Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raymond Strid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Raymond Strid. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 października 2025

Jesienne koncerty cyklu Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Jesienna edycja cyklu koncertów muzyki improwizowanej, organizowanego w Poznaniu pod szyldem Spontaneous Live Series, zapowiada się wyjątkowo smakowicie – cztery koncerty, a na nich legendy gatunku, uznane nazwiska i garść tych, których winniśmy koniecznie poznać. Dwie daty październikowe, dwie listopadowe – bukujmy swój czas bez zbędnej zwłoki!

Jeszcze nie wybrzmiały echa kolejnej epokowej edycji Spontaneous Music Festival, a poznański Dragon Social Club i Trybuna Muzyki Spontanicznej zapraszają na pierwszy jesienny koncert cyklu Spontaneous Live Series, który wyśmienicie wpisuje się w fundamentalną ideę tego przedsięwzięcia i wszelkiego, co spontaniczne w tej części świata.

Do Poznania przyjeżdżają muzycy zagraniczni i na scenie Małego Domu Kultury zwierają szyki z muzykiem polskim w składzie definitywnie skleconym „ad hoc”.

  


Dwójka przedstawicieli naszego ulubionego Iberian Penincula – pianistka Clara Lai i perkusista Vasco Furtado tworzą stale współpracujący duet, do którego dołączy poznański gitarzysta Paweł Doskocz. Zapowiada się jakże swobodna improwizacja, której tropy gatunkowe zdają się być nieodgadnione.

Stali bywalcy cyklu świetnie pamiętają, iż  Doskocz i Furtado grali już razem w Dragonie, ponad sześć lat temu, co świetnie słychać na pewnym spontanicznym albumie (link w dalszej części na tekstu).

Cytując artystów z południowo-zachodniego skraju Europu: Hiszpańska pianistka Clara Lai i portugalski perkusista Vasco Furtado nawiązali współpracę muzyczną mieszkając w Lizbonie. Pomysł na występy jako duet zrodził się po otrzymaniu zaproszenia do udziału w serii koncertów w Katalonii w 2023 roku. Zachwyceni tym artystycznym połączeniem postanowili kontynuować współpracę. Ich występy, to porywający dialog między dwojgiem improwizatorów, nieustannie poszukujących sposobów na zaskoczenie samych siebie, na nawiązanie autentycznej i bezstronnej interakcji. To przywiązanie do autentyczności i spontaniczności stanowi fundament ich muzycznego partnerstwa.

 

Spontaneous Live Series Vol. 76, 11 października 2025, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Clara Lai - fortepian

Vasco Furtado – perkusja

Paweł Doskocz – gitara elektryczna

 

https://claralai.com

https://vascofurtado.bandcamp.com

https://paweldoskocz.bandcamp.com/

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-004

 

Szalenie atrakcyjnie zapowiadają się także kolejne spontaniczne spotkania w Poznaniu. We czwartek 30 października gościć będziemy legendarny kwartet The Electrics, który od lat tworzą szwedzcy artyści Sture Ericson na saksofonach i Raymond Strid na perkusji, niemiecki trębacz Axel Dörner oraz kanadyjski kontrabasista Joe Williamson. Te nazwiska nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji. Dodajmy, iż formacja powraca na deski Dragona po sześciu latach, gdy była uczestnikiem trzeciej edycji Spontaneous Music Festival.

Koncerty listopadowe też winny podnieść temperaturę krwi fanów muzyki improwizowanej i post-jazzowej. Najpierw 6 listopada zagra ekscytujące trio - John Butcher na saksofonach, Florian Stoffner na gitarze oraz Chris Corsano na perkusji. Zjednoczone siły angielskie, szwajcarskie i amerykańskie gwarantują nam kosmiczny poziom artystyczny.

Wreszcie 14 listopada do Poznania powróci stały bywalec dragonowych koncertów, portugalski gitarzysta Marcelo Dos Reis. Tym razem zagra ze swoim autorskim triem Flora. Wspomagać go będą - na kontrabasie Miguel Falcão, a na perksuji Luís Filipe Silva

Zapraszamy na koncerty bardzo gorąco!


 

piątek, 22 marca 2024

The Scandinavian’ Round-up: Strid! Gjerstad! Fite! Westgaard! Kjorstad & Reijseger! Emmeluth! Gunnarson & Johansson!


Wygląda na to, że muzyka ze Skandynawii całkowicie zdominowała marcową zbiorówkę świeżych recenzji równie świeższych wydawnictw. W rolach głównych wystąpią dziś muzycy z Norwegii i Szwecji, a w tej najbardziej eksponowanej szwedzki perkusista i perkusjonalista, jeden z prawdziwych magów swobodnej improwizacji, Raymond Strid. Odczytamy i odsłuchamy aż trzy wydawnictwa z jego udziałem!

W zestawieniu prawdziwy kalejdoskop stylów i estetyk - od free jazzu, przez ocean swobodnej improwizacji, nagrania inspirowane kulturą celtycką, skomponowane i brawurowo wykonane przez żeński septet, po nagrania terenowe uroczo zlepione z preparowanym fortepianem. A w tak zwanym międzyczasie garść improwizowanej kameralistyki na wyjątkowo pięknie brzmiących instrumentach strunowych. Innym słowy, dla każdego coś miłego!




Frode Gjerstad & Raymond Strid OUT! Live at Café Mir, 2023 (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Blow Out Festival, Cafė Mir, Oslo, sierpień 2023: Frode Gjerstad – saksofon altowy, klarnet oraz Raymond Strid – perkusja. Dwie improwizacje, 31 minut.

Potrójną przygodę ze Stridem zaczynamy od spotkania z weteranem norweskiego free jazzu, Gjerstadem, który w ostatnich latach znacząco osłabił swoją aktywność artystyczną, zatem album cieszy nas w dwójnasób. Bez zaskoczeń i dramaturgicznych niespodzianek, spora dawka dobrze skonfigurowanego free, z wiodącą rolą drummera, który potrafi wzniecać ogień nie używając do tego zbyt wielu narzędzi.

Koncert inicjuje perkusista, który nie musi czynić wiele, by alcista poderwał się do krzykliwego lotu i dorównał mu poziomem ekspresji. Dynamika, bystre interakcje, swobodna kontemplacja scenicznego doświadczenia, to najważniejsze atrybuty pierwszej fazy koncertu. Alcista w trakcie kilkunastominutowej opowieści dwukrotne milknie, dając więcej przestrzeni na perkusyjne ekspozycje, stwarzając także okazje na leniwie rozciągnie zwiotczałych mięśni. Po krótkiej chwili wraca, zawsze z nowym pomysłem na rozwój narracji i własne frazowanie. Norweg nie eskaluje napięcia, chętnie sięga po szeroki arsenał kocich lamentów, udanie syci perkusyjny flow drobnymi dawkami ekspresji. Strid trzyma improwizację mocno w garści i udanie stymuluje akcje partnera. Druga opowieść niesie ze sobą większą porcję spokojnych, bardziej zadumanych fraz, szczególnie ze strony Gjerstada. Szwedzki drummer czyni swoje z precyzją sapera, zdobiąc niemal każdą pętlę perkusjonalnymi inkrustacjami. Dynamiczny, niemal taneczny w końcowej fazie koncert zostaje urokliwie spuentowany melodią klarnetu.



 

Niklas Fite & Raymond Strid How it is (Bandcamp’ self-released, DL 2024)

Norlings Rör, Heby, Szwecja, styczeń 2024: Niklas Fite - banjo, gitara akustyczna oraz Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery improwizacje, 30 minut.

Drugi duet Strida, to niemal przeciwległy biegun swobodnej improwizacji. Cicha, skupiona, bazująca na pojedynczych dźwiękach opowieść do użytku słuchawkowego. Subtelny, po części minimalistyczny gitarzysta, który częściej tu sięga po banjo i Strid, mistrz tego typu sytuacji dramaturgicznych. Temu akurat spotkaniu do artystycznej doskonałości brakuje może tylko nieco wyższego poziomu ekspresji w kilku momentach tego niedługiego nagrania.

How It Is, to improwizacja prawdziwe molekularna, niebywale drobiazgowa, jakby wyszła spod pióra Johna Stevensa i Spontaneous Music Ensemble. Tworzą ją plejady dźwiękowych drobiazgów, strzępy fonii, pojedyncze uderzenia w najbardziej delikatne elementy instrumentów. To opowieść wyjątkowo cicha, choć nasączona wewnętrznymi emocjami, delikatna, choć nieustannie rwana i szarpana, płynąca po obrzeżach strun i gryfu, ledwie muskająca krawędzie werbla i tomów, szeleszcząca błyskiem talerzy. Tu liczy się każdy niuans, a czasami także fakt niezagrania jakiejkolwiek frazy. W pierwszej i trzeciej improwizacji Fite korzysta z banjo. Strid ma pod ręką wszystkie perkusyjne akcesoria, ale używa je z podwójną ostrożnością, z dbałością o brzmienie każdej frazy. Improwizacja tej dwójki nie jest wcale minimalistyczna – tu potrafi dziać się naprawdę wiele, a dramaturgiczne spiętrzenia nie są wcale rzadkim zjawiskiem. Mimo to opowieść balansuje często na granicy ciszy, jest szmerem, szelestem, półdźwiękiem martwego flażoletu. W drugiej i trzeciej odsłonie nie brakuje dźwięków preparowanych, ale i one zdają się istnieć w czasoprzestrzeni narracji ledwie przez ułamki sekund. Album kończy krótka improwizacja, w której pojawia się szczypta melodii, tu jakby rozkładanej na czynniki pierwsze i drobny, post-klasyczny sznyt gitary zatopionej w leniwym mikro drummingu.



 

Hein Westgaard/ Katt Hernandez/ Raymond Strid The Knapsack, The Hat, and The Horn (Gotta Let It Out, CD 2024)

Gävle, Szwecja, czerwiec 2022: Hein Westgaard – gitara, Katt Hernandez – skrzypce oraz Raymond Strid – perkusja. Dziewięć improwizacji, 42 minuty.

Trzecia dziś płyta z udziałem Raymonda Strida przenosi nas definitywnie do świata swobodnie improwizowanej kameralistyki. Dwa akustyczne instrumenty strunowe i zestaw perkusyjny, którego akcje i interakcje posadowione zdają się być, dość niespodziewanie, bliżej estetyki pierwszego z omawianych dziś albumów.

Artyści budują tu bardzo szerokie spektrum dźwiękowe – post-klasycznie brzmiąca gitara, rzewne, melodyjne skrzypce i wszechobecna perkusja, która oplata strunowe frazy niczym gęsta pajęczyna. Pierwsza piosenka, umiarkowanie dynamiczna na starcie, na etapie rozwinięcia koi nas ciszą, minimalizmem, mikro preparacjami skrzypiec i rezonansem perkusyjnych talerzy. W kolejnym odcinku muzycy preferują grę na małe pola – trochę leniwie, odrobinę na wdechu, z dbałością o brzmieniowe subtelności. Tu etap rozwinięcia oznacza półgalop pięknie zdobiony perkusjonalnymi błyskotkami Strida. Kolejne dwie improwizacje bazują na dźwiękach preparowanych. Pierwsza skupia się na mechanice strun i perkusyjnych naciągów, druga formuje się w jękliwą post-balladę. W piątej odsłonie powraca dynamika, ale jest gustownie dawkowana. Od zadziornych, kanciastych interakcji po rzewne melodie. Na etapie finalizacji narracja ulega pewnemu zagęszczeniu, głównie za sprawą skupionego drummingu. W kolejnej części dostajemy mnóstwo filigranowych fraz, doposażonych w drobne melodie i porcję perkusyjnych niespodzianek. W podobnym klimacie powstaje siódma piosenka. Każdy z artystów porusza się tu z kocią zwinnością, a wszystko dzieje w intrygującym tempie. Ósma improwizacja zaskakuje – najpierw budują ją dźwięki preparowane, ale osadzone w pewnej rytmice, potem pojawia się melodia, wyszukana dynamika i frazy gitary wyciągnięte na wprost z filmu country & western. Album wieńczy minutowa ekspozycja osadzona na dramaturgicznym suspensie - kojącym, wielkim wydechu gitary, skrzypiec i perkusji.



 

Hans Kjorstad & Ernst Reijseger Gap of Ginn (Motvind Records, CD 2024)

Høyjord Stave Church, Norwegia, luty 2022: Hans Kjorstad – skrzypce, hardingfele, Indian harmonium oraz Ernst Reijseger – wiolonczela, shruti boxes. Dziewięć utworów, 41 minut.

Kolejny album skandynawskiej zbiorówki także bazuje na improwizacjach (z jednym wyjątkiem), ściele się wszakże urodą godną niemal klasycznie brzmiących opowieści post-barokowych. Piękna akustyka obiektu sakralnego, ciepłe, niekiedy nad wyraz kojące frazy, ale też dużo wewnętrznego niepokoju, dramaturgicznego fermentu będącego skutkiem kreatywności obu artystów. Jeden z nich jest muzykiem na tzw. dorobku, drugi legendą europejskiej muzyki improwizowanej. Efekt ich wspólnych prac jest dalece intrygujący, może jedynie zbyt wystudzony emocjonalnie w fazie końcowej.

Rezonujące, długie pociągnięcia smyczkiem kreują aurę otwarcia, w której nie brak zarówno melodyki folkowej, jak i post-barokowej. Rodzaj śpiewu przez łzy, w obliczu egzystencjalnych boleści. Zaraz potem czeka na nas kilka dźwięków z głębokiej krypty i szczypta intrygującej nerwowości. W strumieniu czystych fraz strings, które pną się ku górze, rodzi się blask niżej osadzonego, indiańskiego harmonium. W trzeciej odsłonie muzycy dostarczają garść zabrudzonych, mglistych fonii udanie wzbogacających kolorystykę ekspozycji. W części czwartej płyną w strudze post-baroku, z kolei w piątej ochoczo śpiewają na folkową modłę w niemal durowej tonacji. Tu obecność harmonium zaskakująco podkreśla aurę piosenki. Szósta improwizacja zdaje się być tą najpiękniejszą. Harmonium i smutno frazujące cello schodzą bardzo nisko na kolanach, wprost w mroczne odmęty. Puentą jest śpiew wiolonczeli, sycony półgardłowymi westchnieniami muzyka. Siódma część zdaje się pogłębiać klimat poprzedniczki, ale czyni to bardziej melodyjnie, choć harmonium skutecznie trzyma się tu ciemniejszych barw. W ósmej opowieści pizzicato wiolonczeli buduje rytmiczną bazę, skrzypce smutno zawodzą, ale cała opowieść ma całkiem taneczny wymiar. Końcowa opowieść budowana jest z drobnych, molowych fraz, syci się też pewnym dramaturgicznym zaniechaniem. To chyba tu brakuje muzykom nieco energii do życia. 



 

Signe Emmeluth Banshee (Motvind Records, LP/DL 2024)

Studio Paradiso, Oslo, maj 2023: Jennifer Torrence – perkusja, wibrafon, głos, Guro Skumsnes Moe – bas elektryczny, kontrabas, głos, Maja S. K. Ratkje – głos, elektronika, skrzypce, Heiða Karine Jóhannesdóttir Mobeck – tuba, elektronika, głos, Guoste Tamulynaite – fortepian, syntezator, głos, Anne "Efternøler" Andersson – trąbka, głos, Signe Emmeluth – saksofon altowy, elektronika, głos, kompozycje. Trzynaście utworów, 41 minut.  

Irlandzkie, starożytne inspiracje, kreatywny umysł kompozytorki i septet bystrych wykonawczyń, które równie dobrze radzą sobie z instrumentarium akustycznym, jak i elektronicznym, nie skapią nam także swoich walorów głosowych, to elementy składowe podzielonej aż na trzynaście części opowieści. Niektóre z nich trwają ledwie minutę lub dwie, inne są 5-6 minutowe, ale wszystkie świetnie budują dramaturgię i sprawiają, iż archetypiczny Banshee jest dalece udaną podróżą dźwiękową.

Album otwiera dobrze zaplanowana ekspozycja, dynamiczna na etapie rozwinięcia, podana pełnym wachlarzem instrumentalnym. Na poły taneczna, bogato instrumentalizowana, nasycona starożytnymi emocjami i jakże współczesną ekspresją. Już na tym etapie podróży poznajemy moc wokalnych eksplozji. Po serii miniatur granych w podgrupach przechodzimy do szóstej, najdłuższej opowieści. Na starcie dominuje tu elektronika, w dalszej fazie władze przejmują instrumenty akustyczne, które snują opowieść, jaka wyłania się z kameralnego suspensu. Po śladowej dawce post-jazzu pojawiają się historie numer osiem i dziewięć, także rozbudowane w wymiarze czasowym. Pierwsza nich zdaje się być repryzą utworu otwarcia, ta druga przenosi nas do świata kameralistyki i oferuje błyskotliwą sekwencję swobodnych improwizacji budowanych metodą call & responce. Utwór jedenasty kontynuuje estetykę free chamber pełną preparacji, dobrze zadanych pytań i jakże zwinnych ripost. Dwunastą opowieść kreują dysonanse brzmienia i dynamiki. Garść brudnych dźwięków, smagnięcia smyczkiem i septetowe kontrapunkty generują tu spore podkłady emocji. Album domyka melodyjny wielogłos, który niesie się po niebie wsparty delikatnym dronem smyczkowym.



 

Rosanna Gunnarson/ Karin Johansson I grunda vikar är bottnarna mjuka (Outerdisk, CD 2024)

Elementstudion, Gothenburg/ Värmdö, Szwecja, 2021/22: Rosanna Gunnarson – kompozycja, notacje graficzne, field recordings oraz Karin Johansson – fortepian preparowany. Dziesięć utworów, 46 minut.

Fortepian preparowany oblewany strumieniami nagrań terenowych, pozostających często w onirycznych, tajemniczych klimatach. Dużo smakowitych dźwięków, dobra dramaturgia, także pewien potencjał relaksacyjny, oczywiście dla tych, których cenią sobie niekonwencjonalne metody spędzania czasu wolnego. To w telegraficznym skrócie zawartość albumu o jakże intrygującym tytule W płytkich zatokach dno jest miękkie. Dziesięć opowieści podanych tu jest w jednym strumieniu dźwiękowym.

Kolejna skandynawska opowieść formuje dźwięki improwizowane fortepianu i żywe frazy otoczenia w medytującą kompozycję czasu i przestrzeni. Ta implozywna drama na każdym etapie podróży zdaje się mieć motyw przewodni. W fazie początkowej wątkiem dominującym jest lejąca się zewsząd woda i towarzyszący jej szum wiatru, tudzież odgłosy lasu dominujące nad przejawami życia miejskiego. Środkowa część albumu wydaje się być bardziej mięsista, doposażona w gęstsze, niekiedy wręcz industrialnie brzmiące frazy. Jest nerwowa, stygmatyzowana mrokiem i niedopowiedzeniami. Z kolei w końcowych częściach tej historii, niezależnie od innych wydarzeń, snuje się strumyczek fortepianowej melodii, filigranowy, podawany wprost z wychłodzonej klawiatury. Jeśli pierwsza faza albumu jest zaproszeniem do wyruszenia w drogę, a środkowa wzmaganiem się z niedogodnościami wynikającymi z pokonywania kolejnych etapów, to końcowa stanowi piękną reasumpcję, nasyconą pokaźną porcją emocji. W trakcie całego albumu frazy grane z klawiatury pozostają we względnej równowadze dramaturgicznej z akcjami inside piano, choć tych drugich w wymiarze ilościowym jest na pewno więcej. Pośród przeróżnych dźwięków każdej fazy opowieści nasze uszy sycą się pięknymi, rezonującym odgłosami płynącymi zarówno z wnętrza piana, jak i bliżej nieokreślonej rzeczywistości nieopodal. A najciekawiej jest chyba wtedy, gdy w ogóle nie potrafimy wskazać źródła danego dźwięku. 

 

 

 

wtorek, 23 stycznia 2024

Mats Gustafsson’ back to acoustic: Gush! Ensemble E! Hydros 9!


Wnikliwi Czytelnicy Trybuny zauważyli być może, iż ostatnimi czasy legenda free jazzu i muzyki improwizowanej, szwedzki saksofonista Mats Gustafsson pojawia się tu jakby rzadziej. Nie wynika to bynajmniej z faktu, iż artysta wydaje mniej albumów, tudzież jest mniej aktywny koncertowo. To raczej konsekwencja tego, iż artysta od dłuższego czasu koncentruje się na graniu … głośnej i na ogół obudowanej elektroniką muzyki, która systematyczne oddala się od naszego ulubionego freely improvised music. Szanujemy każdy wybór artystyczny, jakkolwiek w tym przypadku od dawna mamy poczucie pewnej straty dla współczesnego wizerunku gatunku.

Z tym większą radością donosimy, iż Gustafsson zaprezentował jesienią ubiegłego roku aż trzy nowe albumy, które zdają się zwiastować powrót do idei akustycznego (lub prawie akustycznego) muzykowania. Co więcej, jednym z przejawów tej wspaniałej tendencji jest fonograficzne odrodzenie się jednej z najważniejszych formacji europejskiego free jazzu lat 90., czyli formacji Gush, którą Mats współtworzy z kolejnymi wybitnymi obywatelami Królestwa Szwecji – pianistą Stenem Sandellem i perkusistą Raymondem Stridem. Do gushowej reinkarnacji dodać trzeba jeszcze dwie orkiestry (Ensemble E i Hidros 9), które pod wodzą Matsa dostarczyły nam jesienią mnóstwo bardzo dobrych wrażeń muzycznych. I jakby było mało, wszystkie albumy, które dziś omówimy, zostały nagrane w Polsce!



 

Gush 30 (Not Two Records, 3CD 2023)

Alchemia, Manggha, Kraków, listopad 2018: Mats Gustafsson – reslide sax, saksofon sopranowy, tenorowy, barytonowy, flet, Sten Sandell – fortepian, głos, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz goście: Christine Abdelnour – saksofon altowy (utwory od 2-2 do 2-5), Jörgen Adolfsson – saksofon altowy (3-2, 3-6), Anders Nyqvist – trąbka (1-3 do 1-5), Philipp Wachsmann – skrzypce (2-1, 2-5), Sofia Jernberg – głos (1-2 do 1-5), Sven-Åke Johansson – recytacja (3-3, 3-4), Peter Söderberg – gitara, lutnia (3-2, 3-5). Łącznie siedemnaście improwizacji, 157 minut.

Gush świętował w Krakowie trzydzieste urodziny niemal dokładnie pięć lat temu. Fonograficzna dokumentacja wydarzenia trafia do nas dopiero teraz, ale warto było na nią bezwzględnie czekać. Trzy wieczory, trio bazowe i siódemka gości, która wchodzi w improwizowane interakcje z jubilatami w trakcie kilkunastu improwizacji. W dwóch przypadkach goście improwizują także sami ze sobą.

Dysk pierwszy przynosi sześć improwizacji – trio saute, kwartet z wokalistką, kwintet z wokalistką i trębaczem (w trzech utworach) i duet gości, pomieszczony pomiędzy pierwszą, a drugą improwizacją rzeczonego kwintetu. Początek Gustafssona, Sandella i Strida, to bukiet wyważonego post-jazzu, w pół kroku do estetyki free, ale i dwa kroki od zgrzebnej post-balladowości. Wszystko doposażone dużą porcją brzmieniowych i dramaturgicznych subtelności. Mats korzysta najpierw z tenoru, potem z sopranu, Sten pracuje głównie na klawiaturze, a Raymond sięga po jak zawsze szeroką paletę drums & percussion. Po dojściu wokalistki Jernberg improwizacja bardziej skupia się na dźwiękach preparowanych, dobrze pracuje z ciszą, a jej puentę stanowi drobna eksplozja emocji. Z kolei w kwintecie narracja do całego arsenału użytych technik rozszerzonych dodaje dużo jazzu i czystych, trębackich fraz Nyqvista. Trzy improwizacje kwintetu, to zarówno gra na małe pola, moc brzmieniowych atrakcji (z barytonem i inside piano), kontrolowana ekspresja na wydechu, jak i spora liczba jazzowych akcji w podgrupach. W części przedostatniej szczególnie podobać się może ekspresyjne duo saksofonu i perkusji. W finałowej odsłonie trzeba też odnotować pojawienie się fletu. Dysk uzupełnia niezbyt długa improwizacja wokalistki i trębacza. Sporo tu dźwięków preparowanych, ale także momentów dramaturgicznego rozdroża.

Drugi dzień urodzin, czyli dysk drugi, to pięć improwizacji - trio ze skrzypkiem, trzy krótkie akcje tria z saksofonistką, wreszcie finał wieczoru zrealizowany w kwintecie. Gush grywał onegdaj z Wachsmannem, przyjmował wtedy nazwę Gushwachs! Tu kwartet zagłębia się w subtelnościach akcji kameralnych – śpiewne skrzypce, emocjonalny flet, inside piano i perkusyjne zdobienia. W fazie środkowej muzycy sięgają niemal po estetykę folkową, na koniec zaś raczą nas sporą dawką ekspresji. Improwizacje z Abdelnour, to ocean saksofonowych, niekiedy minimalistycznych preparacji wsparty prawie niedostrzegalnym akompaniamentem pianisty i perkusisty. To bez wątpienia crème de la crème całych urodzin, ze szczególnym uwzględnieniem klasy saksofonistki. Dysk wieńczy rozbudowana improwizacja kwintetu. Spokojny początek budowany czystymi frazami, potem dość szybka wspinaczka na szczyt, w fazie środkowej didaskalia drobiazgowych, preparowanych brzmień (z fletem, a także urokliwymi frazami altu i skrzypiec), wreszcie bardzo ekspresyjne zakończenie, niestety z prawie niesłyszalną w tumulcie free jazzu alcistką.

Dzień trzeci, finałowy, to sześć improwizacji – trio bazowe, duet gości (gitara i saksofon altowy), dwie miniatury tria z recytatorem, a na koniec dwa kwartety – najpierw z gitarą, potem z altem. Otwarcie tria zbudowane jest na kontraście – mroczny, filigranowy początek i ekspresyjna puenta, z pewnością najgłośniejszy moment urodzinowej trzydniówki. Mats zaczyna na tenorze, kończy na flecie, a ekspresyjne solo prezentuje pianista. Duet gości – gitarzysta Söderberg i alcista Adolfsson – to minimalistyczna zabawa na wdechu, trochę dronów i narracyjnych pętli, dość wszakże mało ekspresyjna ekspozycja. Z radością witamy ponownie na scenie Gush, które najpierw serwuje nam dwie krótkie opowieści z głosem. W roli narratora … perkusyjna legenda gatunku, czyli Sven-Åke Johansson! W pierwszej części gość używa języka szwedzkiego i zdaje się głosić jakiś manifest, w drugiej części opowiada ciekawą historię używając języka angielskiego. Trio świetnie mu akompaniuje, jakby zostało stworzone trzy dekady temu tylko po to, by przygrywać trupie teatralnej. Urodzinową dokumentację wieńczą kolejne dwa kwartety. Ten z gitarzystą zdaje się być lekki niczym Jezioro Łabędzie, ten drugi z alcistą sięga po melodie, a także frazy preparowane. Pierwszy nie stroni od dynamiki na etapie rozwinięcia, drugi przyobleka się w szaty farewell song, po czym dość niespodziewanie eksploduje mocą pełnokrwistego free jazzu.



 

Mats Gustafsson & Ensemble E EE Opus One (Trost Records, CD 2023)

Festiwal Kody, Lublin, maj 2022 (koncert) oraz Polskie Radio, Warszawa, wrzesień 2022 (dogrywki): Helga Myhr – skrzypce, Sylwia Świątkowska – biłgorajska suka, Susana Santos Silva – trąbka, Maniucha Bikont – głos, tuba, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Arne Forsén – fortepian preparowany, klawikord, instrumenty perkusyjne, Mats Gustafsson – saksofon barytonowy, flet, spilåpipa, dyrygentura. Jeden utwór, 48 minut.

Opus One, to z jednej strony efekt fascynacji muzyką folkową Gustafssona i jego rozbudowana kompozycja - mozaika motywów i akcji w podgrupach, którą artyści starają się łączyć w strumień zwartej opowieści, z drugiej niebanalny zamysł pozwalający zebrać intrygujący, międzynarodowy aparat wykonawczy. Połączenie brzmień typowo folkowych i preparowanych fraz dętych, tudzież pianistycznych wypada doprawdy intrygująco, a wiele epizodów trzeba uznać za definitywnie wartościowe. Udanie skonstruowane elementy składowe nie zawsze budują tu jednak linearną opowieść, innymi słowy bywa, że brakuje efektu synergii, a dramaturgia czterdziestu ośmiu minut koncertu napotyka na drobne mielizny.

Początek koncertu jest dalece kameralny, budowany minimalistycznymi akcjami, pełnymi rozwagi i determinacji nieczynienia zbyt pochopnych ruchów. Powolna opowieść jest kontrapunktowana zarówno dętymi frazami free impro, jak i folkowymi plamami melodii. Na tym etapie podobać się może szczególnie śpiew płynący na bazie strunowych ekspozycji. Kolejne wejście dętych i piana przypomina już małą burzę z piorunami. Po jej dość sprawnym ugaszeniu (okolice 12 minuty) kilka samotnych chwil mają onirycznie brzmiące organy. Następne fazy koncertu zdobią akcje piana i perkusjonalii oraz ponownie folk płynący ze strun. W okolicach 25 minuty muzykuje już chyba cały septet, ale aura pozostaje folkowa. Narracja kołysze się od incydentalnych, ale akustycznie dosadnych akcji free impro do folkowych epizodów z dobrze zarysowaną linią narracji. Swoje dokłada tu tuba, która stara się łączyć estetycznie obie frakcje ansamblu. Po 35 minucie dostajemy wyjątkowo urokliwy passus wokalny, dla którego kameralny akompaniament kreuje kilku strumieni dźwiękowych. Po zejściu w ciszę opowieść startuje od nowa. Dużo w niej teraz nerwowych, rwanych fraz, generowanych przez obie frakcje (szczególne brawa dla strunowców!). Narracja zdaje się być jednocześnie taneczna i smutna, delikatnie oniryczna. To drugie zapewnia choćby duet organów i piana doposażony kilkoma głębszymi oddechami fletu. Samo zakończenie koncertu trwa kilka minut i wydaje się być odrobinę niedopracowane – z jednej strony folkowa zgrzebność, z drugiej post-jazzowy background i porcja fraz preparowanych. Ostatnia prosta zostaje pozostawiona samotnie wybrzmiewającej, biłgorajskiej suce.



Mats Gustafsson Hidros 9 Mirrors (Trost Records, CD 2023)

Avant Art Festival, Warszawa, 2022 - Soliści: Anders Nyqvist - trąbki (slide, piccolo), Colin Stetson – amplifikowany saksofon basowy, Hedvig Mollestad – gitara, Per-Åke Holmlander – tuba, Jerome Noetinger - tape machine, Dieb13 – gramofony; NyMusikk Trondheim: Eira Bjørnstad Foss – skrzypce, Matilda Rolfsson – bęben basowy, Lars Ove Fossheim – gitara, Michael F. Duch – bas, Øyvind Engen – wiolonczela, Kyrre Laastad – perkusja i elektronika, Nicolas Leirtrø – bas, Daniel Formo – organy, fortepian preparowany, Ida Løvli Hidle – akordeon; Avant Art Ensemble: Teoniki Rożynek – skrzypce, Dominika Korzeniecka – bęben basowy, Szymon Wójcik – gitara, elektronika, Rafał Różalski – bas, Magdalena Bojanowicz – wiolonczela, Qba Janicki – perkusja i elektronika, Paweł Romańczuk – bas, Barbara Drażkov – organy, fortepian preparowany, Zbigniew Chojnacki – akordeon; Mats Gustafsson – dyrygentura, kompozycja na dwa identyczne, 9-osobowe zespoły kameralne, czterech solistów, tape machine oraz gramofony. Dziewięć części, 77 minut.

Druga z prezentowanych dziś orkiestr, to zdecydowanie bardziej epickie przedsięwzięcie – dwa niemal bliźniacze instrumentalnie nonety (jeden norweski, drugi polski), czterech improwizujących solistów, dwóch elektroakustycznych instalatorów na taśmach i gramofonach, wreszcie dyrygujący, tym razem pozbawiony instrumentu Gustafsson. Dźwięki koncertu wypełniają prawie całą nominalną pojemność dysku kompaktowego i dzielą się na dziewięć opowieści – od Intro po Outro, poprzez odpowiednio: Lustra, Cienie, Echo, Refleksje i ponownie, ale w lustrzanym odbiciu: Echo, Cienie i Lustra. Znów mnóstwo wrażeń fonicznych i dramaturgicznych, znów podobna uwaga, jak przypadku Ensemble E – ekscytujące niekiedy epizody, na ogół w podgrupach (często nawet w duetach!), nie zawsze łączą się w zwartą, równie intrygującą całość.

Opowieść, zgodnie z tym, co powyżej, można porównać do piramidy. Od otwarcia, poprzez wystudzone, w pełni kontrolowane epizody w podgrupach (bardziej akustyczne Mirrors i Shadows, bardziej elektroakustyczne Echoes), po szczytowe w tym wypadku Reflections, gdzie akcji i emocji jest najwięcej, aż po drogę powrotną, stanowiącą konstruktywną repryzę drogi na szczyt, niekiedy szczęśliwie doposażoną w większą dawkę żywiołowości i improwizowanych mini eskalacji. Bardzo bogate instrumentarium, gigantyczny, 25-osobowy skład generuje w trakcie koncertu mnóstwo dźwięków i sytuacji scenicznych, ale pomiędzy zadanymi tematami pojawia się dużo chwil ciszy, momentów zaniechania i nadmiernej kontroli narracyjnej. Fragmenty nagrania, gdy wykorzystywany jest cały aparat wykonawczy można policzyć na palcach jednej ręki. Tak rzecz się ma w kulminacyjnym, piątym epizodzie, który, tu bez zaskoczenia, jest najciekawszym fragmentem koncertu. Budowanym skrupulatnie, płynącym szerokim spektrum dźwiękowym, uformowanym na pewnym etapie w jakże ekscytujące crescendo. Dużo ciekawych, elektroakustycznych zdarzeń przynoszą obie części Echa, dostarczające wielu brzmieniowych niespodzianek. Na drugim biegunie atrakcji śmiało można usytuować obie części Mirrors, długie, łącznie trwające ponad dwa kwadranse, nadmiernie doposażone w momenty dramaturgicznego zastoju. Nie sposób zatem uniknąć konstatacji, iż orkiestra płynie zbyt często na zaciągniętym ręcznym i szkoda, iż precyzyjne ramy multi-kompozycji nie zostały w procesie wykonawczym nieco poluzowane, a muzycy puszczeni, w skończonej liczbie przypadków, na improwizacyjny żywioł.



piątek, 13 października 2023

Halster in Virtuous Mondays!


Halster, to szwedzkie trio gitar elektrycznych, mało zapewne znane poza skandynawskimi opłotkami, ale godne uwagi całego świata i niejednej galaktyki. Panowie Anders Lindsjö, Adam Persson i Mattias Nihlén w drugiej połowie ubiegłej dekady obchodzili skromny jubileusz, dzięki czemu, pod sztandarami świetnie nam znanego, lokalnego labelu Konvoj Records, doczekali się urodzinowego, pięciopłytowego boxu.

Nagrania zarejestrowano na dzikich, improwizowanych sesjach, jakie odbywały się każdorazowo w poniedziałki w Malmö. Na każdą z tych sesji szwedzcy gitarzyści (czasami używający także innych instrumentów) zapraszali równie znamienitych szwedzkich (tudzież norweskich) improwizatorów. Wyszła z tego całego ambarasu smakowita mieszanka różnokolorowych, improwizowanych emocji. Przy okazji rzeczony box, to doskonała prezentacja szwedzkiej sceny improwizowanej, po części oczywiście dobrze światu znanej, po części jednak niekiedy zbyt anonimowej.

Prześledźmy poniedziałkowe wydarzenia, jakie uwieczniono na pięciu zgrabnych, kompaktowych dyskach.



 

Disc One

Na pierwszym dysku do tria Halster w standardowym instrumentarium gitarowym dołącza puzonista Ola Rubin (trzy pierwsze improwizacje) oraz gitarzysta Henrik Olsson i perkusista Håkon Berre (dwie kolejne części).

Kwartetowa narracja w trzech odsłonach toczy się na ogół w dość spokojnym tempie i stawia raczej na minimalistyczne środki wyrazu, co nie oznacza, że incydentalnie nie potrafi gęstnieć i kąsać intensywnością. Aura jest tu delikatnie post-rockowa, a pikanterii całości dodaje systematycznie fermentujący puzon, który potrafi brzmieć niczym czwarta gitara, nie stroni także od drobnych preparacji. Gitarzyści zdają się czerpać inspiracje z wielu źródeł. Niekiedy ich na poły filigranowe frazowanie przypomina King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. W drugiej części muzycy kreują niekończące się plejady short-cuts. Kłęby dymu i drobne spiętrzenia umilają podróż w dźwiękowe nieznane. Gitarowe subtelności czasami zdobią narrację jazzowym posmakiem. Z kolei trzecia improwizacja tonie w mroku. Puzon brzmi tu dość siarczyście, gitary rysują delikatnie psychodeliczne zawijasy.

Dwie improwizacje kwintetowe chętnie uciekają w subtelności mniej lub bardziej wyciszanych preparacji, czasami wręcz lewitują. Cztery gitary stawiają na rozmyte brzmienie i budowanie klimatu, płyną niczym mgławice. Tym, który scala to wszystko w całkiem linearną narrację jest perkusjonalista. Najpierw toniemy w swobodnych, free rockowych ekspozycjach, potem, gdy opowieść zagęszcza szyk, bywa, że improwizacja staje się post-rockowa, niekiedy post-psychodeliczna, incydentalnie nawet hałaśliwa, zdobiona drobnymi, jazzowymi naleciałościami.

Disc Two

Na tym dysku sytuacja dramaturgiczna jest o wiele bardziej skomplikowana. Pierwsza improwizacja to trio (w niej jedna gitara akustyczna) z saksofonistą Martinem Küchenem i puzonistą Ola Rubinem. Druga, to trio (w nim perkusja i syntezator zamiast gitar) uzupełnione perkusistą Martinem Holmem (jako drum machine). W trzeciej improwizacji w roli gościa ponownie puzonista Ola Rubin oraz nowy na scenie Herman Müntzing (instrumenty klawiszowe, elektronika). Czwarta część, to klasyczne trio gitarowe, a piąta, bazowy skład z dodatkiem instrumentów perkusyjnych pod jurysdykcją Raymonda Strida. Część szósta, to z kolei trio (jedna gitara akustyczna) i dwa puzony (Ola Rubin i Jacob Riis) wsparte elektroniką, zaś część ostatnia - trio (jedna gitara akustyczna) i Pär Thörn obsługujący elektronikę i obiekty. Uff.. działo się!

Pierwszą opowieść kreują wystudzone gitary i dęte preparacje. Mroczny wstęp i ekspresyjne rozwinięcie, ale także gitarowe subtelności i dźwięki z gardła. Druga część skrzy się zadziornymi frazami i bogactwem brzmienia. Garść preparacji, szczypta psychodelii, ale i filigranowe figury dramaturgiczne. W kolejnej odsłonie sporo zamętu wnosi elektronika i elektryczne klawisze. Pojawiają się dubowe echa, także sporo preparowanych fraz puzonu, wreszcie post-jazzowych zdobień. W części czwartej mamy Halstera w wersji saute z szeroką paletą gitarowych środków wyrazu - sprzężenia i melodie, post-rockowe grymasy, bluesowe skale i emocje, a na koniec drobna chmura ambientu.

Piąta improwizacja płynie kilkoma strumieniami brzmieniowych subtelności. Post-psycho-rockowa ballada kwiecąca się rezonującymi talerzami. W przedostatniej improwizacji natrafiamy na dużą porcję dźwięków syntetycznych, elektroakustycznych, a także odgłosy gitarowych pick-upów i dęte westchnienia. Równie zaskakująca brzmieniowo jest ostatnia opowieść. Sporo w niej wydarzeń, zarówno głośnych, jak i wyjątkowo cichych. Reaktywna post-ballada o wielu obliczach.

Disc Three

Tu sytuacja jest tylko pozornie prostsza. Dwie improwizacje i dwa wspólnie improwizujące tria – Halster (z jedną gitarą basową i dodatkowym syntezatorem) oraz Bomb (Ola Paulson na saksofonach, Anders Uddeskog na perkusji). Ponieważ Anders Lindsjö jest członkiem obu formacji, to by na scenie było jednak sześciu muzyków dodano jeszcze puzonistę Ola Rubina. Cały dysk nie trwa nawet 40 minut, ale jest z pewnością najgłośniejszą, najbardziej free jazzową częścią jubileuszowego boxu.

Pierwszy set introdukuje duet saksofonu i gitary basowej. Faza otwarcia, to swobodny open jazz nasączony odrobiną bluesa. Wraz z rozwojem akcji saksofon ciągnie w stronę free jazzu, gitary z kolei szukają hałasu i akcentów post-jazzowych. Swoje dokłada też puzon, który marzy o dalekich podróżach i lubi aylerowskie melodie. Wielominutowa improwizacja ma tu zarówno wyżyny, jak i drobne doliny, pięknie potrafi grzęznąć w psychodelii, ale i wznosić się do lotu z iście free jazzowym temperamentem. Zakończenie wydaje się być szczególnie intensywne, prowadzone w szybkim tempie, nie pozbawione post-rockowych emocji.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, ale i on nie szczędzi nam wrażeń. Początek wydaje się nieco medytacyjny, a pierwsza faza lotu wznoszącego odbywa się pod nieobecność saksofonu i puzonu. Tu w roli wodzireja świetnie sprawdza się syntezator. Gdy dęciaki wracają do gry, improwizacja pachnie tu zarówno free jazzem, jak i swobodnym rockiem. Syntezator nie odpuszcza i druga część seta upływa pod znakiem psycho & fussion, nawet, gdy dynamika ekspozycji nieco spada. Świetny moment następuje, gdy narracja przyjmuje formę dętego duetu. Post-jazzowe westchnienia saksofonu i puzonu nawołują tu gitary do finałowej eskalacji.

 


Disc Four

Dysk czwarty, to dużo mniej skomplikowana sytuacja. Trzy improwizacje - na pierwszej klasyczne trio gitarowe i instrumenty perkusyjne Knuta Finsruda, na dwóch kolejnych trio (bas i syntezator zamiast gitar) plus saksofonista Sture Ericson i perkusista Raymond Strid.

Pierwsza, rozbudowana improwizacja, to trzy gitary doposażone małymi porcjami prądu i matowy, podłogowy drumming w rozkołysanym, post-jazzowym tańcu. Narracja ma tu wiele twarzy, nie brakuje w niej akcentów rockowych, wręcz funkowych, są preparacje i soczyste plamy bluesa. Jeśli improwizacja stopuje, natychmiast syci się mocą post-psychodelii, gdy nabiera tempa, szczególnie aktywnym zdaje się być drummer. Przed finałowym wzniesieniem kwartet czołga się w rytmie, a potem eksploduje mocą dubu i funku.

Pierwsze nagranie kwintetowe rodzi się w mroku soczystych dronów i plejadzie short-cuts. Saksofon wzdycha, piszczy jak kot, syntezator plami, bas rysuje zygzaki. Ów minimal na wdechu buduje nadspodziewanie duże emocje. Druga opowieść jest jeszcze bardziej gęsta od fonicznych niespodzianek. Pracują gitarowe pick-upy, syntezator szeleści, a zwinny drumming wskazuje kierunek podróży. W fazie dynamicznej odnajdujemy dużo rocka i dubu, a także funkowych zdobień. Z kolei umiejętnie wytłumione zakończenie pachnie psychodelią na kilometr.

Disc Five

Na ostatnim dysku w dwóch utworach improwizuje trio (perkusja i syntezator zamiast dwóch gitar) oraz saksofonowy gość (Nana Pi Aabo Larsen). W kolejnych dwóch odsłonach mamy trio (jest gitara basowa), a w roli gości kolejnego gitarzystę Johna Lipscomba, puzonistę Ola Rubina i perkusistę Andersa Uddeskoga. Dysk trwa prawie pięć kwadransów i zdecydowanie sytuujemy go po stronie najmocniejszych punktów boxu.

Improwizacje kwartetowe bazują na sporym dysonansie dramaturgicznym. Z jednej stron plejady drobnych, preparowanych fraz, z drugiej moc i siła syntezatorowych, basowych pasaży i niemałych melodii. Znów sporo akcentów post-jazzowych i rockowych wtrętów. Dynamika narracji na typowej dla tego boxu efektownej sinusoidzie.  Świetnie w tym tyglu niespodziewanych zdarzeń odnajduje się nieznana nam saksofonistka (saksofonista?). O ile pierwsza część bywa tu bardzo ognista, o tyle druga niesie w sobie post-balladowy nerw.

Dwie ostatnie improwizacje grane są w sekstecie, zatem wrażeń i emocji mamy tu całe mnóstwo. Pierwsza z opowieści na starcie formuje się w wielobarwne, jakże efektowne crescendo. Szczególnie podobać się tu może gitarowe spiętrzenie, które pachnie metodami pracy King Crimson z wczesnych lat 70. W tym strumieniu hałasu i stygnącej lawy świetnie odnajduje się puzonista, który musi czasami czynić wiele, by wydostać się na powierzchnię narracji. Pod koniec koledzy znajdują mu nawet przestrzeń na krótką, solową ekspozycję. W prawie 30-minutowym secie nie brakuje chwil mglistych, post-ambientowych, pięknie wytłumionych, a samo zakończenie należy do gasnących, ale wyjątkowo melodyjnych gitar. Ostatnia improwizacja nie szczędzi nam gitarowych i basowych subtelności, szybko wszakże łapie bakcyla zdrowej psychodelii. Znów świetne momenty serwuje nam puzonista, który płynie na fali dronowej ekspozycji partnerów. W efektownym zakończeniu skrzy się echo gitarowych improwizacji w estetyce Sonic Youth, a także posmak … bluesa.

 

Halster Virtuous Mondays (Konvoj Records, 5CD 2020)

Halster: Anders Lindsjö – gitara elektryczna, akustyczna, basowa, perkusja, Adam Persson – gitara elektryczna, głos, Mattias Nihlén – gitara elektryczna, syntezator. Goście: Ola Rubin - puzon, Håkon Berre - perkusja, Henrik Olsson – gitara elektryczna, Martin Küchen – saksofon barytonowy, Martin Holm – drum machine, Herman Müntzing – instrumenty klawiszowe, elektronika, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jakob Riis – puzon, elektronika, Pär Thörn – elektronika, obiekty, Ola Paulson – saksofon tenorowy, altowy, Anders Uddeskog - perkusja, Knut Finsrud – instrumenty perkusyjne, Sture Ericson – saksofon altowy, Nana Pi Aabo Larsen – saksofon tenorowy, Jon Lipscomb – gitara elektryczna. Nagrane w poniedziałki: Allmogen, Malmö, 2018-2019. Dwadzieścia jeden improwizacji, czas trwania poszczególnych dysków - 51:11, 58:08, 36:22, 45:43, 73:51.

              

 

piątek, 1 lipca 2022

Sture Ericson, Pat Thomas & Raymond Strid as Bagman Live at Cafe Oto!


W londyńskim Cafe Oto lądujemy w pięknych czasach przedpandemicznych, u progu ciepłej jesieni, niemal trzy lata temu. Na małej, klubowej scenie dostrzegamy sylwetki trzech muzyków – dwóch Szwedów i jednego Brytyjczyka. Znamy się dobrze od lat, widzieliśmy się kilka razy, z niektórymi także na żywo. Każdy z nich śmiało może sobie przykleić etykietkę weterana free jazzu, a zwłaszcza swobodnej improwizacji. Sture zagra na dwóch saksofonach, ale nie jednocześnie, Raymond zajmie się drummingiem i akcesoriami bogatego zestawu percussions, a Pat zasiądzie za klawiaturą fortepianu, obok którego będzie miał umieszczone drobne urządzenie elektroniczne, wspierające go w niektórych momentach koncertu delikatnym ambientem, tudzież skromną porcją szumów. Panowie postanawiają, iż zajmą nam swoimi improwizacjami niewiele ponad trzy kwadranse.

 


Pierwsze dźwięki koncertu moszczą się jeszcze w ciszy, jaka zaległa w klubie po wielce prawdopodobnym anonsie, iż to już teraz. Echo, oddechy, mikro preparacje, drżący talerz i odgłosy pojedynczych klawiszy piana. W tle sączy się delikatna poświata ambientu. Moc skupienia w plejadzie subtelności. Po kilku minutach owej zabawy wstępnej muzycy zgrabnie dosiadają free jazzowego rumaka i z gracją ruszają na pierwszą przebieżkę. Zdecydowane, całkiem zadziorne frazy przedzielane są tu jeszcze drobnymi interwałami zadumy i refleksyjnego suspensu. Zauważmy, iż kameralny posmak dobrze robi pierwszym próbom bardziej ekspresyjnych zachowań. Oto zrównoważony, nieco rozhuśtany free jazz bez galopady, konstruowany na filigranowym, ale już dalece dynamicznym drummingu.

Druga opowieść jest nieco krótsza, od startu jej szlak rysuje agresywny step piana i saksofonowe pokrzykiwania. Mocne tempo, ale znów dyktowane delikatną, zmysłową perkusją. Ekspresja syci tu każdy dźwięk, ale narracja toczy się w dalece zdyscyplinowany sposób, z dobrze konstruowanym dramaturgicznym zamysłem. Choć zdaje się, że za sznurki najczęściej pociąga tu pianista, poziom kreatywności obu Szwedów uznać należy za bardzo wysoki. W trakcie tego odcinka przygód naszych dzielnych improwizatorów odnotujmy jeszcze incydent duetowy piano-drums, budowany przez obu artystów z dużą rozwagą.

Kolejną część rozpoczyna perkusjonalne intro. Po kilku chwilach pod ów dalece wysublimowany flow podczepia się post-ragtime’owe piano i saksofon, przy czym oba instrumenty zdają się być splątane takim samym melodycznym powrozem. Ciepły w swej początkowej fazie kind of free jazz nabiera rumieńców. Muzycy brną we free jazzową gęstwinę, wciąż wszakże mają wszystko pod kontrolą. I znów dużo subtelności serwuje nam drummer! W połowie kilkunastominutowej improwizacji narracja efektownie wyhamowuje. Pojedyncze, refleksyjne dźwięki klawiszy, trochę melodyjności i szumów kreuje tu dogodną sytuację dla solowej ekspozycji pianisty. Zwinne palce i temperatura, jaka rośnie na klawiaturze, z każdą sekundą budują jej jakość. Saksofon (tu już sopranowy) odradza się zwinnymi preparacjami, a na werblu dzieje się dużo bardzo efektownych rzeczy. Piano też preparuje, a po podłodze snują się strumienie ambientowego dymu. Finał jest mroczny, tylko pozornie spokojny.

Czwarta, ostatnia już opowieść wybucha plejadą short-cuts ze strony piana i saksofonu. Z drobiazgów rodzi się tu rytm, któremu towarzyszy wspólna inicjatywa pójścia na całość. Perkusja wchodzi na gotowe i jeszcze stymuluje dynamikę przedsięwzięcia. Piano trzyma jednak wszystko pod kontrolą i świetnie dawkuje zarówno plastry mocy, ale i pasma refleksji. Improwizacja ma tu kilka faz – najpierw tworzy ją duet saksofonu i perkusji (z ambientem w tle!), potem rozbudowana sekwencja subtelnych preparacji z każdej strony, dalej aktywna, niemal jazzowa partycja i wreszcie, na samo zakończenie, porcja mglistych, balladowych smutków. Narracja gaśnie w strumieniu tajemniczego echa.

 

Sture Ericson, Pat Thomas, Raymond Strid Bagman Live at Cafe Oto (577 Records, CD 2022). Sture Ericson – saksofon tenorowy i sopranowy, Pat Thomas – fortepian i elektronika oraz Raymond Strid – perkusja. Koncert zarejestrowany w Londynie, w klubie Cafe Oto, 22 września 2019 roku. Cztery improwizacje, 46 i pół minuty.

 

wtorek, 9 listopada 2021

Niklas Fite & Raymond Strid! Avec!


Dziś szybka teleportacja do Szwecji i spacer po otwartej przestrzeni w dobrych słuchawkach! Nie zapraszamy jednak na odsłuch odgłosów przyrody, tudzież inne, konceptualne doświadczenia field recordings, ale na pełnowymiarowy, soczysty spektakl swobodnej improwizacji na gitarę, incydentalnie banjo oraz perkusję, która na ogół przyobleka tu szaty instrumentów perkusyjnych.

W rolach głównych dwaj Szwedzi, których dzieli nie jedno, ale nawet dwa pokolenia! Z jednej strony jeden z najważniejszych swobodnie improwizujących perkusistów świata, Raymond Strid, który całkiem niedawno osiągnął wiek emertytalny, z drugiej prawdziwy, bezczelny młodziak, jeszcze przed trzydziestką, Niklas Fite - facet, którego personalia winniście koniecznie zapamiętać!

Swobodna improwizacja tych Panów odbywa się na ogół na granicy ciszy, zatem zgodnie z pierwszym zdaniem naszej opowieści, przed skupionym odsłuchem należy zaopatrzyć się w dobre słuchawki. Free impro for headphones! Welcome!

 


Od startu zjawiskowego Avec niemal do samego jego końca Szwedzi tkają opowieść z mikro dźwięków, które jedynie from time to time łączone będą w bardziej rozbudowane konstelacje, tudzież plejady odrobinę bardziej dynamicznych zdarzeń fonicznych. Na samym początku odnieść można wrażenie, iż ze strun gitary spływają ledwie opiłki dźwięków, które na wolnym powietrzu szukają zaprzyjaźnionych fonii płynących z perkusyjnego werbla. Tam, w bliżej nieokreślonych okolicznościach przyrody, Strid umieszcza przedmioty, które jakby mimowolnie wydają z siebie drobne dźwięki. Muzyk liczy krawędzie, sprawdza mocowania talerzy, oddycha wraz ze swym instrumentarium. Dramaturgia tego spektaklu opiera się delikatnej pajęczynie relacji, jakie muzycy konstruują nad wyraz skrupulatnie, malując definitywnie lekkim pędzlem. To jakby mozolna praca włókien tkackich, które plotą wielki gobelin z elementów niemal niesłyszalnych gołym uchem. W tym niemal unoszącym się w powietrzu strumieniu dźwięków, od czasu do czasu pojawiają się zajawki pewnych struktur rytmicznych, ale ponieważ artyści donikąd się nie spieszą, na ogół porzucają te pomysły, czasami niemal w półdźwięku. Dostojnie spacerują po bliżej nieokreślonej przestrzeni niczym poszukiwacze fraz, które leżą na strychu przykryte grubą warstwą kurzu. Na zakończenie pierwszej, ponad 20-minutowej improwizacji, muzycy serwują nam delikatnie preparowane frazy, zapraszając nas do wnętrza swojej muzycznej przygody.

Na starcie drugiego nagrania rezonują talerze, a mikrobiologia strun sprawia, iż nasze skupienie od pierwszej sekundy rośnie w tempie geometrycznym. Perkusjonalne akcesoria zaczynają pojękiwać, niczym wataha małych instrumentów dętych. Opowieść zdaje się być jeszcze bardziej molekularna niż poprzednio, toczy się niczym filigranowe opowieści strunowej edycji Spontaneous Music Ensemble kilka dekad temu. Być może tej parze artystów brakuje jeszcze dramaturgicznej precyzji poprzedników, pewnego nerwu kreacji, ale synergia wynikająca z ich działań zdaje się rosnąć z każdą sekundą tego niezwykłego spektaklu. Na tym etapie improwizacji są jeszcze szeroko rozlanym strumieniem fonii, które wchodzą ze sobą w bystrzejsze interakcje dość incydentalnie, ale – uprzedźmy wypadki – gdy docierać będą do mety tej opowieści, staną się już jednym, rozimprowizowanym, muzycznym ciałem. Tymczasem skupiają się na generowaniu stosunkowo czystych fraz, a jeśli decydują się na preparowanie swych instrumentów, czynią to okazjonalnie, w ramach stylowych ornamentów. Pod koniec drugiej improwizacji, ponad 10-minutowej, znów szukają pewnej dynamiki, meta rytmu i budują na jej bazie całkiem efektowne zakończenie.

W trzeciej odsłonie w miejsce gitary pojawia się banjo. Dźwięki ze strun wydają się być delikatnie modulowane, ale jakby bardziej suche. Świetnie konweniują wszakże z małym, subtelnym drummingiem kreowanym na talerzach i drobnym fragmencie werbla. Strunowiec buduje tu nieco abstrakcyjne frazy, perkusja zaś - dla kontrastu - pracuje po raz pierwszy tego dnia w trybie bardziej typowym dla tego rodzaju instrumentu. Nadyma się lekką dynamiką niczym żagle dwumasztowca na szerokiej połaci małego oceanu. Banjo bystrze podczepia się pod olinowanie i duet zaczyna płynąć intrygującym strumieniem dźwięków, które drżą i wibrują w dalece imitacyjny sposób. Ponad dwanaście minut improwizacji mija tu niczym ułamek sekundy.

Na starcie finałowej improwizacji (ledwie 6-minutowej) mamy wrażenie, iż grają dla nas dwa zestawy filigranowych perkusjonalii. Tu znów wszystko wydaje się wibrować, szukać przestrzeni i efektownie wzdychać. Muzycy, którzy już na wejściu zakładali pewien dramaturgiczny minimalizm, tutaj naprawdę cedzą już każdy dźwięk przez zaciśnięte zęby. Gdy dostrzegą metę, puszczają jednak wodze fantazji i dają się unieść ostatniemu powiewowi porannej bryzy.

 

Niklas Fite & Raymond Strid Avec (Niklas Fite’ bandcamp, DL 2021). Niklas Fite – gitara akustyczna i banjo, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w sierpniu 2020 roku. Cztery improwizacje, łączny czas - 50:49.

 

 

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Martin Küchen in three free bodies! The Croaks, The Stork & The Chimp and Tatakai!


Gdy na brytyjskiej ziemi lat temu ponad pięćdziesiąt, w twórczych bólach, rodziła się muzyka swobodnie improwizowana, pewien szwedzki chłopiec przebywał jeszcze w brzuszku swojej matki.

Dziś, gdy słuchamy go, jako w pełni ukształtowanego artystycznie muzyka, nad wyraz dorosłego przedstawiciela wieku średniego europejskiego jazzu i muzyki improwizowanej, mamy jednak wrażenie, że pomiędzy deskami pewnego londyńskiego Małego Teatru, a szwedzkim, kobiecym ciałem nawiązana została pewna komunikacja.

Saksofonista Martin Küchen, bo o nim mowa, wiedzie swój muzyczny szlak bardzo różnymi, czasami krętymi drogami. Komponuje i gra jazz w mniejszych lub większych składach, od lat także bardzo dziarsko porusza się po obszarze freely improvised music, czyniąc to z gracją mistrza i pewnym sznytem estetycznym, który w naszej redakcji nie może nie kojarzyć się z pionierami gatunku – Trevorem Wattsem i Johnem Stevensem, nade wszystko zaś z ideą Spontaneous Music Ensemble.

Dziś przed nami trzy dowody rzeczowe, iż owa telepatyczna korelacja sprzed pół wieku naprawdę musiała mieć miejsce. Najpierw zupełna świeżynka, trio The Croaks z udziałem mistrza gatunku Rogera Turnera, potem dwie nieco starsze produkcje, obie z istotną partycypacją jednego z naszych ulubionych skandynawskich gitarzystów i basistów – Andersa Lindsjö. Odpływamy zatem w bezmiar muzyki bardzo swobodnie improwizowanej!




The Croaks  One Of The Best Bears!  (Fundacja Słuchaj! ‎, CD 2020)

Na spektakl Żabiego Rechotu zapraszamy do miejsca zwanego BAS, Bandhagen, położonego w stolicy królestwa Szwecji. W połowie kwietnia 2018 roku spotykamy tam trzech niezwykłych artystów: Rogera Turnera (perkusja, talerze, metalowe i plastikowe), Martina Klappera (obiekty amplifikowane, zabawki, mała elektronika) oraz Martina Küchena (sopranino, saksofon sopranowy, werbel perkusyjny, rezonator, metalowe obiekty). Panowie pod nazwą własną The Croaks proponują nam barwną, siedmioczęściową opowieść (tytuły są fragmentami literackimi), która trwa 38 minut i 3 sekundy.

Muzycy zapraszają nas do małego zakładu rzemieślniczego. Obróbka skrawaniem, zabawa małymi przedmiotami - wszyscy wydają z nich dźwięki, uderzają w nie innymi przedmiotami, stukają, szlifują i polerują. Dużo dzieje się na werblach, małej powierzchni płaskiej, na której produkuje się dźwięki. Wszystkiemu towarzyszy pogłos dętych oddechów, które z racji bliskości glazury jednego z werbli, zaczynają pracować jak urządzenie prądotwórcze – drżeć, rezonować, trzeszczeć i skrzeczeć. Na wejściu w ów niebywały performance odbiorca wydaje się być nieco zagubiony, zwłaszcza, co do miejsc powstawania dźwięków. Po paru chwilach udaje się jednak ustalić bez pudła rozmieszczenie muzyków na scenie: na lewej flance akustyczny drumming & percussion Turnera, na prawej flance elektroakustyka Klappera, też niezwykle perkusjonalna, po środku zaś dęciak Küchena i jego armia post-perkusyjnych przedmiotów. Muzycy od startu budują gęstą narrację (choć pełną niuansów i drobiazgów akustycznych), w której nie ma miejsca na ciszę i puste przebiegi. Jakby żywy, rozbujany field recordings. Opowieść w sensie dynamicznym zdaje się nakręcać Turner, pomaga mu Küchen, który dmie i rży jak kucyk na wybiegu, ale równie ekspresyjnym elementem tej układanki jest mała elektronika Klappera, która potrafi być głośna, ale nigdy nie wychodzi przed szereg. Wszystko ma tu dalece demokratyczny wymiar, jeśli chodzi o dostęp do przestrzeni scenicznej i kreację na skali potencjometrów. Prawdziwie oświecony kolektywizm realny!

Druga improwizacja wydaje się być nieco wolniejsza, chwilami spokojniejsza. Muzycy z mgławicy fonii wyłaniają coraz więcej szczegółów. Saksofonista momentami zdaje się bardziej preparować dźwięk, niż czyni to jego partner z amplifikowanymi zabawkami. Przez ułamek sekundy brzmi nawet, jak akustyczna gitara basowa. Muzycy słyszą się wzajemnie w sposób wręcz niewyobrażalny – tu nic nikomu nie umyka, żadna akcja nie pozostaje bez odpowiedniej reakcji. Każdy z artystów ma swoje tempo i intensywność gry, każdy szuka nowego pomysłu na dekonstrukcję dźwięków. Każdy wydaje się być inną inkarnacją całkowicie naturalnej perkusjonalności. Trzecią opowieść otwierają zagubione fale radiowe. Rezonują małe przedmioty, a narracja krok po kroku staje się coraz bardziej rozdrobniona, molekularna. Zza kotary wyłania się postać Johna Stevensa – jakże jest dumny z młodszych kolegów! Szczególnie na obu flankach narracji dzieją się prawdziwe cuda – obaj muzycy i ich przedmioty wchodzą w niebywałą elektroakustyczną imitację (w wielu momentach stając się jednym organizmem), wspólnie budują rytm, a potem bezlitośnie go maltretują. Czwarta historia stara się nieco porządkować sytuację dramaturgiczną – drumming Turnera, śpiewne, małe frazy z oddali Küchena, wreszcie percussion Klappera z uroczą poświatą niemal nieistniejącej w tej chwili syntetyki. Ten ostatni jest zwinny niczym kot. Raz klei się do perkusisty, innym razem do saksofonisty. Same fajerwerki!

Piąta partia, muzycy łapią oddech – szczoteczki na werblu, nano melodia w tubie, prychająca post-elektronika. Wszyscy są jednym strumieniem fonii i wyjątkowo im z tym dobrze. Szósta opowieść, to początkowo garść spokoju, wyczekiwania, poszukiwania kolejnych drobiazgów brzmieniowych, mikro fraz, kropli potu. Narracja mimo tego zagęszcza się. Przez moment wydać by się mogło, iż ciągle słyszymy podobne rozwiązania, ale jednocześnie w każdej sekundzie odkrywamy archipelag dodatkowych, elektroakustycznych wspaniałości. Klapper ląduje w kajecie recenzenta z adekwatnym komentarzem: the best ampli-toys player of the world! Klasa Turnera nie wymaga komentarza, to jakby tysięczny dowód rzeczowy w sprawie. Küchen chwilami chowa się za pajęczyną interakcji na flankach, ale za to fantastycznie zdaje się czuwać nad dramaturgią całości. Finał przedostatniej części eksploduje niebywałymi wydarzeniami – lewa flanka rezonuje, drży i piłuje, środek rozbawiony do łez, śpiewa i tańczy, prawa flanka wchodzi na kolejny szczyt – post-percussion in electronics & industrial! Docieramy do siódmej części płyty, która w sumie - jako całość - mogłaby być nieprzerwanym potokiem dźwięków, pod pierwszej do ostatniej minuty. Muzycy znów odnajdują dla nas bukiet drobiazgów, strzępów dźwiękowych, podmuchów schłodzonego powietrza. Na zakończenie spektaklu wszyscy zaczynają się imitować! Wszystkie dźwięki stają się jedną perkusjonalną orkiestrą – lewa akustyczna, środkowa dęta, prawa post-elektroniczna. Cudowny warsztat szlifierski zdaje się pracować całodobowo. Na ostatniej prostej jakby dodatkowy zastrzyk energii – saksofon dmie niczym kwoka, a wszystkie perkusje świata płoną już w ogniu! What a game!




Martin Küchen &  Anders Lindsjö  The Stork & The Chimp  (Konvoj Records, CD 2018)

W roli tytułowego Bociana nasz dzisiejszy bohater, tradycyjnie wyposażony w saksofon sopranowy i sopranino, tudzież podręczny werbel, w roli Szympansa - Anders Lindsjö na gitarze akustycznie i semi-akustycznej (zapewne delikatnie amplifikowanej). Muzycy spotkali się na początku stycznia 2017 roku w szwedzkim Malmö i miejscu zwanym Allmogen. Zagrali sześć swobodnych improwizacji, które trwają 41 i pół minuty.

Na starcie swojej opowieści muzycy sprawiają wrażenie, jakby poprzedni wieczór był dla nich wyjątkowo długi i przeładowany wydarzeniami. Anders liczy wyjątkowo suche struny gitary, nie jest pewien, ile ich ostatecznie posiada na gryfie. Martin piłuje półdrony, szuka niedopitej butelki z kompletnie odgazowaną mineralką. Tuba jego saksofonu jest chyba jeszcze wczorajsza. Zawodzi lirycznie i śpiewa smutne piosenki o ciemiężonych, a może o ciemiężycielach. Muzycy skrzętnie zbierają jednak nadwątlone siły i zaczynają budować narrację. Anders zdaje się szukać inspiracji u Dereka Baileya, Martin skrzeczy wprost w glazurę werbla, brzmi niczym kościste połączenie młodego Trevora Wattsa z równie młodym Evanem Parkerem. Jego sopranino zdaje się sięgać nieba, nawet, gdy tuba zablokowana jest elementem zestawu perkusyjnego, ustawionym dokładnie w tym miejscu sceny, by powietrze wydychane przez instrument napotykało na płaską, niedającą się pokonać powierzchnię. Na finał pierwszego odcinka rozochoceni muzycy serwują nam salwy ekspresji! Tak, jednak żyjemy!

Znów struna po strunie, Anders szuka kreacji i zaczyna próbować tańczyć na gryfie. Tuba saksofonu podśpiewuje, werbel drży tuż obok. Muzycy stymulują się wzajemnie, ślą dźwięki jedno przy drugim, by po chwili być już niemal jednym ciałem. Zrośnięci pępowiną wspólnych doświadczeń kroczą drogą coraz piękniejszej improwizacji. Nie stronią od hałasu, lubią też ciszę, nade wszystko cenią sobie dbałość o szczegóły wykonania niemal każdego dźwięku. Trzecia opowieść jakby pogłębia ów stan drobiazgowości w obyciu artystów. Saksofon nie tylko skrzeczy, ale i wymownie szumi. Gdy styka się z werblem, raz za razem generuje akcenty perkusjonalne. Gitara wciąż nie potrafi zapanować nad suchością w gardle. Gdy dynamika rośnie, znów mamy wrażenie, jakby poirytowany Bailey strofował nadmiernie rozgrzanego Parkera.

Czwarta część dostarcza gitarze odrobinę wzmocnienia (nareszcie!). Dźwięk płynie z drobinkami prądu, modulującymi tembr opowieści. Podmuchy z tuby jakby nabierały szczypty refleksji. Muzycy kołyszą się na wietrze, czują ulgę od stóp po czubek głowy. Martin zdaje się multiplikować dźwięki, jakie wydaje, być może to znów sprawka niesfornego werbla. Anders płynie z nurtem rzeki, podryguje rytmicznie, Martin powtarza frazę. Na początku piątej historii muzyków znów zdaje się dopadać suchość w gardle – świszczące dysze, mdłe struny z małym prądem. Taka bluesowa kołysanka dla prawdziwych łobuzów! Dużo niuansów dramaturgicznych i męskich zapachów. Martin śpiewa porannego bluesa jak pijana Nina Simone, Anders liczy struny, niczym puste kieliszki. Szósta historia wybudza nas z letargu. Dźwięki percussion zdają się docierać do nas z kilku miejsc. Pojedyncze struny, uderzenia w pudło rezonansowe, pokrzykiwania z tuby i gardła, drżący na powrót werbel. Martin znów generuje kilka pasm fonii, mały człowiek-orkiestra! Obaj muzycy nabierają tempa, pot błyszczy na ich czołach. Anders szuka rytmu w post-rockowych skojarzeniach, Martin zostawia mokre plamy na podłodze, dewastuje swój instrument, z którego dysze zdają się odpadać jedna po drugiej. Muzyk i wszystko wokół niego drży i … śpiewa. Anders repetuje post-bluesowymi riffami. Muzycy wpadają w finałowy trans. Już wiedzą, że dziś także czeka ich długi wieczór!




Tatakai Trio  Happī  (Relative Pitch Records, CD 2018)

Martin Küchen i Anders Lindsjö zostają z nami! Na osi czasu cofamy się niemal dokładnie o rok. Szwedzkie miejsce zdarzenia opisano następującymi słowami: Nordlings Rör, Heby, Uppland. Saksofoniście (sopran, sopranino, werbel) i gitarzyście (tym razem wiosło definitywnie z prądem!) towarzyszy Raymond Strid na perkusji (oj, będzie dobrze!). Trio z japońskiego zwie się Walka, zatem emocje mamy gwarantowane! Osiem improwizacji, 39 minut i 13 sekund.

Już pierwszy kęs gitary smakuje jazzem i bluesem, wspomagają ją skrupulatny, matematycznie precyzyjny drumming, a w tle śpiewny, niepokojący, wysoko zestrojony saksofon. Muzycy płyną szeroki korytem, w zwartym szyku i wyśmienitej komitywie. Pierwszą kipiel free jazzu osiągają tuż przed końcem niedługiej pieśni otwarcia. Drugą opowieść plotą nieco spokojniej – sopranino pląsa po mokrej łące, delikatna gitara rysuje linię basu, a perkusja koncentruje uwagę na talerzach i dzwonkach. Ów pozorny ład i porządek nie przeszkadza muzykom budować narracji gęstej, czerstwej i niepozostawiającej swobody nawet na drobny ochłap ciszy. Saksofon skrzeczy, gitara pachnie blues-rockiem, dynamika perkusji rośnie. Trzecia część na wejściu toczy się niezwykle leniwie, a ceremonia lizania ran idzie w najlepsze - post-jazzowe frazy gitary i saksofonu, perkusjonalna zaduma czyniona za pomocą szczoteczek. Niezobowiązująca gra wstępna trwa ledwie minutę z okładem. Sygnał do ataku daje charkot sopranu, który zapewne korzysta z płaskiego werbla, by wzmacniać efekt brudu na obrzeżach tuby. Rodzi się z tego nieco abstrakcyjny taniec-połamaniec, z gitarą, która szuka obecności Dereka Baileya. Złe duchy odpędza skrzeczący dęciak.

Wejście w czwartą improwizację, znów na spokojnie. Matowe śpiewy o poranku, proste akordy gitary, znów pewna dostojność i nieśpieszność bluesa. Zwolennicy rosnących emocji znów wszakże mogą liczyć na szorstkie, zadziorne, powykręcane i kościste frazy saksofonu. Wytłumienie przychodzi w dobrym momencie, dając sygnał do powrotu estetyki pijanego bluesa. Piątą część zaczyna uderzenie rockowej gitary, ale to ledwie wstęp do … zadumanej ballady, której sercem zdaje się być fantastyczna robota perkusjonalna Strida, pełna emocjonalnych subtelności i szczegółowości. Muzyka rozbłyska barwami niczym dziecięcy kalejdoskop.

Szósta pieśń jest zwarta, skondensowana w treści – prostymi środkami, bez pośpiechu, chociaż pikantnie, z post-bluesową gitarą, rockowym drummingiem i mantrą rozśpiewanego saksofonu. W kolejnej części improwizacja powraca do niuansów, dramaturgicznych szczegółów, drobnych akcji i precyzyjnych reakcji. Werble i tomy drżą, saksofon gdacze po swojemu, pokrzykuje, awanturuje się. Gitara na boku kombinuje i szuka zagubionej na moment poświaty rocka. Tempo i gęstość dźwięków na krzywej wznoszącej, tuż przed ścianą jurnego hałasu. Ósma, ostatnia historia, znów gęsta, ale drobiazgowa. Muzycy niczym wypasione pająki, budują sieć dźwięków i filigranowych pomiędzy nimi połączeń. Gitara ma zapędy taneczne, sopran swawolne, a jazzowa perkusja szuka dynamiki odpowiedniej dla zakończenia opowieści. Finał płyty jest przeto niezwykle efektowny, czyniony w dobrym tempie i równie udanie wytłumiony, w takim momencie, by muzykom nie zabrakło pomysłów na podsumowujące, spokojne, luźne frazy. Saksofon ostatni raz całuje się z werblem, dzwonki dźwięcznie szeleszczą, gitara składa ostatni hołd Baileyowi. Why not!


wtorek, 8 października 2019

New Wave Of Impromptu - 3.Spontaneous Music Festival! The Report From The Place Of The Incident!



Trzecia edycja Spontaneous Music Festival, w tym roku po nazwą własną „New Wave Of Impromptu”, właśnie przeszła do historii. Czas na drobne podsumowanie, garść refleksji i wrażeń ogólnych.

Cztery dni, siedemnastu muzyków i … jedna Orkiestra, dwanaście koncertów, zdecydowana większość w festiwalowej bazie, czyli Dragon Social Club, dwa także w miejscu zwanym Pawilon, a jeden w Studiu Aktorskim STA. Poznań od czwartku do niedzieli zdawał się tętnić improwizowanym, jakże spontanicznym życiem.

Rola mistrza ceremonii otwarcia Spontaneous Music Festival przypadła w udziale pianiście Witoldowi Oleszakowi. Muzyk, nim jednak rozpoczął swój koncert, pociął przyniesioną na tę okazję partyturę na wąskie paski i przykleił je w miejscu, w którym na ogół kładzie się nutowe podpowiedzi, przez co konceptualnie nawiązał do formuły plakatu festiwalowego. Po czym zagrał niebywały koncert, po raz kolejny udowadniając, iż miano najbardziej niedocenionego pianisty improwizującego tej części świata jest jego udziałem już stanowczo zbyt długo. Czas na zmianę optyki! Oleszak przekornie zaczął swój spektakl niemal klasycyzująco, barwnie tańcząc na klawiaturze, po czym coraz silniej oddalał się od tego idiomu. Proces coraz swobodniejszej improwizacji osiągnął w końcu stadium preparacji. Witold zanurzył się w pudle rezonansowym fortepianu, by po kolejnym interwale, podłączyć pod swój instrument delay gitarowy. Efekt – ambientowe, niemal dubowe brzmienia. Król Midas w całej okazałości!

Kolejnym punktem programu był występ kwartetu The Electrics, w ramach którego … po raz pierwszy w Poznaniu zagrał doskonały berliński trębacz Axel Dörner. Towarzyszyli mu Sture Ericson na saksofonie tenorowym, Joe Williamson na kontrabasie i  Raymond Strid na perkusji. Kwartet na wydanych dotychczas płytach prezentuje się na ogół w bardzo otwartej formule free jazzu, tu na festiwalowym parkiecie, przesunął akcenty w kierunku bardziej swobodnej improwizacji i dźwiękowych preparacji, czym jeszcze lepiej wpisał się w spontaniczną formułę imprezy. Najlepsze fragmenty koncertu miały miejsce, gdy muzycy grali cicho i w niebywałym skupieniu. Klasa trębacza eksplodowała wówczas w dwójnasób.



Finał pierwszego dnia był jednocześnie otwarciem trzydniowej, festiwalowej rezydencji belgijskiego gitarzysty Dirka Serriesa. Kodian Trio (także Colin Webster na saksofonie altowym i Andrew Lisle na perkusji) stworzyło niebywale energetyczny, free jazzowy spektakl. Świetna komunikacja, kompulsywne improwizacje, a także kilka chwil na stonowane frazy, zanurzonej w post-ambiencie, gitary elektrycznej. Festiwalowy czwartek nie mógł zakończyć się lepiej!

Piątek był dość nietypowym dniem imprezy. Najpierw Ad Hoc Quartet, czyli personalna konfiguracja muzyków, którzy grali ze sobą w takim układzie po raz pierwszy, potem przenosiny do nieco większej przestrzeni Pawilonu na dwa spektakularne występy solowe i wreszcie powrót do Dragona na urodzinowe Jam Session Dirka Serriesa.




Zacznijmy zatem od pierwszego koncertu drugiego dnia. Do młodych, gniewnych Brytyjczyków, których świetnie znamy z poprzedniej edycji Festiwalu – Colina Webstera i Andrew Lisle’a – dołączyła dwójka stałych festiwalowych rezydentów, czyli Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej i Witold Oleszak na … organach Hammonda. Tak stworzony Ad Hoc Quartet zagrał kipiącą emocjami, gęstą i błyskotliwie energetyczną improwizację, w której pobrzmiewały echa avant jazz-rocka w najlepszym wydaniu. Muzycy szybko znaleźli wspólny język, czego dowodem świetny, kolektywny finał pierwszego seta, poczyniony „na raz”.

W Pawilonie zaś, w pięknej, onirycznej poświacie wysłuchaliśmy dwóch intrygujących występów solowych. Najpierw altowiolista Benedict Taylor z Londynu zagrał iście wirtuozerską improwizację, pełną dramaturgii, ale także konceptualnej ciszy i konstruktywnego zaniechania. Ambientowy, solowy występ gitarzysty Dirka Serriesa, to z kolei było wydarzenie, na które czekało wielu jego wielbicieli. Muzyk w ostatnich latach w zasadzie nie grywa tego rodzaju setów (koncentruje się bardziej na improwizacji na obu typach gitary). Jego występ był zatem wyjątkowo ekskluzywny, ale także bezceremonialnie piękny – płynne, drobne fonie przepuszczone przez gitarowe przetworniki, potem przetworzone przez mikser, dały niebywały, ambientowy płaszcz dźwięków.





W wieczornej części Jam Session do muzyków, jacy grali tego dnia koncerty festiwalowe, dołączyli Ostap Mańko na skrzypach i Michał Giżycki na saksofonie. Trzy sety i mnóstwo ciekawych, niebanalnych improwizacji.

Festiwalowa sobota, to najbardziej rozbudowany program artystyczny i od razu słowo komentarza - bez wątpienia najbardziej epicki i artystycznie bodaj najciekawszy dzień wszystkich dotychczasowych edycji Spontaneous Music Festival. Najpierw Ad Hoc Duo i muzycy zapowiadani, jako najlepsi europejscy saksofoniści w kategorii wiekowej „Under 40” – Colin Webster na saksofonie altowym oraz Albert Cirera na saksofonie tenorowym i sopranowym. Ich ponad półgodzinny set każdym swoim dźwiękiem uzasadniał tezę postawioną przed występem. Świetna komunikacja, wspaniałe improwizacje, garść zmysłowej sonorystyki. Muzycy poznali się osobiście kwadrans przed występem, a zagrali tak, jakby wszystko robili razem przynajmniej od początku istnienia gatunku.

Po chwili przerwy kolejny duet – Dirk Serries na gitarze akustycznej i Benedict Taylor na altówce. W trakcie ich występu, po raz pierwszy, ale nie ostatni tego dnia, zeszliśmy z muzykami do poziomu ciszy. Subtelna, chwilami niezwykle molekularna improwizacja, w której ważny był każdy, nawet pojedynczy dźwięk. I znów, tak jak w trakcie solowych występów obu muzyków poprzedniego dnia, podstawowym atrybutem ich muzyki było czyste piękno dźwięków, jakie generowali na swoich instrumentach.

Trzeci już tego dnia duet nazywał się … DUOT! Najstarszy kataloński, improwizujący „working band”, czyli Ramon Prats na perkusji i ponownie tego dnia na scenie, Albert Cirera na saksofonach. Muzycy zagrali wielobarwny, intrygująco skonstruowany set, pełen free jazzowej energii, ale i sonorystycznych wycieczek w nieznane. Ci akurat muzycy grają ze sobą już kilkanaście lat, co w tym przypadku stanowi dodatkowy atut ich duetowych występów. Gdy tak dobrze znasz partnera, możesz pozwolić sobie w improwizacji na stuprocentowe ryzyko, dzięki czemu całość nabiera dodatkowych wartości. Muzycy bisowali, a oklasków nie było końca.




Wreszcie finał tego niezwykłego dnia i improwizacja realizowana w oparciu o - przygotowaną specjalnie na potrzeby tego koncertu - notację graficzną Dirka Serriesa. Tonus Ensemble w składzie: Dirk Serries - gitara akustyczna, Paweł Doskocz - gitara akustyczna, Witold Oleszak - fortepian, Colin Webster - saksofon, Benedict Taylor - altówka, Ostap Mańko - skrzypce, Anna Szmatoła - wiolonczela oraz Andrew Lisle - perkusja. Minimalistyczna formuła, pojedyncze akordy gitary i budowane wokół nich improwizacje pozostałych muzyków oraz niezwykle ważny element dramaturgiczny spektaklu – wielosekundowe porcje ciszy. Niebywałe skupienie na scenie, równie wielkie po stronie publiczności. Było słychać niemal każde przełknięcie śliny i westchnienie. Koncert, który stanowił pewnego rodzaju wyzwanie dla każdego jego uczestnika, po obu zresztą stronach sceny, ale nagroda była niezwykle sowita. Duże przeżycie!

W niedzielne późne popołudnie publiczność festiwalowa ponownie przemieściła się do innego miejsca – tym razem było to Studio Aktorskie STA, a w nim koncert Poznańskiej Orkiestry Improwizowanej. Osiemnastu stałych muzyków Orkiestry, a w roli gościa, a także dyrygenta pierwszej fazy występu – Benedict Taylor. Muzycy zagrali godzinną, wielobarwną improwizację, pełną chwilami niemal dzikiej energii, poddawaną nieustannym zmianom, także w zakresie osób odpowiedzialnych na proces dyrygentury. Ten wrzący tygiel emocji nie zawsze skutkował ciekawymi rozwiązaniami dramaturgicznymi, a obecność brytyjskiego skrzypka nie była w wielu momentach należycie wykorzystywana. Z drugiej strony docenić jednak należy niemal konceptualną wizję całości spektaklu, która mimo kilku trudniejszych momentów, broniła się nieźle.

Na finał Spontaneous Music Festival ponownie zawitaliśmy doi Dragona, by posłuchać dętego tria Details In The Air. Mikołaj Trzaska na klarnetach i saksofonach, Michał Górczyński na klarnetach i Ken Vandermark na saksofonie i klarnecie zagrali ponad 50 minutowy set bardzo różnorodnych „kompozycji w formie improwizacji”, a emocjonalne reakcje publiczności wskazywały, iż po obu stronach sceny panuje konsensus, co do jakości artystycznej przedsięwzięcia. W okolicach godziny 21.30 Festiwal dobiegł końca.


Wszystkie zdjęcia Tomasz Kasiarz. Dziękuję za możliwość udostępnienia. Wielkie pozdrowienia!