Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natsuki Tamura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Natsuki Tamura. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 lipca 2025

The Circum-Disc’ fresh outfit: Kaze & Koichi Makigami! Fiat Lux!


Francuski Circum-Disc sukcesywnie raczy nas smakołykami edytorskimi. Równie chętnie sięga po czystą improwizację, jak i kompozycje, zarówno post-jazzowe, jak i kameralne, a nawet luźno związane z muzyką współczesną. Poza wysokim poziomem artystycznym label gwarantuje także stylistyczną i estetyczną różnorodność.

Dwie lipcowe nowości ilustrują to w pełnej okazałości. Przynoszą nowy album flagowego ansamblu wydawnictwa, japońsko-francuskiego kwartetu Kaze (tu w edycji rozszerzonej o ekspresyjny głos) oraz często goszczący w portfolio CS wątek kanadyjski – album powstały na okoliczność artystycznego jubileuszu René Lussiera, gitarzysty z Quebecu, oparty na materiale skomponowanym, ale na etapie improwizacji definitywnie szalonym.

Welcome!

 


Kaze & Koichi Makigami Shishiodoshi (CD 2025). Koichi Makigami - głos, shakuhachi, trąbka, Christian Pruvost - trąbka, flugelhorn, Natsuki Tamura - trąbka, głos, Satoko Fujii – fortepian oraz Peter Orins – perkusja. Nagrane na żywo, la malterie, Lille, Francja, maj 2024. Trzy kompozycje, 62 minuty.

Poprzedni album Kaze, co należy do rzadkości w dumnej historii kwartetu, był ekspozycją w pełni improwizowaną. Na nowym albumie muzycy powracają do idei kompozycji, jak zawsze w ich przypadku będących raczej scenariuszem improwizacji, tudzież zapisem przewidywanej dramaturgii spektaklu dźwiękowego. W roli gościa japoński aktor, wokalista, instrumentalista Koichi Makigami, jako donosi albumowe credits, artysta wielu talentów. Album nie jest wszakże przeładowany jego ekspresją, a bodaj najciekawiej dzieje się wtedy, gdy Makigami sięga po trąbkę i współtworzy z Pruvostem i Tamurą blaszany trójgłos poparty dźwiękami z gardła przynajmniej dwóch performerów.

Na płycie pomieszczono trzy długie utwory, z których ten pierwszy trwa ponad 25 minut. Składa się z kilku wątków, zarówno realizowanych w kwintecie, jak i w podgrupach. Otwarcie należy do kwartetu bazowego. Potem następuje prawdziwie samurajska, parateatralna ekspozycja gościa, która po niedługim czasie napotyka na krwistą ripostę kwartetu, tym razem definitywnie free jazzową. Po kolejnej tyradzie gościa, kwartet powraca z preparowanymi subtelnościami, niejako otwierając fazę solowych, duetowych i trzyosobowych rozgrywek, na ogół z udziałem trąbek, głosów i fletu. Po wielu minutach dętych i wokalnych popisów następuje rozbudowana akcja instrumentów perkusyjnych, podkreślona kontrą piana. Finałowa partia utworu także bogata jest w wydarzenia - od strzelistych kontrapunktów po wokalno-instrumentalne medytacje. Nagranie wieńczy zgrabna, post-jazzowa koda grana pełnym, pięcioosobowym składem.

Drugie nagranie rodzi się w ciszy, w kłębach szumów, szmerów i innych, tajemniczych fonii. Intrygującym dysonansem pierwszej fazy utworu są ciepłe, post-klasycznie brzmiące frazy z fortepianowej klawiatury. Część środkowa utworu znów jest konglomeratem mniejszych składów, na ogół skoncentrowanych na brzmieniu trąbek i japońskich wokaliz, tu nasiąkniętych wyjątkowymi emocjami. Utwór ma swoje drobne wzniesienie, a także rytmiczną, bardzo ekspresyjną kodę. Trzecia opowieść zdaje się powstawać w zaroślach amazońskiej dżungli. Świergot ptaków, dęte szmery, tajemnicze pomrukiwania. Narracja budowana jest mozolnie, etapami, w których nie brakuje jazzu i post-klasyki, o co szczególnie dba pianistka. Po pięciu minutach następuje restart, który staje się zaczynem rozbudowanej ekspozycji perkusisty. Po sekwencji trąbek i fletu oraz drobnego epizodu głosu solo, następuje kolejny restart, który jest tym razem pretekstem do równie rozbudowanego sola pianistki. Podsumowanie utworu tradycyjnie spoczywa na barkach całego kwintetu, choć tym razem jest nieco mniej ekspresyjne.

 


René Lussier & Robbie Kuster Fiat Lux (CD 2025). René Lussier – gitara, bas, daxophone oraz Robbie Kuster – perkusja, musical saw, nail organ. Miejsce i czas nagrania nieznane. Czternaście kompozycji, 40 minut.

Pięćdziesięciolecie pracy artystycznej, to moment, który należy świętować wyjątkowo hucznie. Na albumie Fiat Lux dzieje się tak po prawdzie przez całe czterdzieści minut jego trwania. Współpraca Lussiera z Kusterem, to ponoć także epoka, zatem okazji, by dobrze się zabawić całe mnóstwo - od rockowego huraganu, przez jazz, po brawurowe, niemal kabaretowe ekspozycje. Artystom nie brakuje brawury, a nade wszystko polotu i swobody, po stronie słuchacza jedynie drobna ambiwalencja – czy  pomysłów dramaturgicznych nie jest tu trochę za dużo.

Po ledwie dwudziestopięciosekundowym intro, pełnym psychodelicznych lamentów multiinstrumentalny duet rusza w rockowy galop. Flow nasączony jest funkową rytmiką, a muzykom radość zdaje się przynosić każda fraza, co podkreślają radosnymi okrzykami. Podobny charakter mają kolejne parzyste utwory w obrębie pierwszej dziesiątki (może z wyłączeniem części ósmej), potem dwa kolejne nieparzyste, wreszcie eksplozywny, rockowy finał. Pozostałe piosenki, to post-psychodeliczne eksperymenty, odrobina elektroakustyki, wreszcie głosy, czasami teatralne, czy kabaretowe. Bez wątpienia muzycy mają w głowach pomysły na przynajmniej kilka albumów. A niektóre wątki warto byłoby rozwinąć. Choćby epizod dziesiąty, na póły psychodeliczny, bardzo mroczny, który wydaje się tajemniczą balladą, a okazuje się porcją zdrowego, niczym nieskrępowanego hard-rocka.

 

 

wtorek, 20 lutego 2024

Kaze is Unwritten!


Francusko-japoński kwartet Kaze funkcjonuje na scenie muzyki improwizowanej już kilkanaście lat. Właśnie dostarcza nam swoją ósmą płytę, co biorąc pod uwagę interkontynentalny skład grupy jest osiągnięciem dalece imponującym. Nietuzinkowy skład instrumentalny (dwie trąbki, piano i perkusja), umiejętność budowania wielominutowych dramaturgii, świetny warsztat i zdaje się nieskończone pokłady kreatywności, to podstawowe walory kwartetu.

Jak dotąd muzyka Kaze, choć skoncentrowana na procesie kolektywnych improwizacji, zawsze bazowała na kompozycjach. Stanowiły one oczywiście jedynie pretekst do budowania efektownych w czasie i przestrzeni improwizacji. Te ostatnie prowadzone były wszakże z pewną logiką typową dla ekspozycji uporządkowanych dramaturgicznie. Na najnowszej płycie kwartet prezentuje się w okolicznościach koncertowych i po raz pierwszy improwizuje bez wsparcia wcześniej przygotowanego materiału kompozytorskiego. Tę formację ceniliśmy na tych łamach zawsze i nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy tu, przy okazji płyty o jakże znaczącym tytule Unwritten/Niezapisane, nie stwierdzili, że to najlepsza produkcja w dotychczasowym dorobku Pruvosta, Tamury, Fujii i Orinsa. Z niekłamaną przyjemnością zapraszamy zatem do odczytu, a potem odsłuchu tego doskonałego nagrania.



Koncert składa się z prawie 37-minutowej części pierwszej, rozbudowanej odsłony drugiej, która trwa ponad kwadrans i połączonej z nią w jednym strumieniu dźwiękowym części trzeciej, ponad 8-minutowej, którą stanowi w dużej mierze solowa ekspozycja perkusisty.

Jak przystało na swobodną improwizację, początek koncertu jest rodzajem gry rozpoznawczej – trębackie szmery i podmuchy, pianistyczne inside & outside, wreszcie perkusjonalne błyskotki. Po uformowaniu się strumienia kwartetowych dźwięków opowieść gęstnieje i szuka adekwatnej do pory dnia dynamiki. Trąbki idą w taniec, piano brnie w abstrakcje post-classic, a na werblu rodzi się szurany rytm. Narracja ma teraz linearny charakter, nie brakuje w niej powtarzanych fraz i logiki improwizacji, która raz piętrzy się z emocji, innym razem spowalnia i nabiera oddechu. W okolicach 10 minuty dostajemy się wir niemal freejazzowej ekspozycji piana i perkusji, która dość szybko odnajduje ciszę preparowanych strun fortepianu i perkusjonalnych akcesoriów. Po powrocie trąbek opowieść na kilka chwil staje się rozśpiewaną post-balladą z ujmującą melodyką, w której wnętrzu rodzi się już jednak nowa idea, pomysł na kolejną porcję preparacji, tudzież nerwowy, niemal kompulsywny dialog trąbek. W okolicach 24 minuty scenę opanowuje rezonująca cisza, która implikuje najbardziej mroczny fragment pierwszej części koncertu. Ale i z takiej sytuacji dramaturgicznej muzycy potrafią wydziergać melodię i dać asumpt do płomiennego, finałowego wzniesienia. Set umiera przy frazach deep piano i trębackich lamentach.

Druga część koncertu wydaje się być prowadzona w nieco spokojniejszym tempie, dodatkowo sycona gigantyczną porcją melodii i melancholii pianistki. Pozostali muzycy w wielu momentach pozostają wobec niej w opozycji, zarówno pod względem dynamiki, jak i ekspresji, dzięki czemu cały odcinek charakteryzuje się dużą porcją zaskakujących wydarzeń. Minimalistyczne na starcie post-melodie piana z gardłowymi pomrukami, lekkie, ale świdrujące drony trąbek i perkusjonalne szmery zdają się wraz z upływem czasu przepoczwarzać w abstrakcyjną balladę klawiszowych fraz, trębackich, nadymanych policzków i perkusjonalii, które dość szybko stają się perkusją sugerującą delikatny rytm. Gdy na moment piano gaśnie, dwie trąbki i perkusja szybko idą w tango, które swą gęstością przypomina psychodeliczne tripy tria TOC, tak bliskie sercu perkusisty. Piano wraca na finałowe kilka minut, gdy aura free jazzu leje się już strumieniami. Taka sytuacja sceniczna nie przeszkadza pianistce przemycać do narracji kolejne porcje melodii i delikatnie skrywanej melancholii. Narracja wciąż się nadyma, ale nie eksploduje, raczej rozlewa w szeroki strumień fonii, choć sama rytmika perkusji gaśnie jako ostatnia, pięknie mieniąc się wszelkimi kolorami tęczy, charakterystycznymi dla perkusjonalii. Płynnie przechodźmy zatem do części trzeciej koncertu, która na kilka minut pozostaje w jurysdykcji perkusji. Czarnoksiężnik Orins kreuje nam tu świat wyjątkowych atrakcji brzmieniowych, po czym przechodzi do fazy formowania zgrabnego, po części dynamicznego już drummingu. Pianistka najpierw stawia stemple inside piano, po czym wpada w efektowną, niemal taylorowską histerię. No i jeszcze nerwowo rozśpiewani trębacze! Kwartetowe spazmy wieńczą dzieło, a narracja intrygująco przygasa – najpierw traci tempo, dopiero potem intensywność. Ostatni dźwięk przychodzi jednak dość niespodziewanie.

 

Kaze Unwritten (Circum-Disc, CD 2024). Christian Pruvost – trąbka, flugelhorn, Natsuki Tamura – trąbka, głos, Satoko Fujii – fortepian oraz Peter Orins – perkusja. Nagranie koncertowe, la malterie, Lille, Francja, maj 2023. Trzy improwizacje, 63 minuty.



piątek, 31 marca 2023

A New Circum Disc’ outfit: Kaze and Peter Orins with Ivann Cruz!


Francuski label Circum Disc śledzimy na tych łamach wyjątkowo skrupulatnie i nie tracimy jakiejkolwiek okazji, by o jego albumach pisać wyczerpująco i prawie zawsze z dużą dozą recenzenckiego entuzjazmu.

W wypadku późnozimowych premier jest nam o tyle łatwiej, iż obie prezentują to, co najlepsze w artystycznym portfolio wydawnictwa. Zatem kolejny już album japońsko-francuskiego kwartetu Kaze, który od pewnego czasu pracuje już w kwintecie z istotną, nowojorską podpórką oraz terenowy duet najważniejszych postaci labelu, perkusisty Petera Orinsa i gitarzysty Ivanna Cruza.

Oba albumy powstały w okolicznościach dalece nietypowych, z jednej strony pachną krypto-sytuacjonizmem, z drugiej noszą znamiona działań dalece konceptualnych. Nagrania kwintetu powstały w trzech różnych miejscach wszechświata (pandemic rules!), druga płyta jest zaś efektem …. spaceru dwójki improwizatorów po bezdrożach bodaj największego we Francji parku krajobrazowego. Innymi słowy – Circum Disc nie przestaje zaskakiwać, i bardzo nam z tym faktem po drodze!



Crustal Movement

Nowy album Kaze powstał równocześnie w Kobe, Nowym Jorku i Lille. Fakt ów nie determinuje jednak naszej percepcji całości - być możne odsłuch albumu bez świadomości tego faktu byłby jeszcze bardziej udany! Kompozycje, które śmiało uznać winniśmy na scenariusze improwizacji, dobrze sobie radzą z ową ponadprzestrzenną charakterystyką nagrania i bez trudu pokazują to, co na dotychczasowych płytach było podstawowymi atrybutami Kaze. Zatem istotny rozstrzał stylistyczny (japoński post-jazz, który lubi porządkować dramaturgię i francuska doza szaleństwa, która pcha formację ku intrygującym rozdrożom swobodnej improwizacji, do tego nowojorska, elektroakustyczna ornamentyka), a także, i nade wszystko, niebywale rozbudowany bagaż pomysłów narracyjnych płynący od każdego z artystów. Gdzieby wszakże ucha nie przyłożyć, artystyczna jakość ściele nam odsłuch – równie intensywnie od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania.

Pierwsza kompozycja, przygotowana przez front francuski, wydaje się być najciekawszą odsłoną Crustal Movement. Budowana skrupulatnie dętymi preparacjami, perkusjonalnymi szelestami, elektroakustyczną aurą tajemniczości i zmysłowymi zdobieniami inside piano. Ów piękny, improwizowany rozgardiasz lepi się tu w zwartą opowieść, której emocje falują niczym wzburzony ocean, a niemal free jazzowe wybuchy furii udanie koegzystują z post-romantycznym minimalizmem. Druga kompozycja płynie wedle scenariusza nowojorskiego – kolektywny strumień akustycznych dźwięków osnuty tu jest gęstą strugą niebanalnej elektroniki. Japonia śle post-jazzowe sygnały, z kolei Francja dyktuje niezwykle zróżnicowane tempa. Trzecia narracja budowana jest na jazzowym szkielecie fortepianu. Trąbki idą z nim w parze, z kolei perkusja i elektronika w kontrze snują rezonujące plamy nieoczywistych sytuacji dramaturgicznych. Narracja dzieli się tu na akcje w podgrupach, a najwięcej jakości i emocji dostarcza duet trąbek.

W kolejnej części otwarcie spoczywa na barkach elektroniki, a akustyczne wyczyny foniczne ciekawie łapią post-kameralny sznyt. Rozedrganą opowieść znów szczególnie upiększa duet trąbek. Te ostatnie introdukują także piątą kompozycję. Z odsieczą idzie tu głęboko osadzony drumming, który dobrze wplata się w dęte wydechy. Opowieść dzieli się na duety i tria, zyskuje ciekawą dynamikę, a sfera elektroniki wchodzi w magmę narracji po dłuższej chwili. Muzycy nie idą na jakikolwiek szczyt, broczą po kolana w inteligentnych didaskaliach. Każda zmiana implikuje tu kolejną zmianę, a emocje zdają się nie mieć kresu. Finałowa kompozycja inicjowana jest dynamicznym fortepianem, który sugeruje temat i perkusją w roli udanego supportera. Nie pierwszy raz na tym albumie jazzowy taste napotyka na elektroakustyczne onomatopeje i urokliwe, preparowane frazy trąbek. Świetny moment odnotowuje drummer, dla którego znajduje się tu miejsce na krótką ekspozycję solową. Narracja znów dzieli się na incydenty w podgrupach, a na zakończenie funduje nam kwintetowy post-jazz z dużą dawką zdrowych emocji.



Des pieds et des mains

Latem ubiegłego roku Orins i Cruz spędzili tydzień na wielokilometrowych spacerach po Parc des Écrins. Zabrali ze sobą rekordery, którymi rejestrowali dźwięki przyrody (od owadzich pląsów, po gęste, niemalże górskie wichury), a także zestaw perkusyjny, gitarę elektryczną i wzmacniacz. Zatrzymywali się w różnych miejscach i rejestrowali dźwięki. Na cyfrowym albumie pomieścili ostatecznie dziewięć odcinków dźwiękowych, z których trzy to zapisy życia fonicznego przyrody, pozostałe zaś to efektowne, duetowe improwizacje, dla których rzeczona przyroda stanowiła jedynie intrygujące tło. Zatem album Petera i Ivanna nie należy traktować jako dźwiękowej pamiątki po konceptualnej podróży parkowej, ale jako pełnoprawny, chwilami doskonały przykład ich improwizatorskich talentów, kreatorskiej wyobraźni i umiejętności budowania fantastycznej dramaturgii.

Otwarcie albumu sugeruje akustyczną równowagę pomiędzy dźwiękami otoczenia (owady) i swobodnymi, delikatnymi pląsami instrumentalnymi. Gitara zyskuje przestrzeń wyważonym pogłosem, perkusja znaczy teren subtelnym mikro drummingiem. Druga opowieść ma już kilkanaście minut, a budowana jest niezwykle skrupulatnie z drobnych hałasów z werbla, dźwięków fauny i flory otoczenia, gitarowych preparacji i … odgłosu przelatującego samolotu. Narracja z czasem formuje się w zwarty szyk gitarowej post-psychodelii i rytmicznych perkusjonalii, finiszuje się zaś w obłoku ambientu i owadzich szelestów. W kolejnej opowieści minimalistycznie nastawieni muzycy zdają się szukać kontaktu ze stabilnymi dźwiękami otoczenia. Perkusista znów kluczy wokół rytmicznych struktur, gitarzysta odnajduje zaś w sobie głęboko skrywane pokłady liryzmu. W ramach komentarza szczeka pies.

Po krótkim epizodzie środowiskowym narracja (już piąta) rodzi się głęboko zaszytym w podłożu dudnieniem perkusji. Gitara buduje flow ze strzępów dźwięku. Dużo suspensu, kreatywnej nerwowości, jakby wyczekiwania na to, co zafunduje nam tegoż dnia pogoda. Dodatkowe emocje, to dubowe echo gitary, wcześniej ledwie sugerowane, tu wyniesione do rangi współkreatora dramaturgii. A na koniec leje się woda. W siódmej opowieści mamy wrażenie, że artyści muzykują w zamkniętej przestrzeni. Głosy ludzkie, tykający zegar i filigranowa ekspozycja na perkusyjnych pałeczkach, wsparta niemal gotyckim ambientem gitary. Slow motion of acoustic enviroument! Muzycy rozbudowują ekspozycję, szukają wystudzonej, ale emocjonalnej psychodelii, stawiają na pulsacyjną dynamikę, nie stronią od rockowych inkrustacji i tworzą bodaj najwspanialszy moment tej wielogodzinnej podróży. Finałowa opowieść jest najdłuższa na płycie i ma wiele faz. Początek budowany jest z mikroskopijnych dźwięków, nieistniejących fraz i gęstej ciszy. Akcenty rytmiczne i drony gitary kreują niemal orientalną mantrę dając asumpt do odnotowania kolejnego niezapomnianego moment albumu. Samo zakończenie płynie na delikatnej dynamice, piękne, niczym pierwszy, poranny promień słońca.


Kaze & Ikue Mori Crustal Movement (CD, 2023). Satoko Fujii – fortepian, kompozycja 6, Natsuki Tamura – trąbka, kompozycja 3, Christian Pruvost – trąbka, kompozycje 1 i 5, Peter Orins - perkusja, kompozycje 1 i 5, Ikue Mori – elektronika, kompozycje 2 i 4.  Nagrane między październikiem 2021, a majem 2022: Kobe (Fujii i Tamura), Nowy Jork (Mori) oraz Lille (Pruvost i Orins). Całość zmiksowana i ułożona w sześć utworów przez Petera Orinsa, 51 minut.

Ivann Cruz & Peter Orins Des pieds et des mains (DL, 2023). Ivann Cruz – gitara elektryczna, nagrania terenowe oraz Peter Orins – perkusja, nagrania terenowe. Zarejestrowane w sierpniu 2022 roku, wewnątrz lub wokół Parc des Écrins (Francja). Dziewięć utworów, 95 minut.



wtorek, 20 września 2022

Wandering The Sound Quintet! What Is...?


Kolejna odsłona improwizowanych przygód krakowskiego basisty Rafała Mazura odbywa się w gronie jego bodaj ulubionych partnerów z obcymi paszportami – odpowiednio dwoma japońskimi, po jednym amerykańsko-argentyńskim i hiszpańskim. Muzyka zawarta na krążku What Is...? nagrana została na żywo w pięknym miejscu (krakowska Alchemia!), a doposażona w ogrom emocji, zdrowych relacji i wyśmienitych improwizacji pozwala zagłębiać się w dźwięki bez umiaru i łykać dużymi porcjami niczym kolejne kieliszki ulubionego wina.



Koncert składa się z jednego, trwającego niemal trzy kwadranse seta zasadniczego oraz dwóch dogrywek, na tyle wszakże długich, iż trudno je uznać za typowe encore. Pierwsze dźwięki należą do perkusji i trąbki. W tle pracuje lekko zawieszony bas i wijący się jak wąż klarnet, a po kilku szybkich pętlach w głąb narracji wbija się napastliwe piano, które grzmi czarnymi klawiszami, ale też zmyślnie stosuje kilkusekundowe pauzy. Muzycy od początku umawiają się na dramaturgię, którą wyznaczać będą kolejne ekspresyjne szczyty, sięgające po free jazzowe atrybuty, przedzielane efektownymi stoppingami, czasami schodzącymi do ciszy niemal absolutnej (po prawdzie te momenty mogły by wyznaczać nowe traki na dysku). W fazie wzrostowej muzycy zdają się czaić na siebie, niczym wygłodniałe zwierzęta, które po osiągnieciu kulminacji schodzą na stronę i z ochotą pałaszują zdobycz. Kwintet muzyków w różnym wieku, ale dalece już doświadczonych, łapie tu dryl free jazzu niemal w mgnieniu oka. Czasami można odnieść wrażenie, że jedna mikro fraza basu wystarczy tu do wywołania efektownej eksplozji. Jeszcze ciekawiej dzieje się, gdy narracja hamuje i brnie w okolice ciszy. Taka sytuacja ma miejsce choćby w 10 minucie koncertu - cała plejada onirycznych preparacji, podmuchów suchego powietrza z trąbki i cienkich, wysokich fraz klarnetu. Dobrze brzmią tu także struny piana i rezonujące talerze. Jeszcze efektowniej zdają się smakować dźwięki bliskie ciszy w okolicach 18 minuty. Trzeba zaznaczyć, iż każda droga na szczyt ma tu inną temperaturę wrzenia. Czasami jest to krzyk, czasami pociągłe, nostalgiczne westchnienia, realizowane jednak na dużej dynamice i nasycone sporą dawką ekspresji. W drugiej fazie koncertu trochę więcej do powiedzenia wydaje się mieć pianistka, która raz za razem stawia efektowne, silnie jazzowe zasieki. Z kolei ostatnią dolinę seta zasadniczego ubarwia zmysłowy klarnet i kilka fantastycznie brzmiących preparacji ze strony trębacza. Finałowe wzniesienie wydaje się być nieco bardziej wypłaszczone, a jego końcowe frazy należą do obu dęciaków, które gaworzą na stronie. 

Pierwszy z koncertowych dodatków trwa prawie 12 minut, a zaczyna go klarnet, który zdaje się, że równie dobrze czuje się w otwartej stylistyce jazzowej, jak i bystrej kameralistyce. Mistrzem wszakże ceremonii tej części jest definitywnie basista. Zagęszcza flow, dobrze steruje dynamiką, ale i zmysłowo stopuje wprost w ramiona komentujących z uznaniem partnerów. Po udanym szczycie improwizacja przygasa przy dźwiękach klarnetu, kontrapunktowanych nerwowymi ruchami czarnych klawiszy. Drugi dodatek, niespełna 9 minut, to kolejny moment, w którym to klarnet szyje ścieg i nie czeka na reakcje pozostałych. Jego dość długie, solowe expose przypomina taniec pasikonika po zroszonej łące. Ciekawie reagują pozostałe instrumenty – bas zdaje się być w nastroju nostalgicznym, z kolei piano stawia znaki zapytania. Ów moment dyfuzji nie trwa długo. Nagle bowiem, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki, każdy z muzyków stawia swój instrument na sztorc i zaczyna się finałowa zabawa na całego! Zadziorne frazy, pokrzykiwania i gardłotok trębacza. Ostatni szczyt osiągnięty zostaje (jak zwykle!) w ułamku sekundy. Końcowe dźwięki należą do perkusisty, który na koniec tej efektownej podróży wpada w delikatną furię. 


Wandering The Sound Quintet  What Is...? (Not Two Records, CD 2021). Satoko Fujii – fortepian, Rafał Mazur – basowa gitara akustyczna, Guillermo Gregorio – klarnet, Ramon Lopez – perkusja oraz Natsuki Tamura – trąbka. Nagranie koncertowe, zarejestrowane w Klubie Alchemia, w trakcie Krakowskiej Jesieni Jazzowej w roku 2019. Trzy improwizacje, czas trwania: 65 minut bez kilku sekund.


*) Niniejsza recenzja powstała rok temu i delikatnie przeleżała się na komputerowym dysku w oczekiwaniu na publikację. Treści wszakże w niej zawarte nie straciły swej mocy, podobnie jak sama muzyka!



wtorek, 9 marca 2021

Rafał Mazur in the claws of the Spontaneous Improvisation! The Great Tone has no Sound!


Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, dokładnie tydzień i jeden dzień temu


Krakowski muzyk Rafał Mazur (specjalność – akustyczna gitara basowa!) jest istotnym podmiotem wykonawczym krajowej, a także europejskiej sceny improwizowanej nie od dziś, ale zdaje się, że to pandemiczny rok 2020 uznać trzeba będzie za najobfitszy w dokonania fonograficzne okres życia tego artysty.

Najpierw mieliśmy okazję poznać duetowe nagranie z jego wieloletnim partnerem, saksofonistą Keirem Neuringerem (Continuum), potem zupełnie zwaliła nas z nóg płyta The Night Of The Swift kwartetu Kaluza/ Majewski/ Mazur/ Trilla, a w ramach deseru, tudzież świątecznego prezentu, dostaliśmy zwalisty czteropak The Great Tone has no Sound, którym Rafał dobitnie udowadnia, iż miejsce w historii gatunku dane mu jest na dłużej niż jeden sezon obrachunkowy.

Cztery płyty wydane w jednym pudełku przez jednego muzyka, to spektakularne wydarzenie, rzecz można nawet, że pewnego rodzaju artystyczna bezczelność, jeśli w paszporcie nie ma się wpisane Anthony Braxton, John Zorn czy Trevor Watts (wymieniając tylko tych żyjących). A jednak Mazur i Fundacja Słuchaj na taki szaleńczy krok się zdecydowali. I od razu zaznaczmy, bez zbędnych ceregieli, że dobrze zrobili!

 


Beyond the Five Notes

W ramach ugruntowania artystycznej pewności siebie Mazur otwiera box nagraniem solowym. Dwie rozbudowane improwizacje (improwizowane spontanicznie, jak głosi opis płyty, a uwaga dotyczy wszystkich nagrań) trwają 42 i pół minuty.

Już na starcie muzyk wskazuje na zakres planowanych działań i narzędzia, jakimi dokona swojego niecnego czynu. Małe westchnienia, drobne pulsacje, palce ślizgające się po strunach – bogaty wachlarz środków artystycznego wyrazu, zarówno tych lekkich i zwiewnych, jak i tych masywnych, z samego dna narracji. Oto bas o stu twarzach, pełen niuansów brzmieniowych, szczegółów dramaturgicznych, ale także byczych, groźnych odgłosów. Oto artysta i jego szybkie, zwinne place, no i prawdziwie kocia przebiegłość umysłu. Ważna rola w procesie przypada smyczkowi – to prawdziwy wichrzyciel, mąciciel porządku i stereotypu gry na gitarze basowej, łobuziak o twarzy uśmiechniętego dziecka, które w ułamku sekundy przepoczwarza się w rockowe monstrum, zdolne do zawładnięcia umysłem każdego słuchacza. Wreszcie temperament i niemal matematyczna precyzja w budowaniu narracji – Mazur zdaje się być wyjątkowo bystrym kameleonem pośród czeredy złowieszczych dźwięków.

Jeszcze ciekawiej dzieje się w drugiej improwizacji. Mazur stawia tu na kreatywne zabawy w pobliżu ciszy – jego instrument syczy, szeleści, drży, jęczy i skrzeczy, aż w końcu rezonuje. Smakuje zmutowanym post-barokiem, a jednocześnie ocieka post-industrialnym smarem. Po upływie około 10 minut ów mały warsztat szlifierski przeobraża się w szeroki potok dźwięków. Mamy wrażenie, że Rafał buduje kilka narracji jednocześnie. One man, big orchestra ze złotym smyczkiem w roli ostatecznego rozjemcy. Na ostatniej prostej drobna repryza – muzyka wraca w okolice ciszy i gaśnie snem sprawiedliwego.

The strongest blows are light as a feather

Na drugą podróż Mazur zabiera klarnecistę Guillermo Gregorio. Panowie będą improwizować w sześciu odcinkach, a całość potrwa prawie 57 minut. Wbrew opisowi płyty czwarta improwizacja trwa ponad 22 minuty (miast sygnalizowanych 9 minut) i to jest być może ów dodatkowy zasób minut, który muzycy mogli sobie darować. Płyta skrojona do naszych ulubionych 40-45 minut zyskałaby na jakości, miałaby zapewne bardziej wzburzoną i intrygującą dramaturgię. Ale do rzeczy!

Pierwsza część płyty w swej początkowej fazie stawia na małe, przeciągłe frazy, które muzycy ślą do nas trochę wedle reguły call & responce. Mazur stymuluje tempo, Gregorio często zmuszany do wzrostu aktywności (która zdaje się nie być jego ulubioną formą ekspresji), świetnie sobie jednak radzi, potrafi bystrze kąsać i zadziornie ripostować. Muzycy z tył głowy mają też kameralne pomysły, ale realizują je raczej incydentalnie. Druga opowieść toczy się w bardziej powolnym tempie. Najpierw post-kameralne pląsy z niemal dworską gracją, potem więcej na poły rockowych emocji i zwiększonej dynamiki. Dobrą robotę czyni smyczek, a najciekawiej jest na sam koniec, gdy muzycy zwinnie się imitują, stawiając na bardziej zabrudzone frazy. Trzecia improwizacja zdaje się być lekka, ale i niezwykle zwinna. Po kilku frazach rozpoznawczych muzycy szukają rezonansu, a odnajdują raczej kameralny dystans do siebie.

Czwarta, owa nieco przegadana część zaczyna się niczym pląsy po silnie zroszonej łące. Klarnet ciągnie ku górze i szuka dobrego wiatru, bas woli hasać po lesie i siać zamęt. W dalszej części improwizacji muzycy balansują pomiędzy free chamber, a bardziej jazzowym frazowaniem i z tego dysonansu poznawczego, ich chwilami ciekawe dialogi zdają się schodzić na dramaturgiczne manowce. Piąta część stawia na konkrety i dobrze robi całemu nagraniu – kilka zadziornych fraz, odrobina świeżej krwi, zróżnicowana dynamika i metody gry, także trochę krzyku z tuby i przebiegłego smyczka na gryfie. Wreszcie finał płyty, w trakcie którego muzycy oddychają spokojnie, trochę rezonują, sprawiają wrażenie, jakby chcieli pójść w galop, ale ostatecznie decydują się na szybkie zakończenie.

Water flows from above to below

Czas na kolejny duet, tym razem z trąbką, pozostającą w rękach i ustach Artura Majewskiego. Nagranie koncertowe (wszystkie pozostałe dźwięki zamieszczone w boxie powstały w okolicznościach studyjnych) z krakowskiej bazy (2016r.), podzielone na cztery części, trwają niemal 40 minut.

Koncert otwiera bas, który kreśli pierwszy szlak improwizacji. Trąbka stawia małe short-cuts, z których tlą się drobinki melodii. Muzycy wchodzą w dialog, dobrze się słyszą i równie skutecznie na siebie reagują. Bas dba o post-jazzowy flow, trąbka stawia stemple jakości, a także ciekawie preparuje dźwięk, także w sytuacjach bardziej dynamicznych. Gdy blaszak wejdzie już na szczyt, bas dorzuci jeszcze kilka równie ognistych fraz. Druga improwizacja, to skupienie i garść bardziej tajemniczych dźwięków. Trąbka burczy, ktoś zamyka drzwi, bas drży i głęboko oddycha. Opowieść z czasem nabiera tempa, początkowo wydaje się być lekka, potem skutecznie odnajduje niemal rockową ekspresję.

Kolejny odcinek koncertu nie wnosi wiele do naszej percepcji całości. Majewski wciąż szuka nowych rozwiązań, Mazur raczej skupia się na tym, co robi od początku koncertu, a odbiorcy pozostaje czekać na jakiś bardziej zdecydowany zwrot akcji. Czwarta część zdaje się spełniać nasze oczekiwania w tym zakresie. Początkowo spokojna (słychać bar, który być może nieco dekoncertuje artystów), z czasem zyskuje na ekspresji. Trąbka zmyślnie podśpiewuje, bas rysuje na poły rytmiczne pętle. Gdy ta pierwsza wciąż stawia znaki zapytania, ten drugi nie daje się wyrwać z mantry narracyjnych powtórzeń (czyżby smyczek został w domu?).

The wind creates great harmony

Finał czteropłytowego boxu śmiało uznać możemy za niezwykle efektowny! Kwintet w składzie: Satoko Fujii (fortepian), Guillermo Gregorio (klarnet), Natsuki Tamura (trąbka), Rafał Mazur (akustyczna gitara basowa) oraz Ramon Lopez (perkusja) zagra dla nas sześć improwizacji, łącznie 41 minut muzyki.

Aura otwarcia stylowa, ale i niezwykle delikatna – smyk na gryfie basówki, dęte oddechy, klarnetowe strugi cienia, perkusyjne zdobienia i gołe struny piana. Nim jednak wybije czwarta minuta ów wytłumiony, ale bardzo kolektywny kwintet zdolny jest już generować pierwszą freejazzową kipiel. Początek kolejnej części zdaje się być dalece wymuskany – klarnet i perkusjonalia czekają, aż reszta załogi wejdzie do gry, ale na placach, by nie spłoszyć klimatu. Opowieść rozkwita pod ciężarem fortepianowych pasaży i płożących się w tle dętych fraz. Trzecia historia tworzy się z dronów suchego i mokrego powietrza, z niemal dalekowschodnim zaśpiewem. Zwinnie burcząca trąbka, lubiące postawić na swoim piano i bystra perkusja wiodą kwintet przed siebie bez nadmiernego eskalowania tempa. Opowieść znów ma świetną dramaturgie, która jest konsekwencją równie dobrej komunikacji wewnętrznej. Na finał narracja eskaluje się niezwykle monumentalnie.

Czwartą improwizację otwiera preparujące piano. Reszta zdobi ten proceder filigranowymi short-cuts. Flow narasta, ale każdy z muzyków dba o szczegóły i czuwa nad obrazem całości. Tuż przed metą nie może się obyć bez freejazowego szczytu. Kolejną część otwiera klarnet, a towarzyszą mu ciche drżenia strun i dęte prychanie. Muzycy bawią się w skromne call & responce i jest im naprawdę dobrze. Emocje rosną powoli, klawisze pulsują, a talerze rezonują. Dużo powietrza pomiędzy frazami buduje klimat, a finałowy wybuch ekspresji nie jest dla nikogo zaskoczeniem. Kończącą płytę improwizację otwiera perkusja. Opowieść pnie się ku górze znów z przyzwolenia piana, przy wydatnym wsparciu dętych. Perkusja stara się kreować balladowy tryb narracji, ale takiego kwintetu nie da się długo utrzymać w ryzach. Tym, który rwie formację do zadziornego lotu okazuje się klarnet. Stadium fire music, pełen fajerwerków i sztucznych ogni dobrze podsumowuje najlepszy odcinek serialu Rafał Mazur w szponach spontanicznej improwizacji.

 


piątek, 18 września 2020

Kaze & Ikue Mori! In the Sand Storm!


Francusko-japoński kwartet Kaze funkcjonuje artystycznie już niemal pełną dekadę i właśnie dostarcza nam swoje piąte wydawnictwo. Nagrane w lutym bieżącego roku (w miejscu zwanym Samurai Hotel, Nowy Jork), poczynione po raz pierwszy w formule kwartet plus - z udziałem pierwszej damy laptopowej improwizacji w Wielkim Jabłku - Ikue Mori.

Kaze planowało trasę koncertową minionej wiosny (w tym dwa koncerty w Polsce!), która z oczywistych względów została odwołana. Dziś pozostaje nam zatem płyta i drobna nadzieja, iż rok 2021 będzie dla nas koncertowo odrobinę łaskawszy.

Stały skład Kaze, to muzycy dobrze znani w świecie jazzu i improwizacji – po stronie japońskiej: pianistka Satoko Fujii i trębacz Natsuki Tamura, po stronie francuskiej: kolejny trębacz Christian Pruvost i perkusista Peter Orins. Nietypowy zestaw instrumentów, wyśmienici instrumentaliści i improwizatorzy, wreszcie sam pomysł na muzykę, dają nam gwarancję jakości i porcję wyłącznie dobrych dźwięków. Koncepcja artystyczna Kaze bazuje na materiale skomponowanym, ale zdaje się on być jedynie pretekstem do rozbudowanych, swobodnych improwizacji. To raczej zapis struktury utworu, czy sekwencji improwizacji, nie zaś gotowe rozwiązanie, choć zdarza się, iż trwający kilkanaście minut utwór posiada coś na kształt tematu, który muzycy podają unisono (na ogół tylko raz), w pełni kolektywnym strumieniem.




Płytę CD Sand Strom dostarcza stały wydawca kwartetu, francuski label Circum-Disk, tu w ramach kooperacji Circum Libra. Składa się ona z siedmiu części – nieparzyste, to kompozycje muzyków (każdy dokłada po jednej), trwające po kilkanaście minut, zaś utwory parzyste, krótkie i zwarte, czupurne i bardzo efektowne dramaturgicznie, to swobodne improwizacje, pod którymi podpisuje się cała piątka muzyków, zatem także Ikue Mori. Całość trwa godzinę zegarową i cztery minuty.

Burza Piaskowa rozpoczyna się adekwatnie do swej nazwy – ostrym, kolektywnym, free jazzowym uderzeniem mocy czterech żywych instrumentów i syntetycznego tła, które buduje napięcie, ale nie ma na celu wychodzenia przed szereg. Energia i emocje godne brotzmannowskiej siły rażenia sprzed kilku dekad! Preparowane dźwięki na dużej dynamice, pulsująca elektronika, skrzeczące trąbki – opowieść mimo swej początkowej intensywności zdaje się jeszcze narastać. W kolektywnym tyglu swobodnej narracji najwięcej rozsądku wykazuje Orins, który precyzyjnym drummingiem porządkuje ów jakże piękny chaos sytuacyjny. Zdarzenie goni tu zdarzenie, kolejny dźwięk przedrzeźnia dźwięk poprzedni. W połowie utworu narracja samoczynnie tłumi się, a spod palców muzyków zaczyna sączyć się psychodelia - delikatna, choć gęsta, jak pikantny sos pomidorowy. Po upływie ósmej minuty pianistka wchodzi na klawiaturę i repetytywnymi pasażami efektownie wtłacza muzykę w ramy … zaplanowanego tematu kompozycji, podanego przez świetnie przygotowaną na ten moment parę trębaczy.

Czas na free impro na dystansie niewiele dłuższym niż 120 sekund! Głębokie, czarne klawisze piano i rechot trąbek, wsparty doboszowym bębnieniem. Miniatura bystrze wyciszona szemrającą elektroniką. I to właśnie Mori przypada rola wprowadzającej w kolejną dłuższą kompozycję. Z kobiecą delikatnością buduje pajęczynę elektroakustyki, w którą powoli wplątują się pozostali muzycy – najpierw pianistka i perkusista, potem trębacze ze śpiewem symultanicznym. Na tak przygotowanym gruncie narracja przechodzi do fazy solowych ekspozycji, które przedzielają dobrze zaplanowane, choć dalece spontaniczne salwy mocy i komentarze odautorskie, a także krótki pasus grany unisono. Najpierw trąbka, która syczy cool-jazzem, a potem wyśmienicie preparuje dźwięk. Kolejnym solistą jest Orins, który jak to ma w zwyczaju, minimalnym nakładem środków potrafi osiągnąć wspaniałe efekty! Zaraz po nim drugą trąbka (pięknie śpiewa przez zęby!) i piano w formule minimal. Już po upływie kwadransa, nie bez wsparcia laptopowych sygnałów, kwintet rusza na wielki, prawdziwie ognisty finał.

Kolejną miniaturę buduje preparująca trąbka i grzmiące tomy perkusji, a także delikatna, ambientowa powłoka elektroniki. Całość czyni piękne crescendo i zmysłowo milknie. Piąta część eksploduje niczym pierwsza – kolektywne, mocne intro na wdechu, rodzaj abstrakcyjnego, swobodnego free jazzu. Flow zdaje się płynąć wedle niemal niedostrzegalnych sygnałów z klawiatury. Trąbki szukają dronów, Orins stawia na pełnowymiarowy drumming. Narracja pełna jest suspensu, skoków napięcia i emocjonalnych salw. Faza interakcji w podgrupach i kilka smaczków z laptopa prowadzą nas ku dziewiątej minucie, w trakcie której Fujii znów sięga po garść klawiszowych repetycji i zdaje się prowadzić wszystkich na szczyt. Punkt przegięcia następuje dość szybko, podobnie faza odzyskiwania siły i oddechu. Na finał opowieści cool-jazzowe trąbki, ze śpiewem na ustach, w marszowym szyku, zdają się realizować precyzyjne zapisy z pięciolinii.

Szósta część, czyli trzecia miniatura – garść 150 sekund prawdziwej, free jazzowej zawieruchy! Kolektywnie, w ogniu wzajemnych ciosów. W tych okolicznościach przyrody finałowa kompozycja nie może nie zacząć się odrobiną spokojniejszych fraz. Talerze, elektronika, poświata ciszy. Ciepłe trąbki przypominają o swoim istnieniu po upływie dwóch minut. Po kolejnych dwóch grand piano mocnymi klawiszami zaczyna fazę open jazzu. Swobodny drumming, jakby w kontrze do tej propozycji. Trąbki dokładają do ognia (tańczą jak oszalałe!), a piano intrygująco łamie rytm. Kwintet pełną mocą rusza na łowy. W dziesiątej minucie rozpoczyna się solowa ekspozycja japońskiego trębacza – niebywała, głównie gardłowa preparacja dźwięków, gdzie sam instrument blaszany zdaje się być jedynie dodatkiem. W tle wrze elektronika, a piano po pewnym czasie proponuje repetę w estetyce contemporary abstract. Na sam finał kolejna wolta stylistyczna – kwintet wchodzi w tryb balladowy, mimo pisków z laptopa i podmuchów gorącego powietrza ze strony podsekcji dętej.

 

 

czwartek, 29 marca 2018

M.A.F.H! L'Ocell! Santos Silva! Kaze! Brûlez les meubles! Kaiser/ Clov/ Harris! More than fresh improvised summary on delayed spring! *)


Wiosna, a raczej uciążliwy proces wyczekiwania na nią, ryje nam wulgarnie usposobienie od wielu dni i wciąż każe krzyczeć why???? Paskuda meteorologiczna dopada chyba wszystkich, bo nawet na naszym ulubionym Półwyspie Iberyjskim temperatury bywają dość kuriozalne, jak na tę porę roku! Czas odczynić złe moce!

Sześć intrygujących świeżynek, niebanalnych improwizacji, czasami silnie osadzonych w jazzie, kolejna porcja nowych nazwisk i inspiracji do przerobienia. Trybuna Muzyki Spontanicznej nie zna lepszej metody na radykalną poprawę nastroju!

Walencja, Barcelona, Lizbona, New Haven, Quebec i Chicago – to nasza dzisiejsza marszruta (z punktu widzenia miejsc powstania nagrań)! Do czytania, potem do słuchania, zachęcamy bezwzględnie! Happy New Easter!




M.A.F.H  More Acid For Hegel (Discordian Records, 2018)

Na początek prawdziwe trzęsienie ziemi! Antonio Luis Guillén na gitarze elektrycznej i Avelino Saavedra na perkusji. Nagranie studyjne z Walencji, 8 odcinków z dalece frapującymi tytułami, 39 minut z sekundami.

Acid For Hegel. Ostro, na skróty, z odpowiednią dozą artystycznej bezczelności. Bardziej niż dynamicznie. Gitarzysta umoczony po same uszy w hałasie, plecie nad wyraz zwinne, ultra szybkie palcówki! Drummer w ogniu krzyżowych pytań i wyjątkowo ciętych ripost. Improwizowany death metal? Dlaczego nie! Fungi For Foucault. Spokojniej, w oparach stygnącego post-noise’u. Filozoficzne dywagacje na prawdziwym kwasie! Intrygująca, post-metalowa sonorystyka. Ketamine For Kant. Groźny riff ryje nam mózg! Perkusja ma chyba nawet dwie stopy! Narracja w tempie karabinu maszynowego, karkołomne zwroty akcji, krwawe kontrapunkty. Piekielny kocioł energii w stanie wrzenia. Muzycy pętlą się i wchodzą w ekstremalne zwarcia. Prawdziwa ketamina w użyciu! Niemal 7 minut oczyszczającego doznania estetycznego. Gitara płonie, a zaraz potem parę sekund niezbędnej ciszy. M&Ms For Marx. Odrobina dodatkowej przestrzeni w ramach łykania brakującego oddechu. Kind of funky,  jakkolwiek w dynamicznym i szalonym wydaniu! Przestery i sprzężenia, silnie energetyczna perkusja. D-Romilar For Deleuze. Gitara wkracza śmiało w obszar psychodelii. Okrężny drumming. Szczypta niedynamicznej narracji na ułamek sekundy. Potem powrót dobrego speedu, który wiedzie nas na orgiastyczne zatracenie. Energia kinetyczna rozsadza muzyków od środka. Na finał kilka niuansów sonorystycznych na gryfie. Lait Pour Lyotard. Najdłuższa opowieść. Gitara brzmi jak upalone piano Fendera. Bardzo dynamiczny small drumming. Pomysły na gryfie sypią się jak z rogu obfitości. Metalowa sonorystyka w natarciu. Wyjście z klincza narracyjnego, w estetyce post-funkowej, więcej niż błyskotliwe. Z dużą ilością kwasu na strunach. ZZ Top w trakcie przedawkowania! Ortegasmatrón. Co za tytuł?! Trochę echa, które multiplikuje efekty kolejnych szaleństw gitarzysty. Narracja szyta gęstym ściegiem. Tysiąc pomysłów na sekundę, prawie wyłącznie udanych. Stylowy rezonans na perkusji, w tle psychodelizująca gitara. Brawo! Meta psycho symfonia! More Acid For Hegel. Czas na finał płyty i tytułową ekspozycję. Kwas na gryfie tryska po oczach i uszach. Wciąż szybciej niż jest to możliwe. Ciało w ciało, myśl za myślą! Doskonała kooperacja. Tętno: 220 na 150! Wulkan! Gitarzysta zdaje sie, że ma już gotowy cyrograf do podpisania – potrafi tu zagrać wszystko! Morze kwasu leje się z pomiędzy strunami. Muzycy ani na moment nie zdejmują nogi z gazu. Prawdziwi gladiatorzy!




L'Ocell L'Ocell (Kaseta, Absent Tapes, 2018)

Pozostajemy na Iberia! Lokujemy się w zaciszu domowej kwatery Fernando Carrasco (gitara akustyczna), który przywdzieje szaty gospodarza. W roli zaś gościa - Àlex Reviriego (kontrabas). 11 improwizacji pod nazwą własną L’Ocell. Jesień 2015 roku. Wnikliwi Czytelnicy Trybuny zapewnie rozpoznają tych muzyków bez pudła. Taak! To połowa kwartetu Völga i jedna trzecia tria Phicus! Obie zacne załogi, z samego serca Katalonii, popełniły w roku ubiegłym debiutanckie płyty, dokładnie tu, na polską krwią skropionej ziemi! Wizerunki obu wydawnictw – jakże dynamicznie czerwone! - w boczku tej strony.

Od startu atakują nas dwa drony, usytuowane na przeciwległych biegunach spektaklu. Po jednej stronie gitara ze szczyptą sonore, w siarczystej, metalicznej ekspozycji, po drugiej zaś, nisko zestrojony kontrabas, płynący bardzo zwartym strumieniem. Rodzaj dyskusji bez nacisku na konfrontowanie poglądów. Narracja, która lubi przybierać kształt crescendo, by za moment opaść jak jesienny liść. Na finał pierwszego odcinka batalia na akordy. Drugi otwierają pasaże strunowych obcierek, lekkich, metalicznych, w klimacie wczesnego Sonic Youth. Rockowa temperatura, próba call & response z inicjatywy gitarzysty. Rwana narracja, trochę bez rdzenia kręgowego. Po 4 minucie, bez uszczerbku dla czegokolwiek, mogłaby trafić pod nożyce edytora. Trzeci wita nas sonorystyką z głębokiej krypty. Plus garść prostych akordów z gitary, nieco wyzbytych emocji. Miniatura czyniona z chłodną kalkulacją. Czwarty, to jakby ciąg dalszy, choć po stronie Alexa krew pulsuje szybciej. Fernando buduje kolejną niezbyt skomplikowaną narrację na gryfie, kind of fired americana - notuje recenzent.  W sumie to niezłe tło dla szaleńczych pasaży Alexa na samym dnie podłogi. Piąty szybuje bardzo wysoko. Aż uszy cierpną! Muzycy piłują paznokcie, a nas bolą zęby. Dwa smyki w tańcu na zatracenie, tuż po wyjściu z impasu. Ciekawe akustycznie zderzenie rezonansu i pulsacji. Szósty - szczypta innych dźwięków na strunach gitary. Alex znów dość wysoko, ale i dynamicznie, jak na ten duet. Na finał udane zejście w ciszę. Siódmy – muzykom jakby trochę brakowało cierpliwości w budowaniu bardziej złożonych narracji. Tu, duet dwóch gitar akustycznych, którym nigdzie się nie śpieszy. Bawią się w delikatne polifonie, zakończone skromną pyskówką. Ósmy, najdłuższy – sporo sonorystyki, pasaże niskie, pasaże wysokie. Gitara szuka wytrwale nowych rozwiązań, co dobrze wróży końcowej części płyty. Po chwili aż zrywa podłogę głębokim smykiem.  Śle też pojedyncze, rezonujące akordy, które przypominają lepsze fragmenty Völgi. Alex też ma pod ręką pomysły kwartetowe i wpada w konwulsje, które niosą ten odcinek na sam szczyt recenzenckiej oceny. Dziewiąty otwiera szorstka glazura rwanego dźwięku. Szczypta baroku, rozszarpywana ostrymi kłami, na prawo i lewo. Gitara aż skowycze! Brawo! Błyskotliwa miniatura! Dziesiąty, to akord gitary w silnym rezonansie, w opozycji do gadającego kontrabasu. Mnóstwo pięknego brudu na gryfie większego ze strunowców. Skowyt, taniec, złorzeczenie! W odpowiedzi gitarowa americana na delikatnym speadzie. Jedenasty, znaczy ostatni – igraszki na całego, puk puk na pudle rezonansowym mniejszego, wycie do księżyca większego. Zmysłowe! Gitara też brzmi inaczej, kind of raga? Dziwne skale. Muzycy brną w nieznane i czynią to wyjątkowo przekonywująco. Dwie smykowe symfonie żałobne, trupie dźwięki. Trzecia kwarta tej płyty, także ostatni jej fragment, windują ocenę recenzenta o kilka szczebli wyżej.




Susana Santos Silva ‎ All The Rivers – Live At Panteao Nacional  (Clean Feed, 2018)

Still Iberia! Przenosimy się na zachodni kraniec półwyspu, do Lizbony. Drobna niewiasta w wielkiej, zamkniętej przestrzeni, sama z instrumentem, gotowa na każde wyzwanie akustyczne. Susana Santos Silva – trąbka, tin whistle (mały instrument dęty, podobny do fletu), dzwonki. Nagranie z oklaskami - Panteão Nacional, w ramach Rescaldo Festival, luty 2016. Jeden trak, 42 minuty i sekunda.

Środowisko naturalnego ambientu, dużego obiektu o solidnych podstawach i grubych murach, które generuje własny, niebanalny i dość intensywny przydźwięk. Pogłos żyje tu własnym życiem, zdaje się być nie do opanowania. Trębaczka stawia mu jednak czoła i za pomocą niezbyt dużego instrumentu dętego, blaszanego, próbuje ów wir dźwiękowy okiełznać. Rodzaj eksperymentu, próby poszukiwania właściwego brzmienia i sposobu, w jaki rozprzestrzenia się dźwięk. Sam obiekt, jego gabaryty, stanowią ważny element składowy spektaklu. Fizyka fonii, kinetyka dźwięku. Muzyka płynie, rezonuje, fizycznie dekonstruuje się na załamaniach przestrzeni, odbija się od ścian, tańczy i swawoli. Czy to już przykład muzyki konkretnej? Muzyka architektury, architektura dźwięków. Sama narracja, improwizacja (o ile jest) zdaje się być dość jednorodna w formie, dramaturgicznie niezbyt wyszukana. Tu forma, sposób, w jaki dźwięk radzi sobie w przestrzeni, bywa zagadnieniem bardziej dla muzyka frapującym. Dźwięki, który multiplikują się, które wpadają w polifoniczny wir. Być może ten koncert, to bardziej lekcja fizyki. W 10 minucie, szczypta sakralnych dzwonków, które być może coś oznajmiają, być może jedynie zapraszają na rytuał. Przestrzeń tak intensywnie szumi, iż każdy dźwięk zdaje się być indywidualnie zaznaczony, akustycznie napiętnowany. Meta muzyka? Metafizyka i oniryzm w służbie narracji? Powrót trąbki, która potrafi być drapieżna, jakby chciała zawłaszczyć dodatkowe porcje przestrzeni. Dużo porcji echa i rezonansu, który zdaje się być całkowicie naturalny w tych okolicznościach scenicznych. Samych dźwięków w jednostce czasu nie ma zbyt wiele, trębaczka operują pauzą, by niemal każdy dźwięk miała szansę na foniczną eksplorację przestrzeni. Skutek dramaturgiczny takiego wyboru jest następujący – koncert w wielu fragmentach jest dość monotonny, a osiągany poziom emocji daleki od stanu wrzenia (choćby 15-19 minuta). Recenzentowi wydaje się, iż gdyby Susana spróbowała stosować więcej dronów (długich, trwających fraz), w kontekście posiadania tak wielkiej przestrzeni, efekt mógłby być dalece ciekawszy, nawet bez użycia amplifikacji (na przykład w estetyce niektórych solowych ekspozycji Nate’a Wooleya). Okres przed 30 minutą, to czas, w którym doświadczamy więcej brudnych, mutowanych dźwięków, trzasków, drżenia i skomlenia. Jakby siła pogłosu jeszcze rosła, a akustyka całości nabierała nieco dubowego klimatu. 34 minuta, to próba ekspozycji na samym ustniku lub też moment, w którym Susana sięga po tin whistle (smak czegoś na kształt… meta etno). Odbiorca wciąż analizuje formę, brzmienie, nie ma jednak bazy do eksplorowania procesu improwizacji. Mniej przestrzeni, więcej dźwięku! – utyskuje recenzent pod nosem, choć bez problemu docenić potrafi zamysł artystyczny Portugalki. 40 minuta, to drobne spiętrzenie dźwięków na sam już finał koncertu, które nosić może znamiona eskalacji. Jakkolwiek przestrzeń i pogłos rządzą tym nagraniem aż do całkowitego wybrzmienia. Tuż po nim, kilkudziesięciosekundowa burza oklasków.




Kaze  Atody Man  (Circum-Disc, 2018)

Pozostajemy w towarzystwie improwizującej trąbki (dojdzie nawet druga!), a geograficznie przenosimy się na północ, do Francji. Nagranie powstało, co prawda w słynnym Firehose 12 w New Heaven (USA), ale płyta ukazała się definitywnie pod flagą trójkolorową, a jest zapisem fonicznym spotkania dwóch muzyków francuskich i dwóch japońskich. Na trąbkach - Christian Pruvost i Natsuki Tamura, na perkusji - Peter Orins, zaś na fortepianie, najbardziej tu rozpoznawalna - Satoko Fujii. 6 odcinków z tytułami (kompozycji) trwa ponad 69 minut, a spotkanie czwórki muzyków miało miejsce w czerwcu 2017 roku. Muzycy funkcjonują pod nazwą własną Kaze, a ten krążek jest ich piątym wydawnictwem.

One. W ramach introdukcji, dwa trębackie drony, w tym samym rejestrze, plotą unisono krótkie pasaże, przerywane kilkoma sekundami ciszy. Powtarzają proceder kilkukrotnie, po czym delikatnie rozwarstwiają się i modulują swój sound. Odrobina sonore w oczekiwaniu na wejście pozostałej dwójki muzykantów. Talerze rezonują, piano ledwie muskane przez palce pianistki. Experimental free contemporary? W 5 minucie Satoko skutecznie nadaje ład tej narracji. Kameralistyka improwizowana? Tak! … przy użyciu minimalistycznych schematów kompozycyjnych – recenzent odczytuje z opisu wydawcy i posłusznie… zgadza się z nim. W 7 minucie progresywny drumming zmienia obraz całości i przenosi nas w silnie free jazzową eskalację. Zdaje się, że w tej zabawie chodzi przede wszystkim o improwizację. Uff! – wzdycha uspokojony recenzent. Nie brakuje także melodii, czy zgrabnych tonacji. W sumie ... what ever you want. Innymi słowy – na bogato. Two. Perkusja na początek. Na jazzowo, ze szczyptą repetycji i ciszy w roli interludium. Swobodny duet z pianem. Wejście trąbek w etosie gatunku, nawet hard-bopowo! Znów sporo ciszy pomiędzy. Sonorystyka trąbek udana, ponownie jednak przeładowuje stylistycznie nagranie. Bez specjalnych emocji, klasowe rzemiosło. Skok w ekspresję free po paru chwilach, tym razem nie zaskakuje. Recenzent zastanawia się, ile w tym tyglu różnorodności, kreacji ad hoc, a ile czynione jest wedle zapisów scenariuszowych. Sporo przegadanych fragmentów, balladynek dla grzecznych dziewczynek. Finał w galopadzie, też nieco wykalkulowany. Three. Na start piano, nawet toy piano. Odrobina preparacji z dziwnymi dźwiękami, bystro skomentowana przez sonorystycznie nastawione trąbki. Trochę campowego chaosu. Interludia z pięciolinii, niczym pięść do nosa, skutecznie psują efekt udanych pomysłów improwizatorskich. Kolejne depnięcie na gaz i ucieczka w swobodę, znów okazuje się najlepszym rozwiązaniem. Four. Tym razem slow minimal piano intro for silent listeners! Satoko jest w tym najlepsza. Melodia, harmonia, tak ładne, że aż …nudne. Kwartet podaje temat. W kategorii main stream także daliby radę! Solo perkusji trzyma poziom. Cały numer wprost do ECM! Five. Wyraziste solo trąbki, kreatywne, niebanalne. Po 120 sekundach gra już cały kwartet. Muzycy śmiało wkraczają na obszar free improve. I świetnie sobie radzą! Bystre percussions solo! Oto numer, który bez cienia wątpliwości uznajemy za opus magnum tej płyty. Trąbki gadają ze sobą niebywale błyskotliwie, piano tworzy zmysłowe tło, a drummer ma tysiące nowych pomysłów. Sonorystyka, preparacje, rezonans. Atak, wyciszenie. Tuby gotują się, struny szeleszczą. 11 minuta, to doskonale solo Satoko. Psychodelicznie wewnątrz, dynamicznie na zewnątrz. Finał jest brawurowy, odrobinę podniosły w klimacie, ale świetnie komentuje wyczyny pianistki. Six. Solo perkusjonalne. Cisza i spokój. Atonalnie, niebanalnie. Muzyk tak się rozgrzał poprzednim numerem, że potrafi już tylko doskonale improwizować! Trębacze z szeroko otwartymi ustami, pięknie komentują wyczyny kolegi. Pianistka, głęboko zanurzona z pudle rezonansowym fortepianu, czyni dokładnie to samo. Jest szczypta melodii, a wszystko dzieje się na pograniczu ciszy. Incydentalnie zmysłowe mikrodrony. Gdyby jeszcze trąbki poszły w sonore…, ale zapewne scenariusz, któremu szczęśliwie wiele minut temu muzycy wymknęli się spod kontroli, przewiduje inne rozwiązanie. Efektowne wybrzmienie.




Louis Beaudoin-de-la-Sablonnière/ Éric Normand / Louis-Vincent Hamel  Brûlez les meubles  (Circum-Disc/ Tour De Brass, 2018)

Spal wszystkie meble! Tym szczytnym hasłem (tytułem płyty) muzycy pewnego tria, wprost z francuskojęzycznej części Kanady, zapraszają nas do słuchania swojej muzyki. Louis Beaudoin-de-la-Sablonnière na gitarze elektrycznej, Éric Normand na basie elektrycznym i Louis-Vincent Hamel  na perkusji. 7 kompozycji (muzycy dość demokratycznie dzielą się obowiązkami w tym zakresie), blisko 38 minut muzyki. Płyta wydana w ramach kooperacji francusko-kanadyjskiej. Muzyka zarejestrowana w Saint Maxime du Mont Louis (Quebec) w lipcu ubiegłego roku.

One. Mocna, jazz-rockowa sekcja, zwinna gitara z prądem, która uwielbia fussion, ale także świetnie radzi sobie w jazzie środka. Od pierwszej chwili doskonale pracuje basista, który nie dość, że trzyma fundamenty rytmu i harmonii całego przedsięwzięcia, to permanentnie tkwi w procesie improwizacji i snuje niebanalne historie, bez zbędnych przerw na papierosa. Drummer czujny, bystry, still on time, udanie dynamizuje poczynania tria. Są dobre tematy i wyśmienite improwizacje, podawane bez spinania muskułów, z dużym feelingiem. Two. Melodia, smak, rytm – tu na spokojniej. Precyzja, kreatywność, także bezpretensjonalność. Temat główny powraca jak mantra i wyznacza szlak improwizacji. Three. Postmodernistyczne fussion generowane z precyzją sapera. Trzy stróżki improwizacji, które przenikają się wzajemnie. Świetna komunikacja, czujność, bystre interakcje. Mainstream jazz rocka w wykonaniu trzech naprawdę błyskotliwych instrumentalistów. Siedmiostrunowa gitara, kwiat współczesnej sceny Quebecu (jak mówi wydawca). Sporo detali, subtelności aranżacyjnych w muzyce, która nie odkrywa świata, ale urzeka formą, jakością wykonania i prostotą przekazu. Four. Bardziej dynamicznie, ze szczyptą hałasu na gryfie (też potrafi, jeśli pytacie!). Zwinna miniatura, mniej niż dwie minuty. Five. Nowa porcja energii. Kind of funk! Bas wspaniale pracuje, kreśli pętle i tańczy, gitara w repetycji, wyrazista perkusja. Ta muzyka nie kreśli w głowie recenzenta wyszukanych metafor, sprawia wszakże czystą, żywą, wręcz zwierzęcą przyjemność w odbiorze. Pure high jazz, Man! Po 4 minucie, zejście w dół i garść pięknej psychodelii wprost z obu gryfów, na spokojnym wybrzmieniu. Brawo! Nie ma fajerwerków, muzycy prostymi środkami osiągają doskonały efekt. Six. Wolnym krokiem, kontrapunkt goni kontrapunkt. Gitara i bas plotą kompatybilne opowieści, perkusja tuż za nimi, śledzi ich każdy krok i zdobi synkopami.Ta opowieść zdaje się być bardziej konwencjonalna, ale swobodnie raduje ucho. Seven. Co za synkopa!? Co za rytm!? I jaki riff gitarowy!? Do zakochania! Na finał pieśń umoczona w rockowym sosie. Kocia zwinność, perfekcja wykonania i radość grania. Rytmy i przestery. Bas, który kreśli sinusoidy i tańczy wokół własnej osi, gitara w podskokach. Jakże rozwojowa historia. Zejście w trucht, wprost z galopu - imponujące. Świetna ekspozycja perkusisty, dla podkreślenia jego doniosłej roli w dziele tworzenia – tu, na tle gitarowych pląsów. Recenzent dawno nie był tak blisko jazzowego mainstreamu i dawno nie miał z tego powodu tak wielkiej radości słuchania! Raz jeszcze brawo!




Steve Kaiser/ Alex Clov Baczkowski/ Bill  Harris  Measure Once, Cut Twice (Amalgam, 2017)

Na koniec dzisiejszych przedwiosennych guseł, porcja zdrowego jazzu (z ambicjami free) wprost z wietrznego miasta! Steve Kaiser na gitarze, Alex Clov Baczkowski na saksofonie altowym i barytonowym oraz Bill Harris na perkusji i instrumentach perkusyjnych. 8 improwizacji (all music by the musicians), blisko 54 minuty. Nagrania z sierpnia 2016 roku, z Music Garage/ Chicago.

One. Drapieżny baryton, gitara pełna jazzowego spleenu, bystra perkusja. Dość żwawa narracja, której brak kontrabasu nadaje posmak nieoczywistości i dość specyficzny drive. Synkopa, która trzeszczy i krąży wokół siebie. Two. Więcej skromnej sonorystyki, szumiące dysze, drżące talerze i gitara w łagodnych pląsach. Udane przejście w bardziej dynamiczne pasaże, choć nie na długo. Ekspozycja gitary dość konwencjonalna, jazzowa, jak pan bóg przykazał. Drummer często sięga po synkopę i rytm, czasami zbyt natarczywy, nadmiernie bezwzględny. Powrót barytonu konkretny, dosadny i wyrazisty. W nastroju do swawolenia. Finał kawałka osiągnięty w wyzwolonym galopie. Three. Alt, flażolety, repetycja, nostalgia i zaduma – to atrybuty introdukcji. Temat pod dyktando melodyjnego saksofonu i refleksyjnej gitary, wbrew rytmice perkusji. Po 4 minucie balladowe, nieco hipisiarskie wybrzmiewanie. Four. Skromne percussions, ekspozycja solowa. Szczypta sonorystyki w tubie, na gryfie igraszki na poły akustyczne. Narracja ciekawie narasta, a każdy z muzyków na swój sposób wgryza się w bieg improwizacji. Kolejny krok, to galop w estetyce free, formule, która dobrze robi tej płycie. Five. Jakby ciąg dalszy, konstytuujący tezę, iż w dynamicznych pasażach muzyka tria zyskuje na wartości. Tu, świetna ekspozycja altu. Six. Kolejna jazzowa synkopa z gitarą, które snuje scofieldowskie opowieści o udanych związkach damsko-męskich. Drive perkusji dość progresywny, ale to alt zdaje się tu wnosić odrobinę świeżości. Gitara niezwykle niechętnie wychodzi poza schemat. Po 4 minucie buduje solo przy wsparciu drummera, bez ekscytacji. Nagłe wtargnięcie barytonu, trochę na wariackich papierach, zdecydowanie ratuje ten fragment. Wymusza dialog, w którym gitara czuje się nieco swobodniej. Na finał eskalacja barytonu! Seven. Baryton z gitarą, tym razem randka we dwoje. Perkusja wchodzi im w słowo i kontrapunktuje, znów odrobinę zbyt intensywnie. Szczypta muskulatury, zwarć w półdystansie. Chropowaty baryton, to znów najlepsza rzecz, jaka przydarzyć się może tej improwizacji. Pod koniec niespodziewana próba call & responce, dość udana, tuż po niej samotny drumming. Eight. Na sam już finał najdłuższy fragment płyty. Sonore z ciszy, po talerzach i krawędziach werbla. Alt w molowym pasażu, gitara po swojemu. Ballada, która staje się dialogiem, a potem marszem ku górze, w poszukiwaniu źródeł eskalacji. Tym muzykom nadmiar ekspresji nie szkodzi, to już świetnie wiemy. Dobra akcja gitary, eksplozywny, silny alt, no i rytm, który nie znosi zdań odrębnych. Ostatnie 3 minuty wynoszą ocenę ogólną płyty na nieco wyższy poziom. Na ostatniej prostej ciekawy, drobny incydent perkusjonalny. Być może zbyt późno zaproponowany. 


*) ang. Więcej niż świeże, improwizowane podsumowanie z okazji opóźnionej wiosny