new outfit: Child Of Illusion! Geometry of Trees! Voutchkova & Bordreuil! Grimal! Koketsu! Fluke-Mogul!


Zgodnie z zapowiedzią sprzed kilka dni, zapraszamy na szybki overview kolejnych nowości amerykańskiego labelu Relative Pitch Records. W dzisiejszym zestawie trio, kwartet, duet i aż trzy płyty solowe autorstwa zarówno muzyków uznanych w historii gatunku, jak i tych, których dane personalne zapisujemy w naszych podręcznych kajetach po raz pierwszy.

Jak to często bywa w katalogu RPR, na nowych albumach odnajdujemy sporo wątków kameralistycznych. Jedne bywają rozszarpywane free jazzowymi emocjami, inne uciekają niekiedy w minimalistyczną muzykę współczesną, a jeszcze inne nie stronią od eksperymentów brzmieniowych i naszych ulubionych dźwięków preparowanych, które zwykliśmy czasami nazywać fake sounds. W podgrupie zaś płyt solowych napotykamy sporo wykwintnej improwizacji, także dobrze radzącej sobie w obrębie nieco czystszego frazowania. Aż chciałoby się rzec: dla każdego coś miłego, ale nie przesadzajmy z tego typu metaforyką, wszak wciąż płyniemy gęstą strugą prawdziwie improwizowanych dźwięków.

 


Khimaira by Child of Illusion (CD)

Khimaira, Sztokholm, czerwiec 2018: Chris Pitsiokos – saksofon altowy, Susana Santos Silva – trąbka, Torbjörn Zetterberg – kontrabas. Jedna improwizacja, 42 minuty.

Druga już wspólna płyta w dorobku Amerykanina, Portugalki i Szweda zdaje się świetnie konsumować wszystkie cechy, jakimi w preambule tej zbiorówki określiliśmy nagrania pochodzące z RPR. Zatem sporo kameralnej zadumy i skupienia, pokaźne pokłady free jazzowych emocji, czasami zmysłowo tłumionych, wreszcie kilka garści dźwięków preparowanych, głównie ze strony trębaczki. I jak to na nagraniu koncertowym bywa, w każdym zakamarku sceny kryje się jakaś brzmieniowa niespodzianka.

Początek nagrania przypomina dramaturgiczny koncept. Krótkie frazy, sporo ciszy i cierpliwe oczekiwanie na ciąg dalszy. Usytuowany po środku kontrabas dość szybko bierze się za porządkowanie sytuacji scenicznej i zaczyna raz za razem rozdawać karty. Pięknie frazuje smyczkiem, zabierając całe trio w zakamarki ciszy i budując napięcie filigranowymi ruchami. Tak czyni choćby w okolicach 20 minuty, a jeszcze efektowniej w okolicach 30 minuty. W pierwszej fazie koncertu częściej pracuje w trybie pizzicato i syci wtedy opowieść garściami post-jazzu. Saksofon i trąbka posadowione na flankach często wchodzą w kontekst udanych interakcji, aczkolwiek prawdziwy ogień rozsadza im serca bodaj raz, mniej więcej po upływie kwadransa. Dodajmy jeszcze, iż pióro recenzenta zadrżało także w okolicach 26-28 minuty, gdy wszyscy muzycy udanie formowali swoje strumienie dźwiękowe w drony. Wreszcie samo zakończenie koncertu, definitywnie ponadgatunkowe. Muzycy, mimo podążania w kierunku balladowej finalizacji, niespodziewanie wspinają na kolejny ekspresyjny szczyt, udanie wieńcząc to niezwykle wartościowe spotkanie we troje.

 


Geometry of Trees by Reid, Kitamura, Bynum, Morris (CD)

Firehouse 12 Studios, New Haven, lipiec 2021: Tomeka Reid – wiolonczela, Kyoko Kitamura – głos, Taylor Ho Bynum – kornet, Joe Morris – gitara. Osiem improwizacji, 64 minuty z sekundami.

Amerykański kwartet, po części o delikatnie zarysowanych korzeniach azjatyckich, zabiera nas w najdłuższą podróż spośród tych, nad którymi dziś się pochylamy. Buduje swoją opowieść z drobiazgów, częściej stawiając na zaniechanie niż zagranie zbędnego dźwięku, na ogół płynie swobodnym, dalece post-kameralnym strumieniem. W niektórych momentach sięga też po atrybuty bardziej jazzowe (szczególnie wokalistka), a wtedy wyobraźnia recenzenta widzi już edytorski nóż, który ponadgodzinną, bardzo dobrą płytę przycina do trwającej mniej więcej trzy kwadranse płyty doskonałej.

Po kilkudziesięciosekundowym, dziarskim wstępie artyści zagłębiają się w zmysłowej, minimalistycznej kameralistyce. Z rozwagą budują dramaturgię, raz za razem serwują nam brzmieniowe subtelności, a w trzeciej części nie szczędzą nam także smakowitych preparacji, szczególnie smyczkowych. Powolna, zrównoważona, bardzo demokratycznie kreowana improwizacja w czwartej i piątej części, które trwają łącznie niemal 25 minut, czyni jednak wiele, by nasz poziom entuzjazmu dla dokonań kwartetu delikatnie osłabł. Z jednej strony muzykom brakuje wigoru i emocji, z drugiej - szczególnie trębacz i wokalistka - zbyt często zagłębiają się w jazzie, nie kreując przy tym inspiracji do ciekawych interakcji ze strony partnerów. Szczęśliwie ostatnie trzy improwizacje dużo nam rekompensują. Ta szósta jest lekka, swobodna, ale zaczepna, bogato instrumentalizowana, a na finał gasnąca przy intrygującej powłoce rytmicznej. Siódma z kolei ma ciekawą konstrukcję. Niemal w połowie składa się z incydentów solowych (trąbka, gitara, wiolonczela - każdy muzyków nie trwoni tu choćby sekundy!), by po powrocie do formuły kwartetowej zaskoczyć nas kilkoma doprawdy ognistymi frazami. Finałowa improwizacja studzi nasze emocje niemal wyłącznie udanymi frazami. Wreszcie z gardła wokalistki słyszymy coś więcej, niż śpiew, czy jazzowe schematy, a samo zakończenie zmysłowo tonie w mrocznych, długo wybrzmiewających dźwiękach.

 


The Seventh Water by Biliana Voutchkova & Leila Bordreuil (DL)

Werkhalle/ Wiesenburg, Berlin, sierpień 2021: Biliana Voutchkova – skrzypce, Leila Bordreuil – wiolonczela. Cztery improwizacje, 35 minut z sekundami.

Kolejna propozycja w dzisiejszym zestawie także jest nad wyraz kameralna, ale zdaje się, że jedynie w wymiarze personalnym. Dwa instrumenty strunowe tym razem zabierają nas do świata dźwięków preparowanych, mechanicznych, ale nieustannie pięknych, wciągających nas najdłuższymi smyczkami świata wprost do mrocznej jaskini zaskakujących wydarzeń fonicznych. I co być może najważniejsze, na tle prezentowanych nowości, improwizacje Biliany i Leili pozbawione są choćby jednego zbędnego dźwięku. Tylko dobre pomysły, tylko zmyślne rozwiązania i pewna dramaturgiczna wstrzemięźliwość.

Początek stawia nas ostro do pionu – to gęste, siarczyście brzmiące drony, będące skutkiem masywnego szorowania strun tłustymi smyczkami. Długie lub bardzo długie frazy, niektóre pulsują, inne skomlą o łyk wody. Dla przeciwwagi druga, dość krótka improwizacja stawia na lekkość, pewną frywolność. Dźwięki przypominają nerwowo podskakujące owady, które plądrują łąkę z wiosennych słodyczy. Wszystko w dość molowym nastroju, z czasem nabiera psychodelicznego humoru. Prawdziwe cuda zaczynają się w trakcie trzeciej, najdłuższej opowieści. Z mroku suną do nas szmery, coraz bardziej soczyste szumy, które po kilku pętlach zaczynają nabierać dźwiękowej powłoki. Coś gwiżdże, coś śpiewa przez zaciśnięte zęby. Rozciągnięte w czasie frazy bywają tu delikatne, a cisza czai się za rogiem niczym zły szeląg. Pod koniec flow całkowicie pogrąża się w mroku akustycznego ambientu. Dopiero na ostatniej prostej artystki decydują się na efektowne spiętrzenie o post-industrialnym posmaku. Z kolei finałowa improwizacja stawia na niespodzianki. Tu pracują nie tylko struny, ale i pudła rezonansowe. Dźwięki sprawiają wrażenie, jakby płynęły z zatopionego gamelanu. Najpierw opowieść narasta, potem uroczo przygasa do pojedynczej frazy. Plejada szmerów i smukłych ćwierć-melodii prowadzi na finałowe wzniesienie, które obfituje w całkiem zadziorne interakcje.

 


Refuge by Alexandra Grimal (CD)

Castle of Chambord, Francja (?), wrzesień 2020: Alexandra Grimal – saksofon sopranowy. Osiem improwizacji, 53 minuty.

W przeciwieństwie do płyty poprzedniej, solowa propozycja francuskiej saksofonistki miewa kilka momentów, które zwinne ręce edytora mogłyby wysłać w wieczny niebyt, ale i tak śmiało możemy skonstatować, iż sopranowa przygoda w akustycznych przestrzeniach zamkowych zdecydowanie stanowić winna mocny punkt artystycznego portfolio Alexandry. Co ciekawe, owe chwile dramaturgicznego zawahania recenzent dostrzega w krótszych, końcowych improwizacjach, a to, co najlepsze na albumie odnajduje w dwóch pierwszych odsłonach, szczególnie w trakcie drugiej improwizacji, trwającej ponad kwadrans.

Pierwsza improwizacja otwierać mogłaby awangardowy festiwal muzyki barokowej. Lekka, swobodna narracja, niepozbawiona znamion melodyjności, czy wręcz taneczności, kilka garści melancholii, szczypta suspensu i udane poszukiwanie oddechu cyrkulacyjnego. Grimal nie jest w tej ostatniej kategorii długodystansowcem, lubi zasłuchiwać się w ciszy i szukać gęstego echa własnych pomysłów dramaturgicznych, na ogół bardziej niż udanych. Druga odsłona Refuge, to zaiste perła w zestawie. Artystka porzuca prostsze frazy, tapla się w mroku, pełno wokół niej ciszy. Jej saksofon nie śpiewa, bardziej szumi, mruży oczy i artykułuje wyłącznie suchymi sylabami. Muzyka przypomina wiatr o poranku, niekończącą się mantrę wyczekiwania na nową sekwencję dramatyczną. W kolejnych improwizacjach/ kompozycjach Francuzka powraca do czystych dźwięków. Jej narracja zdaje się przypominać soundtrack do spektaklu baletowego. W czwartej części pomysł opiera się na graniu jednej, maksymalnie dwóch fraz i pogrążaniu się w ciszy. Roztańczone obłoki dźwięków, grane na palcach długimi, czasami zmęczonymi oddechami, utrzymywanymi w ryzach koncepcji narracyjnej. W przedostatniej części opowieść zdaje się mieć nieco więcej życia, pewną ulotną dynamikę. Finałowa narracja, znów budowana raczej krótkimi frazami, pozwala, by cisza rządziła sceną, ale też uwalnia pokłady post-barokowej urody, którymi Grimal bogaciła swój pierwszy utwór na płycie.

 


Fukiya by Masayo Koketsu (CD)

St-robo, Tokyo, Japonia, listopad 2021: Masayo Koketsu – saksofon altowy. Jedna improwizacja, 46 i pół minuty.

Porzucamy kameralne klimaty i sięgamy po free jazz! Japońska saksofonistka proponuje nam spektakl trwający ponad trzy kwadranse, w trakcie którego prezentuje bardzo szerokie spektrum możliwości generowania altowych strumieni dźwiękowych. Artystka częściej wszakże stawia na emocje niż sonorystyczne eksperymenty, czy też dźwięki preparowane. Podaje nam wszystko w jednym, długim secie, często korzysta z ciszy pomiędzy frazami, ale w ujęciu długodystansowym bywa, iż nie w każdym momencie jest nas w stanie przekonać do swojej koncepcji artystycznej. Nade wszystko jednak Koketsu bardzo często przypomina nam szorstkim, acz melodyjnym tembrem swojego altu … samego Petera Brötzmanna, i niech to pozostanie dla niej największym komplementem płynącym z tych kilku zdań recenzji.

Na starcie Masayo serwuje nam długie, chwilami ogniste frazy, które przedziela wątłymi plastrami ciszy. Raz jej alt przypomina silnik elektryczny, innym razy mały świder, czasami charczy, czasami piszczy, bywa też, że szumi i głęboko oddycha. Pełne portfolio możliwości i technik wydobywania dźwięków! Emocje przypominają tu na ogół wzburzony ocean, czasami jednak dygoczą z zimna, niczym wystudzony staw rybny. A wszystko artystka podaje nam tembrem pełnym wewnętrznej, czasami zadziornej melodyki, jakże bliskiej estetyce niemieckiego mistrza free jazzu. Tuż przed upływem pierwszego kwadransa saksofonistka łyka większą porcję ciszy i zaczyna pracować nieco delikatniej, często efektownie szumiąc. W dalszej fazie narracji bywa, że nieco eksperymentuje z brzmieniem, ale raczej nie dąży do umieszczania czegokolwiek w tubie i ścigania się z mistrzami rozszerzonych technik gry. W kolejnych etapach spektaklu mamy ciekawą formułę grania naprzemiennie dźwięków delikatnych i niezwykle ostrych, kilka podejść pod frazy preparowane, aż wreszcie, w trackie długiego zakończenia, napotykamy na niezmierzone strumienie zmysłowych, post-brotzmannowskich kołysanek.

 


Love Songs by Gabby Fluke-Mogul (CD)

GSI Studios, Manhattan, Nowy Jork, lipiec 2021: Gabby Fluke-Mogul – skrzypce. Siedemnaście kompozycji dla improwizacji, 36 minut.

Ostatnia z omawianych dziś nowości łączy w sobie wiele dobrych cech, jakie zaobserwowaliśmy w trakcie odsłuchu poprzednich płyt. Jest na swój sposób kameralna, choć zionie czasami ogniem niczym dobry free jazz, jest pełna niekłamanych emocji, ale bardzo zwarta w formie (nieprzegadana choćby przez ułamek sekundy), wreszcie świetnie dawkuje nam kolejne porcje ekspresji, nie zapominając przy tym o zgrabnej formie dramaturgicznej. To siedemnaście szalonych opowieści na gotujące się skrzypce, czasami wsparte pomrukami, czy nawet okrzykami samej artystki, której moc płynąca z rozgrzanych strun nie zawsze wystarcza do pełnej realizacji twórczej. 

W pierwszej improwizacji artystka prezentuje bardzo suche, płaskie brzmienie, jakby dźwięki skrzypiec zbierał jeden monofoniczny mikrofon. Ale już po kilka obrotach wokół własnej osi Gabby wpada w kompulsywne preparacje i zaczyna maltretować struny. Taka formuła krótkich, trwających niekiedy mniej niż dwie minuty opowieści, będzie jej towarzyszyła praktycznie w każdej impro-kompozycji. Skrzypaczka jednak nie popada w przesadę, nie dąży do budowania ściany dźwięku, cały czas z tył głowy zdaje się mieć artystyczny zamysł, by słuchacza zaintrygować, a nie zamęczyć. W kolejnych częściach pojawiają się akcenty folkowe, ale to znów jedynie dane na wejściu, które z czasem płoną złotym ogniem niebywałych wybuchów ekspresji. Przy okazji artystce nie można odmówić niemal wirtuozerskich umiejętności gry na skrzypcach. Bez trudu jest w stanie zwiększyć tempo narracji o kilkaset procent, równie efektownie zahamować i skończyć furiacką eksplozję ledwie jednym, subtelnym dźwiękiem. Potrafi kąsać niemal rockową ekspresję (choćby dziewiąta Love Song). Struny pod naporem jej kreatywności często niemal umierają, by po ułamku sekundy hasać po łące niczym pasikonik. Jedenasta cześć najpierw przypomina jęki konającego, po chwili brzmi niczym wrzask uzdrowiciela. Potem artystka zdaje się nieco wyciszać swoje buchające emocje, stawia na minimalizm, dba o niuanse brzmieniowe. Na finał jednak napina mięśnie na wdechu, po czym efektownie parska ogniem. What a game!



 

czwartek, 2 czerwca 2016

Dave Rempis – Aerofoniczny Gladiator


Amerykański saksofonista Dave Rempis – u progu piątej dziesiątki życia – zdaje się łapać oddech wyjątkowo wytrawnego gracza na scenie współczesnej muzyki improwizowanej.

Bez cienia wątpliwości wyzwolił się już spod jarzma, tudzież kurateli, zacnego Kena Vandermarka (ocena zależy od punktu widzenia), czemu daje wyraz swymi coraz ciekawszymi ujawnieniami autorskimi. Dodatkowo – podobnie jak jego kolega z The Vandermark 5, Tim Daisy – założył także 100%-owo własną wytwórnię płytową i od blisko trzech lat regularnie ujawnia za jej pośrednictwem swoje liczne, artystyczne aktywności. Label ów nazywa się Aerophonic Records i właśnie w tym momencie poświęcimy mu kilka, jakże należnych, chwil potężnego zainteresowania.

Rempis i jego aerofoniczna flota już dwukrotnie obdarzona została kilkoma ciepłymi słowami na Trybunie. Pierwszym pretekstem był doskonały krążek kwartetowy From Wolves to Whales (AR 007), który omówiliśmy przy okazji podsumowywania rocznych dokonań ….Nate’a Wooleya, albowiem to właśnie ten wspaniały nowojorski trębacz był podstawowym kompanem Rempisa w tejże produkcji (sekcja: Pascal Niggenkemper/ Chris Corsano). Kolejną okazją na skromną porcję zachwytów nad muzyką kreowaną przez Dave’a, był jego incydent w trio pod równie skromnym tytułem Wistfully (ARd 002), poczyniony z Elisabeth Harnik i Michaelem Zerangiem (ten fakt odnotowaliśmy podsumowując nowości pierwszego trymestra roku bieżącego).




Najnowszym aerofonicznym wydawnictwem jest natomiast podwójny krążek Perihelion (AR 011), zawierający dwa domowe (zatem z Chicago) koncerty tria i tria plus, zrealizowane odpowiednio jesienią 2015r. i wiosną roku nam panującego. To już drugie spotkanie w ramach AR małego składu Rempisa, w którym swoje istotne trzy gorsze do ciekawego efektu finalnego dokładają Joshua Abrams (kontrabas, także inne instrumenty strunowe niskich częstotliwości) i Avreeayl Ra (perkusjonalia). Pierwszy z koncertów, trwający blisko trzy kwadranse, to stosunkowo swobodna improwizacja, silnie wszakże osadzona w estetyce freejazzowej, z właściwą jej dynamiką, zarysowanym kręgosłupem rytmicznym i rzecz jasna – jak to zwykle bywa w przypadku Rempisa – doskonałymi improwizacjami na saksofonach (tu: altowym i barytonowym). Szczególnie ciekawie robi się w okolicach połowy występu, gdy sekcja wpada w delikatny trans (pięknie brzmi kontrabas!), na tle którego Rempis snuje uroczy solowy popis w oparach lekko przydymionej psychodelii. Całość występu wieńczy wyciszona konwersacja na różne dodatkowe instrumenty o delikatnym posmaku etno.

Drugi krążek zestawu Perihelion, to koncert tria w wersji rozszerzonej. Przedmiotem owego poszerzenia składu (poniekąd jednak – podmiotem) znany nam dobrze, acz lekko zapomniany muzyk sceny chicagowskiej, pianista Jim Baker. Koncert toczy się także w bardzo otwartej formule freejazzowej. Trochę dziwnie brzmi piano/keyboard Bakera, gdyż mamy wrażenie, jakby instrument był słabo nagłośniony, albo …. ktoś zamknął go w szafie na czas koncertu i zapomniał otworzyć drzwi. Jest jak jest, całość nabiera jednak dzięki tej ambiwalencji nieco punkowego sznytu. Słucha się tego dobrze, serce samo rwie do lotu, jedynie tej psychodelii jakby mniej niż na pierwszym dysku. Dodajmy, iż premierowe wydawnictwo tego składu, to koncerty z roku 2013, zebrane na krążku Aphelion (AR 004).




Aerophonic Records, obok wydawania tradycyjnych płyt CD, których w katalogu jest obecnie jedenaście, od niedawna udostępnia także koncerty Rempisa jedynie w formie elektronicznej (oczywiście wszystkie edycje AR biegają w streamingu na stronie bandcamp, zatem każdy, w dowolnym momencie, może je swobodnie odsłuchiwać, nawet … przez telefon – wersja co prawda dla głuchych, ale poziom dostępności muzyki cieszy niezmiernie). W ramach upubliczniania ciekawej muzyki na elektroniczne odsłuchy/ zakupy czekają obecnie cztery tytuły, wśród nich m.in. trio z Harnik i Zerangiem (wyżej wspomniane), a także kwartet The Engines (Rempis/ Bishop/ McBride/ Daisy), znany nam wyśmienicie z wielu innych, bardzo kompaktowych płyt (w tym także dla rodzimego Not Two). Tu, pod tytułem Green Knights (ARd 001), odnajdujemy dwa koncerty z roku 2012 (łącznie prawie 2 godziny muzyki). Dwie najnowsze elektroniczne edycje AR, to natomiast trio Spectral i kwartet z udziałem m.in. gitarzysty Joe Morrisa.

Spectral (AR 006), to przy okazji także tytuł pierwszego krążka, który Rempis nagrał z innym znakomitym amerykańskim saksofonistą, Larry Ochsem, w towarzystwie ciekawego trębacza Darrena Johnstona. Ten skład, to przykład bardzo ambitnej wycieczki Dave’a w świat free improvisation i pokaz sonorystycznego traktowania instrumentu dętego, drewnianego. Wybór Ochsa wydaje się wyjątkowo trafny. Panowie pięknie kooperują, zderzając brzmienie altu (Rempis) z soundem sopranu i tenoru (Ochs). W środku tych potyczek bardzo dobrze odnajduje się trębacz, który raz po raz inteligentnie puentuje dyskusje saksofonistów. Doskonała płyta, zawierająca kalifornijskie koncerty z roku 2012. Ciągiem dalszym tych spotkań jest najnowsza (przypominam, tylko w wersji elektronicznej) produkcja Neutral Nation (ARd 003), dokumentująca ubiegłoroczny koncert z Buffalo. A na nim – w opozycji do poprzedniego wydawnictwa - narracja prowadzona jest nieco spokojniej i bez epatowania pasażami w wysokich rejestrach.




Wreszcie kwartet, który już wywołałem dwa akapity wyżej, czyli chicagowskie spotkanie domowników (Rempis na alcie i barytonie, Tomeka Reid na wiolonczeli, Jim Baker na pianie) z kumplem z Nowego Jorku, Joe Morrisem na gitarze. Całość zwie się Nettles (ARd 004) i zawiera trwającą trzy kwadranse rejestrację koncertu z roku 2013. Muzyka delikatnie toczy się nam od ucha do ucha, a warunki gry dyktuje zdecydowanie Joe, który wyraźnie nie śpieszy się na ostatni autobus do domu. Rempis chciałby ów meeting nieco zdynamizować, ale Tomeka i Jim nie koniecznie chcą mu w tym pomóc. A efekt końcowy nie stymuluje nas bynajmniej do wydania 10 USD na lepszy format pliku. Do ewentualnego powrotu, w czasach większej posuchy w zakresie nowych dźwięków.




Także spotkanie Rempisa w trio z Jasonem Adasiewiczem (wibrafon) i Nate’em McBridem (kontrabas) toczy się w bardzo powolnym tempie. Alt i baryton Dave subtelnie ocierają się o powłokę wibrafonowych, nieśpiesznych drgań, a kontrabas wyraźnie stara się nie zagłuszać tej mimowolnej, ślimaczej narracji. Na żywym, srebrnym krążku zwie się to Boss Of The Plains (AR 002), a trio dodatkowo posiłkuje się nazwą Wheelhouse (koncert z roku 2010). Oj, zdecydowanie wolę Rempisa w wersji galopującej, freejazzowej torpedy. Nie tym razem.




Na zupełny już koniec naszej dzisiejszej mini prezentacji dokonań Dave’a Rempisa i jego Aerophonic Records, ciekawy kwartet saksofonowy, łączący bodaj cztery pokolenia instrumentalistów z Chicago. W skład bowiem Chicago Reed Quartet wchodzą – od najstarszego zaczynając – Mars Williams, Ken Vandermark, Dave Rempis i Nick Mazzarella. Nagrania koncertowe z roku 2014 ukazały się pod tytułem Western Automatic (AR 009). Trzech pierwszych panów prezentować w tym miejscu nie trzeba, tego zaś czwartego – na razie - też nie, gdyż jego dorobek artystyczny na ten moment jest bardziej niż skromny. Wszakże sam kwartet słucha się z niekłamaną przyjemnością. Jest rytm, jest dynamika, do tego świetne improwizacje, budowane na bazie ulotnych kompozycji każdego z muzyków. Czegóż chcieć więcej od takiej produkcji.




Poza wyżej omówionymi wydawnictwami, katalog AR uzupełniają: dwie produkcje The Rempis Percussion Quartet (tę formację znamy także z katalogu Not Two Records), krążek tria Ballister (z Fredem Lonbergiem-Holmem i Paalem Nilssenem-Love), duet z Timem Daisym, jak również – wydany jedynie na winylu – kolejny duet z Lasse Marhaugiem. Sami znajomi, w towarzystwie których czujemy się komfortowo. Stanowczo zapraszam do odsłuchu!