Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gino Robair. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gino Robair. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2024

John Butcher at 70! The report from Cafe Oto!


Siedemdziesiątkę Johna Butchera obchodzimy już od końcówki lata. Wtedy to, w połowie września, saksofonista spędził trzy pracowite dni w Berlinie. Potem był poznański Spontaneous Music Festival, okraszony czterema setami jubilata, wreszcie przed momentem, w trakcie minionego weekendu, efektowna, choć kameralna trzydniówka w londyńskim Cafe Oto, przypadająca dokładnie w terminie urodzin, które celebrowano odegraniem symbolicznego sto lat w piątek 25 października. Wasz niestrudzony obserwator życia i twórczości jednego z najwybitniejszych twórców freely improvised music był wtedy w Dalston i śpiewał owe chóralne życzenia. Zatem czas na kilka słów o tym, co tam się ostatecznie wydarzyło i kto z kim owe urodzinowe toasty wznosił pięknymi dźwiękami przez trzy kolejne wieczory.



 

Czwartkowy koncert wypełniły dwa duety jubilata – pierwszy z Rhodrim Daviesem na harfie i elektronicznym oprzyrządowaniu, drugi z pianistką Sophie Agnel. Walijczyk grywa z Butcherem już od ćwierćwiecza, z kolei Francuzkę raczej winniśmy sytuować w roli okazjonalnych współpracowników saksofonisty. Oba sety wypadły wyśmienicie, jeśli wierzyć zdaniu przyjaciół obecnych na koncercie, albowiem niżej podpisany do Londynu wyruszył dopiero kolejnego poranka.

A zatem w piątek, już w ramach stuprocentowej obecności w Cafe Oto, kolejne trzy sety (choć dwa pierwsze nieprzedzielone stosowną przerwą) przepłynęły przez moje receptory słuchu i wzroku silnym strumieniem emocji, i … co zupełnie nie dziwi, pozostawiły wieczne, niezatarte wspomnienia. Butcher rozpoczął od solowego występu na saksofonie tenorowym. W trakcie kilkunastominutowego seta skupiony był na brzmieniu i poszukiwaniu efektownych strzępów melodii, a sam występ sprawiał wrażenie świetnie zorganizowanej rozgrzewki przed tym, co miało wydarzyć się tuż potem. Po kilkudziesięciosekundowej przerwie na scenie pojawił się kolejny wieloletni partner Johna, amerykański perkusista i perkusjonalista Gino Robair. Obaj artyści korzystali w trakcie ponad półgodzinnego setu z analogowej elektroniki, dzięki czemu akustyczny sound ich podstawowego instrumentarium zyskał mroczną, syntetyczną poświatę. Robair tryskał energią, gdyby to tylko było możliwe, wraz z tonującym jego temperament partnerem odleciałby w kosmos. Butcher w trakcie seta częściej korzystał z saksofonu sopranowego. Bywało, że generował nim dźwięki nie dotykając ustnika. Wszakże najbardziej efektowny był sam finał, gdy John (już na tenorze) i Gino zbudowali gęste, nisko osadzone, post-akustyczne drony.

Ostatni piątkowy set zbudowany został przez kwartet, który – mimo, iż jego twórcy pracowali ze sobą wcześniej w różnych konfiguracjach personalnych – bez wątpienia stanowił formację skleconą ad hoc. Do jubilata dołączyli - muzykująca z nim dzień wcześniej Sophie Agnel, skrzypaczka Angharad Davies (siostra występującego także wtedy Rhodriego) oraz perkusista Mark Sanders. Narracja jakże swobodnie improwizującego kwartetu przypominała wzburzony ocean, który jednak raz za razem uspakajał się i emanował wyjątkową urodą stuprocentowo akustycznych interakcji. Opowieść rozrastała się i efektownie gasła (najwcześniej na barkach skrzypaczki), nabierała kameralnej zadumy, by za moment wpaść w spazm błyskotliwych akcji zaczepnych.




Jak to bywa w przypadku wybitnych osobistości, także świata pozamuzycznego, okrągłe urodziny, to nie tylko powód do świętowania, ale także okazja do budowania czegoś nowego, czy wręcz rzucania sobie ambitnych wyzwań artystycznych. Wspólne, duetowe improwizowanie z francuską wokalistką i klarnecistką Isabelle Duthoit, to dla Johna Butchera nowa sytuacja sceniczna. Jak sam stwierdził przed koncertem, spotkali się do tej pory tylko raz w ramach jego dużego składu +13, w trakcie koncertu, który miał miejsce trzy lata temu. Francuzka jest rzecz jasna świetnie znaną postacią europejskiej muzyki improwizowanej, znamy ją z kilku naprawdę znakomitych płyt, ale kto nie widział jej na żywo, ten nie wie, z jak niebywałą artystką mamy do czynienia. Z jednej strony możliwości wokalne, szerokie spektrum akcji, zmysł dramaturgiczny, zdaje się, że także żelazne struny głosowe, z drugiej przebogata mimika, bez wątpienia talent aktorski, do tego niezaprzeczalny wdzięk i niebywały temperament. Isabelle wyniosła Cafe Oto na najwyższe szczeble nieba, fantastycznie kooperowała z saksofonami jubilata, a nawet sprawiała, iż ten ostatni wznosić się musiał na szczyty swojej kreatywności (co zresztą jest dla niego sytuacją całkowicie naturalną), by nie tylko zwinnie podążać za Isabelle, ale także stwarzać nowe sytuacje dramaturgiczne. Innymi słowy – genialny, niespełna 40-minutowy set.



 

Po kilkunastominutowej przerwie Butcher wrócił na scenę ze swoimi stałymi współpracownikami – pianistą i elektronikiem Patem Thomasem oraz perkusistą Ståle Liavikiem Solbergiem. Panowie mają w dorobku dwie płyty, które – jak się okazuje – są zapisem ich jedynych koncertów w tym składzie. Zatem na urodzinowym przyjęciu Johna zagrali ze sobą po raz … trzeci w życiu. Muzycy zaprezentowali zgrabny, odrobinę stonowany set, który po trzęsieniu ziemi, jakie miało miejsce na początku tego dnia, zdał się być przewrotną formą … relaksacji. Thomas operował wyłącznie dość delikatnymi dźwiękami syntetycznymi (de facto generowanymi dwoma niewielkimi, okablowanymi tabletami), Solberg czynił jak zawsze swoją perfekcyjną doskonałość filigranowego post-drummingu, Butcher zaś pozostawał w roli inspiratora, demiurga, która wsłuchuje się w akcje partnerów, będąc na scenie delikatnie wycofanym. Być może była to chwila oddechu po szaleństwach z Isabelle i … przed ich kolejną porcją.

Finał soboty, czyli zakończenie urodzin, to kolejny na imprezie kwartet ad hoc, który kompilował całą czwórkę muzyków, jaka tego dnia zameldowała się w Cafe Oto. Thomas tym razem sięgnął po brzmienie fortepianu (zarówno inside piano, jak i wprost z klawiatury), Solberg postawił na jeszcze większą molekularność przekazu dźwiękowego, a środek sceny należał do Duthoit i Butchera, którzy zachwycili nas kilkadziesiąt minut wcześniej. John w tradycyjnej sekwencji tenor-sopran-tenor, Isabelle poza głosem, także klarnet. Ten spektakl można by w zasadzie skwitować tymi samymi komplementami, jakimi obdarzyliśmy duetowy performance Anglika i Francuzki. Duthoit rządziła na scenie, na klarnecie wchodziła w post-melodyjne dialogi z Butcherem, permanentnie inspirowała parterów, ci zaś reagowali wprost wspaniale, czyniąc ów występ kolejnym złotym momentem wspaniałych urodzin Johna. Uff…

See you next time Dear John! Cafe Oto, happy to be here again!

 

Zdjęcia własne, bez praw autorskich: John (1), Angharad i John (2), Isabelle i John (3).



 

wtorek, 24 maja 2022

The Shrike Records: two next steps! Stovelit Lines & Iklectik Recordings!


Brytyjski label Shrike Records powstał w roku ubiegłym i koncertuje się na prezentacji muzyki zarejestrowanej w ostatnich kilku latach w londyńskim Klubie Iktectik. Oczywiście, muzyki swobodniej improwizowanej, i to często w wymiarze całkiem szalonych, elektroakustycznych incydentów, muzyki jakże brytyjskiej, jakże utytułowanej w wymiarze personalnym.

Do tej pory ukazało się sześć dziarskich płyt CD (i wersji elektronicznych na dedykowanym bandcampie), a jak pokazują trybunowe statystyki, jedynie trzy z nich były do tej pory zrecenzowane. Dziś zatem sięgamy po dwie kolejne, a tę szóstą zostawiamy sobie na inną okazję.

Na rzeczonych dwóch krążkach cofamy się do roku 2017 i słuchamy najpierw bystrej, po części akustycznej improwizacji okraszonej gitarą elektryczną, a zaraz potem tria, które w sposób absolutnie niekontrolowany korzysta z akcesoriów elektronicznych, elektro-pochodnych i jakichś bliżej niezidentyfikowanych obiektów. W drugim z przypadków smaczku naszym słuchowym eksploracjom dodaje fakt, iż wydawca nie wyszczególnia instrumentarium muzyków, zatem nasza wyobraźnia zdaje się nie mieć tu granic! So, Welcome to world of unlimited sounds!

 


Steve Beresford/ John Butcher/ Terry Day/ John Edwards/ Thurston Moore  Stovelit Lines (CD 2022)

Na początek kwintet prawdziwych weteranów sceny free impro i rocka! Bo taki kontrabasista, dziś już po 60. urodzinach, jest w tym gronie najmłodszy! W każdym razie na osi czasu odnotowujemy 30 listopada 2017 roku, na scenie lądują zaś tacy oto muzycy: Steve Beresford – fortepian i obiekty, John Butcher – saksofony, Terry Day – instrumenty perkusyjne, John Edwards – kontrabas oraz Thurston Moore – gitara. Trzy swobodne improwizacje trwają tu trzy kwadranse bez kilku sekund.

Istnieje przypuszczenie, graniczące z pewnością, iż muzycy w takim składzie grają ze sobą po raz pierwszy, i pewnie ostatni, w swym najeżonym wieloma doświadczeniami życiu. Ale każdy dźwięk zdaje się przeczyć tej pokracznej tezie. Artyści od pierwszego westchnienia świetnie się ze sobą komunikują i demokratycznym szlakiem prowadzą swobodną improwizację na kilka efektownych szczytów. Sam początek, to elektroakustyczne szmery z obiektów pianisty, oniryczne frazy na gryfie gitary, a także garść krótszych i dłuższych fraz ze smyczka, perkusjonalii i ciężko oddychającego saksofonu. Moc narracji buduje się tu na gryfie posadowionego centralnie kontrabasu, kreatywny ferment płynie zaś z obu przeciwległych flanek, z woli pianisty preparatora i równie nerwowego gitarzysty. Improwizacja rozwija się wieloma kanałami, muzycy wchodzą w interakcje w podgrupach (choćby saksofon i gitara), kilka ostrych, free jazzowych uderzeń w klawisze proponuje pianista, ale ów elektroakustyczny melanż całkiem niespodziewanie odnajduje gęstą ciszę, głównie za sprawą dramaturgicznej stanowczości gitarzysty. Po kilku pętlach zadumy narracja dość szybko łapie free jazzowy drive i płynie niesiona emocjami roześmianego saksofonu. Kolejne wyhamowanie wydaje się być jeszcze bardziej efektowne, wprost w objęcia preparacji, bardzo kameralnych, ale z uwagi na rozbudowane instrumentarium, chwilami pachnących swądem upalonych kabli zasilających. Finał pierwszej, prawie 20-minutowej opowieści leje się dronami, przy okazji uroczo podkreślając dalece ponadgatunkowy wymiar owej brytyjsko-amerykańskiej przyjaźni muzycznej.

Druga improwizacja tylko nieznacznie przekracza dziesięć minut. Jej pierwsze frazy budzą się w mroku niemal egzystencjalnego lęku. Kontrabas trzeszczy, gitara skowycze, inside piano rozsiewa aurę niepewności, którą wspiera ambient gitary, a samodzielne echo dopełnia obrazu dramaturgicznego suspensu. Całość narasta niczym letnia burza, łyka powiewy gitarowego prądu, a swoje dodają tu lekki saksofon, obiekty i wybudzone ze snu perkusjonalia. Zakończenie jest gęste, bardzo efektownie polepione z dysonujących fraz, smakuje niczym udana randka free jazzu i free rocka.

Ostatnia improwizacja, sama w sobie świetnie skonstruowana jak na kanony free impro, budowana jest inicjatywą ustawodawczą obiektów i gitary, zaś wypełniona uroczymi parsknięciami dźwięków ze strony pozostałych uczestników spektaklu. Zaczyna duet, potem doskakuje rozochocony sopran, zaś bas i perkusjonalia zdają się tu już wchodzić niemal na gotowe. Kilka ostrzejszych fraz piano budzi dodatkowe porcje ekspresji, ale improwizacja, jako kolektywna całość świetnie panuje nad emocjami i dawkuje je nam dokładnie w taki sposób, jaki sobie zaplanowała. Tu, podobnie jak w części pierwszej, po szybko osiągniętym wzniesieniu, narracja wchodzi w odmęty ciszy, onirycznej tajemnicy i brutalnego mroku. Po chwili zawahania, z kontrabasowego pizzicato zdaje się płynąć nowe życie. Jest też ciepłe piano, wystudzony saksofon i lekko rozstrojona gitara. Jakby open jazz mieszał się tu z post-rockowym ambientem. Emocje rosną, a saksofon i gitara stają tu na czele pochodu. I znów zakończenie utworu zdaje się być jego najlepszą częścią. Repetycje, gitarowe slajsy, dęte przedechy, bystre piano lepią się tu w efektowne, finałowe crescendo. Po osiągnieciu punktu przegięcia improwizacja gaśnie duetem, który ją rozpoczynał, czyli gitary i obiektów, tu okraszonym zwinną porcją perkusjonalii.

 


Steve Beresford/ Steph Horak/ Gino Robair  Iklectik Recordings (CD 2022)

Na kolejnym albumie znów odnajdujemy Steve’a Beresforda (zapewne fortepian i obiekty). Towarzyszą mu: Gino Robair (zapewne instrumenty perkusyjne, elektronika, obiekty) oraz Steph Horak (zapewne głos, może elektronika i być może także cały arsenał tajemniczych przedmiotów, które wydają dźwięki, tudzież tworzą sferę wizualną koncertu). Jak już wspominaliśmy, edytor nie podaje nam danych instrumentalnych, zatem pozostają nam jedynie domysły, a także to, co słyszymy w trakcie odsłuchu bardzo długiej (prawie pięć kwadransów) płyty. Pięć pierwszych improwizacji (w tym trzy epizody solowe) zarejestrowano 5 lipca, ostatnią zaś 26 listopada 2017 roku.

Ów elektroakustyczny challange, rozpisany na troje głów i tysiące przedmiotów wydających dźwięki, zaczynamy od dwóch improwizacji w trio, które trwają ponad dwa kwadranse. Pierwsza z nich dość szybko łapie industrialny sznyt i zasypuje nam uszy szalonymi pomysłami i karkołomnymi dźwiękami, pośród których odnajdujemy kobiecy głos i perkusjonalia po stronie żywych fraz i cały ocean elektroakustycznych fake sounds, których źródła pochodzenia jedynie się domyślamy. Duża zmienność akcji i nadkreatywność artystów nie mogą tu ujść naszej uwadze. Początek drugiej części stawia na bardziej akustyczne preparacje, ale ów błogostan nie trwa zbyt długo. Zwoje syntetycznych fraz, sampli i elektronicznych dewastacji szybko opanowują scenę. Tempo narracji jest raczej wolne, nawet leniwe, a jego kolejne fazy wyznaczają incydentalne mikro hałasy i plastry nieco przyjemniejszych fonii. Pod koniec całość zdaje się nabierać nieco slapstickowego charakteru.

Dużo bardziej atrakcyjne wydają się trzy ekspozycje solowe. Ta w wykonaniu pianisty czerpie emocje głównie z akustycznych fraz. Najpierw to bardzo efektowne preparacje, potem free jazzowa rejterada po gorących klawiszach. Jeszcze milsza dla ucha zdaje się być propozycja wokalna. Mroczny głos kobiecy zatopiony w mglistym ambiencie, z czasem nabiera nieco bardziej industrialnego posmaku. Wreszcie solo perkusjonalisty – zaczyna się od dialogu z publicznością i śmiechu. Potem następuje faza akustycznych preparacji, które z każdą pętlą narracyjną nabierają silnego odczynu syntetycznego. Szczęśliwie maszyneria przemysłu ciężkiego raz po raz nabiera tu intrygującej lekkości.

Trzeci set w trio trwa tym razem niespełna dwa kwadranse. Od początku bez zmiłowania dla naszych uszu – elektroakustyczna parada fake sounds! Masywna post-elektronika kontrastowana jest głosem, który zdaje się być lekki, ale i dalece tajemniczy. Część brzmień pachnie tu elektroniką analogową, część lepi się z miliona sampli. Odnosimy wrażenie, że jesteśmy w zakładzie hydraulicznym, tudzież mechaniki pojazdowej, pośród tysiąca elektronarzędzi, na przednówku instytutu doświadczalnego, który pyta o granicę percepcji ludzkiego słuchu. Dużo lepiej dzieje się w drugiej części tej długiej improwizacji. Muzycy hamują temperamenty, zdejmują nogę z gazu, tłumią ekspresje, potrafią nam zaserwować nawet minimalistyczne, akustyczne frazy. Wchodzą w dużo ciekawsze interakcje, a ich improwizacja nabiera pewnego ładu dramaturgicznego. Z czasem znów łapią industrialnego bakcyla, przypominają wtedy wczesne nagrania AMM. Tak, bez wątpienia trio z Iklectic lat temu pięćdziesiąt zrobiłoby na londyńskiej publiczności niesamowite wrażenie.

 

 

piątek, 18 lutego 2022

John Butcher in trios and quartets! A new stuff never stops!


Jeden z absolutnych faworytów redakcji, angielski saksofonista John Butcher, dosyła nowe nagrania światu muzyki improwizowanej niemal nieustannie. Na łamach Trybuny staramy się o nich pisać na bieżąco, ale i tak, na początku każdego roku, sporządzać musimy coś na kształt dogrywki i w szybkiej zbiorówce opisywać płyty saksofonisty, o których nie zdążyliśmy napisać w trakcie mijającego roku.

Nie inaczej jest u progu roku 2022! Co więcej, nawet pobieżna analiza dyskografii Johna wskazuje, iż już sam styczeń przyniósł pięć kolejnych wydawnictw (wszystkie za sprawą pewnego labelu z Luksemburga!). Zatem dzisiejsza opowieść o nowych płytach z udziałem saksofonisty nie jest bynajmniej formą podsumowania starego, ale raczej ostrym wejściem w nowy rok. Za moment pochylimy się nad dwoma z owych pięciu luksemburskich nowości, potem sięgniemy po … kolejną nowość z roku bieżącego, a pięcioodcinkową recenzję zepniemy dwoma nagraniami opublikowanymi zdecydowanie w roku minionym, na obu znajdując rejestracje dźwiękowe, które na publikację czekały ładnych kilka lat.

Nim nadstawimy oczy i uszy nad porcją, jak zawsze w wykonaniu Johna, wspaniałej muzyki, zauważmy, iż wszystkie tria i kwartety dziś prezentowane, to swobodna improwizacja realizowana przez kolektywne składy, zatem na każdej z nich Butcher jest jednym z kilku twórców tej demokratycznej porcji dźwięków. Fakt dalece oczywisty na polu free improvised music, ale godny przypominania przy każdej okazji.

 


Beins/ Butcher/ Dafeldecker  Induction (Ni-Vu-Ni-Connu, LP/DL 2022)

Przegląd najnowszych dokonań Johna Butchera (tradycyjnie korzystającego z saksofonu tenorowego i sopranowego) zaczynamy od tria poczynionego w towarzystwie austriackiego kontrabasisty Wernera Dafeldeckera oraz niemieckiego perkusjonalisty Burkharda Beinsa. Dwie niemieckie rejestracje z czerwca 2019 roku (KM28, Berlin oraz KulTurnhalle, Lipsk), podzielone na jedną długą i trzy krótsze improwizacje, trwają tu łącznie 42 minuty.

Muzycy zgromadzeni na berlińskiej scenie znają się doskonale, ale do pierwszych dźwięków podchodzą z dużym respektem. Małe perkusjonalia, powiewy suchego powietrza z tuby saksofonu, drżenie kontrabasu i wielka chmura rezonansu, jaka tworzy się pomiędzy trzema akustycznymi ośrodkami dźwięku. Muzycy budują emocje stojąc w miejscu, zatrwożeni wielką niewiadomą tego, co może się wydarzyć. To prawdziwa ceremonia oczekiwania! Pierwsze bardziej energiczne ruchy zdają się być dość nerwowe, ale bez trudu budują rytmiczne podwaliny bardziej zwartej narracji. Dźwięki każdego z instrumentów są nieustanie preparowane, stąd improwizacja dość szybko nabiera post-industrialnego posmaku. Czasami wszystko brzmi tu perkusjonalnie, innym razem przypomina rytmiczny ruch zepsutych maszyn włókienniczych. Gęsta zabudowa strumienia dźwiękowego jest efektem zarówno dużej kreatywności muzyków, jak i skupienia, tudzież dużej cierpliwości w budowaniu kolejnych akapitów opowieści. W okolicach 15 minuty na scenie pojawia się moc, dzięki której improwizacja wchodzi na wyższy poziom intensywności i dynamiki. Wszystko tu rytmicznie burczy, krzyczy i lamentuje. Piękny moment!

Na drugą stronę winyla przenosimy się do Lipska, gdzie czekają na nas trzy bardziej zwarte czasowo opowieści. Początek pierwszej wyznacza gong, który długo wybrzmiewa w samotności. W tle słychać cichy smyczek, a zaraz potem efektowny wybuch rezonujących talerzy. Nie jesteśmy pewni, czy w tym tyglu zdarzeń fonicznych ma także udział saksofon. Dopiero, gdy smyczek podejmie się roli wiodącej słyszymy już definitywnie dźwięk sopranowego dęciaka. Narracja przypomina rytualny przemarsz przez opuszczone miasto. Wszystko tu ze sobą rezonuje, tworzy symfonię strachu, która dość szybko znajduje posmak ciszy. Muzycy zdają się powtarzać pewne sekwencje czynności, jakby trasa ich improwizacji była gdzieś zapisana, wyryta w przydrożnej skale. Trzecia opowieść trwa niewiele ponad trzy minuty. To misterna, prawdziwie filigranowa plecionka dźwięków. Szlak podróży tyczy kontrabasowy smyczek, nieustannie rezonują talerze, a mistrzem ceremonii zdaje się być saksofon, który wydaje dziwne, tajemnicze, wysoko zawieszone dźwięki. Początek czwartej części, a trzeciej w Lipsku, niewiele zmienia w akustycznym obrazie całości. Wielka chmura rezonansu łączy się tu z kłębowiskiem szumów, tworząc prawdziwy festiwal fake sounds. Po kilku zakrętach opowieść nabiera bardziej rozpoznawalnego brzmienia. Narrację ciągnie za sobą, jak wór ziemniaków, nerwowy saksofon tenorowy. Smyczek boleśnie traktuje struny, a na werblu toczą się wielkie bitwy małych przedmiotów. Improwizacja skrzy się pomysłami, ale jej intensywność faluje niczym wzburzone morze. Najpierw plejady małych, rwanych dźwięków, a na linii kontrabas – saksofon bystra praca w trybie call & responce. Potem kilka powtórzeń i krok w kierunku dłuższych fraz, bardziej spójnych, ale zaskakujących brzmieniowo. Opowieść zbliża się do ciszy, ale nie stroni od bardziej hałaśliwych fraz. Tonie w renesansie i powtórzeniach, przypominając współczesne dokonania brytyjskiej legendy gatunku AMM. Narracja powoli staje się jednym, wielkim dronem. Przed jej końcem czeka nas jeszcze małe wzniesienie i grad pomysłów saksofonisty, który maci spokój zakończenia. Na ostatniej prostej frazy dęciaka przypominają ptasie tremolo.

 


Butcher/ Lehn/ Robair  Shaped & Chased (Ni-Vu-Ni-Connu, LP/DL 2022)

Kolejne trio dobrych (by nie rzec, bardzo dobrych) znajomych i znów Berlin (ausland, listopad 2019 roku). Obok saksofonisty, wyposażonego w tenor i sopran, spotykamy tu Gino Robaira - elektronika, obiekty, instrumenty perkusyjne oraz Thomasa Lehna - syntezator analogowy. Znów cztery improwizacje (znów jedna długa i trzy krótsze), znów 42 minuty (ale tym razem bez parunastu sekund).

Pierwsze dźwięki na płycie, to dzieło Robaira, który przypomina, iż bywa nie tylko kreatywnym elektronikiem, ale nade wszystko zwinnym perkusistą! Na starcie słyszymy także echo analogowej elektroniki, a po chwili bystry najazd tenorowych pomruków, pełnych energii, a nawet znamion agresywności. Gęste otwarcie nie oznacza tu marszu na wysokie wzgórze, albowiem artyści dość szybko zanurzają się w onirycznej otchłani preparowanych fraz dętych i elektroakustycznych szumów i skwierczeń. Butcher jednak nie odpuszcza i znów wznosi opowieść na wyższy poziom ekspresji. Świetne interakcje towarzyszą tu każdej akcji zaczepnej, są zaś efektem zarówno doskonałej komunikacji, jak i kreatywności każdego z muzyków. Budują oni swoją opowieść na dużym luzie, na każdym kroku znajdując okazje do subtelnych, małych zagrywek, mimo, iż flow saksofonu raz za razem oplątywany jest smugami syntetycznych fonii. Post-industrialny rezonans, incydenty fake sounds, głównie ze strony Robaira, ale także pełne kiście syntezatorowych plam Lehna, który wciąż zaskakuje minimalizmem, z jakim buduje swoją improwizację. Narracja w drugiej części 20-minutowego seta nie stroni od ekspozycji dronowych i całkiem efektownych ekscesów post-freejazzowych.

Druga strona winyla i trzy krótsze historie. Pierwszą otwiera perkusjonalista i serwuje nam garść urokliwych szczegółów brzmieniowych swojego bogatego instrumentarium. Tuż obok tli się dęciak, który brzmi nad wyraz syntetycznie i syntezator skoncentrowany na generowaniu chmury szumów. Opowieść łapie ciekawą dynamikę z woli perkusji, determinującej saksofon i syntezator do wyciskania siódmych potów. Kolejną improwizację kreują na wstępie obiekty wałęsające się po glazurze werbla. Tenor podaje tu czysty, freejazzowy sound, ale opowieść dość szybko chowa się w powłoce elektroakustycznych subtelności. Na koniec znów emocje biorą gorę, znów za sprawą wyjątkowo dziś aktywnego tenorzysty. Ostatnia część płyty rozbudzana jest przez ciche drony każdego z artystów, kreujące na poły syntetycznie brzmiącą balladę, pełną wszakże mroku i znaków zapytania. Oniryczne pląsy z ciszą, wystudzony sopran i coś na kształt drummingu, który ciągnie narrację ku światłu. Syntezator pracuje spokojnie, zdaje się być dziwnie nostalgiczny. Finał tej doskonałej płyty znów stawia na dynamikę, rozsiewaną przez rozgrzany saksofon, bystre perkusjonalia i kolejny raz wyjątkowo filigranową pracę analogowego syntezatora.

 


Hannah Marshall/ John Butcher/ Mandhira De Saram/ Douglas Benford  A Spanner In The Poetry Machine (Douglas Benford Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Opuszczamy już Niemcy i na odsłuch trzech kolejnych płyt przenosimy się do Zjednoczonego Królestwa. Londyńskie Hundred Years Gallery, luty 2019 roku i kwartet w składzie: Hannah Marshall - wiolonczela, Douglas Benford – harmonium i obiekty, Mandhira De Saram – skrzypce oraz nasz bohater i jego dwa dęciaki. Dwie długie improwizacje, łącznie 53 i pół minuty.

Początek pierwszej improwizacji rodzi się z drobnych, na ogół preparowanych fraz, które formują się w dronowe pasaże dalece kameralnej ekspozycji. Narracja w typie stand by jęczy strunami, wzdycha tubą saksofonu i lśni elektroakustycznym, fermentującym posmakiem, który zdaje się generować harmonium i podczepione pod nie tajemnicze obiekty. Opowieść buduje się na kilkupoziomowym dysonansie – frazy czyste lub preparowane, spokojne odgłosy lub nerwowe konwulsje, cisza lub na poły hałaśliwe incydenty. Improwizacja nie jest wszakże pozbawiona mrocznych i zagubionych w ciszy przestojów, które burzą dramaturgię koncertu. Butcher - operujący w tym secie głównie na sopranie - co pewien czas stara się zakłócać ów marazm narracyjny, wybudzać z letargu pozostałych uczestników spektaklu, którzy koncertują się raczej na budowaniu zmysłowego i nieco tajemniczego backgroundu.

Dużo ciekawiej dzieje się w secie drugim. Początek też skrzy się drobiazgami – pojedynczymi odgłosami strun, metalicznym rezonansem płynącym z obiektów i echem, które szczególnie ciekawie konweniuje tu z brzmieniem strunowców. Swoje czyni saksofon, tym razem głównie tenorowy, który bez zbędnej zwłoki staje na czele pochodu i nadaje improwizacji bystry drive pozbawiony kameralnych zaniechań i wątpliwości. Opowieść ma w sobie więcej życia, ale nie unika samozawieszających się fraz, które łapią ciszę, niczym lep zagubione muchy (choćby w okolicach 8 minuty). Inicjatywa ustawodawcza znów pozostaje w rękach saksofonu. Tło strun i harmonium buduje tu czyste, kameralne frazy, bądź jątrzy nerwowymi szarpnięciami za struny. W okolicach 18 minuty muzycy dyskutują metodą call & responce, nadającą całości zdrowy posmak w pełni kolektywnej improwizacji. Znów tym, który zaprasza do stołu jest saksofonista. Pod koniec opowieść rozpływa się w drony i kieruje na drobny, finałowy szczyt. Tenor zdobywa go z podniesionym czołem, strunowce, pełzające tuż zanim, nerwowo podrygują.  

 


John Russell/ John Butcher/ Dominic Lash  But Everything Now Left Before It Arrived (Meenna, CD 2021)

Na osi czasu cofamy się aż do grudnia 2010 roku i lądujemy w szkockim Glasgow (GIO Fest III, CCA). Na scenie John Russell na gitarze akustycznej, Dominic Lash na kontrabasie i John Butcher na tenorze i sopranie. Muzycy raczą nas pięcioma swobodnymi improwizacjami, które łącznie trwają 40 minut.

Zaczynają dłuższymi dźwiękami saksofonu i kontrabasowego smyczka, którą zdobią mikro frazy gitary. Ciche, mroczne chamber z zabrudzonym brzmieniem, kreowane dalece ograniczonymi zasobami. Muzycy potrzebują ledwie jednego ukradkowego spojrzenia, by zaserwować nam kilka bardziej dynamicznych i groźnych sytuacji dźwiękowych. Ale dziś, na tej scenie donikąd się nie spieszą! Jak dzikie kocury szczerzą zęby, ale pozostają na swoich stanowiskach. W roli największego mąciciela świetnie czuje się smyczek. Drugą opowieść inicjują post-klasyczne frazy strunowe, dobrze skomentowane wysoko osadzonym saksofonem. Improwizacja powstaje z drobiazgów, które łapią ciekawą dynamikę i wdrapują się na niewielkie wzniesienie. Z kolei trzecia część początkowo wydaje się dość abstrakcyjna w brzmieniu. Narrację prowadzi w nieznanym kierunku kontrabasowe pizzicato. Szczęśliwie bystry sopran ogarnia dramaturgię narracji i proponuje małą wspinaczkę, która okazuje się całkiem okazałym, imponującym brzmieniowo crescendo. Świetnie czuje się w tej konwencji gitara, a kontrabas udanie sięga po smyczek. W dalszej części ekspozycji ten ostatni powraca do trybu pizzicato i syci improwizację post-jazzowym posmakiem, nie odbierając jej ciekawej dynamiki.

Koncert definitywnie nabiera wigoru w dwóch ostatnich częściach. Najpierw niemal klasyczne intro gitary i leniwe szarpanie za struny kontrabasu. Duet w tej formie ciekawie się pętli, budując bazę dla saksofonu. Ten pojawia się dopiero po trzech minutach i sprawdza perkusyjne możliwości swoich dysz. Gra prowadzona jest tu na dużym stopniu szczegółowości, a zdobią ją całe plejady preparowanych dźwięków. Po małej eskalacji narracja gaśnie w oparach szumów i pomruków. Ostatnia improwizacja trwa ponad 11 minut i rozwija się dość leniwie. Początkowo tworzą ją suche drony saksofonu i gitarowe riffy, pozbawione jednak dynamiki. Improwizacja toczy się od samego dołu do nieskończonej góry – z jednej strony smyczkowe i saksofonowe westchnienia, z drugiej gitarowe, bystre inkrustacje. Powstaje z tego niezłe kłębowisko emocji, ale muzycy decydują się na stopping i zejście na sam dół. W wyniku tych zaskakujących koincydencji wykształca się strunowy duet, którego ekspozycja skrzy się intrygującymi znakami zapytania. Powrót saksofonu wynosi narrację na najwyższy z możliwych poziomów! Szumy i piski, ocean drobnych fraz i całe morze ptasich okrzyków! Ślizgi po strunach i tajemnicze odgłosy w tubie! Na ostatniej zaś prostej radosne śpiewy dęciaka i efektowne szumowisko strun!

 


Jennifer Allum/ John Butcher/ Ute Kanngiesser/ Eddie Prévost  Sounds Of Assembly (Meenna, CD 2021)

Kolejny odkurzony koncert, to kwiecień 2013 roku i londyński przybytek oświaty i kultury Stanhope School. Czworo muzyków: Ute Kanngiesser - wiolonczela, Jennifer Allum - skrzypce, Eddie Prévost – instrumenty perkusyjne oraz John Butcher i jego dwie rury. Pięć swobodnych improwizacji trwa ponad 48 minut.

Początek spektaklu, to typowa gra rozpoznawcza, drobne frazy klejone w pytania i odpowiedzi, sycone oddechem free chamber. Opowieść dość szybko wzbogacona zostaje wielkim, rezonującym talerzem Prevosta, którego brzmienie nie będzie nas opuszczać niemal do końca koncertu. I to właśnie ów talerz wybudza drgania drugiej improwizacji, a towarzyszą mu short-cuts pozostałych instrumentów. Sopran kwili tu jak sroczka, skrzypce i wiolonczela szarpią delikatnie za struny, a sama narracja stawia na razie na kreatywny minimalizm. Kolejna część kontynuuje zastaną estetykę dodając do niej więcej nerwowości i całe kiście preparowanych dźwięków, które budują mroczną, gęstą atmosferę spektaklu.

Podobnie, jak w przypadku poprzednio omawianej płyty, im dalej tu w las, tym robi się coraz ciekawiej! Czwarta improwizacja trwa prawie 19 minut i jest zdecydowanie daniem głównym. Najpierw echo talerza i syczący smyczek na krawędzi werbla, potem saksofonowe drony i strunowe preparacje. Po kilku minutach opowieść efektownie pęcznieje, nabiera free jazzowego ognia, budowanego dronami, ostrymi szarpnięciami za struny i coraz silniejszym rezonansem talerza. Cello i skrzypce zdają się tu ciągnąć ku światłu, saksofon i perkusjonalia zdecydowanie szukają mroku. Kwartet dzieli się na podgrupy, a nawet skromne incydenty solowe. Pod koniec ekspozycji muzycy powracają do mocy płynącej ze zjednoczonego składu i pichcą nam doprawdy imponujący finał, budowany najpierw rezonansem i preparacjami saksofonu, potem niemal wyłącznie smyczkowym piłowaniem. Piąta improwizacja, choć to wydaje się niemożliwe, podnosi poprzeczkę jakości jeszcze wyżej! Początek ma dość nerwową dynamikę, pełen jest dysonujących fraz, haczy też o mroczną kameralistykę. Po uzasadnionym spowolnieniu drżący talerz zdaje się ustawiać wszystkich po kątach. Poziom głośności pnie się ku górze, a muzycy kleją nam bodaj najbardziej intensywny fragment tego wieczoru. Znów kilka bystrych dialogów (choćby saksofonu i cello) i bardzo efektowne wybrzmiewanie po 8 minucie. Ale to nie koniec! Nim talerz zawyje po raz ostatni, muzycy proponują nam zmysłowe, dronowe spiętrzenie. Brawo!

 

   

piątek, 5 czerwca 2020

John Butcher! Finally Crucial & Blasphemious, Not Old & Fictional! The Next Four of a Kind!


John Butcher, podobnie jak Agustí Fernández, ukończył w roku ubiegłym 65 lat, zatem także i on – zgodnie z maksymą filmu Wielkie Piękno – nie ma już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mu przyjemności.

Here it is! Przed nami cztery swobodnie improwizowane spektakle dźwiękowe z minionych dwunastu miesięcy, nagrania, w trakcie których ów wspaniały, brytyjski saksofonista nie zmarnował choćby minuty! Dodatkowo w każdym ze spotkań towarzyszyli mu prawie wyłącznie inni bogowie zjednoczonego królestwa wolnej improwizacji, zatem radość z odsłuchu płyt będzie nam dana na wieczność! Kolejnym z powodów do ekscytacji może być też fakt, iż poza pierwszym przypadkiem, wszystkie pozostałe, to inauguracyjne spotkania muzyków w danej konstelacji personalnej.

Zapraszamy na cztery upojne wieczory do Londynu! Welcome to London!




Last Dream Of The Morning (Butcher/ Edwards/ Sanders) ‎ Crucial Anatomy  (Trost Records, CD 2020)

Jeśli celebrować samo dobro, to najlepiej w londyńskim Café Oto! Środek lata roku 2018, na scenie: John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, John Edwards – kontrabas oraz Mark Sanders – perkusja. Od czasu pierwszej płyty w tym składzie, muzycy funkcjonują pod nazwą własną Last Dream Of The Morning. Koncert podzielono na trzy części (po prawdzie są jednym strumieniem dźwiękowym), trwa 57 minut bez kilku sekund.

Wibrujący werbel, drżące struny kontrabasu, posuwiste wichry powietrza z tuby saksofonu tenorowego – a new modern free jazz trio wyrusza na łowy. Każdy z muzyków, w tym momencie dziejów świata i historii gatunku, zdaje się funkcjonować niczym model spod paryskiego Luwru! We trzech, w mgnieniu oka budują narowisty flow - dynamiczni, pewni siebie i artystycznie bezczelni! Samozwańczym mistrzem ceremonii stara się być nade wszystko Edwards, który wyposażony w rozgrzany smyczek i zwinne palce cyrkowca, co rusz stawia partnerów do pionu i proponuje zmianę kierunku improwizacji. Tu sięga po swój post-barokowy przedmiot rażenia już po upływie trzeciej minuty. Stopping zdaje się być świetnie zaplanowany (jakby na dwa razy) i wyjątkowo efektowny – artyści drżą, parskają, biją w dzwonki. Krótkie solowe expo kontrabasu, suche oddechy saksofonu, błysk talerzy – faza wzajemnego przekomarzania się, złote akcje i platynowe reakcje. Bez nadmiernego pośpiechu muzycy dochodzą do momentu, w którym zwinna repetycja smyczka ogłasza start drugiej, zasadniczej części koncertu.

Tenże smyczek i małe percussion - bez udziału saksofonu - budują nową opowieść. Sopran wchodzi do gry po krótkiej pauzie, pełen wewnętrznego krzyku i pikantnych emocji. Edwards piłuje glazurę gryfu, a trio w mig osiąga stan galopu. Saksofon tłumi jednak ogień narracji i prowadzi ją do bram ciszy – przed nami faza małej gry w pytania i odpowiedzi. Muzycy kołyszą się na wietrze i szukają cienia. Smyczek nie opuszcza pulpitu dowodzenia, perkusjonalne igraszki budują background, a saksofon - często dziś sięgający po dramaturgiczne pauzy - czeka aż duet osiągnie fazę jurnego kłusu i będzie mógł rozbłysnąć pełnią swej urody. Po niedługiej chwili artyści robią nawrotkę i gnają jakby w przeciwnym kierunku, tym razem niesieni energią kontrabasowego pizzicato. Po 19 minucie, nie pierwsze i nie ostatnie, solo Edwardsa ze smyczkiem w roli głównej, potem faza ciszy i rezonansu wielu przedmiotów płaskich, także suche parsknięcia dysz – what a beauty free chamber! Po 26 minucie muzycy szukają dramaturgicznego szczytu, ale na drodze do końca części zasadniczej jeszcze parokrotnie zmienią zdanie wiedzeni sygnałami z gryfu kontrabasu, odbędą kolejny rytuał duetowy, pooddychają czerstwą ciszą, zbudują kilka matowych dronów. Gdy powróci saksofon tenorowy, niesieni mocą własnego temperamentu i emocji na scenie, wpadną w czeluść rezonujących przedmiotów, przy okazji rozpoczynając ostatni akt spektaklu.

Któż może kręcić spiralą narracji, jeśli nie smyczek! Tuż obok tenor decyduje się na kilka efektownych piruetów na dużej wysokości, a perkusja zdaje się zbierać siły na efektowne zakończenie. Muzycy budują masywny flow, przez moment także bez udziału saksofonu (prawdziwe hard-core jazz duo!). Na finał ostateczny Butcher sięga ponownie po saksofon sopranowy i proponuje zmysłowy taniec godowy! Nim zabrzmi huragan oklasków, muzycy zdążą jeszcze nabrać dynamiki i błyskotliwie wyhamować, oddać parę sekund Sandersowi na separatywną dygresję, wreszcie wprawić saksofon w stan finałowego skowytu, który przy wtórze repetującego kontrabasu, zwieńczy dzieło.




Beresford & Butcher  Old Paradise Airs  (Iluso Records, ‎CD 2020)

Z Café Oto czeka nas żabi skok do Iklectik! Maj 2019 roku, koncert dwóch dostojnych Panów: Steve Beresford - fortepian, elektronika i obiekty oraz John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy. Sześć improwizacji, 52 minuty.

Muzycy zaczynają od pewnego rodzaju challange’u, zwłaszcza dla recenzenta – Steve pulsuje czerstwą elektroniką, skomle na kablach, a obok John tańczy na sopranie, śpiewa o utraconych szansach na akustyczny flow, jakby na przekór introdukcji partnera. Szczęśliwie pieśń otwarcia nie trwa nawet trzech minut, a my z perspektywy czasu wiemy, że dalej będzie tylko lepiej. Dobrym przykładem na to jest druga improwizacja – zaczyna się delikatnie, małymi plamami syntetyki i suchymi dronami saksofonu tenorowego. Deep impro świetnie buduje klimat koncertu. Akcje zaziębiają się, reakcje czynione są zawsze w punkt. Po 7 minucie Steve brzmi, jakby grał na electric piano, nie bez skromnych preparacji (chwilami słychać nawet gołe struny fortepianu!). John sięga po sopran i śle zmysłowe trele. Narracja pełna jest zmian i wolt stylistycznych. Moc kreacji zdaje się być po stronie pianisty (w ujęciu statystycznym, w 75% udanej), dużo dobrego komentarza i dramaturgicznej przekory odnajdujemy zaś po stronie saksofonisty.

Trzecia improwizacji, to paleta elektronicznych zgrzytów, odgłosów strun i dźwięków tajemniczych zabawek w rękach Beresforda. Butcher komentuje sopranem po ptasiemu, jak sowa, też zdaje się dobrze bawić sytuacją sceniczną. Szuka preparacji, definitywnie chce dotrzymać kroku partnerowi w zakresie kreatywności. Ten zaś przez moment brzmi jak … gitara. Czwarta improwizacja rodzi się z fortepianowych preparacji, które nie bez użycia klawiatury budują ciekawą introdukcję. Świetnie w tę magmę szeleszczącej akustyki na styku syntetyki wchodzi rozbudzony tenor. Muzycy budują najlepszą jak do tej pory opowieść. Przybywa akcentów elektroakustycznych, ale flow toczy się nad wyraz płynnie. Gdy w końcu nabiorą dynamiki, posiądą specyficzny post-ragtime’owy rytm, opowieść zdobiona bystrymi frazami saksofonu dobije do końcowej przystani.

Piąta część znów zaczyna się solowym intro Steve’a. John wybudza tenor z letargu melodyjnymi frazami. Steve odpowiada preparacjami. John zmienia instrument na sopran. Swoje dokłada elektronika. Życie jak w kalejdoskopie – improvised variety! Czas na finał, który daje wiele i tyleż rekompensuje z perspektywy całego nagrania. Preparacje fortepianu i ptasia ekspresja saksofonu sopranowego budują piękny, w pełni akustyczny fragment koncertu. Rośnie tempo, buzuje ekspresja, ale nie brakuje też zaskakująco nostalgicznych fraz obu muzyków. Gadają ze sobą, szczerzą zęby, jakby chcieli powiedzieć, że nie ważne jak zaczynali, ważne, jak kończą! Na ostatniej prostej Beresford nie byłby sobą, gdy nie jątrzył swoimi elektronicznymi zabawkami, kończąc płytę równie doskonałą, jak i w kilku momentach delikatnie nierówną.




Minton/ Butcher/ Robair  Blasphemious Fragments  (Rastascan Records, CD 2019)

Początek lipca 2017 roku, Snap Studios, a nim trzech tytanów tańców swobodnych: Phil Minton – głos, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy oraz Gino Robair – perkusja, elektronika i fortepian. Jedenaście improwizacji, niemal 53 minuty.

Zaczynamy odrobinę wirtualnie – ktoś stroi radioodbiornik, w tle szumi cicha syntetyka, saksofon sopranowy śle strzeliste, ale urywane frazy. Minton zdaje się milczeć, ale już drugą opowieść otwiera całkowicie samodzielnie. Szoruje dno gardła, podobnie, jak Robair glazurę suchego werbla. Butcher budzi się po dłuższej chwili i zwinnie włącza do spaceru leniwych niedźwiedzi po gęstwinach lasu. Muzycy niechybnie są w fazie gry wstępnej – produkują drobne frazy w oczekiwaniu na reakcje partnerów. Demokracja ludowa w zakresie dostępu do przestrzeni dźwiękowej - każdy z muzyków zdaje się czuwać na granicy swojego terytorium, zdolny do podjęcia czynności preparowania dźwięków. Otwarcie kolejnej części przypada werblowi, który drży i rezonuje. Do życia budzi się saksofon sopranowy, a ekspresja głosu tonie w jękach. Minton zdaje się być na granicy załamania nerwowego. Oj, dobry to aktor! Dęciak i głos tego ostatniego lepią się do siebie, perkusjonalia płyną niemal w pełni akustycznym strumieniem. Czwarta historia kontynuuje ową strategię – tenor zatopiony w podwójnym półśpiewie i small drumming po paru chwilach przeistaczają się w zmysłowego post-bluesa!

Piątą opowieść (najdłuższą na płycie) rozpoczyna jednoczesny chrobot gardła i werbla. Wejście tenoru determinuje wzrost dynamiki, a poziom emocji w ułamku sekundy osiąga poziom krzyku. Tuż potem krótki epizod w duecie John i Gino, a w ramach komentarza – cudowna eksplozja dźwięków w gardle Phila. Wreszcie faza zmysłowej medytacji grupowej: saksofon stęka, głos szumi, perkusjonalia na poły syntetyczne pulsują, a na wybrzmieniu wszyscy generują drony. Brawo! Szósta historia dla odmiany bardzo skondensowana – elektroakustyka, stemple sopranu, śpiew szeroką skalą (!) i … akustyczne dźwięki piana. Ten ostatni instrument, bystrymi preparacjami, wprowadza nas do kolejnej komnaty pełnej dźwiękowych cudów. Akustyczne zabawy w pobliżu ciszy: szum z gardła, ptasie zaloty saksofonu, gołe struny – ethno free improv! Po chwili zwinne przejście w gęstszą sieć preparacji – maszyna ssąco-tłocząca w fazie pracy organicznej, garść elektroakustycznych niespodzianek! Ósma historia trzyma post-industrialną poświatę – szumy, gwizdy, krowie pomruki (raczej ze strony Gina!). Pomysł zdaje się gonić pomysł, a zabawa nie mieć końca.

Dziewiąta improwizacja ma być może za zadanie gasić emocje – dzwonki, spirytualne wyniesienie, jęki skazańca i saksofon niechybnie spóźniony na ceremonię. Trochę drummingu w ramach podniesienia temperatury, plamy preparacji, ale tempo definitywnie w konwencji very slow motion. Cóż zatem czynić, trzeba uderzyć w dzwony i upuścić trochę krwi. Od razu lepiej! Butcher dynamicznie podskakuje na tenorze, Robair coś równie ekspresyjnie ugniata na werblu, Minton gdacze i pogwizduje. Muzycy budują posuwiste strumienie dźwiękowe, charczą i imitują się wzajemnie, znów szukają bluesa i znów go odnajdują. Na poły rytmiczny szum sprawnie podprowadza muzyków pod pieśń zamknięcia. Tuba saksofonu szumi, głos wydaje dźwięki jakby półscatem, werbel trzeszczy, a wszystko to w poszukiwaniu utraconej przed wiekami melodyki. Na ostatniej prostej salwy emocji, no i burza jedynie wirtualnych oklasków, wszak z muzykami nie ma publiczności.




Thomas/ Butcher/ Solberg ‎ Fictional Souvenirs  (Astral Spirits, Cassette/CD 2019)

Wracamy do Iklectik! Znów lipiec 2017 roku i kolejna trójka improwizatorów, co to z niejednego pieca chleb jedli: Ståle Liavik Solberg – perkusja i instrumenty perkusyjne, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy oraz Pat Thomas, którego znamy głównie jako pianistę, ale który także (to jakaś plaga!) lubi otaczać się dziwnymi przedmiotami, które wydają dźwięki, na ogół syntetyczne, zatem cytując wprost z okładki płyty, będzie produkował fonię korzystając z przedmiotów o nazwach: Moog Theremini oraz iPad Based Electronics. Koncert podzielony na sześć części trwa prawie 50 minut.

Ilustracyjna, nieco oniryczna elektronika buduje klimat otwarcia, pomiędzy jej zęby wplata się skromny drumming. Pomruki saksofonu sopranowego stają się naszych udziałem dopiero po upływie dwóch minut. Od samego startu koncertu Thomas lubi wtrącać do narracji drobne dźwięki ze swoich elektronicznych zabawek, często się popisuje, nie bywa jednak nadmiernie inwazyjny, choć wtręty rytmicznego techno w bystry flow improwizacji mogą być uznane za zbyteczny mezalians. Butcher początkowo zdaje się pozostawać w opcji separatystycznej do aktywności Thomasa, ale po kilku okrążeniach, daje się wciągnąć w ten wrzący tygiel zaskakujących pomysłów dramaturgicznych. Podobnie zachowuje się Solberg. Szczęśliwie, dla jakości koncertu, już w drugiej jego części wątpliwości obu muzyków pękają niczym bańka mydlana. Nie brakuje w niej krótkich chwil ciszy, elektroakustycznej zabawy w żywe i syntetyczne perkusjonalia. Saksofon tenorowy kupuje ten deal i snuje spokojne, wyważone pasaże.

Zupełnie niepostrzeżenie muzycy przechodzą do środkowej fazy koncertu, którą z perspektywy całości uznać winniśmy za zdecydowanie najbardziej udaną. Część trzecią rozpoczynają małe perkusjonalia, sycząca elektronika i upodabniające się do tej drugiej prychy i przedechy z tuby i wilgotnych dysz tenoru (typical beauty of Butcher!). Świetną zmianę daje Solberg, nad wyraz subtelny zdaje się być Thomas. Dobra komunikacja w grupie powoduje, iż faza call & responce okazuje się wyjątkowo udana. Po niej dronowe preparacje, które trzymają poziom. Na finał odcinka jakby nowy wątek ciekawie kontrapunktowany repetycją elektroniki. Czwarta część jeszcze bardziej zanurza się w szczegóły. Syntetyka syczy i szeleści, niczym samo zło, saksofon sopranowy pętli się i buduje długie frazy, talerze perkusyjne brzęczą i rezonują same ze sobą. Emocje rosną, dynamika także, choć tempo wcale nie wydaje się szczególnie wysokie. Recenzent notuje na boku, iż to pewnie najlepszy moment koncertu. Niechybnie ma rację.

Piąta część, mimo asysty dobrego percussion, początkowo ginie w elektronicznej kotłowaninie. Dysonans brzmienia, rozterki serca. Butcher ratuje sytuację delikatnie wchodząc w interakcje z jednym i drugim. Mistrzowskie wyczucie dramaturgiczne Johna czyni tu niemal cuda – łagodny dialog dęciaka z elektroniką wysokich częstotliwości wyprowadza narrację na prostą, a nadprogramowej jakości dodają jej ornamenty perkusyjne, podawane jakby zza kulis, ale wyjątkowo trafne i świetnie skorelowane z tym, co na scenie. Tymczasem Thomas nie może nie pokazać nam kilku kolejnych syntetycznych zabawek w akcji. Niespodziewanie jednak milknie, robiąc miejsce na krótki, ale jakże błyskotliwy duet akustycznych instrumentów. Brawo Wy! Zakończenie utworu robi się prawdziwie free jazzowe, inkrustowane gwoździami elektroniki. Ostatni akord koncertu otwiera dość rozbudowane intro Solberga. Thomas proponuje dźwięki, które przypominają instrument strunowy. Butcher miłośnie parska i uśmiecha się od prawej do lewej. Improwizacja nabiera nieco onirycznych barw. John buduje flow, Pat stoi z bloku, a z odsieczą idzie Ståle (good boy!). W końcu cała trójka bierze się do bardziej zdecydowanych działań, przez ułamek sekundy wręcz tańczą walczyka (!). Ostatnia prosta brzmi jednak jak kosmodrom. Thomas jest czujny i po swojemu kończy album, który oddany w ręce dobrego mix-mastera dałby się z pewnością zredukować z bardzo dobrych 50 minut do 35-40 minutowej perełki.



piątek, 7 października 2016

John Butcher! Ståle Liavik Solberg! – jesienny powiew świeżości, czyli .. jak pięknie, że już pada


Po tropikalnym, jak na krajowe warunki wrześniu, nowy miesiąc pokazał nam miejsce w szeregu. Jak zaczęło padać ostatniej niedzieli, to póki co, jeszcze nie przestało. I nawet te nanosekundowe chwile bez deszczu, z odrobiną słońca, mają jakiś ironiczny wymiar.

Odczarujmy złą aurę! Sięgnijmy po krążek zatytułowany na tyle przewrotnie w kontekście sytuacji pogodowej, że po jego odsłuchu musi wydarzyć się coś pozytywnego!

So beautiful, it starts to rain!

Londyńska scena klubu Café Oto (znów tam jesteśmy!?!), sierpień roku ubiegłego i dwóch pełnokrwistych facetów, którzy czekają, by wydobyć z siebie pierwszy dźwięk. Ten pierwszy, zdecydowanie starszy i bardziej doświadczony, przy okazji obywatel Zjednoczonego Królestwa, nazywa się John Butcher i zagra na saksofonie tenorowym i sopranowym. Ten drugi, nieco wyższy - w paszporcie ma wpisane Ståle Liavik Solberg i jest poddanym Króla Norwegii - siedzi za zestawem perkusyjnym, uzupełnionym o kilka niezbędnych przedmiotów do generowania nieoczekiwanych dźwięków.




Jeśli pamięć Waszego recenzenta nie szwankuje, Panowie Ci spotykają się w okolicznościach muzycznych po raz pierwszy. A zatem szanse na odrobinę świeżości w zadęciu, szczyptę nieoczywistości w dewastowaniu werbla i talerza, czy zmyślne reakcje na kontrowersyjny pomysł partnera, zdają się być ponadnormatywne.

Od razu uprzedźmy przebieg wydarzeń. Po 35 minutach odsłuchu tego nieprzerwanego ciągu dźwięków, z radością skonstatujemy, iż szanse owe zostały w pełni wykorzystane (o tak, Derek Bailey zza grobu unosi kciuk w geście tryumfu!).




A przebieg wydarzeń jest następujący: Od pierwszego westchnienia na scenie, Solberg drąży kanał, ewidentnie chce się przebić do Śródmieścia. Uklepuje grunt seriami nieoczywistych uderzeń, jest dynamiczny i odrobinę molekularny. Butcher całuje kryształ, jęczy i wibruje, chyba bada wytrzymałość perkusyjnej tekstury. Szorstki flow jego tenoru przypomina lot zmutowanego czmiela, który goni miniaturowe stado bawołów. Pięści każdy dźwięk i zdecydowanie szuka swojego terytorium. Solberg daje radę ogarnąć całość i spokojnie tyczy granice przyzwoitości dla tej improwizacji. Niczym jurny nosorożec, kopytami znaczy teren. Talerzykuje, łyżeczkuje, poleruje. Butcher chwyta za sopran i bezceremonialnie sięga dna, w momencie, gdy bębny krążą już pod sufitem, zdzierając pajęczyny z nieodkurzanych od lat narożników. Dynamika koncertu łapie ciekawią arytmię. Muzycy wchodzą sobie w drogę, kolektywnie skowycząc i ocierając się o siebie, jakby byli w okresie godowym. Z każdą chwilą rośnie w nas przekonanie, że jesteśmy we właściwym czasie, w równie odpowiednim miejscu. Podobnie rzecz się ma z formą muzyków. Jadą w górę windą bez stacji pośrednich. Gdy na horyzoncie pojawia się perspektywa finału tej zabawy, zaczynają kwilić jak trusie, toczyć ptasi dialog bez potrzeby puentowania. Saksofon stawia stemple, a perkusja rytualnie obiega jego ślady. Po obu stronach sceny oczywistym staje się przekonanie, że John Butcher jest w stanie zagrać każdy dźwięk. Solberg też ma tego świadomość, co więcej – jest przygotowany na każdą ewentualność sceniczną i nie zawodzi w jakimkolwiek momencie. Bez dyskusji - Ci dwaj faceci na scenie Cafe Oto świetnie sobie ze sobą radzą!

Otwieramy oczy. Łapiemy oddech. Nie pada!!!!! Cud jest naszym udziałem.


****

Płyta duetu John Butcher/ Ståle Liavik Solberg So beautiful, it starts to rain, ukazała się dwa tygodnie temu, nakładem wydawnictwa Clean Feed. Składa się z jednej, 35-minutowej improwizacji, która na potrzeby słuchaczy została podzielona na nośniku cyfrowym na trzy części. Ich tytuły też są efektem sztucznego podziału tytuły całej płyty.

Powyższe skromne review najnowszej płyty z udziałem Johna  Butchera, uzupełnijmy o garść informacji o innych jego aktualnych aktywnościach. Od kilkunastu tygodniu są już z nami, rozkochanymi w wolnej improwizacji, dwa inne koncerty Johna Butchera z Cafe Oto. O nagraniu tria The Apophonics 27.11.13 pisałem nie dalej, jak w ubiegłym tygodniu. Warto zatem wspomnieć o innym wydawnictwie otorokowym, wyposażonym w przenikliwy tytuł Quintillions Green. Stanowi ono dokumentację spotkania saksofonisty z Fredem Frithem (gitara) i Teresą Wong (wiolonczela, głos), poczynionego jesienią ubiegłego roku. Pięć improwizowanych fragmentów, trwających prawie 100 minut. Jak tylko poznam te dźwięki, natychmiast podzielę się wrażeniami.

Z mrowieniem w kręgosłupie oczekiwać także będę na edytorski efekt koncertów, jak będą miały miejsce w tym miesiącu na Półwyspie Iberyjskim (m.in. Festiwal w Coimbrze). Zagra tamże frapujący kwartet w składzie - John Butcher/ Agusti Fernandez/ Hugo Antunes/ Roger Turner. Ta piorunująca mieszanka muzycznych osobowości winna nas połechtać doskonałymi dźwiękami.




Na koniec zostawmy już njusy i sięgnijmy po pewien starszy krążek autorski Butchera. W latach 1996-98, czyli trzy epoki kamienia łapanego temu, nasz ulubiony fizyk-saksofonista popełnił kilka sesji duetowych i solowych, które w niedługim czasie znalazły się na płycie o niezbyt odkrywczym tytule Music on Seven Occasions (Meniscus, 2000). Aż osiemnaście wyjątkowo dosadnych i smakowitych przy okazji miniatur free improv. Wśród zaproszonych na sesję gości odnajdujemy naszych dobrych znajomych: Gino Robaira, Veryana Westona, Thomasa Lehna, Johna Corbetta (amerykańskiego gitarzystę; nie mylić z angielskim trębaczem Jonem Corbettem), Jeba Bishopa, Freda Lonberga-Holma i Michaela Zeranga. Skład uzupełniają Alexander Frangeinheim (kontrabas) i Terri Kapsalis (skrzypce). Jeśli z jakichś istotnych względów pragniecie posiadać tylko jedną płytę genialnego Johna Butchera, to ten krążek nada się znakomicie.


czwartek, 29 września 2016

OtoROKU kontratakuje! czyli przegląd nowości koncertowych z Cafe Oto


Podtytuł Trybuny Muzyki Spontanicznej – nie przez przypadek będący parafrazą wybitnej powieści G.G. Marqueza – codziennie konstytuuje się ilością wydawnictw z muzyką improwizowaną, jaka wszelkimi dostępnymi kanałami trafia do naszych uszu.

Czasy nadprodukcji dźwięków niechybnie zobowiązują. A kolejnym dowodem na to, że w zasadzie każdy koncert free improv godny jest wydania płyty, niech będzie inicjatywa edytorska londyńskiego klubu Cafe Oto, zwana marketingowo OtoROKU, która skutecznie zalewa nasze odtwarzacze nową muzykę, przy okazji dość regularnie trafiając na te łamy. Tylko w okresie późnoletnim do mych uszu dotarło siedem nowych wydawnictw tejże inicjatywy. Co gorsze, prawie wszystkie zawierają…. doskonałą muzykę!

A zatem dość już tej wolty zmanierowanego recenzenta, czas najwyższy parę słów o tych nowych otorokowych płytach opowiedzieć.


Seymour Wright/ Evan Parker/ Rie Nakajima  23.2.16 Evan Parker, 1.3.16 Rie Nakajima

Nie dalej, jak kilka miesięcy temu trafiła do nas studyjna dokumentacja spotkania dwóch saksofonistów brytyjskich, Wrighta i Parkera (Tie Stone To The Wheel, Fataka). Dziś spotykamy się z nimi w Cafe Oto, na wydawnictwie, którego tytuł stanowi przy okazji datę rejestracji nagrania. Pod jednym numerem katalogowym, dostajemy jeszcze inny duet Seymoura Wrighta, tym razem z japońską operatorką amplifikowanych przedmiotów nieinstrumentalnych, Rie Nakajimą (jak wynika z tytułu, ten koncert odbył się tydzień później).




Oba koncerty łączy nazwisko saksofonisty, muzyka wszakże na nich poczyniona jest od siebie estetycznie bardzo odległa. Gdy spotkanie z wyjątkową postacią, jaką jest Evan Parker, jest typowym sonorystycznym zwarciem, w stylistyce głębokiego free improv, o tyle spotkanie z japonką jest już improwizacją na styku dekonstruującej elektroniki i nieco pokrętnie rozumianej kameralistyki. I to właśnie ta druga okoliczność wskazuje, jak silnie poszukującym i nie ulegającym prostym klasyfikacjom muzykiem, jest Seymour Wright. To par exellance improwizator, z którym wejście w odpowiedni tembr konstruktywnego dialogu nie jest czynnością oczywistą nawet dla takiego maga jak Evan Parker. To spotkanie, to być może największe współczesne wyzwanie dla mistrza swobodnej improwizacji. W odsłuchu zalecam dużą koncentrację i skupienie się na detalach, tak by móc czerpać z tego niespełna 40-minutowego koncertu odpowiednią porcję akustycznej przyjemności.

Drugi koncert jest na tyle odległy gatunkowo od pierwszego, że po prawdzie winien ukazać się osobno. Podoba mi się takie granie, cenię podobne brzmienia i lubię ten gorzki odczyn nieprzewidywalności improwizacji, odległej od skal jazzowych o kilka długich galaktyk.


The Apophonics (John Butcher, John Edwards, Gino Robair)  27.11.13

Trzej wymienieni wyżej, wyjątkowej klasy improwizatorzy, spotykali się razem w wielu miejscach, na niezliczonej ilości płyt, na ogół w zestawach dwuosobowych (archiwa Trybuny mają na to sporą liczbę dowodów). Jakkolwiek we trójkę, fonograficznie ujawnili się światu dopiero po raz drugi. Na potrzeby wydawcy przyjęli oni pierwotnie nazwę The Apophonics i w tej wersji zameldowali się na scenie free improv, całkiem niedawno, doskonałym, studyjnym krążkiem On Air (Weight Of Wax, 2013).




Teraz spotykamy ich w Cafe Oto, mniej więcej półtora roku później, w równie doskonałej formie (tytuł podpowiada nam punkt na osi czasu). Jeśli odnieść ten koncert do incydentu studyjnego, należy zwrócić uwagę na nieco inną technikę gry Gino Robaira. Ten perkusjonalista zwykł określać swój zestaw instrumentalny mianem energetyzujących powierzchni (i jest to celne określenie, gdyż na ogół uzyskuje on dźwięki dzięki pocieraniu membran i wzmacnianiu sygnału). Tu, w Cafe Oto, konglomerat akustyczny, jaki dostarcza on genialnie improwizującym, saksofoniście i kontrabasiście, bardziej przypomina … grę na perkusji. Być może ginie gdzieś ulotność i wyjątkowość jego muzycznej kreacji, ale całość koncertu zyskuje na komunikatywności i wpada w obszar naszego zachwytu, bez narażania receptorów słuchu na rozwiązywanie zbyt ciężkiej, intelektualnej łamigłówki. Wyśmienita płyta!


Joe McPhee & Chris Corsano  25.7.12

Kolejny otorokowy świeżak, to lipcowy koncert sprzed czterech lat, freejazzowego saksofonisty weterana Joe McPhee i  skromnego aspiranta tuż po czterdziestce, wszakże doświadczonego artystycznie na niejednym polu muzyki współcześnie pojmowanej, perkusisty Chrisa Corsano.

Gdy wrzucam do odtwarzacza muzykę McPhee (po prawdzie ostatnio robię to dużo rzadziej niż onegdaj), zawsze targają mną pewne ambiwalencje. Z jednej strony dorobek artystyczny i pozycja na scenie muzyki free tego Pana nie podlega jakimkolwiek negocjacjom, z drugiej jednak, jego maniera improwizacyjna, polegająca bardzo często na niedopowiadaniu fraz, czy niespodziewanych chwilach zadumy w trakcie … ekspresyjnej galopady dźwięków, sprawia, że nasza miłość jest trudna i miewa chwile rozterek, tudzież szczerych wątpliwości.




Nie mniej, akurat spotkania Joe z Chrisem, których kilka miało miejsce w ostatnich latach, to przykład na muzykę, która nie dostarcza aż takich ambiwalencji. Myślę, że sprawcą tego stanu rzeczy jest ten młodszy. Corsano, doskonały i wszechstronny improwizator, jest też facetem, który lubi głośne i dynamicznie granie. To on sprawia, że … chwile zawieszenia w muzyce Joe trwają krótką i nie wywołują poczucia nudy w uszach Waszego recenzenta.

Spotkanie w Cafe Oto, wszystkie te aspekty uwzględnia. Są erupcje free, są chwile zadumy, jakkolwiek ich proporcje cieszą mnie szczerze. Muzycy z każdą chwilą koncertu nabierają wigoru i ochoty na więcej. W piątym i szóstym fragmencie (łącznie ponad 30 minut) wchodzą w pewien rodzaj estetycznego rozwibrowania, które – mimo, iż nie jest galopem ku wiecznej ekstazie – być może stanowi najlepszą część tego bardzo udanego koncertu. I od razu zaznaczmy, że czynnym sprawcą owego rozwibrowania jest przede wszystkim genialnie kontrapunktujący perkusista (dzwonki, talerze, inne przedmioty…).


6ix  Nothing More

Dzisiejsza opowieść przekroczyła już półmetek, zatem najwyższa pora, by wygodnie zasiąść w fotelach przytulnej, nie nazbyt obszernej Cafe Oto i posłuchać koncertu, który pośród tu omawianych jest zdecydowanie wydarzeniem artystycznym najwyższego lotu.

Na skromnej scenie aż szóstka muzyków (tytuł wykonawczy zatem zasadny): Urs Leimgruber (saksofon sopranowy), Okkyung Lee (wiolonczela), Jacques Demierre (fortepian), Thomas Lehn (syntezator), Roger Turner (perkusjonalia) i Dorothea Schürch (głos). Przyznacie, że towarzystwo bardzo zacne i kompetentne. Słowa komentarza wymaga chyba jedynie Dorothea – szwajcarska improwizatorka o dość ubogim i głównie lokalnym dorobku artystycznym, raczej z obszaru muzyki współczesnej. Pod tajemniczym szyldem 6ix, otorokowy koncert, to drugie ujawnienie tego składu (poprzedniego szukajcie w katalogu Leo Records).




Nic więcej, to dwa fragmenty swobodnej improwizacji, powstałe w listopadzie 2013r., trwające około 40 minut. Lektura składu instrumentalnego, garść oczywistych doświadczeń w obcowaniu z muzyką tych właśnie postaci, a także odrobina wyobraźni, podpowie nam wszystko, co winniśmy wiedzieć o tym nagraniu. Piękna, mnisia, molekularna improwizacja o smakowitych walorach akustycznych, stworzona przez doskonałych instrumentalistów, dodatkowo pozostających owego wieczoru – ewidentnie! – w bardzo dobrej formie. Całość skąpana w dobrze przyprawionym, elektroakustycznym sosie (Lehn!). Oniryczne, wytłumione pasaże saksofonu sopranowego (czy ktoś zna płytę free improv, na której Leimgruber by rozczarował?), kobieca lekkość wiolonczeli, świetny, męski drumming, konsekwentny pianista i … Dorothea w pląsach gębowych, które niczym girlanda, zdobią efekt końcowy. Wyśmienite i ... nic więcej.


Haste (Ingrid Laubrock/ Veryan Weston/ Hannah Marshall)  A Broad Margin

Saksofon, fortepian i wiolonczela na scenie Oto – rzec by można, że poprzednio wysłuchany sekstet, okrojony o trzy głowy, nadal nam muzykuje. Ale tak nie do końca … Haste, to nazwa, którą trójka wykształconych improwizatorów przyjęła na potrzeby nagrania dla Emanem Records (2012).




Po koncercie Ingrid Laubrock, Veryana Westona i Hannah Marshall, z ubiegłorocznej jesieni (znów około 40 minut), oczekiwałbym raczej dynamiki i ekspresji adekwatnej do … pory roku. Zaduma, nostalgia, whatever you want. A tu zaskoczenie, pozytywne – od razu dodajmy! Prawdziwa eksplozja free z etykietą jazz na pełnych prawach. Energia, dynamika, zadziorne improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne, na tyle intensywne, że nawet nie zdążycie butelki czerwonego wina dobrze napocząć, a już muzycy odtrąbią finał. Chciałoby się więcej! Brooklyńska Niemka średniego pokolenia (ostatnio terminuje często u Braxtona), młoda Brytyjka (pamiętamy ją z ostatnich płyt tria, kwintetu i sekstetu Alexa Warda) i jej rodak weteran (tu lista skojarzeń byłaby ogromna, więc sobie odpuszczam) – tygiel godny lepszej sprawy. Duża niespodzianka, jakkolwiek.


Konstrukt & Alexander Hawkins  10.08.15

Z tureckim składem Konstrukt, każdy nawet średnio zaawansowany freejazz fan z pewnością się już zetknął, albowiem mają oni w swoim portfolio płyty z Peterem Brotzmannem i Evanem Parkerem. Tym razem kwartet znad Bosforu dokoptował sobie przy okazji występu w Cafe Oto, młodego, brytyjskiego pianistkę Alexandra Hawkinsa (ten też ma już płytę z Evanem Parkerem na rozkładzie, nawet w tym roku).




Turecki ansambl jest kwartetem elektrycznym (dęciaki, gitara, gitara basowa i perkusja, również elektroniczna, także sporo drobnych dodatków instrumentalnych, skutecznie obezwładniających przestrzeń akustyczną koncertu), który co prawda z walorów mocy swego instrumentarium nie korzysta z przesadą (chciałem powiedzieć, że wcale nie grają aż tak głośno), ale w efekcie końcowym ich propozycji, trudno mi się doszukiwać wrażeń, które sprawią, że o tej muzyce będę miał ochotę myśleć w kontekście kolejnego odsłuchu. Młody, akustyczny (!) pianista gra tu ciekawie i nawet udanie wgryza się w fakturę kwartetu (stosunkowo po drodze mu z saksofonem), ale nie wnosi do obrazu całości iskry czegoś szczególnego. Nagranie jest długie (prawie 90 minut), co też nie sprzyja wysokiej ocenie tego koncertu. No cóż, nie zawsze świeci słońce w Cafe Oto.


John Tchicai/ Tony Marsh/ John Edwards  27 September 2010

Na sam juz koniec wizyt w Cafe Oto, skromny koncert funeralny. Tak się bowiem składa, że dwie trzecie tria Tchicai/ Marsh/ Edwards nie gra już z nami od kilku lat, zatem ich występ nie mógł mieć w nazwie dat ‘15, ani tym bardziej ‘16.




Spory fragment historii europejskiego free jazzu jakkolwiek pojawił się na scenie Cafe Oto, owe sześć lat temu. Muzycy zagrali trzy kwadransie zgrabnego zestawu dźwięków w jednym odcinku czasowym. Od razu dodam, że Tchicai nigdy nie należał do moich ulubieńców (rodzaj saksofonisty, którego intencje artystyczne bywały dla mnie na ogół niejasne), nawet wtedy, gdy pół wieku temu rył zręby sceny free na Starym Kontynencie. Ten koncert w sumie to potwierdza. Jeśli znajdę w przyszłości powód, by wrócić do tego nagrania, to będzie on związany jedynie ze … świetną gra sekcji Edwards-Marsh. Ale to sumie żadne odkrycie.
  

Jeśli w przypływie ignorancji, pomyślicie, że wyżej omówione pozycje to wszystkie nowości OtoROKU, wiedzcie, że błąd Wasz jest kardynalny. Po szczegóły nie odsyłam tym razem na stronę wydawnictwa (jest ona cokolwiek chaotyczna i niespójna), a na niezastąpiony discogs.com. Po wygooglaniu nazwy wydawnictwa, dowiecie się o kolejnych ciepłych koncertach, dostępnych w różnych formatach (na ogół plikach), takich wykonawców, jak Eddie Prevost, Okkyung Lee, Mark Sanders, John Butcher, Fred Frith, Roger Turner, Dominic Lash, czy Angharad Davies, wymieniając jedynie tych, których personalia są mi ogólnie znane. A zatem do odsłuchu, a w przypływie szaleństwa, także na zakupy!

poniedziałek, 14 marca 2016

John Butcher – siedemnaście mgnień (nadchodzącej) wiosny, czyli przegląd płyt wg klucza osobistego


Prezentując na Trybunie kolejne opowieści o wyjątkowych muzykach sceny free improvisation, dobieram do nich pozycje wydawnicze kierując się na ogół jakimś kluczem, związanym bezpośrednio z samym artystą (roczne, czy dekadowe podsumowanie, płyty znaczące w dorobku etc…).

Dziś – przedstawiając siedemnaście pozycji z bogatego dorobku jednego z moich absolutnych faworytów, angielskiego saksofonisty Johna Butchera – jedynym kryterium wyboru akurat tych płyt jest fakt, iż… kupiłem je w okresie ostatnich trzech miesięcy, a nie wspomniałem o nich dotąd słowem na tych łamach. Są świeże i pachnące na mojej półce, a ja wciąż nie mogę się nimi w pełni nacieszyć (z braku czasu, głównie).


Klasyczne męskie trójkąty

Butcher/ Müller/ van der Schyff  ‎ Way Out Northwest  (Drip Audio, 2008); Way Out Northwest  ‎The White Spot  (Relative Pitch Records, 2012) – nieczęsta okazja wsłuchiwania się w saksofonowe pasaże Butchera w towarzystwie dorodnej, jazzowej sekcji, tu akurat w wersji kanadyjskiej (aczkolwiek jeśli ktoś nazywa się Müller, to niechybnie musi być Niemcem, jednak tu: rezydującym w kraju klonowego liścia; zetknęliśmy się z nim ostatnio w epizodzie o Günterze Christmannie). To właśnie on jest tu poniekąd postacią centralną. Świetnie brzmi i niejednokrotnie wiedzie prym w improwizacyjnych zabawach trojga przyjaciół. Dodam, że drugie ujawnienie tego tria ukazało się już pod tytułem wykonawczym Way Out Northwest, co sugerować może artystyczny ciąg dalszy. Nie mamy nic naprzeciw. Rasowe granie!




John Butcher/ Guillaume Viltard/ Eddie Prévost  ‎Meetings With Remarkable Saxophonists - Volume 2 (Matchless Recordings, 2012) – kolejne, ewidentnie jazzowe trio, w ramach cyklu wydawniczego Spotkania ze znaczącymi saksofonistami, realizowanego przez wyśmienitego perkusistę Eddiego Prevosta. W tle miarowy walking kontrabasisty (po prawdzie niczym nas nie zaskakuje; należałoby dodać „niestety”), a na przedzie bardzo stonowane dialogi z lekka wyciszonego Butchera i „robiącego swoje” Prevosta. Nie jest to pozycja, o której będziemy opowiadać naszym wnukom, ale słucha się tego z dużą przyjemnością.




Układ z pałkami

John Butcher/ Mark Sanders ‎Daylight (Emanem, 2012) – konkretny dialog pewnego siebie saksofonisty z bardzo precyzyjnym dramerem. Dwie okazje koncertowe sklejone przez Martina Davidsona na jednym dysku. Ta pierwsza momentami dyskretnie dynamiczna, druga dużymi fragmentami uciekająca w klimaty sonorystyczne. Miód, malina.


Figury z pianistami

John Butcher/ Christoph Irmer/ Agustí Fernández  Clearings (ART.CappuccinoNet, 2004) – bodaj jedyne, jak dotąd, spotkanie Johna z Agusti Fernendezem. Po odsłuchu nie mogę zrozumieć, dlaczego jedyne. Rozumieją się bez słów, a pośród nich delikatnie pląsają skrzypce (bez amplifikacji) niemieckiego chowu, dzierżone w dłoniach przez niejakiego Christopha Irmera. To on zdaje się być inicjatorem tego wyjątkowego spotkania, także rejestracji i wydania koncertu. Nic więcej nie wiem o Irmerze, ale ten jeden incydent free improv będzie mu zapamiętany po wszeczasy.



John Butcher/ Georg Graewe  Light's View  (Nuscope Recordings , 1999) – spotkanie z pianistą, który jak wielu w tym fachu miewa natręctwa, niedopuszczające czasami grających z nim muzyków do głosu. Tu jednak, o dziwo, panuje absolutne partnerstwo, co więcej w piętnastu drobnych miniaturkach free improv odnajdziemy momenty, gdy to Butcher zagadał pianistę. Jedna z nielicznych płyt niemieckiego pianisty, która naprawdę mi się podoba. Butcher – dosadny w muzycznych paralelach, bywa nawet głośny. Niespodzianka!



John Butcher/ Thomas Lehn/ John Tilbury  ‎Exta  (Fataka, 2013) – wszyscy, którzy znają minimalistyczną pianistykę Johna Tilbury’ego, wiedzą, że nie ma saksofonisty, któryby przy nim nadmiernie sobie pohasał, innymi słowy, wydobył z siebie więcej niż jedną oktawę na godzinę lekcyjną. To akurat naszemu bohaterowi w ogóle nie przeszkadza. Ale a propos przeszkadzania – tu mamy trio, zatem w dobrze koegzystujący duet Butcher-Tilbury (grali razem choćby na dwóch płytach AMM), wdziera się Thomas Lehn i jego dość jednak uciążliwa analogowa elektronika. Wychodzi z tego ponad godzinnego spotkania dokumentacja fonograficzna, którą nie wiem do końca gdzie upchnąć (i nie chodzi mi wcale o miejsce na półce), ani z czym pożenić. W sumie bez emocji.


Swarne skrzypeczki

John Butcher/ Phil Durrant/ Peggy Lee Intentions  (Nuscope Recordings, 2001) – urocze trzyosobowe spotkanie przy świecach. Saksofony mistrza (jak zwykle tenor i sopran) w towarzystwie całkowicie akustycznych skrzypiec i wiolonczeli. Brzmi nieziemsko (świetna produkcja kanadyjska, mastering amerykański). Dziesięć nieśpiesznych improwizacji trwających niespełna godzinę zegarową. Butcher z Durrantem wydali mnóstwo płyt (pamiętacie trio z Johnem Russellem?), ale tak smakowitej, jak w towarzystwie tej drobnej, skośnookiej wiolonczelistki z Ontario, chyba nie znajdziemy. Czym prędzej przystawić do ucha i pozostać w tej pozycji, zwłaszcza po zachodzie słońca!




John Butcher/ Phil Durrant  Secret Measures (Wobbly Rail , 1998) – jako przeciwwaga dla wyżej omówionej płyty, tak by nam za słodko nie było, przywołajmy o kilka lat starszy duet Butcher-Durrant. Saksofony niby te same, ale już jurne skrzypeczki zamieniają się w ścianę elektronicznego dźwięku i robi się bardzo konkretnie, cokolwiek zadziornie. To być może jedna z trudniejszych w odbiorze (akustycznym!) płyt Butchera. Ale wytrwali dadzą radę! Próbujmy do skutku.


Powierzchnie trące

Derek Bailey/ John Butcher/ Gino Robair Scrutables (Weight Of Wax , 2011) – nie pierwsze już spotkanie Butchera z Derekiem Baileyem, ale znów godne najwyższych zachwytów! W roli wspomagającej, ale jakże konkretnie, wyjątkowy perkusjonalista Gino Robair, który nie zwykł określać instrumentu, na którym gra, tradycyjnym percussion, ale często zwie to np. energised surfaces i po prawdzie tak właśnie jest. Bębny oplecione stertą kabli potrafią brzmieć diabelsko (energetyzujące powierzchnie trące w ataku!). Rejestracja studyjna z roku 2000. Przywołanie daty jest tu dość istotne,  gdyż w mojej ocenie nie wszystkie produkcje Baileya z ostatnich lat życia były szczególnie udane (choroba, która zakończyła jego żywot w 2005r. uniemożliwiała mu z czasem prawidłową grę na gitarze). Tu jest absolutnie inaczej – doskonałe nagranie, niebywała energia i emocje, będące udziałem wszystkich muzyków.




The Apophonics On Air (Weight Of Wax, 2013) – znów Butcher w konstruktywnym zderzeniu z amplifikowanymi powierzchniami Robaira, tym razem z udziałem wyśmienitego kontrabasisty Johna Edwardsa. Okoliczność studyjna z 2012. Nie sposób nie wrzucić tego nagrania do przegródki z wyjątkowo wartościowymi incydentami artystycznymi w życiu całej trójki. I tak też czynimy.



John Butcher/ Gino Robair New Oakland Burr (Rastascan, 2004);  Apophenia (Rastascan, 2011)  – pozostajemy co prawda w klimatach dwóch poprzednich płyt, wszakże tu napotykamy jedynie surowy duet, bez kolegów, ani koleżanek. W zamian za to saksofony Butchera, a raczej dźwięk z nich wydobywany, zostaje zmyślnie preparowany. W pierwszym przypadku jest wzmocniony i modyfikowany na bieżąco, w trakcie rejestracji nagrania, w drugim - wspomagany całkowicie mechanicznie (with motors), dając dość niespodziewane efekty sonorystyczne. Najpierw 40 minut szaleństwa w kilkunastu krótkich odcinkach (uwaga: opis instrumentarium Robaira zajmuje dwie linie tekstu: patrz wyżej), potem mniej niż pół godziny w czterech interwałach. Co za konkret!


Śpiewająco

Phil Minton Quartet  ‎Mouthfull Of Ecstasy (Les Disques Victo, 1996) – po ekscytujących przygodach z gramaturą szorstkich dźwięków, czas na ocean łagodności. Wkroczmy do krainy pląsów słownych. Oto literatura w służbie improwizacji. Doskonały kwartet (obok wokalisty – John Butcher, Roger Turner i Weryan Weston) czyta dosłownie i w przenośni powieść Jamesa Joyesa. Najczęściej Minton recytuje lub nawet śpiewa, a trójka instrumentalistów kapitalnie komentuje (soczyste free improv! – gdyby ktoś miał wątpliwości). Są też fragmenty ostrych gardłowych pyskówek Phila, a wtedy robi się naprawdę gorąco. A gdzie ta łagodność? Żartowałem. Szkoda jedynie, że osobiste ograniczenia w percepcji języka angielskiego nie pozwalają mi eksplorować Ust Pełnych Ekstazy także w ujęciu literackim. Wielka płyta!




Phil Minton/ John Butcher/ Erhard Hirt Two Concerts (FMP, 1996) – znów spotkanie z głosem Mintona, tym razem już wyłącznie w wymiarze dźwięków „nieartykułowanych”. Głos Mintona niejednokrotnie szczytuje, Butcher spokojnie dopowiada swoje kwestie na saksofonie, tylko gitarzysta (Hirt) nie do końca zna rolę. W sumie byłby z tego doskonały duet.



Vanessa Mackness/ John Butcher Respiritus (Incus Records, 1995) – niewiele wiem, po prawdzie, o Vanessie, poza tym, że przypomina mi z twarzy którąś ze znanych brytyjskich aktorek (może imienniczka Redgrave?), ale głos ma za to fantastyczny, zarówno wtedy, gdy zdziera tynk ze ściany swym gardłowym jodłowaniem, jak i wówczas, gdy w wysokich rejestrach szuka pracy w lokalnym klubie operowym. Butcherowi w to graj! Smakołyk!



Incydent niesklasyfikowany

John Butcher/ Andy Moor Experiments With A Leaf (Unsounds, 2015) – całkiem zaskakujące spotkania Johna z improwizującym punkowym gitarzystą z kultowego w niektórych kręgach holenderskiego The Ex (choć sam jest Szkotem). Całość ładnie wydana, trwa 30 minut i niech tak zostanie.