Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christian Marien. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Christian Marien. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 stycznia 2026

The December/ January’ Round-up: Quartetics! Dooom Orchestra! Schneider & Serries! Marien! A Part! Nästy Lips! Carbon! Spinifex! Ternoy!


Grudniowa zbiorówka recenzji tym razem delikatnie opóźniona, ale początek stycznia to równie dobry moment, by poczytać co tam w muzyce improwizowanej piszczy. A tu, jak zwykle, dzieje się bardzo dużo dobrego!

Dziś dziewięć albumów, oczywiście datowanych jeszcze na rok 2025 (a jedna nawet na 2024), każdy z porcją dźwięków, które z pewnością znajdą swoich admiratorów. Naszą muzyczną podróż zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie porcją post-jazzu podrasowanego live electronics, potem czeka na nas mocna orkiestra z Włoch, a w dalszej kolejności wrzący tygiel klimatów niemieckich, belgijskich, francuskich, skandynawskich, austriacko-polskich, także holenderskich, na finał wreszcie szczypta francuskiego, jazzowego main-streamu. Od koloru do wyboru, niech nam żyje Nowy Rok i stara muzyka!

 


Reuben/ Hanslip/ Lash/ Hession Quartetics (Bead records, CD 2025)

York, Anglia, maj 2019: Federico Reuben - laptop improvisation/ live coding, Mark Hanslip – saksofon tenorowy, Dominic Lash – kontrabas oraz Paul Hession – perkusja. Pięć utworów, 33 minuty.

Swobodnie improwizujące, jazzowe trio na saksofon, bas i perkusję, świetnie rozpoznawalne facjaty artystów z UK i … latynoska szczypta post-akustycznej tajemniczości. Laptop dekonstruuje (dekoduje?) frazy żywych instrumentów, kreując nieoczywiste rozwiązania dramaturgiczne i brzmieniowe, a typowe dla gatunku muzykowanie dostaje się w zupełnie nowy wymiar dźwiękowej czaso-przestrzeni.  

Pierwsze trzy utwory, to krótkie formy, przy czym te nieparzyste bazują na dynamice, a ta parzysta na smyczkowej flaucie. Brzmienie basu i perkusji jest rozmyte, permanentnie dekonstruowane, z kolei saksofon płynie na ogół czystym, akustycznym strumieniem. Ciekawym uzupełnieniem swingujących wątków są frazy barowego piano (zapewne rozsyłane z laptopa). Otwarcie trzeciej części brzmi niczym rasowe drum’n’bass. Dwie ostatnie improwizacje, to bardziej rozbudowane formy. Pierwsza z nich przypomina pijanego walczyka, granego rwanymi dźwiękami, gdzie dużo dobrego wnosi nieoczywiste frazowanie kontrabasowego smyczka. W ostatniej odsłonie powraca tajemnicze piano, z którym duet tworzy rozochocony saksofon. Rozhuśtane zakończenie, to także dzieło dobrze usposobionej sekcji rytmu, znów łaskotanej po piętach niebanalną elektroniką.

  



Dooom Orchestra Our Sea Lies Within II (Aut Records, CD 2025)

Onara Swamp Hall, Tombolo, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perkusyjne, Marco Valerio – bas elektryczny oraz Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 35 minut.

Z włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie spotykamy się po raz drugi, ale sięgamy po nagrania dokładnie z tej samej sesji poczynionej w roku 2023. Znów to więcej niż ciekawa porcja dźwięków podana przez dwunastoosobowy ansambl, w którym dominują instrumenty strunowe, zarówno te z prądem, jak i akustyczne. Szefem przedsięwzięcia jest tu perkusista, zatem nie dziwi także znaczący udział drums & percussions. Osiem zgrabnie udramatyzowanych opowieści trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem pochylić się nad każdą frazą.

Otwarcie albumu grane jest kolektywnie, niemal rytualnie, z dużą dozą aylerowskiej melodyki. Kolejne dwa utwory są połączone i pokazują jak duży skład płynnie przechodzi od post-kameralnej pianistyki i dętych westchnień do free jazzowego hałasu. Podobna sytuacja ma miejsce w łączonych utworach szóstym i siódmym. Tu muzycy najpierw skrupulatnie budują soczyście brzmiący, strunowo-wokalny dron, który smakuje wręcz balladowo, a potem po kolejny raz popadają w sidła free jazzu i cytują radosne, ale jakże elegijne frazy Alberta Aylera. W obraz całości świetnie wpisują się pozostałe utwory, bardziej filigranowe, budowane z troską o każdą frazę. Z kolei samo zakończenie przypomina męczeńską modlitwę i smakuje muzyką dawną. Ostatnia prosta, to jednak masywny … dooom!

 


Schneider Serries Schneider Serries #2 (Schneider Collaborations, CD 2025)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, sierpień 2024: Dirk Serries - gitara oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Sześć utworów, 33 minuty.

Najwyższy czas trochę pohałasować! I to w dobrym towarzystwie! Jak świetnie wiemy, belgijski gitarzysta Dirk Serries ma tysiące artystycznych twarzy, ale dość rzadko używa swego instrumentu, by zgłębiać niuanse soczystego … impro noise’ rocka! Najlepszym partnerem w tych niecnych zabawach bywa niemiecki drummer Jörg A. Schneider. Zgodnie z tytułem albumu, to ich drugie spotkanie, tym razem studyjne. Przynosi sześć muzycznych petard w sam raz na post-sylwestrowe rozkołysanie.

Schemat poszczególnych utworów jest podobny – wątek inicjuje sfuzzowana, charcząca gitara, która zdaje się stać w miejscu i wyć z dna piekła po dżdżysty nieboskłon. Wokół niej tańczy perkusja, silna, masywna, kłębiąca się w sobie, rzadziej wpadająca w typowy, rockowy galop. Brzmienie jest szorstkie, niekiedy wręcz siarczyste, a w toku narracji nie brakuje fałszywych fraz i nietonalnych sprzężeń. Najciekawiej jest chyba w trzeciej odsłonie, gdy introdukcja gitary przypomina gęsty dark ambient, a cała opowieść wydaje się dzięki temu nieco lżejsza. Po czwartej, definitywnie dynamicznej przebieżce, w piątej muzycy znów toną w mrocznej mgle. Gitara frazuje tu chyba najgłośniej, ale jej flow ucieka w silny pogłos. Na plamach siarczystego ambientu bazuje też ostatnia opowieść. Dużo w niej perkusyjnych przełomów i wyrafinowanej psychodelii. Jest też kilka istotnych zagęszczeń i drobnych eksplozji.

 


Christian Marien Quartett Beyond the Fingertips (MarMade Records, CD 2025)

Emil Berliner Studios, Berlin, maj 2025: Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Jedem utwór łaczący kilka wątków, 33 minuty.

Jeśli mamy ochotę na rasowy jazz ze zgrabnie zarysowanymi tematami i wytrawnymi improwizacjami splątanymi soczystymi, swingującymi synkopami, to kwartet Mariena zaspokaja te potrzeby w stopniu zdecydowanie ponadnormatywnym. Osiem opowieści połączono tu w dwie long-distance story i nagrano za pierwszym podejściem w niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy rozpoczynają swoją podróż dalece tanecznym krokiem. Pierwszy temat wydaje się radosny, podszyty funkującą gitarą, upstrzony okruchami swingu. W dalszej fazie ów temat jest ogrywany rytmicznie, a potem następuje faza rozwichrzonych, bardzo swobodnych improwizacji, zarówno kolektywnych, jak i solowych. W tak zwanym międzyczasie mamy kameralne interludia, pozbawione na ogół warstwy perkusyjnej oraz wyjątkowo smakowite preparacje, szczególnie kontrabasu i gitary. Druga historia, także podzielona na cztery odcinki, zaczyna się dość spokojnie ze znaczącym udziałem kontrabasowego smyczka. W tej części albumu gitara brzmi akustycznie, a frazy perkusji łapią niebanalne metra. Fazy improwizacji są więcej niż udane, niekiedy szyte plejadą drobnych, niemal filigranowych fraz. Sam finał płyty bogaty jest w interakcje, ale nie emanuje nadmiernymi wybuchami ekspresji. Szczególnie podobać się może tanecznie frazujący smyczek.

 


A Part (Thierry Waziniak, Marie Takahashi, Baptiste Vayer) Muted Songs (Intrication Label, CD 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Thierry Waziniak – perkusja, elektronika, Marie Takahashi – altówka oraz Baptiste Vayer – głos, gitara. Cztery utwory, 45 minut.

Losy tego francuskiego labelu śledzimy na bieżąco, także dokonania perkusisty, który owe wydawnictwo koordynuje artystycznie. Tym razem trafiamy na nagranie definitywnie niezwykłe. Stanowi o tym zarówno skrzętna robota drummerska, jak i ta strunowa, czyniona na altówce i gitarze, w pierwszym utworze wparta także głosowo. Album zawiera cztery improwizacje – każda jest inna, na ich bazie bez trudu zbudować można cztery oddzielne albumy.

Pierwsza opowieść pleciona jest ze strzępów dźwięków - prawdziwie filigranowa, bazująca na interakcjach, śmiała kontynuacja wielkiej spuścizny Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. W fazie schyłkowej, wsparta elektroniką i prądem, staje się masywna, smakuje rockiem na drobnym przesterze. Druga historia osnuta jest wokół dark ambientowej bazy. Pięknie narasta, jeszcze efektowniej popada w medytację. Ale i tu fala elektroniki niweczy niuanse dotychczasowej narracji. Trzecią opowieść otwierają zgrzytające z zimna struny altówki. Z czasem w potoku coraz powabniejszych fonii pojawia się zarówno gitarowa ekspresja, jak i wystudzone zdobienia. Jeśli którykolwiek z wątków tego wielobarwnego albumu niekoniecznie winien być rozwijany, to czwarta część, której w początkowej fazie brakuje dramaturgii. Szczęśliwie pod koniec flow zyskuje pewną linearność, co sprawia, że finał płyty także wart jest skupionego odsłuchu.

 


Jon Lipscomb & Johannes Nästesjö Nästy Lips Vol III (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Jon Lipscomb – gitara oraz Johannes Nästesjö - upright bass. Dwie improwizacje, 32 minuty.

Jedni z naszych faworytów na szwedzkiej scenie free impro (choć ten pierwszy, to Amerykanin) w duetowym, niekiedy dość eksplozywnym starciu. Nie wiemy, gdzie powstało nagranie i jakimi metodami zostało zarejestrowane, brzmi wszakże definitywnie punkowo, dzięki czemu przykuwa naszą uwagę w stopniu podwójnym. Dwa kwadranse takiego impro mięcha nie mogą ujść niczyjej uwadze.

Początek nagrania jest spokojny, szyty minimalistycznym pizzicato basu i plamami prądu z nagrzewającej się gitary. Muzykom najbliżej chyba do swobodnej kameralistyki inspirowanej post-jazzem. Dobrze czują się w sytuacji dynamicznej, ale i w leniwym pochodzie prezentują się okazale. W ósmej minucie na scenie pojawia się smyczek i staje się od razu elementem najbardziej kreatywnym. Narracja nabiera wewnętrznego rytmu, wpada w delikatny trans, a z gitary leje się stonowana psychodelia. Po krótkiej fazie zadumy artyści zagłębiają się w ciszy i być może ten moment, to ich najlepsze chwile tamtego wieczoru. Na starcie drugiej części szarpią za struny, popadają w kameralne boleści, ale też skowyczą mocą post-jazzu. Smyczek znów rozdaje karty, a całość zdaje się być równie post-barokowa, jak i krwiście … rockowa. Po niedługiej fazie brzmieniowych eksperymentów, w okolicach dziewiątej minuty, muzycy stopują i rozglądają się wokół, jakby szukali tablicy z napisem koniec. Gitarowe flażolety i szum z gryfu basu, to ostatnie fonie ich spektaklu.

 


Trio Carbon (Mia Zabelka/ Ola Rzepka/ Łukasz Marciniak) Black Heart (Setola di Maiale, CD 2025)

Przestrzeń Muzyki Współczesnej Hashtag Lab, Festiwal Ad Libitum, Warszawa, wrzesień 2024: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Ola Rzepka – preparowane piano oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Jeden utwór, 29 minut.

Niezmiernie miło jest wspominać udany koncert odsłuchując jego dokumentację fonograficzną na trwałym nośniku fizycznym. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku nagrania pewnej austriackiej skrzypaczki i polskiego duetu, który zwykł używać nazwy handlowej Perforto. Koncert był krótki, takaż jest ta płyta, warto zatem skupić się na każdej frazie.

Artyści pierwsze akcje kleją z filigranowych dźwięków. Każdy zdaje się w coś uderzać, razem tworzą perkusjonalną symfonię otwarcia. Pojawiają się pierwsze preparacje piana i skrzypiec, z gitary sączy się strużka prądu, a całość przypomina brudne, jakże grzeszne post-chamber. Po sześciu minutach muzycy łykają porcję gorącego powietrza i nabierają masy. Wciąż skupiają się na drobiazgach, ale produkują coraz więcej dźwięków w jednostce czasu. W okolicach trzynastej minuty pojawia się głos, a gitara komentuje ów fakt porcją post-rockowej psychodelii. Na chwile schodzą w mrok, po czym znów wystawiają gorejące twarze ku słońcu. Kołyszą się na wdechu, medytują, ale cały czas dorzucają do ognia zaskakujące frazy. Już po upływie dwudziestej minuty dają kilka razy do wiwatu, po czym zaczynają spoglądać w stronę napisów końcowych. Jeszcze tylko mocny, kilkudziesięciosekundowy wydech i czas na zasłużone oklaski.

 


Spinifex Maxximus (TryTone Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy, Bart Maris - trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders - gitara, Gonçalo Almeida - kontrabas, Philipp Moser – perkusja oraz gościnnie Jessica Pavone - altówka, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Evi Filippou – wibrafon, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 70 minut.

Ze Spinifexem jesteśmy na dobre i na złe od lat, zwłaszcza od momentu ich fantastycznego koncertu na spontanicznym wydarzeniu w zachodniej Polsce. Albumy wydają regularnie, czasami poszerzając skład i nazywając się Spinifex Maxximus. Do nagrania najnowszej płyty doprosili dalece kameralnie usposobione towarzystwo, stąd i muzyka formacji uległa pewnemu przeobrażeniu. Nie jest krwiście jazz-rockowa, bywa częściej zadumana i melancholijna. No i nasz ulubiony portugalski artysta gra tym razem na kontrabasie, nie zaś na gitarze basowej.

Album zawiera wyłącznie wielominutowe kompozycje, które usiane są narracyjnymi i improwizacyjnymi zdobieniami, niczym komnaty Wersalu za czasów Ludwika XIV. Utwór otwarcia pachnie nawet trzecim nurtem, ale puenta zdaje się być free jazzowa. Na etapie dojścia podobać się mogą mnożące się, jakże kolektywne improwizacje. W drugim utworze warto zwrócić uwagę na dynamiczny, funkowy początek, z kolei w trzecim na świetnie wypolerowane ostrze kontrabasowego smyczka. W czwartej szczególnie lśni finałowy galop ozdobiony świetną ekspozycją gitary, a w piątej, odrobinę zbyt długiej opowieści, introdukcja smakuje wyrafinowanym dark chamber. Wreszcie finałowa kompozycja, tu kontrabasisty, dająca przewrotnym tytułem przyzwolenie na granie fałszywych nut, udanie podsumowuje ten niekiedy przeładowany pomysłami album. Szczególnie podobać się może jego zakończenie, które przywołuje w pamięci uroczo pogmatwaną rytmikę Ghost Trance Music Anthony’ego Braxtona.

  


Jérémie Ternoy Trio Survol à basse altitude (Circum-Disc, CD 2025)

Studio-Ronchin, maj 2025: Jérémie Ternoy – fortepian, Nicolas Mahieux – kontrabas oraz Charles Duytschaever – perkusja. Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszej przygody z nowościami album artysty, który od lat współtworzy wyśmienite trio TOC, gdzie na ogół grywa na elektrycznych instrumentach klawiszowych, siejąc psychodeliczne spustoszenie. Tu zaglądamy do albumu jego autorskiego tria, które stylistycznie sadowi się na obrzeżach jazzu środka. Z punktu widzenia wielbicieli soczystego free impro, to pozycja trochę zbyt przewidywalna, jakkolwiek może ona zadowolić fanów The Necks, do którego udanie nawiązuje szczególnie w dwóch pierwszych utworach.

Rzeczony początek albumu, to rytm szyty perkusyjnymi szczoteczkami, neoklasyczną melodyką piana i czupurnym kontrabasem, który chętnie staje w poprzek narracyjnej praworządności. Zdaje się, że często stosowana tu progresywna motoryka basu i perkusji, to jeden z ciekawszych walorów tego tria. Zdecydowanie więcej oczekiwalibyśmy od lidera, kompozytora i pianisty. Ten zdaje się czerpać radość z pławienia się w odmętach łagodnych melodii i niewyczerpujących, solowych ekspozycji. Dwa pierwsze utwory budzą tu doprawdy duże nadzieje, z kolei dwie ostatnie post-ballady grzebią je w muzycznym banale.

 

 


piątek, 23 lutego 2024

Christian Marien in quartet and trio!


Berlińskim perkusistą i perkusjonalistą Christianem Marienem zachwycamy się już od dłuższego czasu, na ogół przy okazji jego artystycznych aktywności czynionych wraz z puzonistą Matthiasem Müllerem w ramach ich definitywnie cudownego duetu Superimpose. Wiele ciepłych słów poświęciliśmy mu także przy okazji jego solowej płyty The Sun Has Set, the Drums Are Beating. Muzyk wszakże swymi aktywnościami i talentami wypełnia nie tylko przestrzeń europejskiej muzyki swobodnie improwizowanej, ale jest także ważnym podmiotem wykonawczym sceny jazzowej i całkiem zgrabnym kompozytorem w obrębie tego jakże szeroko rozumianego gatunku.

Wspomniany duet Superimpose gościł w poznańskim Dragonie na początku stycznia, znów wbił nas w ubitą ziemię jakością swojej improwizacji, a sam Marien pozostawił w odtwarzaczach redakcji dwie nowe płyty. Obie doskonale prezentują jego najbardziej współczesne dokonania na niwie jazzu, wsparte jego licznymi kompozycjami. Najpierw sięgamy zatem po jego flagowy, imienny Quartett, potem po kolektywne trio o nazwie własnej I Am Three, które po części także bazuje na jego kompozycjach. Dwie świeże plyty, obie datowane na rok bieżący i mnóstwo soczystych, jazzowych, niekiedy free jazzowych eskapad. I równie bogaty pakiet jakże bystrych scenariuszy Mariena.




Quartett

W kwartecie Mariena odnajdujemy bardzo dobrze lub dobrze znanych nam artystów – gitarzystę Jaspera Stadhoudersa, saksofonistę i klarnecistę Tobiasa Deliusa oraz kontrabasistę Antonio Borghiniego. Album zawiera siedem utworów - sześć z nich, to dzieła perkusisty, a jedno, centralnie posadowione na płycie, to dzieło wspólne, zatem istnieje duże prawdopodobieństwo, iż jest nagraniem w pełni improwizowanym.

Słowo się rzekło, trzy pierwsze kompozycje Mariena pięknie wprowadzają nas w klimat nagrania. Melodyjne, rytmiczne, często dynamiczne tematy, na ogół podawane kolektywnie, stanowią tu gem otwarcia dla rozbudowanych improwizacji, też prowadzonych w skończonej liczbie przypadków wspólnymi siłami. Pierwsza część nie dość, że efektownie swinguje, to zdaje się mieć na poły latynoski sznyt, doprawiony afrykańską polirytmią. Czuć w każdym dźwięku, w każdej pojedynczej frazie, iż drummer jest tu kreatorem głównym spektaklu. W drugiej odsłonie pojawia się klarnet i mandolina, a opowieść, zwłaszcza w swej początkowej fazie, toczy się w dostojnym tempie i wyszukanej, niekiedy melancholijnej melodyce. O kameralny posmak dba kontrabasowy smyczek, a puentą nagrania są rytmiczne łamańce perkusisty, które dodatkowo stymulują jakość ekspozycji. W trzeciej części mamy progresywny, prosty rytm, który podprowadza muzyków pod wyjątkowo intrygującą fazę środkową, upstrzoną mnóstwem świetnych interakcji, czynionych w procesie nad wyraz swobodnych improwizacji. Gdy tempo rośnie dostajemy się wir solowej ekspozycji gitarzysty, prowadzonej przy wsparciu gęsto frazującej sekcji rytmu.

Czas na anonsowaną część czwartą, najdłuższą, pozbawioną tematu przewodniego, doposażoną w zadaną strukturę i ogrom przestrzeni na kolektywne improwizacje. Skupiony początek bazuje na brzmieniu smyczka, lekkiej, ale od startu dynamicznej perkusji i post-psychodelicznych wyziewach gitarowych. Narracja jest tu wyjątkowo bogata w wydarzenia, zwroty akcji, ale i brzmieniowe subtelności. Delius pracuje zarówno na saksofonie, jak i klarnecie, także Stadhouders korzysta z obu swoich narzędzi pracy. Tempo faluje, ale w fazie finałowej jest wysokie, znów stemplowane kreatywnością perkusisty. Pod koniec utworu mamy wrażenie, że muzycy łapią nieco bluesowego klimatu, bystrze kontrapunktowanego preparacjami gitarzysty. Definitywnie crème de la crème całego albumu.

W trzech finałowych kompozycjach Mariena także odnajdujemy mnóstwo smaczków i punktów recenzenckiego zaczepienia. Utwór piąty zdecydowanie koi emocje po kluczowej części czwartej. Drżące talerze, semicka zaduma klarnetu, melancholijna mandolina - oto ballada smutku, która na etapie rozwinięcia nabiera pięknej nerwowości, znów nie bez bluesowego posmaku. Szósty utwór osnuty jest wokół figury post-funkowej. Kompulsywny rytm, połamane frazy jakby czekające na melodyjny motyw przewodni, który wyznaczy kierunek dalszej podróży. Tuż po jego prezentacji kwartet rusza w taniec, tak jak w części pierwszej z latynoskim temperamentem, podpartym polirytmiczną fakturą. Ów fast post-swing daje przestrzeń do improwizacji także na etapie przyśpieszenia! Emocje buzują, choć zdają się być pod pełną kontrolą każdego z muzyków. Finałowy utwór niesie ze sobą pokaźny wachlarz atrybutów farewell song – garść preparacji, trochę mrocznego wzdychania, klarnetowe trwogi, leniwe, gitarowe akcje perkusjonalne i delikatny groove, rodzący się na gryfie basu. Końcową melodię dostarcza tu klarnecista, który skutecznie zachęca do śpiewu pozostałych uczestników tego szalonego przedsięwzięcia.



 

I Am Three

Zgodnie z nazwą własną (i zabawnym kolażem na okładce) mamy tu jedno artystyczne ciało zlepione z saksofonistki Silke Eberhard, trębacza Nikolausa Neusera oraz naszego głównego bohatera na perkusji. Artyści przygotowali na potrzeby trzeciego albumu formacji aż jedenaście kompozycji, których autorstwem podzielili się w następujący sposób – dwie, to dzieła saksofonistki, cztery trębacza i pięć perkusisty. Zgrabne, nieprzegadane opowieści, trwające na ogół od trzech do pięciu minut, szyte są open jazzowym ściegiem, a w głowie recenzenta budzą dobre skojarzenia z dokonaniami nowojorskiego tria Barondown sprzed trzech dekad, dowodzonego przez świetnie nam znanego Joey’ego Barona, a bazującego na kooperacji perkusji z dwoma dęciakami.

Wesoły, durowy temat podają tu najczęściej saksofon i trąbka, a ekspresyjna, ciekawie poukładana rytmicznie perkusja niesie ich do samego nieba. Tematy są oczywiście tylko pretekstem do improwizacji, ale w tej sferze muzycy nie zwykli popadać w nadmiar ekspresji. Świetnie ze sobą kooperują, często wpadają w udane imitacje, jedynie w kilku krótkich fragmentach zdają się ciągnąć opowieść samotnie, tudzież bardziej w swoją stronę. Robota perkusisty znów świetna – perfekcyjnie dba o dramaturgię, strukturę, brzmienie, wreszcie odpowiedni poziom emocji! Na tak dynamicznej formule oparta jest pieśń otwarcia, a także czwarta, siódma i dziesiąta ekspozycja.

Po efektownym starcie albumu, w drugiej opowieści zwraca uwagę brzmienie obu dęciaków, pogrążone w pogłosie, jakby oba instrumenty wyśpiewywały wyjątkowo rozmarzone melodie. Drummer dyktuje tempo, trąbka i saksofon dyskutują o mglistej aurze poranka. W części trzeciej odnotowujemy lekko zabrudzone brzmienie trąbki, na której zdaje się spoczywać ciężar introdukcji, z kolei saksofon realizuje tu krótką partię solową. Na koniec muzycy zwalniają i sieją garść preparowanych fraz. W części piątej instrumenty dęte snują zstępujące, post-melodyjne drony. Wystarczy jednak kilka akcji perkusji, by opowieść nabrała stosownego tempa, kreując przy okazji przestrzeń dla efektownych improwizacji, szczególnie w fazie środkowej utworu. Szósta opowieść zwie się adekwatnie Fast-slow. Melodie, preparacje i permanentne kombinowanie z rytmem i tempem, to podstawowe elementy tej intrygującej układanki. Także opowieść ósma nie stawia na wysokie tempo, przypomina post-balladę z dobrze zarysowaną linią melodyczną. Część dziewiąta szyta jest prawdziwie ognistą synkopą w półgalopie, ale w fazie rozwinięcia muzycy sięgają po to, co najlepsze – najpierw dużo leniwych, cedzonych fraz na wdechu, potem efektowne pyskówki na niezłej dynamice. Album wieńczy utwór, który podobnie jak część druga, budowany jest na sporym dysonansie, zarówno w zakresie tempa, jak i intensywności frazowania. Marien podaje tu gesty, dudniący drumming groove, z kolei trąbka i saksofon w swoim, na poły niespiesznym rytmie, budują skromne, melodyjne opowieści, znów chętnie zanurzając się w pogłosie.

 

Christian Marien Quartett How long is now (MarMade Records, CD 2024). Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, mandolina, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Nagrane w Studio Zentri Fuge, Berlin, 2023. Siedem kompozycji, 51 minut.

I Am Three In Other Words (Leo Records, CD 2024). Silke Eberhard – saksofon altowy, instrumenty perkusyjne, Nikolaus Neuser – trąbka oraz Christian Marien – perkusja. Nagrane w RecPublica Studios, Łubrza, Polska, 2023. Jedenaście kompozycji, 37 minut.




poniedziałek, 8 stycznia 2024

Superimpose na dobry początek Spontaneous Live Series 2024


(informacja prasowa)

 

Zapraszamy na pierwszy tegoroczny koncert w ramach cyklu "Spontaneous Live Series", organizowanego przez Dragon Social Club i Trybunę Muzyki Spontanicznej. W roli wprowadzających w kolejne dwanaście miesięcy na scenie improwizowanej Poznania wystąpią artyści z Berlina – puzonista Matthias Müller i perkusista Christian Marien. Świetnie wiemy, iż od kilkunastu lat tworzą oni niepowtarzalny duet Superimpose. Koncert odbędzie się w najbliższy piątek o godzinie 20.00.



 

Oczywiście Müller i Marien znani są z wielu innych przedsięwzięć na europejskiej scenie muzyki kreatywnej, ale zdaje się, że ich nieśmiertelny duet jest zjawiskiem najdonioślejszym. Superimpose ma w dorobku pięć albumów (w tym jeden potrójny), a ostatni z nich został zarejestrowany … w poznańskim Dragon Social Club. Duet był bowiem gościem specjalnym 5. edycji Spontaneous Music Festival w roku 2021 i świętował wówczas swoje piętnaste urodziny. Z pewnością wszyscy pamiętamy ów niesamowity koncert, który wieńczył ówczesną edycję imprezy. W kilka dni później Trybuna Muzyki Spontanicznej symultanicznie z Jazzarium.pl tak pisała o tym wydarzeniu:

Finał piątego spontanicznego festu zaczął się tuż przed godziną 22-ą czasu środkowoeuropejskiego. Na scenie świętujący swoje 15-lecie duet Superimpose - Matthias Müller (puzon) oraz Christian Marien (perkusja). Bijąca stopa bębna basowego, pierwsze pomruki buchającego zimnym powietrzem puzonu. Narracja budowana niczym piramida kart, wymagająca ogromnej precyzji, ale nienarażona na katastrofę. Po 20-25 minutach, w trakcie trwającej nieprzerwanie improwizacji, niemal niespostrzeżenie do duetu dołączyli - Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna) oraz Witold Oleszak (perkusja). Dwaj ostatni weszli do świata Superimpose, jakby byli jego częścią całe piętnaście lat, a może i dłużej. Przynieśli dodatkową porcję własnych dźwięków, o niemal metafizycznej kruchości, ale definitywnie nieśmiertelnych. Wspaniały koncert, gigantyczne zwieńczenie trzech dni ciężkiej pracy, po obu stronach sceny.

Z całym koncertem w ujęciu dźwiękowym można zapoznać się pod poniższym adresem:

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-011

 

Spontaneous Live Series Vol. 55

12 stycznia 2024, Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godzina 20.00

SUPERIMPOSE:

Matthias Müller - puzon

Christian Marien – perkusja

 

Patronat medialny - Radio Afera https://www.afera.com.pl/

Partner koncertów - Moon Hostel Poznań

Bilety on-line: https://kbq.pl/116780

 

*****

Matthias Müller (ur.1971, Zeven, Niemcy) - zaczął grać na puzonie w miejscowym chórze dętym w wieku 10 lat. Studiował grę na puzonie jazzowym w Folkwang Hochschule w Essen, gdzie stawiał również pierwsze kroki w muzyce improwizowanej. Jego pierwsza płyta „Bhavan”, która została wydana w 2004 roku, została wyprodukowana przez muzyka i dziennikarza z Chicago, Johna Corbetta. W tym samym roku muzyk przeniósł się do Berlina i od tego czasu regularnie gra z uznanymi na całym świecie improwizatorami, takimi jak John Edwards, Mark Sanders, George Lewis, Johannes Bauer, Jeb Bishop, Tobias Delius, Olaf Rupp, Sofia Jernberg, Eve Risser, John Butcher, Nate Wooley, Clayton Thomas, Michael Vorfeld, Axel Dörner i wielu innych. Jest członkiem 24-osobowego improwizatorskiego zespołu „Splitter Orchester”, a także członkiem „Niemiecko-Francuskiego Jazzensemble” pod dyrekcją Alberta Mangelsdorffa. Ponadto Müller działa również na polu muzyki współczesnej i pisze muzykę do utworów teatralnych i tanecznych. Zwiedził Afrykę, Azję, Australię, Amerykę Północną i wiele krajów w Europie, grając na wielu festiwalach i wydając ponad 50 płyt z własnymi projektami, w tym solowy spektakl we własnej wytwórni „MaMüMusic“. Jego styl gry charakteryzuje się niezwykłą gamą niekonwencjonalnych i częściowo samodzielnie opracowanych technik, które rozciągają granice brzmienia i improwizacji, pozostając wiernym procesowi muzycznemu.

https://matthiasmueller.bandcamp.com/

http://matthiasmueller.net/

Christian Marien (ur. 1975, Münster/Niemcy) - aktywny gracz na berlińskiej scenie jazzowej i improwizowanej. Marien prowadzi swój własny „Christian Marien Quartet” (feat. Tobias Delius, Antonio Borghini i Jasper Stadhouders) oraz współprowadzi zespoły i projekty: Superimpose, The Astronomical Unit, I Am Three oraz Ritsche, Zast & Marien. Ponadto jest stałym członkiem wielu innych grup: Z-Country Paradise, Hannes Zerbe Jazz Orchester i Derek plays Eric. Często dzieli scenę z tak znanymi muzykami, jak Frank Gratkowski, Maggie Nicols, Matthias Schubert, Sofia Jernberg, Achim Kaufmann, Gebhard Ullmann czy John Butcher.

https://christianmarien.bandcamp.com/

 


wtorek, 3 stycznia 2023

Spontaneous Live Series 009-011: sweet memories from 5th Spontaneous Music Festival 2021!


Pośród jedenastu setów Spontanicznego Festiwalu roku 2021 cztery wydały się szczególnie intrygujące już w momencie obcowania z nimi na żywo. Po żmudnym procesie decyzyjnym, poprzedzonym bezkrwawymi konsultacjami społecznymi, zostały one ostatecznie wybrane i skierowane do produkcji. W trakcie ostatniej edycji spędu miłośników wolnej improwizacji trzy albumy z owymi czterema setami miały swoją światową premierę. Dziś zaglądamy do środka każdej z szarych kopert z niemal bliźniaczymi napisami i sprawdzamy, jakie dźwięki zostały wygrawerowane na czarnych od smoły dyskach kompaktowych.



 

Spontaneous Live Series 009: Guilherme Rodrigues's Spontaneous Ensemble and Trio

Guilherme Rodrigues – wiolonczela, Marcelo Dos Reis – gitara elektryczna (utwór 1), gitara akustyczna (2, 3), Anna Jędrzejewska - elektronika (1), fortepian (2, 3), Wojtek Kurek - perkusja (1), Witold Oleszak - fortepian (1), Paweł Doskocz – gitara elektryczna (1), Michał Giżycki – klarnet basowy (1) oraz Ostap Mańko - skrzypce (1). Trzy improwizacje, 58:39.

Na początek oktet! Wiolonczela wybija inicjacyjny rytm, elektronika wysyła wilgotne fale, struny skrzypiec i tuba klarnetu oddychają, coś rezonuje, a drobiny prądu elektrycznego snują się po gryfach gitar – plejada drobnych, rwanych fraz zaczyna formować się w strumień powolnej narracji bez zbędnej zwłoki. Pierwsze preparowane dźwięki śle piano, skrzypce mimowolnie śpiewają, a coraz więcej akcji może liczyć na bystre reakcje. Jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki narracja nadyma się zimnym powietrzem, co zdaje się zwiastować pierwszą burzę tego wieczoru. Kulminacja jest jednak pozorna, muzycy czuwają bowiem kolektywnie nad poziomem emocji. Strumień żywych dźwięków skrzy się coraz większą liczbą preparowanych fraz, podczas gdy elektronika buduje echo, stoi w miejscu i szeleści. Każdy z instrumentów zdaje się teraz szukać dla siebie właściwego pasma transmisji dźwięku. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty improwizacja przypomina małe crescendo, którego końcową fazę zdobi pierwsza bardziej aktywna akcja perkusisty. Flow pnie się jednak dalej ku górze – cello śpiewa pod smyczkiem, gitary atakują ogniem rozproszonym i dopiero zdecydowania reakcja piana sprawia, że narracja wchodzi w długo oczekiwaną fazę wytłumienia. Kameralny klimat łapania oddechu dość niespodziewanie nabiera tu filigranowego rytmu. Strunowce repetują, gitary sieją mały zamęt, a drummer tyczy dalszy szlak podróży. Jeszcze tylko kilka mocniejszych uderzeń w klawiaturę i narracja długo przed upływem dwudziestej minuty wpada w kompulsywny free jazz. Dziki taniec trwa tu kilka minut, a tym, który gasi ów urokliwy pożar jest aktywny dramaturgicznie pianista. Faza uspokojenia koncertuje się teraz na frazach preparowanych i ekspozycjach dronowych. Z jednej strony krótkie, rwane półdźwięki, z drugiej oddech backgroundu, który wydaje się lepki od potu. Po niedługim czasie narracja znów zdaje się nabierać powietrza w płuca. Strunowe riffy i klarnetowe podmuchy piętrzą się dłuższą chwilę, po czym, jakby bez walki poddają się dominacji gitary, która sprytnie gasi emocje. Improwizacja zdecydowanie wchodzi teraz w fazę przedfinałowych pulsacji i dramaturgicznych rozterek. Mniej lub bardziej skondensowane porcje dźwięków, z gitarami na czele pochodu, dość szybko znajdują końcową ciszę.

A teraz trio! Otwarcie spoczywa na barkach wiolonczeli, która sprytnie nawiązuje do klimatu poprzedniego seta. Tymczasem gitara stoi w blokach startowych, a piano stawia na minimalizm. Wzajemne szukanie się artystów na scenie nie trwa jednak zbyt długo. Kameralna nieśpieszność dodaje uroku, ale nie odbiera szansy na budowanie czegoś bardziej interaktywnego. Nim to jednak nastąpi, muzycy proponują garść preparowanych, łamanych kołem zębatym dźwięków, pełnych rezonansu i strunowych westchnień, które definitywnie zdobią opowieść, a może i cały dysk. Sygnał do budowania bardziej zwartej narracji daje tu pianistka, która powtarza kilka fraz. Potem buduje flow na klawiaturze, pod który podłączają się rozśpiewane cello i gitara, która szuka rytmu. Wszyscy idą teraz na szczyt, który osiągają w okolicach dziesiątej minuty. Przez moment każdy instrument wydaje się tu być zbrojnym ramieniem perkusji. Uspokojenie realizuje się w chmurze mglistych i szeleszczących dźwięków, usytuowanych w bezpośredniej bliskości ciszy. Nowy wątek improwizacji klecony jest z drobnych interakcji, które w mgnieniu oka formują się w całkiem efektowną kulminację. Dynamika, świetne reakcje, klimat gitarowego post-flamenco – ogień ekspresji króluje na scenie do końca siedemnastej minuty, po czym gaśnie wprost w ramiona post-klasycznych, pięknych fraz ze strony każdego instrumentu. Nim improwizacja dokona swojego żywota, wiolonczelista zejdzie jeszcze nisko na kolanach, a pianistka odnajdzie na klawiaturze kilka jakże adekwatnych sekwencji. Dogrywka tria trwa niecałe pięć minut budując piękne, melodyjne emocje jakby mimochodem. Wiolonczela śpiewa, a piano preparuje lub pracuje na klawiaturze, wszystko czyniąc w duchu kompulsywnego minimalizmu. Z kolei gitara dba o dramaturgię, kąsa rockowym nerwem i koncertuje się na warstwie rytmicznej tej jakże piosenkowej improwizacji. Ów nieco zaskakujący finał zdaje się urokliwie reasumować wyczyny muzyków w trakcie całego albumu.



 

Spontaneous Live Series 010: Matthias Müller, Witold Oleszak, Peter Orins, Paulina Owczarek

Paulina Owczarek – saksofon altowy, Matthias Müller – puzon, Witold Oleszak – fortepian oraz Peter Orins – perkusja, instrumenty perkusyjne. Dwie improwizacje, 40:50.

Najpierw set zasadniczy! Mała, leniwa gra rozpoznawcza – dęte szumy, półśpiewy, gołe struny piana i szemrzące przedmioty na werblu – nie trwa tu zbyt długo. Muzycy czują zew, znają się w podgrupach, choć w kwartecie tracą właśnie dziewictwo. Już po czterech minutach dęte stwory zaczynają kręcić skromne pętle post-jazzu, a perkusja i piano rozbudowują się na backgroundzie. Kompatybilna i kolektywna improwizacja ma tu swoje drobne incydenty indywidualne – raz puzon idzie na wzgórze, innym razem alt rozdmuchuje duszne powietrze sali koncertowej, z kolei piano błyszczy matowymi strunami, a perkusjonalne akcesoria rezonują. Każda minuta zdaje się tu przemycać magiczne drobiazgi, chwile akustycznych uniesień. Całość nabiera pewnej meta dynamiki po przekroczeniu dziesiątej minuty. Kreacja dramaturgii idzie tu ze strony piana i perkusji, z kolei dęte stawiają stemple czułości i emocjonalnych onomatopei. Narracja nieco tanecznym krokiem wspina się na wzgórze, na które dociera w okolicach 17 minuty. Bierze wtedy głęboki oddech dzięki ciężkiej pracy rezonującego talerza. Nowy wątek inicjuje puzon, a w dziele kreacji wspierają go szczoteczki perkusji i garść matowych, tajemniczych fraz z głębi fortepianowego oceanu. Gra toczy się teraz na mikro frazy – ledwie muskane młoteczki, głaskane dysze, nano-perkusjonalia, szumy i puste westchnienia. Bliskie spotkanie z ciszą inicjuje pianista, reszta stąpa na palcach, pełna strachu przed wydaniem dźwięku. Improwizacja zaczyna wykluwać się z mroku w okolicach 25 minuty. Subtelna dynamika idzie od strony perkusji. Każdy instrument zdaje się tu mieć własne tempo, ale cztery strumienie fonii kleją się do siebie perfekcyjnie. Pierwszy do lotu wzbija się tu puzon. Alt śpiewa, piano stawia na dynamikę, a perkusja na intensywność. Brama ekspresyjnego free jazzu została właśnie otwarta! Tymczasem improwizacja zaskakująco przybiera postać dętego duetu. Perkusista po chwili wraca na samych talerzach, z kolei pianista drży głębią pudła rezonansowego. Opowieść nie szuka już jednak emocji, powoli układa się do snu. Umiera na samej klawiaturze, tulona szumiącą tubą altu i drżeniem werbla.

A teraz encore! Taniec short-cuts, niczym Jezioro Łabędzie po kilku głębszych! Wszystko zaziębia się w mgnieniu oka – subtelności mikro preparacji, ciepło klawiatury, garść emocji na werblu i w tubach. Artyści w pośpiechu szukają kantów i zadziornych fraz, gęstnieją jak na zawołanie. Kręcą finałową pętlę, sycąc ją ognistymi płomieniami. Melodie, powtórzenia, rytm i nieskończone połacie emocji. Free jazzowa kipiel zakończenia zostaje ugaszona jednym spojrzeniem.



 

Spontaneous Live Series 011: Superimpose with Witold Oleszak and Marcelo dos Reis

Matthias Müller – puzon, Christian Marien – perkusja, instrumenty perkusyjne, Witold Oleszak - fortepian (od 21:12) oraz Marcelo dos Reis – gitara elektryczna (od 21:12). Dwie improwizacje, 40:11.

Set główny, w połowie którego duet staje się kwartetem! Pierwsze minuty koncertu, to prawdziwa mantra minimalizmu. Najpierw samotna stopa na bębnie basowym – bije jednostajny, powolny rytm, wypełniony kilogramami ciszy. Pierwsze oddechy puzonu następują po upływie półtorej minuty. Wtedy to perkusja dokłada kilka dodatkowych mikro fraz. Narracja z czasem nabiera powietrza, a może je tylko wypuszcza puzonowymi wentylami. Wieje umiarkowany wiatr, delikatnie kropi deszcz. Po upływie 5 minuty puzonista rozpoczyna bardziej zwartą, po części dronową ekspozycję. Podobnie rzecz ma się z perkusistą, który poleruje glazurę werbla … kostką styropianu. Po kolejnych trzech minutach artyści na moment stają w zupełnej ciszy, po czym rozpoczynają budować nowy wątek. Długie wydechy, skromny drumming, kłębowisko kurzu, tupot mew o pusty pokład. Opowieść nabiera jednak pewnej wewnętrznej dynamiki, przypomina teraz parowóz, który sapie na podjeździe. Po kolejnych kilku minutach flow znów szuka ciszy i przechodzi w fazę obustronnych preparacji - hydraulika, wulkanizacja, chmury rezonującej blachy i metalu. Narracja z oporami pnie się jednak ku górze – w tubie puzonu zagnieździł się jakiś ptak, na werblu piszczą tajemnicze przedmioty. Nim muzycy osiągną szczyt, wydadzą jeszcze z siebie kilka kompulsywnych okrzyków, które przypominają syrenę alarmową, po czym wejdą w tryb pełnowymiarowej narracji. W okolicach 20 minuty przestępują do fazy dramaturgicznego spowolnienia, która z pewnością jest już próbą przygotowania się dwójki muzyków na wizytę gości na scenie. Gitarzysta i pianista wchodzą w suchą magmę narracji i wydają kilka nieśmiałych dźwięków. Gitara dudni, śle garść flażoletów, piano liczy struny, a gospodarze spektaklu głęboko oddychają i szeleszczą. Po wybiciu 25 minuty cała czwórka bierze się do roboty! Pianista szarpie za struny, ale nie zapomina o klawiaturze, gitarzysta preparuje, ale łaknie też bazy dla rozwoju bardziej linearnej opowieści, puzonista wypatruje melodii i wydaje się być na delikatnym rozdrożu, z kolei perkusista preparuje i w ślad za gitarzystą szuka podwalin pod bardziej rytmiczną opowieść. Gdy puzon w końcu decyduje się na bardziej energiczny ruch, improwizacja od razu dostaje wiatru w żagle. Muzycy dynamizują swoje działania, ale nie idą na szczyt. Każdy dokłada teraz od siebie ziarenko złota, a całość efektownie wpada w polirytmię. Śpiewy, westchnienia, meta dynamiczne sploty zdarzeń sięgają narracyjnego punktu przegięcia, po czym wyjątkowo efektownie gasną w ciszy.

No i encore! Na początek plejada drobnych, klawiszowych fraz, które płyną dość matowym strumieniem. Gitarzysta szoruje struny, perkusista kłębi się w sobie, a puzonista po chwili zawahania zanosi się śmiechem i podrywa kolegów do lotu. Opowieść gęstnieje w ułamku sekundy, rysując połamane, kanciaste bohomazy ekspresji. Potem formuje się w taneczny szyk i jeszcze przed upływem szóstej minuty, bystrym cięciem skalpela, wpada wprost w burzę oklasków.

 

Wszystkie dźwięki zostały zarejestrowane w dniach 1-3 października 2021, w trakcie piątej edycji Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań, Polska. Wszystkie płyty dostępne są w formacie CD, Spontaneous Music Tribune, 2022.



czwartek, 13 października 2022

Jesienne premiery płytowe Spontaneous Live Series!


(informacja prasowa)


Szósty Spontaneous Music Festival zakończył się w poznańskim Dragonie w minioną sobotę. W jego trakcie, zgodnie już z kilkuletnią tradycją, miała miejsce światowa premiera nowych albumów w ramach cyklu „Spontaneous Live Series”. Ta seria wydawnicza z muzyką improwizowaną dokumentuje koncerty, jakie odbyły się w trakcie kolejnych edycjach wspomnianego festiwalu. Skoro zakończyliśmy właśnie edycję anno domini 2022, to na płytach cyklu swą premierę miały nagrania z roku poprzedniego, zatem powstałe w trakcie „Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival 2021”.

Na trzech wolumenach - 009, 010 i 011 - znalazły się cztery sety ubiegłorocznego festiwalu. Czy najlepsze, najciekawsze, to już subiektywna ocena publiczności. W opinii wszakże wydawcy i współtwórcy Festiwalu, na płytach słyszymy właśnie to, co na deskach Dragona było najbardziej frapujące, godne uwagi i upamiętnienia na trwałym nośniku.

Co dokładnie działo się na trakcie owych czterech setów, które miały miejsce od 1 do 3 października 2021 roku i utrwaliły się na najnowszych płytach „Spontaneous Live Series”, przypomnimy sobie sięgając po festiwalową relację sprzed roku, zamieszczoną zarówno na łamach Jazzarium.pl, jak i Trybuny Muzyki Spontanicznej.  



 

Spontaneous Live Series 009

Dziewiąty album serii zawiera dwa festiwalowe sety. W pierwszej kolejności, to ponad półgodzinny występ Spontaneous Ensemble w składzie: Guilherme Rodrigues (wiolonczela), Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna), Anna Jędrzejewska (elektronika), Wojtek Kurek (perkusja), Witold Oleszak (fortepian), Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Michał Giżycki (klarnet basowy) oraz Ostap Mańko (skrzypce). Na krążku znajdujemy także set tria, uformowanego przez muzyków współtworzących wyżej wspomniany oktet: Guilherme Rodriguesa (wiolonczela), Marcelo Dos Reisa (gitara akustyczna) oraz Annę Jędrzejewską (fortepian).

„Muzycy nie korzystali (…) z jakichkolwiek notacji, powiedzieli do siebie ledwie kilka słów przed występem. Sam Guilherme w zasadzie wskazał tylko na jeden ważny aspekt luźno zaplanowanej improwizacji – wszyscy mamy się intensywnie słuchać! Efekt był wszakże wspaniały. Ośmioro muzyków grało wedle wewnętrznego porządku, nigdzie niezapisanego - dźwięki płynęły gęstym strumieniem prosto z ich zwojów mózgowych, splecionych niebywale intensywną, artystyczną empatią. Improwizacja początkowo stawiała na kameralne frazy, na pewien minimalizm, ale wielokrotnie w trakcie 35-minutowego seta uciekała w efektowne, gorące, niemal ogniste erupcje emocji. (…) Trio zaprowadziło nas do krainy zmysłowej free chamber music (…). Mistrzowska dramaturgia, fantastyczne, akustyczne brzmienia, no i ten błysk narracyjnej perfekcji, szczególnie ze strony pianistki.”



 

Spontaneous Live Series 010

„Festiwalowa sobota zaczęła się od trzęsienia ziemi, a potem było jeszcze goręcej. Wedle spontanicznych reguł tej imprezy – najpierw składy „ad hoc”, a zatem złożone z muzyków, którzy grali ze sobą po raz pierwszy. Na początek taki oto kwartet - Paulina Owczarek na saksofonie altowym, Peter Orins na perkusji, Matthias Müller na puzonie i Witold Oleszak na fortepianie. Muzycy ci znają się dobrze, grali ze sobą w kilku układach duetowych, ale nigdy w takim kwartecie. Koncert wyniósł publiczność do samego nieba swoją swobodną, kosmicznie rozhulaną improwizacją. Co najbardziej intrygujące, szczególnie zazębiające się akcje biegły wprost od dwójki muzyków, którzy spotkali się na scenie z pewnością po raz pierwszy – od perkusisty i pianisty.”

 


Spontaneous Live Series 011

„Finał piątego spontanicznego festu zaczął się tuż przed godziną 22-ą czasu środkowoeuropejskiego. Na scenie świętujący swoje 15-lecie duet Superimpose - Matthias Müller (puzon) oraz Christian Marien (perkusja). Bijąca stopa bębna basowego, pierwsze pomruki buchającego zimnym powietrzem puzonu. Narracja budowana niczym piramida kart, wymagająca ogromnej precyzji, ale nienarażona na katastrofę. Po 20-25 minutach, w trakcie trwającej nieprzerwanie improwizacji, niemal niespostrzeżenie do duetu dołączyli - Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna) oraz Witold Oleszak (perkusja). Dwaj ostatni weszli do świata Superimpose, jakby byli jego częścią całe piętnaście lat, a może i dłużej. Przynieśli dodatkową porcję własnych dźwięków, o niemal metafizycznej kruchości, ale definitywnie nieśmiertelnych. Wspaniały koncert, gigantyczne zwieńczenie trzech dni ciężkiej pracy, po obu stronach sceny.”

 

Wydawcą cyklu „Spontaneous Live Series” jest Trybuna Muzyki Spontanicznej. Wszystkie albumy ukazują się w formie tłoczonych w regularny sposób CD.

Wszystkie krążki są dostępne. Zapytaj wydawcę, nawet na tej stronie!



 

niedziela, 19 czerwca 2022

Jasper Stadhouders i Christian Marien w Dragonie, w ramach 30. edycji Spontaneous Live Series!


(informacja prasowa)

 

Seria koncertowa organizowana przez Trybunę Muzyki Spontanicznej oraz poznański Dragon Social dobrnęła do trzydziestej edycji. Zwie się „Spontaneous Live Series”, gromadzi entuzjastów muzyki improwizowanej już czwarty rok, a na swoje jubileuszowe spotkanie przygotowała nie lada gratkę!

Na scenie Dragona w najbliższy czwartek, 23 czerwca, spotkają się holenderski gitarzysta Jasper Stadhouders i niemiecki perkusista Christian Marien. Panowie, zaliczający się do różnych pokoleń artystów improwizujących, muzykują już ze sobą od pewnego czasu (Jasper m.in. jest stałym członkiem kwartetu Mariena), ale w formule duetowej grają od niedawna, a zaplanowany w Poznaniu koncert będzie ich trzecim spotkaniem. Jak twierdzą sami zainteresowani, po ich występie możemy spodziewać się dokładnie wszystkiego, całego oceanu improwizowanych dźwięków, ale także opowieści ustrukturyzowanych w formę kompozycji.



Jasper Stadhouders, mimo, iż kończy w tym roku dopiero 33 lata, jest ważnym elementem europejskiej (nie tylko!) sceny free jazzowej i muzyki swobodnie improwizowanej od ponad dekady. Świat poznał go bodaj w trio Cactus, w którym towarzyszył Johnowi Dikemanowi i Onno Govaertowi. Holender, mniej więcej w tym samym czasie, rozpoczął także współpracę w Kenem Vandermarkiem (w ramach kwartetu Made To Break, potem w innych, większych składach), a także z innymi tuzami sceny free impro, szczególnie w Holandii i Niemczech.

Muzyk gościł w Polsce już parę razy, a w samym Dragonie muzykował już trzykrotnie. Grał w sekstetem Spinifex, improwizował z Pawłem Doskoczem, a w roku 2020 był wolnym strzelcem w ramach „Degenerative 4. Spontaneous Music Festiwal”. Tu stał jednym z bohaterów imprezy - choć atakował z dalszych pozycji, niemal zawsze kończył swoje występy niesiony aplauzem dragonowej publiczności. Zagrał w dwóch triach ad hoc z muzykami polskimi i niemieckimi, był też bardzo ważnym elementem Electric Guitar Quintet i Degenerative Spontaneous Orchestra, które dyrygowane przez wenezuelskiego saksofonistę El Pricto okazały się najbardziej spektakularnymi wydarzeniami tamtej edycji spontanicznego festu.

Christian Marien, dziś muzyk 47-letni, związany jest głównie ze sceną niemiecką, a w szczególności berlińską. Jest stałym partnerem Matthiasa Müllera, z którym od 15 lat tworzy niebywały duet Superimpose. W Dragonie występował w rzeczonym duecie na ostatniej edycji Spontaneous Music Festival, muzykował także w Poznaniu z kwartetem Dalgoo. Perkusista wyjątkowy, wyczulony na niuanse brzmieniowe, świetnie budujący swoje narracje, artysta, który nie epatuje preparacjami, nie szuka za wszelką cenę nowych dźwięków, skupia się na pracy drummerskiej i czyni to doprawdy w sposób wyjątkowy.

Jasper Stadhouders, na swoich gitarach i mandolinie, zdaje się być muzykiem równie kreatywnym i wyjątkowym, jak Marien, zatem czwartkowego wieczoru w Dragonie nie powinien przeoczyć jakikolwiek miłośnik muzyki improwizowanej. Zapraszamy serdecznie!

 

Jasper Stadhouders & Christian Marien Duo - 23 czerwca 2022 roku, godz. 20.00; Dragon Social Club, Poznań, ul. Zamkowa 3 (Spontaneous Live Series, Vol. 30). Bilety – 30 zł (przedsprzedaż online), 40 zł w dniu koncertu.

 

Dla ciekawych dźwięków, linki do nagrań obu artystów:

https://paweldoskocz.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-007-el-pricto-electric-guitar-quintet-version-2020

https://daverempiscatalyticsound.bandcamp.com/album/icoci

https://christianmarien.bandcamp.com/album/christian-marien-solo-the-sun-has-set-the-drums-are-beating

https://matthiasmueller.bandcamp.com/album/superimpose

 

 

piątek, 11 marca 2022

Christian Marien! The Sun Has Set, the Drums Are Beating!


Niemiecki perkusista Christian Marien, wspaniała połowa równie wspaniałego duetu Superimpose, gościł w Polsce w ostatnich miesiącach dwukrotnie (zawsze w Dragonie!) i za każdym razem zostawiał publiczność z grymasem rozdziawionych z zachwytu ust! Przy drugiej okazji (ubiegły miesiąc, kwartet Dalgoo) muzyk był łaskaw zostawić nam swoją pierwszą solową płytę, nagraną w … Polsce, w czasach dalece przedcovidowych, gdy solowa ekspozycja perkusisty nie była jeszcze zjawiskiem tak powszechnym.

Z ogromną radością zaglądamy zatem do środka. Cztery świetnie skonstruowane narracje, w trakcie których muzyk nie korzysta z jakichkolwiek tajemniczych urządzeń, nie wspiera się elektroniką, nie dewastuje nadmiernie swojego zestawu perkusyjnego, a jedynie bardzo prostymi środkami osiąga … niesamowity efekt! Słońce zachodzi, perkusja bije swoim rytmem!

 


Pierwsza opowieść jest definitywnie perkusyjna. Muzyk zaczyna swój eksplozywny drumming od wybijania rytmu na drobnych, metalowych przedmiotach, budując po pewnym czasie dwa wątki narracyjne. Ów tygiel drobnych uderzeń kontrapunktowany jest pojedynczymi kopniakami stopy w bęben basowy, grzmiącymi niczym młot pneumatyczny. Tak skonstruowaną dramaturgię Marien przepoczwarza w masywny drumming, rytualny marsz ku nieznanemu, kreowany niemal w estetyce drum’n’bass. Ale ów szalony rytm zaczyna się pętlić, potykać o własne nogi. Turbulencja wsteczna sprawia, iż dynamiczna narracja zostaje zmodyfikowana i przebiera postać krautrockowej maszyny kreującej obsesyjny rytm. Potem następuje przyspieszenie i zagęszczenie, a po niedługiej chwili efektowne wystudzenie opowieści, sfinalizowane powrotem do estetyki początku nagrania, czyli owego specyficznego połączenia tubular bells i bijącej stopy.

Opowieść druga zasadza swój dramaturgiczny pomysł na preparowaniu, czy wręcz maltretowaniu perkusyjnego werbla metalowymi przedmiotami, najprawdopodobniej talerzami. Muzyk zaczyna na poziomie szemrzącego mikro rezonansu. Powstaje z tego wyjątkowy circle dead dance, płynący umiarkowanie spokojnym strumieniem. Z czasem artysta dodaje siły i intensywności, sprawiając, iż narracja nabiera post-industrialnego posmaku, a zamęczona na śmierć glazura werbla zaczyna śpiewać, a raczej jęczeć.

Kolejna kompozycja, najdłuższa na płycie, mogłaby mieć podtytuł Opowieść o różnych aspektach rezonującego ambientu. Śmiało możemy wyróżnić w niej trzy fazy. Początek, to drobne, metaliczne szelesty wspierane deep drummingiem, prawdopodobnie kreowanym dłonią. Wszystko zaczyna tu drżeć, wpadać w rezonans i formować się w gęsta strugę ambientu. W nurcie głównym zaczynają pojawiać się tarcia i drobne preparacje, które bez słowa sprzeciwu poddają się dyktatowi wewnętrznego rytmu. Początek fazy drugiej wyznacza zmiana rytmu. Narracja zwalnia, a wszystko zaczyna skupiać się wokół wybrzmiewających dźwięków. Strumień fonii zdaje się tu mieć basowy pokład (wprost ze stopy) i całą, rozbudowaną górę, tworzoną z coraz ostrzej brzmiących ochłapów rezonansu. Start fazy trzeciej wyznacza nagłe, dynamiczne szorowanie bliżej nieokreślonej powierzchni, które dość szybko osiąga całkiem hałaśliwe stadium. W ramach kolejnej niespodzianki pojawiają się dźwięki strunowe, które budują całkiem dynamiczny fragment, brzmiący echem dalekowschodniego zaśpiewu. Opowieść narasta, gęstnieje, ale nie opuszcza stadium rytualnej tajemnicy. Przypomina katarynkę, którą ktoś zepchnął ze schodów. Na ostatniej prostej flow efektownie rozwarstwia się i łapie ciszę pełnymi garściami.

W finałowej kompozycji Marien powraca do idei drummingu. Na początek dyktuje szybkie tempo używając jedynie perkusyjnych szczoteczek. Całość brzmi niczym fale zmrożonego oceanu. W tle huczy nerwowa stopa, ale sama narracja jakby traciła na dynamice. Muzyk dyktuje zmiany, mąci bieg strumienia dźwiękowego, nieustannie zadaje pytania. Efektem tych działań jest powstanie wielowątkowej narracji, w której każdy z elementów zdaje się pulsować własnym rytmem. Na zakończenie powraca rezonująca chmura tajemniczych dźwięków, budowana głównie na talerzach. Marien, niczym nowe wcielenie Edwarda Nożycorękiego, triumfuje w każdym wymiarze swej niesamowitej opowieści!

 

Christian Marien Solo The Sun Has Set, the Drums Are Beating  (MarMade Records, CD 2022). Christian Marien – perkusja i instrumenty perkusyjne. Studio RecPublica , Łubrza/Polska, dwa wrześniowe dni 2018 roku. Cztery kompozycje, 32:26.



niedziela, 6 lutego 2022

Spontaneous Live Series zaprasza na lutowe i marcowe koncerty muzyki improwizowanej


(informacja prasowa)

 

Cykl koncertów muzyki improwizowanej, organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club, zwie się „Spontaneous Live Series” i po przerwie świąteczno-noworocznej zaprasza na kolejne ekscytująco zapowiadające się wydarzenia muzyczne.

Na luty i marzec organizatorzy przygotowali cztery koncerty, które odbywać się będą niemal dokładnie w cyklach dwutygodniowych. Zaprezentują się na nich muzycy z całej Europy, zarówno ci dobrze już znani ze sceny Dragona, jak i absolutni debiutanci.

 


Zimowo-wiosenny cykl rozpocznie się już w sobotę 12 lutego i będzie to dwudziesty drugi koncert w historii tej serii. Do Dragona powróci wówczas najważniejsza postać trzeciej edycji Spontaneous Music Festiwal z roku 2019, belgijski gitarzysta Dirk Serries. Czołowy europejski improwizator, szef labelu „A New Wave OF Jazz”, także legenda muzyki dark ambient i industrial, zagra w towarzystwie młodego angielskiego perkusisty George’a Hadowa. Panowie mają w swoim dorobku dwie płyty – nagraną dla Raw Tonk Records „Outermission” i najnowszy krążek „Chapel” upubliczniony przez portugalski Creative Sources ubiegłej jesieni. Na pierwszej z nich Serries gra na gitarze elektrycznej, na drugiej zaś na akustycznej. I właśnie w tej drugiej wersji zaprezentuje się poznańskiej publiczności. Koncert w Dragonie jest jedynym polskim koncertem duetu w trakcie ich europejskiej trasy.

Dwanaście dni później, we czwartek 24 lutego na deskach Dragona zagra niemiecki kwartet Dalgoo. Formacja ma ponad 20-letnią historię, ale w aktualnym składzie personalnym nagrała jedynie krążek „Liberté Égalité Fraternité”, upubliczniony przez Jazzwerkstatt w roku ubiegłym. Układ instrumentalny kwartetu zdaje się być modelowym dla muzyki free jazzowej i świetnie koreluje to z muzyką, jaką uprawia. Muzycy z prawdziwie niemiecką precyzyjną budują tu improwizacje bazując w większości przypadków na kompozycjach członków grupy. Co oczywiste, nie stronią także od swobodnej improwizacji. W składzie Dalgoo odnajdujemy saksofonistę i klarnecistę Tobiasa Kleina, która grał już w Dragonie wraz z formacją Spinifex. W rolę drugiego saksofonisty i klarnecisty wciela się Lothar Ohlmeier, a na kontrabasie gra doskonały berliński muzyk Meinrad Kneer. Czwartym do brydża w Dalgoo jest z kolei jeden z bohaterów ostatniej edycji Spontaneous Music Festiwal, perkusista Christian Marien, połowa fantastycznego duetu Superimpose.

Druga połowa duetu Superimpose, czyli puzonista Matthias Müller, wystąpi w serii koncertowej już 12 marca w sobotę! Niemiec, to absolutny bohater dwóch ostatnich edycji Spontaneous Music Festival. Koncert odbędzie się tym razem w klubie SARP, młodszej siostrze Dragona, położonym także na Starym Rynku w Poznaniu. Puzonista wystąpi w duecie z poznańskim klarnecistą i saksofonistą Michałem Giżyckim. Muzycy poznali się na przedostatniej edycji Spontanicznego Festiwalu, gdy współtworzyli „zdegenerowane” wersje polskiej muzyki klasycznej pod przewodnictwem El Pricto. Berlińczyk i Poznaniak mają już w dorobku wspólny album, nagrany w trakcie … ubiegłorocznej edycji Festiwalu, ale nie w ramach regularnych koncertów, ale pomiędzy nimi, podczas pewnej niedzielnej, dopołudniowej sesji nagraniowej. Płyta nazywa się „Q” i jest dostępna na stronie bandcampowej polskiego muzyka.

Czwarty z zapowiadanych obecnie koncertów odbędzie się u progu wiosny, w sobotę 26 marca. Na scenie Dragona zagości wówczas prawdziwie międzynarodowe trio. Na saksofonie zagra Portugalczyk z Lizbony - José Lencastre, na gitarze basowej Urugwajczyk z … Amsterdamu - Miguel Petruccelli, a na perkusji Serb z … holenderskiego Groningen - Aleksandar Škorić. Dla każdego z tych muzyków będzie to debiut na dragonowej scenie. Stanowczo nastawiać się winniśmy na free jazzowe widowisko, jakkolwiek na pewno z wieloma improwizacyjnymi subtelnościami, z których słynie Portugalczyk, mający w dorobku płyty dla tak renomowanych wydawnictw, jak portugalski Clean Feed, czy angielski FMR Records.

 

Pełna lista zimowo-wiosennych koncertów Spontaneous Live Series, edycje 22-25:

 

12.02 George Hadow - perkusja & Dirk Serries – gitara akustyczna

https://dirkserries.bandcamp.com/album/chapel

24.02 Dalgoo: Tobias Klein – saksofon altowy i klarnety, Lothar Ohlmeier – saksofon tenorowy i klarnety, Meinrad Kneer – kontrabas, Christian Marien – perkusja

https://meinradkneer.bandcamp.com/album/dalgoo-libert-galit-fraternit

12.03 Matthias Müller  – puzon & Michał Giżycki – klarnet basowy

https://gizycki.bandcamp.com/album/q

https://matthiasmueller.bandcamp.com/

26.03 José Lencastre – saksofon altowy, Miguel Petruccelli – bas, Aleksandar Škorić – perkusja

https://joselencastre.bandcamp.com/

https://aleksandarsk0ric.bandcamp.com/

 

Wszystkie koncerty rozpoczynają się o godzinie 20.00. Bilety dostępne są na stronie kupbilecik.pl

 


wtorek, 5 października 2021

5. Spontaneous Music Festival! The report from the improvised history!


Tegoroczna edycja poznańskiego święta muzyki improwizowanej odbywała się po hasłem jakże retorycznego pytania Are You Spontaneous?. W klubowej scenerii Dragon Social Club, w trakcie pierwszych trzech dni tegorocznego października, pytanie takie zadawali sobie wszyscy – muzycy, organizatorzy, po części zapewne także publiczność. Być może w odniesieniu do tej ostatniej grupy warto zadane w tytule imprezy hasło ponawiać przy każdej nadarzającej się okazji. Po prawdzie, poznański Dragon zapełnił się widownią po brzegi swoich przestrzennych możliwości jedynie w trakcie sobotniego koncertu.

Na owo pytanie z pewnością celująco odpowiedzieli wszyscy muzycy, jacy wystąpili na Festiwalu. Tym razem było ich szesnaścioro, do Poznania dojechali wszyscy i swą piękną sztuką udowodnili, iż muzyka improwizowana zdaje się być wartością niezbywalną i jak zawsze niebywale piękną. Tegoroczna edycja w przeważającej części była dalece kameralna, nie stroniła wszakże od eksperymentów, zaskakiwała na każdym kroku i wydaje się, że nie pozostawiała nikogo obojętnym na oddziaływanie szalonych niekiedy dźwięków generowanych na scenie Dragona.

Niżej podpisany z oczywistych względów nie będzie wypowiadał się o stronie organizacyjnej tego przedsięwzięcia, jakkolwiek nie sposób nie zaznaczyć, iż impreza, która po raz kolejny nie dostąpiła zaszczytu otrzymania wsparcia finansowego od włodarzy miasta, tudzież instytucji przeznaczonych statutowo do wspierania inicjatyw kulturalnych, znów się odbyła i sam ów fakt zdaje się być wartością samą w sobie.

 


Trzy dni pełne spontanicznej muzyki, jedenaście koncertów, goście z Portugalii, Niemiec, Francji i Polski, to niebywała sekwencja zdarzeń. Postarajmy się w kilku harcerskich słowach opowiedzieć, co działo się na deskach Dragona od 1 do 3 października 2021 roku.

Festiwal otworzył solowym występem na gitarze elektrycznej Marcelo Dos Reis. Jego set miał mocne, dynamiczne otwarcie, takież zakończenie i cały imponujący środek, danie główne, w trakcie którego muzyk preparował instrument, szukał nowych, intrygujących fraz i dźwięków. Zdaje się, że wszystko, co sobie Portugalczyk zaplanował, zostało perfekcyjnie zrealizowane. Równie precyzyjny i równie emocjonalny był kolejny koncert. Copy of pianodrum, czyli Anna Jędrzejewska na fortepianie i Wojtek Kurek na perkusji. Muzycy stawiali na spokojne, chwilami kontemplacyjne interakcje, z rzadka wpadali w kompulsywną ekspresję, a każda wykreowana przez nich sytuacja sceniczna, improwizowane zderzenie dźwięków miało swoją dramaturgiczną przyczynę i efektowny skutek.

Finał pierwszego dnia festiwalu konsumował personalnie wszystkich muzyków, którzy dotarli tego dnia do Poznania. Wspominana wyżej trójka muzyków, już po pierwszym występie oraz pięciu kolejnych artystów – Witold Oleszak na fortepianie (tym razem Jędrzejewska operowała akcesoriami elektronicznymi), Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Michał Giżycki na klarnecie basowym, Ostap Mańko na skrzypcach oraz Guilherme Rodrigues na wiolonczeli. To właśnie portugalski muzyk był tu w pewnym stopniu kluczową postacią, albowiem wspomniany oktet, to po części reinkarnacja jego berlińskiego składu Red List Ensemble. Muzycy nie korzystali wszakże z jakichkolwiek notacji, powiedzieli do siebie ledwie kilka słów przed występem. Sam Guilherme w zasadzie wskazał tylko na jeden ważny aspekt luźno zaplanowanej improwizacji – wszyscy mamy się intensywnie słuchać! Efekt był wszakże wspaniały. Ośmioro muzyków grało wedle wewnętrznego porządku, nigdzie niezapisanego - dźwięki płynęły gęstym strumieniem prosto z ich zwojów mózgowych, splecionych niebywale intensywną, artystyczną empatią. Improwizacja początkowo stawiała na kameralne frazy, na pewien minimalizm, ale wielokrotnie w trakcie 35-minutowego seta uciekała w efektowne, gorące, niemal ogniste erupcje emocji.



Festiwalowa sobota zaczęła się od trzęsienia ziemi, a potem było jeszcze goręcej. Wedle spontanicznych reguł tej imprezy – najpierw składy „ad hoc”, a zatem złożone z muzyków, którzy grali ze sobą po raz pierwszy. Na początek taki oto kwartet - Paulina Owczarek na saksofonie altowym, Peter Orins na perkusji, Matthias Müller na puzonie i Witold Oleszak na fortepianie. Muzycy ci znają się dobrze, grali ze sobą w kilku układach duetowych, ale nigdy w takim kwartecie. Koncert wyniósł publiczność do samego nieba swoją swobodną, kosmicznie rozhulaną improwizacją. Co najbardziej intrygujące, szczególnie zazębiające się akcje biegły wprost od dwójki muzyków, którzy spotkali się na scenie z pewnością po raz pierwszy – od perkusisty i pianisty. Kolejny kwartet „ad hoc” stworzyli – Małgorzata Zagajewska (głos), Guilherme Rodrigues, Paweł Doskocz (tym razem gitara akustyczna) oraz Christian Marien (perkusja). Ten set rozbijał się czasami na duetowe ekspozycje, z jednej strony uciekał w niemal folk rockową estetykę, z drugiej świetnie topił się kameralistyce wiolonczeli i minimalistycznej perkusji.

Kolejny koncert, to francuskie trio TOC – w ramach dużej rekontry! Stały, wieloletni skład, głośna, eklektyczna, psycho-rockowa propozycja. Jeremy Ternoy (piano Fendera, także basowe, elektronika), Ivann Cruz (gitara elektryczna) i Peter Orins (perkusja) dali nam niesamowitego kopniaka prosto w cztery litery! Z pewnością jeden z najgłośniejszych, ale też - być może - jeden z najlepszych koncertów w historii spontanicznego festiwalu. Duch rozimprowizowanego The Doors unosił się nad sceną, a muzycy grali frazy godne wszystkich szalonych idoli naszej młodości, przesycone jakże adekwatną kwasowością brzmienia.

Dzień drugi spontanicznego festiwalu wieńczyła kolejna orkiestra, złożona z muzyków zaproszonych do Poznania. Tym razem miała ona jednak głównego kreatora, człowieka, który ów spektakl zaplanował w najdrobniejszych szczegółach – Witolda Oleszaka. Jego „Graphic Music For Chamber Orchestra”, to notacje graficzne dla każdego z muzyków, zegar, który odmierza czas i pięć utworów, z których każdy trwał dokładnie tyle, ile zaplanował kompozytor. Na scenie zasiedli, od lewej patrząc – Marcelo Dos Reis (gitara akustyczna), Ostap Mańko (skrzypce), Anna Jędrzejewska (fortepian), Guilherme Rodrigues (wiolonczela), Wojtek Kurek i Christian Marien (instrumenty perkusyjne), Matthias Müller (puzon) oraz Paulina Owczarek (saksofon altowy). Pierwszy utwór trwał 8 minut, a muzycy mieli dokładnie tę samą notację graficzną przed sobą. W kolejnym zaś... każdy miał inną. Muzycy z każdą sekundą poznawali się wzajemnie (ale nie mieli reagować na siebie), realizowali zadania siedzącego przed nimi kompozytora, który incydentalnie przekazywał im gestami swoje uwagi, cierpliwie czekali na finałowy utwór, dokładnie 16-minutowy, który zdawał się stwarzać im nieco większą swobodę wykonawczą. Efekt był piorunujący, choć my z drugiej strony sceny, nie do końca wiedzieliśmy, ile w tym było zamysłu kompozytora, ile samodzielnych kreacji improwizatorów.



Festiwalowa niedziela oferowała aż trzy składy „ad hoc”, wszystkie w formule trzyosobowej, każdy inny od pozostałych na tyle istotnie, na ile pozwala … sztuka swobodnej improwizacji.  Najpierw dronowa zabawa w elektroakustykę – Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Matthias Müller (puzon) oraz nowy gość festiwalowy – Emilio Gordoa (perkusyjny werbel, rozbudowane akcesoria elektroniczne, ale i przedmioty niemal domowego użytku). Muzycy budowali napięcie bardzo skrupulatnie, ale w sposób na tyle zdyscyplinowany, iż nie musieli sięgać po atrybuty noise, by istotnie przykuć naszą uwagę. Dużo większe znaczenie miała dla nich z pewnością narracyjna konsekwencja. Kolejne trio zaprowadziło nas do krainy zmysłowej free chamber music – Anna Jędrzejewska (fortepian), Marcelo Dos Reis (gitara akustyczna) oraz Guilherme Rodrigues (wiolonczela). Mistrzowska dramaturgia, fantastyczne, akustyczne brzmienia, no i ten błysk narracyjnej perfekcji, szczególnie ze strony pianistki. Wreszcie trzecie trio - Małgorzata Zagajewska (głos), Paulina Owczarek (saksofon altowy) oraz Emilio Gordoa (tym razem wibrafon, elektronika, obiekty). Kolejny spektakularny set festiwalu, budowany ludzkim krzykiem, dętym wrzaskiem i wibrafonowymi preparacjami, ale także subtelnymi frazami, konstruowanymi na pograniczu ciszy. Ekspresja artystów zaczynała swe życie tuż nad podłogą, po czym rozbijała sufit kilku kolejnych kondygnacji Dragona.

Finał piątego spontanicznego festu zaczął się tuż przed godziną 22-ą czasu środkowoeuropejskiego. Na scenie świętujący swoje 15-lecie duet Superimpose - Matthias Müller (puzon) oraz Christian Marien (perkusja). Bijąca stopa bębna basowego, pierwsze pomruki buchającego zimnym powietrzem puzonu. Narracja budowana niczym piramida kart, wymagająca ogromnej precyzji, ale nienarażona na katastrofę. Po 20-25 minutach, w trakcie trwającej nieprzerwanie improwizacji, niemal niespostrzeżenie do duetu dołączyli - Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna) oraz Witold Oleszak (fortepian). Dwaj ostatni weszli do świata Superimpose, jakby byli jego częścią całe piętnaście lat, a może i dłużej. Przynieśli dodatkową porcję własnych dźwięków, o niemal metafizycznej kruchości, ale definitywnie nieśmiertelnych. Wspaniały koncert, gigantyczne zwieńczenie trzech dni ciężkiej pracy, po obu stronach sceny. Do zobaczenia za rok!

 

Zdjęcia własne Pana Redaktora, bez praw autorskich