Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eli Wallace. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eli Wallace. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 maja 2025

The May’ Round-up: Minton & Solberg! BonBon Flame! Léandre & Karałow! Wallace! Bagnasco! Arpyies! Nóbrega! Manna! Trzaska & Daktyle!


Na majową zbiorówkę czas najwyższy! Dziewięć nowych albumów obleczonych czerstwymi metaforami redakcji czeka już na Wasz odczyt, odsłuch, a potem zakupy! Śpieszcie się kupować muzykę improwizowaną, tak szybko odchodzi!

Dziś prawdziwie wrzący tygiel nazwisk, emocji, gatunków i nieoczywistych atrakcji. Zaczynamy w Oslo w bardzo gwiazdorskim zestawie personalnym, potem podwojona Francja, ta druga z akcentem krajowym, Ameryka zmieszana z Argentyną, ale albo z Berlina, albo z Hiszpanii, niebanalny i dość nietypowy, podwójny wątek portugalski, wreszcie krajowe albumy z dużą dawką post-akustycznej elektroniki.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Phil Minton & Ståle Liavik Solberg True (Nice Things Records, CD 2025).

Blow Out, Kafe Hærverk, Oslo, listopad 2023: Phil Minton – głos oraz Ståle Liavik Solberg – perkusja, instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 38 minut.

Głos jedyny w swoim rodzaju, podobnie perkusja i perkusjonalia – oba źródła fonii w strumieniu sugestywnej, świetnie skomunikowanej interakcji. To nagranie koncertowe z dalekiej Norwegii nie mogło nie rozpocząć naszej comiesięcznej zbiorówki. I to z wysokiego c! Definitywnie True!

Filigranowy drumming Solberga i gardłowe modlitwy Mintona otwierają spektakl, w którym nie będzie pustych przebiegów. Brytyjczyk, jak zawsze, ma tu tysiące twarzy - bywa leniwym kociskiem, czupurnym przedstawicielem klanu naczelnych, mówi, śpiewa, gdacze, piszczy, skomle i sepleni. Myje zęby, płucze gardło i mruczy przy goleniu. Na każdą akcję, tudzież ripostę czujnego Norwega, wyczulonego na niuanse, mistrza małych dramatów, ma swoją odpowiedź, tudzież zaczyn nowej fabuły. Razem są w stanie wzniecić ogień w ułamku sekundy, równie wiele czasu potrzebują, by sięgać po pojedyncze farzy, strzępy dźwięków. Ich ekspresja jest tu takim samym narzędziem zbrodni, jak liryzm i głęboko ukryta melodyka, a nawet pokrętna taneczność. W okolicach dziesiątej minuty Minton gwiżdże jak ptak, a towarzyszą mu perkusyjne szczoteczki. Do tego motywu powraca pod koniec improwizacji, mając do dyspozycji talerzowy akompaniament. Po upływie kwadransa gdacze jak kura na grzędzie, świszcze niczym czmiele w locie krzyżowym. W dalszej fazie improwizacji nie brakuje teatralnych inscenizacji, partii kabaretowych, tudzież pijackich dyskusji i ulicznych histerii o zmierzchu. Solberg trzyma dramaturgię w każdym momencie, ma też kilka krótkich epizodów solowych. Finał koncertu jest bardzo ekspresyjny, podrasowany kocią melodią. A potem już tylko standing ovation!



 

BonBon Flamme Calaveras Y Boom Boom Chupitos (BMC Records, CD 2025)

BMC Studio, Budapeszt, luty 2024: Valentin Ceccaldi – wiolonczela, syntezator, Luis Lopes – gitara, syntezator, Fulco Ottervanger – pianino, syntezator, głos oraz Éthienne Ziemniak – perkusja, syntezator. Dziesięć kompozycji, 45 minut.

Pierwsza płyta międzynarodowego kwartetu francuskiego wiolonczelisty była wulkanem emocji, karkołomnych zdarzeń i temperamentnych interakcji. Ta druga nosi wszelkie znamiona debiutu, dodatkowo podlana jest prawdziwie meksykańskim chili. Muzyka do zabawy i tańca na tym albumie zyskuje także pewien ilustracyjny blask, świetnie nadawałaby się bowiem do wypełnienia soundtracku niejednego filmu Jima Jarmuscha, szczególnie umiejscowionego na osi czasu w odległych latach 80. i 90. zabawnego dwudziestego stulecia.

Pierwsza piosenka jest mroczna, ale melodyjna, niemal post-bluesowa, druga i trzecia sięgają po latynoska taneczność i nieprzewidywalność. Całość kąszona jest wokalem wprost z Moulin Rogue, space-rockową, eksplodującą gitarą i odrobiną delikatnej kwasowości. Czwarta historia żywcem wyjęta została z klasycznego filmu noir, zdaje się ilustrować wieczorny spacer złą stroną ulicy. W piątej części cała załoga przesiada się na syntezatory i bawi rytmem. Szósta część, to ragtime’owy klasyk Joplina zagrany po wariacku – noise rock łamany kołem zębatym, slapstickowa melodia do tupania nogą, krok w kierunku oryginału na pianie i finałowy pokaz fajerwerków. W kolejnych utworach tej szalonej płyty mamy jeszcze wystudzoną piosenkę z amerykańskiej prerii, rockową nawałnicę wspartą na brudnym flow syntezatora, a także przykład jak tłuste new romantic zamienia się w post-rockowy walec. Album wieńczy coś na kształt pożegnalnej ballady, której nie brakuje typowej dla BonBon Flamme dramaturgicznej brawury. 



 

Joëlle Léandre & Andrzej Karałow Flint (Fundacja Ensemblage, CD 2025)

Studio S4, Polskie Radio, Warszawa, listopad 2023: Joëlle Léandre – kontrabas oraz Andrzej Karałow – fortepian. Dziewięć improwizacji, 38 minut.

Francuska legenda improwizowanego kontrabasu wydała w Polsce wiele płyt, ale tylko incydentalnie są to nagrania z udziałem krajowych wykonawców. Tym bardziej zatem cieszy płyta z warszawskim pianistą, poczyniona wedle wszelkich reguł swobodnej improwizacji. Muzycy postawili na krótkie formy, kameralną wstrzemięźliwość w zakresie dawkowania ekspresji i siłę czystego, niemal krystalicznego brzmienia. W ich opowieściach nie brakuje niedopowiedzeń, dramaturgicznego zaniechania. To, czego nie zagrali zdaje się tu być równie istotne, jak to, co zagrali.

Léandre frazuje, jak to ma w zwyczaju, częściej techniką arco, a jej akcje pizzicato, to co najwyżej intrygujące interludia. Karałow pracuje zarówno na klawiaturze – tu bywa niekiedy dość ekspresyjny, jak i w pudle rezonansowym - tu raczej oszczędny i wstrzemięźliwy. Pośród dziewięciu na ogół dobrze unerwionych opowieści szczególnie podobać się mogą cztery z nich. Trzecia improwizacja szyta jest szmerami inside piano i pomrukami kontrabasowego smyczka. Minimalistyczna w formie, pięknie rozkwita na etapie rozwinięcia. Czwartą opowieść buduje rytm, jaki Francuzka wystukuje na pudle swego instrumentu. Akcja pianisty pachnie dla odmiany bluesem. Całość zostaje efektownie rozkołysana śpiewnym smyczkiem i siłą klawiatury. Część ósmą, podobnie jak szóstą, śmiało możemy zaliczyć do bardziej dynamicznych fragmentów albumu. Tu emocje kreują głośne frazy z samego dna fortepianu i wyjątkowo twardo brzmiący smyczek. Finałowa ekspozycja budowana z mozołem, początkowo sprawia wrażenia umiarkowanie spokojnej, z czasem nabiera jednak mocy i wynosi artystów, pracujących wszelkimi dostępnymi technikami, na efektowny szczyt.



 

Eli Wallace, Pablo Vazquez & Marcelo von Schultz Siesta (577 Records, CD 2025)

Kühlspot Social Club, Berlin, maj 2024: Eli Wallace: fortepian, obiekty, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Osiem improwizacji, 45 minut.

Spotkanie amerykańskiego pianisty i argentyńskich kontrabasisty i perkusisty odbyło się w … stolicy Niemiec. Tak, świat to naprawdę mała wioska, zwłaszcza ta improwizowana. Znamy całą trójkę doskonale z niejednego nagrania, zatem i bez słuchania tego albumu wiedzieliśmy, że to musi być naprawdę dobre granie. A po wysłuchaniu? Jesteśmy pewni, to więcej niż dobre granie. Swobodny jazz wymieszany z kreatywną post-kameralistyką, świetnie zinstrumentalizowany i dramaturgicznie spójny. Trio grało w ubiegłym roku w Polsce, niech żałują ci, co nie widzieli (patrz: niżej podpisany).

Muzyczna Siesta w tym wypadku, to osiem improwizacji - niektóre krótkie, ledwie 2-3 minutowe, inne dłuższe 8-9 minutowe. Samo otwarcie trwa nawet krócej niż dwie minuty. Kreśli ją aktywna perkusja, surowo brzmiące klawisze fortepianu i matowy kontrabas, który równie chętnie pracuje jazzowym pizzicato, jak i ponadgatunkowym, dalece intrygującym arco. W kolejnych odsłonach artyści z gracją zawiązują narrację, odważnie sięgają po dźwięki preparowane, a na etapie rozwinięcia nie szczędzą sobie ekspresji i wyrafinowanych interakcji. Ciekawie prezentuje się trzeci epizod, który muzycy zaczynają w trybie leniwego post-bluesa, ale dość szybko osiągają wysoki poziom kreacji szyty rytmem i dobrze dawkowana dynamiką. Świetnie pracuje tu drummer i nie jest to odosobniony przypadek na tym albumie. W utworach piątym i siódmym improwizacja na ogół kołysze się na wietrze dostarczając mnóstwo brzmieniowych subtelności – wysmakowanych preparacji i niebanalnej post-dynamiki. Szósta historia, to pełnokrwisty jazz, znów świetnie posadowiony na drive’ie perkusji. Finałowa ekspozycja łączy dysonujące sfery - nostalgiczny tembr piana z klawiatury oraz plejady szumów i szmerów nasiąkniętych podskórnym rytmem, generowanym przez stronę argentyńską.




Luciano Bagnasco Diaphanous (Plus Timbre, DL 2025)

Okoliczności domowe (?), luty 2025: Luciano Bagnasco – gitara. Sześć utworów, 25 minut.

Artystyczne losy tego osiadłego w Hiszpanii argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco i nie ma w tym fakcie odrobiny przypadku. Muzyk to bowiem niebywale intrygujący, zawsze mający coś ciekawego do zaprezentowania w jakże ogranym idiomie gitary elektrycznej. Nie inaczej jest w przypadku jego nowego, krótkometrażowego albumu solowego.

W krótkim gemie otwarcia Luciano proponuje garść gitarowych sprzężeń, które giną w mroku niedopowiedzenia. W drugiej odsłonie strzępy fonii spływające z tłustego gryfu zaczynają nabierać dubowej poświaty, filtrowane delikatnym delayem. Pokancerowane, jak znaczki pocztowe ze starego klasera, hałaśliwie pulsują, tańczą niczym wróble na rozgrzanym dachu. Trzeci epizod, to czerstwy post-industrial, który w ostatecznym rozrachunku rozpływa się w strudze ciepłej krwi. W kolejnej części muzyk kreuje mikrotonalne farzy, które wpuszcza w pogłos, a potem lepi z nich ogniste pasmo rockowego hałasu, na koniec brzmiące niczym przepalony syntezator. W piątym utworze muzyk serwuje nam wystudzone, technoidalne farzy, które w ułamku sekundy stają się rozbujanymi, czystymi, gitarowymi akordami. Wreszcie ostatni epizod - silnie sfuzzowany gitarowy wyziew nabiera tu z czasem zarówno mocy, jak i podstępnej melodyki. Jakby tłuste robaki wydobywały się z plastra krowiego łajna. Puentą albumu jest sprasowany, matowy ambient, który niczego nie obiecuje.



 

Arpyies Iridescente (Whatever Profound, CD 2025)

O’culto da Ajuda, Chinfrim Estúdios and Miradouro de Santo Amaro, Portugalia, czas nieznany: Ana Gonçalves Albino – gitara elektryczna, elektronika, syntezator, instrumenty perkusyjne, kompozycja, Catarina Custódio Silva – rożek francuski, kalimba oraz Maria do Mar – skrzypce, elektronika, instrumenty perkusyjne. Trzy utwory, 41 minut.

Czas na portugalską przygodę elektroakustyczną, tkaną wyłącznie kobiecymi rękoma, przeto delikatną, pełną dramaturgicznych niuansów i brzmieniowych smaczków generowanych całkiem rozbudowanym instrumentarium. Na album składa się krótkie intro, takież resume i zasadnicza, trwająca ponad dwa kwadranse opowieść główna. Album ekscytuje tylko w niektórych momentach. Postaramy się precyzyjnie je wskazać.

Początek pleciony jest niemal wyłącznie brzmieniami nieakustycznymi, mroczny, pełen głosów i równie tajemniczych … odgłosów. Część główna budowana jest na ogół żywym instrumentarium – słyszymy kalimbę, perkusjonalne zdobienia, pobłysk post-ambientowej gitary, farzy dęte, które brzmią jak trąbka, choć albumowe credits wskazują na rożek francuski, no i przed wszystkim skrzypce, które niosą tu największy ładunek kreacji, skutecznie trzymają ciągle chwiejącą się, dość nielinearną opowieść w ryzach narracyjnych. Zdecydowanie najciekawsze momenty seta, to chwile, gdy z wystudzonej medytacji artystki przechodzą do narracyjnych spiętrzeń, drobnych eskalacji i kontrolowanych, krótkotrwałych wybuchów ekspresji. Półgodzinna jazda ma dwie takie chwile, tuż przed dziesiąta minutą i tuż po minucie dwudziestej. Na tle nieco przegadanej części zasadniczej smakowicie prezentuje się albumowa koda. Skrzypce płyną tu z ciszy, elektronika delikatnie pulsuje, gitara topi się w pogłosie, a wysamplowany (?) głos buduje zanurzone w ambiencie zakończenie.



 

João de Nóbrega Pupo Ao Ser Sereno (Colectivo Casa Amarela, Kaseta 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: João de Nóbrega Pupo – wszystkie dźwięki. Pięć utworów, 44 minuty.

Pozostajemy w Portugalii, tym razem toniemy jednak w odmętach kreatywnego, dobrze sformatowanego ambientu. Opowieść jest zwarta, nieprzegadana (o co bywa trudno w gatunku), podzielona na pięć zgrabnych odcinków, z których ten środkowy trwa prawie dwadzieścia minut, co nie zmienia faktu, iż cały album jest jednym, nieprzerwanym ciągiem dźwięków. Nie pozostaje nam nic innego, jak bezceremonialnie zasłuchać się w tej opowieści.

Album ma spokoje otwarcie zanurzone w mrocznej poświacie, czasami bogacone dźwiękami miasta i delikatnymi skwierczeniami na flankach. Narracja płynie szerokim strumieniem i zdaje się dawać wytchnienie po ciężkim dniu. To jednak pozór, bowiem już po chwili mamy intrygujące interludium, które syci opowieść post-perkusyjnym, elektronicznym stukotem. Ambient wraca w czerstwej, matowej, niemal stojącej w miejscu postaci. Owa mroczna medytacja dostaje dubowej poświaty, co świetnie buduje dramaturgię kolejnych chwil. Raz po raz w grze pojawiają się nowe, niekiedy bardzo żywe fonie (choćby piana), ale giną one w strudze gęstego wątku głównego. Narracja nabiera molowych barw i pewnej post-organowej melodyki. Nie brakuje odgłosów życia, co tylko unerwia i tak już emocjonalną opowieść – słyszymy zarówno przelatujące ptactwo, jak i dźwięk silników odrzutowych, tudzież bijące dzwony i głos, który recytuje. Końcowa partia albumu znów jest bardzo mroczna, dronowa, upstrzona frazami, które moglibyśmy odebrać jako ludzki krzyk.



 

Sokołowski, Stasiewicz & Leszoski Manna (Antenna Non Grata, CD 2025)  

Czas i miejsce akcji nieznane: Kuba Sokołowski - inner piano, obiekty, Paweł Stasiewicz - inner piano, obiekty, głos oraz Paweł Leszoski – programowanie. Cztery utwory, 41 minut.

Jak należy domniemywać, dramat improwizacji zawiązuje się tu we wnętrzach pudeł rezonansowych fortepianów i jest konsumowany/ przeredagowywany procesem programowania. Nagranie, którego bazą są frazy akustyczne zdaje się być poematem syntetycznego, szorstkiego ambientu. Naprawdę niewiele wiemy o istocie dźwięku, a zwłaszcza procesie jego powstawania. Oto przed nami kolejna lekcja.

Otwarcie albumu szyte jest żywym dźwiękiem uderzania, pocierania, ugniatania i rozciągania obiektów i strun. Rytmika upside down, ukryta melodyka cierpiącej materii. Całość nabiera post-industrialnej mocy, zapewne nie bez udziału zjawisk pozakustycznych, pulsuje i w końcu ginie w strudze ambientu. W drugiej odsłonie dronowa ekspozycja zgrzyta niczym piasek między zębami. Rośnie w niej udział fraz syntetycznych, post-akustycznych. Woda zamieci się tu w wino bez udziału sprawczego sił nadprzyrodzonych. Finałowe ukojenie, to tylko pozór. W kolejnej opowieści do kontrataku przystępują zjednoczone siły akustyki. Słyszymy struny, które tańczą w post-rytmie, delektujemy się tajemniczą meldoyka, która łapie równie zagadkowy pogłos. Walka żywego z syntetycznym idzie na całego! Kształt ostatniej historii sugeruje, iż akustyka przeszła do głębokiej defensywy. Modulowany, zgrzytliwy dron, głośny, niemal progresywny step, zaczyna pulsować jak mroczna impreza deep techno. Na finał wraca melodia, brudna, zniekształcona, wyciągnięta chyba wprost z laptopa Fennesza, oczywiście przy blasku zachodzącego słońca. Manna z gorejącego nieba.




Mikołaj Trzaska & Daktyle Transient Riot (Antenna Non Grata, CD 2025)

Laboratory of Culture Adebar, Kołobrzeg, maj 2024: Mikołaj Trzaska – saksofony, Marek Sadowski – perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Maciej Jaciuk – elektronika, bass-box, sidrax, daxophone, loops. Dziewięć utworów, 45 minut.

Na zakończenie majowej zbiorówki pozostaniemy z syntetycznym, tajemniczym akcesorium, które stanie w szranki improwizacji z bardzo realnym saksofonem, perkusją i całą armią przedmiotów i urządzeń, których jedynym celem jest wydawanie zaskakujących dźwięków. Trójka artystów, mnóstwo pomysłów (niektórych nazbyt wcześnie porzucanych) w trakcie temperamentnego koncertu na polskim wybrzeżu. Nie ma nudy!

Nagranie jest nieprzerywanym ciągiem dźwiękowym, co świetnie buduje jego dramaturgię. Elektroakustyczny, post-perkusjonalny początek inwokuje tu swobodną podróż saksofonu barytonowego w zgrabnie zarysowanej przestrzeni kosmicznej, posadowioną na utrzymującej linearność narracji perkusji. Gdy dęciak łapie rytm, elektronika ucieka w didaskalia, a konsensus osiągnięty zostaje w strumieniu urokliwej melodii. W kolejnych fazach koncertu artyści dość często piętrzą narrację, nadają jej dynamikę, sycą intrygującą ekspresją, ale także mnóstwem brzmieniowych smaczków. Sypią pomysłami jak z rogu obfitości. Toną w onirycznym świecie elektroniki, by za moment wspinać się na efektowne, free jazzowe wzgórze. Ukojeniem bywa medytacja, czyniona z tajemniczą, niemal etniczna melodyką, jak w trakcie odcinka szóstego. Zaraz po nim improwizacja nabiera rytmu, adekwatnej dynamiki i wpada w niemal kompulsywny taniec. I znów melodia zdaje się koić to, co zszargały emocje. Finał w fazie początkowej wydaje się leniwą post-balladą melodyjnego saksofonu, łapiącej rytm perkusji i wyważonej, smakowitej elektroniki w tle. Nim koncert dobiegnie końca czeka nas drobne spiętrzenie i stonowana, dobrze skonstruowana, nieco oniryczna finalizacja.

 

 


piątek, 6 stycznia 2023

The January’ Round-up: Wallace! Stopmobil! Spinningwork! Duet Obustronny! Luchansky & Ovchinnikov! MUC! Lamp Of(f)! Bröndum & Gärdin! Yom Gagatzi!


W nowy rok wchodzimy z przytupem! Minęło ledwie kilka dni z nową datą, a już czeka na Was świeża, pachnąca zbiorówka recenzji płyt z naszą ukochaną muzyką improwizowaną! Dziś na redakcyjnej patelni dziewięć smakowitych dań - niemal wszystkie datowane oczywiście na szalony rok miniony, ale czeka na nas też jedna produkcja z datą 2023!

Rozstrzał stylistyczny, jak to na trybunowej zbiorówce na ogół bywa, kosmiczny – dźwięki trudne do ogarnięcia jednym uchem, intrygujące, stawiające pytania o granice gatunków i bezkreśnie ponadnarodowe!

Zaczynamy dwiema pozycjami, które ledwie kilka dni temu zostały okrzyknięte jednymi z 50 Powodów, Dla Których Warto Zapamiętać rok 2022! Nie wymagają zatem jakichkolwiek dodatkowych rekomendacji. Pierwsza płynie do nas z Brooklynu, druga z dalekiego Buenos Aires. Potem czas na free jazz z Newcastle, swobodną, post-jazzową improwizację z Warszawy i garść bardzo swobodnie improwizowanych dźwięków z Sankt Petersburga. W tzw. dalszej kolejności czekają – swobodna kameralistyka z Monachium, jazz z Groningen, elektroakustyczna improwizacja ze Sztokholmu, wreszcie splitowy winyl z Jerozolimy, który nie trzyma już definitywnie jakichkolwiek ram gatunkowych i estetycznych. Zatem witamy w piekle pięknej improwizacji! Obyśmy tam zostali przez cały, jakże siermiężnie zapowiadający się rok 2023!



 

Eli Wallace  Pieces & Interludes (Infrequent Seams, CD/LP 2022)

Brooklyn, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Eli Wallace – fortepian, także preparowany. Dwa utwory (kompozycje i improwizacje), 47 minut.

Nowojorski pianista na swoją pierwszą solową płytę przygotował cztery tzw. kawałki i trzy interludia. Zgrabnie wszystko polepił w dwie długie opowieści, oblał sosem swojej bezgranicznej kreatywności i postawił słuchacza przed drobnym dylematem – czy bardziej zachwyca tu bezmiar dźwięków preparowanych, których arsenał pod palcami Wallace’a zdaje się nie mieć granic, czy też definitywnie ujmuje konstrukcja dramaturgiczna całości, którą czyta się jak literacki strumień świadomości lub ogląda jak perfekcyjnie zrealizowany thriller, budzący emocje od pierwszej do ostatniej sekundy. Tego muzyka znamy już z kilku wyśmienitych produkcji, ale tym albumem jednak nas zaskoczył. W kategorii prepared piano solo (mimo niebywałej, kobiecej konkurencji!), bez wątpienia killer roku!

Pierwsza historia trwa tu ponad 27 minut. W jej fazie początkowej drżenie basowych strun, przypominające gitarowy motyw, buduje rytmiczną pętlę, na której osadza się cała narracja. Muzyk kreuje także rozbudowane, mroczne tło, które ściele się preparowanymi, krótkimi frazami. Wszystko lepi się tu w dudniący, nerwowy dron, który smakuje post-industrialnie, przypomina małą burzę z piorunami. Potem odzywa się masywny dzwon, którego brzmienie bliskie jest przesteru i przenosi nas w obszar szeleszczącego rezonansu. Artysta w akustyce fortepianu odnajduje teraz frazy brzmiące na poły syntetycznie. Jego struny niekiedy wręcz śpiewają. Faza pierwszego interludium ma delikatny posmak ambientu, muzyk korzysta także z klawiatury, ale wcale nie łagodzi zbudowanych do tej pory emocji. Stawia na strunach lub w ich pobliżu przedmioty, które drżą lub wprawiają w drżenie owe struny, a wszystko przypomina kamyszki tańczące w metalowej misce. Strumień nowego wątku muzyk buduje z drobiazgów, które lepi w zwoje nerwowych fraz. Jego machina dźwięku przypomina teraz rozbudowany, wielopoziomowy zestaw perkusjonalny, którego dzieło kona w oparach matowego echa, zupełnie nie z tej części realnego świata. Druga historia trwa około 20 minut. Jej początek, to niemal dewastacja fortepianowych strun. Wszystko doposażone jest tu w metaliczne echo, ucieka w mrok, syczy i rezonuje, przypomina pracujące suwnice kolejowe. Pod koniec siódmej minuty nagła zmiana nastroju – rytmiczne inside & outside piano brzmi niczym zepsuty klawesyn. Ów jakże psychodeliczny post-barok przechodzi potem w fazę minimalizmu, a na finał muzyk powraca do narracji perkusjonalnej. Szepcze nam do ucha - fortepian, to taka śpiewająca perkusja.



 

Stopmobil  La máquina de fabricar caprichos (Discordian Records, DL 2022)

Estudio Libres, Buenos Aires, sierpień 2022: Jorge Torrecillas – saksofon altowy i tenorowy, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna, Carolina Rizzi – fortepian, Omar Grandoso – fortepian, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Dziewięć improwizacji, 52 minuty.

Barceloński Discordian powraca po kilkumiesięcznej przerwie nagraniem doprawdy wyśmienitym! Swobodnie improwizujący, argentyński sekstet w dość niestandardowym zestawie instrumentalnym (dwa fortepiany!) buduje tu post-jazzową, wolną od gatunkowych naleciałości narrację, która w wielu momentach intrygująco kojarzy się z epokowym Karyobin Spontaneous Music Ensemble. Skupiona, piękna opowieść, która nie szuka dzikiej ekspresji, woli długie, nocne rozmowy o domniemanym szczęściu.

W pierwszej opowieści zachwyca nas nastrój delikatnego wstępu i moc rozwinięcia, nie bez udziału kameralnego smyczka. To tu gitara brzmi nad wyraz baileyowsko i budzi intrygujące skojarzenia z klasykiem. W drugiej odsłonie gitara schodzi na pozycje post-ambientowe, a narracją rządzą drobne, preparowane frazy pozostałych uczestników podroży. Trzecią część otwierają symultanicznie improwizujące fortepiany. Swobodna, dość leniwa narracja ma tu momenty ekspresyjnych wolt, by na koniec posmakować wytrawnego free jazu. Następna część od razu skacze w ogień emocji! Ostra jazda ze smyczkiem! Piąta improwizacja na zasadzie kontraktu, to ocean drobnych, preparowanych fraz. Z kolei szósta odsłona znów kąpie się w przeręblu free jazzowych namiętności. Saksofon krzyczy na froncie, rwie włosy z głowy, ale improwizacja niepodziewanie skacze w głęboką ciszę. Po chwili znów eksploduje, by za moment zgasnąć. Takie to up & down kreuje tu dramaturgię całości, którą wieńczy kameralny śpiew piana i kontrabasu. W siódmej opowieści oddychamy oparami dźwiękowych subtelności ze strony każdego z instrumentów. Z kolei ósma improwizacja, to jedna z perełek zestawu. Na starcie trochę drobnych, ale nerwowych fraz, potem władanie narracją przejmuje smyczek, które śle zarówno długie, jak i krótkie meta melodie. Powolny, niemal śmiertelny kolektyw szumów, strunowych szorowań i dętych westchnień mieni się nie tylko czarno-białymi barwami. Ostatnia część dość długo trzyma się kameralnego sznytu – preparowane fortepiany, smyczek, dęte i gitarowe ornamenty. Ale wszystko do czasu – zakończenie albumu kipi od emocji, które gotują nam pianiści.

 


Tom Ward/ Cath Roberts/ Olie Brice/ Johnny Hunter  Spinningwork (New Jazz and Improvised Music Recordings, CD 2022)

The Black Swan, Newcastle, wrzesień 2021: Tom Ward – saksofon altowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Olie Brice – kontrabas oraz Johnny Hunter – perkusja. Sześć kompozycji, 52 minuty.

Brytyjski free jazz młodego (może już trochę średniego) pokolenia ma się świetnie! Kwartet, jaki napotykamy na tym albumie, to artyści, którzy wspaniale czują się w ogniu improwizacji, ale na ogół lubią ją prowadzić w oparciu o pewne scenariusze (tu akurat nazywane kompozycjami, których autorstwem muzycy dzielą się dość kolektywnie). Pomysły mają przeróżne – czasami kreują coś na kształt tematu, który zdaje się być głównie pretekstem do skoku w żar improwizacji, innym razem nadają utworowi pewną strukturę dramaturgiczną, która sprawia, iż ekspozycja dzieli się na naprzemiennie kreowane, duetowe pasma ekspresji. W ramach reasumpcji nie sposób wszakże nie zauważyć, iż całe nagranie kipi od emocji i mniej lub bardziej spektakularnych improwizacji.

Pierwszy utwór zaczyna się bardzo kameralnie. Dęte grają rozpoznawcze, na poły melodyjne dźwięki, a sekcja rytmu buduje podwaliny pod dalszy rozwój narracji. Po kilku pętlach wszyscy z gracją wchodzą w fazę kolektywnych, tudzież solowych improwizacji, a kończą utwór meta relaksacyjnymi, jakże kameralnymi wytłumieniami. Druga część dzieli się na wspomniane wcześniej duety. Najpierw kontrabas z altem, potem perkusja z barytonem i perkusja z kontrabasem, a na koniec bystry dialog dęciaków. W trzeciej opowieści pojawia się smyczek, a dronowa narracja płynie w kłębach mroku. Po serii westchnień kwartet przebiera free jazzowe barwy i dzieli się swoimi wybuchowymi emocjami. Czwarta odsłona realizowana jest bardzo kolektywnie, czuć w niej posmak swingu i melodyjności obu saksofonów, płynących swobodnym strumieniem na łamiącym się rytmie kontrabasu i perkusji. A stempel jakości stawia tu zdecydowanie baryton. Piąta kompozycja opowiada o tym, jak zmysłowe chamber saksofonów, oparte o rozśpiewany smyczek, szuka jazzu. Gdy kontrabas przejdzie w tryb pizzicato, narracja rusza w improwizowaną podróż. Dużo dzieje się tu znów w podgrupach, a narrację spina powrót smyczka. Finałowy utwór stawia na dynamikę, emocje i wyjątkowo soczyste improwizacje. Ekspresyjny, post-rockowy wstęp, duetowa eksplozja free jazzu na alt i perkusję, wreszcie fikuśne interludium na baryton i kontrabas pod smyczkiem. Artyści do ostatniego dźwięku trzymają tempo, wyjątkowo udanie reasumując ów jakże smakowity album.



 

Anna Jędrzejewska & Piotr Dąbrowski  Duet obustronny (Torf Records, DL 2022)

Miejsce nieznane (Warszawa?), sierpień 2022: Anna Jędrzejewska – fortepian oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Cztery improwizacje, 58 minut.

Duet obustronny, to nie pierwsze już spotkanie Jędrzejewskiej z perkusistą - świetnie pamiętamy choćby Copy of Pianodrum. Tym razem na jej artystycznej drodze staje Dąbrowski, a ich wspólne muzykowanie nastawione jest na estetykę open jazzową. W wielu momentach wydaje się być dalece post-klasyczne, chwilami syci się porcją ognistych emocji, w innym momentach ucieka w niemal post-rockową melodykę. Narracja wydaje się być odrobinę przegadana w swej fazie schyłkowej, a to, co najlepsze prawdopodobnie dzieje się w trakcie pierwszej improwizacji, najdłuższej na albumie, trwającej prawie dwadzieścia minut.

Skupiony początek inside piano i szeleszczących perkusjonalii dość szybko zyskuje formę klawiszowej narracji, którą wspiera subtelny drumming. Muzycy pracują na dużej swobodzie, donikąd nie gonią, zdają się czerpać radość z każdej chwili wspólnego muzykowania. Ich flow bywa przyozdabiany post-rytmicznymi krzywiznami, incydentalnie nabiera post-romantycznego posmaku i dramaturgicznej zadumy. Szczypta minimalizmu, narracyjna powściągliwość i dobrze skrywana nerwowość sprzyjają budowaniu jakości całej improwizacji, nawet w fazach bardziej dynamicznych, tudzież z lekka tanecznych. Druga opowieść wydaje się być nastawiona na działania bardziej energiczne. Najpierw prym wiedzie tu perkusista, który szyje grubym ściegiem. Potem stery narracji przejmuje pianistka, która buduje bogatą w wydarzenia improwizację, dość konsekwentnie stawia na melodię i rytm, śmiało sięgając po estetykę godną najlepszych dokonań Radiohead. Początek trzeciej odsłony wiele obiecuje. Rozbudowane plamy dźwiękowego inside piano, rezonujące talerze i ciekawy suspens dramaturgiczny. Opowieść formuje się w zgrabną kołysankę, której daleko jednak do niewątpliwie oczekiwanego wzrostu dynamiki. Na zakończenie pianistka sięga po neoklasyczne frazy, których niebanalna uroda zdaje się łagodzić drobne ambiwalencje recenzenta. Ostatnia improwizacja budowana jest z drobiazgów. Przesycona smutkiem, ale również porcjami zadumanych uśmiechów, znów z post-klasycznym sznytem, na końcu zdobiona delikatnie preparowanymi dźwiękami fortepianu.



Vladimir Luchansky & Vitaliy Ovchinnikov  Language Of Mismatch (Extra Notes, Kaseta/DL 2022)

Vavilov Loft, Sankt Petersburg, lipiec 2022: Vladimir Luchansky – saksofon altowy oraz Vitaliy Ovchinnikov – gitara elektryczna, obiekty. Trzy improwizacje, 36 minut.

Duet saksofonu i gitary z niewielką domieszką elektroakustycznych wtrętów, będących efektem użycia tzw. obiektów, to przykład swobodnej improwizacji, która balansuje na granicy naprawdę wysokiej oceny, ale miewa momenty, gdy luki w kreatywności stara się uzupełniać jazzowym, dość schematycznym frazowaniem. Nie zmienia to faktu, iż początek tego niedługiego albumu obiecuje naprawdę wiele, a garść dobrych konotacji z najlepszymi, brytyjskimi wzorcami gatunkowymi stanowić może podwaliny pod udaną przyszłość duetu z Sankt Petersburga.

Gitarowe frazy z domieszką elektroakustyki i smukłe, na poły preparowane wydechy z tuby saksofonu, to aura pierwszej improwizacji. Brzmienie obu instrumentów jest dość surowe, ale świetnie sprawdza się w praktyce, zwłaszcza w kilku bardziej ekspresyjnych momentach. Czuć sznyt brytyjskiego free improv, dużą swobodę w kreowaniu narracji, a muzycy udowadniają także, iż są w stanie kleić intrygującą opowieść z samych drobiazgów. Zakończenie utworu zwiastuje nadejście jazzu, szczęśliwe jest ono jednak wyciszone. W drugiej odsłonie muzycy jeszcze bardziej skupiają się na dźwiękowych subtelnościach, świetnie na siebie reagują, niemal w formule call & responce, bogacąc improwizację elementami szorstkiego ambientu gitary i saksofonowymi zaśpiewami. Najpierw szukają u siebie różnic, potem łączą się w imitacyjnym strumieniu narracji, który żyje ciągłymi zmianami. W trzeciej opowieści frazowanie gitary jest bardziej przewidywalne, silnie nasączone jazzem, a oddechy saksofonu w wolnych tempach też nie wróżą niczego ciekawego. Szczęśliwie ta faza nagrania ma swoje free jazzowe spiętrzenie, kilka bardziej dynamicznych przebiegów, dzięki którym odbiorca bez trudu dociera do końca albumu.



MUC Chamber Art Trio  Resilient Perspectives (...A Real Fact) (FMR Records, CD 2022)

arToxin, Monachium, grudzień 2021: Udo Schindler – saksofon altowy, sopranino, klarnet basowy, Sebastian Gramss – kontrabas oraz Gunnar Geisse - gitara laptopowa (w utworach 1, 2 i 4). Pięć improwizacji, 52 minuty.

Niemiecki multiinstrumentalista dęty Udo Schindler śmiało pracuje na miano jednego z najpłodniejszych improwizatorów współczesnej Europy. Redakcyjne pióro nie jest już od dawna w stanie nadążać za kolejnymi produkcjami, ale od czasu do czasu zdarza nam się pochylić nad jego nowym nagraniem. Dziś trio znane z portfolio artysty (choć tym razem pod nazwą własną), które zabiera nas na frapującą podróż po meandrach swobodnie improwizowanej kameralistyki. Emocji jest sporo, ale nie brakuje, jak to często na albumach Schindlera, momentów delikatnie przegadanych. Nagranie sieje wszakże dużo artystycznego fermentu, zwłaszcza w momentach, gdy z laptopowej gitary płyną dźwięki … wielkiej orkiestry symfonicznej, tudzież zgrabne, fortepianowe pasaże.

Początek koncertu dobrze wprowadza nas w kameralny klimat i w pełni uzasadnia nazwę własną formacji. Drgające struny, prychające dysze i sporo niespodzianek brzmieniowych ze strony gitary. Kontrabas pracuje w obu trybach, ale częściej korzysta z dobrodziejstw techniki arco, saksofony i klarnet sięgają zarówno po frazy śpiewane, jak i drobne, nienachalne preparacje, a gitarowe sample zdolne są tu zaproponować każdy dźwięk. Pierwsza improwizacja zdaje się być szczególnie udana, gdy muzycy idą na wymianę krótkich, rwanych fraz lub gdy tempo intrygująco rośnie. W drugiej części Schindler najwcześniej korzysta z klarnetu basowego, przez co opowieść nabiera bardziej mrocznego klimatu. Gitara dba o emocje, raz frazuje jak … gitara, innym razem jak klawesyn lub matowo brzmiący fortepian. W trzeciej i piątej odsłonie improwizacja prowadzona jest tylko przez saksofon i klarnety do pary z kontrabasem, który nie stroni od jazzowego pizzicato. Pod nieobecność wszechmogącej gitary bywa, że improwizacja traci tu ducha walki, ale na sam koniec śle nam dużo dobrego za sprawą kontrabasowego smyczka i melodyjnego saksofonu altowego. Z kolei w części czwartej, granej pełnym składem, dobrych emocji jest chyba najwięcej. Smyczek rwie włosy z głowy, gitara zionie niemal rockową ekspresją, a w tubie dętego instrumentarium pojawiają się jakieś przedmioty, dzięki czemu całe trio charczy jak stado gruźlików, a narracja toczy się między hałasem, a mroczną ciszą.



 

Lamp Of(f)  Too Much Light For My Eyes (ZenneZ Records, CD 2022)

PCC Studio oraz Il Sole in cantina, Groningen, Holandia, czas akcji nieznany: Stanimir Lambov – gitara, fx, kompozycje, Gabriele Bertossi – gitara basowa, kompozycje oraz Ruggero Di Luizi – perkusja, instrumenty perkusyjne, kompozycje. Jedenaście utworów, 49 minut.

Z gitarzystą Stanimirem Lambovem zetknęliśmy się przy okazji jednej z jego poprzednich płyt, silnie osadzonej w estetyce post-rockowej i ambientowej. Tym razem przed nami trio, którego nazwa zdaje się być parafrazą jego nazwiska, a którego muzyka zakotwiczona jest w łagodnym, jazz-rockowym idiomie. Materiał zgromadzony na albumie bazuje na kompozycjach własnych, które sięgają także po cytaty z synkopowanej klasyki. Muzycy na każdym z utworów pozostawiają piętno własnej kreacji, ale album jako całość nie jest porcją dźwięków, która szczególnie intryguje. Jazz środka dla mniej wymagających? To chyba dobry kierunek myślenia.

Początek płyty, to kilkudziesięciosekundowe nagranie w formie dynamicznej, rockowej piosenki. Potem narracja wkracza w obszar jazz-rockowej łagodności, balladowych temp i …. całkiem udanych ekspozycji solowych. Nie sposób nie dodać, iż każdy dźwięk podany tu jest z dużą dbałością o brzmienie. Szczególnie dobitnie słyszymy to w trakcie czwartego utworu, gdy Lambov sięga po gitarę akustyczną, a temat, to niemal klasyczna bossanova z Copacabany. Także utwory piąty, ósmy i dziewiąty brzmią zupełnie jak jazzowe klasyki, ale co ciekawe, lista kompozytorów na okładce albumu nie wykracza poza nazwiska muzyków tworzących trio. Szósta część jest dość nietypowa, buduje ją kobiecy głos recytujący po francusku i ambientowe pasma gitary, a całość przypomina soundtrack do melodramatycznego filmu. W siódmej odsłonie odnotowujemy udane improwizacje realizowane na sporej dynamice. W części dziesiątej intryguje nas rockowe otwarcie - niestety po paru pętlach dynamika siada, a słodycz post-ballady zaczyna wieść prym. Kończąca album jedenasta kompozycja, to minuta z sekundami, wypełniona funkowym motywem i rapowanym tekstem.



 

Lars Bröndum & Per Gärdin  Fractal Symmetry, Hum and Toot (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Fylkingen oraz Elektronmusikstudion, Sztokholm, 2022: Per Gärdin – saksofony oraz Lars Bröndum - syntezatory modularne, theremin, organy oraz inne urządzenia elektroniczne i elektryczne. Trzy utwory, 60 minut.

Wbrew sugestiom płynącym z preambuły dzisiejszej zbiorówki, duet szwedzkich improwizatorów nie proponuje nam elektroakustycznych zabaw w okolicach ciszy. Przed nami gęsto nasycony dźwiękami flow brzmień elektronicznych, podawanych w intrygujących konfiguracjach rytmicznych i brzmieniowych, świetnie skorelowany z akustycznymi strumieniami saksofonowych improwizacji. Te ostatnie płyną na ogół spokojnymi pasażami, ale chętnie wchodzą też w bystre interakcje ze światem kreatywnej elektroniki. Być może ten album jest odrobinę za długi, ale jak mawiają niektórzy - nie ma zbyt dużych lub zbyt małych obrazów malarstwa współczesnego.

Początek pierwszej improwizacji (każda trwa tu kilkanaście lub więcej minut) należy do dwóch syntetycznych wątków – jeden snuje się ambientowym strumieniem, niekiedy dość mrocznym, drugi skwierczy małymi, elektroakustycznymi usterkami. Na tym tle ściele się flow saksofonu sopranowego, który pracuje na dużej swobodzie. Linearna narracja ma tu swoje całkiem efektowne spiętrzenie w środkowej części utworu, a przygasa w płomieniach kojącego chill-outu. Druga improwizacja najpierw skupia się na drobnych, niekiedy filigranowych frazach saksofonu i dość stabilnej porcji płynnej elektroniki. Ta ostatnia śle nam sporo mrocznych klimatów, szczególnie w drugiej części ekspozycji. Po pewnym czasie w strukturze narracji pojawia się rytm, który zdaje się dodawać siły eksplozywnej wypowiedzi saksofonu altowego. Trzecia, najdłuższa część rozwija się dość leniwie, początkowo w klimatach wręcz onirycznych. Sopran pracuje we własnym, dość spokojnym tempie, a elektronika snuje się wokół niego i delikatnie pulsuje - rozrasta się na szerokość, podczas gdy dęciak raczej wspina się na palce. Tym razem środkowa część ekspozycji przenosi nas w okolice bliskie ciszy. Po upływie kwadransa, skrupulatnie budowana opowieść zaczyna kierować się na drobny szczyt. Zakończenie albumu jest z jednej strony bardzo śpiewne i melodyjne, z drugiej rozkołysane powłoką elektronicznego rytmu.



 

Yom Gagatzi/ The Institute of Ongoing Things  Yom Gagatzi/ TIOOT (Raash Records, LP 2023)

Jerozolima (prawdopodobnie), 2011 (strona pierwsza): Uri Katzenstein – głos, instrumenty dmuchane i perkusyjne, Binya Reches – elektronika, bas, Ohad Fishof – instrumenty obręczowe i klawiszowe, głos oraz 2018 (strona druga): Binya Reches – zither i elektronika, Ishai Adar – maszyny dźwiękowe, obiekty, dzwonki i syntezator, Ohad Fishof – elektronika, obiekty dźwiękowe, flet i głos. Odpowiednio sześć i cztery utwory, łącznie około 45 minut.

Album poświęcony jest przedwcześnie zmarłemu Uri Katzensteinowi, jerozolimskiemu artyście wielu proweniencji (architektowi, twórcy filmowemu, muzykowi). Pierwsza strona czarnego krążka zawiera nagrania z jego udziałem z roku 2011, zmiksowane współcześnie. Druga zaś strona, to dźwiękowy materiał przygotowany na okoliczność wystawy/ ekspozycji podsumowującej jego dorobek artystyczny, jaka odbyła się w Amsterdamie, a której Uri nie dożył, albowiem zakończył ziemskie życie na dwa miesiące przed jej otwarciem. O ile pierwsza część nagrania jest wydarzeniem czysto muzycznym, elektroakustycznym, niezwykle bogatym w wydarzenia, o tyle część druga, to raczej performance, słuchowisko, słowno-dźwiękowy tribute dla zmarłego.

Nagranie z roku 2011, to na poły improwizowana, elektroakustyczna opowieść budowana w dużej mierze strumieniami syntetycznych dźwięków, które sycą się estetyką post-electro, odrobiną elektroniki usterkowej i ambientowej. Narracja bywa ciekawie inkrustowana dźwiękami bardziej żywego akcesorium, takiego jak bas, perkusjonalia, instrument dęty, czy gitara (choć ta ostatnia nie pojawia się w albumowym credits). W nagraniu nie brak także wokali i wokaliz, a w części końcowej także sporej ekspozycji w klimatach ethno, której brzmienie przypomina góralskie kobzy. Całość bywa gęsta, trochę kalejdoskopowa, niekiedy przeładowana pomysłami. Druga strona winyla jest dużo spokojniejsza, sporo w niej onirycznego klimatu. Początek należy do damskiego wielogłosu, potem pojawia się głos męski, który recytuje tekst o zmarłym, a być może także teksty jego autorstwa. Opowieść budowana jest bardzo pieczołowicie, składa się zarówno z fraz post-elektronicznych, jak i post-akustycznych. W drugiej fazie tej części albumu artyści budują całkiem zgrabną, elektroakustyczną narrację, która gubi zamysł pośmiertnego capstrzyku i zaczyna formować się w interesującą opowieść czysto muzyczną. Nie brakuje w niej slapstickowych fraz, brzmień organowych, a także intrygującej powłoki rytmicznej.



sobota, 31 grudnia 2022

50 Reasons to Remember The Year 2022! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2022!


Albums are presented in alphabetic order! Please notice that picture below doesn’t feature all honoured recordings!

Albumy prezentowane są w kolejności alfabetycznej! Proszę zauważyć, iż zdjęcie poniżej nie przedstawia wszystkich wyróżnionych nagrań! 



 

 Amidea Clotet  Trasluz

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/the-relative-pitch-and-august-fresh.html

Artur Majewski/ Vasco Trilla  The End Of Something

(not reviewed yet)

„A” Trio  Folk

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/a-trio-goes-into-folk-dance.html

Biliana Voutchkova & Tomeka Reid  Bricolage III

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-relative-pitch-fresh-stuff.html

Biliana Voutchkova & Susana Santos Silva  Bagra

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/biliana-voutchkova-duos2022-susana.html

Colin Webster/ Dirk Serries/ Emilie Škrijelj/ Martina Verhoeven/ Tom Malmendier  Oud Klooster

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/oud-klooster-and-driven-in-paradox-two.html

Christian Marien  Solo The Sun Has Set, the Drums Are Beating

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/christian-marien-sun-has-set-drums-are.html

Daunik Lazro/ Jouk Minor/ Thierry Madiot/ David Chiésa/ Louis-Michel Marion  Sonoris Causa

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/lazro-minor-madiot-chiesa-and-marion-in.html

Dead Neanderthals  Metal

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-december-round-up-dead-neanderthals.html

Deric Dickens, Erica Dicker & Eli Wallace  The Light Only Comes Sometimes

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/dickens-dicker-wallace-light-only-comes.html

Don Malfon/ Florian Stoffner/ Vasco Trilla  A Tiny Bell and Its Restless Friends

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-free-iberian-stories-continuation.html

Eli Wallace  Pieces & Interludes

(not reviewed yet)

Ensemble Icosikaihenagone  Volumes II - Fiction Musicale et Chorégraphique - Création pour Grand Orchestre et Corps Actants

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/benjamin-duboc-ensemble.html

Ernesto Rodrigues, Brad Henkel, Guilherme Rodrigues & Matthias Müller  Wild Elegy

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/the-rodrigues-family-and-fresh-fruits.html

Evan Parker X-Jazz Ensemble  A Schist Story

(not reviewed yet)

Guilherme Rodrigues/ Anna Jędrzejewska/ Marcelo Dos Reis/ Witold Oleszak/ Paweł Doskocz/ Michał Giżycki/ Ostap Mańko/ Wojtek Kurek  Spontaneous Live Series 009: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Iris Ederer/ NO Moore/ Eddie Prevost  Traktor

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/traktor-by-ederer-moore-and-prevost.html

Isysxae  Hyper Nature

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/known-detractors-isysxae-two-noisey.html

Izumi Kimura/ Artur Majewski/ Barry Guy/ Ramon Lopez  Kind Of Light

(not reviewed yet)

John Butcher/ Angharad Davies/ Matt Davis/ Dominic Lash/ Dimitra Lazaridou-Chatzigoga  Nodosus

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/butcher-davies-davis-lash-lazaridou.html

John Edwards, Steve Noble & Yoni Silver  HEME

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/edwards-noble-silver-empty-bottle-of.html

José Lencastre  Common Ground

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/the-phonogram-unit-fresh-outfit-common.html

Kaja Draksler  In Otherness Oneself

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/06/kaja-draksler-in-otherness-oneself.html

Kaja Draksler & Susana Santos Silva  Grow

(not reviewed yet)

Known Detractors  The Centipede Switch

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/known-detractors-isysxae-two-noisey.html

Liquid Trio  Camí ral

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/liquid-trio-cami-ral.html

London Jazz Composers Orchestra  Kraków 2020

(not reviewed yet)

Luis Vicente, Seppe Gebruers & Onno Govaert  Room With No Name

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/07/luis-vicente-seppe-gebruers-onno.html

Magda Mayas/ Tony Buck/ John Butcher glints

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/mayas-buck-butcher-and-their-glints.html

Marcelo dos Reis/ Álvaro Rosso/ João Valinho/ Albert Cirera/ João Almeida  The Caldas Concert. Live at Igreja do Espírito Santo

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/the-free-iberian-stories-continuation.html

Marek Pospieszalski  Polish Composers Of The 20th Century

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/marek-pospieszalski-polish-composers-of.html

Mark Feldman & Katinka Kleijn  Sine Nomine

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/mark-feldman-katinka-kleijn-sine-nomine.html

Mark Holub  Anthropods

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/01/mark-holub-anthropods.html

Marlies Debacker  Shimmer

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/10/marlies-debacker-and-her-shimmer.html

Marta Warelis  A Grain Of Earth

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/04/marta-warelis-grain-of-earth.html

Martin Küchen/ Agusti Fernández/ Zlatko Kaučič  The Steps That Resonate

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/06/kuchen-fernandez-kaucic-in-steps-that.html

Matthias Müller/ Matthias Bauer/ Rudi Fischerlehner  Der Dritte Stand

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/muller-bauer-and-fischerlehner-der.html

Matthias Müller/ Witold Oleszak/ Peter Orins/ Paulina Owczarek  Spontaneous Live Series 010: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Michał Joniec & Michał Giżycki  S#O

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/03/so-by-micha-joniec-micha-gizycki.html

Paul Hession, Michael Bardon & Christophe de Bézenac  JakTar

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/08/the-august-round-up-jaktar-forensic.html

Pedro Alves Sousa, Rodrigo Pinheiro, Gabriel Ferrandini  Cloud at rest

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/the-lisbon-story-sousa-pinheiro.html

Reinhold Friedl/ Frank Gratkowski  Moon

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/11/bocian-records-friedl-gratkowski-sawt.html

Silt  The Loft Sessions

(not reviewed yet)

SoundScapes Festival # 3  Munich - 2021 Schwere Reiter

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/05/soundscapes-festival-3-munich-2021.html

Stopmobil  La m​á​quina de fabricar caprichos

(not reviewed yet)

Superimpose with Witold Oleszak and Marcelo dos Reis  Spontaneous Live Series 011: Live at 5th Spontaneous Music Festival

(not reviewed yet)

Toc  Did It Again

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/09/toc-means-ternoy-orins-and-cruz-and.html

Tom Jackson/ Dirk Serries/ Kris Vanderstraeten  Dandelion

(not reviewed yet)

Torben Snekkestad/ Søren Kjærgaard/ Tomo Jacobson  Spirit Spirit

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/12/snekkestad-kjrgaard-jacobson-spirit.html

Ziv Taubenfeld's Full Sun  Out of the Beast Came Honey

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2022/07/ziv-taubenfelds-full-sun-out-of-beast.html

 

  

wtorek, 29 listopada 2022

Dickens, Dicker & Wallace! The Light Only Comes Sometimes!


Wtorkowe popołudnie postanawiamy tym razem spędzić w nowojorskim Brooklynie. Na spotkanie ze swobodną improwizacją na preparowany fortepian, skrzypce i instrumenty perkusyjne zaprasza nasz dobry znajomy Eli Wallace, którego nagraniami w duecie i solo zachwycaliśmy się na tych łamach jakiś czas temu.

Tym razem Eli improwizować będzie z artystami, z którymi spotykamy się tu po raz pierwszy – skrzypaczką Ericą Dicker i perkusjonalistą Dericiem Dickensem. Ich studyjna rejestracja niesie ze sobą moc wrażeń, zarówno w zakresie dźwiękowych preparacji, jak i dramaturgii wydarzenia. Czekają nas emocje wynikające z nie tylko z fantastycznego brzmienia poszczególnych fraz, ale także z umiejętnego stosowania całkiem wyszukanej melodyki i budowania narracji przy użyciu pewnych struktur rytmicznych, a zatem z dala od abstrakcyjnej improwizacji prowadzonej często w nieznanym kierunku.



Pierwsza odsłona albumu trwa dziesięć minut z sekundami. Otwiera ją perkusjonalista, który już na wstępie buduje coś na kształt rytmicznej bazy – leniwej, połamanej, ale mającej nadany kierunek rozwoju. Po chwili w grze jest skrzypaczka, która śle drobne, preparowane frazy. W dalekim tle rodzi się też pianista wydający dźwięki powstałe zarówno na klawiaturze, jak i wewnątrz pudła rezonansowego - każde w dalece minimalistycznej estetyce. Narracja tej trójki dość szybko zwiera szyki i urokliwie gęstnieje, śląc nam bystre, smakowite kąski. Pokiereszowany kreatywnością artystów flow pełen jest drobnym ognisk zapalnych, filigranowych salw ekspresji. Muzycy nie idą jednak na szczyt, po kilku minutach sprawiają bowiem wrażenie, jakby zastygali w pozie post-ekspresyjnej. Szukają minimalistycznej formy i pretekstu do przejścia w tryb zadawania pytań i otrzymywania odpowiedzi. Narracja łyka tu spore porcje rezonansu, z jednej strony śpiewa, z drugiej skomle o łyk wody. Klimat desperacji i balansowania na linie kreują tu wszyscy, także pianista, który doskonali technikę inside & outside.

Początek drugiej, prawie trzydziestominutowej improwizacji tkany jest z samych drobiazgów i plam ciszy. Filigranowe preparacje i subtelne uderzenia w werbel, przeciąganie strun i szeleszczące przedmioty. Niepozbawione post-melodii jęki skrzypiec, zgrzyty, tarcia i małe boleści. Nerwowy, naładowany emocjami flow nieprostych dysharmonii. Muzycy nie potrzebują teraz szczególnie dużo czasu, by owe wstępne zabawy przekształcić w zwartą narrację, która łapie dynamikę i atrakcyjną intensywność. W głowie recenzenta pojawiają się pierwsze, ale nie ostatnie skojarzenia ze Spontaneous Music Ensemble i jego wersją strunową. Muzycy osiągają tu stadium jakże intensywnego minimalizmu, realizując ideę Johna Stevensa call & responce w sposób niemalże modelowy. Wiotkie post-dźwięki skrzypiec, rwany, gęsty drive perkusjonalii i preparowane odgłosy z dna fortepianu, a wszystko ubrane w jakże pokrętną melodykę, ulepione w opowieść, którą kreuje efektowne brzmienie, ale także logika budowania zgrabnej narracji. W połowie improwizacji muzycy osiągają intensywność godną soczystego free jazzu, po czym z gracją schodzą na poziom tłumionych mikro preparacji, czyniąc tym samym mistrzowski ruch dramaturgiczny. Teraz na czele orszaku umęczonych wędrowców stają pojękujące skrzypce, którym towarzyszą rezonujące talerze. Muzycy kreują urokliwy, ale mroczny suspens. Piano szuka niebanalnej rytmiki, perkusjonalia i skrzypce śladów zapomnianych melodii. Całość efektownie narasta zmysłowym crescendo, a następnie pozostaje przez dłuższą chwilę w stadium emocjonalnego rozhuśtania. Piano drży, skrzypce śpiewają, a w tle pracują szeleszczące szczoteczki perkusyjne. Ostatnie kilka minut tej wyśmienitej improwizacji dość niespodziewanie powraca do trybu call & responce. Wymiana zdań też ma tu swoją wyszukaną melodykę, znów pachnie stevensowskimi zakrętami, a kończy mikro preparacjami, w momencie, gdy każdy z artystów zamienia się w leniwego perkusjonalistę.

 

Dickens, Dicker & Wallace The Light Only Comes Sometimes (Mole Tree Records, CD 2022). Erica Dicker – skrzypce, Eli Wallace – fortepian preparowany oraz Deric Dickens – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Figure 8 Studios, Nowy Jork, grudzień 2020. Dwie improwizacje, 37 minut.



czwartek, 4 lutego 2021

The Lovely Truth! Jun Trun Gor! Fages! Cristovam & Sales! No Nation Trio! Almeida & Bastien! Duerinckx & Mobin! Salis! Perelman & Marzan! Wallace & McDonald! The February’ Holy Round-up!


Styczeń umykał nam na tyle szybko, iż nie starczyło w jego trakcie czasu na comiesięczną zbiorówkę recenzji świeżych płyt. Powracamy z tą zacną ideą edytorską na samym początku kolejnego miejsca. Przed nami dziesięć nowych płyt - niektóre już z datą 2021, inne wydane pod sam koniec roku poprzedniego (z jednym wyjątkiem!). Bez gatunkowej myśli przewodniej, choć z istotnym ukierunkowaniem geograficznym.

Czas lutowej zbiorówki w dużej mierze spędzimy na Półwyspie Iberyjskim, albo przynajmniej w obecności muzyków zrodzonych z tamtejszej ziemi. Na początek trzy absolutne świeżynki z Barcelony, potem odrobina Brazylii i spora porcja Portugalii, w dalszej kolejności Francja, Belgia i Włochy, a sam finał amerykański, po części związany jednak ze Starym Kontynentem.

Zapraszamy do odczytu słownych potoków Pana Redaktora, a potem na zakupy. Wspierajcie muzyków i małych wydawców w czasach wiecznej dżumy!

 


The Lovely Truth  Future Flop (Discordian Records, DL 2021)

Naszą opowieść zaczynamy od jednej z grudniowych (’19) edycji cyklu koncertowego Nocturna Discordia, jaki odbywa się w barcelońskim Soda Acoustic. Na scenie: El Pricto na saksofonie altowym, Diego Caicedo na gitarze elektrycznej i …nie, nie Trilla, ale Adrià Bofarull wraz z oprzyrządowaniem elektronicznym. Trzy bystre improwizacje zajmą muzykom niespełna 41 minut.

Pricto i Caicedo zagrali już wspólnie miliony dźwięków, ale wersji z dodatkową, czystą elektroniką jeszcze sobie nie przypominamy. A to próba bardziej niż udana, zwłaszcza, iż śmiało możemy ją zapisać do kategorii muzyki, która dobrze używa elektroniki w formule dalece swobodnej improwizacji. Saksofon i gitara prowadzą tu nieustanny dialog, a nienachalna, świeża elektronika świetnie ów dyskurs komentuje, tworzy pełne tajemnicy tło i nie ma zamiaru wychodzić przed szereg.

Pierwsza, najdłuższa część koncertu zdaje się być pomysłem na skupioną, drobiazgową improwizację, która czasami woli postawić na zaniechanie niż wybuch niczym nieskrępowanej ekspresji. Alt plecie małe frazy, gitara skrzętnie liczy struny tlące się metaliczną poświatą, a elektronika snuje pajęczynę niewidocznych połączeń obu żywych narracji. Ta ostatnia szczególnie udanie wgryza się w gitarowe frazy, zwłaszcza te, w trakcie których Caicedo koncentruje się na preparowaniu dźwięków. Pod koniec tej części, przez moment, elektronika zdaje się przejmować inicjatywę, budując drobny, syntetyczny rytm. W drugiej opowieści muzycy płyną bardziej wartkim i zwartym strumieniem. Od dronowych pasaży po dość ekspresyjną narrację, w której nie brakuje akcentów post-industrialnych. Elektronika dodaje do tego niebanalne echo, jakby syntetyczny oddech akustyki saksofonu i prądu z gryfu gitary. Na starcie trzeciej części Bofarull czyni już rytuał mistrza introdukcji. Ciekawie pulsująca, syntetyczna mgławica fonii wprowadza do gry saksofon i gitarę. Opowieść intrygująco się zazębia - gitara nie stroni od post-jazzowych fraz, a saksofon łapie odrobinę ognia pod dysze. Elektronika - znów w tle! - czyni wyłącznie udane zdobienia.

 


Jun Trun Gor  Jun Trun Gor (Discordian Records, DL 2021)

Pozostajemy w klimatach gitarowych, tu dodatkowo wspartych elektrycznym basem. Trio pod nazwą własną w składzie: A.L. Guillén – gitara elektryczna, Vasil Hajigrudev – bas elektryczny oraz Javier Carmona – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie z września roku 2016 (Villanueva del Rosario, Málaga) składa się z ośmiu improwizacji, trwających łącznie prawie 58 minut.

Trójka bystrzaków wymieniona z imienia i nazwiska w preambule tej recenzji zaprasza nas na ekscytujący spektakl swobodnej improwizacji, zwinnie osadzonej w estetyce rockowej, post-jazzowej, tudzież ponadgatunkowej psychodelii, pełnej posmaku tajemnicy, mrocznego oniryzmu i … bluesa. Szczególny podziw recenzenta budzi swoboda, z jaką muzycy kreują narrację. Czy zioną ogniem rockowego potwora, czyli produkują mikro frazy w okolicach ciszy, ich przekaz jest niebywale bezpośredni i nieskomplikowany. Po wysłuchaniu tej prawie godzinnej płyty ma się wrażenie, że granie swobodnie improwizowanego meta rocka jest rzeczą najprostszą na świecie.

Płyta ma otwarcie godne mistrzów najlepszego impro rocka – masywna sekcja rytmu, która kłębi się w sobie, świetnie reaguje w każdej sytuacji i strzelista, ostra gitara, od pierwszego dźwięku pełna dzikiej swobody. Akcenty psychodelii, zwinne tempa i lamparcia precyzja w budowaniu napięcia. Druga część proponuje intrygująco powyginany rytm, który kreują wszystkie instrumenty, grające tu wyjątkowo delikatnie, wysoko podwieszone, z dala od dna. Kolejna opowieść po raz pierwszy przenosi nas do krainy preparowanych dźwięków. I w tej roli świetnie realizuje się gitarzysta. Czwarta opowieść trwa ponad 10 minut i zdaje się być prawdziwym majstersztykiem. Mroczna, oniryczna historia budowana z drobiazgów, małych dźwięków i wyjątkowo bystrych interakcji. Kolejną opowieść prowadzi szklista gitara, a całe trio pichci smakowitego bluesa na stojaka. Szósta improwizacja znów trwa więcej niż 10 minut. Tym razem, w przeważającej części, narracja ma niezłą dynamikę, dyktowaną przez perkusję. Niesamowite rzeczy dzieją się zaś na flankach. Gitara brzmi jak bas, bas jak gitara - w pięknym świetle wywarzonej, wcale nieśpiesznej improwizacji – what a game! Przedostatnia część płyty tryska humorem. Wszyscy muzycy i wszystkie instrumenty zdają się śpiewać i wzajemnie rozweselać. Meta rockabilly na kwasie! A na koniec, i tak giną w ogniu rockowego piekła! Wreszcie finałowa rozbiegówka – bystra narracja pełna rocka, jazzu, a nawet fussion grana na niezobowiązującym rauszu. Brawo!

 


Entre Cérvols Llauradors  Trist desert en mans de febre (Entre cérvols llauradors Bandcamp, DL 2021)

Pod tą tajemniczą nazwą i jakże długim tytułem albumu ukrywa się nasz dobry znajomy, kataloński gitarzysta (tu elektryczny) Ferran Fages. Tym razem muzyk eksploruje rozdroża muzyki gitarowej, która szuka post-rockowych odniesień, ślęczy nad minimalistycznymi koncepcjami, czasami zaś brzmi mrocznie i całkiem ambientowo. Fages proponuje nam sześć odcinków (nagranie studyjne z maja 2020), które był łaskaw skomponować, a które trwają około 20 minut.

Powolna, leniwa narracja charakteryzuje każdy z epizodów na płycie. Muzyk lubi wydać z gitary dźwięk, czasami akord, innym razem frazę nieco bardziej rozbudowaną i czekać, jak efektownie ona wybrzmi. Czasami taki styl pracy zdaje się być odrobinę minimalistyczny, ale w większości przypadków użycie tego określenia nie jest adekwatne do sytuacji muzycznej.

W drugiej i szóstej części gitara Ferrana brzmi niemal syntetycznie, a produkowane przez nią smugi ambientu dobrze znoszą skojarzenia z niektórymi projektami Dirka Serriesa. Dźwięki gitary przypominają niekiedy nisko zestrojone organy. W trzeciej części muzyk produkuje pasmo ambientu i zdobi je efektownie wybrzmiewającym akordem. Oba komponenty najpierw pięknie się uzupełniają, a potem łączą w jedną strugę narracji. W niektórych momentach Fages buduje masywne frazy, ale w większości przypadków stawia na delikatne, lekkie, zwiewne półakordy (jakby grał za progiem gitarowym), co świetnie pokazują utwory czwarty i piąty. Sam finał skrzy się post-ambientem i całą plejadą drobnych dźwięków, które efektownie rezonują.

 


Thelmo Cristovam and Cassio Sales  Flutuando Suspenso (OEM Records, Dl 2020)

Czas na krótki skok za wielką wodę, do Brazylii. Intrygujący, free jazzowy duet tworzą tu: Thelmo Cristovam na saksofonie oraz Cássio Sales na perkusji. Domowa improwizacja (czas powstania nieznany) dzieli się na cztery części, a trwa łącznie niespełna 25 minut.

Uwielbiamy na Trybunie taką sytuację – zupełnie nowe nazwiska i grad świetnych dźwięków, które budzą duże emocje! Muzycy najpierw proponują nam trzy krótkie epizody, godne najlepszych wzorców free jazzu. Zaczynają w ciszy, czynią małe preparacje, po czym ruszają w ogniste galopady. Dużo w ich muzyce przestrzeni, swobody, luzu i całkowitej bezpretensjonalności. Saksofonista sprawia wrażenie, że jest w stanie zagrać tu każdy dźwięk, drummer lubi szczegóły i drobne, perkusjonalne frazy, ale i trzymanie groove’owej, rozbudowanej narracji, to dla niego pestka. Pod koniec trzeciej opowieści muzycy efektownie wchodzą w mikro frazy, świetnie na siebie reagują i zapowiadają to, co wydarzy się w części głównej płyty.

Ostatnia improwizacja trwa niemal kwadrans i niesie ze sobą już same wspaniałości. Saksofonista najpierw charczy, jakby grał na grzebieniu, potem zaś zaczyna niebywałą preparację dźwięków, w trakcie której dużo korzysta ze ust i gardła. Żywe ciało spotyka się tu z równie żywym saksofonem. Tuż obok same cuda zdaje się produkować perkusista. Szeleści, drży, rezonuje, ale cały czas trzyma rękę na pulsie narracji. Muzycy wiodą mantryczną eskapadę w głąb dźwięków. Tempo umiarkowane, duża dbałość o detale. Improwizują na tyle cicho, że przez okno zaczynają wdzierać się w ich narrację dźwięki otoczenia. Bzyczące muchy, syczące węże i chroboczące skorupiaki (wybaczcie tę garść metafor). W drugiej części nagrania saksofon zaczyna efektownie kwilić, drummer pnie się ku górze lotem czmiela, a w potoku dźwiękowym zaczynają być słyszalne … cykady. Muzycy są bardzo czujni, bo ostatnie pół minuty nagrania, to wyłącznie dźwięki tych małych owadów. Brawo!

 


No Nation Trio  Habitation (Phonogram Unit, CD 2020)

Powracamy na Półwysep Iberyjski i lądujemy w świetnie nam znanym studiu nagraniowym Namouche, mieszczącym się w Lizbonie. Na początku stycznia ub.r. spotykamy tam nową formację No Nation Trio. W jej składzie sami nasi dobrzy znajomi: Jorge Nuno - gitara akustyczna, Hernâni Faustino – kontrabas oraz João Valinho - perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery swobodne improwizacje, niespełna 33 minuty.

Habitation, to powolna, chwilami majestatyczna improwizacja, która skupia się na budowaniu napięcia, stanu dramaturgicznego suspensu, tudzież budzeniu prawdziwie niepokojących emocji, czasami całkiem mrocznych. Instrumentem, który stanowi tu o dawkowaniu poszczególnych elementów spektaklu jest masywny kontrabas. Drży, pulsuje, snuje pętle artystycznych wątpliwości. Gdy muzyk sięga po smyczek, narracja zaczyna płynąć bardziej wartkim strumieniem, ale nie jest to taneczna parada, a raczej oczekiwanie na powolną śmierć, tu w jakże pięknym wymiarze brzmieniowym. Swoją opowieść snuje też akustyczna gitara, która mnoży wątki, kłębi się w ciasnym kokonie akustyki, prosi o chwilę uwagi. Pozbawiona wszelkich jazzowych grepsów dodaje całości ponadgatunkowej abstrakcyjności. Wreszcie smakowite perkusjonalia. Są pełne drobiazgowych rozwiązań, małych fraz i zaskakujących ripost. Czasami schowane za potężnym oddechem kontrabasu, czynią niemal same wspaniałości, dodając całej improwizacji sto tysięcy nowych wymiarów i stempli jakości.

Początek płyty zdaje się być delikatnie niemrawy, ale to nade wszystko efekt przyjętej koncepcji dramaturgicznej. Druga improwizacja stawia na szczegóły, ale jeszcze bardziej dosadnie kreuje mroczny klimat. W tej części po raz pierwszy pojawia się smyczek i zaczyna stanowić trwały punkt odniesienia dla gitary i perkusjonalii. Najciekawiej dzieje się w najdłuższej, trzeciej improwizacji - to już prawdziwy dark acoustic resonance! Smyczek schodzi na samo dno, jego dźwięk leje się jak czarna lawa z kompletnie zastygłego wulkanu. Perkusja dobija na kolejny szczyt swoich kompetencji, a gitara stawia na abstrakcję akustycznego post-rocka. Wreszcie finał, który trzyma nas w szponach suspensu przez długie minuty. Powrót smyczka buduje jakość godną poprzedniej części. Na końcu nagrania flow kontrabasu zamienia się w mięsisty dron, który wiedzie improwizację do jej prawdziwego końca, znakowanego niekończącymi się pętlami gitary.

 


Gonçalo Almeida & Pierre Bastien  Room Sessions (Cylinder Recordings, DL 2020)

Pozostajemy w towarzystwie muzyka portugalskiego. Tym razem, to kontrabasista Gonçalo Almeida, który do domowych improwizacji (miejsce i czas, brak danych) zaprosił francuskiego, awangardowego muzyka z dużym bagażem artystycznych doświadczeń, Pierre’a Bastiena, który zagrał na trąbce oraz użył pewnych tajemniczych mechanizmów. Całość nagrania, to siedem dość precyzyjnie ustrukturyzowanych improwizacji, których odsłuch zajmuje około 48 minut.

Pokojowe Sesje, to dość nietypowa dla Almeidy płyta. Muzyk stosuje tu różne techniki gry (stupalczasty magik nie ma z tym problemu!), wszystko czyni pięknie i na tysiące sposobów, ale koncentruje się głównie na budowaniu warstwy rytmicznej, stabilnej bazy dla improwizacji, tudzież bardziej zaplanowanych narracji trębacza i jego mechanizmów. Czy ów dyktat rytmu, tudzież często stosowana repetycja, to zabieg świadczący o obawie przed pójściem na całkowicie swobodną improwizację, nie nam oceniać, zwłaszcza, że płyta w przeważającej części broni się artystycznie bez recenzenckich podpórek.

Nagranie rodzi się w klimatach post-ambientu, który produkuje smyczek kontrabasu. W tle szumi elektroakustyczna mgławica, pracuje … metronom, a frazy trąbki zdają się nieustannie szukać nowych wymiarów dla brzmienia prostego instrumentu blaszanego. Dużo ciekawego dzieje się w części drugiej, która składa się z trzech, a nawet czterech wątków, w tym repetującego gwizdu (z trąbki?), który kontrapunktuje rytm i improwizacje od początku do końca utworu. Czwarta część zdaje się być szczególnie mroczna. Powtarzane frazy kontrabasu sieją niepokój, a aura wokół wyjątkowo dźwięcznie oddycha. Z kolei w piątej części najpierw muzycy świetnie na siebie reagują, niemal w estetyce call & responce, potem zaś trąbka zaczyna pobrzmiewać nieco slapstickowo, biorąc całą narrację w nawias nieoczywistości. W szóstej części muzycy stawiają na akcenty perkusjonalne, ale przekornie nie koncentrują się na rytmie i repetycji – coś tańczy na werblu, struny kontrabasu drżą, a w tle zdaje się, że słyszymy flet. Rytm podparty metronomem powraca w ostatniej części. Bastien bystrze preparuje na trąbce, a garść tajemniczych dźwięków z mechanizmów artysty po raz kolejny stawia duży znak zapytania o źródło pochodzenia dźwięku. 

 


Jean-Jacques Duerinckx & Anton Mobin  Bloem (Middle Eight Recordings, DL 2020)

Wątek belgijsko-francuski w naszej dzisiejszej zbiorówce konsumuje smakowity duet: Jean-Jacques Duerinckx na saksofonie barytonowym i sopranowym oraz Anton Mobin, który wedle skąpych opisów wielu płyt z jego muzyką uprawia coś, co on sam nazywa preparowaną kameralistyką (chambre préparée). Nieznany jest zestaw instrumentów i przedmiotów (w tym elektrycznych i elektronicznych przetworników), jakie Anton używa do generowania dźwięków - na ogół tajemniczych, nieustannie zadających pytanie o źródło swego pochodzenia i z pewnością godnych zaliczenia do kategorii fake sounds. Panowie swoją swobodną improwizację w pięciu częściach zarejestrowali w lutym ubiegłego roku w Belgii (miejscu zwanym Braine L'Alleud). Ich intrygujące dzieło trwa łącznie około 38 minut.

Bloem, to doprawdy wyjątkowa podróż po świecie tajemniczych, elektroakustycznych dźwięków. Z jednej strony żywy saksofon, który w niebywale zwinnych rękach, tudzież ustach muzyka zmienia kolory niczym kameleon (sopran i baryton naprzemiennie w trakcie jednej improwizacji!), z drugiej bezmiar preparowanej kameralistyki – muzyk niemal symultanicznie jest w stanie proponować dźwięki elektrycznego basu i zwiewnych perkusjonalii (nie bez dubowej poświaty), w innym momencie klecić drobne frazy, pełne akustycznych niuansów. To improwizacja, która pozostaje w nieustannym ruchu - akcja goni tu akcję, choć większość opowieści toczy się spokojnie i nie okazuje jakichkolwiek znamion eskalowania hałasu.

Początek płyty, to suche wyziewy z tuby saksofonu umoczone w delikatnej, elektroakustycznej poświacie. Sopran JJ-a płynie szerokim strumieniem, godnym najlepszych patentów Evana Parkera. W drugiej części rzuca się na nas nerwowe post-chamber. Baryton rzeźbi bruzdy, a cuda spod rąk Antona świetnie to imitują. Preparacje z obu stron i garść post-jazzu na finał. W trzeciej części Mobin podsuwa nam syntetyczne wątki godne berlińskiego post-techno, a do pary ma sonorystykę pustej tuby. Cokolwiek szalonego muzycy by tu nie zaproponowali, wszystko do siebie pasuje i współgra brzmieniowo. W czwartej części wysoko podwieszony sopran po prostu śpiewa, a w rekontrze dostaje dźwięki gongu, perkusji i dudniącego basu. Wreszcie finał i znów wielki bukiet niespodzianek – baryton w krótkich strzałach, a zaraz potem sopran w skromnych podmuchach natrafiają na elektroakustyczne zasieki.

 


Giacomo Salis  Naghol (Grisaille, Kaseta 2021)

Czas na odrobinę onirycznej medytacji! Włoski perkusjonalista Giacomo Salis eksploruje tzw. technikami rozszerzonym teksturę dźwięków wydawanych przez bliżej nieokreślone przedmioty, pochodzące zapewne z obszaru typowego dla instrumentarium perkusjonalnego. Trzy improwizacje, być może w dużym stopniu skomponowane - niespełna 23 minuty dźwiękowych nieoczywistości.

Intrygującą brzmieniowo podróż nazwaną Naghol, która od startu do mety ma status cierpliwej, ale niełatwej w odbiorze akustycznym medytacji dźwiękowej, nie sposób skwitować typowymi grepsami recenzenckimi, opisać emocje i wskazać gatunkowe punkty odniesienia. Można natomiast zdać się na własną wyobraźnię i opisać obrazy, jakie fonia kreowana przez Salisa wywołuje u odbiorcy.

Początek nagrania przypomina małą hutę szkła. Wszystko zdaje się drżeć, rezonować ze sobą, supłać pętlę za pętlą, rysować szlak podróży, która być może nie ma w ogóle stacji końcowej. Dźwięki, które słyszymy przypominają stary, zepsuty wiatrak, który kołysze się na morskim falach. Metal trze o metal, a rozciągnięte płótno łopoce na silnym wietrze. Niemal mechaniczna repetycja, która zamiera tuż przed końcem piątej minuty. W trakcie drugiej części dźwięki zdają się być już usytuowane ewidentnie na perkusyjnym werblu. Przedmioty na nim umieszczone drżą i rezonują, ale słyszymy też pracę napiętej glazury werbla, która ciężko oddycha i jęczy pod naporem przedmiotów. W trzeciej części pojawiają się dodatkowe elementy. W dalekim tle słyszymy dość intensywny deep drumming. W wirze wciąż ugniatanych na werblu przedmiotów pojawiają się nowe wątki. Ta narracja trwa, zatem odniesienie do doświadczeń legendy free impro AMM może okazać się ciekawym tropem. Definitywnie czekamy na dalszy rozwój wypadków, na kolejne tego typu eksploracje Giacomo Salisa.

 


Ivo Perelman and Pascal Marzan  Dust of Light/ Ears Drawing Sounds (Setola di Maiale, CD 2020)

Pora na kolejne spotkanie saksofonu tenorowego Ivo Perelmana (Brazylia/ USA) z instrumentem strunowym. Po serii Strings oraz nagraniu z Arcado String Trio, powabny duet z Pascalem Marzanem (Francja), który zagra na dziesięciostrunowej, mikrotonalnej gitarze akustycznej. Muzycy spotkali się dokładnie rok temu w jednym z londyńskich studiów nagraniowych i przygotowali dwanaście swobodnych improwizacji, które trwają łącznie prawie 52 minuty. Płyta o podwójnym tytule składa się z dwóch komponentów dramaturgicznych. W pięciu utworach muzycy zapuszczają się w rozbudowane improwizacje, z których każda trwa przynajmniej siedem minut, natomiast w pozostałych proponują nam zgrabne miniatury (okolice dwóch minut, a nawet mniej), rodzaj improwizacyjnych wprawek, które choć w większości podane są jednym ciągiem, udanie uzupełniają treść długich improwizacji.

Najlepszych fragmentów tej bardzo dobrej płyty szukamy oczywiście pośród długich improwizacji. Zwróćmy uwagę przede wszystkim na trzy z nich. Pierwszy utwór na płycie doskonale wprowadza nas w klimat. Magicznie brzmiące struny gitary, wprawione w drżenie, efektownie wybrzmiewają. W wir tych dźwięków wplata się dynamicznie usposobiony tenor, który prowadzi typowy dla Perelmana dialog z instrumentem strunowym. Potrafi szybować bardzo wysoko, czasami brzmieć jak sopran, świetnie imituje strunowe frazy, a jak trzeba, dokłada do ognia i buduje z gitarą efektowną, chwilami ognistą narrację. Równie zmysłowa zdaje się być trzecia improwizacja. Tu Marzan pokazuje, jak zwinne ma palce. Struny tańczą i swawolą za jego przyczyną. Tenor znów skacze ku górze, zaczyna od pasywnej imitacji, kończy zaś na agresywnych frazach, kreując przy tym spore emocje i ciągnąc gitarę na manowce ekspresji. Wreszcie utwór numer dziesięć, prawdziwa perła w koronie. Zaczyna się niemal balladowo, smutną melodyką i dramaturgicznymi niepokojem. Gitara nabiera pogłosu, a saksofon ognia, co buduje świetną improwizację, osadzoną na pewnym dysonansie emocjonalnym. Piękny jest zwłaszcza finał, gdy obaj muzycy wchodzą w mroczne zakamarki swoich improwizacji.

Pośród miniatur warto docenić czwartą improwizację, w trakcie której gitara rozsiewa molowe frazy, ale saksofon zdaje się pozostawać w klimatach bardziej durowych. Szósta część, to ballada, która uroczo nabiera kantów i zadziorów, zaś szczególnie smakowita wydaje się, tkana z samych drobiazgów i mikro fraz, część dziewiąta. Jedenasta improwizacja stara się być wyjątkowo abstrakcyjna. Echo gitary, saksofon na poziomie trzeciego piętra i dynamika, która przychodzi niespodziewanie, stawiając oba instrumenty do pionu.

 


Eli Wallace and Beth McDonald  Solo​/​Duo (Eschatology Records, CD 2020)

Brooklyński label Eschatology odwiedzamy regularnie, i jak dotąd, nigdy się nie zawiedliśmy. Nie inaczej jest w przypadku niniejszej płyty, która zawiera rozbudowaną, solową ekspozycję pianisty Eli Wallace’a, a także jego duet z tubistką Beth McDonald (nagrane na żywo, ale w studiu, Chicago, lipiec 2019 roku; łącznie prawie 56 minut). Z intrygującą pianistyką Wallace’a spotkaliśmy po raz przy okazji doskonałej płyty kwartetu XNN. Tu, w absolutnie samotnej improwizacji, a także skromnym duecie, muzyk po raz kolejny udowadnia, iż jego dane personalne winny być zapisane w kajetach wszystkich ważnych wydawców i recenzentów muzyki improwizowanej.

Eli zaczyna swój popis minimalistycznymi preparacjami. Ślizga się palcami po strunach i sprawia, że jego instrument zaczyna śpiewać i wydawać przeciągle piski. Muzyk dodaje do tego ambarasu kilka półakordów wprost z klawiatury, w ramach stosownych zdobień i pewnego rodzaju słupów dramaturgicznych. Zaczyna budować jakby dwie narracje - jednocześnie bije powykręcany rytm z klawiatury i szoruje struny, sięgając na samo dno wielkiego instrumentu. Dobywa z piana tyle dźwięków, że istnieje podejrzenie, iż ma przynajmniej cztery ręce. Gra zresztą całym ciałem, tupie nogami, trzeszczy krzesełkiem, oddycha i parska. Po chwili spowolnienia rusza w nową podróż, bogatą w wydarzenia, dobrą dynamikę i ekspresję. Dancing percussion with dirty melodies! Jego lewa ręka gra rozkruszony ragtime z akcentami perkusyjnymi, prawa tańczy przedmiotami na gołych strunach. Prawdziwy cyrkowiec! W okolicach 20 minuty obie ręce artysty zdają się powoli osiągać konsensus w zakresie stosowanych technik gry. Flow płynie głównie dźwiękami z klawiatury, raz za razem zdobionymi mikro frazami z pudła rezonansowego. Na zakończenie seta muzyk powraca do minimalizmu i drobnych preparacji. Przeciąga struny, strzela małymi fajerwerkami, ma tysiące pomysłów na sekundę.

Spotkanie duetowe zaczyna się w mroku i ciszy. Struny fortepianu zdają się być oderwane od dźwięku, a tuba pozbawiona dopływu powietrza. Muzycy prowadzą narrację dość nieśmiało. Tuba sprawia wrażenie, jakby bała się swojej mocy, a piano nie do końca wie, na ile może sobie pozwolić w takich okolicznościach przyrody. Choć trzeba przyznać, że pianista czyni wiele, by ogromnego dęciaka zachęcić do lotu. Więcej emocji dostajemy po wybiciu kwadransa. Tuba zaczyna żyć zmysłowymi short-cuts, a piano preparować dźwięki całego, wielkiego fortepianu. Na finał artyści schodzą w okolice ciszy i głęboko oddychają po nerwowej wymianie uprzejmości, czynionej dobrze nam znaną metodą call & responce.