Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Kuchen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Martin Kuchen. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 maja 2026

Martin Küchen' Angles 11! Tell them it´s the sound of freedom!


Twórczość szwedzkiego saksofonisty Martina Küchena wydaje się miejscowić na dwóch, pozornie odległych od siebie biegunach. Z jednej strony swobodna improwizacja na saksofonie sopranowym i sopranino, na ogół w małych składach, najlepiej duetach, z drugiej jazzowa i free jazzowa kompozycja najchętniej uprawiana w wieloosobowych formacjach. Na potrzeby tej drugiej okoliczności powstała onegdaj orkiestra Angles, która w zależności od liczby uczestników danego spektaklu zostaje dodatkowo ocyfrowana.

Dziś przed nami edycja Angles 11, bo tyluż artystów uczestniczyło w nagraniu albumu Tell them it´s the sound of freedom. W ujęciu instrumentalnym mamy trzy perkusje, piano fendera, wibrafon, kontrabas, skrzypce pod drobnym prądem, dwie trąbki i dwa zestawy saksofonów. Na tapecie trzy rozbudowane, kilkunastominutowe kompozycje szefa stada, oparte na rytmie, melodii, swobodnej instrumentacji i pewnym oczywistym dla określonej grupy słuchaczy sznycie post-hipisowskim. Doskonałe nagranie, które zachęca do wspólnej zabawy, specyficznego tańca i fenomenalnie buduje nastrój na nadchodząca jesień.

 


Pierwsza opowieść toczy się w dość leniwym tempie. Łagodny kontrabas, rytmiczne uderzenia perkusji, fenderowskie, ciepłe brzmienie, dęte inkrustacje, w fazie rozwoju utworu wchodzące w intrygujące dialogi i wielogłosy. Całość przypomina wielki chór, który odprowadza na miejsce pochówku najlepszego przyjaciela, który opuścił ten padół ziemski ewidentnie z uśmiechem na twarzy. Temat kompozycji zdaje się być podawany w nieskończoność, faza solowych improwizacji (głównie basu i wibrafonu) jest dla odmiany krótka, adekwatna dramaturgicznie. Utwór ma też swoją kodę, która niesie smutek, udanie kontrapunktowany durową melodyką skrzypiec.

Druga opowieść śmiało mogłaby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej remake’u słynnego klasyka filmowego Desperado. Latynoska rytmika, bogata, melodyjna aranżacja, huczna zabawa do zmroku do bladego świtu. Wszyscy tańczymy i śpiewamy, nikt nie podpiera ścian. Opowieść usiana jest intrygującymi interludiami – niekiedy to oniryczne, tudzież smutne westchnienia, innym razem dysonujące zwarcia piana, saksofonów i trąbek, tu pozbawione rytmicznej bazy. Dużo zgiełku, dramaturgicznych kontrapunktów, z ekspozycjami solowymi na ogół o charakter kolektywnym.

Początek finałowej kompozycji oddany zostaje trójce drummerskiej. Otwarcie jest dość minimalistyczne, pełne brzmieniowych smaczków i subtelnych preparacji. Na etapie rozwinięcia myśli kompozytorskiej tempo jest umiarkowane, a melodie zwarte, odrobinę czupurne. Rozwichrzona, bardzo swobodna podróż jedenastoosobowego ansamblu ma swoje niebanalne punkty zwrotne. Raz jest to solowa ekspozycja skrzypiec wsparta na wibrafonie, innym razem zaskakująca, swingująca wolta, która śmiało mogłaby zdobić kolejny odcinek przygód Ala Capone. Powrót do tematu, tuż po eksplozywnym antrakcie perkusji, porządkuje narrację, po czym wznieca kolejny ogień tańca. Zdaje się, że teraz każdy dęciak dokłada trzy grosze do obrazu całości. Kolektywny, melodyjny spazm wieńczy ów smakowity album.

 

Martin Küchen Angles 11 Tell them it´s the sound of freedom (FSR Records, CD 2025). Johan Berthling – kontrabas, Alex Zethson - Fender Rhodes, Juno 106, Mattias Ståhl – wibrafon, saksofon sopranowy, Konrad Agnas, Michaela Antalova i Kjell Nordeson – perkusje, Susana Santos Silva i Magnus Broo – trąbki, Josefin Runsteen – amplifikowane skrzypce, Eirik Hegdal – saksofon barytonowy i altowy oraz Martin Küchen – saksofon tenorowy i sopranowy, kompozycje. Nagrane na żywo w BAS, Sztokholm, kwiecień 2022. Trzy utwory, 38 minut.


*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została (a może nie?) pierwotnie opublikowana



 

wtorek, 28 kwietnia 2026

Vasco Trilla is going Up North!


Niemal dokładnie dwa lata temu Vasco Trilla, nasz redakcyjny, jakże spontaniczny ulubieniec, spędził dwa pracowite w dni w Szwecji. Zagrał koncert solowy, a kolejnego dnia wraz z grupą lokalnych przyjaciół dokonał pewnych rejestracji studyjnych. Powstała z tego płyta niezwykła, nie tylko w wymiarze czysto dźwiękowym, ale także wydawniczym. Pomieszczono bowiem na niej nagranie duetu, dwóch różnych składów trzyosobowych, wreszcie solowe nagranie mistrza no drumming percussion z Barcelony. A całość, także niespodziewanie dla samego Vasco, opatrzono na okładce jedynie jego danymi personalnymi.

Nagranie jest także szczególne w wymiarze stylistyczno-estetycznym. Cztery utwory zostały tu określone mianem kompozycji, co nie jest bynajmniej pomysłem chybionym. Każdy z nich ma pewien koncept i dobrze zaplanowaną dramaturgię, a jeśli mielibyśmy szukać zgrabnego wytrychu gatunkowego, moglibyśmy przy ryzyku popełnienia błędu nazwać całość kreatywną muzyką współczesną. Zwał, jak zwał, Up North to jedna z najlepszych płyt w bogatym już dorobku Trilli.

  


Pierwsze dwie ekspozycje trwają tu po około 10 minut, dwie kolejne po prawie dwadzieścia. Ceremonia otwarcia spoczywa na barkach masywnie brzmiącego, bardzo nisko osadzonego kontrabasowego smyczka. Flow przypomina drżenie wielkiego stwora, a wkład samego perkusjonalisty na tym etapie podróży jest trudny do zdefiniowania. Być może preparowane akcje na werblu (drżące i szeleszczące) są tu elementem składowym kontrabasowego zdzierania podłogi. Narracja wydaje się względnie stabilna, ale systematycznie narasta, dość szybko osiągając post-industrialną gęstość. W tym tyglu tajemniczych zdarzeń być może słyszymy coś na kształt melodii, ale nie możemy być tego do końca pewni.

Drugą odsłonę, obok percussion, buduje też lekki saksofon i klawesyn. Ta opowieść jest delikatna, wysoko zawieszona, brzmi niczym post-folk przefiltrowany przez neogotycką wrażliwość. To celebracja zimowego poranka, której pozorna niespieszność zdaje się być z czasem stymulowana pierwszym przejawem rytmu, tu generowanego przy użyciu metronomu. Na etapie finalizacji opowieść wpada w tryb wyjątkowo minimalistyczny.

W trzeciej części zostaje z nami saksofonista, a na scenę powraca kontrabasista. To trio buduje opowieść wyjątkowo mozolnie - na starcie przypomina szorstki ambient, który z czasem nabiera coraz mroczniejszych barw. Dźwięki bardziej typowe dla saksofonu pojawiają się dopiero w drugiej połowie utworu. Jeśli wcześniej dęciak jest akcji, to jedynie trzeszczy, szeleści i rzęzi. A może po prostu milczy. Perkusjonalia i kontrabas budują gęstwinę fonii, której skład nie jest do końca rozpoznawalny. Wszystko drży, pulsuje, rezonuje, ciężko oddycha. Klimat post-industrialny ciągnie opowieść do przodu, aż do anonsowanego już momentu, gdy do gry wchodzi melodyjnie frazujący dęciak. To oniryczne migotanie, które z czasem nabiera aury, jaką zdążyliśmy poznać w trakcie drugiego utworu. Zaklikanie węży melodiami z głębokiej puszczy.

Ostatni utwór albumu, to solowa ekspozycja percussion. Vasco otwiera ją i kończy uderzeniami dzwona. Buduje typową dla siebie opowieść, której kulminację tworzy szalona armia silniczków elektrycznych, panoszących się na werblu. Efektem jest ściana dźwięku wsparta rytmem metronomu. Ta narracja wiedzie od sacrum do profanum i nie pozostawia estetycznych wątpliwości, co do preferowanego kierunku. Po upływie kwadransa zgrabnie przechodzi w stadium falling down, aż do ostatniego dźwięku dzwona.

 

Vasco Trilla Up North (Creative Sources, CD 2026). Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne, Martin Küchen – saksofony (utwory 2, 3), Vilhelm Bromander – kontrabas (1,3) oraz Alex Zethson – klawesyn (2). Nagrane w Studio Spegeln (utwory 1-3) oraz na żywo w Mötesplats Mariatorget (4), Szwecja, maj 2024. Łącznie 58 minut.



piątek, 5 lipca 2024

Scatter Archive’ fresh free kicks: Fite & Küchen! Atkins & Wastell! Davies & Hooker! Lynch!


Szkocki net-label Scatter Archive pracuje w tym roku wyjątkowo wytrwale i definitywnie wydajnie. Obok sukcesywnie uzupełnianych, brytyjskich archiwów (patrz: omawiany na tych łamach zestaw nagrań Alana Tomlinsona), w ofercie wydawnictwa z Glasgow pojawia się coraz więcej nagrań nowych, nad wyraz świeżych, pochodzących nie tylko z Great Britain (patrz: polskie trio z udziałem m.in. Pauliny Owczarek).

Czasu, ani pojemności serwera blogspot.com nie starczy, by wszystkie nowości SA omawiać na bieżąco, zatem teraz pochylamy się jedynie nad czterema wiosennymi nowościami. To zgrabne, niedługie, swobodnie improwizowane opowieści – wśród nich odnajdziemy zarówno ekspozycje elektroakustyczne, jak i minimalistyczne, do tego garść jakże londyńskich nagrań solowych z żywymi odgłosami samego The City. Trzy z nich, to akcje stuprocentowo brytyjskie, jedna w pełni skandynawska. I od tej ostatniej zaczniemy nasz mini przegląd. So, welcome to Scatter Life!




Niklas Fite & Martin Küchen Nödutgång får ej blockeras

Khimaira, Sztokholm, listopad 2022: Niklas Fite - banjo, gitara akustyczna oraz Martin Küchen - sopranino. Trzy improwizacje, 38 minut.

Międzypokoleniowe, skandynawskie spotkanie artystów, których na tych łamach znamy i cenimy. Bardzo swobodne, doposażone w zabawne rozmowy pomiędzy utworami, z pozoru nastawione na akcje minimalistyczne, na etapie rozwinięcia urokliwie przepoczwarzające się w mniejsze lub większe kipiele emocji. Od szczegółu do ogółu, od kompulsywnego minimalizmu do rozgrzanego free jazzu.

Od pierwszej sekundy nagrania słyszymy, że jesteśmy wraz z muzykami w pewnej zadanej przestrzeni, gdzie obiektem zainteresowania naszych uszu są nie tylko dźwięki czysto muzyczne. Muzycy coś do siebie szepczą, ich drobny arsenał instrumentalny żyje swoim życiem, nawet bez zetknięciami z palcami czy ustami artysty. Ów mały, kuchenny rozgardiasz szybko formuje się w zwartą, interaktywną opowieść. Saksofonista krzyczy, gdacze, skowycze niczym przydomowy zwierzyniec, gitarzysta (tu być może wyposażony w banjo) rozciąga zgrzytające struny i buduje niemelodyjne post-riffy. Całość przypomina poranny spacer, ale jeszcze przed tradycyjną kawą. Pojawiają się drobne, dęte śpiewy, na gryfie gitary pierwsze, preparowane frazy. W drugiej fazie kilkunastominutowej improwizacji muzycy chętnie wchodzą w zwarcia, zadają także drobne ciosy w półdystansie. Zaczynają na siebie pyskować, kreować raz za razem zadziorne, dobrze skonfigurowane akcje dźwiękowe. Pod koniec utworu poziom emocji nie wydaje się daleki od free jazzu. Kolejne dwie kilkunastominutowe narracje budowane są na podobnej zasadzie – kilka słów na wstępie, potem sekwencja minimalistycznych fraz, które dość szybko lepią się w dobrze uformowaną improwizację. Jeśli saksofon zaczyna piąć się ku górze, gitara efektownie wypełnia przestrzeń sypiąc riffami jak z rogu obfitości. Gdy trzeba, muzycy zdejmują nogę z gazu i śmiało wkraczają w bezmiar ciszy i dramaturgicznych subtelności. Część ostatnia zdaje się być nad wyraz dynamiczna, a kocie ruchy artystów i ich dialogi płyną niesione namiastką rytmu, klecone incydentalnie w estetyce call & responce.



 

Matt Atkins & Mark Wastell Live at ARCH 1

ARCH 1, Londyn, wrzesień 2023: Matt Atkins – odtwarzacze kasetowe, tape loops, obiekty, mikrofony kontaktowe, shruti box i przetworniki oraz Mark Wastell - 32" Paiste tam-tam, gongi and instrumenty perkusyjne. Jedna improwizacja, 36 minut.

Ze Sztokholmu przenosimy się na ziemie Zjednoczonego Królestwa. Najpierw londyńskie spotkanie dwóch znamienitych postaci brytyjskiego free impro w szerokim rozumieniu tego pokrętnego terminu. Opowieść definitywnie elektroakustyczna, choć słowo electro bierzemy tu w duży cudzysłów – instrumentarium Atkinsa jest bowiem zdecydowanie analogowe, w dużej części akustyczne. Z kolei Wastell pracuje na niezbyt rozbudowanym zestawie perkusjonalnym, którego głównym elementem zdaje się być duży tam-tam. Panowie budują set trwający ponad dwa kwadranse z wyjątkową pieczołowitością, zarówno w zakresie dramaturgii, jak i brzmienia.

Dźwiękowa aura otwarcia sugeruje nam dużą przestrzeń koncertową, w której pracuje zwinne echo. Szeroko rozstawione perkusjonalia, mające paramenty zarówno niskie (tam-tam), jak i wysokie (talerze), wokół których panoszą się plejady szumów, szmerów i szelestów nie do końca rozpoznanego pochodzenia, a także drobne plamy brzmiące na poły syntetycznie. Opowieść faluje, wznosi się i opada, płynie powoli, okazjonalnie nabiera jednak intensywności. Zdaje się być niekiedy rytualna, nieco ceremonialna, a jej nerw kreacji nie gaśnie choćby na moment. Pojawiają się dźwięki samplowane, zapewne podsyłane z kaset magnetofonowych, drobne akcenty rytmiczne i pętle – wszystko toczy się w niemal medytacyjnym tempie. Po wybiciu trzynastej minuty artyści podsyłają nam garść melodyjnych strumieni, także dźwięki ludzkich głosów. Głównym wątkiem środkowej fazy improwizacji są drżące perkusjonalia Wastella, oblepiane drobnymi frazami generowanymi przez Atkinsa z wielu źródeł. Po dwudziestej minucie nowym elementem narracji są basowe pasma brzmiące dość syntetycznie. Z kolei następująca tuż potem faza uspokojenia syci się melodyjnymi pętlami. Improwizacja w swej końcowej fazie zdaje się być niemal wyłącznie perkusjonalna. Zostaje jednak zreasumowana pulsującą, post-melodyjną retoryką akcesoriów elektroakustycznych. Precyzyjnie finalizowana, ginie w mroku ambientu.



 

Rhodri Davies & Andrew Leslie Hooker Deuawd

BBC Hall, University of Wales Trinity Saint David, Abertawe, Walia, czerwiec 2018: Rhodri Davies - harfa z przetwornikami, preparacje oraz Andrew Leslie Hooker - no-input mixing board, elektroniczne filtry i amplifikacje. Jedna improwizacja, 25 minut.

Kolejny w zestawie brytyjski duet bez cienia wątpliwości możemy zaliczyć do akcji elektroakustycznych. Walijski incydent łączy bowiem preparowaną harfę i cały arsenał syntetycznych źródeł dźwięku, które tworzą konglomerat zdarzeń i zjawisk godnych polecenia miłośnikom wszelkich estetyk, także tym z nas, którzy do elektroniki podchodzą jak pies do jeża. Jak zwykle bowiem diabeł tkwi w szczegółach – tu w kreatywności artystów i umiejętności wzajemnego słuchania.

Koncert trwa mniej niż dwa kwadranse, zatem tylko konkret! Początek jest więcej niż delikatny – syntetyka brzmi tu całkiem analogowo, harfa pracuje zarówno na subtelnym przesterze, jak i brzmi akustycznie, a traktowana smyczkiem nasyca opowieść nutą post-barokowej zadumy. Owa nieśpieszna narracja zdaje się mieć dalece bogatą fakturę. Dużo dzieje się w samym wnętrzu opowieści, tkanym z interakcji i dowodzącym tezy zawartej w poprzednim akapicie. Żaden dźwięk nie ujdzie tu uwadze partnera. Davies preparuje klasyczny instrument z dużą klasą, spod rąk i kabli Hookera rzadko dociera do nas coś zbyt inwazyjnego, tudzież fonicznie dotkliwego. W drugiej części ekspozycji można odnieść wrażenie, że muzycy nadają swym akcjom więcej intensywności. Pojawiają się frazy usterkowej elektroniki, ale i one podawane są z umiarem i dramaturgiczną precyzją. Śpiewy harfy chętnie łapią tu piasek w szprychy i kreują ciekawe sytuacje brzmieniowe. Obok plam ambientu słyszymy, że pomiędzy struny hafty dostają się przedmioty, powodując urokliwe ich rozdygotanie. Pod koniec opowieść zdaje się wpadać w delikatny rytm – zarówno po stronie akustyki, jak i syntetyki. Owa figuratywna taneczność doprowadza improwizację do szczęśliwego zakończenia.




Sue Lynch Water Drips Clear

Oxo Tower Studios, 2024 (utwory 2-4, 6-8), Christchurch, Blackfriars 2024 (1, 9), Sprinkler Room, Oxo Tower 2020 (5) – wszystkie lokalizacje w Londynie; nagrania terenowe zarejestrowane w centralnym Londynie – dzwony Garlickhythe, brzegi Tamizy i okolice, 2024 (9): Sue Lynch – saksofon tenorowy, nagrania terenowe. Dziewięć utworów, 29 minut.

Na koniec spektakl prawdziwie londyński! Solowa ekspozycja saksofonowa w wykonaniu Lynch zdaje się być konglomeratem miejskiego spleenu, kreatywności artystki i wyważonego stosunku do dźwięków instrumentu i otoczenia. Nagrania studyjne i koncertowe z dominującą krótką formą, a na koniec wielominutowy spacer po Londynie z dętymi komentarzami niejako z off-u. Klimatyczne i surowe, przewrotnie post-romantyczne, dobrze udramatyzowane, niekiedy zastanawiająco smutne.

W dwóch pierwszych improwizacjach Sue śle nam delikatne, tenorowe podmuchy napotykające na głuchą przestrzeń otoczenia. Najpierw serwuje nam trochę czystego powietrza, potem brudnego, intrygująco preparowanego. Spokój tej opowieści wydaje się być dość pozorny, wszystko podszyte jest bowiem wewnętrznymi emocjami. Z jednej strony dramaturgiczna zaduma, z drugiej prezentacja szerokiego wachlarza technik artykulacyjnych. Kolejne dwie piosenki sięgają po atrybuty jazzu, w czwartej czujemy wręcz swingujący timing. W następnych dwóch utworach artystka pracuje formą, szuka echa, wyczekuje rezonujących odgłosów. Pojawiają się melodie dżdżystego poranka zamglonego miasta. Siódma część zdaje się być zaskakująco dynamiczna, z kolei ósma szyta jest sporą dawką melodyki. Sue łapie podmuch rezonującego powietrza i zanurza się w mrok. Ostatnia opowieść trwa prawie osiem minut i jest dialogiem saksofonistki z odgłosami miasta. Najpierw frazy preparowane, potem więcej czystych wydechów i miasto, które żyje - dźwięki rzeki, szmer ulicznego zgiełku, odgłosy rozmów. W drugiej fazie utworu garść melodii – zarówno z tenorowej tuby, jak i tej, płynącej z zatłoczonych ulic. A na koniec bije dzwon – to zapewne westminsterski Big Ben.

 

 

piątek, 13 października 2023

Halster in Virtuous Mondays!


Halster, to szwedzkie trio gitar elektrycznych, mało zapewne znane poza skandynawskimi opłotkami, ale godne uwagi całego świata i niejednej galaktyki. Panowie Anders Lindsjö, Adam Persson i Mattias Nihlén w drugiej połowie ubiegłej dekady obchodzili skromny jubileusz, dzięki czemu, pod sztandarami świetnie nam znanego, lokalnego labelu Konvoj Records, doczekali się urodzinowego, pięciopłytowego boxu.

Nagrania zarejestrowano na dzikich, improwizowanych sesjach, jakie odbywały się każdorazowo w poniedziałki w Malmö. Na każdą z tych sesji szwedzcy gitarzyści (czasami używający także innych instrumentów) zapraszali równie znamienitych szwedzkich (tudzież norweskich) improwizatorów. Wyszła z tego całego ambarasu smakowita mieszanka różnokolorowych, improwizowanych emocji. Przy okazji rzeczony box, to doskonała prezentacja szwedzkiej sceny improwizowanej, po części oczywiście dobrze światu znanej, po części jednak niekiedy zbyt anonimowej.

Prześledźmy poniedziałkowe wydarzenia, jakie uwieczniono na pięciu zgrabnych, kompaktowych dyskach.



 

Disc One

Na pierwszym dysku do tria Halster w standardowym instrumentarium gitarowym dołącza puzonista Ola Rubin (trzy pierwsze improwizacje) oraz gitarzysta Henrik Olsson i perkusista Håkon Berre (dwie kolejne części).

Kwartetowa narracja w trzech odsłonach toczy się na ogół w dość spokojnym tempie i stawia raczej na minimalistyczne środki wyrazu, co nie oznacza, że incydentalnie nie potrafi gęstnieć i kąsać intensywnością. Aura jest tu delikatnie post-rockowa, a pikanterii całości dodaje systematycznie fermentujący puzon, który potrafi brzmieć niczym czwarta gitara, nie stroni także od drobnych preparacji. Gitarzyści zdają się czerpać inspiracje z wielu źródeł. Niekiedy ich na poły filigranowe frazowanie przypomina King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. W drugiej części muzycy kreują niekończące się plejady short-cuts. Kłęby dymu i drobne spiętrzenia umilają podróż w dźwiękowe nieznane. Gitarowe subtelności czasami zdobią narrację jazzowym posmakiem. Z kolei trzecia improwizacja tonie w mroku. Puzon brzmi tu dość siarczyście, gitary rysują delikatnie psychodeliczne zawijasy.

Dwie improwizacje kwintetowe chętnie uciekają w subtelności mniej lub bardziej wyciszanych preparacji, czasami wręcz lewitują. Cztery gitary stawiają na rozmyte brzmienie i budowanie klimatu, płyną niczym mgławice. Tym, który scala to wszystko w całkiem linearną narrację jest perkusjonalista. Najpierw toniemy w swobodnych, free rockowych ekspozycjach, potem, gdy opowieść zagęszcza szyk, bywa, że improwizacja staje się post-rockowa, niekiedy post-psychodeliczna, incydentalnie nawet hałaśliwa, zdobiona drobnymi, jazzowymi naleciałościami.

Disc Two

Na tym dysku sytuacja dramaturgiczna jest o wiele bardziej skomplikowana. Pierwsza improwizacja to trio (w niej jedna gitara akustyczna) z saksofonistą Martinem Küchenem i puzonistą Ola Rubinem. Druga, to trio (w nim perkusja i syntezator zamiast gitar) uzupełnione perkusistą Martinem Holmem (jako drum machine). W trzeciej improwizacji w roli gościa ponownie puzonista Ola Rubin oraz nowy na scenie Herman Müntzing (instrumenty klawiszowe, elektronika). Czwarta część, to klasyczne trio gitarowe, a piąta, bazowy skład z dodatkiem instrumentów perkusyjnych pod jurysdykcją Raymonda Strida. Część szósta, to z kolei trio (jedna gitara akustyczna) i dwa puzony (Ola Rubin i Jacob Riis) wsparte elektroniką, zaś część ostatnia - trio (jedna gitara akustyczna) i Pär Thörn obsługujący elektronikę i obiekty. Uff.. działo się!

Pierwszą opowieść kreują wystudzone gitary i dęte preparacje. Mroczny wstęp i ekspresyjne rozwinięcie, ale także gitarowe subtelności i dźwięki z gardła. Druga część skrzy się zadziornymi frazami i bogactwem brzmienia. Garść preparacji, szczypta psychodelii, ale i filigranowe figury dramaturgiczne. W kolejnej odsłonie sporo zamętu wnosi elektronika i elektryczne klawisze. Pojawiają się dubowe echa, także sporo preparowanych fraz puzonu, wreszcie post-jazzowych zdobień. W części czwartej mamy Halstera w wersji saute z szeroką paletą gitarowych środków wyrazu - sprzężenia i melodie, post-rockowe grymasy, bluesowe skale i emocje, a na koniec drobna chmura ambientu.

Piąta improwizacja płynie kilkoma strumieniami brzmieniowych subtelności. Post-psycho-rockowa ballada kwiecąca się rezonującymi talerzami. W przedostatniej improwizacji natrafiamy na dużą porcję dźwięków syntetycznych, elektroakustycznych, a także odgłosy gitarowych pick-upów i dęte westchnienia. Równie zaskakująca brzmieniowo jest ostatnia opowieść. Sporo w niej wydarzeń, zarówno głośnych, jak i wyjątkowo cichych. Reaktywna post-ballada o wielu obliczach.

Disc Three

Tu sytuacja jest tylko pozornie prostsza. Dwie improwizacje i dwa wspólnie improwizujące tria – Halster (z jedną gitarą basową i dodatkowym syntezatorem) oraz Bomb (Ola Paulson na saksofonach, Anders Uddeskog na perkusji). Ponieważ Anders Lindsjö jest członkiem obu formacji, to by na scenie było jednak sześciu muzyków dodano jeszcze puzonistę Ola Rubina. Cały dysk nie trwa nawet 40 minut, ale jest z pewnością najgłośniejszą, najbardziej free jazzową częścią jubileuszowego boxu.

Pierwszy set introdukuje duet saksofonu i gitary basowej. Faza otwarcia, to swobodny open jazz nasączony odrobiną bluesa. Wraz z rozwojem akcji saksofon ciągnie w stronę free jazzu, gitary z kolei szukają hałasu i akcentów post-jazzowych. Swoje dokłada też puzon, który marzy o dalekich podróżach i lubi aylerowskie melodie. Wielominutowa improwizacja ma tu zarówno wyżyny, jak i drobne doliny, pięknie potrafi grzęznąć w psychodelii, ale i wznosić się do lotu z iście free jazzowym temperamentem. Zakończenie wydaje się być szczególnie intensywne, prowadzone w szybkim tempie, nie pozbawione post-rockowych emocji.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, ale i on nie szczędzi nam wrażeń. Początek wydaje się nieco medytacyjny, a pierwsza faza lotu wznoszącego odbywa się pod nieobecność saksofonu i puzonu. Tu w roli wodzireja świetnie sprawdza się syntezator. Gdy dęciaki wracają do gry, improwizacja pachnie tu zarówno free jazzem, jak i swobodnym rockiem. Syntezator nie odpuszcza i druga część seta upływa pod znakiem psycho & fussion, nawet, gdy dynamika ekspozycji nieco spada. Świetny moment następuje, gdy narracja przyjmuje formę dętego duetu. Post-jazzowe westchnienia saksofonu i puzonu nawołują tu gitary do finałowej eskalacji.

 


Disc Four

Dysk czwarty, to dużo mniej skomplikowana sytuacja. Trzy improwizacje - na pierwszej klasyczne trio gitarowe i instrumenty perkusyjne Knuta Finsruda, na dwóch kolejnych trio (bas i syntezator zamiast gitar) plus saksofonista Sture Ericson i perkusista Raymond Strid.

Pierwsza, rozbudowana improwizacja, to trzy gitary doposażone małymi porcjami prądu i matowy, podłogowy drumming w rozkołysanym, post-jazzowym tańcu. Narracja ma tu wiele twarzy, nie brakuje w niej akcentów rockowych, wręcz funkowych, są preparacje i soczyste plamy bluesa. Jeśli improwizacja stopuje, natychmiast syci się mocą post-psychodelii, gdy nabiera tempa, szczególnie aktywnym zdaje się być drummer. Przed finałowym wzniesieniem kwartet czołga się w rytmie, a potem eksploduje mocą dubu i funku.

Pierwsze nagranie kwintetowe rodzi się w mroku soczystych dronów i plejadzie short-cuts. Saksofon wzdycha, piszczy jak kot, syntezator plami, bas rysuje zygzaki. Ów minimal na wdechu buduje nadspodziewanie duże emocje. Druga opowieść jest jeszcze bardziej gęsta od fonicznych niespodzianek. Pracują gitarowe pick-upy, syntezator szeleści, a zwinny drumming wskazuje kierunek podróży. W fazie dynamicznej odnajdujemy dużo rocka i dubu, a także funkowych zdobień. Z kolei umiejętnie wytłumione zakończenie pachnie psychodelią na kilometr.

Disc Five

Na ostatnim dysku w dwóch utworach improwizuje trio (perkusja i syntezator zamiast dwóch gitar) oraz saksofonowy gość (Nana Pi Aabo Larsen). W kolejnych dwóch odsłonach mamy trio (jest gitara basowa), a w roli gości kolejnego gitarzystę Johna Lipscomba, puzonistę Ola Rubina i perkusistę Andersa Uddeskoga. Dysk trwa prawie pięć kwadransów i zdecydowanie sytuujemy go po stronie najmocniejszych punktów boxu.

Improwizacje kwartetowe bazują na sporym dysonansie dramaturgicznym. Z jednej stron plejady drobnych, preparowanych fraz, z drugiej moc i siła syntezatorowych, basowych pasaży i niemałych melodii. Znów sporo akcentów post-jazzowych i rockowych wtrętów. Dynamika narracji na typowej dla tego boxu efektownej sinusoidzie.  Świetnie w tym tyglu niespodziewanych zdarzeń odnajduje się nieznana nam saksofonistka (saksofonista?). O ile pierwsza część bywa tu bardzo ognista, o tyle druga niesie w sobie post-balladowy nerw.

Dwie ostatnie improwizacje grane są w sekstecie, zatem wrażeń i emocji mamy tu całe mnóstwo. Pierwsza z opowieści na starcie formuje się w wielobarwne, jakże efektowne crescendo. Szczególnie podobać się tu może gitarowe spiętrzenie, które pachnie metodami pracy King Crimson z wczesnych lat 70. W tym strumieniu hałasu i stygnącej lawy świetnie odnajduje się puzonista, który musi czasami czynić wiele, by wydostać się na powierzchnię narracji. Pod koniec koledzy znajdują mu nawet przestrzeń na krótką, solową ekspozycję. W prawie 30-minutowym secie nie brakuje chwil mglistych, post-ambientowych, pięknie wytłumionych, a samo zakończenie należy do gasnących, ale wyjątkowo melodyjnych gitar. Ostatnia improwizacja nie szczędzi nam gitarowych i basowych subtelności, szybko wszakże łapie bakcyla zdrowej psychodelii. Znów świetne momenty serwuje nam puzonista, który płynie na fali dronowej ekspozycji partnerów. W efektownym zakończeniu skrzy się echo gitarowych improwizacji w estetyce Sonic Youth, a także posmak … bluesa.

 

Halster Virtuous Mondays (Konvoj Records, 5CD 2020)

Halster: Anders Lindsjö – gitara elektryczna, akustyczna, basowa, perkusja, Adam Persson – gitara elektryczna, głos, Mattias Nihlén – gitara elektryczna, syntezator. Goście: Ola Rubin - puzon, Håkon Berre - perkusja, Henrik Olsson – gitara elektryczna, Martin Küchen – saksofon barytonowy, Martin Holm – drum machine, Herman Müntzing – instrumenty klawiszowe, elektronika, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jakob Riis – puzon, elektronika, Pär Thörn – elektronika, obiekty, Ola Paulson – saksofon tenorowy, altowy, Anders Uddeskog - perkusja, Knut Finsrud – instrumenty perkusyjne, Sture Ericson – saksofon altowy, Nana Pi Aabo Larsen – saksofon tenorowy, Jon Lipscomb – gitara elektryczna. Nagrane w poniedziałki: Allmogen, Malmö, 2018-2019. Dwadzieścia jeden improwizacji, czas trwania poszczególnych dysków - 51:11, 58:08, 36:22, 45:43, 73:51.

              

 

piątek, 16 czerwca 2023

The June’ Round-up: Küchen & Agnel! Dikeman! Erades & Saavedra! Hidden Forces! Hocus! Carvalho & Sanchez! Sierra Madre! Skull Mask! Salis & Sanna!


Czerwcowa zbiorówka świeżych płyt z muzyką improwizowaną (jakże szeroko tu rozumianą) przed nami! Ponownie jedziemy po bandzie! Prawdziwy koktajl Mołotowa – gatunki, style, skrajne emocje, języki całego świata i jeden wspólny mianownik – świetna muzyka!   

Zaczynamy kameralnie po szwedzku i francusku! Potem brytyjska torpeda free jazzu! W dalszej kolejności duży blok albumów iberyjskich i latynoamerykańskich – free jazz, rock, noise, free chamber i post-electro! A na finał psychodeliczna lira korbowa i dzwony sardyńskie! Kilka nazwisk z topu, cała rzesza naszych dobrych znajomych i tradycyjnie garść nowych person do zapamiętania!

So welcome to hell & heaven of improvisation!



 

Martin Küchen & Sophie Agnel  Detour Tunnels of Light (Thanatosis, CD 2023)

Borlunda Church, Eslöv, luty 2022: Martin Küchen: sopranino, instrumenty perkusyjne, elektronika oraz Sophie Agnel – fortepian, obiekty. Cztery improwizacje, 35 minut.

Jak przystało na dobrą zbiorówkę, zaczynamy z wysokiego C! Szwedzki mistrz saksofonu w najlepszej z jego artystycznych edycji (preparowane werblem sopranino) i jedna z bardziej niedocenianych swobodnie improwizujących pianistek naszej części świata zapraszają na spektakl wyjątkowo subtelnych, minimalistycznych, osadzonych blisko ciszy, swobodnych improwizacji, które kochają tzw. techniki rozszerzone, ale nie stronią od zwyczajnej, jakże niepowtarzalnej urody pojedynczego dźwięku.

Ledwie słyszalne ćwierćfrazy z głębokiej klawiatury fortepianu i nanodźwięki z tuby sopranino, w tle szmer perkusjonalii – auta otwarcia mówi nam wiele o tym, co przyniesie album. Strwożony śpiew umierających ptaków. Drobne preparacje, wymiany zdań podrzędnie złożonych – misterna plecionka urokliwych dźwięków w otoczeniu szumiącej ciszy. Druga opowieść zdaje się być jeszcze delikatniejsza. Subtelności inside piano, perkusjonalne zdobienia i saksofon, który odzywa się po długim milczeniu, jak kot, który zdołał przespać cały dzień. Narracja pachnie melodią, przypomina post-klasyczną balladę udręczonych wędrowców. W trzeciej części każdy dźwięk czeka na reakcje interlokutora. Piano rezonuje, saksofon ocieka brudnym, ale ciepłym brzmieniem. Wewnętrzny spokój, narracyjne lenistwo w otoczeniu dźwiękowych perełek z samego dna piana i tuby. Czwarta improwizacja zaskakuje. Pełna jest nerwowego życia, ukradkowych spojrzeń – preparowane frazy, drony, metalowe przedmioty na werblu i zapewne ślad elektroniki. Całość nabiera pewnego cierpiętniczego rytmu, ale niespodziewanie stygnie. Sam finał tej pięknej płyty zdaje się być wyjątkowo smutną piosenką.



 

John Dikeman, Pat Thomas, John Edwards, Steve Noble  Volume 2 (577 Records, CD 2023)

Cafe Oto, Londyn, luty 2019: John Dikeman – saksofon tenorowy, Pat Thomas – fortepian, John Edwards – kontrabas oraz Steve Noble – perkusja. Dwie improwizacje, 43 minuty.

Holenderski Amerykanin i trójka dumnych Synów free jazzowego Albionu w drugiej odsłonie koncertowej petardy, której część pierwsza została na tych łamach skrzętnie odnotowana. Chciałoby się rzec, wzorcowy free jazz w równie wzorcowym kwartecie, ale to nie do końca dobry trop. Pierwszy set przynosi bowiem sporo intrygującego, niemal tanecznego rytmu, drugi zaś (dużo krótszy) całe mnóstwo ponadgatunkowych wycieczek stylistycznych. Czterech mistrzów na scenie Cafe Oto – winniśmy być zatem gotowi na każdą niespodziankę!

Sygnał do free jazzowego ataku daje tu masywne piano, stemplujące szyk otwarcia niemal wyłącznie czarnymi klawiszami. Pozostali wchodzą do gry z pewną nieśmiałością, tańczą wokół własnej osi, ale już po chwili free jazzowy ekspres rusza z kopyta. Pierwsze spowolnienie osadzone jest oczywiście na kontrabasowym smyczku, ale doposażone niemal post-ragtime’owym pasażem piana. Narracja wydaje się tu bardzo figlarna, na pewno niebywale melodyjna i odrobinę swingująca. Dzieli się na podgrupy, daje nam także efektowne solo perkusji. Powrót do formuły kwartowej zdobią cuda na gryfie kontrabsu. Opowieść zyskuje także efektowną rytmikę dzięki niemal rockowemu drive’owi perkusji. Brawurowa narracja jeszcze raz tu hamuje i na moment staje się jazzowym triem bez saksofonu. W drugiej części koncertu, która zdaje się być rozbudowanym encore, muzycy stawiają na skupione preparacje. Dużo tu smyczka, piana w wersji inside, krótkich fraz i posuwistych dronów. Szczególnie urokliwy jest sam finał – mroczny, powolny, budowany z dużym udziałem czarnych klawiszy. Zmysłowe, post-jazzowe chamber. 



 

Luis Erades & Avelino Saavedra  La inmunda vida de San Gulik (Discordian Records, DL 2023)

Önilewaland, Valencia, maj 2022: Luis Erades – saksofon altowy oraz Avelino Saavedra - perkusja, obiekty, megafon. Sześć improwizacji, 28 minut.

Kolejna porcja free jazzowego mięsa płynie do nas z iberyjskiej Walencji. Duet saksofon-perkusja, to wariant, który w gatunku bywa kwintesencją jakości. Tu dodatkowo podszyty kreatywnością obu artystów w zakresie niebanalnych technik rozszerzonych, użycia tzw. obiektów na rozgrzanym werblu oraz … megafonu. Jak to zwykle w Discordian bywa - krótko i bardzo na temat!

Na początek trzęsienie ziemi – pisk altu i punkowa synkopa perkusyjnej nawałnicy. Jak kochać, to królewny, jak kraść to miliony! W drugiej części pojawiają się preparowane dźwięki i foniczne onomatopeje z tajemniczych przedmiotów krążących wokół werbla. Rwane, ale dość ekspresyjne tempo. W kolejnej odsłonie muzycy szukają dna, pięknie rezonują, po czym budują zwarty, masywny, dalece post-industrialny klimat. W czwartej improwizacji powiew luzu i swobody we free jazzowym tańcu. Progresywna perkusja, rozśpiewany alt. Artyści szybują tu wyjątkowo efektownie. W piątej części wracamy do grobu – instrumenty cierpią katusze, muzycy wiercą się na swoich miejscach i rozdrapują stygmaty na ciele. Mrocznie, chwilami intrygująco blisko ciszy, z dziwnym, elektroakustycznym posmakiem. No i finałowa eksplozja! Free noise jazz w tempie karabinu maszynowego. A może tej scenie bliżej do pojedynku rewolwerowców w gorącym słońcu pustyni? Ale emocje! Szybkość, strach i satysfakcja.



 

Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio  Raúl Cantizano & Hidden Forces Trio (Sentencia Records, LP/DL 2023).

La Mina, Happy Place i studio domowe, Andaluzja, 2021-22: Raúl Cantizano – gitary, Tavo Domínguez – klarnet basowy, Marco Serrato – bas, Borja Díaz – perkusja oraz goście: Mike Watt, Howie Reeve, Xavier Castroviejo – wokale w pojedynczych utworach, Ricardo Jiménez – gitara w dwóch utworach, Colin Webster – saksofon tenorowy w jednym utworze. Piętnaście części, 39 minut.

Po sporej dawce mięsistego free jazzu czas na równie emocjonalną dawkę free … rocka! Tu w wykonaniu andaluzyjskim, do tego z udziałem intrygujących gości. Z jednej strony inspiracja Captainem Beefheartem, z drugiej amerykańskim hc punk w najlepszym, połamanym rytmicznie wydaniu spod znaku Minutemen/ Firehose. I tu największa sensacja albumu – w drugim utworze śpiewa basista i wokalista Mike Watt, filar obu wskazanych przed momentem bandów. Piętnaście opowieści na temat, dużo rockowej ekspresji, sporo improwizacji na instrumentach dętych i zagadkowa gitara lidera całego przedsięwzięcia, silnie osadzona w rockowej tradycji, ale tajemnicza i zaskakująca swą ponadgatunkowością.

Intro basówki, rockowy, niemal noise’owy drive sekcji, rozkrzyczany klarnet i gitara frazująca z dużą swobodą, z dalece funkowym zacięciem – ta płyta nie mogła zacząć się lepiej! W drugiej opowieści głos Watta nadaje całości sznytu historycznego, na trwale wpisując w narrację tradycję Minutemena. W części czwartej znów podoba nam się klarnet basowy, dzięki czemu flow nabiera post-jazzowego charakteru. Na albumie nie brakuje także spokojniejszych momentów, niemal balladowych, okraszonych ciepłym klarnetem, głosami kolejnych wokalistów, a także na poły zrelaksowaną gitarą. Na albumie dominują jednak wyraziste stemple hc punk, grane na dużej swobodzie, jednakże z dyscypliną godną gatunku bazowego. W trzynastym utworze spore zaskoczenie – pojawia się tenor Colina Webstera, któremu towarzyszy kontrabas i gitara, która szuka akcji w estetyce post-flamenco. Z kolei w ostatniej części do klarnetu i kontrabasu podłącza się piano. Gdy do gry wejdzie perkusja, całość nabiera dynamiki i zdecydowanie free jazzowych rumieńców.



 

Hocus  Noise Complaint (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Czas i miejsce nieznane: João Almeida – trąbka, elektronika. Pięć utworów, 18 minut.

Portugalski trębacz jakże młodego pokolenia gości na naszych łamach często. Dał się już poznać jako wytrwany improwizator, tudzież kreatywny element kilku free jazzowych układanek, wreszcie udanie zagościł na jednej płycie pewnej krajowej, iberyjskiej serii. Muzyk z Lizbony ma także ogromne zacięcie do eksperymentowania z brzmieniem, sięgania po elektroniczne narzędzia tortur. Innym słowy, lubi hałas, czego daje dobitny przykład na najnowszym solowym mini-albumie.

Nagranie trwa niespełna 20 minut, ale dla wielu może być przeżyciem definitywnie śmiertelnym. Almeida prezentuje tu pięć miniatur, z których każda jest elektroniczną pętlą zbudowaną z przetworzonego syntetycznie krzyku blaszaka. Pierwszy loop przypomina uderzenia biczem wodnym, drugi zdaje się być odgłosem wilgotnego powietrza, które z kosmiczną prędkością opada na parapet. Trzeci, to pracujący na wysokich obrotach świder, który bezskutecznie wierci dziurę w grubym kawałku metalu. Czwarta odsłona przypomina zmutowane, post-atomowe bębnienie, z kolei lapsus finałowy daje namiastkę życia – rozśpiewana syrena alarmowa, która wpada w śmiertelny taniec. Hałaśliwa Skarga, to wyzwanie dla naprawdę zaprawionych noise’ pogromców!



 

Mariana Carvalho & Paula Sanchez  Rasgo (Neue Numeral, DL 2023)

Bazylea, Szwajcaria, wrzesień 2019: Paula Sanchez – wiolonczela oraz Mariana Carvalho – fortepian. Osiem improwizacji, 28 minut.

Skupiona, czuła na niuanse brzmieniowe, swobodnie improwizowana podróż pełna preparowanych, niekiedy bolesnych dźwięków wiolonczeli i fortepianu, który dostarcza równie urokliwe frazy z dna pudła rezonansowego, jak i delikatnej, ale często czarnej klawiatury. Panie prowadzą narracje w skończonej liczbie przypadków dalece minimalistycznymi metodami, by w szóstej odsłonie dać upust emocjom i stworzyć albumowy crème de la crème.

Pierwsze dźwięki wydają się być skutkiem dociskania strun na gryfie wiolonczeli i pojedynczych uderzeń w fortepianowe struny. W drugiej części artystki celebrują otwieranie głębokiej krypty. Budują opowieść niemal separatywnymi dźwiękami, zadając sobie pytania i uzyskując odpowiedzi. W dwóch kolejnych improwizacjach słyszymy ruch, przesuwanie przedmiotów i poszukiwanie dźwiękowych drobin wystudzonym smyczkiem. Prace ręczne wewnątrz piana i delikatne półśpiewy strunowca. Mechanika tarcia, cierpienie materii. Raz kameralny suspens, innym razem brud i znój procesu twórczego. W piątej części usłyszeć można znamiona działań bardziej dynamicznych, ale metody pracy artystek nie ulegają zasadniczym zmianom. W nerwowej aurze spokoju docieramy do szóstej improwizacji. Smyczek porusza się w martwym trybie, ale odnajduje strzępy dźwięków, piano podrzuca matowe frazy z mroczniejszej części klawiatury. Emocje wszakże rosną, Panie zagęszczają ścieg i sycą improwizację wyjątkowo urokliwymi spiętrzeniami. W końcowych dwóch improwizacjach duch kreatywnego minimalizmu powraca. Znów mikro frazy inside piano i post-melodyjne zgrzyty na gryfie cello. W części finałowej pojawia się rytm wybijany przez klawisze i bogacony skrzeczącymi post-dźwiękami ugniatanych strun wiolonczeli. Coś przypomina tu także ludzki głos. Narracja szyta wedle metody call & responce osiąga piękny finał w boleści i utrudzeniu.



 

Sierra Madre  Sierra Madre (Neue Numeral, DL 2023)

Studia domowe muzyków, Montevideo, Urugwaj, 2021: Guzmán Calzada oraz Sofía Scheps – wszystkie dźwięki. Dziewięć utworów, 38 minut.

Pozostajemy pośród artystów z Ameryki Południowej i sięgamy po album kreatywnego … post-electro. Frazy improwizowane w stadium szczątkowym, ale za to wiele pasji, dramaturgicznej maestrii i naprawdę udanych dźwięków. Początek albumu zdaje się mylić tropy, sięga po formę piosenki, bystrze łączy melodyjne, akustyczne frazy z odrobiną elektronicznego fermentu. W drugiej części nagrania robi się wszakże coraz ciekawej, a konotacje z post-rytmiczną, niemiecką elektroniką końca ubiegłego wieku, a nawet minimalistycznym krautrockiem wydają się być coraz bardziej zasadne.

Do niemałego pakietu atrybutów jakości albumu z Urugwaju dodać winniśmy jeszcze umiejętność budowania delikatnych, niemal filigranowych opowieści, pełnych narracyjnych subtelności i dźwięków lekkich, jak puch. Pierwsze trzy utwory dostarczają piosenkowych, bogaconych kobiecym głosem narracji, które zgrabnie łączą wątki akustyczne i elektroniczne, na ogół perkusjonalne zdobienia. Począwszy od części czwartej narracja z minuty na minutę staje się najpierw post-piosenkowa, potem już definitywnie buja w obłokach subtelnego post-electro. Otwarcie części piątej budują rytmicznie uformowane szumy i analogowe szmery, które przenoszą nasze skojarzenia ku muzyce wskazanej w poprzednim akapicie. Narracja skrzy się urokliwą analogowością, zaczyna ukrywać dotychczasową melodykę w wielowarstwowej, post-rytmicznej strukturze. Finałowa meta ballada snuje się owiniętą wokół leniwego beatu i blasku zachodzącej za horyzont, delikatnie frazującej gitary.




Skull Mask  Iká (Skull Mask, kaseta/DL 2023)

Café Oto, Londyn (pierwsza część), Supernormal Festival (druga część), sierpień 2022: Miguel Pérez – gitara oraz Gosha Hniu – lira korbowa. Dwie improwizacje, 41 minut.

Kolejna ponadgatunkowa opowieść, tu w pełni improwizowana, powstała w Londynie i okolicach, ale stworzona została przez artystów świata (związanych choćby z formacją Staraya Derevnya). Łączy gitarę elektryczną z lirą korbową, a od pierwszej do ostatniej sekundy przesiąknięta jest post-psychodelicznymi emocjami i dostarcza mnóstwo przyjemności z odsłuchu, będących między innymi skutkiem fantastycznego budowania dramaturgii. Dwa oddzielne sety, dwie okoliczności koncertowe, dwie strony kasety. Nic, tylko się zasłuchać!

Pierwszy koncert zaczyna się w mgle delikatnego pogłosu. Gitara frazuje leniwie, lira wydaje się rozmarzona, trochę śpiewa, trochę buduje ambientowy background. Narracja dość szybko nabiera tu gęstości i intensywności, ale nie toczy się wedle linearnego scenariusza. Muzycy dozują nam poziom obu charakterystyk. Improwizacja nasiąka też od pewnego momentu dalekowschodnim, zdrowym, jakże kwaśnym zapachem. Każdy z muzyków często zmienia tu sposoby artykulacji, skala pomysłów zdaje się nie mieć granic. Zakończenie jest wyjątkowo delikatne, rozpływa się w psychodelicznym ambiencie. Brzmienie drugiego koncertu jest bardziej zwarte, mniej selektywne, pachnie za to upalonym rockiem. Lira dość szybko zaczyna tu krzyczeć niesiona siłą pogłosu, gitara z miejsca smaży post-bluesowe pętle. Gęsta, oleista ciecz znów nie leje się w pełni linearnym strumieniem, a dramaturgiczne skoki w bok tylko bogacą przekaz całości. Z czasem improwizacja brzmi niczym hinduska raga odpalona na londyńskim bruku. Transowy finał nie stroni od odrobiny hałasu, jakby lira dostała się w pole działania amplifikatora.




Giacomo Salis & Paolo Sanna  Acoustic Studies For Sardinian Bells (Falt Records, Kaseta/DL 2023)

Czas i miejsce (Sardynia?) nieznane: Giacomo Salis oraz Paolo Sanna – sardyńskie dzwony. Cztery improwizacje, 25 minut.

Dokonania włoskiego duetu perkusjonalistów śledzimy w zasadzie na bieżąco. Muzycy specjalizują się w preparowaniu dźwięków przeróżnych akcesoriów perkusyjnych, często korzystają też ze wsparcia minimalistycznie traktowanej elektroniki. Na nowym albumie definitywnie nas jednak zaskoczyli użytym w improwizacji instrumentarium. Tym razem są to bowiem sardyńskie dzwony. Ich brzmienie jest delikatne i niezbyt głośne, taka też jest czteroczęściowa opowieść Włochów.

W pierwszej improwizacji sardyńskie dzwony zostały chyba wystawione na silny, śródziemnomorski wiatr. Każdy dźwięk jest tu rozkołysany, co jest efektem wprawiania w ruch dzwonów, być może także umieszczania w nich samych dodatkowych przedmiotów. W drugiej części artyści zdają się pracować bliżej obiektów ich zainteresowania. Jakby wchodzili w pierwszą fazę preparowania dźwięków. Ich narracja zdaje się mieć rytm, który przypomina wahadło, frazy są systematycznie powtarzane, a wokół nich tli się filigranowa chmura rezonansu. W trzeciej, najkrótszej części muzycy pracują już w oparach ciszy. Drobne uderzenia, delikatne dotknięcia. W finałowej, najdłuższej improwizacji dramaturgia jest zdecydowanie bardziej rozbudowana. Najpierw mamy rezonans na dwa głosy, potem skupioną symfonię chrobotania i tarcia. Owa misterna mantra na koniec podkreślona zostaje podwójnym, prawdziwie perkusyjnym beatem.



 

piątek, 12 maja 2023

Konvoj Records 2021’ outfit: Ensemble Allena, Tombola Rubola and two Martin Küchen’ duos!


Szwedzkie wydawnictwo Konvoj Records, organizacyjnie będące dziełem Oli Paulsona, to definitywnie jedno z najciekawszych zjawisk na europejskiej sceny muzyki improwizowanej. Jego katalog zawiera w sumie ledwie dwadzieścia jeden pozycji, ale mnóstwo w nim fantastycznej muzyki, na ogół związanej ze szwedzką sceną muzyki improwizowanej. Wydawca nie stroni jednak od głośnych, europejskich artystów niekoniecznie wyposażonych w paszporty Królestwa Szwecji, takich jak Evan Parker, John Tilbury, czy Agusti Fernandez. Po szczegóły odsyłamy na bandcampową stronę labelu.

Muzyka z logo Konvoj nie dociera jednak do naszej części świata zbyt często i regularnie. Tym większa zatem nasza radość, iż sporo konwojowych albumów zawitało tej wiosny w gościnnych progach Trybuny Muzyki Spontanicznej. O dwóch najnowszych płytach w katalogu pisaliśmy kilka tygodni temu (obie sygnowane nazwiskiem kontrabasisty Johannesa Nästesjö!). Dziś sięgniemy do czterech płyt wydanych w zamierzchłym roku 2021, które w kontekście długiej podróży z Malmö zdają się być jednak dla nas prawdziwymi świeżynkami.



 

Ensemble Allena

Nasz drobny przegląd zaczynamy od ansamblu, który jest … solowym przedsięwzięciem szefa labelu! Od razu zaznaczmy, iż nie jest to efekt artystycznej samotności czasów lockdownu, albowiem Paulson tego typu akcje realizował także przed wielką zarazą. W użyciu pięć instrumentów dętych, fortepian, elektronika i sample. Wszystko wyjątkowo udanie przeprocesowane zdaje się być prawdziwą mieszanką piorunująca. Świetna dramaturgia, wyszukany smak estetyczny i brzmieniowy, no i mnóstwo emocji, głównie saksofonowych, także w wymiarze polifonicznym.

Akcja dramatu jest następująca: elektroakustyczny zgiełk szumiącej ciszy i głos z offu wyprowadzają na czoło narracji garść dętych fraz na dużym pogłosie. Po czasie ów introdukcyjny background ustępuje miejsca rozbudowanej ekspozycji dętej, prowadzonej kilkoma wątkami. Pojawia się rytm, akcenty perkusjonalne, a wszystko kończy żywot w mrocznych, saksofonowych dronach. Krew drugiej opowieści tworzy post-rytmiczne piano, sporo do powiedzenia ma także warstwa elektroniczna, która wprowadza ferment lub oblepia narrację płaszczem ambientu. Ale znów najważniejsze są dęciaki. Najpierw prym wiedzie baryton, który znajduje kilku towarzyszy podróży, potem na czoło sforuje się niemal free jazzowy tenor. W trzeciej części usterkowa elektronika, akustyczne dźwięki preparowane i saksofonowe westchnienia kreują dalece mantryczną opowieść z basową podbudową, być może zrealizowaną przetworzonym brzmieniem saksofonu barytonowego. Duże porcje emocji przynosi kolejna opowieść – nakładające się głosy, saksofonowe krzyki i zaśpiewy, wreszcie post-elektroniczne szumowisko. Nie brakuje wartkiego rytmu i syntetycznej eksplozji na zakończenie. Ostatnia narracja tonuje emocje, dzieje się głównie w niskich częstotliwościach, pełna wszakże elektroakustycznych zdobień wcale nie działa uspokajająco.



 

Tombola Rubola

Puzon, perkusja i perkusjonalia, to instrumentarium odpowiedzialne za nagranie nazwane zapewne na cześć puzonisty Oli Rubina, który w tej kolektywnej, swobodnej improwizacji zdaje się delikatnie wieść prym. Znów bystra, absolutnie nieprzegadana opowieść, pełna dramaturgicznych splotów, intrygujących brzmień i artystycznej jakości.

Pierwsza opowieść kipi puzonowym humorem. Blaszak brzmi matowo, dość szorstko, a podwójny zestaw perkusyjny oplata jego wypowiedź stemplującym drummingiem. Narracja ma dość leniwą dynamikę, toczy się linearnie, jest skupiona, ale pełna empatycznego wigoru. W drugiej odsłonie muzycy budują opowieść ze szmerów i szelestów. Puzon preparuje, w jego tubie gnieżdżą się jakieś przedmioty. W dalszej części improwizacja nabiera mocy, podąża niemal tanecznym krokiem, a puzon nawet śpiewa. Trzecia narracja, podobnie jak piąta, to wypowiedź ledwie kilkudziesięciosekundowa. Budowana jest okrzykami i bystrą dynamiką, z kolei ta piąta syci się mrokiem półdźwięków - brudnych, zagubionych fraz nasyconych jednak dużą porcją kreatywności. Czwarta improwizacja z mozołem wydobywa się z gęstej ciszy. Drobne, blaszane westchnienia i szczebioty, perkusjonalne obcierki, zgrzyty i szmery z czasem formują się w całkiem zwartą i dynamiczną opowieść. Finałowa narracja zdaje się być przesycona ceremoniałem pożegnalnej ballady. Puzon najpierw kleci drony, potem dość niespodziewanie śpiewa na cool-jazzową modłę. Wokół niego krążą mikro uderzenia perkusisty i perkusjonalisty. Leniwa improwizacja na koniec zdobiona jest drobnymi westchnieniami puzonu, jakby cedzonymi przez zaciśnięte zęby.



Sångövningar

Poprzednim duetowym nagraniem Martina Küchena i Andersa Lindsjö zachwycaliśmy się na tych łamach kilka lat temu. Gęsta, upiornie post-brytyjska igraszka bardzo nam wtedy przypadła do gustu. Dziś nasi bohaterowie powracają płytą, która zwie się Ćwiczenia w śpiewaniu i po prawdzie zdaje się być łagodniejszą siostrą swej zacnej poprzedniczki. Nie zmienia to faktu, iż wspólna praca saksofonisty i gitarzysty znów bardzo nam się podoba!

Muzycy wchodzą w improwizację małymi, leniwymi krokami. Preparowane strugi saksofonowych podrygów i post-baileyowskie rozciąganie strun gitary. Narracja szybko staje się gęsta, ale nie przestaje być dość lekka - z zadziornymi ripostami, ale i refleksyjnymi westchnieniami. Na starcie kolejnej części mamy więcej mechaniki tarcia i dętych skrzeków. Emocje rosną, brudne frazy pęcznieją. W trzeciej odsłonie szczypta delikatności – suche piski z tuby i czyste smugi gitarowych pasaży. Kolejna część kontynuuje leniwy suspens, pełen brzmieniowych subtelności. Wszystko grane jest tu na wdechu. W piątej części kontrast – saksofonowa post-ballada i gitarowe preparacje (być może smyczkiem). Pojawia się nuta śpiewności, a szyk improwizacji, nie po raz pierwszy, formowany jest dość minimalistycznymi metodami. W kolejnej opowieści dominują krótkie, nerwowe frazy, podsycane odrobiną post-perkusjonalnego zamętu. Pozatykana tuba saksofonu budzi emocje, które z czasem opadają. Ostatnie dwie improwizacje znów stawiają na minimalizm, a dramaturgia budowana jest na ogół metodą call & responce. Saksofon szuka zwady, ale gitara łagodzi obyczaje flażoletami, niekiedy brzmiącymi wręcz post-klasycznie. Trochę riffów, garść melodii i dęte zawodzenia, to atrybuty zakończenia.



 

Opus Tve

Kolejny improwizowany duet Martina Küchena, tym razem z pianistą Mattiasem Risbergiem, któremu – wedle naszej percepcji świata muzyki – bliżej do uporządkowanych struktur jazzowych i post-jazzowych niż chaosu pozytywnej kreacji. Tu wepchnięty w bezmiar swobodnej improwizacji, pełnej preparowanych dźwięków i zaskakujących zwrotów akcji, radzi sobie wszakże doskonale, co więcej, sprawia, iż nagranie ma intrygują szyk dramaturgiczny, nie stroni od rytmu i wyszukiwanej melodyki, ale choćby na moment nie przestaje być pełnokrwistym i stylowym free improvised music.

W gemie otwarcia Martin sięga po saksofon tenorowy i bywa, że brzmi niemal brotzmannowsko. Mattias zaczyna wewnątrz pudła rezonansowego piana, ale tworzy tam zwartą, rytmiczną narrację. Emocje płyną tu także z samej melodii. W drugiej odsłonie pianista wybija rytm … tupiąc nogą (?). Sopranino śpiewa, dmie w gęstą glazurę werbla. Rezonujące, mentalne oczyszczenie. Trzecia część leje się jazzowym strumieniem piana i rozśpiewanym saksofonem, który mimo brudnego brzmienia także szuka zwartej melodyki. Czwarta improwizacja ma kształt post-ballady, budowanej minimalnym nakładem sił i środków. W kolejnych częściach muzycy zagłębiają się w mroku dętych fraz preparowanych, stylowych, minimalistycznych akcji inside piano i nieustannie nas zaskakują. W każdą pętle narracji wydają się wkładać coraz więcej emocji i wigoru. Pod koniec części piątej ich flow śmiało zasługuje na miano free jazzowego. Z kolei w szóstej artyści brodzą w chłodzie wystudiowanych, meta rytmicznych dźwięków, w siódmej zaś trzeszczą i zgrzytają zębami, ale ich narracja znów łyka duże garście melodii. Ostatnia improwizacja bazuje na fantastycznym suspensie. Sycząca tuba, czarne klawisze, brudne, rezonujące frazy i na zakończenie garść post-klasycznych grepsów wprost z klawiatury fortepianu.

 

Ensemble Allena Ärosol. Ola Paulson – saksofon altowy, tenorowy i barytonowy, rożek Eb z ustnikiem saksofonowym, klarnet metalowy, fortepian, elektronika, sample oraz processing. Nagrane wiosną 2021 roku, The House On The Hill, St. Uppåkra. Pięć utworów, 38:22.

Tombola Rubola Tombola Rubola. Ola Rubin – puzon, Anders Uddeskog – perkusja oraz Anders Lindsjö – instrumenty perkusyjne. Nagrane w 2021 roku, Malmö. Sześć improwizacji, 35:45.

Martin Küchen & Anders Lindsjö Sångövningar. Martin Küchen – saksofony oraz Anders Lindsjö – gitary. Nagrane w 2020 roku, Malmö 2020. Osiem improwizacji, 41:00.

Martin Küchen & Mattias Risberg Opus Tve. Martin Küchen – saksofon tenorowy i sopranino, werbel oraz Mattias Risberg – preparowane i niepreparowane grand piano. Nagrane w 2018 roku, Kullen, Fåsjön. Osiem improwizacji, 41:20.

 

 

wtorek, 1 listopada 2022

The Festival Report! Siedemnaste Ad Libitum w dźwiękach i obrazach – Sonic & Visual! *)


Siedemnasta edycja Festiwalu Ad Libitum, który od zawsze kocha improwizację, a od kilku lat jest także otwarty na formuły muzyczne bardziej uporządkowane pod względem dramaturgicznym, wniosła do bogatej już historii imprezy obraz, jak pełnoprawny element scenicznej kreacji. Obraz oczywiście… improwizowany, będący efektem pracy artysty, ale też przetworzeniem wizualnym dźwięków, jakie na scenie Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie zostały nam dane ze strony artystów skupionych na improwizacjach fonicznych.

Impreza została po raz pierwszy rozbudowana aż do czterech dni festiwalowych, z niedzielną kodą, która przeniosła wszelkie ab libitumowe doświadczenia w nowej miejsce - do Promu Kultury na Saskiej Kępie.



Trzy pierwsze dni Festiwalu odbyły się wszakże w starym miejscu, w sprawdzonej w bojach formie trzech koncertów dziennie. Każdy z nich otwierał występ solowy, co zdaje się być dobrym pomysłem na inaugurowanie dnia pełnego szalonych, improwizowanych dźwięków. Początek czwartkowego wieczoru przypadł w udziale bułgarskiej skrzypaczce Bilianie Voutchkovej. Artystka często koncertująca w Polsce rozpoczęła swój set nieco konceptualnie, szukała intrygujących fraz i nieoczywistych dźwięków, preparując brzmienie swego instrumentu. Po pewnym czasie wpadła jednak w urokliwie taneczny trans i bez najmniejszego trudu kupiła sobie przychylność publiczności. Może jedynie szkoda, iż jej występ nie trwał nawet dwóch kwadransów.

Kolejny festiwalowy set był gratką dla fanów swobodnej improwizacji, która tkwi korzeniami we free jazzie, ale także bez trudu łapie zmysłowe konotacje z wolną kameralistyką. Georg Graewe na fortepianie, Frank Gratkowski na klarnetach i saksofonie altowym oraz Fred Lonberg-Holm na wiolonczeli wspieranej delikatną elektroniką, zgodnie z tytułem ich pierwszej płyty (wydanej prawie 20 lat po nagraniu!), zabrali nas do urokliwego świata Trójlinearnej Polaryzacji. Każdy z artystów (na zdjęciu powyżej) dołożył tu cegiełkę do obrazu wyśmienitej, jakże kolektywnej improwizacji, która balansowała pomiędzy kompulsywnym post-free jazzem, a stonowaną, bazującą na niuansach brzmieniowych narracją.

Ostatni koncert pierwszego dnia zdecydowanie przeniósł nas do festiwalowej sfery visual. Edyta Jarząb i Maciej Wirmański – przy użyciu wielu elektroakustycznych i wizualnych narzędzi - zaproponowali dalece konceptualny performance, w trakcie którego więcej pracy miały nasze oczy niż tęskniące za fonią uszy.



Start piątkowego wieczoru, to znów występ solowy. Tym razem Robert Jędrzejewski na wiolonczeli i niekiedy dość rozbudowanej elektronice. Muzyk komentował akustyczne frazy swego strunowca zarówno przygotowanym na laptopie materiałem, jak i działaniami live processing, czyli elektronicznymi dekonstrukcjami fraz granych na żywo. Wszystkie elementy spektaklu intrygująco się zazębiały, tworząc spójną i niebanalną improwizację.

Tymczasem improwizacją, która sięga także po atrybuty wizualne był tego dnia drugi koncert. Po raz pierwszy na scenie spotkali się: Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Olgierd Dokalski na trąbce oraz obsługujący live electronics i wizualizacje Adam Frankiewicz. Trzeba przyznać, iż był to zdecydowanie najlepszy koncert spośród tych, które reprezentowały festiwalową ideę Sonic & Visual. Bystre, chwilami naprawdę efektowne, żywe improwizacje ze strony preparowanej gitary i delikatnie dekonstruowanej trąbki były tu świetnie wspierane nienachalną, plastyczną elektroniką i obrazem, który był naturalną konsekwencją dźwięków produkowanych przez wszystkich artystów obecnych na scenie.

Final dania drugiego był już w pełni akustyczny i zupełnie niewizualny w rozumieniu głównej idei festiwalu. Czterech wyjątkowej klasy artystów (na zdjęciu powyżej), cztery akustyczne instrumenty i intrygujące, ale statyczne oświetlenie: Elisabeth Harnik na fortepianie, Harri Sjöström na saksofonie sopranowym i sopranino, Wilbert De Joode na kontrabasie oraz Dag Magnus Narvesen na perkusji. Muzycy, którzy w takiej konfiguracji personalnej chyba nigdy ze sobą nie grali, zaprezentowali set wyjątkowej improwizacji. Bardzo kolektywnej, świetnie zbudowanej pod względem dramaturgicznym, perfekcyjnie płynącej od wytłumionych, preparowanych mikro improwizacji do strzelistych erupcji niemal free jazzowej mocy. Nam, pośród publiczności, pozostało jedynie spierać się, który z muzyków zrobił na nas największe wrażenie. I tu każdy miał swojego faworyta. Niżej podpisanemu szczególnie przypadł do gustu holenderski kontrabasista, który rewelacyjnie stymulował do pracy perkusistę, tudzież komentował grę saksofonisty i pianistki, niemal jednocześnie stosując technikę arco i pizzicato.



 

Festiwalowa sobota została zaprogramowana równie interesująco. Najpierw dwa sety z elektroniką i wizualizacją, a potem już prawdziwe trzęsienie ziemi, bez wątpienia dla wielu najważniejszy punkt festiwalu. Ale po kolei – najpierw ukraiński elektronik Myroslav Trofymuk. Artysta budował swoją ekspozycję niczym domek z kart, powoli, z niebywałą precyzją. Muzyk zaczął w chmurze lekkiego ambientu, potem nabrał masy i różnorodności, by przez drum’n’bassową strefę dotrzeć do fazy finałowej, która zdawała się komentować trudną rzeczywistość dnia codziennego. Drugi set dnia, to trio: Michael Fischer – saksofonowy feedback zanurzony w analogowej elektronice, Franciszek Araszkiewicz – live electronics oraz Aleksander Janicki – projekcje wideo, live electronics. Ten epizod festiwalowy miał wiele twarzy. Dużo dobrego wnosił do narracji saksofon, który pracował niczym akustyczne źródło dźwięków podłączone do elektronicznych przetworników, sam muzyk zaś dość rzadko sięgał po tradycyjne metody gry na instrumencie dętym. Pozostała warstwa elektroniczna koncertu często płynęła nisko posadowionymi dronami, chwilami wydawała się odrobinę przegadana i zbyt chaotyczna. Ale jako całość set z dużą swobodą zniósł wszelkie ambiwalencje części publiczności.

Czas na sobotę i okolice godziny dwudziestej pierwszej. Na scenie formacja The Croaks w składzie trzyosobowym (na zdjęciu powyżej), ale z bardzo rozbudowanym instrumentarium: Martin Klapper - amplifikowane obiekty i zabawki, mała elektronika, Martin Küchen – sopranino, saksofon sopranowy, rezonujący werbel, metalowe obiekty oraz Roger Turner – perkusja, małe talerze, metalowe i plastikowe obiekty. Peak wieczoru, szczyt festiwalu, nazwijmy to, jak chcemy. Intensywna, elektroakustyczna, niekiedy wręcz post-industrialna improwizacja, genialnie skomunikowana, wielobarwna, zaskakująca dźwiękiem i formą niemal na każdym etapie dwuczęściowego koncertu. A w środku 76-letni Turner, który nie przestaje zadziwiać – poziomem kreatywności, umiejętnością współpracy w grupie i wciąż doskonałą kondycją fizyczną i intelektualną. Wybitny koncert, któremu zabrakło może jedynie lepszego nagłośnienia niebywałych rzeczy, jakie wykonywał Küchen – Szwed byłą po prawdzie małą orkiestrą, która gra krzykliwego marsza z atomową intensywnością.

Finał siedemnastej edycji Ad Libitum odbył się w niedzielę na wspomnianej już Saskiej Kępie. Yannis Kyriakides i Konrad Smoleński w instalacji audiowizualnej Trackers z udziałem grupy warsztatowej w składzie: Zofia Ilnicka – flet, Piotr Chęcki – saksofon, Jakub Paulski – gitara, Robert Jędrzejewski – wiolonczela, live electronics oraz Franciszek Pospieszalski – kontrabas. Mroczna, zadumana, wizualna i dźwiękowa podróż, w której nie uczestniczył już niżej podpisany, ale która w ocenie innych była pięknym podsumowaniem wyjątkowo udanej – pod każdym względem – edycji festiwalu.


*) tekst pierwotnie opublikowany na portalu jazzarium.pl



wtorek, 2 sierpnia 2022

Samo Salamon & New FreeQuestra! Free Distance, Vol. 2: Poems are Opening! *)


Siedemnastu muzyków z Włoch, Portugalii, Słowenii, Hiszpanii (Katalonii), Szwecji i Szwajcarii, dwa lata temu w trakcie pandemicznej wiosny, wyprodukowało mnóstwo dźwięków, na ogół czyniąc to w domowym zaciszu. Improwizowali solo, incydentalnie we dwóch, czy trzech **), jeśli rygory lockdownu na to pozwalały, po części zainspirowani wskazówkami głównego organizatora przedsięwzięcia, słoweńskiego gitarzysty Samo Salamona, tudzież jego inicjacyjnymi dźwiękami przesłanymi wcześniej. W dalszej kolejności owe impro pocztówki przesyłali do komputera Słoweńca i tamże zostały one ulepione w … dwa dyski swobodnych improwizacji – od incydentu solowego, poprzez tria, kwartety, kwintety, sekstety, septety aż do nonetu! Oto New FreeQuestra na Wolnym Dystansie!

Nazwiska wszystkich artystów zaangażowanych w ten szalony projekt listujemy w innym miejscu tej opowieści. Pośród nich znajdujemy zarówno naszych świetnych znajomych (choćby czwórka z Półwyspu Iberyjskiego, czy znany szwedzki saksofonista), ale także szerokie grono muzyków włoskich, z większością których spotykamy się zapewne po raz pierwszy. Nie o nazwiska wszakże tu chodzi, i nie na nich będziemy się szczególnie skupiali.

Na wstępie zauważmy nade wszystko, iż niezależnie od formy powstania tego albumu, efekt prac siedemnastu muzyków jest doprawdy niebywały pod względem artystycznym. Jeśli dodatkowo weźmiemy pod uwagę, iż Salamon kleił niekiedy naprawdę dużo ścieżek w ramach jednego utworu, to nasza ocena całości zdaje się sięgać szczytów wszelkich rankingów. Za moment zanurzymy się w dwudziestu w pełni wyimprowizowanych opowieściach, skupiać się będziemy raczej na produkcie finalnym wszelkich prac projektowych, ale wciąż z tył głowy mieć winniśmy ogromny szacunek dla artystów, w tym głównego reżysera, za niemal katorżniczą, pandemiczną robotę!



 

Dźwiękowe poematy (tytułowane cytatami z poezji E.E. Cummingsa) rozpoczyna portugalski duet trąbki i gitary, któremu po kilku zakrętach z odsieczą przychodzi włoski saksofon. Ciepła, spokojna narracja dużo zyskuje dzięki udanej fermentacji w tubie dęciaka. W drugiej opowieści mamy już kwintet (trzy saksofony, skrzypce i kontrabas), który buduje nerwowe chamber, zyskujące z czasem intrygujący, semicki posmak, a na ostatniej prostej dużo ognistego humoru. Zaraz potem duet preparowanego saksofonu (tego szwedzkiego!) i pętlącej się gitary (tu po raz pierwszy słyszymy dyrektora projektu!), a po nim trzy kolejne porcje improwizowanych strumieni dźwiękowych, serwujących nam bodaj najwyższą na całym albumie jakość. Czwórka, to śpiewne skrzypce, aż sześć saksofonów, gitara i perkusja. Kameralno-jazzowe intro łapie w żagle polifonię i ekspresję godną hollandowskiej Konferencji Ptaków. Piątka, to ledwie duet, ale ile w nim uroczego brudu i post-barokowej ironii, a wszystko za sprawą kontrabasowego smyczka i wypełnionej tajemniczymi przedmiotami tuby saksofonu. Szóstka zdaje się iść jeszcze wyżej! Dwie trąbki pełne dalekowschodniego zaśpiewu, znów skrzypce, cztery saksofony, gitara i perkusja. Trochę jazzowych fraz, dużo ekspresji i dynamiki, świetne interakcje (just not alive!) i kolejny odcinek Konferencji Ptaków mamy gotowy! W siódmej części do pary Portugalczyków (trąbka i gitara) dołącza kolejna trąbka, rozochocony klarnet basowy i zawieszona gitara. Część instrumentów wydziera się i skrzeczy, inne idą w kompulsywne tango. Zaraz potem kolejna zabawa w towarzystwie rzeczonych Portugalczyków, do których po kilku chwilach dołączają trzy saksofony i skrzypce. Bystra narracja od duetu do sekstetu, poprzez dęte trio, a w środku dużo ognia i emocji! Ostatnie dwie improwizacje na pierwszym dysku oddane zostają we władanie trąbek. Najpierw włoskie trio, potem portugalskie solo. Włosi swobodnie, choć kameralnie, Portugalczyk śpiewnie, nostalgicznie, ale z preparacjami.

Na początku drugiego dysku wciąż pozostajemy w oparach dźwięków kreowanych przez Portugalczyków. Tym razem czysty duet jazzowej gitary i rozśpiewanej, ale preparującej trąbki. Zaraz potem kwartet dwóch saksofonów, gitary i kontrabsu. To z kolei improwizacja budowana repetycją, pełna rozgrzanych, tanecznych wręcz fraz. Jako trzecia pozycja, lekko wycofane, dęte trio (trąbka i dwa saksofony). Najpierw śpiewa trąbka, a saksofony dokazują, potem muzycy zamieniają się rolami. A już czeka kolejny większy skład – cztery saksofony, klarnet basowy i gitara. Masywna, kolektywna jazda, z której po niedługiej chwili wyłania się intrygujący duet klarnetu i jednego z saksofonów. Piąta improwizacja, to kolejna perła w koronie! Kwintet dwóch trąbek, saksofonu, skrzypiec i perkusji. Dęte budują śpiewny flow, perkusja ulotną dynamikę, a skrzypce stawiają znaki zapytania. W szóstej części znów kwintet, tym razem sklecony z gitary, trąbki, skrzypiec, saksofonu i klarnetu basowego. Początkowo w podgrupach - leniwie, potem zwartym szeregiem - zadziornie i dynamicznie. Siódemka kameralna, rzewna, molowa, ale niebywale urokliwa – septet dwóch trąbek, trzech saksofonów, klarnetu basowego i gitary. A w ramach wisienki na torcie pełna subtelności ekspozycja jednej z trąbek. W ósmej części mamy nonet! Znów dwie trąbki, skrzypce, cztery saksofony, gitara i perkusja – wszyscy śpiewają i wzdychają, ale emocje falują niczym wzburzony ocean. Przedostatnia część wybudza nas z letargu! Agresywne, dynamiczne, wręcz brawurowe frazy skrzypiec, dwóch saksofonów i gitary. Wreszcie finał – duet saksofonu i klarnetu basowego, to spokojna rozbiegówka o niebanalnym, szorstkim brzmieniu.

 

Samo Salamon & New FreeQuestra Free Distance, Vol. 2: Poems are Opening (Fundacja Słuchaj!, 2CD 2022). Emanuele Marsico – trąbka (CD 1 – utwory 6,7,9; CD 2 – 5,7,8), Alberto Mandarini – trąbka (CD 1 - 6,9; CD 2 – 5,8), Mirko Cisilino – trąbka (CD 1 - 9; CD 2 - 3), Luis Vicente – trąbka (CD 1 - 1,7,8,10; CD 2 – 1,6,7), Emanuele Parrini – skrzypce (CD 1 - 2,4,6,8; CD 2 – 5,6,8,9), Marco Colonna saksofon barytonowy i sopranino (CD 1 - 2,4,6; CD 2 – 3,4,5,7,8,10), Achille Succi – saksofon altowy i klarnet basowy (CD 1 - 2,4,6,7,8; CD 2 – 2-10), Albert Cirera – saksofon (CD 1 - 4,5,6,8; CD 2 – 7,8,9), Fredrik Ljungkvist – saksofon (CD 1 - 4,6; CD 2 – 6,8), Christoph Irniger – saksofon (CD 1 - 4,8), Alberto Pinton – saksofon (CD 1 - 1; CD 2 - 4), Beppe Scardino – saksofon (CD 1 - 2; CD 2 – 2,4,7), Martin Küchen – saksofon (CD 1 - 3), Samo Salamon – gitara (CD 1 - 3,4,6; CD 2 – 2,4,7,8,9), Marcelo dos Reis – gitara (CD 1 - 1,7,8; CD 2 – 1,6), Silvia Bolognesi – kontrabas (CD 1 - 2,5; CD 2 - 2) oraz Vasco Trilla – perkusja (CD 1 - 4,6; CD 2 – 5,8). Nagrania z różnych miejsc, dokonane w czasie pierwszego pandemicznego lockdownu roku 2020, posklejane i wyedytowane przez Samo Salamona. Dwadzieścia improwizacji, łączny czas trwania – 122:28.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana

**) brak bliższych danych w tym zakresie