Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Gołębiewski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Adam Gołębiewski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 18 marca 2025

Adam Gołębiewski & Dave Brown in Dogs Light!


Adam Gołębiewski lubi podróżować. Po świecie realnym, po świecie zdekonstruowanych, tajemniczych dźwięków, do produkcji których perkusja jest tylko jednym z wielu narzędzi. W trakcie tych niekończących się podróży często spotyka gitarzystów.

Muzykował z Thurstonem Moore’em, czy z Pierrem Jodlowskim, w obu przypadkach bodaj jednokrotnie, improwizował z Sharifem Sehnaoui, tu wielokrotnie, teraz proponuje nam meeting z legendą australijskiej gitary Dave’em Brownem, muzykiem współodpowiedzialnym za obraz jazzowych i rockowych Antypodów, nadto artystą, który świetnie czuje się w niebanalnej improwizacji, dowodów czego moglibyśmy szukać choćby w katalogu … krajowego Bociana.

Dogs Light, to album szczególny w dyskografii polskiego artysty. Decyduje o tym zarówno oryginalne i niebanalne frazowanie Australijczyka, jak i zaskakujący, wręcz medytacyjny spokój, jaki Gołębiewski wnosi do ośmioczęściowej improwizacji. Zajrzyjmy do środka.



 

Otwarcie albumu jest delikatne, wystudzone, leniwe i, jak się później okaże, dość typowe dla całego nagrania. Gitarowe, półmelodyjne frazy, nasączone post-bluesową barwą w kooperacji z rezonującymi talerzami i porcją rozkołysanych, pieczołowicie konstruowanych, perkusjonalnych preparacji. W drugiej opowieści Dave sprawia wrażenie, jakby jego gitara łapała trochę brudu z amplifikatora, zaczynała pulsować i okazjonalnie sprzęgać, generując przy okazji filigranowe porcje rockowego hałasu. Czujny Adam buduje w tym czasie skromną akcję drummingową na talerzach.

W kolejnych trzech improwizacjach dzieje się naprawdę dużo dobrego. Najpierw dostajemy strzępy melodii, które ścielą się na dronie rezonującego werbla. Gitara dostarcza odrobinę jazzowego fussion, ale stoi w miejscu i definitywnie nie jest zainteresowana jakimkolwiek dynamicznym rozwiązaniem. Całość nabiera masy mocą eskalującego się pogłosu. W kolejnej odsłonie pojawia się chyba gitara barytonowa, bo całość, z rockowym posmakiem, brzmi bardzo basowo. Z każdą sekundą narracja nabiera tu jednak cech pokrętnej ballady, jakby zagłębiała się w pozie ukojenia, dramaturgicznego niedopowiedzenia. Piąta improwizacja osadzona jest na istotnym dysonansie. Gitarzysta frazuje zaskakująco czystym tembrem, natomiast z perkusjonalnego akcesorium dociera mnóstwo preparowanych, dronowych akcji, niekiedy w pozie rozśpiewanego post-hałasu. Całość nie przestaje być rodzajem szemranej kontemplacji, która systematycznie zanurza się w mroku. W końcowej fazie opowieść zaskakuje – lepi się w intrygujący, masywny dron, stanowiąc być może najbardziej efektowny moment całego albumu.

Utwory szósty i siódmy, to definitywnie drobne formy. Od mrocznej nostalgii, która nabiera noise’owej poświaty dzięki gitarowym zaczepkom, po perkusjonalne preparacje rozdygotanego werbla. Od medytującej ciszy po przednóża kompulsywnego hałasu. Ostatnia improwizacja trwa ponad cztery minuty i być może stanowi najgorętszą, najbardziej intensywną ekspozycję wieczoru. Zgrzytająca gitara przebiera nogami i potyka się o post-industrialnie brzmiące perkusjonalia. Akcja zdaje się być wyjątkowo wartka. Adam jest w nastroju do hałasowania, Dave raczej skłonny koić emocje i zbierać manatki. Ten pierwszy śle porcje zgrzytów i bolesnych otarć, ten drugi wpada w repetycję i prosi o niski wymiar kary. 

 

Adam Gołębiewski & Dave Brown Dogs Light (Instant Classic, LP 2025). Adam Gołębiewski – perkusja, obiekty oraz Dave Brown – gitara tenorowa i barytonowa, stomp boxes. Nagrane w Melbourne, Australia, lipiec 2022. Osiem utworów, 39 minut.



wtorek, 31 grudnia 2024

50 Reasons to Remember The Year 2024! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2024!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań!



 

Albert Cirera & Florian Stoffner Mow

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/02/albert-cirera-florian-stoffner-like-to.html

AMM Aura

(not reviewed yet)

Bobby Bradford/ Frode Gjerstad/ William Roper/ Alex Cline Frice

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/11/bobby-bradford-frode-gjerstad-william.html

Burkhard Beins Eight Duos

(not reviewed yet)

Colin Webster Large Ensemble Second Edition

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/colin-webster-large-ensemble-in-second.html

Czarnoziem Socha

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/micha-gizycki-in-black-and-white.html

Darin Gray/ Pak Yan Lau/ Steve Noble/ Alan Wilkinson The Worm Turns

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/the-shrike-records-collection-hazard.html

David Maranha & Rodrigo Amado Wrecks

(not reviewed yet)

Der Dritte Stand, Spontaneous Live Series 015: Live at 7th Spontaneous Music Festival

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/nowe-albumy-spontaneous-live-series.html

Desarbres Ensemble, Spontaneous Live Series D05: Live at 6th Spontaneous Music Festival 2022

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/04/desarbres-ensemble-digitalna-nowosc.html

Dirk Serries At Future Dawn

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/08/dirk-serries-in-defiance-of-self-at.html

El Pricto/ Don Malfon/ Vasco Trilla Behenii - Part I

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/barcelona-five-of-kind-behenii-still.html

Floros Floridis/ Matthias Bauer/ Joe Hertenstein Temporal Driftness

(not reviewed yet)

Gonçalo Almeida States of Restraint

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/goncalo-almeida-and-states-of-restraint.html

Gosia Zagajewska/ Paulina Owczarek/ Emilio Gordoa, Spontaneous Live Series D06: Live at 5th Spontaneous Music Festival, 2021

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/zagajewska-owczarek-i-gordoa-na-szostym.html

Hubbub abb abb abb

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/frederic-blondy-in-two-relative-pitch.html

Ignaz Schick/ Anaïs Tuerlinckx/ Joachim Zoepf Ensemble A

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/confront-recordings-three-shots.html

Ingel Rild Extreme Entity Workout

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/discordian-records-strikes-again-ingel.html

Isabelle Duthoit & Ocnos Arkestra Chillar todo el día

(not reviewed yet)

John Butcher/ Florian Stoffner/ Chris Corsano The Glass Changes Shape

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/butcher-stoffner-corsano-glass-changes.html

John Butcher/ Luigi Marino/ Mark Wastell Parallel Streams

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/john-butcher-in-two-trios-parallel.html

John Butcher/ Phil Durrant/ Mark Wastell Around the Square, Above the Hill

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/butcher-durrant-wastell-are-hanging.html

John Butcher +13 Fluid Fixations

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/04/john-butcher-13-fluid-fixations.html

Jonas Engel/ Andrea Bazzicalupo/ Asger Thomsen Ø

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/05/engel-bazzicalupo-thomsen-draw.html

Kasper T. Toeplitz & Ensemble Phoenix Basel Rupture & Dissipation

(not reviewed yet)

Kaze Unwritten

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/02/kaze-is-unwritten.html

Luis Erades/ Diego Caicedo/ Seba Ramírez Death Posture

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/barcelona-makes-world-go-round-death.html

Magda Mayas' Filamental Ritual Mechanics

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/magda-mayas-and-her-filamental-play.html

Marcello Magliocchi/ Adrian Northover Time Textures

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/marcello-magliocchi-adrian-northover.html

Marlies Debacker/ Salim(a) Javaid Convolution

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/debacker-javaid-in-convolution.html

Marta Warelis/ Florian Stoffner/ Rudi Fischerlehner, Spontaneous Live Series 014: Live at 7th Spontaneous Music Festival

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/nowe-albumy-spontaneous-live-series.html

Onceim Laminaire

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/frederic-blondy-in-two-relative-pitch.html

Paweł Doskocz & Wojtek Kurek Wrrr

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/the-september-round-up-dooom-orchestra.html

Phicus REDOX

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/04/hera-corp-new-outfit-phicus-pablo-selnik.html

Phil Durrant & Daniel Thompson Live / Studio

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/02/phil-durrant-daniel-thompson-are-live.html

Rudi Mahall/ Florian Stoffner/ Michael Griener Die Exorzistin

(not reviewed yet)

Sharif Sehnaoui/ Tony Elieh/ Adam Gołębiewski Shadowcracker

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/sehnaoui-elieh-goebiewski-are.html

Slight Deform Still Life #1

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/barcelona-five-of-kind-behenii-still.html

Sound the Alarm Sound the Alarm

(not reviewed yet)

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/03/barcelona-five-of-kind-behenii-still.html

Splitter Orchester splitter musik

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/09/splitter-orchester-plays-splitter-musik.html

Ternoy/ Cruz/ Orins The Theory of Constraints

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/05/peter-orins-in-two-circum-disc-trios.html

The Void Of Expansion Escaper

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/05/the-void-of-expansion-escaper.html

Thuluth (Magda Mayas, Ute Wassermann & Raed Yassin) One Third Of The Sun

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/11/al-maslakh-fresh-and-older-thuluth-hic.html

Toc & Paulina Owczarek Psychedelic Jelly

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/the-circum-disc-new-outfit-psychedelic.html

Tonus Analog Deviation

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/12/the-new-wave-of-jazz-axis-tonus-lemadi.html

Tony Buck/ John Edwards/ Elisabeth Harnik/ Harri Sjöström Flight Mode – Live in Berlin 2023

https://www.jazzarium.pl/przeczytaj/recenzje/flight-mode-live-berlin-2023

Vasco Trilla The Bell Slept Long In Its Tower

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/10/barcelona-makes-world-go-round-death.html

Warsaw Improvisers Orchestra Trzy Dni

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/08/warsaw-improvisers-orchestra-worked.html

Yedo Gibson Conic Tube

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/the-relative-pitch-spring-is-here.html

Zosha Warpeha Silver Dawn

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2024/06/the-relative-pitch-spring-is-here.html

 

 

piątek, 29 marca 2024

Sehnaoui, Elieh & Gołębiewski are Shadowcrackers!


Spotkanie libańskiego gitarzysty i jego rodaka basisty z polskim perkusistą, to podróż wyjątkowo krętymi serpentynami nieistniejącego świata bardzo bliskiego wschodu, gdy nie zdejmujemy nogi z gazu, a poczucie strachu zdaje się być dawno utraconym atrybutem życia.




Każdy kolejny epizod Shadowcrackera jest dłuższy od poprzedniego, jego życie pęcznieje bowiem w postępie geometrycznym. Aurę otwarcia pierwszego z nich, być może najbardziej dynamicznego, tworzą rockowe pulsacje basu, gęste smugi atrakcyjnie sfuzzowanej gitary i pajęczyna masywnego drummingu. Artyści rysują tu kolczaste zasieki, brną do przodu chwiejnym krokiem ku nieznanej przyszłości. Basista buduje mięsisty walking i trzyma go na krzywej wznoszącej, gitarzysta tapla się w post-noise’owej pożodze dźwięków, szukając wyuzdanej psychodelii, z kolei perkusista stawia stemple i wzmaga ogniste spiętrzenia. Ten ostatni ma tu krótką ekspozycję solową. Gęsta improwizacja, mimo swej masy, z łatwością unosi się w powietrzu, bywa, że pachnie pokrętną rytmiką Mike’a Watta i jego niezapomnianych Minutemen i Firehose.

Druga opowieść wydaje się być jeszcze silniej osadzona w rytmie. Na starcie budują go tu wszyscy. Progresywna pulsacja, feeria drobnych flażoletów, zagęszczenia i rozwodnienia, gramatura post-fussion w tańcu łamanym kołem zębatym. W tej ulotnej pogoni za dawno utraconym muzycy nabierają pewnej zadumy, smutku. Szczególnie błyszczy nimi pięknie frazujący gitarzysta. Z czasem ów martwy taniec nabiera odczynu kwasowego, ale też mocy coraz silniejszych eksplozji basu i gitary. Jeśli znów szukamy post-punkowych konotacji, to właściwym tropem okażą się być może Dead Kennedys i ich Holiday in Cambodia, kraina, która wcale nie wydaje się być umiejscowiona szczególnie daleko od Bejrutu. Śmierć tej narracji okazuje się szczególnie bolesna, jakby ciąg dalszy definitywnie nie istniał.

Finałowa opowieść trwa ponad dwadzieścia minut. Ta z kolei jakby zupełnie pozbawiona była atrybutów rytmu. Na początki tworzą ją dwie strugi fonii – basowe pasmo brzmiące jak syntezator i gitarowe flażolety bezskutecznie szukające melodii. Tymczasem w tle tworzy się chmura rezonujących dźwięków, które mogą być efektem działań perkusisty, ale równie dobrze płynąć wprost z uszkodzonych, basowych pick-upów. Całość z jednej strony skrzy się psychodelią, z drugiej gęstnieje post-industrialnie, zwłaszcza, gdy bas zaczyna intensywnie dudnić. Narracja incydentalnie nabiera mocy, bywa jednak, że stygnie, rozrzedza się i płynie szorstkim post-ambientem. Po takim uspokajającym passusie gitarzysta zaczyna budować zręby melodii, a ów świst gorącego powietrza, który od dawna słyszymy w tle, definitywnie pochodzi już z perkusyjnych talerzy. Bas w ramach budowania dramaturgii rysuje teraz linearny, nisko osadzony flow, a historia świata zdaje się przenosić muzyków wprost w ruiny Pompejów, na niedokończony set wyjątkowo upalonych Pink Floyd. Dalekowschodni posmak gitary stawia kolejne znaki zapytania. Ulotna, talerzowa feeria sprzyja refleksji. Tym, który jako ostatni podejmuje próbę odnalezienia melodii, właściwej światu tej szalonej improwizacji, jest wyraźnie uspokojony basista.

 

Sharif Sehnaoui/ Tony Elieh/ Adam Gołębiewski Shadowcracker (Uznam, CD 2024). Sharif Sehnaoui – gitara elektryczna, Tony Elieh – bas elektryczny oraz Adam Gołębiewski – perkusja. Nagrane w Tunefork Studios, Bejrut, Liban, wrzesień 2019. Trzy improwizacje, 42:37.



wtorek, 16 maja 2023

Adam Go​ł​ę​biewski & Witold Oleszak in Unisex!


Ta opowieść zaczyna się w punkcie XXS. Pokonuje kolejne szczeble śmiertelności, potyka się o M, łamie kark na L, aż osiąga boskie stadium XXL. Stawia pytania o istotę dźwięku i pozostawia je ogołocone ze złudzeń, bez szans na jakąkolwiek odpowiedź.



 

XXS. Czarny klawisz fortepianu wydaje pierwszy, wyjątkowo głęboko skrywany dźwięk. Obok rezonuje metalowy przedmiot, który może okazać się brakującym elementem zestawu perkusyjnego. Mikrofoniczne zdarzenia idą równym krokiem, formując się w post-industrialną balladę, w stabilną strugę post-hałasu. Struny piana drżą głuchym, matowym wrzaskiem. Na perkusyjnym werblu dewastowane są kolejne przedmioty. Egzystencjalne pytania o źródło dźwięku.

XS. Na struny piana upuszczane są przedmioty, które skaczą niczym ołowiane, polne koniki. Na werblu gotuje się woda, dzieje się tysiąc akcji jednocześnie. Post-akustyczne tortury, masywny oddech plajtującego zakładu mechaniki pojazdowej.

S. Klawisze fortepianu pracują z echem, na potencjometrze mocy stadium minimalistyczne. Na glazurze talerzy skaczą małe, perkusyjne pałeczki. Krok taneczny, doposażony w ćwierć melodie piana. Perkusjonalne akcesoria metalicznie szeleszczą. Strumień narracji gęstnieje, niektóre przedmioty zaczynają śpiewać. Przed oczyma artystów staje ściana hałasu.

M. Szeleszczący, na poły dźwięczny korowód zdarzeń fonicznych płynie z nieokreślonego kosmosu martwej przestrzeni. Przypomina strugę wody, która gasi żar metalowych przedmiotów. Jego małe kawałki zaczynają tańczyć jak opętane. Atakują w postępie geometrycznym. Część z nich brzmi niczym zdewastowany klawesyn, część zdaje się być efektem boleści, jakie rodzą się na ledwo żywej glazurze werbla. A może to gitara zapętlona w chmurze meta rockowych riffów. Wszystko zdaje się teraz piszczeć, polerowane na matowy połysk.

ML. Smutne pieśni, metaliczne, rezonujące post-dźwięki, zabawny efekt maltretowania fortepianowych strun i perkusyjnych naciągów. Ta akurat opowieść ma swój rytm i drobiny słonecznych promieni. Psychodeliczny ragtime piana wsparty na perkusji, która uprawia bezczelny drumming. A wszystko przeciśnięte przez złamane filtry nieistniejącego amplifikatora.

L. Wielkie szumowisko wprost z werbla, głuche oddechy klawiszy. Ta historia toczy się przy huku armatnich wystrzałów, jest gęsta jak błoto w bucie martwego żołnierza, ale pełna nostalgii, dynamicznie serwowanej nam przez wybudzonego z koszmarnego snu pianistę.

XL. Niektóre przedmioty drżą, inne szeleszczą ułamkiem dźwięku. Na strunach piana pracują perkusyjne pałeczki, na werblu moszczą się dźwięczne przedmioty domowego nieużytku. Wolne, minimalistyczne spazmy, z odrobiną życia pomiędzy palcami, kaleczące się każdym wydarzeniem. Potem szczypta ogłady, gdy struny śpiewają, a werbel drży, zgrzyta i łamie kości. Industrialny taniec, który najpierw nabiera mocy, potem minimalistycznym trybem osiąga wieczne uspokojenie.

XXL. Finałowe śmiertelności na werblu, wyrywanie strun z trzewi pudła rezonansowego. Ta opowieść zdaje się mieć post-klasyczną melodykę. Przypomina balladę zabłąkanych terrorystów. Tuż przed upływem czterdziestej dziewiątej minuty improwizacja dwóch szaleńców kona w bezmiarze post-akustyki. Świat fortepianu, z jego białymi i czarnymi klawiszami, perkusja doprowadzona do stadium agonii – istota niektórych dźwięków nigdy nie będzie już taka sama.

 

Adam Go​ł​ę​biewski & Witold Oleszak Unisex (Antenna Non Grata, CD 2023). Adam Gołębiewski – perkusja, obiekty oraz Witold Oleszak – fortepian preparowany. Data i miejsce nagrania do wiadomości wydawcy. Osiem improwizacji, 48:49.

 

 

piątek, 14 maja 2021

Sambar! Szpety! Kurek & Doskocz! Kurek alone! Wieża Ciśnień! Stara Rzeka & Takara! Abyss! Wolne Pokoje! The May Round-up only in polish!


Majowa zbiorówka recenzji świeżych i bardzo świeżych płyt tym razem wyłącznie po polsku! Osiem albumów na srebrnych dyskach, plastikowych kasetach i niezniszczalnych plikach! Co-kto-lubi także w wymiarze gatunkowym!

Zaczniemy od impro bitwy dwóch saksofonów barytonowych, nastawionych wszakże do świata niezwykle pokojowo. Zaraz potem mała epopeja dźwiękowa pod nazwą Wojtek Kurek, życie i twórczość – Szpety w trio, duet z Pawłem Doskoczem, solo osobiste, a potem mocny akcent, także solowy, na kolejnej edycji składanki Wieży Ciśnień! Kolejny nasz krok będzie bardziej rockowy, krwiście psychodeliczny, a wespół ze Starą Rzeką zabębni jedyny muzyk obcojęzyczny na dzisiejszej plejliście! Na finał zaś Abyss i Wolne Pokoje - pierwsze to trio, drugie, wbrew liczbie mnogiej, to inicjatywa solowa!

Zapraszamy do odczytu, odsłuchu, a potem koniecznie na zakupy, nie tylko w trakcie wolnego piątku na bandcampie!

 


Sambar  Pierwotniak Pantofelek (Antenna Non Grata, CD 2021)

Krakowskie spotkanie (data nieznana) dwóch saksofonów barytonowych: pierwszy w rękach i ustach Pauliny Owczarek, drugi - Tomasza Gadeckiego. Na CD odnajdujemy pięć bardzo swobodnych improwizacji, które trwają łącznie blisko 41 minut.

Zderzenie dwóch masywnych dęciaków oglądamy co prawda pod mikroskopem, ale słuchamy już w dowolnej formie, choćby wprost z odtwarzacza CD za pomocą głośników, tudzież słuchawek. Raczej nie zalecamy odbioru plików z urządzeń, które nie gwarantują odpowiedniej jakości dźwięku. Od razu zaznaczmy, iż Pani z Krakowa i Pan z Gdańska nie proponują nam nadmiernie skomplikowanej podróży, nie topią nas w meandrach wydumanej sonorystyki, raczej unikają eksperymentowania, a bardziej skupiają się na brzmieniu i możliwościach, tudzież technikach wydobywania dźwięku z dużego saksofonu. Zatem jeśli interesują nas niuanse brzmieniowe, to odbiór audiofilski (czytaj: nie dla głuchych) zda się w tym wypadku bardzo pomocny.

Zgodnie z zapisami preambuły niniejszej recenzji muzycy przygotowali dla nas pięć swobodnych improwizacji, z których trzy, to długie, kilkunastominutowe epopeje dętych incydentów, dwie zaś, to drobne miniatury, swoiste encores, trwające nie więcej niż sto sekund. Skupmy się zatem na nieparzystych, rozciągniętych w czasie improwizacjach. Pierwszą otwiera rytmiczna praca pustych dysz, która przypomina dźwięk … metronomu. Drugi baryton efektownie wypuszcza strumienie ciepłego powietrza i zaprasza do zabawy. Muzycy rozkręcają narrację, ale donikąd się nie śpieszą. Dwa leniwe strusie na porannej przechadzce, które nie muszą preparować dźwięku, ani go nadmiernie eskalować, by wzbudzić emocje i przykuć uwagę słuchacza. W trzeciej części pojawiają się dłuższe frazy, a improwizacja błyskotliwie przekształca się z ckliwej ballady, pełnej pisku mew i innych ptasich zalotów, najpierw w mroczną przypowieść o złych duchach, potem zaś w przeciągle post-jazzowe narracje nasycone kameralną zadumą. Zdecydowanie najciekawiej dzieje się w trakcie ostatniej improwizacji. Tym razem muzycy postanawiają delikatnie poeksperymentować. Prychają, burczą, rysują kanty, ślą frazy pełne tłumionej ekspresji. Strzępy melodii, mikro preparacje i gardłotoki - każdy znajdzie tu coś dla siebie. Na zakończenie oba barytony rzewnie śpiewają smutną piosenkę na wyjątkowo nisko ugiętych kolanach. A ostatnie dźwięki znów przypominają bicie metronomu.

 


Szpety  Szpety (Antenna Non Grata, CD 2021)

Głosów użyczą nam Antonina Nowacka i Gosia Zagajewska, a za całą resztę (perkusja, elektronika, post-produkcja) odpowiadać będzie Wojtek Kurek. Spotkanie tych trojga miało miejsce we wrześniu 2019 roku w Koninie, w lokalnym centrum kultury o intrygującej nazwie Wieża Ciśnień. Muzycy przygotowali dla nas sześć utworów - dobrze zaplanowanych i precyzyjnie zrealizowanych improwizacji, które trwają łącznie 34 minuty z sekundami.

Zapraszamy na odsłuch urokliwego, niebanalnego soundtracku do baśni o złych księżniczkach! Dźwięk mamy podany na dysku, obrazu niech dostarczy nam wyobraźnia. Zaczynamy od onirycznych śpiewów po-klasztornych - ambient nieistniejącej jeszcze perkusji, rozbłyskujący matowymi plamami i zagubione, kobiece głosy w trakcie poranka wieńczącego trudną noc. Druga historia niczym bajka z mchu i paproci – dwa muchomorki opowiadają dziwną historię, która nie ma jednak dobrego zakończenia. Rozmyte na kablach perkusjonalia dopełniają grozy sytuacji i aprecjują całość przekazu dźwiękowego. Kolejny epizod płynie do nas z samego środka średniowiecza, a może i śródziemia. Jeden głos kona, drugi śpiewa, a stopa perkusji wzywa na obrządek śmierci. Po nabraniu dynamiki za pomocą ambientowego drummingu, całość zaczyna przypominać chór dzikich czarownic w drodze na sabat, trochę spóźnionych i przeto jeszcze bardziej zatrwożonych.

Czwartą opowieść tworzą męsko brzmiące głosy w języku południowej azjo-fryki. Analogowe bębnienie na szmatach buduje emocje i daje dystans wokalistkom – te krzyczą, jak wyzwolone z jarzma klatki, dorodne kwoki. Piąta część zdaje się być tu kluczowa, z pewnością budzi największe emocje. Opętańczy rytm perkusji, który lepi się w post-elektroniczny loop, rosnąca dynamika i głosy, którą rodzą się z gęstego ambientu. Galop po prerii z posmakiem psychodelicznego etno, post-electro dance z wiedźmami nafaszerowanymi opiatami.  Wreszcie finał tego filmu filuternej grozy – śpiewy o zmierzchu, trochę post-barokowe, odrobinę pre-romantyczne. Wszystko tu się jednak pętli i dramatycznie zagęszcza. Elektryczny drumming, gorące powietrze z generatorów mocy, krzyki i drżące dzwony. Czujesz już zapach napalmu o poranku? Czy to już naprawdę koniec, Mój Przyjacielu?

 


Paweł Doskocz/ Wojtek Kurek  NPM (Czaszka, Kaseta 2021)

Wojtek Kurek, tym razem wyposażony jedynie w żywą perkusję, zostaje z nami, a do otwartych przestrzeni Beskidu Małego dopraszamy Pawła Doskocza i jego ochoczo nastawioną do wszelkich aktywności gitarę elektryczną. Latem roku 2019 Panowie sobie swobodnie poimprowizowali, a efekty ich kreatywnej zabawy w niebanalne dźwięki możemy posłuchać na kasecie, na której pomieściło się dziewięć utworów, trwających łącznie około 42 minut.

Kurek i Doskocz osadzili swoją luźną, bezpretensjonalną improwizację nie tylko w pięknych okolicznościach przyrody, ale także w niekończącej się, ponadgatunkowej studni skojarzeń i tropów narracyjnych, w której na każde zagranie jest przyzwolenie, ale też każda wymoszczona fraza zdaje się mieć swój sens i miejsce w szeregu zdarzeń fonicznych. W grze gitarzysty wnikliwy szperacz rockowej historii doszukać się może wielu post-rockowych grepsów, a także brzmień godnych wczesnych, jakże niekomercyjnych dokonań R.E.M i Sonic Youth. Czasami czuć tu posmakiem americany, zmutowanej wyobraźnią muzyka (w spokojniejszych, niemal drobiazgowych improwizacjach), tudzież czerstwego, jakże prawdziwego post-bluesa (to czujemy na sam koniec płyty). Duża swoboda, artystyczna bezczelność i kompulsywny stosunek do oczekiwań odbiorcy budują album rozważny, bystry i nieukierunkowany na stawianie improwizacyjnych zasieków. Praca perkusisty doskonale lepi się na całym albumie z pomysłami gitarzysty. Kurek, to stylowy post-akompaniator i jeszcze dosadniejszy kreator, jak choćby w drugiej piosence, która epatuje prawdziwie punkowym wykopem. Czasami muzycy sprawiają wrażenie, jakby chcieli zagrać skoczne frazy na cygańskim weselu (patrz: ósma część), ale do podjęcia tego wyzwania brakuje im imperatywu wewnętrznego. Mają bowiem swoje cele i w poczuciu dobrze spełnianego obowiązku świetnie je realizują.

Zdecydowanie najsmakowitszym mięsem tej dźwiękowej mikstury są dwie najdłuższe improwizacje. To właśnie czwarta improwizacja pachnie najpełniej wczesnym, garażowym brzmieniem Sonic Youth. Wyswobodzona psychodelia gitary, post-rockowy drumming - wszystko leje się tu leniwie przez ręce niczym wystudzony napalm, ale jakby mimochodem przepoczwarza się w strumień post-ambientowej modlitwy, która po wielu minutach narracji staje się uroczą mantrą indie-rocka. Z kolei ostatnia improwizacja, tkana z niemal filigranowych, lekkich fraz, z czasem przebiera postać opowieści pod tytułem Wszystko, co chcieliście o nas wiedzieć, ale nie zdążyliście zapytać. Zachód słońca, lekki wiatr od oceanu i gigantyczna moc post-rockowej repryzy, która jednocześnie buduje emocje i koi do snu, pełnego kwasowych imaginacji.

 


Wojtek Kurek  Buoyancy (Pawlacz Perski, Kaseta 2021) *)

Umiejętność stylowego łączenia dźwięków akustycznych i syntetycznych w procesie improwizacji nie jest przywarą, którą muzycy wysysają z mlekiem matki. Baa, nawet pobieżna analiza przypadków wskazuje, iż umiejętność ta występuje w przyrodzie niezwykle rzadko.

Warszawski perkusista Wojtek Kurek, nie tylko dostarcza nam fantastycznych nagrań w duetach i triach, świetnie potrafi wkomponowywać się w zdradliwe składy ad hoc, podsuwane mu przez organizatorów spontanicznych festiwalach dziwnej muzyki, ale nagrywa także solowe płyty, którymi zadaje kłam teorii, iż nie da się udanie łączyć żywego i martwego dźwięku w procesie improwizacji. Dodatkowo, na płycie Buoyancy (brak danych o miejscu i czasie powstania nagrania; siedem części, około 30 minut) pokazuje także, iż jest zręcznym konstruktorem urządzeń generujących elektroakustyczne frazy. Na rzeczonym bowiem nagraniu ... wyczarowuje dźwięki przy pomocy zestawu perkusyjnego wspartego autorskimi efektami stworzonymi w środowisku MAX/MSP, które przetwarzają materiał akustyczny w czasie rzeczywistym (cytuję za stroną wydawcy).

Partnerem Wojtka w utworze otwarcia zdaje się być metronom, który regularnym stuk-puk daje życie post-akustycznej improwizacji. Tło rodzi się tu systematycznie z każdym jego uderzeniem, jakby z kropli wody, z dygoczącej wilgoci dekonstruowanych fraz. Na tym tle budowany jest drumming, który niesie za sobą smugę pogłosu. W kolejnym epizodzie hydrauliczne konotacje znów dają znać o sobie. Słyszymy perkusję, która brzmi jak zanurzony w wodzie kontrabas. Lepka ciecz wokół niego kreuje urokliwy ambient. Z kolei w części czwartej muzyk umieszcza na werblu przedmioty i daje im nowe życie, tuż po śmierci ich akustycznego wymiaru. Rezonans, szum, oddychające ciało muzyka, a na finał dark ambient budowany dźwiękami talerzy i miseczek. Zaraz potem, w wyjątkowo krótkim interludium, perkusjonalne świecidełka płyną wilgotnym strumieniem repetycji. Wreszcie kluczowa, dziewięciominutowa epopeja! Drummingowy trans, który rodzi się w strugach szorstkiego ambientu, w tajemniczych okolicznościach elektroakustyki. Z morza falującej syntetyki wyłania się rytualne bębnienie, taniec, który zdaje się nie mieć końca. Na finał zupełny słyszymy dzwon pokutny, który wybija ostatnią godzinę, zanurza nas w mroku, nie dając nadziei na wybudzenie.

 


V/A WC VI RST (Centrum Kultury i Sztuki Konin, 2CD 2020)

Powróćmy do Konina i przybytku kultury zwanego Wieża Ciśnień, która bywa także edytorem muzyki, a dokładnie serii ekskluzywnych składanek. Zatrzymajmy się na chwilę przy ostatnim wydawnictwie WC, które na dwóch dyskach eksploruje niezbadane terytoria krajowej muzyki elektronicznej lub/i improwizowanej. Strona alfa zawiera wyłącznie muzykę elektroniczną, na ogół pozbawioną akcentów impro, zatem mniej nas interesującą. Co innego strona beta – tu czeka na nas osiem solowych, improwizowanych ekspozycji, przygotowanych wyłącznie na potrzeby tego wydawnictwa, a zatem takich, których nie usłyszycie gdzie indziej. To właśnie tu ponownie spotkać się możemy z Wojtkiem Kurkiem, a także Pawłem Doskoczem. Rzućmy zatem okiem i uchem na zawartość drugiego dysku szóstej edycji Wieży Ciśnień. Dodajmy, iż miejsca i momenty powstania nagrań nie są na płycie wyszczególnione, co zupełnie nie przeszkadza w ich właściwym odbiorze.

Zaczynamy od dwóch solowych występów perkusistów, dodajmy dość się od siebie różniących. Wojtek Kurek stawia na dźwięk lejącej się wody i skrupulatnie budowaną dramaturgię deep drummingu, stylowo inkrustowanego nienachalną elektroniką - opowieść niepozbawioną akcentów preparowania dźwięku aż do poziomu hałasu. Z kolei Adam Gołębiewski stawia wyłącznie na akustykę i preparowanie (czytaj: niszczenie) glazury werbla różnymi przedmiotami. Całość smakuje post-industrialnie, balansuje na granicy hałasu, czasami ją przekraczając. Muzyk świetnie panuje nad dramaturgią, zdaje się, że chwilami kontroluje kilka wątków narracji jednocześnie. Po takich drum’s wars czas na ukojenie – Gosia Zagajewska wokalnie (patrz: Szpety!) i Ksawery Wójciński na kontrabasie, ale nie bez udziału głosu własnego. Artyści zaczynają w klimacie starocerkiewnym, po czym łapią posmak zabrudzonego etno, nie bez post-barokowych emocji i zmyślnie odbywają pokutną drogą od sacrum do profanum. W kolejnej części Piotr Mełech improwizuje w zasadzie wyłącznie przy użyciu akcesoriów elektronicznych, ale istnieje przypuszczenie, iż na wejściu do procesu dekonstruowania dźwięków pojawia się także żywy klarnet basowy.

Za część piątą odpowiada Łukasz Kacperczyk i jego syntezator analogowy. Syntetic attack over europe, parafrazując klasyków - coś dla wielbicieli braku subtelności brzmieniowych. Ciekawiej jest jednak zaraz potem, gdy dostajemy pakiet elektroakustycznych eksploracji podmiotu wykonawczego Dj Nasłuchujący Mohikanin. Mieszanka post-industrialnych dźwięków zdaje się lepić elementy składowe wyjątkowo zgrabnie i z poczuciem smaku. Nieprzegadana akcja z dobrymi repetycjami i dubowym echem. Docieramy wreszcie do Pawła Doskocza i jego brudnej, dronującej gitary. Muzyk zaprasza nas na wielominutową podróż pod bezdrożach ambientowego post-metalu. Flow jego opowieści przypomina nieszczelną butlę z siarkowodorem. Można zginąć, ale przedtem nafaszerować się zdrowymi emocjami ciemnych odmian rocka. Na zakończenie składanki formacja Blimp, która w ekspozycji beaten jazz zachęca nas do muzykowania, które początkowo pachnie stylizowanym na jazz post-rockiem, potem zyskuje jednak na intensywności i udanie otwiera wrota niemal free jazzowej improwizacji.

 


Stara Rzeka & Mauricio Takara  Live at CCSP (Brutality Garden, DL 2021)

Po szyldem Starej Rzeki ukrywa się dobrze znany z takich formacji, jak Alameda, czy Innercity Ensemble, gitarzysta Kuba Ziołek. Muzyk doposażony w skromną, niemal kieszonkową elektronikę, dotarł aż do brazylijskiego São Paulo, by nagrać efektowny koncert z perkusistą Mauricio Takarą. Rzecz miało miejsce dość dawno (grudzień 2015), ale – uprzedźmy wypadki – warto było czekać.

Koncert (podany w czterech odsłonach) budzi się do życia w poświacie delikatnej elektroniki, kreowanej przez syntezator i gitarowe przetworniki oraz żywy, ruchliwy, od startu bardzo aktywny drumming. Dźwięk samej gitary wynurza się w po pewnym czasie i dość szybko wpada w ramiona zmysłowej psychodelii. Całość formuje się w bystry groove (jest i basowy flow poniżej kolan), który płynie warto i from time to time nabiera dubowego echa. Druga część koncertu dodaje syntetycznego posmaku całej ekspozycji, która z gęstego strumienia drum’n’bass przepoczwarza się w potok electro’n’bass! Wisienką na torcie zdaje się być, płynąca na backgroundzie, niemal heavymetalowa gitara.

Najciekawiej dzieje się wszakże w najdłuższej, trzeciej części. Wprowadzenie pachnie ambientem i preparowanymi dźwiękami talerzy. Elektronika wgryza się w to odrobinę nachalnie, jak poranny, zbyt ostry płomień słońca. Ziołek mnoży jednak byty i wiele na to wskazuje, iż jest w stanie rysować siedmioma pędzlami po stu płótnach jednocześnie. Takara dba o groove i ekspresję, ale i on nigdzie się nie śpieszy. Oniryczna psychodelia wiąże nogi artystów i tłumi zapędy do dynamizowania narracji. Muzycy posłusznie zagłębiają w otchłani coraz swobodniejszej improwizacji. W tle narasta ambient, ale szyty bardzo nerwowym ściegiem. W ostatniej części koncertu powraca basowy electro groove. Muzycy zdają się reasumować swoje dzisiejsze dokonania i dorzucają kolejne elementy, które poznaliśmy już wcześniej. Tempo rośnie, możemy zatem już śmiało iść w tango, nie myśląc o porannych konsekwencjach! Gitara i perkusja nabierają ciekawej poświaty, pachnącej wręcz afrykańską polirytmią! Gdy wybije odpowiednia godzina, opowieść rozpłynie się w chmurze dark-noisy-psycho-ambientu.

 


Abyss  Water thrown into space (Sound Of Abyss, DL 2020) *)

Woda w kosmosie, to album stworzony przez muzyków, którzy niechybnie po raz pierwszy zagościli w odtwarzaczach redakcji: Maja Laura Jaryczewska - fortepian, syntezator, Szymon Zalewski – bas elektryczny, Artur Paszkowski – perkusja. Efekt improwizowanych sesji (osiem części, niespełna 35 minut), jakie artyści przeprowadzili w czasach jeszcze przez zarazą (jesienią 2019), a także w lockdownowych warunkach roku kolejnego, które, jak pokazuje szereg przykładów, potrafią wpływać niezwykle silnie na kreatywność muzyków, zwłaszcza w obszarze improwizacji.

Abyss, to przykład muzyki, która z jednej strony istotnie łechta podniebienie konesera bystrej muzyki z powabem swobodnej kreacji, z drugiej wciąż stawia pytania i sieje wątpliwości natury czysto artystycznej. To bowiem zwinne połącznie muzyki post-fussion jazzowej (świetny bas, zwinna perkusja!) z niebanalną, nienachalną i naprawdę ciekawą warstwą syntetycznych dźwięków, budowanych przez syntezator, na które w ramach deseru (a może wątku naczelnego?) nakładany jest - jakby na etapie post-produkcji - strumień czystej, dość przewidywalnej kameralnej pianistyki, na ogół szczędzącej nam poważniejszych porcji improwizacji. Efekt chwilami bywa intrygujący, w innych momentach sytuacja dramaturgiczna aż prosi o to, by coś w niej zmienić. Na przykład, choćby jedynie przesunąć akcenty – syntezatorowe wojny światów na pierwszy plan, piano na background. Ale dość tych recenzenckich egzegez - wskażmy najciekawsze wodne przygody trójki młodych, polskich muzyków.

Niemal każdy z utworów zaczyna się udaną basową introdukcją, istotnie współtworzoną przez elektroakustyczne zdobienia, płynące ze strony syntezatora (choćby trzecia, czwarta i siódma część). Niezłą czujnością dramaturgiczną, niemal w każdym przypadku, wykazuje się drummer. Wchodzi zawsze w punkt, zdobi narrację plastrami ciekawych dźwięków, a jak trzeba - dynamizuje akcję. Abyss definitywnie lepiej radzi sobie w dynamicznych pasażach (jak w części piątej), niż w około jazzowych meta spowolnieniach (które na ogół narzuca piano często wchodzące do gry po pewnym czasie). Zdecydowanie najciekawszym utworem na płycie jest część ostatnia i wcale nie szkodzi jej fakt, iż jest najkrótsza. Zaczyna ją echo post-techno, które płynie do nas z nieznanych lądów. Na ów background pięknie wślizguje się bas, a zaraz potem perkusja, która łamie rytm, rwie frazy, sieje zdrowy ferment. Syntetyka dokłada tu warstwę zjawisk quasi plądrofonicznych. Muzycy bystrze brną do przodu, jakby starali się wskazywać sobie drogę na przyszłość. Opowieść gaśnie po dwóch minutach, nim piano zdoła wydać z siebie jakikolwiek dźwięk.

 


Wolne Pokoje  Obiekty rozmyte (Plaża Zachodnia, Kaseta 2020) *)

Za dźwięki w formie bliżej niezidentyfikowanych Obiektów Rozmytych, pomieszczonych we wciąż Wolnym Pokojach, nieustannie wolnego Miasta Gdańsk, odpowiada jeden człowiek - Robert Demidziuk (saksofon tenorowy, gitara, bas, ksylofon, syntezator, field recordings, korg wavedrum, acoustic laptop, perkusja, głos; nagrane w Studiu Gdańsk, 2019/20). Krótka, siedmioczęściowa opowieść (niespełna 24 minuty) zdaje się być dość precyzyjnie zaplanowana, raz za razem bywa jednak skutecznie zdobiona zabiegami aranżacyjnymi, noszącymi znamiona improwizacji.

Wymieńmy podstawowe elementy tej nieco szalonej układanki. Morze syntetyki, która ma silny drive i strumienie akustyki, które chwilami płyną głównym nurtem, ale częściej chowają się w mgławicach post-syntetycznego ambientu zdobiącego narracyjny background. Cienie electro, kreowane połamanymi, dekonstruowanymi strukturami rytmicznymi, zderzające się z dźwiękami sfuzzowanego basu i post-metalowym drummingiem, który z minuty na minutę bystrze przyobleka jednak bardziej syntetyczne barwy. Wreszcie zmutowany dźwięk saksofonu, które kreśli pół drony, rysuje pętle i interesująco zdobi ów niekiedy post-plądrofoniczny drum’n’bass.

W drugiej części nagrania, co rusz natrafiamy na dubowe obłoki ciekawych dźwięków, które definitywnie dodają całości uroku. Bywa, że opowieść Roberta brzmi jak stary, dobry Bill Laswell, tu napotykający na gitarowe szaleństwa swojego wieloletniego kompana Bucketheada. Skojarzenie na pozór wydaje się dość karkołomne, gdyż de facto nie słyszymy w nagraniu ani charakterystycznego dołu basu, ani świegoczącej silnym prądem gitary, ale klimat nagrania ewidentnie ma wiele wspólnego z soundem nowojorskiego Downtown z lat 90. ubiegłego stulecia i jego improwizującego post-electro-jazz-rocka. Nagranie wydaje się być punktem wyjścia do dalszych poszukiwań. Kierunek ciekawy – osobiście urozmaiciłbym wszakże arsenał dostępnych środków wyrazu.

 

 *) recenzja powstała na potrzeby polish-jazz.blogspot i tamże została pierwotnie opublikowana



środa, 7 lutego 2018

Thurston Moore & Adam Gołębiewski! Disarm in Arms!


Z mroku gitarowego steel ambientu, w przestrzeni drapieżnej sonorystyki, cierpiącej katusze membrany gołego werbla, wyłania się narracja, która zdominuje nasze receptory słuchu, uwolni niewyczerpalne pokłady endorfin i wystrzeli nas w dźwiękowy kosmos na całe trzy, boskie i niemające końca, kwadranse.

Krople ołowianego potu na gryfie podłączonej do prądu gitary, w opozycji do syntetycznej nieprzydatności plastikowych przedmiotów, tworzą nową okoliczność dźwiękową. Energia kinetyczna rocka, pozostającego w blokach startowych, niemającego jakiegokolwiek zamiaru, by popaść w rytm i adekwatną dynamikę. Jedynie krwiste sprzężenia, będące konsekwencją prostych zjawisk fizycznych, przypominają, z kim i czym mamy do czynienia. Niczym ryczenie lwa na wieść o serii lwich samobójstw. Gęsta historia, ciało w ciało, do ostatniego tchu. Od 6 minuty nienaganna symbioza drapieżnego noise i brutalnego free improve. A potem wybrzmiewanie w aurze oniryzmu, narracyjnego lunatyzmu, artystycznego sceptycyzmu. Disarm.




Strumień zimnej gitary i drżący drumming, tłusty od środka, wiją się, jak para węgorzy na długo oczekiwanym tarle. Niebywale akustyczne zjawisko! Narracja pęcznieje, a upalony duch Hendrixa już czeka za rogiem ulicy. Tak, bo tu nie może być cicho! Jeśli dynamiczny świder upleciony z porozrywanych strun gitary zacznie wiercić dziurę w podłożu, progresywny drumming musi w konsekwencji uklepać ziemię. Tak rodzi się dynamika eskalacji. Ranny rockman spotyka właśnie, co wytrzeźwiałego, całkowicie wyzwolonego improwizatora i obu jest zdecydowanie po drodze. Ich symbioza ma wymiar całkiem biologiczny, choć gdy Sonic Youth – z Thurstonem M. - debiutowali scenicznie w dalekiej Ameryce, Adama G. nie było jeszcze na świecie. To jakby półtora pokolenia różnicy, która w okolicznościach tej rejestracji jest tylko nieużyteczną matematyką. A gitarzysta wyposażony w ponadnormatywną wyobraźnię może brzmieć, jak saksofonowy dron. Tu, na granicy fizycznego przesteru, tworzy błyskotliwy chaos, którego nie możemy nie pokochać. Jakże pomocna zdaje się być, w tym akurat dziele zniszczenia, doom metalowa ekspozycja na samych tylko talerzach. Ostatnie dźwięki cuchną zdrowym industrialem. Distend.

Meta rockowa ballada w rezonansie. Pulsacja, restrykcyjna narracja, dźwięk za dźwięk. Trzyminutowa perła. Disturb.

Zapach noise rocka z najlepszych płyt gatunku, jest udziałem tych, którzy gatunkową obyczajowość zagubili wraz z utratą dziewictwa, w ramionach tej, dla której warto było umierać. Skutki eksplozji nuklearnej mogą być także punktem estetycznego odniesienia dla tego momentu spektaklu. Przester na gryfie, przester na pękających membranach – jako podstawowa metoda twórcza. Zęby rekina wbite w kark niedźwiedzia. Błyskotliwy taniec nad krawędzią. W tango ruszają także membrany naszych uszu. Adamowi pękają talerze, Thurston ma struny owinięte wokół szyi. Dramaturgiczne wyjście z tej fonicznej opresji, doskonałe w wykonaniu obu muzyków! Nie pierwszy dziś oniryczny sound gitary, zakleszczony w zmyślnej sonorystyce zestawu perkusyjnego. Bodaj najbardziej urokliwy akustycznie fragment tej ultra smakowitej płyty! Rodzaj implozywnej, upiornej ballady bez happy endu. Distract.

Ciąg dalszy poprzedniej opowieści. Moore jakby stał za szybą akustyczną, jego brudne brzmienie zniekształca się dodatkowo na pasie transmisyjnym. Buduje mega ambient, mały kosmos. Gołębiewski jest po tej stronie. Stawia stemple no drumming percussion. Narracja gęstnieje, lepi się do butów, a wątki opowieści obu muzyków plączą się wzajemnie, choć całość nie sposób nazwać eskalacją. Muzycy brną po kolana w tłustym błocie i snują historię, która na długo zapadnie w naszej pamięci. Od 5 minuty, do samej już mety, konsekwentne wybrzmiewanie pachnie metafizyką. Nieoczywistość każdego dźwięku przenosi nas w wymiar bez nazwy. Jakby nas już tu nie było. Tylko dźwięk, tylko muzyka. Gryfem gitary płynie pieśń potępienia. Zupełnie nieistotne, czyjego. Deep drumming wprost z piekła wzmaga dysonans poznawczy. Zdaje się, że muzycy mają ochotę na coś spektakularnego w obrębie ostatniej minuty spektaklu. Na naszych oczach stapiają się w jeden dźwięk. Disloge.


Disarm, Thurston Moore – gitara elektryczna, Adam Gołębiewski – perkusja. Nagrane w Warszawie i Poznaniu, maj 2014 roku (Endless Happiness; CD/2LP 2017).



niedziela, 31 grudnia 2017

Trzydzieści trzy powody, dla których warto zapamiętać rok 2017! 33rd reasons to remember the year 2017!


W świecie muzyki improwizowanej dzieje się tak wiele, iż wszelka próba zapanowania na tym konstruktywnym chaosem jest z góry skazana na niepowodzenie!

Nie sposób jednak nie podsumować mijającego roku. Z punktu widzenia Trybuny Muzyki Spontanicznej rok 2017 był szczególnie udany. Zatem lista najlepszych płyt rozrosła się do niebotycznych rozmiarów. Oto ona - wydawnictwa zaprezentowane są w kolejności przypadkowej, niewartościującej w jakikolwiek sposób, uporządkowanej, jak na zdjęciu poniżej, poczynając od lewego górnego narożnika!




Albert Cirera  Lisboa’s Work  review

Pedra Contida  Amethyst   review

Jellyspace (Trzaska, Mazur, Jørgensen)  Jellyspace  review

Ernesto Rodrigues/ Yedo Gibson/ Miguel Mira/ Luis Lopes/ Vasco Trilla  Nepenthes Hibrida  review

Sharif Sehnaoui/ Adam Gołębiewski  Meet The Dragon  review

Phicus (Ferran Fages, Àlex Reviriego, Vasco Trilla)  Plom  review

Marcelo dos Reis/ Eve Risser  Timeless  review

Agustí Fernández  The Celebration Ensemble  review

Dikeman/ Serries/ Aquarius  Day Realms  review

Alex Ward/ Mike Gennaro  Bring A Book  review

Tom Chant  Stripped Abstract  review

Trevor Watts/ Veryan Weston/ Alison Blunt/ Hannah Marshall  Dialogues With Strings  review

Alexandra Grimal/ Benjamin Duboc/ Valentin Ceccaldi  Bambú  review

Matthias Müller  Solo Trombone  review

Magda Mayas/ Jim Denley  Tempe Jetz  review

Kodian Trio  II  review

John Butcher/ John Edwards/ Mark Sanders  Last Dream of the Morning  review

EFG Trio (Peter Evans, Agustí Fernández, Mats Gustafsson)  A Quietness Of Water  review

Memoria Uno  Sons Of Liberty. Live at Granollers  review

The Liquid Trio (Agusti Fernandez, Albert Cirera, Ramon Prats)  Plays Bernoulli  review

Evan Parker/ John Edwards/ Steve Noble  Pen  review

Graham Dunning/ Colin Webster  Most Of What Follows Is True  review

Chamber 4  City Of Light  review

Harald Kimmig/ Ernesto Rodrigues/ Miguel Mira/ Guilherme Rodrigues/ Vasco Trilla  Blattwerk  review

Joe Morris  Ultra  review

Marcelo Dos Reis  Cascas  review

Quartet & Quintet  Double Vortex  review

Webster/ Lisle  Live At De Singer  review

Gonçalo Almeida/ Rodrigo Amado/ Marco Franco  The Attic  review

Yedo Gibson/ Vasco Trilla  Antenna  review

Eve Risser/ Benjamin Duboc/ Edward Perraud  En Corps Generation  review

Völga (Fernando Carrasco, Àlex Reviriego, Iván González, Vasco Trilla)  Völga  review

Staub Quartet  House Full Of Colors  review




piątek, 9 czerwca 2017

Sharif Sehnaoui & Adam Gołębiewski! – How to … Meet The Dragon and Win! The story not for children.


Z garścią plastikowych pięciozębów na ziejącego ogniem smoka! Jak kij wbijany w szprychy roweru, którego ktoś nieprzyjazny pozbawił kół. Jak rozszarpywanie ran, jak kaleczenie wątpliwości. Strój instrumentów nerwowy, kąśliwy. Akustyczne subtelności przejmują wartości ujemne. Grymasy twarzy, przeciwnie – wartości dodatnie. To walka na śmierć i życie. Gitara akustyczna prądkuje, plami podłogę i delikatnie jęczy. Werbel (tom?) jakby odczłowieczony. Prawdziwie akustyczna ściana dźwięku. Wprawieni w bojach noise’owcy mogliby tylko pozazdrościć takiego efektu fonicznego. Trochę procesów z zakresu prostej fizyki – tarcia, tłoczenia, dęte dźwięki kłute i szarpane. Cóż podpowiedzieć może wyobraźnia tym, którzy nie widzieli tych muzyków na żywo, kilka, kilkanaście dni temu? Recenzent chwilami im zazdrości, bo akurat jemu dobra pamięć podsuwa kilometry celnych wspomnień. Post-elektronika bez centymetra kabla. Dźwięk jest pierwotny, fizycznie dotkliwy. Muzyka konkretna, która nie ma jeszcze swojego rozdziału w historii walki człowieka z materią foniczną. 




Semantyka instrumentów zaciera się. Gitara Sharifa sprawia wrażenie instrumentu strunowego, ale często to pozór. Perkusjonalia Adama w mgnieniu oka potrafią przepoczwarzyć się w instrument dęty lub bliżej nieokreślony, postindustrialny wehikuł. Przedmioty, które wydają dźwięki. Struny maltretowane ciekłym ołowiem, okazują się zaskakująco skuteczne w kreowaniu czegoś, co moglibyśmy określić mianem post-rytmu. Odpowiedź z prawej flanki też nieśmiało sugeruje ten trop eksploracji. Nawałnica z piorunami, ognista kula pełna żywej krwi! Reakcje łańcuchowe, dużo niskich częstotliwości. Niczym armia upalonych doboszy w galopie. Nieuchronne wyciszenie smakuje już tylko suchym potem. Sharif pulsuje niczym metronom. Adam milczy. Zdezelowana pozytywka. Muzycy cofają się w głąb siebie, wchodzą do środka swoich instrumentów. Punktem odniesienia będzie drugie dno tej narracji. Dźwięki zdają się być bardziej intensywne, ale mniej muskularne. Ekspresja w służbie precyzji! Taniec, wibracja, wybredna akustyka brudu, potu i czegoś tam jeszcze. W połowie drogi z Bejrutu do Poznania leży mokra Amazonia, pełna krwawiących papug, zdeformowanych orangutanów i bioegzemplarzy halucynogennych. Dręczenie akustycznych przedmiotów eskaluje się dobitniej niż wyobraźnia recenzenta. Foniczny turpizm, który przybiera złoty kolor, stymuluje endorfiny po drugiej stronie sceny. Kolejna, jakże perkusyjna eksplozja! Z kajetu anglojęzycznej półkuli recenzenta: Guitar is more drum than drum! Wyjście z rytmu smakuje pieprzną sonorystyką. Jakby mały koncert dęty: trąbka vs. saksofon altowy. Hałas uwędzonych dysz. Muzycy nie grają już wyłącznie na instrumentach – ich krew, mózg, mięśnie, żyły także uczestniczą w niecnym procesie deflorowania przestrzeni akustycznej koncertu. Odrobina industrialu unplugged! Tuż po nim… Sharif gra akordami, a jego gitara brzmi jak dziewica w oczekiwaniu. What a surprise! Adam dla przeciwwagi zdziera podłogę z rzeczywistości, prawdziwy wielki suwnicowy. Dysonans akustyczny i poznawczy. Mózg pracuje! Próba zasugerowania ballady, odrobinę postnuklearnej, kończy się zainicjowaniem dwóch dronów, ulepionych z dramaturgicznych wątpliwości. Noise! Tarcie w natarciu, jakby reprint startu do tej muzycznej przygody. Repetycja w służbie narracyjnej precyzji! A może to już przednówek finału? Z kajetu recenzenta: każdy kolejny odsłuch tej płyty stawia mnie do pionu, jakbym słuchał jej po raz pierwszy, dostarczając wciąż nowych doznań. Wnętrze tej muzyki krwawi obficie i ma jakby własny, nieodgadniony byt w stanie permanentnej zmiany. Na uzasadnienie tych słów – nowa narracja, dynamiczny drumming gitary, soniczny stopwolej Adama. Konwulsja, konsternacja, skupienie muzyków, jakby zagubione w onirycznym, głośnym transie. Pustynny piach zgrzyta w przekładkach europejskiego cyklingu. Jeśli muzyka może płonąć, to tu zostały nam już tylko zgliszcza… Urok chwili ma smak doskonałości.




Sharif Sehnaoui/ Adam Golebiewski  Meet The Dragon (UZNAM1, 2017). Nagranie: MDK Dragon, 18 lutego 2015r. All music improvised by: Sharif Sehnaoui – gitara akustyczna, Adam Gołębiewski – bęben, talerz, wybrane przedmioty. Projekt graficzny okładki: Mazen Kerbaj. 


sobota, 3 czerwca 2017

Sehnaoui & Gołębiewski! Quebec i reszta świata czyli Polska! – poznański maj w wymiarze koncertowym


Ważny element współuczestniczenia w świecie muzyki improwizowanej stanowią koncerty. Są muzycy, są organizatorzy, bywają także widzowie. Matczyny mi Poznań nie jest już od dawna mekką muzyki improwizowanej, do której podążają pielgrzymki fanów. A jeszcze w ubiegłej dekadzie lat można było odnieść takie wrażenie.

Rzeczywistość ciągłej sprzedaży jest jednak okrutna, zatem i miejsc, i okazji do delektowania się dobrą muzyką improwizowaną raczej ubywa, niż przybywa. Jednakże miniony miesiąc (maj!) jakby delikatnie przeczył tym ponurym wizjom Pana Redaktora. Odbyło się kilka ciekawych koncertów, był nawet pewien festiwal. Czas, by zebrać majowe refleksje, trochę się pozachwycać, odrobinę pomarudzić. Przewrotność, która zdaje się być ważną cechą Trybuny Muzyki Spontanicznej, znów zbierze swoje żniwo, albowiem opis wydarzeń koncertowych prowadzić będziemy w odwróconej chronologii.






Ostatni dzień maja, jesteśmy w Lesie!

Klub Las. Krzesła dla widzów zostały rozstawione wokół muzyków i ich instrumentów. Utworzyły eliptyczny kształt, który mógłby zacisnąć krwiożerczą pętlę na fizyczności muzyków.

Sharif Sehnaoui. Krzesło, by na nim siedzieć w trakcie występu. Stoliczek, by nam nim ułożyć trzydzieści tysięcy drobnych przedmiotów, których muzyk będzie używał w trakcie występu: pałeczki, patyczki, obiekty o mniej oczywistych kształtach. Zapomniałem dodać – jeszcze oczywiście gitara akustyczna. Przyda się – muzyk będzie dzięki niej drugim perkusistą tego wieczoru.

Adam Gołębiewski. Taboret perkusisty, pojedynczy boczny tom (?), talerze i czterdzieści tysięcy innych, małych i dużych przedmiotów, głównie do pocierania o membranę instrumentu zasadniczego. Plastik i metal. Kubki, sztućce, ostre przedmioty. Dwa instrumenty strunowe, które torturowane będą za pomocą tych ostatnich. Gumowa rurka, w którą będzie dmuchał. Zakończona drobnym, owalnym, metalowym przedmiotem, który uznamy wspólnie za zakończenie instrumentu dętego. Perkusista, który postanawia zostać wielkim sonorystą tego spektaklu. Zupełnie nie przeszkadza mu fakt, iż nie ma przy sobie jakiegokolwiek klasycznego instrumentu dętego.

Trzy kwadranse akustycznego misterium. Dwa potężne zestawy perkusjonalne w intensywnej turbulencji. Postawione w stan drgania permanentnego, śmiertelnie ze sobą rezonujące. Narracja najeżona zakrętami, tajemniczymi zakamarkami, otworami bez dna, pełnymi wygłodniałych smoków. Wielkie emocje. Trans. Medytacja. Iluminacja. Dalekowschodni zaśpiew gitary, która tylko na ułamki sekund przestaje być konstrukcją perkusyjną. Zatracenie źródła dźwięku – na szczęście jesteśmy na koncercie i widzimy muzyków. Jedno wytłumione źródło światła, ustawione pomiędzy muzykami, nie ułatwia jednak procesu inwigilacji spektaklu. Oddech muzyków czujemy na skroniach, oni nasz - bardziej na plecach. Kawałki plastiku tańczą wokół muzyków i trafiają nas w nogi. Siła diabelskiego kręgu działa w obie strony. Oklaski na koniec nie są w stanie oddać tej porcji sztuki dźwięku, jaką dostaliśmy prosto w twarz, zupełnie niepytani o zgodę.

Teraz, gdy piszę te słowa, ich muzyka siedzi mi w uszach i dyszy. Sharif i Adam nagrali płytę Meet The Dragon, która była dostępna po koncercie. O niej kilka słów, jak już doszczętnie ochłonę z wrażeń po tym niezwykłym koncercie. Ciągle mam wrażenie, że dostaliśmy coś więcej niż te kilkadziesiąt tysięcy dźwięków w trakcie czterdziestu kilku minut występu.


23 maja, Dragon, w poszukiwaniu publiczności!

Dwaj wędrowcy z dalekiego Quebecu – Francois Carrier (saksofon altowy) i Michel Lambert (perkusja) – w trakcie przystanku Polska. Zaraz potem Barcelona i Lizbona (fajnie mają!). Tu, w krajowej edycji, w towarzystwie Olbrzyma i Kurdupla, czyli Tomka Gadeckiego (saksofon tenorowy) i Marcina Bożka (akustyczna gitara basowa, w zastępstwie Rafała Mazura, lekko kontuzjowanego). Klub Dragon, wtorkowy wieczór. Muzyków czterech, publiczności dwa razy więcej (naliczyłem nas ośmioro, nie wliczyłem akustyka). Tym razem bez komentarza – ewentualnie wróć do preambuły tego tekstu.




Duża dawka bardzo kompetentnego free jazzu. Swoboda, kreacja, świetna komunikacja pomiędzy muzykami (kilka dni są już w trasie!). Naliczyłem bodaj cztery odcinki improwizacji. Dużo emocji na scenie, 120%-owa koncentracja i takiż wysiłek artystyczny, choć po drugiej stronie sceny garstka ludzi. Dynamiczne dialogi, szczypta indywidualnych popisów. Świetny Gadecki, taki trochę lekko zapowietrzony, późny Coltrane w dużym gazie. Carrier dosadny, nienapastliwy, konkretny. Były wszak chwile, że i on musiał przystanąć, by zachwycić się grą kolegi saksofonisty i po prawdzie.. złapać głębszy oddech, by nadążyć (a w bodaj najsilniej ekscytującym momencie, w trakcie szalonego dialogu dęciaków, postanawił … wymienić ustnik). Bożek wyrazisty do bólu, perfekcyjny, zarówno w momentach akompaniowania solistom, jak w tych, gdy on stawał się centrum improwizacyjnej eskalacji. Lambert odrobinę jednostronny (głównie dręczył werbel), jakkolwiek czujny i doskonale kooperujący z gitarzystą basowym.

Masywny, bardzo dobry koncert. Jeśli takie koncerty ogląda osiem osób, to coś jest nie tak z rzeczywistością tego świata. Ale to nie mój problem – jak tam byłem!


12 maja, Dragon, ekscesy w wymiarze krajowym!

Piątek. Zimno za oknem, tu w Dragonie odrobinę cieplej. Będą dwa koncerty. Na start Hubert Zemler – perkusja solo, muzyka … komponowana. Dwa kwadranse ćwiczeń akademickich, w trakcie których poziom magii i emocji przyjmował wartości ujemne. Bywały chwile, gdy dramaturgia drummingu intrygująco się nawarstwiała, ale były one niezwłocznie dewastowane przez zamysł kompozytora. Próby włączenia w ten incydent artystyczny analogowej elektroniki pominę milczeniem.




Zemler po chwili odpoczynku wraca na scenę. Będzie miał interlokutora w postaci drugiego perkusisty, Pawła Szpury. A na froncie sceny trio Bachorze w składzie: Michał Biel – saksofon barytonowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Maciej Maciągowski – syntezator, dużo kabli i potencjometrów. Od startu dostajemy na twarz dużo dźwięków, być nie rzec – hałasu (możemy go nazwać na potrzeby tej recenzji noise’em). I garść refleksji w głowie recenzenta – być może hałas w muzyce improwizowanej jest dowodem na niedoskonałą komunikację w zespole. I jeszcze maksyma Evana Parkera, świetnie opisująca filozofię improwizowania Johna Stevensa: jeśli nie słyszysz muzyka, z którym grasz, to dowód na to, że grasz za głośno! Ciekawa, intrygująca gitara, z dużą dozą bystrych preparacji, nieco ilustracyjny saksofonista (ale też trudno było mu się przebić przez ścianę nie dość subtelnych bębniarzy i piętrzących się eskalacji elektronicznych - muzyk od kabli, przynajmniej tego wieczoru, słyszał tylko siebie). Szpura często wcielał się (udanie!) we free jazzowe zwierzę i czuło się, że to jest jego bajka. Akademicki na pierwszym koncercie Zemler, tu dał z siebie nieco ognia, ale dramaturgicznie nie ciągnął kwintetu za sobą (raczej zgrywał się z drugim drummerem). Koncert chwilami ciekawy, ale bardzo nierówny, toczony od eskalacji do eskalacji. Pomiędzy nimi, gdy dynamika koncertu drastycznie spadała, a muzycy zdejmowali nogę z gazu (z wyłączeniem Maciągowskiego), robiło się bardziej niż intrygująco. Ale te momenty były zbyt krótkie, by recenzent mógł się choćby szczyptę zachwycić.

****


Nie sposób nie zauważyć, iż w maju odbyła się także kolejna edycja jazzowych, chicagowskich dożynek, która od lat funkcjonuje pod nazwą handlową Made In Chicago. Nie wiem, czy publiczność tym razem dopisała, bo ja sam… nie dopisałem. Choć nie miałem specjalnych powodów, by nie uczestniczyć w tym incydencie kulturalnym. Byłem zdrowy, miałem trochę wolnego czasu. Gorzej było …. z samym programem festiwalu. Wnikliwa analiza zawartości line-up-u doprowadziła mnie do zastosowania w praktyce idei zaniechania. Po prostu nie poszedłem na jakikolwiek koncert, bo nie było na co… pójść.