Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philipp Ernsting. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Philipp Ernsting. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 marca 2025

Misanthrope in Gut Liver!


Doprawdy trudno dociec, jak to się mogło stać, że album Gut Liver, wydany prawie rok temu, uszedł uwadze naszego recenzenckiego pióra. Ale lepiej późno niż wcale!

Rzeczony krążek, to drugie wydawnictwo tria Misanthrope, które tworzą nasi doskonali znajomi – Portugalczycy, gitarzysta Luis Lopes i basista Gonçalo Almeida oraz holenderski perkusista Philipp Ernsting. I jak świetnie pamiętamy, grają ostrą, psychodeliczną, jazz-rockową improwizację. Jeśli termin power trio potrzebuje we współczesnym świecie nowego wzorca, to jest nim z pewnością owo mizantropijne trio. Zapraszamy na trwającą prawie godzinę zegarową, niesamowitą podróż po kwaśnych zakamarkach jakże tłustych improwizacji! Startujemy!




Album zawiera dwie rozbudowane improwizacje, zarejestrowane na dwóch kolejnych koncertach. Ta pierwsza trwa prawie czterdzieści minut, ta druga z trudem przekracza dwadzieścia. Strumień pieśni otwarcia śmiało wskazuje stylistyczne tropy – fussion, post-jazz, rockowa psychodelia. Muzycy z nieudawanym spokojem kręcą pierwszą tego wieczoru spiralę narracji. Drummer dba o cyrkulacyjną dynamikę, świetnie wtóruje mu basista, a gitarzysta, początkowo delikatnie wycofany, z lubością rzuca się w wir coraz gęstszej opowieści. Każdy z muzyków swobodnie improwizuje, nie szczędzi nam szorstkich melodii i wykoślawionych figur rytmicznych. Pierwsza zmiana ma miejsca w okolicach 8 minuty. Muzycy strzygą uszami, na moment biorą głęboki oddech i bez zbędnej zwłoki aranżują nowe ujęcie. Już bardziej taneczne, rozhuśtane mocą power rockowej energii. Nie brakuje zakrętów, masywnych przełomów i zwinnych galopad. Po upływie kwadransa improwizacja jeszcze bardziej gęstnieje, zaczyna obrastać grubą warstwą kwasu i systematycznie spowalnia aż do momentu, gdy przepoczwarza się w mroczną i niebezpieczną post-balladę. Po kilkuminutowym stand-by basista zaczyna mącić brudną wodę i inicjować nową, jeszcze bardziej demoniczną spiralę przy wydatnym wsparciu perkusisty. Gitarzysta chwilę milczy, po czym wraca z porcją mięsistych sprzężeń. Narracja w mgnieniu oka nabiera wielokolorowej kwasowości i silnej dynamiki. Tuż przed upływem drugiego kwadransa opowieść znacząco spowalnia, a Portugalczycy sprawiają wrażenie, jakby zamienili się rolami – gitara pracuje jak bas, bas zaczyna snuć oniryczną melodię na dewastowanych pick-up’ach. Nim całość obumrze, artyści zdążą jeszcze raz intrygująco zapętlić się, by ostatecznie dokonać żywota na martwej melodii dogasającego basu.

Druga historia, choć w swej początkowej fazie bardzo leniwa, zdaje się mieć flow kroczący. Głęboko skrywany hałas, pewna nieostrożna refleksyjność, oniryczna flauta charakterystyczna dla ciszy przed burzą, pełna suchych melodii i drobnych sprzężeń. Ale spirala zła nakręca się niejako samoczynnie! Bas wpada w kompulsywną repetycję, perkusja obraca się wokół własnej osi, ale mimowolnie dynamizuje strumień narracji, a gitara tonie w sosie gęstniejącej psychodelii. Opowieść nabiera tempa, sztywnieje, przechodzi w stan dramaturgicznej erekcji. W połowie utworu tempo na moment siada, ale w sukurs przychodzą wtedy mocne, rockowe przełomy. Przez kilka chwil sekcja rytmu pracuje samodzielnie. Gitara powraca w post-jazzowym tańcu, potykając się o drum’n’bassowe zasieki. Tymczasem w okolicach 18 minuty muzycy postanawiają zacząć przygotowania się do snu. Leniwe, oniryczne post-melodie gitary, syntetyczne plamy basu i zgliszcza drummingu. Aż po ostatni dźwięk, znów wprost z basowego gryfu.

 

Misanthrope Trio Gut Liver (Cylinder Recordings, CD 2024). Luis Lopes – gitara elektryczna, Gonçalo Almeida – gitara basowa oraz Philipp Ernsting – perkusja. Nagrane w Koffie & Ambacht, Rotterdam (utwór 1) oraz JazzBlazzt, Neeritter (2), Holandia, dwa kolejne dni lutego 2023. Łącznie 58 minut.




niedziela, 30 kwietnia 2023

Spontaniczny maj w poznańskim Dragonie


(informacja prasowa)

 

Wiosenna edycja cyklu koncertowego Spontaneous Live Series, organizowanego przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, wkracza w zasadniczą fazę. Organizatorzy przygotowali na najbliższy miesiąc aż trzy koncerty, w których kilkunastoosobowe grono artystek i artystów zaprezentuje zarówno tzw. autorskie projekty, jak i kilka, ulubionych na tej scenie, formacji „ad hoc”. W trakcie dwóch pierwszych wydarzeń z pewnością dominować będzie estetyka free jazzowa, natomiast podczas ostatniego z zaplanowanych koncertów spodziewać się możemy improwizacji osadzonych częściej w swobodnych, bardziej kameralnych klimatach.





Spontaniczny maj rozpoczniemy w pierwszą niedzielę miesiąca. Po Dragona powróci wtedy jeden z filarów młodej, europejskiej sceny free jazz/ free impro, brytyjski saksofonista pokolenia – Colin Webster. Artysta ten zachwycał poznańską publiczność już dwukrotnie w trakcie Spontanicznych Festiwali – odpowiednio w latach 2018 i 2019. W tzw. międzyczasie grał tu także w duecie z amerykańskim (polskiego pochodzenia) perkusistą Markiem Holubem. I to właśnie w towarzystwie tego ostatniego muzyka saksofonista pojawi się 7 maja na deskach Małego Domu Kultury poznańskiego Dragona.

Tym razem nasi dobrzy znajomi będą uprawiać soczysty free jazz w kwartecie. Skład formacji uzupełnią bowiem argentyńska barytonista Sofia Salvo i niemiecki kontrabasista Jan Roder. Muzycy promować będą swój pierwszy album „Sowieso” nagrany w ubiegłym roku w słynnym berlińskim klubie o takiej właśnie nazwie, a wydany w tym roku na kasecie przez websterowski Raw Tonk Records. Wielkie emocje free jazzu, trud i znój kolektywnej pracy twórczej oraz improwizatorskie popisy – tego możemy być pewni w majowy wieczór w Dragonie! 

https://rawtonkrecords.bandcamp.com/album/sowieso




Kilka dni później zapłoniemy ogniem prawdziwie free jazzowego koncertu dzięki dwóm duetom - portugalsko-holenderskiemu i polskiemu. We czwartek 11 maja w Dragonie zagrają bowiem Hugo Costa na saksofonie altowym i Philip Ernsting na perkusji oraz Tomasz Gadecki na saksofonie tenorowym i Marcin Bożek na akustycznej gitarze basowej (występujący pod artystycznym emblematem „Olbrzym i kurdupel”).

Pomysł organizatorów na kolejny majowy wieczór zdaje się być banalnie prosty: oto dwa ogniste duety swobodnego jazzu najpierw zniszczą nam uszy w dwóch separatywnych setach, potem – oczywiście po raz pierwszy w historii wszechświata – zjednoczą swe siły w jeszcze gorętszym kwartecie. Free jazzowe emocje podane na tacy!

Costa & Ernsting, to free jazzowy duet improwizujący rezydujący w Rotterdamie. Muzycy znani są z wielu projektów i formacji muzycznych, w tym dwóch niezwykle wartościowych artystycznie trzyosobowych składów, które uprawiają improwizacje na skrzyżowaniu wielu gatunków – Albatre i Anticlan. W Poznaniu – jako duet - promować będą swój pierwszy album „The Art Of Crashing”, wydany przez belgijski label A New Wave Of Jazz.

https://newwaveofjazz.bandcamp.com/album/the-art-of-crashing

Olbrzym i Kurdupel - to duet improwizatorów, Marcina Bożka i Tomasza Gadeckiego, który zawiązał się wiosną 2007 roku w Trójmieście. W improwizacji muzycy czują się wolni i niczym nieskrępowani. Ich gra przesycona jest emocjami, które prowadzą w bardzo różne stylistycznie rejony – innymi słowy, każdy ich koncert może być dużym, artystycznym zaskoczeniem. Na początku 2008 roku muzycy zarejestrowali materiał na pierwszą płytę o dźwięcznym tytule "Frrrrr....". W kolejnych latach powstały albumy "Six Philosophical Games", "Work" oraz "In Side Shout" (nagrana z niemieckim perkusistą Willy’m Hanne). Najnowsza płyta, to album DVD "Olbrzym i kurdupel ALEATORYCZNIE" (powstała z towarzyszeniem Orkiestry Teatru Muzycznego w Gdyni).

https://olbrzymikurdupel.bandcamp.com/

 

W ostatnią sobotę maja obejrzymy kolejny koncert … potrójny. Najpierw improwizować będą artystki z Katowic - flecistka Zofia Ilnicka i multiinstrumentalistka Ola Rzepka, potem poznański gitarzysta Paweł Doskocz (tu w wersji akustycznej) i brytyjski altowiolinista Benedict Taylor. Po dwóch duetach z pewnością liczyć będziemy mogli na sklecony „ad hoc” kwartet!

Deski Dragona znają całą czwórkę doskonale. Panie zachwyciły nas na spontanicznych koncertach minionej jesieni (Zofia w festiwalowych składach „ad hoc”, Ola w duecie Perforto), realizują się artystycznie w wielu projektach, nie tylko w sferze muzyki improwizowanej. Taylor, mistrz swobodnie improwizującej altówki, autor wielu płyt i partner niezliczonej rzeszy improwizatorów kreatywnej, młodej sceny europejskiej, był ważną postacią spontanicznego Festiwalu w roku 2019. Wreszcie Doskocz - rezydent i współautor serii, festiwalu, niezwykle ważna postać lokalnej sceny improwizującej. Reasumując, trudno nie być przekonanym, iż będzie to jeden z bardziej ekscytujących wiosennych koncertów spontanicznego cyklu.

https://culture.pl/en/artist/ola-rzepka

https://antennanongrata.bandcamp.com/album/trio-io-new-animals

https://benedicttaylor.bandcamp.com/

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

 

Spontaneous Live Series, Vol. 43

Colin Webster – saksofon altowy

Mark Holub - perkusja

Sofia Salvo – saksofon barytonowy

Jan Roder - kontrabas

7 maja 2023, Poznan, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety do kupienia tu >>> https://tiny.pl/wb7ss

 

Spontaneous Live Series, Vol. 44

Olbrzym i Kurdupel: Tomasz Gadecki – saksofon tenorowy & Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa

The Art Of Crashing: Hugo Costa – saksofon altowy & Philipp Ernsting – perkusja

Ad Hoc Quartet: Gadecki, Costa, Bożek & Ernsting

11 maja 2023, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety będą dostępne wkrótce.

 

Spontaneous Live Series, Vol. 45

Ola Rzepka – fortepian, perkusja, Zofia Ilnicka – flety

Benedict Taylor – altówka, Paweł Doskocz – gitara akustyczna

Ad Hoc Quartet: Rzepka, Ilnicka, Taylor, Doskocz

27 maja 2023, Poznań, Dragon Social Club, Zamkowa 3, Godzina 20.00

Bilety będą dostępne wkrótce.



czwartek, 16 marca 2023

Spontaniczna wiosna w poznańskim Dragonie!


(informacja prasowa)

 

Cykl koncertowy „Spontaneous Live Series”, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, zdecydowanie zapowiada już nadejście wiosny, przynamniej tej muzycznej. Pierwszy z anonsowanych koncertów odbędzie się w ostatnią sobotę marca, a w dalszej kolejności czekają na nas - wydarzenie kwietniowe, aż trzy majowe i efektowny, podwójny finisz w połowie czerwca. Miłośnicy muzyki improwizowanej znów mogą liczyć na wielkie emocje i fantastyczne dźwięki.

Otwarcie wiosny będzie dalece spektakularne, albowiem organizatorzy zapraszają nie tylko na koncert, ale także na projekcję filmu. Do Poznania zawita stała współpracowniczka Paala Nilssena-Love i jego Large Unit, belgijska saksofonistka i klarnecistka Hanne De Backer wraz z multimedialnym projektem g a b b r o, który współtworzą pianista Andres Bral oraz perkusista Raf Vertessen. Artyści najpierw zaprezentują nam film „As We Walk” - rodzaj reportażu z konceptualnego spaceru wzdłuż wybrzeża morskiego Belgii w towarzystwie… wielbłąda, w trakcie którego muzycy improwizują w sytuacjach swobodnie inscenizowanych. Po projekcji filmu muzycy zaprezentują nam improwizowany spektakl w wymiarze jak najbardziej koncertowym.



W warstwie muzycznej improwizacje tria De Backer/ Bral/ Vertessen z jednej strony bazują na mrocznych, dronowych ekspozycjach, tudzież powtarzanych mantrycznie frazach, z drugiej przepełnione są swobodną, post-jazzową narracją, pełną dramaturgicznych smaczków.

Muzycy są w trasie europejskiej przez cały marzec, a poza filmem, promują także swój nowy album „The Moon Appears When the Water is Still”, który swą światową premierę miał pierwszego marca br.

https://hannedebacker.bandcamp.com/

 

Spontaneous Live Series Vol. 41 - Hanne De Backer + g a b b r o: AS WE WALK

Hanne De Backer (saksofon barytonowy, klarnet basowy)

Andreas Bral (fortepian, Indian harmonium)

Raf Vertessen (perkusja)

25 marca 2023 roku, godzina 20.00

Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3

Bilety są już dostępne on-line: https://tiny.pl/w2939

 

*****

 

Znane są także kolejne daty wiosennych koncertów w ramach spontanicznego cyklu. W kwietniu, dokładnie 19-ego dnia tego miesiąca, do Dragona zawita japońska eksperymentatorka, kompozytorka i artystka dźwiękowa Reiko Yamada oraz wrocławski trębacz, kompozytor i improwizator Artur Majewski. Artyści zaprezentują projekt dźwiękowy „Interpreting quantum randomness”, dla którego bazą intelektualną jest fizyka kwantowa i losowość zdarzeń. Współtwórcą przedsięwzięcia jest Maciej Lewenstein, fizyk teoretyczny z Barcelony, ale nade wszystko miłośnik jazzu i muzyki improwizowanej, znany z wielu projektów popularyzujących i wspierających tę muzykę, zarówno w stolicy Katalonii, jak i w Polsce.

W maju wielbicieli muzyki improwizowanej czekają aż trzy spontaniczne wydarzenia. Najpierw w niedzielę 7 maja do Dragona powróci doskonały brytyjski saksofonista Colin Webster, którego znamy z wielu występów w Poznaniu, nie tylko w ramach Spontaneous Music Festival. Tym razem przywiezie on ze sobą międzynarodowy kwartet. Obok alcisty tworzą go Sofia Salvo na saksofonie barytonowym, Jan Roder na kontrabasie oraz Mark Holub na perkusji. Muzycy promować będą swoje pierwsze wspólne nagranie w kwartecie, jakie zarejestrowali w roku ubiegłym w berlińskim klubie Soweso.

Kilka dni później zapłoniemy ogniem prawdziwie free jazzowego koncertu dzięki duetowi portugalsko-holenderskiemu. We czwartek 11 maja w Dragonie zagra Hugo Costa na saksofonie altowym i Philip Ernsting na perkusji. Muzycy znani są z kilku trzyosobowych składów, które uprawiają efektowne improwizacje na skrzyżowaniu wielu gatunków – Albatre i Anticlan. W Poznaniu promować będą swój pierwszy album „The Art Of Crashing”.

W ostatnią sobotę maja obejrzymy koncert … potrójny. Najpierw improwizować będą artystki z południa Polski - flecistka Zofia Ilnicka i multiinstrumentalistka Ola Rzepka, potem poznański gitarzysta Paweł Doskocz (tu w wersji akustycznej) i brytyjski altowiolinista Benedict Taylor. Po dwóch duetach z pewnością liczyć będziemy mogli na sklecony „ad hoc” kwartet! Deski Dragona znają całą czwórkę doskonale, zatem jesteśmy pewni, że będzie to jeden z bardziej ekscytujących wiosennych koncertów spontanicznego cyklu.

W czerwcu, już u progu lata, czekają nas dwa koncerty. Najpierw 16 czerwca kolejny tej wiosny międzynarodowy kwartet – wokalistka Almut Kühne, pianistka Jordina Millà, kontrabasista Gonçalo Almeida oraz perkusista Wieland Möller. Wiele wskazuje na to, iż będzie to swobodnie improwizowana kameralistyka najwyższych lotów. Kontrabasistę znamy w Poznaniu doskonale, z kolei pianistka, to jedna z najciekawszych postaci preparowanego fortepianu Półwyspu Iberyjskiego.

Spontaniczną wiosnę w Dragonie zakończymy definitywnie 21 czerwca spektaklem elektroakustycznym. Na scenę Małego Domu Kultury powróci francuska artystka dźwiękowa Laure Boer, która na ostatniej edycji Spontanicznego Festiwalu pokazała, iż nie ma dla niej przedmiotu, który nie generował był intrygujących dźwięków. Tym razem swój niezwykły performance zaprezentuje w towarzystwie muzyka o podobnej proweniencji stylistycznej – Michała Krajczoka.

 


piątek, 13 stycznia 2023

A New Wave Of Jazz’ fresh outfit: Dandelion! The Art Of Crashing! Good To Be Back In Reality! Stochastic Regions!


Belgijski label A New Wave Of Jazz pracuje równo i wytrwale, każdego roku dostarczając miłośnikom wolnej improwizacji kilka łakomych kąsków. Dokonania stajni Dirka Serriesa śledzimy od początku jej istnienia, zatem nasi Czytelnicy znają każdą płytę wydaną z logo NWOJ.

Dzisiejsze spotkanie obejmie dwie jesienne premiery kompaktowe wydawnictwa, a także dwie kasetowe świeżynki, które światło dzienne ujrzały pod koniec lata zacnego roku ubiegłego. Na czterech albumach odnajdujemy jedno trio i aż cztery duety, albowiem druga z kaset ma charakter splitowy, zatem na każdej ze stron tego wyśmienicie nobliwego i jakże archaicznego, tudzież nieporęcznego nośnika pomieszczono różne nagrania. Szefa labelu znajdujemy na nagraniu trzyosobowym (tu definitywnie najciekawszym, które bez trudu trafiło na naszą coroczną listę rzeczy wartych zapamiętania) oraz na dwóch ostatnich duetach. Poza nim, na omawianych płytach zagrają dla nas sami dobrzy znajomi - z Wielkiej Brytanii, Belgii, Holandii i … Portugalii.



Dandelion by Jackson, Serries & Vanderstraeten

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, październik 2021: Tom Jackson – klarnet, Dirk Serries – gitara akustyczna oraz Kris Vanderstraeten – instrumenty perkusyjne, perkusja. Pięć improwizacji, 42 minuty.

Dość jeszcze młody Anglik i dwóch doświadczonych (nawet bardzo) Belgów proponuje nam nagranie niezwykłe. Na lewej flance bardzo kreatywny klarnecista, którego znamy z wielu ciekawych albumów, muzyk wszakże nie nastawiony na eskalowanie ekspresji, to raczej wyczulony na niuanse post-kameralista. Po prawej stronie gitarzysta, tu w wersji akustycznej, a zatem skory do intrygującego pętlenia narracji, nieustannie wystawiający partnerów na nowe i niełatwe zadania. Po środku zaś weteran swobodnego percussion & drums (dokładnie w tej kolejności), który zdaje się być głównym strategiem tej improwizacji, muzykiem, który permanentnie sieje zdrowy ferment i wtłacza narrację w coraz bardziej urokliwe sytuacje sceniczne. Dodajmy, iż album jest fantastycznie skonstruowany pod względem dramaturgicznym. Każda kolejna improwizacja zdaje się tu zagęszczać emocje i nieść nas coraz większym wzniesieniem.

Początek nagrania to gromada drobnych fraz – pisków, delikatnych obtarć, trzasków, szmerów i szelestów. Akustyczny mikro świat, który szybko gęstnieje i przyjmuje postać tzw. narracji właściwej, pełnej ciekawych zakamarków i zwinnie pokonywanych zakrętów. Wszystkie frazy, akcje i towarzyszące im bystre reakcje zdają się tu do siebie pasować niemal idealnie – od szczegółu do ogółu i z powrotem! Druga opowieść zaczyna się na stojąco – coś rezonuje, ktoś wzdycha. Po kilku głębszych oddechach narracja rusza jednak z kopyta i dość szybko zyskuje na dynamice. Zadziorne frazy gitary, wycofana melodyka klarnetu i wielopalczasty drummer, który z wyjątkową gracją pociąga za sznurki. Trzecia improwizacja faluje niczym wzburzony ocean. Najpierw budowana ze sprytnych short-cuts, potem oparta na zwinnych interakcjach. Pierwszym, który ciągnie narrację na wzniesienie jest dobrze już rozgrzany klarnet. Emocje rosną jak w dobrym filmie kryminalnym. Nie brakuje też fazy rezonująco-śpiewającej, szczególnie w parze klarnet-perkusja. Ten pierwszy ma tu nawet krótkie, w pełni samotne solo. Rozbudowana czasowo narracja wchodzi w fazę beauty falling down dopiero po dziesiątej minucie. Zdobi ją szczególnie garść tajemniczych, elektroakustycznych dźwięków, zapewne ze strony perkusjonalisty. Czwarta odsłona stawia na frazy permanentnie preparowane. Klarnetowe gwizdy, smyczkowe akcje na gryfie gitary i kacze gdakanie perkusjonalisty. Muzycy zaskakują nas tu na każdym korku – rozkołysane śpiewy, dynamiczne podskoki i stado koni w galopie – wszystko brzmi niczym soundtrack do filmu przygodowego. Na starcie ostatniej części albumu dostajemy dźwięki wprost z werbla, których pochodzenia możemy się jedynie domyślać. Rozrywane struny gitary i klarnecie popiskiwanie, to kolejne elementy tej układanki. Muzycy formują się w zwarty, na poły rytmiczny szyk. Emocje skaczą tu do samego nieba, tempo eskaluje, ekspresja eksploduje! Na moment zwalniają, by schylić się po drobne, niemal zjawiskowe dźwięki, po czym skaczą na powrót w piekło niekończących się, całkiem tanecznych podrygów. Po siódmej minucie zdejmują nogę z gazu i zaczynają preparować. Klarnecista śpiewa teraz na smutno, gitarzysta liczy struny, a perkusista przestawia przedmioty na werblu, obiera je ze skóry, zdaje się, że także … nakręca. Bardziej energetyczne frazy powracają tu na ostatniej prostej, genialnie reasumując całe spotkanie.



 

The Art Of Crashing by Costa & Ernsting

Studio SanteBoutique, Holandia (?), 2020: Hugo Costa – saksofon altowy oraz Philipp Ernsting – perkusja. Sześć improwizacji, 49 minut.

Portugalskiego saksofonistę i holenderskiego perkusistę znamy z dwóch formacji trzyosobowych – Albatre (z basem Gonçalo Almeidy) i Anticlan (z gitarą Josue Amadora). Tym razem postanowili pomuzykować jedynie w duecie, z góry zakładając, iż formuła free jazzu będzie dla nich najodpowiedniejsza. Świetnie sobie w zadanej estetyce poradzili, dodatkowo mając w zanadrzu sporo nie do końca jazzowych doświadczeń z obu wymienionych grup, wnieśli do tygla dość spodziewanych emocji fire music całe mnóstwo niuansów dramaturgicznych, brzmieniowych onomatopei, a nade wszystko dużo zwyczajnej, jakże bezcennej kreatywności.

Pierwsza odsłona albumu, to miniaturowa narracja budowana niemal wyłącznie frazami saksofonowymi. Costa oddycha, lekko rezonuje, śle kilka post-jazzowych pętli na tzw. dobry początek. Kolejne trzy improwizacje trwają po dziesięć i więcej minut, zdają się być prawdziwym mięsem tego ognistego splotu wydarzeń dźwiękowych. Narracja saksofonu budowana jest dość pieczołowicie, step by step ku niebu/ piekłu stylowej, jakże emocjonalnej opowieści. Z kolei perkusja od startu szyje gęstym, tłustym, niebywale ekspresyjnym ściegiem. W wielu momentach można odnieść wrażenie, jakby strugę rytmicznej, wielowarstwowej narracji prowadziły przynajmniej dwa zestawy perkusyjne. Muzycy idą tu w ogień free jazzu, jak w ramiona ulubionej kochanki, czują się komfortowo w gęstym strumieniu improwizacji. Aktywność drummera sprawia wszakże, iż to saksofonista ma tu więcej sposobności, by czasami zwolnić, zadąć w róg nieco bardziej zadumanym tembrem, czy wysłać w świat kilka rezonujących fonii. W tej akurat ekspozycji najciekawiej dzieje się chyba wtedy, gdy w dynamicznej narracji muzycy pozostawiają dźwiękom więcej przestrzeni, budują frazy na lekkim wydechu i mimo dynamicznej sytuacji, donikąd nie gnają. Improwizacja umiera tu pod ciężarem pustych, saksofonowych dysz i oddechu upoconej perkusji. Zresztą efektowna finalizacja, to silna strona także kolejnych improwizacji. Trzecią z nich otwiera perkusyjna introdukcja. Alt wkracza do gry soczystymi dronami po kilkudziesięciu sekundach. Tempo jest tym razem umiarkowane, a wiele saksofonowych fraz ma tu bardzo melodyjną bazę. Potem gęsty ścieg drummerski jeszcze się … zagęszcza i improwizacja zionie ogniem niczym wataha smoków. Czwarta opowieść trwa ponad kwadrans, jest zatem budowana bardzo nieśpiesznie i z dużą rozwagą dramaturgiczną. Saksofon zaczyna swingowym stepem, z kolei perkusista sprawia wrażenie konia, który ubija ziemię pod kopytami. Z tej nieoczywistej sytuacji scenicznej artyści kreują piękną opowieść. Znów to drummer jest tym, którego ciągnie do ognia, saksofonista skupia się raczej na leniwym czerpaniu radości z chwili obecnej. Narracja nabiera tu niemal rytualnego drive’u, cieszy ucho każdą frazą. Pod koniec najpierw zalewa nas ogniem ekspresji, potem doskonale tłumi się pod presją coraz wolniejszego stepu perkusji i dętego pisku opon. Dwie finałowe improwizacje trwają po kilka minut i pokazują duet w nieco innym świetle. Najpierw czeka nas meta ekspresyjna ballada z niemal coltrane’owskim sznytem. Drummer kręci tu pętle, saksofonista śpiewa z lekką zadumą, dronuje, nie stroni od drobnych preparacji. Narracja faluje, nadyma się i kurczy. Ostatnia improwizacja od pierwszego dźwięku stawia na dynamikę, dęte pokrzykiwania, ale i pewien perkusyjny suspens. Artyści tańczą wokół własnej osi i z gracją kończą swe dzieło.



Good To Be Back In Reality by Webster & Grigg

Peckham Road Studios, Londyn, styczeń 2022: Colin Webster – saksofon altowy oraz Matthew Grigg – gitara, amplifikator. Osiem improwizacji, 53 minuty.

Webster i Grigg znają się bardzo dobrze, ale nie nagrali jeszcze razem tysiąca płyt. Jednak ich nowa produkcja sprawia wrażenie, jakby całe życie grali tylko ze sobą. Upichcili nam bowiem bardzo zwarte, ciasne i gęste improwizacje, w trakcie których naczelnym celem stało się szukanie wzajemnych podobieństw, tudzież zachowań imitacyjnych, nie zaś eskalowanie brzmieniowych dysproporcji pomiędzy ognistym altem, a elektryczną gitarą zaplątaną w zwoje kabli i przetworników.

Otwarcie sesji nie trwa tu zbyt długo. Kilka drobnych westchnień z obu stron i od razu krok ku narracji usianej dźwiękami, realizowanej w tempie, nastawionej na szybkie interakcje. Strumienie fonii budowane są tu nie tyle ekspresyjnymi frazami, ile preparowanymi, które zdają się łatwiej odnajdować brzmieniowe podobieństwo. Z jednej strony trochę akustycznych trzasków i szmerów, z drugiej dużo hałaśliwych nutek wypełnionych prądem. Druga odsłona prowadzona jest początkowo w bardziej umiarkowanym tempie. Tu muzycy łapią kontakt na poziomie dramaturgicznych subtelności. Tkają samonakręcającą się narrację z drobinek rozbitego szkła. Potem chwytają więcej powietrza w płuca i gonią za ochłapami ekspresji, tu dość mrocznej i nieoczywistej, ale nasączonej pokrętną melodyką. W trzeciej części dyskutują w oparach ciszy za pomocą short-cuts – drobnych parsknięć tuby i zgrzytania strun. Z czasem nabierają jednak mocy, intensywności, lepią się w jedną strugę post-noise. Czwarta improwizacja wydaje się na tle poprzedniej niemal filigranowa. Dostajemy więcej czystych fraz, a niektóre figury narracyjne zdają się być niemal wirtuozerskie. W kolejnej części artyści stawiają na drony i szukają przeciwieństw - ciepły vs brudny, rezonujący vs sprzęgający. Dość sprawnie nabierają gęstości, ale w połowie utworu stają się tylko szumem w tubie i szelestem gitarowego amplifikatora. Potem serwują sobie bitwę na śnieżki – rwane, wychłodzone, ale ekspresyjne. Szósta część powraca do konwencji filigranowej. Trochę wytłumionych śpiewów, trochę polerowanych strun, jęki i zdrobnienia - wszystko przypomina tu upiorną kołysankę dla łobuzów. Siódma opowieść dowodzi, iż kontrast jest dobrą metodą budowania dramaturgii. To ostry skok w bezmiar ekspresji – charcząca tuba i silnie sfuzzowana gitara, a wszystko realizowane w imponującym tempie. Wreszcie końcowa improwizacja, dużo spokojniejsza, ale nasycona brudnymi, sprzęgającymi się dźwiękami obu instrumentów. Wielka, post-industrialna smuga cienia! Saksofon buduje drony, gitara szuka hałasu. W połowie ekspozycji delikatny stopping, oddech w chmurze rezonansu, a potem już tylko finałowe śpiewy altu i kilka zgrabnych, posuwistych ruchów na gryfie gitary.



Stochastic Regions by Serries, Mobin & Stokart

Border Lab, Orlean, Francja i domowe studio, Belgia, od marca do listopada 2021: Dirk Serries – gitara archtop oraz Anton Mobin – prepared chamber (strona pierwsza); Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, marzec 2022: Dirk Serries – amplifikowana gitara archtop oraz Quentin Stokart – gitara, amplifikator (strona druga). Łącznie piętnaście improwizacji, 52 minuty.

Angielskie określenie chamber ma bardzo wiele znaczeń. W muzyce zwykliśmy odnosić je do stylistyki kameralnej, jako wszakże rzeczownik może być rozumiane także jako pomieszczenie. Anton Mobin, to artysta, który swoje dźwiękowe spektakle zwie prepared chamber. Znamy już kilka jego ujawnień, po prawdzie do dziś jednak nie wiemy, jakimi metodami produkuje on dźwięki, z których konstruuje swoje improwizacje. Tu dostajemy jego dzieło, które jest efektem postprodukcyjnego zderzenia z akustycznymi improwizacjami gitary. Mobin znów czyni tu cuda, dodatkowo retorycznie pytając, gdzie kończy się dźwięk akustyczny, a gdzie zaczyna jego przetworzona, syntetyczna forma. Z kolei na drugiej stronie kasety … intelektualnie odpoczywamy. Tym razem gitara akustyczna zostaje delikatnie amplifikowana, a towarzyszy jej druga gitara, także korzystająca z drobnego wzmocnienia. Słuchajmy zatem obu opowieści nad wyraz uważnie!

Pierwsza strona kasety składa się dziewięciu na ogół krótkich epizodów. Każdy z nich jest gęsto naładowany dźwiękami zwanymi prepared chamber, pozornie akustycznymi, których pochodzenia możemy się jedynie domyślać oraz dźwiękami, które dość łatwo przypisać możemy gitarze akustycznej. Serries pracuje tu w typowy dla siebie sposób – rysuje fikuśne pętle, zgrzyta zębami, kreuje pół riffy, którym nie brak bluesowego posmaku. Cała reszta jest dziełem Mobilna, a ich opisanie zgrabnym, choć odrobinę zrozumiałym językiem graniczy niemal z cudem. Potok skojarzeń odbiorcy zdaje się nie mieć tu końca. Część dźwięków to rwane, wręcz szarpane fonie, inne płyną dłuższymi strumieniami, na poły kameralnymi (a jednak chamber!), jeszcze inne zakwalifikować możemy jako post-perkusyjne. Bardzo często mamy wrażenie, że przebywamy w zakładzie szlifierskim, w którym nie brakuje szumów, szelestów, zgrzytów i trzasków, przesuwających się suwnic, całych plejad rezonujących fraz, tudzież innych meta industrialnych fonii. Czasami słyszymy fale radiowe, innym razem ktoś przesuwa po podłodze ciężką donicę. Bywa, że rękach szaleńca znajduje się balon, który ugniatany z dużą siłą nie chce jednak pęknąć. Ów wielobarwny i nieskończony świat post-akustyki na ogół wchodzi w zdrowe interakcje z żywym instrumentem.  I to zdaje się być naczelną wartością pierwszej strony kasety.

Druga strona nie wymaga już od nas ciągłego nadstawiania uszu i zadawania pytań. To sześć zgrabnych improwizacji na dwie gitary. Początek tej historii jest dość filigranowy. Drobne frazy z gitar najpierw ledwie szumią mocą wzmacniacza, potem zdają się sycić nieco większą porcją prądu. Slajsy, mikro riffy i drobne zakręty, odrobina charczących preparacji i post-westernowe pasaże małych melodii. W kolejnej części dominują preparacje, w trzeciej zaś niemal rockowe riffowanie. W czwartej artyści wracają do wymiany dźwiękowych subtelności. Każdy z nich snuje tu dość linearną narrację, nie ma zatem potrzeby, by wchodzili w bardziej intensywne interakcje. Pod koniec tej części najpierw obie gitary nabierają siarczystości, potem zadumanego mroku. Piąta improwizacja wydaje się być szczególnie urokliwa. Serries szoruje tu struny, z kolei Stokart snuje akustyczne drony. W dalszej części nagrania pojawiają się smyczki, które generują dodatkowe porcje ekspresji. Finałowa improwizacja budowana jest z drobnych dźwięków, czasami zadziornych, czasami dość obłych, doposażonych w melodię i niekiedy sporą dawkę emocji. W połowie utworu muzycy odnajdują ciszę i na jej poziomie udanie finalizują opowieść.



piątek, 1 kwietnia 2022

Anticlan and Garuda’ Trio! Two big shots with Hugo Costa!


Z portugalskim saksofonistą Hugo Costą zetknęliśmy się po raz pierwszy przy okazji zgłębiania ściany dźwięku, jaką zwykło produkować trio Albatre, efemeryda post-free, prowadzona pod czujnym okiem mięsistej gitary basowej Gonçalo Almeidy i drummerską mocą Philippa Ernstinga. Potem nasze uszy i oczy recenzenckie natrafiły na trio Anticlan, gdzie Costa pięknie wył do księżyca w towarzystwie intrygującego gitarzysty Josue Amadora, a skład tria ponownie uzupełniał Ernsting. Alcista i perkusista nagrywali także w duecie, ale zdaje się, że te akurat nagrania nie ujrzały jeszcze światła dziennego (choć przez odtwarzacze redakcji zostały przepuszczone!).

Dziś Costa wraca do nas z trzecią już płytą Anticlan, a dodaje do tego nowe trio, w stu procentach portugalskie, które ze wszystkich dotychczasowych ujawnień saksofonisty zdaje się być najbliższe estetyce jazzowej, tej naszej ulubionej, z przedrostkiem free. Obie płyty to nowości ostatnich tygodni, zatem dają wyjątkowo świeży overlook dokonań alcisty. Na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej Anticlan ma już sprawdzoną markę - pierwsza płyta tego tria trafiła nawet na roczne podsumowanie rzeczy najważniejszych na scenie muzyki improwizowanej. Równie wiele dobrych dźwięków dostarcza nowe trio, bo i Costa spotkał w nim samych mistrzów – tego nieco starszego pokolenia (Faustino!) i tego bardzo młodego, choć już utytułowanego (Valinho!). Nic tylko słuchać i czerpać radość, so Welcome to Costa brava!



 
Anticlan  Hurricane City (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Początek grudnia ubiegłego roku, Studio SanteBoutique w Rotterdamie: Hugo Costa – saksofon altowy, Josué Amador – gitara elektryczna oraz Philipp Ernsting – perkusja. Na wirtualnym (jak na razie) dysku muzycy pomieścili trzy improwizacje, która trwają łącznie 36 minut i kilkanaście sekund.

Anticlan, to formacja, która zdaje się czerpać inspiracje z tak wielu źródeł, iż na ogół brzmi dalece indywidualnie. Post-jazzowy saksofon, gitara o stu twarzach, która równie dobrze czuje się w jazzowym frazowaniu, jak i ultra rockowej psychodelii, wreszcie masywny drumming, silne osadzony w rytmicznej, rockowej konwencji, ale zawsze zdolny do najbardziej karkołomnych figur stylistycznych. Ich pierwsza płyta ociekała ognistą psychodelią, druga zrobiła krok w kierunku post-jazzu, a ta najnowsza zdaje się łączyć oba dotychczasowe wątki pięknym supłem konsekwencji.

Pierwszą improwizację otwiera gitara, która rysuje zwinne pętle, kłębi się w sobie, introdukuje dobrze zapowiadającą się opowieść. Każdy z muzyków szyje tu drobne frazy, każdy czeka na to, co przyniesie kolejna sekwencja narracji. Każdy śmiało sięga po brudne dźwięki, każdy też w mgnieniu oka może zmienić optykę i zamaskować w czystym brzmieniu. Wszystko, co robią, czynią kolektywnie, a pojęcie ekspozycji w pełni solowej jest tu w zasadzie zjawiskiem niewystępującym. Muzycy grają ze sobą od kilku lat, zatem wzajemna komunikacja jest ich niezbywalnym atutem. Wiedzą, kiedy pleść banialuki i podszczypywać koleżanki, wiedzą, kiedy twórczo fermentować i zmieniać losy świata filozoficznymi tyradami. Ich narracja płynie bardzo swobodnym strumieniem, raczej ulega okazjonalnym zagęszczeniom, niż podaje się rosnącej presji dynamiki. Zakończenie pierwszej improwizacji stawia na ekspresję saksofonu i post-psychodeliczną nostalgię gitary. Piękny szczyt zdobyty bez potrzeby eskalowania tempa.

Drugą opowieść zaczynają wspólnie, z mozołem plotą sieć dźwiękowych interakcji, skorzy to budowania drobnych zdarzeń niemal z niczego. Gitara brzmi teraz jak bas, saksofon szumi, a perkusja liczy krawędzie na werblu i tomach. Muzycy wymieniają się spojrzeniami, plotą dyrdymały, zdają się być rozbrajająco szczerzy i wyluzowani. Ich improwizacja przypomina emocjami teksańskiego bluesa, granego wszakże bez jakichkolwiek bluesowych skal. W dalszej części nagrania saksofon łyka melodię i zaczyna śpiewać, a gitara śle mu rockowe pozdrowienia. Dynamika łapie tu muzyków niemal w pół kroku i wypycha ku górze. Saksofon parska rwanymi frazami, a gitara serwuje nam bardzo efektowne, unikatowe solo, które pachnie zarówno jazzem, jak i rockiem. Znów każdy z muzyków zdaje się przemieszać w swoim tempie. Perkusja brnie do przodu, saksofon tonie w onomatopejach, gitara zaś zdaje się czynić wszystko na przekór - jej każdy krok w poprzek buduje raz za razem intrygujący dysonans.

Finałowa, najkrótsza improwizacja po spokojnym wstępie koncentruje się na budowaniu dynamiki. Perkusja od startu bije rytm i improwizuje jedynie w towarzystwie saksofonu. Gitara pojawia się po kilku pętlach, znów szyje poprzecznym ściegiem, ale i ona ma swoją wykoślawioną rytmikę. Wiele pachnie tu rockiem, a wszystko nadaje się do tupania nogą i śpiewania obrazoburczych refrenów bez słów. Posmak rockabilly zmutowanego kreatywnością improwizatorów, to może być kolejny trop recenzencki! W tym tyglu niespodziewanych zdarzeń warto zauważyć free-jazzowy pazur saksofonu i gitarowe, ogniste wyziewy. Muzycy znów kombinują z dynamiką – niby grają do przodu, ale raz za razem wytracają tempo i rechoczą z zadowolenia. Samo zakończenie udaje się im niemal perfekcyjnie – wszyscy kolektywnie tłumią flow aż do znalezienia ostatniego dźwięku.

 


Hugo Costa, Hernâni Faustino & João Valinho  Garuda (Subcontinental Records, CD 2022)

Czas na drugie trio! Tym razem lizbońskie studio Scratch Built, także rok ubiegły: Hugo Costa – saksofon altowy, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho – perkusja. Cztery improwizacje, łącznie około 46 minut.

Muzycy wchodzą w pierwszy strumień improwizacji bardzo dziarskim krokiem. Dynamiczny open jazz ze spokojnym altem, mocnym stepem kontrabasu, który zdaje się chwilami brzmieć niczym basówka, wreszcie z aktywnym, przebiegłym drummingiem. W tej trzyosobowej układance zdyscyplinowany, silny drive sekcji rytmu stwarza sporo przestrzeni dla saksofonu, który może swobodnie sterować swoją opowieścią, regulować tempo, czy poziom ekspresji. Opowieść trzyma się kanonów gatunku, kreuje zatem obszar dla improwizacji w podgrupach. Najpierw, po 7 minucie dostajemy bystry duet kontrabasu i perkusji (podobnie rzecz będzie się miała pod koniec utworu), potem tegoż kontrabasu z saksofonem. Po powrocie do pełnego składu artyści serwują nam kilka chwil uroczej gry na małe pola, zabawy w jazzowe pytania i odpowiedzi. Wszyscy dobrze dawkują emocje, budują napięcie, realizują wszelkie akcje na dużej swobodzie. Drugą opowieść otwiera nerwowa, znów podskórnie dynamiczna sekcja rytmu. Saksofon, po raz kolejny w roli cierpliwie wyczekującego na rozwój wypadków, chętnie sięga po indywidualną melodykę. Początkowo śpiewa przez łzy, potem wrzuca tryb bardziej zadziorny i ciągnie razem z kontrabasem rdzeń opowieści na drobne wzniesienie. Trzeba przyznać, iż artyści w zadanej konwencji równie dobrze radzą sobie na wdechu, jak i na efektownym wydechu. Dobrze panują nad każdym elementem swojego spektaklu. Ich groove’owa opowieść zdaje się momentami wpadać w trans godny freejazzowych mistrzów - Wiliama Parkera i Hamida Drake’a.

W trakcie trzeciej, bardzo krótkiej opowieści Faustino po raz pierwszy sięga po smyczek i obok rysowania podwalin narracji, efektownie preparuje. Dokładnie to samo czynią Costa i Valinho. Tkana z drobiazgów narracja niesie ze sobą efektowny bagaż emocji. Kontrabasista otwiera również finałową improwizację, ponownie jak pierwszą, rozbudowaną do kilkunastu minut. Początkowo muzycy pozostają w pobliżu ciszy, a zręby narracji właściwej pojawiają się dopiero po trzech minutach. Tu bas wskazuje powtórzeniami kierunek, ale motorem improwizacji jest ogniście nastrojony saksofon. Narracja gęstnieje, ale nie wzmacnia tempa. Instrumenty śpiewają, gadają, tańczą wokół własnej soi. Po 8 minucie w tę opowieść o dość umiarkowanej dynamice wplata się smyczek, który pojękuje i puszcza oko do pozostałych uczestników podróży. Reakcje perkusji i saksofonu wskazują na zbliżony poziom poczucia humoru. Rodzi się dronowa ekspozycja, którą zdobią perkusyjne ornamenty. Smyczek śpiewa razem z dęciakiem, a po powrocie do głównego nurtu narracja osiąga wysoki poziom ekspresji, godny finału bardzo dobrej płyty. Ostatnia prosta nie obywa się bez smyczkowych riffów, które dodatkowo podnoszą temperaturę zakończenia.



piątek, 18 marca 2022

Gonçalo Almeida in trio, duo and solo! The Fire Walks With Him!


Portugalski kontrabasista i basista Gonçalo Almeida należy do coraz szerszego grona muzyków improwizujących, którzy … mają na łamach Trybuny zrecenzowane niemal każde nagranie! Muzyk od czasu do czasu koncertuje w Polsce, ma tu kilka płyt wydanych w pewnej iberyjskiej serii, ale w realiach krajowych nie jest jeszcze gwiazdą pokroju Rodrigo Amado, czy Vasco Trilli, o Agusti Fernándezie nie wspominając. A to duży błąd, drodzy umiłowani w improwizacji rodacy!

Trzy najnowsze płyty z udziałem Almeidy przynoszą nam wiele wspaniałych dźwięków i po raz kolejny pokazują, jak wszechstronnym muzykiem jest Portugalczyk. Najpierw z gitarą basową u boku zaprosi nas na psychodeliczny trip, którym zakręci nas wokół własnej osi i nie wypuści z rąk do ostatniej sekundy nagrania. W kolejnym nagraniu będzie medytującym kontrabasistą, który plecie niekończące się historie w towarzystwie akustycznego gitarzysty. Wreszcie na koniec dzisiejszego mini przeglądu wróci do basówki i zabierze nas w czarną otchłań niekończącego się mroku.

Oto i On, Pan Gonçalo! Welcome!

 


Almeida/ Lopes/ Ernsting  Misanthrope (Subcontinental Records, CD 2021)

Na otwierające dzisiejszy zbiór recenzji muzyczne trzęsienie ziemi wybieramy się do miasta, w którym Almeida pomieszkuje od wielu lat. To Rotterdam, a miejsce zwie się Soundport. Na hipnotyczny, meta rockowy, w pełni improwizowany, mizantropiczny spektakl dźwiękowy, wyposażony w gitarę basową Portugalczyk zabiera swego rodaka Luisa Lopesa (gitara elektryczna) i lokalnego drummera, z którym muzykuje w wielu składach – Philippa Ernstinga. Muzycy grają tu dla nas przez 55 minut z sekundami, a swoją podróż dzielą na sześć odcinków specjalnych. Uwaga, wydawcą płyty jest label z … Indii!

Początkowa faza koncertu zdaje się stać w miejscu, niczym zastygła lawa po niedawnej erupcji. Szklista, niemal niewidoczna gołym okiem gitara, burczący bas, zdobiony mikro ornamentami i leniwy doom drumming pozostają w meta rockowej repetycji, czekając na kolejny krok, którego kierunek nie jest jeszcze znany. Almeida i Lopes pętlą się w sobie, ich głowy pełne są pomysłów i niezdecydowania, Ernsting zaś oplata ich obu pajęczyną perkusyjnych incydentów. Opowieść trwa, a jej tempo wytrąca się w rezultacie tajemniczych reakcji chemicznych. Każdy z muzyków zdaje się mieć swoje indywidualne tempo, każdy z nich jest tu królem i może pozwolić sobie na wszystko. Punk & jazzy w pokręconych metrach, fikuśnie zapętlone, coraz gęstsze, aż do momentu przełomu. Spowolnienie pcha muzyków w mrok, zdobiony zaprogowymi, gitarowymi dźwiękami i basowymi flażoletami. Drugi odcinek otwiera bas, który tonie w dubowym echu. Szorstka perkusja bije spokojny rytm, a gitara w stadium stand by preparuje i czeka na moment, by uciec w psychodelicznym kierunku. Strumień narracji nadyma się jak balon, tempo zaś ponownie wytrąca się w wyniku zderzenia cząsteczek masy. Tu idzie ono wprost z perkusyjnego werbla. Bas dodaje tymczasem rockowe przełomy, a gitara kilka post-jazzowych frazowań. Kłębowisko emocji pcha narrację ku górze, coraz szybszymi, nerwowymi ruchami. Improwizacja znów gaśnie powoli, jakby muzycy nie chcieli dziś skończyć tej szalonej sesji. Trzecią część otwiera perkusja doposażona w dobrą energię. Bas studzi się w dubie, a gitara efektownie sprzęga. High voltage on lazy fire! Po kilku chwilach na czele orszaku staje gitara o stu twarzach, bas schowany na backgroundzie szyje masywną chmurę dubu, perkusja zaś destymuluje narrację częstymi zmianami dynamiki.

Początek czwartej części znów stoi po kolana w mazistej brei. Perkusja drży, gitara leniwe muska struny, a lekko spóźniony bas czeka na reprymendę. Zdaje się, że teraz wszyscy już mogą tkać lepką pajęczynę wystudzonych powiązań. Tempo rośnie jakby przy okazji, głównie z intrygi perkusisty. Psychodelia leje się za ścian dość leniwymi strugami, ale systematycznie gęstnieje. Bas ucieka ku górze i sieje ferment zmyślnymi improwizacjami. Narracja skrzy się fajerwerkami, niczym wiejski lunapark i znów gaśnie na długim dystansie, z prawdziwie portugalską zadumą. Początek przedostatniej historii wybudza nas z pozornego letargu. Bas rysuje punkowe pętle, gitara najpierw sprzęga się silnym prądem, a potem odlatuje bardzo wysoko, perkusja zaś stawia zasieki i dopełnia czarę zachwytu! Improwizacja znów jest gęsta, lepka od potu i słodka od krwi. Gitara ucieka do nieba, bas chowa się w piekle. Tempo najpierw rośnie, potem raptownie spada. Ostatnia prosta pachnie soczystym, starym Black Sabbath! Finałowy odcinek specjalny trzyma klimat poprzedniego epizodu. Bas żłobi bruzdę w ziemi, gitara płynie wysokim wzniesieniem, perkusja zaś twardo stąpa po ziemi i kreśli ramy tej niebywałej impro dramy ugotowanego rocka! Kwaśne pętle gitary, stabilne tempo basu i perkusji, które z czasem wzrasta, wreszcie efektownie spowolniony, gęsty finisz, który zdaje się być nade wszystko udziałem pulsującej emocjami gitary basowej. What a game!

 


Almeida/ Serries  Live at OZO Land (Cylinder Recordings, CD 2022)

Nastrój zmieniamy dość radykalnie, oto bowiem przed nami skupiona, chwilami medytacyjna improwizacja w wykonaniu naszego bohatera (kontrabas) i Dirka Serriesa (gitara akustyczna). Czerwiec ubiegłego roku, koncert w holenderskim Hunsel (OZO Land) w ramach serii JazzBlazzt. Muzyka płynie do nas nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, który na potrzeby płyty został podzielony aż na dwanaście części. Odsłuch całości zajmie nam prawie pięć kwadransów.

Początek koncertu swobodnie improwizowanego, to tradycyjnie mała gra rozpoznawcza. Dodajmy, iż muzykom towarzyszą odgłosy ptaków, które zapewne posadowiły się nieopodal salki koncertowej. Narrację tworzą tu pulsujące pizzicato kontrabasisty i skupienie gitarzysty, który ślęczy nad strunami. Obaj szukają punktu zaczepienia, szarpią za struny, ugniatają je, a tym który pierwszy sięga po smyczek jest Almeida. Wypuszcza garść gruboziarnistego baroku i przez moment, w ramach trzeciej części prowadzi koncert w pełni samotnie. W czwartej części znów słyszymy ptaki i nowy zasób energii, jaka pojawia się na gryfie gitary. Reakcja kontrabasu zdaje się być jednak dość leniwa. Muzycy szorują wytrwale struny swoich instrumentów, po czym ich flow narasta, kreując bardziej melodyjne, ale i niepokojące frazy. Piąty odcinek, to pierwsza perełka w zestawie. Najpierw Dirk z kłębowiska dźwięków buduje małą opowieść solo, a potem do gry włącza się mroczny, nisko zawieszony smyczek kontrabasu. Narracja szuka ciszy, w czym pomaga drugi smyczek, jaki pojawia się na gryfie gitary. Nim koncert dobrnie do połowy (przynajmniej w zakresie numeracji jego podczęści), muzycy wrzucają jeszcze do tygla narracji kilka bardziej energicznych szarpnięć za struny. Akcenty percussion także dobrze wpływają na dramaturgię tej fazy koncertu.

Kolejny epizod kreowany jest przez przeciwieństwa. Gitarowe riffy i rezonujące struny kontrabasu, dźwięki krótkie i długie, grane wolno i szybko, zapętlone frazy gitary i westchnienia smyczka. Zaraz potem znów swoje dokłada ptasia rodzina, a tuż po tych drobnych pląsach obaj muzycy zamieniają się w perkusjonalistów. Improwizacja ciekawie się pętli i szuka nowych dróg. Najpierw krótki, ale popisowy epizod solowy Almeidy. Muzyk kreśli post-barokowe frazy używając chyba dwóch smyczków jednocześnie. Piękny moment, niepozbawiony zmysłowej dynamiki! Wreszcie czas na dwa finałowe fragmenty, bardziej rozbudowane czasowo. Najpierw bystre otwarcie ze strony gitarzysty, pełne narracyjnych kantów, zdobiących zaczepną ekspozycję. Po dwóch minutach odzywa się kontrabasista, który leniwie szarpie za struny. Narracja rozkręca się niczym spirala zegara, ale i tak jest odrobinę przegadana. Wiele rekompensuje sam finał koncertu, początkowo budowany w skupieniu, małymi, urywanymi frazami, z oddechem ciszy na plecach. Przypomina balansowanie na linie, kreowanie z mantryczną konsekwencją wyważonego emocjonalnie strumienia dźwiękowego. W połowie tej opowieści muzycy sięgają po smyczki, ich struny delikatnie rezonują, a całość zdaje się schodzić coraz niżej na kolanach, tak, by ostatni dźwięk mógł być wydany już w pozycji leżącej.

 


Goz  Domus (Zona Watusa, Kaseta 2022)

Wracamy do mocy i siły kreacji, jaka płynie z faktu improwizowania na gitarze basowej! Tym razem Almeida w wersji solowej - tylko on, jego instrument i zapewne cała, świetnie uzbrojona armia gitarowych pick-upów. Nie znamy szczegółów, ale prawdopodobnie dla uzyskania frontalnego brzmienia, muzyk użył też innych narzędzi do torturowania basowych strun, a szczególnie dźwięków, jakie wydają. W każdym razie przygotował nam trzy utwory - jeden krótszy, dwa znacznie dłuższe. W przypadku trzeciego z nich w procesie dekonstrukcji żywych dźwięków pomogła mu lokalna, rotterdamska załoga o jakże urocze nazwie Torture Corpse. Reasumując: trzy utwory, 41 minut i niezliczone pokłady dobrych i złych emocji! Uwaga, wydawca jest tym razem kataloński! Brak dokładnych danych o miejscu i czasie rejestracji tej muzyki.

Pierwsza część tej szalonej płyty zdaje się być skromnym do niej wprowadzeniem. Ma formę ambientowego drona, który wypełniony jest stygnącym napalmem – pulsuje, drga, toczy się niczym walec. Śmiertelny i mroczny demon czai się tuż za rogiem, ale sceną rządzi Czarnoksiężnik z krainy Goz! Druga, zasadnicza część opowieści pulsuje już definitywnie basowymi, ciężkimi, doom metalowymi riffami basu, uderzającymi w nasze zwoje mózgowe niczym młot pneumatyczny. Wokół wątku głównego rozbudowuje się warstwa backgroundu, która z czasem także nabiera intensywności. To wielowymiarowy krzyk fonii, płynący z gitarowych przetworników. Owo tło zdaje się mieć silnie zapętlony zwój mikro melodii, który też na swój sposób zdziera gardło. Całość przypomina ogniste wyziewy wprost z paszczy bliżej niezidentyfikowanego stwora. Efekt wzmaga dubowe echo, jakie snuje się pod gitarowymi riffami, bezskutecznie starające się przebić przez skorupę siarczystego drona. W połowie utworu następuje drobna korekta drive ’u. Pojawia się nowy strzęp melodii, który wije się wokół zasadniczego nurtu opowieści, potem pętli się, narasta albo ginie w nicości, wszystko wedle woli dudniącej śmiercią, basowej ekspozycji. Przez moment mamy wrażenie, że w potoku hałasu słyszymy zmutowany śpiew Beduina. Bywa, że formujący się w tle ambient na moment przejmuje dowodzenie, ale i on po paru pętlach przepoczwarza się w kolejny dron.

Trzecia część Domusa, to w dużej mierze elektroniczna dekonstrukcja dźwięków żywego instrumentu, otulana echem zagubionego kosmosu. Owe żywe kultury dźwiękowe towarzyszą nam przez długi czas, czasami mają nawet dość czyste, prawdziwie basowe brzmienie. Narracja jako całość w pierwszej części prawie 19-minutowej ekspozycji zdaje się być rwana na strzępy mocą nieznanej siły. Słyszymy gitarowe sprzężenia i inne pozornie realne frazy, które giną w potoku coraz bardziej siarczystego ambientu. Z czasem ów mroczny, poszarpany, elektroakustyczny flow zaczyna formować się w gęsty, jednorodny strumień brudnego hałasu. Do końca nagrania wybija on nas w fotel, czasami przyjmując formę bardziej zwartej ekspozycji ambientowej.

 


piątek, 3 grudnia 2021

Ritual Habitual! Glow! Alex Ward! cr-ow tr-io! Giżycki & Müller! William’s Things! The overgenre december’ round-up!


Czas ucieka w postępie geometrycznym! Całkiem niedawno witaliśmy ciepłą jesień (był jakże piękny Festiwal!), a już za moment trzeba będzie wziąć się na poważnie za podsumowanie kolejnego szalonego roku na scenie muzyki improwizowanej! Rok temu doceniliśmy na tych łamach całe 66 tytułów. Ilu trzeba będzie pozycji, by podsumować kolejne dwanaście miesięcy gigantycznej nadprodukcji cudownych dźwięków granych wprost z otwartej głowy, na ogół bez użycia pożółkłych pięciolinii? 77? 100? 666?

Dość tych dywagacji! Bez zbędnej zwłoki wrzucamy na ruszt sześć absolutnych nowości z muzyką improwizowaną! Mała zbiorówka bez specjalnej myśli przewodniej, ot, po prostu zestaw dobrych lub bardzo dobrych albumów, które warto bezwzględnie poznać. Najpierw dużo smakowitego free jazzu z istotnym posmakiem iberyjskim (!), potem dwa strzały ze Zjednoczonego Królestwa - pewna solowa multiprodukcja jednego z naszych ulubionych gitarzystów (lockdown ma swoje prawa!) oraz tajemnicze, ekstremalnie swobodne trio, w dalszej zaś kolejności całkiem nowy duet na dwa rozhuśtane dęciaki - polski i niemiecki, a na finał garść ładnych piosenek w edycji krajowej, z klarnetem kontrabasowym w roli głównej!

 


Ritual Habitual  Pagan Chant (Clean Feed Records, CD 2021)

Zwyczajowe Rytuały, to nowy pomysł portugalskiego kontrabasisty Gonçalo Almeidy na konstruktywne mierzenie się z dziedzictwem free jazzu. Do tria dobrał sobie perkusistę Philippa Ernstinga (z którym grywa bardzo ekstremalne formy free w formacji Albatre) oraz saksofonistę tenorowego i klarnecistę basowego Riccardo Marognę, który – to istotne – używa też w procesie improwizacji syntezatorów. Na potrzeby krążka, zmyślnie zatytułowanego Pogański Chór, muzycy przygotowali sześć improwizacji, które trwają łącznie prawie 49 minut. Nagranie studyjne powstało w Rotterdamie (Sante Boutique Studio) w bliżej nieokreślonym czasie.

Almeida proponuje nam pozornie typowe, free jazzowe trio. Ale jego (ich) podejście do gatunku zdaje się być ciekawie uwspółcześnione. Bezwzględnie szukają ognistego ptaka, rytualnych powtórzeń i swobodnych emocji. Ale osią kreatywnego fermentu czynią tu być może akcesoria elektroniczne, które skutecznie łamią rygory fire music. Pozostające w tle, funkcjonujące w sposób dalece nieinwazyjny syntezatory rozsiewają tu na prawo i lewo obłoki ambientu, podkreślają precyzyjnie niektórych schematy dramaturgiczne, a czasami wgryzają się w zębatki żywych instrumentów i zdają się dekonstruować ich tradycyjne brzmienie.

Najczęściej narrację prowadzi tu kontrabasista. Szuka rytmicznego punktu oparcia i stwarza przestrzeń dla repetytywnych rytuałów perkusisty. Ten ostatni lubi trans, medytacyjne pętle i nie szuka specjalnych udziwnień. Stawia na prostotę, ale i silę swego drummerskiego przekazu. Saksofonista i klarnecista basowy najczęściej przyjmuje na siebie rolę kreatora melodyjnego komponentu narracji, jakkolwiek uczynienie kilku kroków w kierunku ognistej improwizacji nie stanowi dla niego najmniejszego problemu. Opowieść tria płynie szeroką doliną free jazzowych skojarzeń, którym Coltrane zdaje się dodawać rytualnego rytmu, Ayler zaś hymnicznej śpiewności. Pierwsza, trwająca niemal kwadrans improwizacja świetnie wypełnia zamierzenia artystów, co do ich meta gatunkowego przekazu. W drugiej części pojawia się smyczek, ale i tu flow po kilku pętlach łapie trans i gna przed siebie ze śpiewem na ustach. Kolejna część, to niemal solowe interludium basu, który na tle silnego pogłosu buduje post-barokową improwizację. Ciekawie jest na początku czwartej części, która rusza free jazzowym klasykiem sax & drums i dopiero pojawienie się rozśpiewanego basu rzuca nowe spojrzenie na zamierzenia muzyków. Echo buduje tu emocje, a mistrzowska maszyna drum’n’bass wiezie nas kolejnym wysokim wzgórzem. Dwie ostatnie improwizacje kultywują rytuał free jazzowego powtórzenia. Muzycy fantastycznie panują nad dynamiką, rysują plejady dźwięków, których świetnie się słucha, ale też mantrycznie chłonie całym ciałem. Być może sam finał płyty wydaje się być najsilniej osadzony w gatunku, ale nam to w ogóle nie przeszkadza. W uszach wciąż szeleści nam przecież mgła elektroniki, która przez całe nagranie stawiała ponadgatunkowe znaki zapytania i sprawiła, iż historia fire music na powrót zdaje się nie mieć końca.

 


François Carrier, Pablo Schvarzman, Diego Caicedo and Michel Lambert  Glow (FMR Records, CD 2021)

Soda Acústic w pięknej Barcelonie, początek czerwca 2019 roku i ad hoc sklecony kwartet kanadyjsko-latynoski: François Carrier – saksofon altowy, Pablo Schvarzman i Diego Caicedo – gitary elektryczne oraz Michel Lambert – perkusja. Dokumentacja koncertu składa się z pięciu części, które trwają niespełna 50 minut.  

Kanadyjczycy z Quebecu niemal rok rocznie podróżują po Europie i w wielu ciekawych miejscach grywają koncerty z lokalnymi muzyki. Ponad dwa lata temu trafili w Katalonii na szalony duet gitar elektrycznych. Free jazzowe schematy, nieco przewidywalne kreacje alcisty i perkusisty, które znamy z wielu płyt, zostały tu wrzucone do tygla pełnego post-rocka, free rocka i jakże zmysłowej, niemal metafizycznej psychodelii. Powstały w efekcie tego wywar zadowolić winien fanów wszystkich wyżej wymienionych gatunków i estetyk. Nic wszakże nie ujmując bardzo dobrze usposobionym tego dnia Kanadyjczykom, to dwie gitary w rękach Argentyńczyka i Kolumbijczyka stanowią tu o wyjątkowości całego nagrania. Poniżej kilka dowodów rzeczowych w sprawie!

Od początku koncertu zalotnie zaintonowanego przez alt i small drumming, narracja skrzy się w dużej mierze dzięki bardzo różnorodnie pracującym gitarom – jedna frazuje post-jazzem, potrafi załadować armatę hard-rockowymi pociskami, druga wyczulona na niuanse, szuka inspiracji na obrzeżach improwizacji, raz za razem zmysłowo uciekając w psychodelię i chwilami niemal syntetyczne brzmienia. Wystarczy tu ledwie kilka minut, by wyczuleni na detale dramaturgiczne Kanadyjczycy wypuścili obie gitary na pierwszą, duetową ekspozycję. Tempo samej improwizacji bywa tu zmiennie (stylowy up and down!). Alcista zdaje się trzymać wiele pod kontrolą, a jak to ma w zwyczaju, lubi milknąć from time to time, czym w tej akurat konfiguracji udanie stymuluje obu gitarzystów. Druga opowieść znów zaczyna się na warunkach altu i perkusji. Gitary zaczynają z pozycji mikro dźwięków, by po kilku pętlach przejąć inicjatywę i prowadzić narrację w coraz ciekawsze rejony. W trzeciej części podoba nam się nieco wywrotowa dynamika. Akcja posuwa się zgrabnie do przodu, ale muzycy zdają się kołysać na wietrze i dodatkowo wzajemnie stymulować do bardziej karkołomnych pomysłów. Najciekawiej dzieje się chyba w czwartej improwizacji, którą rozpoczyna dla odmiany gitara Caicedo. Schvarzman snuje chmury post-electro, Carrier śpiewa pod nosem, a Lambert dba o dobre parametry rytmiczne. Kłębowisko pomysłów, znów bystry duet gitar i całkiem ognisty finał. Ostatni epizod koncertu nie trwa nawet pięciu minut. Prawa gitara frazuje tu niczym basówka, a cała narracja wisi w powietrzu i szuka kwaśnej metody na dobre zakończenie - dubowe echa, swoboda myśli i niespieszność dźwięków.

 


Alex Ward  Gated (Discus Music, CD 2021)

Covidowy lockdown zmienił nasze życie na wielu płaszczyznach. Zredefiniował wiele pojęć, także z zakresu muzyki. Choćby określenie płyta solowa… Zapraszamy na odczyt i odsłuch … solowej płyty Alexa Warda, nad którą muzyk w domowych pieleszach pracował całe osiem miesięcy (od lipca ubiegłego roku do marca bieżącego). Zagrał na niej na tysiącu instrumentów, których dźwięki skomponował/ skleił/ przykroił do rozmiaru dziesięciu utworów, które trwają blisko pięć kwadransów. Oto duża orkiestra spod ręki jednego muzyka!

Efekt wielomiesięcznej pracy Warda winien budzić nasz szacunek, ale także artystyczny podziw! Muzyk gra tu na gitarze elektrycznej, gitarze basowej, kontrabasie, fortepianie, electric piano, perkusji, klarnecie, a także na innych instrumentach dętych, ale na ogół w wielowątkowych akcjach granych unisono, zatem trudno je wszystkie rozpoznać. Całość skrzy się niemal epickim rozmachem, balansuje na krawędzi wielu gatunków, goni emocjami od skrajnego, post-metalowego mięcha, przez jazzowe i fussion-jazzowe improwizacje, aż po kameralne, niemal trzecionurtowe ekspozycje. Wszystko jest tu precyzyjnie zaplanowane (obleczone w ramy pełnokrwistych kompozycji), ale oczywiście przestrzeni dla improwizacji – głównie na gitarze i klarnecie, of course – jest tu cały, niezmierzony ocean.

Utwory otwarcia stawiają na rockowe emocje. Ten pierwszy zdobią dęte kontrapunkty, ten drugi ocieka ekspresją godną dobrego hc-punk sprzed kilku dekad. Trzecia część stawia odważny krok w kierunku post-jazzu przefiltrowanego post-klasyką. Bogata, orkiestrowa narracja tętni tu trzecionurtowym życiem. Czwarty odcinek powraca do emocji z początku płyty – hard-rockowy riff i połamana rytmika. Kolejna część, najdłuższa, ponad 18-minutowa, wydaje się stanowić opus magnum tego albumu. Budują ją gitary, skomplikowana struktura wewnętrzna, posmak rock in opposition, a nawet post-metalowe galopy. Część szósta stawia intrygujący znak zapytania - pachnie mrocznym ambientem, który zmącony zostaje brzmieniem piana i perkusji, czyniąc ów utwór być może pierwszym w dziejach nagraniem … czwartonurtowym. Narracja siódemki zaczyna się bardzo kameralnie (piano, klarnet, kontrabas), ale zostaje w połowie złamana kwaśnym brzmieniem electric piano, wiodąc ekspozycję w otchłań fussion jazz dance! Kolejne dwie części brną w nastroje hard & fussion rock, nasycone dużą porcją psychodelii. No i sam finał, znów wielominutowa, epicka opowieść o losach gitary w historii kreatywnej improwizacji. Gitarowe solówki, dramaturgiczne spiętrzenia, niekończące się zmiany w zakresie dynamiki dalece wielowątkowej narracji. Na ostatniej prostej wymowa całości zostaje podkreślona efektownymi pasmami syntetycznych brzmień.

 


cr-ow-tr-io  Hold Music (Luminous Records, CD 2021)

Cofamy się na osi czasu i lądujemy w Londynie, w samym środku lata 2019 roku. Trio o tajemniczej nazwie (ułożonej wszakże z inicjałów muzyków) tworzą tu nasi dobrzy znajomi: Cath Roberts – saksofon barytonowy oraz Otto Willberg – kontrabas i postać debiutująca na tych łamach: Tullis Rennie – puzon. Każdy z muzyków ma też do dyspozycji dodatkowe akcesoria dźwiękowe: piszczałki, dzwonki i wiele innych obiektów. Całość niedługiej płyty (mniej niż 40 minut) składa się aż z siedemnastu improwizacji.

Albumowe credits zawiera ciekawe sformułowanie – nagrane dźwięki zostały pokrojone na kawałki. Recenzent nie ukrywa, iż ma z nagraniem krowiego tria pewien problem. Jak domniemujemy, muzycy nagrali dużą porcję dźwięków, po czym pocięli je na chwilami bardzo krótkie, kilkudziesięciosekundowe odcinki. Niektóre spokojne, zadumane, inne nerwowe, szyte gęstym ściegiem i pokrojone wyjątkowo ostrym skalpelem. Zdania urywane w pół słowa, dźwięki wydarte instrumentom i zadeptane ciszą. Artyści nie zlepili tych mikro dramatów w całość, każdy z nich oddzielony został zwyczajową ciszą. Efekt takiej edycji swobodnej improwizacji daje niestety efekt dramaturgicznego chaosu. Trudno nam dotrzeć do intelektualnego jądra tego jakże konceptualnego pomysłu, zwłaszcza, że w tym tyglu małej formy uchowało się kilka dłuższych (nawet 5-minutowych!) improwizacji, które pokazują naprawdę duży potencjał tria dwóch dęciaków, kontrabasu i całej masy przeszkadzajek.

Naszą albumową egzegezę ograniczamy zatem do wskazania tych improwizacji, które z racji swej długości uznać możemy za pewną zamkniętą całość. W trzecim odcinku intrygująco frazuje bardzo brudnym brzmieniem puzon, a kontrabas snuje tajemniczy rytm rysowany trybem pizzicato. Utwory dziesiąty i jedenasty, to najdłuższe epizody na albumie. Oba mają wyraźnie zarysowaną narrację, zmyślną dramaturgię i ciekawie uwypuklają brzmienia zastosowanego instrumentarium. Dęciaki śpiewają, jurny kontrabas kreśli im szlak podróży, pojawia się też smyk i oddech niemal kameralnej zadumy. Zaraz potem czeka na nas duża porcja naszych ulubionych preparacji, upstrzona garścią post-perkusjonalnych dźwięków. Całość przypomina zdekonstruowaną wersję My Life In The Bush Of Ghosts! Trzynasta improwizacja stawia na urywane, niemal field recordingowe dźwięki, zarówno instrumentalne, jak i płynące wprost z gardeł muzyków. Piętnasta historia lepi się w ciekawe drony, dyskutuje z ciszą i buduje niebanalny suspens. Na jej zakończenie mamy wrażenie, iż muzycy chodzą po scenie i zbierają instrumenty. Wreszcie finał, prawie cztery minuty – teatr komedii, slapstickowe grepsy, szeleszczące przedmioty, półdźwięki i oddechy czerstwej ciszy. Muzycy definitywnie schodzą ze sceny. A my nie wiemy, czy klaskać, czy może też już iść do domu.

 


Michał Giżycki & Matthias Müller  +Q (Bandcamp’ self-released, DL 2021)

Po brytyjskich bezeceństwach czas na chwilę freely improvised music w wykonaniu dwóch skromnych instrumentów dętych – klarnetu basowego (Giżycki) i puzonu (Müller). Muzycy poznali się w trakcie ubiegłorocznej edycji Spontanicznego Festiwalu. Swą muzyczną przyjaźń gruntowali na edycji tegorocznej i w tak zwanym międzyczasie (dokładnie 3 października 2021) zarejestrowali niewielkich rozmiarów sesję nagraniową, której efekty, to dwie improwizacje, trwające 29 minut.

Muzykę otwarcia tworzą tu dwa drony dźwięków, płynących wprost z głębokiej ciszy. Przemieszczają się mrocznym korytarzem, łapią się wilgotnych ścian, konsekwentnie brną jednak do przodu. Słyszymy pracę wentyli i dysz, ich oddechy i chwile trwogi. Paleta dźwięków systematycznie się powiększa, jakby instrumenty nadymały się kolejnymi porcjami powietrza, jakby przybywało kratek wentylacyjnych w tym długim tunelu. Oddechy cyrkulacyjne, bezgraniczne płuca i prosta mechanika instrumentów stworzonych z blachy i drewna. Te ostatnie też oddychają i łączą się z ciałami muzyków. Puzon podąża jednośladem, klarnet faluje jak na huśtawce. W obu tubach zaczyna powali gotować się woda. Nim upłynie 10 minuta muzycy zdają się pokonywać pierwsze wyraźne wzniesienie. Zaczynają śpiewać i wzdychać, pełni romantycznej autorefleksji. Kolejne dwie minuty decydują o tym, iż stają w obliczu ciszy niemal zupełnej. Rezonują, szumią, szeleszczą. Puzon tańczy na falach radiowych, klarnet kołysze się na wietrze. Nowy wątek tworzą z innego budulca - szukają ukrytych fraz pełnych metafizycznej melodyki, ale i subtelnych refleksji. Na finał łapią kolejną cyrkulację w rozgrzane już płuca.

Na starcie drugiej, nieco krótszej improwizacji, muzycy proponują mały konkurs – kto zagra delikatniejszy dźwięk. Ale w tej grze nie ma zwycięzców. Przedechy, pomruki, szumy. Gadają ze sobą jak borsuki na popołudniowej przechadzce, syczą jak węże w gorącym słońcu. Zdaje się, że celebrują każdy oddech – swój i instrumentu. Gdy zbyt blisko podchodzą do ciszy, zaczynają nagle podśpiewywać i śmiać się od ucha do ucha. Szukają detali, z drobiazgów budują cały swój świat. Mikro-parsknięcia i nano-salwy ekspresji. Krótsze i dłuższe narracje, zdania urywane w pół słowa i szelmowskie przeciągnięcia. Na zakończenie definitywnie śpiewają, wszak spędzili ze sobą urocze pół godziny.

 


William's Things: Michał Górczyński, Sean Palmer, Tomasz Wiracki  The Robots Are Coming (Multikulti Project, CD 2021)

Na zakończenie naszego dzisiejszego, wielogatunkowego przeglądu nowości jedenaście piosenek do śpiewania! Wiliam’s Things, to trio, które znamy już z dwóch poprzednich płyt, intrygująco łączące klarnet kontrabasowy, minimalistyczny fortepian oraz doskonały głos aktorski, po prawdzie także piosenkarski. Dla przypomnienia, to Michał Górczyński, który odpowiada tu także za kompozycje, Tomasz Wiracki oraz Sean Palmer. W nagraniach tej płyty wykorzystano testy literackie Kyle’a Dargana oraz M. Vincenta van Mechelena. Całość odsłuchu zajmuje 46 minut.

Wydaje się, że po raz kolejny kardynalną wartością tria William’s Things jest sposób zachowania się klarnetu kontrabasowego. Ów ogromny dęciak we władaniu Górczyńskiego staje się bowiem nade wszystko instrumentem melodycznym, dalece rytmicznym, efektownie rozśpiewanym, no i frywolnie tanecznym. Z kolei ważnym elementem dramaturgicznym tej akurat płyty są tytułowe roboty. W trakcie całego nagrania towarzyszy nam charakterystyczny chrobot, chwilami szelest, czyli dźwięki mechanicznej pracy robotów. Efekt ten bierze w nawias całą piosenkową warstwę albumu i zdaje się kierować nasze zainteresowania ku tekstom śpiewanym lub recytowanym przez Palmera. Warto je śledzić, zwłaszcza, iż perfekcyjna dykcja muzyka pomaga w zrozumieniu angielskiej poezji.

The Robots Are Coming, to melanż masy, delikatności, rytmicznej konsekwencji i dramaturgicznej determinacji muzyków. Rodzaj kołysanki dla niezbyt grzecznych dzieci, która bardziej podoba się rodzicom niż latoroślom. Opowieść balansuje tu między oniryczną delikatnością, a marszowymi, zadziornymi frazami, pełnymi emocji. Dyktat rytmu zdaje się świetnie konweniować z robotyczną tematyką całego przedsięwzięcia. Najciekawsze fragmenty płyty, to być może środkowe kompozycje. Czwarta stawia na delikatne eksperymenty brzmieniowe. Piąta łączy mroczny klimat z głosem, który rzęzi niczym Tom Waits. Filigranowe piano i mruczący klarnet budują tu intrygujący dysonans. Szósta piosenka do mrocznej aury dodaje pewną narracyjną nerwowość, z kolei siódemka sprawia wrażenie wystudzonej ballady, w trakcie której niepodziewanie klarnet i wokalista zaczynają na siebie krzyczeć! Kolejne utwory nie stronią od tanecznych fraz, ale także uciekają w bardziej refleksyjne rejony. Niebanalny jest sam finał nagrania. Głos Palmera jest tu elektronicznie zniekształcony (wokoder?), a całość smakuje prawdziwe robotycznym, syntetycznym brzmieniem.

 

 

piątek, 6 marca 2020

Loplop! Malignae! Casswell! Anticlan! PPPT! Why my guitar does not gently weeps!


Dziś czas na prawdziwe guitarquake!!! Pięć płyt, pięciu dalece intrygujących gitarzystów, gatunkowy melting pot i emocje od ognistego dołu do niebiańskiej góry! Oczywiście nie tylko gitary decydują o obliczu muzyki, o której za chwilę porozmawiamy, ale to one są dziś głównym powodem owej dysputy! Każda z nich inna, każda frapująca, każda wyposażona w ładunek indywidualnego szaleństwa!

Zaczniemy od, jak zawsze nad wyraz kreatywnej, Skandynawii i tria Loplop, potem Barcelona i czarna, jak tylko to możliwe Malignae! Oddech (bezdech?) na gitarę solo ze Zjednoczonego Królestwa, a w dalszej kolejności - międzynarodowy, choć z Rotterdamu, Anticlan oraz tajemnicze trio krajowego chowu, które wydaje płyty z częstotliwością raz na miesiąc i jeszcze nazywa swą muzykę spontaniczną!!!! Pierwsza płyta z dziś omawianych ukazała się dziesięć dni przed końcem starego roku, pozostałe pozycje, to tegoroczne świeżynki. Rok 2020 zaczyna się doprawdy ogniście!




Loplop  Loplop (Gotta Let It Out, CD 2019)

Słowo się rzekło, lądujemy w portfelu wydawniczym duńskiej oficyny Gotta Let It Out, a na scenie miejsca zwanego RMC (studio, klub?) witamy szwedzkiego Amerykanina i Norwegów - Jon Lipscomb na gitarze elektrycznej, Dan Peter Sundland na gitarze basowej oraz Ole Mofjell na perkusji. Rzeczone power & fire trio zwie się Loplop, a prezentuje nam swoje debiutanckie dziecię bez tytułu własnego.

Pięć improwizacji, budowanych zapewne w oparciu o scenariusze, tudzież zapiski kompozytorskie, trwa dokładnie 55 minut i 35 sekund. Każda z nich jest rozbudowana (od prawie siedmiu do niemal siedemnastu minut), pełna zaskakujących zwrotów akcji, pokomplikowana dramaturgicznie i niepozwalająca odbiorcy na choćby nanosekundę nudy. W wielu momentach określenie power trio wydaje się trafne, albowiem estetyka ostrego rocka, przyprawionego zdrowym, post-jazzowym sznytem bliska jest upodobaniom artystów, ale też nie oddaje całego bogactwa ich muzyki, niezliczonych pokładów ekspresji i niewyczerpalnych zasobów artystycznej kreacji.

Od pierwszej sekundy słyszymy, iż heavy-psycho-rockowa gitara będzie tu rządzić, stawiać wymagania i egzekwować wszelkie, wcześniejsze ustalenia. Jako że partnerów ma nie byle jakich, bo i basówkę stać tu na wiele, zarówno na etapie budowania potężnej narracji, jak i swobodnej improwizacji, a kocia zwinność perkusji też budzić musi nasze uznanie, to zadanie wydaje się łatwe i nieskomplikowane. Utwór otwarcia jest najkrótszym fragmentem płyty, koncentruje się głównie na dynamicznym, meta rockowym wyznaczeniu terenu dalszych eksploracji. Bystre tempo i adekwatna gęstość narracji - od rockowego drive’u po trzy swobodne strumienie improwizacji. W drugiej opowieści muzycy odstawiają nieco rockową estetykę i brną coraz śmielej w bystre interakcje, skutecznie szukając psychodelii i nigdzie się nie śpiesząc. Wszystko pięknie narasta i lepi się do siebie – barokowy przepych zdarzeń, tudzież młodzieńczy temperament i wigor w kreowaniu ekspresyjnego zakończenia.

Trzeci utwór zdaje się być kluczowym dla obrazu całości. Dość spokojnie otwiera ją bas wraz z perkusją. Gitara podłącza się po krótkiej chwili i łapie swobodny, psychodeliczny dryl, po czym wiedzie narrację w najprzeróżniejsze zakątki – nie brakuje w nich plastrów ciszy, a opowieść budowana jest bardzo skrupulatnie. Po upływie piątej minuty muzycy idą śmiało w galop, który z czasem przybiera niebywałe barwy. Szczególnie ciekawie jest w momencie, gdy gitara zaczyna repetować, a bas i perkusja, miast gnać na zatracenie, zaczynają szukać niuansów i dramaturgicznych pętli. Ogień rocka, wysublimowanie swobodnej improwizacji i artystyczna bezczelność prowadzą muzyków na sam szczyt. W dziele niszczenia naszych przyzwyczajeń bardzo przydatne okazują się: świetny warsztat instrumentalny artystów, niemal zwierzęca elastyczność i brak jakichkolwiek zahamowań stylistycznych. Czwarty utwór pokazuje jeszcze jedno oblicze Loplop – spokojne, niemal balladowe intro, bystrze nabiera mocy, a kołem zamachowym wydaje się być nade wszystko aktywny i niebanalny drumming. Na finał tej części muzycy śmiało otwierają przed nami wrota post-gitarowego noise. Część piąta, ostatnia i kolejne, nowe oblicze tria – sporo wyważonych preparacji, szelestów, szmerów i tajemniczych fonii. Znienacka atakuje nas … saksofon, który brzmi niczym młody Evan Parker, budujący podwaliny gatunku. Gitara Jona brzmi po bailey’owsku, a całą narrację możemy, bez jakiegokolwiek ryzyka popełnienia błędu, potraktować jak tribune to british freely improvised music! Brawo za finał, brawo za całą płytę! 




Malignae  Energía [tan] oscura (Discordian Records, DL 2020)

Gitarowych szaleństw ciąg dalszy! Barcelona, także Bogota, okoliczności studyjne w latach 2017/18 - kilka różnych, także personalnie sesji. Post-black metalowa Maligna na swym debiutanckim wydawnictwie proponuje nam jakby dwie podpłyty – w utworach nieparzystych: Diego Caicedo (gitara, głos, dyrygentura) oraz trzej kontrabasiści: Alex Reviriego, Carlos Ródenas oraz Eduard Altaba, w utworach parzystych: Diego Caicedo – gitara i bas elektryczny, Carlos Jorge – wokal i Cristian Sarmiento – perkusja. Dziewięcioczęściowa drama trwa 35 minut i 41 sekund.

Ciemna (a jakże) energia, to album definitywnie dwubiegunowy, choć światy muzyki improwizowanej (część nieparzysta) i blackmetalowej (część parzysta) mają tu ze sobą wyjątkowo po drodze. Estetyka mroku, egzystencjalnego zwątpienia, artystycznej desperacji i demonicznego nastroju są naturalnym atrybutem obu wspomnianych wątków muzyki współczesnej, które łączy personalnie szef całego przedsięwzięcia, kolumbijski rezydent Barcelony, gitarzysta Diego Caicedo. Muzyk, z którym znamy się doskonale choćby z wydanych w Polsce albumów Low Vertigo i Hung Mung.

Płytę otwiera świst gitary, która dostała zbyt dużą dawkę zasilania elektrycznego. Towarzyszy jej szeroki strumień masywnego, trójgłowego kontrabasu. Smyki na gryfach kręcą świdry, odzierają je ze skóry, gitara topi się w metafizycznym wrzasku, który dodatkowo stymuluje głos, póki co, dość ludzki. Riffy sfuzzowanej gitary otwierają przestrzeń rockowego black – twardy bas, bystra perkusja i growlowy wokal czynią swoją powinność zgodnie z arkanami mrocznej sztuki. Zmienne tempo narracji, początkowo statyczne, potem dalece dynamiczne, całość wyrafinowana, bez specjalnych gatunkowych ekstremów, także ze sporą dawką psychodelii i sznytem latynoskiego temperamentu. Powracamy do wątku improwizowanego – narrację buduje stojący dron sprzęgającej się gitary, który stanowi tło dla czeredy kontrabasów. Te ostatnie, z smykami na sztandarach, ryją nam mózg egzystencjalnymi wątpliwościami, a demony szepczą do ucha wyłącznie złe komunikaty. Kontrapunkt black w części czwartej stawia na łamanie rytmu wedle dobrych wzorów amerykańskiego hc/punk sprzed trzech dekad, mantryczność powtórzeń i bystre solo gitary, czynione na dalece już zaawansowanej dynamice.

W piątym epizodzie kontrabasy stawiają na technikę pizzicato. Gitara włącza się w budowanie narracji, czyniąc ów fragment być może najbardziej zrównoważonym emocjonalnie na całej płycie. Czarna pieczęć części szóstej początkowo toczy się dość statycznie. Głos niemal recytuje krzykiem, gitara przywołuje znajome strachy. Skok w galop emanuje precyzją wykonania, a gitara odpływa jako pierwsza. Siódma, czyli znów improwizowana – kontrabasy brną w tempie godnym blackend, brzmią jak armia straceńców, gitara błyszczy zimnym ogniem, całość bliska zdaje się być bliska ściany dźwięku. Gitara potrafi tu sypać syntetyczną post-elektroniką, karmić nas białym szumem, a każdy z kontrabasów snuje swój separatywny wątek. Brawo! Komentarz black tria wydaje się jeszcze dosadniejszy – huraganowe tempo, ekspozycja wszelkich emocji, multiplikujący się growl. Potem bystre zejście w przestrzeń zwinnego post-rocka i brutalny powrót do wątku głównego. Dobijamy do dziewiątej części – gitara sprzęga się na potęgę, smyki piłują struny wyjątkowo nisko, a zaraz potem wysoko. Moc kreatywnego szaleństwa wiedzie Malignę na spotkanie z ostatnim dźwiękiem. Gitara płonie okiełznanymi już wątpliwościami.




Rex Casswell  Bricolage (Confront Recordings, DL 2020)

Nic tak skutecznie nie odda wielowymiarowości współczesnej gitary, która za nic ma podziały gatunkowe i jakiekolwiek samoograniczenia w zakresie sposobów wydawania dźwięków, jak jej ekspozycja solowa. Przed nami muzyk, który od lat funkcjonuje na obrzeżach wszelkich muzycznych obrzeży (przez co jego dyskografia jest nad wyraz skromna), Rex Casswell i solowa, improwizowana propozycja na gitarę akustyczną i elektryczną, po części także konceptualna, ale o tym za moment. Siedem części, trzy kwadranse wrażeń – zapewniamy - dalece wielowymiarowych. Nagrania z miejsca zwanego Sweet Factory, Louth, Lincolnshire, dwa dni grudniowe w roku 2018.

Bricolage, to przykład gitarowej ekspozycji, którą śmiało zaliczyć możemy do działań radykalnie poszerzających techniki wydobywania dźwięków ze strun i wszystkiego, co jest z nimi fizycznie związane. Muzyk, przygotowując się do żmudnego procesu permanentnego preparowania swoich gitar, przyjął pewne założenie. W każdym z utworów konsekwentnie korzysta on z jednego przedmiotu, bądź z jednej metody preparowania, od pierwszej do ostatniej sekundy nagrania. Jakie wykorzystuje przedmioty, jakie stosuje metody, można częściowo wywnioskować, analizując tytuły poszczególnych części. Zainteresowanych odsyłamy do bandcampowej strony wydawcy, radzimy wyposażyć się w dobry słownik angielsko-polski. My zaś ograniczymy się do krótkiego opisu każdego fragmentu tej niezwykłej, zarówno pod względem akustycznym, jak i dramaturgicznym, płyty.

Struny gitary traktowane są nad wyraz dynamicznie jakimś ostrym przedmiotem. Wszystko trzeszczy, skrzypi, jęczy pod naporem mocy, dźwięcznie pokrzykuje. Odnosimy wrażenie, iż w tym procesie uczestniczy jednocześnie gitara elektryczna i akustyczna, a całość w konsekwencji nabiera elektroakustycznej poświaty. W drugiej części – wszystkie przedmioty uczestniczące w procesie definitywnie zdają się cierpieć. Ściskanie, rozciąganie, dewastowanie – oto nowy wymiar improwizującej gitary. Aż trudno uwierzyć, iż dźwięki, które słyszymy, to naprawdę gitara. Narracja, nie jedyny raz na tej płycie, poszukuje wewnętrznego rytmu i szuka adekwatnej dla sytuacji scenicznej tekstury. W kolejnym epizodzie słyszymy warkot … silnika spalinowego. Motoryka tajemniczych dźwięków, która stawia nieustanne pytania o źródło ich pochodzenia. Czwarta część – znów siła i ekspresja strunowych dewastacji. Dźwięki w nieco wyższych pasmach, dynamika narracji, która szuka gęstszych struktur, na granicy rytmiki repetytywnej, nie bez akcentów para perkusjonalnych.

Do piątej improwizacji zaprasza nas znów mechanika – jakby świder, wentylator, który rozrzedza gęste powietrze wnętrza. Struny w oczekiwania na dewastację prychają dźwięcznymi foniami, czyniąc opowieść delikatnie dronową, pozbawioną dynamiki. Kolejny fragment – pocieranie metalu o metal, mechaniczna ekspozycja niemal całkowicie pozbawiona typowych dla muzyki atrybutów. Masa trudnych w odbiorze fonii, podawana z epickim rozmachem. Zmiana goni tu zmianę, a całość po czasie niespodziewanie osiąga stan post-mechanicznego ambientu, który rezonuje ze wszystkim, co napotka na swojej drodze. Wreszcie finałowy odcinek płyty – powrót do ostrych dewastacji fonii naprawdę … gitarowych. Dotkliwy dźwięk goni tu dźwięk jeszcze bardziej dosadny. Narracja staje się istotnie efektowna – rodzaj polirytmii, odwróconej tekstury, funk in hell! Po piątej minucie słyszymy wyraźnie, iż muzyk kardynalnie powrócił na gryf gitary, a całość intrygująco wybrzmiewa.




Anticlan  Close To The Bone (Creative Sources, CD 2020)

Wypadałoby teraz zapowiedzieć coś odrobinę relaksującego, ale nie dziś! Kolejna petarda z ważką rolą gitary elektrycznej staje u naszych wrót – zwie się Anticlan! Pierwsza płyta tej formacji istotnie zachwyciła nas jakieś dwa lata temu (co znalazło także odzwierciedlenie w podsumowaniu roku 2018). W studyjnych okolicznościach Rotterdamu, w trakcie zabawnego roku ubiegłego, spotykamy takich oto muzyków: Hugo Costa – saksofon altowy, Josué Amador – gitara elektryczna oraz Philipp Ernsting – perkusja. Artyści będą improwizować przez 48 minut i 49 sekund, a ich opowieść składa się z sześciu epizodów. Bez zbędnych introdukcji recenzenckich przechodzimy do omówienia muzyki posadowionej Tuż Przy Kości.

Bystry circle drumming i post-rockowa, groźna gitara, zasilana gęstym strumieniem prądu zmiennego, witają nas w przestrzeni swobodnej, choć dramaturgicznie uporządkowanej improwizacji. Masywne intro, w trakcie którego gitara ślimaczy się i rozgląda na wszystkie strony, podczas gdy perkusja realizuje całkiem żwawy galop. Po stu sekundach do gry wchodzi saksofon, który maluje freejazzowe bazgroły, a gitara milknie. Gdy po niedługiej chwili powróci, silnie się sprzęgając, narracja będzie już do samego końca płyty tworzona w pełni kolektywnie, przy udziale wszystkich aktorów tego widowiska. Z sekundy na sekundę opowieść pęcznieje, nabiera psychodelicznego sznytu, niesie w sobie pewien suspens, jakkolwiek stąpa po ziemi wciąż twardą stopą. Intrygujące, iż każdy z instrumentów płynie tu jakby własnym tempem, improwizuje swoją bajkę, ale całość wydaje się być wyjątkowo zwarta, a poszczególne jej elementy dobrze skorelowane. Druga opowieść delikatnie traci impet. Gitara sunie post-jazzem, saksofon szuka inspiracji w historii gatunku, a perkusja liczy krawędzie. Rodzaj krótkiej meta ballady, która nie stroni od preparowania dźwięków, zwłaszcza na gryfie gitary. Wejście w trzecią część rekompensuje nam chwilowe braki w zakresie dynamiki – aktywny drumming, saksofonowe repetycje i gitara, która szuka akcentów psychodelicznych po stronie ambientowych plam. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni, elementem stymulującym rozwój wydarzeń na scenie jest perkusja. Rośnie ekspresja, szczególnie w tubie saksofonu, gitara repetuje, a finał epizodu trio odnajduje w zwinnym galopie.

Druga część płyty przenosi nas już w meta przestrzeń post-rockowej psychodelii, tak charakterystycznej dla pierwszej płyty Anticlan. Na starcie czwórki klimatyczna powolność – perkusyjne preparacje, dyszący alt i gitara, która rezonuje z martwym powietrzem. Narracja buduje się jakby sama, klejąc do siebie poszczególne składniki – szczyptę zadumy, artystyczne wątpliwości, dystans wobec siebie i każdego dźwięku. Gitara odpływa jako pierwsza, saksofon w komentarzu plecie cudne mikro melodie. Piąta opowieść rodzi się na drżących talerzach. Wycofany saksofon i gitara, która alchemicznie skrapla wilgotne oddechy muzyków. Znów świetne momenty perkusji, której nie brakuje chęci i pomyślunku do budowania bazy dla pozostałych instrumentów. Saksofon brnie zwinnym post-jazzem, gitara tańczy post-funkiem, po czym wszyscy na scenie błyskotliwie tłumią emocje i płyną rozlanym strumieniem dźwięków do samego końca, potwierdzając, iż to ich ulubiona bajka. Szósta, ostatnia improwizacja, trzyma psychodeliczny klimat – perkusjonalne błyskotki, gitara zaplątana w śliskie struny, saksofon stawiający regularne stemple nieco z oddali. Z czasem opowieść nabiera wigoru, rośnie jej energia kinetyczna. Gitara tym razem szuka rockowego hałasu, a to w tubie saksofonu zdaje się być najwięcej kwasu. Narracja nie intensyfikuje się jednak linearnie - perkusja i gitara idą wspólnie w galop, ale saksofon stoi w miejscu i mantruje na potęgę. Po pewnym czasie także on daje do wiwatu i trio nabiera zmysłowej intensywności. Finał godny całej, chwilami definitywnie błyskotliwej płyty. Opowieść gaśnie przy altowym zaśpiewie.




Parampampam Trio  PPPT EP#30 (Self-bandcamp, DL 2020)

Czas na zapowiadaną już w preambule dzisiejszej zbiorówki … muzykę spontaniczną! Trio zwie się niezobowiązująco Parampampam, pochodzi z Olsztyna, nagrywa już od ponad dekady i właśnie wydało swoją … trzydziestą ep-kę. Z radością zatem witamy na Trybunie Muzyki Spontanicznej załogę w składzie: Andrzej Koczan – bas, Darek Dzwolak – perkusja oraz Paweł Nałysnik (gitara, saksofon). Cztery ponumerowane improwizacje, ponad 36 minut (niezła ep-ka!).

Gatunkowy punkt wyjścia dla improwizacji, zarówno tej predefiniowanej, jak i całkowicie swobodnej, jest … tylko punktem wyjścia. W przypadku PPPT jest nim muzyka rockowa, ta bardziej w blasku post, dynamiczna i transowa muzyka, która lubi także pohałasować (noise forever!). Nie znamy, rzecz jasna, wszystkich poprzednich dwudziestu dziewięciu płyt tria, zatem nasze sądy budujemy głównie na zawartości ostatniego nagrania. A wskazuje ono, iż muzycy już dość dawno opuścili ów punkt wyjścia i pięknie toną w oceanie swobodnych, ponad gatunkowych form, a wszystko, co dobre i wartościowe nie jest im obce.

Na wydawnictwie PPPT EP#30 budzimy się w oparach gęstego, mrocznego, gitarowego ambientu, które stempluje repetujące sprzężenie elektryczne, rodzaj gitarowego riffu, nieznanego do końca pochodzenia. Miarowy zgrzyt talerzy rozpoczyna budowanie narracji właściwej. Po trzeciej minucie gitara i bas wplątują w ów hard-ambient ślady rockowej struktury. Wirująca psychodelia też jest już udziałem muzyków. Gonią ku ścianie dźwięku zwinnie i w dobrym tempie. Drugi epizod otwiera porcja ambientu, która nosi już znamiona harshu. Deep drumming proponuje umiarkowanie spokojne tempo. Dronu bas niemal stoi w miejscu, powietrze jest gęste i parne. Ledwie po kilku krokach trio znów osiąga ścianę dźwięku, ale jej struktura wydaje się być bardziej mgława i nieoczywista, niż w pierwszym odcinku. Narracja pęcznieje, rozrasta się, ale cały proces jest bardziej ekstensywny niż intensywny. Post-ambientowy dron topi się w egzystencjalnej zadumie, zaś perkusyjna mantra realizuje końcową marszrutę.

Trzecia część budowana jest przez perkusyjny rytm, pełen post-punkowych odniesień i ambient sfuzzowanych gitar. Flow jest brudny, ocieka zimnym potem, drży i złorzeczy. Wątki gitarowe toczą się w jego głębi, niektóre z nich poznajemy tylko przelotnie. Na finał zmysłowy harsh ambient milknie, dzięki czemu perkusja i czyste rockowe wiosła mogą nas nieść wzgórzem, które możemy śmiało nazwać udanym wspomnieniem po Joy Division. Czwarta, ostatnia historia – post-rockowa, kolektywna narracja. Bas i perkusja stawiają rytmiczne stemple, gitara tryska kreatywnością w wielu wymiarach, czyniąc jakby mimochodem krótkie resume gitarowego new wave & psycho w ujęciu historycznym. Całość błyskotliwie narasta, bas też dokłada swoje cegiełki, a perkusja bije sercem całego świata. Gitara sprzęga się, tarmosi struny, tańczy sama ze sobą mały rytuał szaleństwa. Post-rock, który kipi emocjami! W połowie dziewiątej minuty bas i perkusja gasną w ułamku sekundy, a szczęśliwe zakończenie płyty jest już udziałem samotnej gitary, która rozlewa się soczystym ambientem.