Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gustavo Costa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gustavo Costa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 września 2024

Gonçalo Almeida and States of Restraint!


Powiedzieć o nim, że jest człowiekiem renesansu, albo królem Midasem, który czego się tknie w złoto zamienia, to jakby nic nie powiedzieć.

Portugalski kontrabasista Gonçalo Almeida doskonale czuje się w każdej konwencji gatunkowej, w każdej z nich ma znaczące dokonania artystyczne udokumentowane pięknymi albumami. Doom metal, punk & noise impro rock, free jazz, swobodna kameralistyka, what ever you want!

Ale takiej płyty, jak States of Restraint jeszcze w jego wykonaniu nie słyszeliście. Album zawiera muzykę precyzyjnie przez Almeidę skomponowaną, która zdaje się być … oceanem swobodnej ekspresji. Skrzy się dźwiękami, które płyną do nas podobnym kanałem wrażliwości niemal przez trzy kwadranse, przy bliższym jednak poznaniu, zagłębieniu w ich pokrętną fakturę, okazują się być wyjątkowo oryginalne i niepowtarzalne. Ale dość już tych introdukcji - odpalamy kompaktowy krążek i odpływamy!



 

Pierwsza opowieść zasadza się na dronie kontrabasowego smyczka i pokrewnej strudze dźwiękowej generowanej przez trąbkę, którym towarzyszy drummingowa ekspozycja na dzwonkach, gwarantująca nerwową dynamikę i dramaturgiczną linearność. Dziesięciominutowa epistoła raz po raz traci moc i restartuje z delikatnie zmodyfikowanym konceptem brzmienia i frazowania. Do smyczka dolepia się elektronika, tembr pracy kontrabasu pnie się ku górze, z kolei trąbka wybiera odwrotny kierunek. Całość nie przestaje być jednorodnym, wielkim, rozedrganym dronem. Ta definitywnie mroczna liturgia dźwięku mogłaby trwać w nieskończoność. 

Druga opowieść nie ma już tak zwartego, uwarunkowanego dynamiką kierunku rozwoju. Szyta jest drobnym frazami, które wchodzą w nieustanne interakcje. Trąbka i smyczek preparują, perkusjonalia szeleszczą talerzami. Dużo tu wolnej przestrzeni i lewitacyjnych oddechów. W drugiej fazie utworu powracają dzwonki, które dodatkowo stymulują proces wzajemnych interakcji. W trzeciej odsłonie powracamy do estetyki dronowej. Tu narracja prowadzona jest w spokojniejszym, mniej nerwowym trybie. Wytłumiona, lekka barwiona elektroniką opowieść koncertuje się teraz na dramaturgicznych niuansach i brzmieniowych zdobieniach. Smyczek nabiera post-barokowych barw, czasami bije po strunach, przypominając dogorywające serce w stanie agonii. Pod koniec utworu emocje zdecydowanie rosną, głównie za sprawą gęstniejącego, niemal sfuzzowanego brzmienia basu.

Czwarta część łączy doświadczenia narracyjne wszystkich poprzednich odcinków. Jest rytualna, celebrowana, zasadzona na matowym, głębokim brzmieniu dudniących perkusjonalii i wystudzonych dronach smyczka i trąbki. Wszyscy frazują tu jednak w niemal pogrzebowym tempie. Opowieść nabiera incydentalnie kameralnego charakteru, choć wokół nieustannie pulsuje elektroniczny background. W drugiej fazie kompozycji narracja pęcznieje, popadając w śmiertelną taneczność.

Ostatnia część albumu zdaje się być repryzą części pierwszej. Powracają dynamiczne dzwonki i kompulsywne drony kontrabasu i trąbki. Sam smyczek wydaje się być tu opatulony strugą skrzącej się elektroniki. Narracja ma swoje fazy, drobne restarty i stałe modyfikacje w zakresie brzmienia, szczególnie kontrabasu. Ten ostatni z każdą pętlą tej szalonej opowieści nabiera siarczystości, wpadając w trans traconej melodyki. Flow płynie swobodnie aż do martwego zakończenia dzięki stabilnej ekspozycji dzwonkowego drummingu.


Gonçalo Almeida States of Restraint (Clean Feed Records, CD 2024). Gonçalo Almeida – kontrabas, elektronika, kompozycje, Susana Santos Silva – trąbka oraz Gustavo Costa – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Sonoscopia, Porto, lipiec 2023. Pięć utworów, 45 minut.



wtorek, 27 kwietnia 2021

Ikizukuri + Susana Santos Silva in an embrace of the Suicide Underground Orchid!


Dudniący bas elektryczny wzywa wszystkich na dźwiękowe rykowisko. W tym niecnym dziele wspiera go aktywny drumming, brzmiący niezwykle matowo, podający rytm w jakimś nieznanym metrum. W roli introdukcyjnej wisienki na torcie garść elektronicznych śmieci, które kaleczą flow, ale też stymulują żywe instrumenty do pierwszych mikro eskalacji. Po jednym okrążeniu do stawki biegnących dołącza bystry, zadziorny saksofon sopranowy, który zdaje się brzmieć, niczym alt tuż po przebyciu covidowej izolacji. Obrazu całości pieśni otwarcia dopełnia trąbka, która na tym etapie samobójczego spektaklu brzmi jeszcze nad wyraz czysto. Rośnie tempo, gęstnieje tekstura narracji – bas w roli niszczyciela żłobi kanał powietrzny, po którym coraz większą ławicą płyną dęciaki - roztańczone, rozbrykane papużki nierozłączki, skaczące z kwiatka na kwiatek i boleśnie nękające narządy słuchu przypadkowo napotkanych słuchaczy.



Druga porcja elektroakustycznej chłosty stawia nas do pionu od pierwszego dźwięku i w takim stanie pozostawia do samego końca – naszego lub jej. Bas rysuje hc-punkowe przełomy, circle drumming zdaje się jeszcze podkręcać gałkę potencjometru mocy, a dęciaki skrzeczą na silnym pogłosie, niczym upalone dobrym kwasem portowe mewy. Pre-noise’wy galop w progresie gna ku nieznanym wspaniałościom. Sopran i trąbka czynią swoje, niezależnie od sytuacji scenicznej – czyżby kolejna ważna w historii gatunku Konferencja Ptaków? Nim wybije koniec trzeciej minuty bas zaczyna mącić wodę i wyhamowuje bieg zdarzeń. Dęte łapią się ostrego pogłosu, jak tonący brzytwy i wobec perkusyjnego zaniechania, pozostają samotne na prerii i krzyczą wniebogłosy. Bas i perkusja wracają leniwie po 120 sekundach, i taki to duet postanawia zmiękczyć nas moralnie. Aura post-psychodelicznego fussion, z basem, który niczym rockowa gitara rysuje smugi cienia, oplata nas jak pajęczyna. Po kolejnych dwóch minutach magia chaosu pierwszych dźwięków powraca w formule nerwowej repetycji. Dęciaki giną w konwulsjach, przynajmniej na kilka sekund.

Kolejna porcja trucizny rozpoczyna się duetem zamaszystego bębnienia i skrzeczącego sopranu. Bas dołącza się z taneczną pętlą, trąbka pnie się zaś ku górze z gracją baletnicy. Opowieść znów jest gęsta i mroczna, ale dłonie rewolwerowców na cynglach nie czynią nerwowych ruchów. W tubach dętych potworów zdają się pojawiać mikro nutki nostalgii, niczym u wygłodniałych wampirów. Bas nie czyta tych fraz, tnie narrację na nierówne polowy i bez zmrużenia oka brnie przed siebie, ołowiany cyklop o dużym polu rażenia. Stawia zasieki z drutu kolczastego, po czym ginie w ciszy.

Stępione ostrza basu rozpoczynają czwartą historię, rysując post-jazzowe smugi naprzemiennie z post-rockowymi riffami. Dęciaki w lekkim, frywolnym tańcu, splecione wszystkimi kończynami, pokładają się leniwie na drżących membranach perkusji. Nim wybije pierwsza minuta wszyscy skaczą w ogień! Szczęśliwie to przepaść, która ma swoje dno. Hamowanie jest bystre i bardzo efektowne. Załoga zaczyna uprawiać piękne kombinacje z rytmem, dobrze też wariantuje poziom ekspresji i intensywności. Leniwe przeciągania lub bystre półgalopy, aż po ambientową śmierć dętych, poprzedzoną plejadą delikatnych fraz wpadających w oniryzm. Bas nie pozwala jednak zasnąć! Odradza się jak hydra, w morzu gitarowych sprzężeń. Towarzyszy mu poklask talerzy. Eksplozja jednak nie następuje. Opowieść gaśnie niczym stosunek przerywany.

Piąta improwizacja zdaje się czynić pozory ładu i panowania nad emocjami. Frywolne, niemasywne post-fussion, garść czystszych fraz, melancholijne kołysanie na falach spokojnego oceanu, choć czynione raczej z drugiej strony powierzchni wody. Coś śpiewa, coś kleci zdania podrzędnie złożone. Ale zło czai się za rogiem! Repeta basu nadciąga i sieje popłoch wśród ludzi i zwierząt. Piękne zdanie odrębne realizuje jednak trąbka. Wypuszczona w maksymalny pogłos daje tych kilka fraz, które zapamiętamy na zawsze. Efekt odejmuje mowę nawet basowi. Oto kolejna burza, która ostatecznie nie nadchodzi.

Pieśń zamknięcia także ma pragnienie, byśmy zapamiętali ją na dłużej. Najpierw kilka wprawek zabrudzonego piano - dźwięki zagubione w komputerze, w trakcie post-produkcji znajdują swoje miejsce w narracji właściwej. Pieśń staje jednak na baczność niesiona kolektywnym wrzaskiem wszystkich instrumentów. Post-metalowy bas, circle drumming na ołowianych tomach, zmutowana trąbka skąpana w radioaktywnym post-fussion. Po kilku pętlach galop w gęstwinach post-jazzu zwalnia, choć nie traci na intensywności. Na blisko 80 sekund dostajemy się w kolejny wir elektronicznej plądrofonii, która pokazuje, iż nasze uszy są dziś w stanie przeżyć naprawdę wiele. Jeśli słuchamy tej płyty z fizycznego nośnika, sprawdźmy koniecznie, czy nasze CD nie uległo całkowitemu zniszczeniu. W połowie piątej minuty normalny bas szczęśliwie powraca. Wraz z nim do życia przewrócona zostaje lśniąca trąbka i błyszcząca perkusja. Ale gdzie podział się sopran? Czy jest tylko echem trąbki, czy w międzyczasie dokonał już swojego żywota? Sekcja rytmu kreśli pętle i nie szuka wymówek. Powulkaniczny finał na dobrym kwasie!

 

Ikizukuri + Susana Santos Silva Suicide Underground Orchid (Multikulti Project/ Spontaneous Music Tribune Series, CD 2021). Julius Gabriel – saksofon sopranowy, Gonçalo Almeida – gitara basowa, Gustavo Costa - perkusja & electronic post production, Susana Santos Silva – trąbka. Nagrane w Porto, Sonoscopia, lato 2020. Sześć improwizacji, 39:27.

 

Uwaga! Autor recenzji jest współproducentem tej płyty!



niedziela, 4 kwietnia 2021

Dwie portugalskie nowości iberyjskiej serii Multikulti i Trybuny Muzyki Spontanicznej – Light Machina i Ikizukuri + Susana Santos Silva!


(Informacja prasowa)

 

Iberyjska seria wydawnicza z muzyką improwizowaną, prowadzona przez oficynę Multikulti Project i Trybunę Muzyki Spontanicznej, rozpoczęła właśnie piąty rok życia. Dodajmy, iż samo Multikulti Project kończy w tym roku 25 lat, a jego założyciel Tomasz Konwent całkiem niedawno obchodził bardzo okrągłe urodziny. Najlepszym sposobem, by należycie uczcić każdą z tych okoliczności, z pewnością mogą być nowe wydawnictwa płytowe.

Dokładnie na dzień 2 kwietnia 2021 roku zaplanowana jest światowa premiera dwóch płyt z muzyką powstałą na Półwyspie Iberyjskim, tym razem, w obu przypadkach w Portugalii – pierwsza w Coimbrze, druga w Porto.

 


Pod pozycją katalogową 023 poznańska inicjatywa wydawnicza proponuje nowy kwartet Light Machina, w którego szeregach odnajdujemy dwa doskonale rozpoznawalne nazwiska na europejskiej scenie muzyki improwizowanej – portugalskiego trębacza Luisa Vicente i jego rodaka, gitarzystę Marcelo Dos Reisa. Dla pierwszego z nich to już szósta obecność w Spontaneous Music Tribune Series, dla tego drugiego – dokładnie … druga. Obaj muzycy grali tu choćby w świetnie przyjętym przez krytyków i publiczność kwartecie Points. Czteroosobowy skład Light Machina uzupełniają bardzo młodzi, ale już rozchwytywani przez starszych muzyków, adepci swobodnej improwizacji – włoski puzonista Salvoandrea Lucifora oraz portugalski perkusista João Valinho. Na krążku bez tytułu muzycy proponują nam trzy chwilami niezwykle transowe, ale wyważone przez względem ekspresji improwizacje, dla których precyzyjne określenie konotacji gatunkowych zdaje się czynnością niewykonalną. Być może odnajdujemy tu więcej post-rockowych emocji niż free jazzowych grepsów, jakiekolwiek fani obu stylistyk winni w Light Machina dostrzec ważny przedmiot swoich zainteresowań. Nagranie zarejestrowano w trakcie koncertu, jaki miał miejsce trzynaście miesięcy temu w jednym z najważniejszych miejsc na mapie portugalskiej muzyki - Salão Brazil w Coimbrze.

W liner notes, napisanym przez António Branco, czytamy m.in.:

„(…) Słyszymy tu twórcze interakcje pomiędzy różnymi osobowościami muzycznymi, które dążą do wspólnego celu, bez narzucania się, ale i jakiegokolwiek osłabiania swojej pozycji. Czterej muzycy (plus cisza) oddają się krzyżowemu ogniu bodźców, akcji i reakcji, równoważąc dotychczasowe współsprawstwo ekscytacją związaną z budowaniem nowych relacji.  (…) W celu poszerzania możliwości instrumentów muzycy stosują różne techniki, które nie są celem samym w sobie, ale narzędziem do budowania dynamiki i atmosfery. Rezultatem jest ciągłe odkrywanie nowego i „coś”, czego na szczęście nie da się sklasyfikować, ani opisać słowami”.

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/light-machina

 


Jeśli w przypadku Light Machina wspominaliśmy o post-rockowych emocjach i braku gatunkowych punktów odniesienia, to cóż można rzec o formacji Ikizukuri??? Post-punkowa, wulgarna gitara basowa w rękach Portugalczyka Gonçalo Almeidy (jeśli pamiętamy Low Vertigo, świetnie wiemy, co nam grozi!), rockowa, ekspresyjna perkusja we władaniu kolejnego Portugalczyka Gustavo Costy (muzyk wrzuca do tygla emocjonujących zdarzeń także akcenty elektronicznej post-produkcji, a nawet strzępy plądrofonii!), wreszcie para rozgadanych instrumentów dętych, siejących popłoch potokami psychodelii, tu w rękach fachowców najwyższej klasy – niemieckiego saksofonisty Juliusa Gabriela (którego znamy choćby z dużych składów Barry’ego Guya, ale tu prezentującego bardzo odmienne oblicze) i portugalskiej trębaczki Susany Santos Silvy, która na fantastycznie zatytułowanej płycie „Suicide Underground Orchid” pełni rolę gościa na pełnych prawach wykonawczych.

Muzyka Ikizukuri stawia na emocje, buduje narrację opartą na rockowej pracy basu i perkusji oraz na paradygmacie permanentnej improwizacji saksofonu sopranowego i trąbki. Kreuje opowieść, która uzbrojona w post-elektroniczną poświatę, niespodziewanie prowadzi nas także na spotkanie z fussion jazzem, przywołując skojarzenia z muzyką, jaką Miles Davis grywał w pierwszej połowie lat 70. ubiegłego stulecia. Zresztą w tym potoku szalonych dźwięków każdy odnajdzie coś dla siebie. Dodajmy, iż nagrania powstały w roku ubiegłym w Porto, w klubie Sonoscopia.

W liner notes napisanym przez Margaridę Azevedo czytamy m.in. :

„Urodzona i wyhodowana w podziemiu - to główne cechy rzadkiej rośliny zwanej Suicide Underground Orchid, zupełnie takiej samej, jak to nagranie. Ikizukuri wnosi do tej płyty różnorodne nastroje: improwizację, free jazz, rock i metal. Susana Santos Silva stanowi zaś nowy składnik odżywczy, który karmi i rozwija potencjał tej samobójczej, podziemnej orchidei (…). Błędnym jest myślenie, iż w 2020 roku byliśmy tylko świadkami globalnego chaosu. Z przypadkowego spotkania narodziła się też ta płyta. Muzycy prowadzą tu płynny dialog, rozmawiają własny językiem, generują dźwięki, który obudzą nasze zmysły w 2021 roku.”

https://multikultiproject.bandcamp.com/album/suicide-underground-orchid

 

 

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Cylinder Recordings. Portugal a improvisar com Gonçalo Almeida como exemplo – dois quartetos e um trio


Dzisiejsza opowieść o niektórych dokonaniach artystycznych netlabelu Cylinder Recordings zwie się po naszemu Portugalia improwizująca na przykładzie Gonçalo Almeidy – dwa kwartety i jedno trio, choć…. rzecz definitywnie dzieje się w Holandii!

Składa się bowiem tak, że Gonçalo Almeida, portugalski z krwi i kości kontrabasista, od czasu pewnego mieszka i muzykuje głównie w Rotterdamie. Nie jest to bynajmniej zjawisko szczególnie oryginalne, albowiem wszyscy w tym gronie wiemy, iż życie muzyka improwizującego nie jest łatwe i pcha go w najróżniejsze zakątki świata. Innymi słowy płynie tam, gdzie go chcą (posłuchać lub/i wydać). Zresztą rzeczony Cylinder Recordings ma wymiar głównie internetowy, zatem miejsce fizycznego powstania nagrania, tudzież adres, z którego płynie do nas zwarta paczka plików muzycznych, są w sumie danymi zupełnie zbędnymi.

Z nazwiskiem Gonçalo Almeidy zetknęli się już zapewne entuzjaści muzyki improwizowanej, którzy często zaglądają do katalogu portugalskiego Clean Feed Records. Myślę tu o ciekawych krążkach formacji LAMA (z Susaną Santos Silvą), czy płycie Vibrate In Sympathy tria z kluczowym udziałem kontrabasisty.

Sam Almeida od blisko dwóch lat zarządza Cylindrem i jako muzyk uczestniczył w nagraniu wszystkich pozycji dyskograficznych wytwórni *). Było ich jak dotąd czternaście, a my pochylimy się teraz nad trzema z nich.





Pierwszą niech będzie… najnowsze dzieło cylindrowe, czyli z wielu względów frapujący kwartet Buku (Cylinder Recordings, CRO 014, 2016) – Susana Santos Silva na trąbce, Jasper Stadhouders na gitarze, Gonçalo Almeida na kontrabasie i Gustavo Costa na perkusji. Pięćdziesięciominutowa rejestracja w trzynastu odcinkach muzycznych wyprodukowana została… w Porto, zatem tytuł naszej dzisiejszej opowieści nie jest jednak nieprecyzyjny. Susanę poznaliśmy już na Trybunie, zatem myślę, że 37-letnia Portugalka nie wymaga specjalnej introdukcji (urodzona w Porto, dużą część roku spędza oczywiście w … Holandii). Jasper zaś, to młody, jurny i konsekwentnie niepokorny gitarzysta z prądem, stamtąd właśnie, który ma już w swoim portfolio dysk wydany w Polsce, przez Not Two (Cactus Truck Seizures Palace, z Johnem Dikemanem na saksofonach). Czwarty do brydża w tym zestawie, to wywodzący się ze sceny …trashmetalowej Gustavo, którego udane bębnienie dane mi było usłyszeć po raz pierwszy.

Agresywna, ale czysta jak łza, trąbka Susany i rozwichrzona, nieco hippisowska gitara na lekkim speadzie Jaspera, ewidentnie napędzają ten szalony kwartet. Dynamika, ekspresja, zwięzłość wypowiedzi, chwilami rubaszna dosłowność, to główne charakterystyki tej muzycznej opowieści. Trajektorie kolektywnych improwizacji trąbki i gitary próbuje okiełznać sekcja rytmiczna. Gonçalo atakuje ostrym tembrem swego instrumentu, o delikatnie zabrudzonym soundzie. Gustavo też nie odpuszcza, choć jak na drummera z metalową przeszłością, potrafi zaskoczyć kolorystką brzmienia i różnorodnością środków wyrazu. Buku - krótkie, zwarte tematy (najdłuższy z trudem przekracza 6 minut), szybkie urywane frazy trąbki, w ścisłej korelacji z gitarowymi pasjansami o zaskakujących puentach. Gęsto, bardzo kolektywnie (dominują fragmenty grane przez wszystkich muzyków jednocześnie) i zdecydowanie na temat. Trzynaście dowodów na nieśmiertelność muzycznej anarchii. Co rusz pyskówki, pikantne zwarcia i nieoczywiste dysonanse. By zdążyć przed zachodem czegokolwiek, z odcieniem rockowej bezczelności i niedopytywania o przyczynę zjawiska. Jeśli dotrwamy do spokojniejszej nuty, też jest ona masywna i bezdyskusyjnie karkołomna. Muzyka poniekąd piękna, zdecydowanie na sposób niedelikatny. Frenetyczna, doskonała podróż w nieznane!

Po tej wyczerpującej energetycznie wyprawie, zasłużyliśmy na odrobinę… odpoczynku, wszakże rozumianego przez pryzmat fascynacji free improv. Czas na trio niskich częstotliwości! Oczywiście Gonçalo Almeida na kontrabasie, a w koncertowej rejestracji wspomagają go doskonale nam znani i niejednokrotnie lubiani – Wilbert De Joode, także na kontrabasie i Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli. Nagranie z marca 2012r. dociera do naszych uszu dzięki wydawnictwu Live At ZAAL 100 (Cylinder Recordings, CRO 007, 2015).




Choć obiecywałem odpoczynek, improwizacja trzech odpowiedzialnych muzyków ma bardzo gęsty, intensywny charakter. Na ogół tempo nadaje jeden z nich, delikatnie sugerując także rytm muzycznego przebiegu wydarzeń. W tym czasie dwaj pozostali rzeźbią smykami na gryfach swych akustycznych instrumentów. Bywa jednak w trakcie koncertu, że cała trójka jedynie szarpie wielkimi paluchami upocone do granic możliwości struny. Trzy niepełne kwadranse bez nanosekundy zbędnej nudy i momentów zawahania. Upalona filharmonia na skraju załamania nerwowego (a miało być wypoczynkowo…). Docieramy także do momentu, gdy trzy smyki intensywnością dźwiękowego przekazu dewastują nasz spokój i zapraszają na huczne obchody dnia konstruktywnego niepokoju ducha. Czupurne, nieznośne, urokliwie piękne!

No i trzecie spotkanie – Descanco Del Dopo Popo (Cylinder Recordings, CRO 013, 2016), firmowane przez kwartet o dźwięcznej nazwie Tetterapadequ. W składzie belgijscy Włosi – Daniele Martini (tenor) i Giovani di Domenico (piano), belgijski Portugalczyk Joăo Lobo (perkusja) i nasz … holenderski Portugalczyk Gonçalo Almeida (kontrabas). Przy okazji, omawiane wydawnictwo to już trzeci krążek kwartetu o nazwie, która jest parafrazą nazwy haaskiego klubu jazzowego The Patter Quartet. Tym razem mamy przed sobą epkę, trwającą niespełna 25 minut (choć bodaj jako jedyna w CR, dostępna jest w formacie CD,  trzycalowego dodajmy).




Rozedrgany tembr kontrabasu i piana, niczym łydki dziewicy przed pierwszą nocą, niekoniecznie z ukochanym, zaczynają tę krótką przygodę. Almeida trzyma kontekst, jak tonący brzytwy. Rośnie niepokój, dając szansę na szczyptę przyzwoitości i choćby fragment… udanej improwizacji. Zaduma jednak nasila się, czyniąc nagranie godne jedynie... monachijskiego ECM. Wytrwali doczekają się na szczęście odrobiny konstruktywnej preparacji na fortepianie – spokojnej jak Bałtyk w trakcie upalnej końcówki lata, ale jakkolwiek wartościowej. Potem Almeida, ze smykiem w ręku, zapisuje się na lekcje muzycznej wstrzemięźliwości do Manfreda Eichera… A my możemy spokojnie przejść do puenty tej recenzji.

Młodość na europejskiej scenie muzyki improwizowanej szaleje bez ustanku (The Youth Are Getting Restless!) **), ale jak się okazuje, miewa też przystanki niedoskonałości, dając tym samym szansę naszym ulubionym weteranom free improv na kolejną genialną płytę. Descanco Del Dopo Popo do tego stanu rzeczy zaiste wyjątkowo daleko. Płyta trwa dwadzieścia kilka minut, na szczęście ani chwili dłużej.


*) Wszystkie płyty z katalogu Cylinder Recordings są dostępne w streamingu na stronie bandcamp.com

**) Odsyłam do postu na Trybunie o takim właśnie tytule.