Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pascal Niggenkemper. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pascal Niggenkemper. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 marca 2026

Pascal Niggenkemper’ Ensemble Tuvalu goes d'une rive à l’autre!


Pascal Niggenkemper, kontrabasista o niemieckich korzeniach, ale francuskiej rezydencji, od pewnego czasu unika estetyki free jazz/ free impro, koncentrując się na zgłębianiu stylistyk, tudzież estetyk, którym trudno przypisać nazwę, a tym bardziej kierunek gatunkowy. Ale to w sumie świetna wiadomość! A dla zapominalskich trop – prawie trzy lata temu Trybuna omawiała sześciopak Pascala z muzyką niezwykle intrygującą, na ogół komponowaną, po części performatywną, okazjonalnie improwizowaną *).

Nowa podróż Pascala wydaje się definitywnie szalona. To krzyk artysty w obronie świata, który umiera, wyartykułowany wielobarwną muzyką, którą buduje akustyczny oktet, dźwiękowa instalacja, wreszcie konglomerat pieśni i poematów z historii dalekiego świata, ubranych w całkiem współczesne szaty.

Bohaterem dramatycznym albumu jest Tuvalu - polinezyjska wyspa na południowym Pacyfiku, w przyrodzie której szczególnie silnie ogniskuje się proces globalnej zmiany klimatu. Przewiduje się, że sztormy, erozja wybrzeża i wzrost poziomu morza sprawią, że w ciągu kilku dekad wyspa stanie się niezamieszkana, a kraj zniknie z mapy świata.

Ensemble Tuvalu, to oktet złożony z dwóch niemal bliźniaczych instrumentalnie kwartetów, a może jednak czterech duetów – kornetu i trąbki, dwóch klarnetów, dwóch akordeonów, wreszcie wiolonczeli i kontrabasu. Każdy z artystów używa też głosu.

Osiem akustycznych instrumentów, to nie jedyne narzędzia pracy muzyków. Wokół nich, w okolicznościach studyjnych, rozwieszono szesnaście kurtyn dźwiękowych, tworzących przestronną instalację wykonaną z metalu i paneli plastikowych, dodatkowo wyposażoną w wzbudzające rezonatory. Muzycy mogą je aktywować za pomocą pedałów, w ten sposób przekształcając brzmienie instrumentów i głosów w osobliwe akustycznie twory o drżącym, trzeszczącym i klekoczącym anturażu.

Album zawiera kompozycje Niggenkempera, które zdają się stanowić ledwie szkice wypełniane treścią poprzez improwizację i interaktywne akcje muzyków. Rzeczonych kompozycji jest jedenaście, a prawie każda z nich ma także swoją warstwę werbalną/ wokalną, skonstruowaną na bazie tradycyjnych tuwalskich pieśni i poematów. Wykonują je poszczególni członkowie zespołu, pochodzący z różnych, bardziej oczywistych rejonów świata (głównie Europy), transponując je na język im ojczysty. W sześciu przypadkach dramaturgię utworu budują instrumentalne improwizacje duetowe, przy czym duet klarnetów występuje w tej roli trzykrotnie. Dodajmy, iż wydawnictwo d'une rive à l’autre składa się z dwóch krążków. Opisanemu wyżej nagraniu studyjnemu (dostępnemu na CD) towarzyszy nagranie koncertowe dostarczone na płycie DVD.

  


Siedemnastoczęściowa opowieść o Tuvalu ma mroczne, nerwowe otwarcie, łagodną, taneczną, post-folkową część środkową i spinający całość dramatyczny, zgiełkliwy, wręcz hałaśliwy, ale także po części taneczny finał. Zanurzymy się w niej po koniuszek nosa i ucha.

Po kilkudziesięciosekundowym, uroczo chaotycznym otwarciu, pełnym sprawiających wrażenie przypadkowych fraz instrumentów i głosów, muzycy uginają kolana i niesieni nisko osadzonymi smyczkami budują mroczny dron, który efektownie eskaluje. Napięcie potęguje także pierwsza ekspozycja głosowa. W trzeciej odsłonie z zastygłej modlitwy wyłania się dziki taniec. Cięte, dźwiękowe riposty i nerwowy wielogłos, to sedno tej opowieści. W kolejnej części napotykamy na chwilę mrocznego uspokojenia – struny drżą, tajemnicze szepty docierają z głębokiego lasu. Aurę kameralnego ambientu rozpraszają rozśpiewane klarnety, zwiastujące nadchodzącą burzę z piorunami.

Piątą opowieść biorą na swoje barki klarnety i akordeony, które kwilą po ptasiemu, komentowane mniej przyjaznymi frazami smyczkowymi. Narracja nabiera teraz podskórnego rytmu, pojawiają się okrzyki i zgrzytanie zębami. W kolejnych dwóch odsłonach muzycy przechodzą definitywnie do lżejszej, bardziej tanecznej, by nie rzec piosenkowej części nasączonej meta folkową estetyką. Po krótkiej introdukcji klarnetów pojawia się śpiew i niemal polirytmiczna taneczność. Łagodność chwili delikatnie kontrapunktują nerwowe akordeony posadowione na backgroundzie.

Począwszy od ósmej opowieści idylla pryska. Najpierw duet akordeonów w szybkiej, jakże emocjonalnej wymianie zdań, potem oktetowa zabawa w pytania i odpowiedzi, okraszona tekstem po japońsku. Kolejna porcje emocji wnosi preparowany duet trąbki i kornetu. Jedenasta opowieść zdaje się być kulminacją hałasu, chaosu i trudnych do opanowania spamów. Szczęśliwie scenę w mgnieniu oka opanowują śpiewacy i tancerze. Rytm jest teraz pokraczny, ale wydaje się nieść szczyptę ukojenia. W opozycji stają jednak dwa kolejne duety – najpierw kameralne, ale strwożone klarnety, potem głośne, zawadiackie cello i bas. Kolejna opowieści jeszcze podnosi temperaturę wydarzenia – struny dygoczą, ktoś krzyczy po niemiecku. Piętnasta opowieść stara się za wszelką cenę koić nerwy długą, teatralną recytacją. Ale emocje nie chcą nas opuścić. Artyści zdają się wyć, krzyczeć, choć brakuje im sił witalnych. Ostatni epizod wystukiwany jest na pudle rezonansowym kontrabasu, szyty dronami, rwanymi frazami, ostatecznie wpada w finałowy afrykański taniec. Śpiew niesie tu nie tylko ludzkie gardło, ale także lekki kornet. Czy końcowa, spokojna recytacja daje nam jakąkolwiek nadzieję?

Po powrocie do rzeczywistości sięgnijcie po obraz i dźwięki z koncertu. Tym razem dwanaście opowieści - tytuły podobne do tych z części studyjnej, ale atmosfera inna. Bardziej rytmiczna, kreowana bez dźwiękowej instalacji, ale kontrapunktowana w wielu momentach intrygująco brzmiącą analogową elektroniką. Publiczność cierpliwie słucha, choć przecież mogłaby się włączyć w ów zawrotny niekiedy taniec.


Pascal Niggenkemper’ Ensemble Tuvalu d'une rive à l’autre (Subran Music, CD/DVD 2026). Ensemble Tuvalu: Ben LaMar Gay - kornet, głos, Louis Laurain - trąbka, głos, Mona Matbou Riahi – klarnet, głos, Joachim Badenhorst – klarnet, głos, Tizia Zimmermann – akordeon, głos, Artemis Vavatsika – akordeon, głos, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, głos, Pascal Niggenkemper – kontrabas, głos, kompozycje, instalacja dźwiękowa oraz Jaumes Privat – słowa (w utworze piętnastym). CD nagrane w Südwestrundfun, Baden-Baden, DVD zarejestrowane na żywo w Tollhaus, Karlsruhe – oba wydarzenia w listopadzie 2024. Ścieżka audio - łącznie siedemnaście utworów, 65 minut. Ścieżka video - dwanaście utworów, około 60 minut.

 

*) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/04/pascal-niggenkemper-renaissance-man.html

 


wtorek, 23 kwietnia 2024

John Butcher +13! Fluid Fixations!


Ta ekscytująca informacja nie pojawiła się jeszcze na tych łamach, po prawdzie znają ją tylko stali bywalcy spontanicznych koncertów w pewnym poznańskim klubie, a także słuchacze audycji radiowej w jednym z internetowych mediów. Niezwykle miło jest nam donieść, iż headlinerem ósmej edycji Spontaneous Music Festival będzie John Butcher!

Legendarny, brytyjski saksofonista gościć będzie w Poznaniu przez trzy pełne dni, zagra kilka koncertów. Będziemy świętować jego siedemdziesiąte urodziny, a przy okazji jednego z występów celebrować trzydziestą rocznicę śmieci Johna Stevensa i bezpośrednio nawiązywać do wspaniałych idei będących fundamentami muzycznej aktywności tego ostatniego pod jakże niezapomnianą nazwą Spontaneous Music Ensemble.

Finałem poznańskiej imprezy, która odbędzie się w pierwszy weekend października, będzie koncert The Large Ensemble, który poprowadzi Butcher. Szczegóły tej operacji nie są jeszcze dokładnie znane, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, iż wsłuchując się teraz w najnowsze wydawnictwo Johna będziemy w stanie wyobrazić sobie, co może zdarzyć się na deskach Dragon Social Club w pewną jesienną niedzielę w godzinach wieczornych.

Zaglądamy zatem na album Fluid Fixations, który konsumuje pomysł Johna na swobodną, delikatnie predefiniowaną improwizację grupową. Butcher odwołuje się w niej do psychologii, społecznego aspektu improwizacji, umiejętności wzajemnego słuchania i nade wszystko strategii kreowania rozbudowanych narracji całym, tu czternastoosobowym, podmiotem wykonawczym. Jego ansambl -zwany +13 - zawiera w sobie instrumentarium zarówno akustyczne, jak i elektroniczne, a także garść gotowych, saksofonowych fraz, które wplątane zostały w zwoje kolektywnej improwizacji za pomocą gramofonów. Wielka rzecz, jakkolwiek by na to nie spoglądać, i którym uchem nie słuchać. Na ponad godzinę zegarową zapraszamy do wspaniałego świata muzyki Johna i jego wyśmienitych trzynastu przyjaciół. Welcome!



 

Koncert w dużym obiekcie sakralnym, w trakcie Festiwalu Muzyki Współczesnej w angielskim Huddersfield, zaczyna się dość żwawą narracją, podaną kolektywnie tworzonym strumieniem dźwiękowym. Po krótkim, perksujonalnym wprowadzeniu do gry wchodzą poszczególne frakcje orkiestry i formują flow gęsty od zdarzeń, pełny nerwowych interakcji i energii post-jazzu, definitywnie z dala od kameralnej retoryki. Opowieść buduje tu cały skład instrumentalny, co zdaje się być ważną decyzją dramaturgiczną kompozytora. Druga opowieść bazuje na akcjach w podgrupach, ciekawie konfrontuje głos z instrumentami dętymi, w tym saksofonowymi frazami podanymi wprost z … gramofonów. Oniryczna improwizacja ma w sobie pewną kameralną ulotność i filigranowość, ale nie jest pozbawiona wewnętrznego nerwu i psychotycznej nieokreśloności post-baroku. W trzeciej odsłonie koncertu, który zdaje się być nieprzerwanym ciągiem zdarzeń fonicznych, szczególnie dobitnie pracują obaj kontrabasiści. Rysują smyczkami głęboką bruzdę w ziemi, a reszta orkiestry, w tym szczególności perkusiści i orszak dętych, dbają o to, by każda fraza interferowała z niskim brzmieniem całości. Bogata tekstura narracji budzi tu mnóstwo skojarzeń dźwiękowych, głównie ornitologicznych. Klekotania, świsty, podmuchy gorącego powietrza i flow, który zdaje się cały czas narastać. Na tym etapie podróży szczególnie podobać się może krótka wymian zdań między wokalistką i saksofonistą.

Czwarta część budzi się do życia w tumanie intrygujących preparacji, które płyną od większości załogi. Swoje dokłada tu także wyjątkowo aktywna elektronika. Narracja gęsta, pełna energii, nasycona permanentnymi wymianami krótkich fraz. To najdłuższa na koncercie partycja, zatem znajduje się w niej sporo przestrzeni dla akcji w podgrupach. Na etapie rozwinięcia improwizacja ma kilka wyraźnych faz – najpierw, to wyjątkowo urokliwe strumienie mrocznych dronów sycących się estetyką post-chamber, potem imponujący powrót do short-cuts z paletą elektronicznych zdobień, wreszcie część finałowa, nasycona frazami saksofonisty, który wdaje się w dyskusje z dźwiękami syntetycznymi i ochoczo nastawionymi do życia perkusjonalistami. Piąta opowieść, jakby na przekór swobodzie poprzedniej części, sprawia wrażenie w pełni kontrolowanej akcji kameralnej, po części precyzyjnie dyktowanej nakazami kompozycji. Dźwiękowe plamy i cisza wybrzmiewania, efektowne wydechy i nerwowe podrygi. Całość wpada po pewnym czasie w stan rozhuśtania, po czym formuje się w końcowe crescendo. Szósta opowieść powraca do idei pracy z gotowym materiałem dętym. Tu aura zdaje się być jeszcze bardziej oniryczna niż w części drugiej. Elektronika, dęte westchnienia i szczypta szarpnięć za kontrabasowe struny.

Przedostatnia część, to kolejna kilkunastominutowa narracja. W roli inwokatorów zgraja instrumentów dętych, delikatnie podszczypywanych głosem. Całość lepi się tu w jednorodny strumień narracji nie bez wsparcia elektroniki. Szczególnie eksponowana jest teraz akcja puzonisty, swoje dokłada też pianistka, frazująca w dalece mrocznej poświacie, a krótkie ekspozycje prezentują kontrabasista mający oparcie w dwóch perkusjach i wokalistka, która rozmawia ze strunowcami. Akcja goni tu akcję, a dramaturgiczne adhd szczególnie udziela się skrzypcom i wiolonczeli. Początek ostatniej opowieści budują dęciaki, zwłaszcza saksofon i długie, pociągłe, dość mroczne frazy. W tle sączy się nieinwazyjna elektronika. Po niedługiej introdukcji orkiestra zwiera szyki i wystawia na czoło orszaku rozśpiewane instrumenty dęte. Nie trwa to jednak zbyt długo, albowiem opowieść niespodziewanie ginie w ciszy post-elektroniki i wybrzmiewających strun. Trochę gry na małe pola, kilka kameralnych westchnień, oniryczna aura tła i orkiestra może już zaczynać wspinaczkę na finałowe, dość łagodne wzniesienie, pełną wszakże smutku dogasającej opowieści. Ostatnia improwizacja trwa jednak do ostatniej sekundy i nie nosi szczególnych znamion pieśni pożegnalnej.

 

John Butcher +13 Fluid Fixations (Weight of Wax, CD 2024). Nagranie koncertowe zarejestrowane w St. Paul’s, Huddersfield Contemporary Music Festival, Anglia, listopad 2021. John Butcher – saksofony, nagrania, kompozycja, dieb13 – gramofony, Liz Allbee – trąbka, Sophie Agnel – fortepian, Hannah Marshall – wiolonczela, Angharad Davies – skrzypce, Pat Thomas - elektronika, Mark Sanders – instrumenty perkusyjne, John Edwards – kontrabas, Ståle Liavik Solberg – perkusja, Matthias Müller – puzon, Isabelle Duthois – głos, klarnet, Pascal Niggenkemper – kontrabas, Aleksander Kolkowski - stroh viola, musical saw. Osiem części, 64:29.


 

piątek, 21 kwietnia 2023

Pascal Niggenkemper, the renaissance man!


Pascal Niggenkemper, kontrabasista o niemieckich korzeniach, na stale osiadły we Francji, to prawdziwy muzyk renesansu! Wielbiciele free jazzu znają go zapewne doskonale z udziału w kilku absolutnie fantastycznych kwintetach i kwartetach Larry’ego Ochsa, czy Nate’a Wooleya (muzyk w ubiegłej dekadzie spędził za Wielką Wodą kilka lat), miłośnicy bardziej wyszukanych, współczesnych, neo-awangardowych ujawnień kompozytorskich cenią wiele jego aktywności po naszej stronie Atlantyku. Artysta, wieczny poszukiwacz ciekawych brzmień, tudzież intrygujących sytuacji dramaturgicznych i konceptualnych, od lat pracuje nad wizerunkiem muzyka, kompozytora i improwizatora definitywnie ponadgatunkowej proweniencji.



W ostatnich latach Pascal nie dostarczał nam zbyt wielu nagrań, zatem z ogromną radością donosimy, iż w lutym br. ukazał się zbiór aż sześciu płyt kontrabasisty, zebranych w jeden blok, który reasumuje muzyczne aktywności Niggenkempera ostatnich sześciu lat, dodatkowo pokazuje pełnię kompozytorskiego i po prawdzie dalece konceptualnego podejścia do uprawiania muzyki. W omawianym zbiorze powraca jego formacja le 7ème continent, ale nade wszystko pojawiają się w nim nagrania pokazujące artystę w nowym, niekiedy naprawdę zaskakującym kontekście – w kwartecie amplifikowanych instrumentów strunowych, w nagraniu solowym na … dwa kontrabasy, projekcie z wieloosobowym chorem, dużym składem, który realizuje elektroakustyczny performance na kształt spektaklu teatralnego, wreszcie w trio muzykującym w kościelnej wieży przy użyciu tamże posadowionych kurantów.

Omawiany sześciopak, to niebywała gratka dla słuchaczy, którzy szukają we współczesnej muzyce czegoś więcej. To także ciekawe doznanie akustyczne i elektroakustyczne dla tych, którzy w muzyce komponowanej, niekiedy także improwizowanej zdaje się, że posiedli już wszelką wiedzę i wysłuchali wszystkie płyty świata.

Ladies and gentlemen, the one and only, Pascal Niggenkemper!



 

Przygodę ze współczesną twórczością Niggenkempera zaczynamy od jego okrętu flagowego, sekstetu le 7ème continent (Siódmy Kontynent), który choć wykonuje precyzyjnie zaplanowane kompozycje kontrabasisty, zdaje się być tworem nad wyraz swobodnym, który łączy wodę z ogniem, post-jazz z kameralistyką, buduje swój artystyczny wizerunek na międzygatunkowym dysonansie.

Kontrabas, który rzadko brzmi tu jak akustyczny strunowiec, flet i dwa klarnety często doposażane w amplifikacje, wreszcie instrumenty klawiszowe w postaci klawikordu i syntezatora, to sekstetowe narzędzia pracy. Dziewięć zmyślnych pomysłów na bystre, zwarte, niekiedy zabawne figury dramaturgiczne, to z kolei zawartość merytoryczna krążka. Po tanecznej introdukcji, która trwa ledwie minutę dość szybko dostajemy się w obszar pracy … maszyny parowej. Wszystko zdaje się tu być dobrze zaplanowane, ale swobodnie ewokujące - niskie klarnety, rozhuśtane struny i szczypta elektroniki w ramach finalnej błyskotki. W kolejnych częściach napotykamy na klimat nerwowego dark chamber, budowanego metodą dronową, a zaraz potem zmysłowego, lekko zdeformowanego brzmieniowo post-baroku, który po kilku pętlach narracyjnych przepoczwarza się w graną niemalże unisono, rytmiczną opowieść godną najlepszych pomysłów kompozytorskich Anthony’ego Braxtona. W piątej części rządzą instrumenty klawiszowe (nie bez akcentów perkusjonalnych), a w szóstej dobrze użyta elektronika i drobne dźwięki akustyczne, krążące wokół niej jak ćmy wokół lampy. Po krótkiej, strunowej miniaturze, w dwóch ostatnich utworach znów napotykamy na wrzący tygiel ponadgatunkowych pomysłów narracyjnych. Nie brakuje w nich rytmu, pewnego post-industrialnego posmaku i całej masy zaskakujących zwrotów dramaturgicznych. W finałowej ekspozycji artyści, inspirowani wyobraźnią kompozytora, ślą nam moc post-folkowych skojarzeń, czerpiąc także siły do życia z uroków muzyki dawnej.



 

Beat the Odds, to kwartet smyczkowy, wyjątkowo wszakże daleki od estetyki typowej dla muzyki kameralnej. Dwa kontrabasy, dwie wiolonczele, amplifikatory, silniki elektryczne i inne urządzania mechaniczne, których naczelnym zadaniem jest zniekształcanie akustycznego brzmienia. Narracja nie bazuje tu na kompozycjach, tudzież tematach, zdaje się być w dużej mierze improwizowana, jakkolwiek z pewnością została dobrze zaplanowana, innymi słowy – predefiniowana. Artyści pracują na swoich instrumentach głównie wykorzystując smyczki, ale naczelną metodą ich działań jest uderzanie w struny, nie zaś płynne arco narracje.

Już utwór otwarcia stawia nas w obliczu gęstego, niemalże sfuzzowanego brzmienia czterech strunowców. Motoryczna, mechaniczna narracja momentami przypomina tu introdukcję do rockowej eksplozji. W tak zwanym międzyczasie muzycy zdobią opowieść bolesnym piłowaniem strun, które niesie za sobą strzępy zdewastowanych melodii. Mimo swej masywności i gęstości opowieść zdaje się mieć dalece medytacyjny charakter. Niespieszna podróż skupiona na budowaniu twardego, szorstkiego brzmienia. Gdy artyści pracują w niższych partiach, ich opowieść nabiera posmaku muzyki dawnej. W drugiej części znów czujemy swąd rocka i moc smykowej mechaniki. Każdy z artystów ma tu swoją repetytywną marszrutę do pokonania i wkłada w to coraz więcej ekspresji, a także fizycznej siły. Trzecia historia na tle całości wydaje się być nad wyraz delikatna, z kolei w części czwartej muzycy pracują w trybie drobnych, rwanych fraz pizzicato, a ich narracja przypomina pracę uszkodzonych metronomów. W kolejnej odsłonie albumu smyczki nerwowo piłują struny, wokół lecą iskry, a temperatura nagrania rośnie z każdą sekundą. Ale nawet w takim tyglu zdarzeń zostajemy uraczeni post-barokowymi zdobieniami, upchniętymi pomiędzy gęste plamy sfuzzowanego brudu. Finałowa narracja doskonale podsumowuje ów doprawdy wyśmienity album. Akcenty percussion i … niemal gitarowe sprzężenia. Mamy wrażenie, że armia gitar elektrycznych właśnie zaczyna introdukować spektakl ekspresyjnej psychodelii. Trwoga drżących strun, rockowe emocje amplifikatorów i maszynistyczna rytmika o pół kroku od strefy noise music. Zakończenie brzmi jak pomruk stygnącej lawy.



W ramach pogłębiania wiedzy na temat konceptualnych działań kontrabasisty sięgamy po album la vallée de l'étrange. To specyficzny dialog dwóch kontrabasów z wykorzystaniem … jednego muzyka i koncentrycznie rozstawionych ośmiu głośników oktofonicznych, które przekazują dźwięk generowany przez drugi z kontrabasów, zapewne bez wpływu działań samego muzyka. Kontrabasowe frazy akustyczne w opozycji do mechanicznych fonii, czasami brzmiących dość syntetycznie. Żywe frazowanie versus robotyka! Kolejny szalony pomysł Pascala, który w wymiarze czysto fonicznym zdaje się być jego kolejnym sukcesem artystycznym.

Pierwsza z siedmiu przygód zaczyna się od niskiego frazowania smyczka, które zdobione jest strzępami fonii generowanymi przez drugi instrument, przypominającymi brzmienie syntezatora analogowego. Smyczek incydentalnie pnie się tu do góry, śpiewa post-barokiem, a podwójna narracja intrygująco zagęszcza się. W drugiej części smyczek fazuje wysoko napotykając na szumiące i szeleszczą frazy interlokutora. Opowieść toczy się wedle zasady akcja – reakcja. W kolejnej części żywy kontrabas płynie delikatnym strumieniem pizzicato, a akcje drugiego instrumentu, to minimalistyczne plamy post-akustyki. Całość przypomina Jezioro Łabędzie broczące w popromiennym mule. W czwartej części narracja koncentruje się na drganiach i pocieraniu strun, piąta zaś stawia na … syntetyczne emocje. Augmented double bass generuje mnóstwo drobnych fraz, a smukły dron żywego kontrabasu ledwie tli się w dalekim tle. Całość z czasem nabiera pewnej taneczności, zarówno w wymiarze robotycznym, jak i akustycznym. W części szóstej muzyk preparuje instrument smyczkiem i być może perkusyjnymi pałeczkami. Reakcją drugiej strony jest strumień fonii, który przypomina usterkową elektronikę. Dialog prowadzony tu jest metodą call & responce. W finałowej opowieści smyczek dynamicznie uderza w struny, wpada w niemal opętańczy taniec. Drugi kontrabas pulsuje niczym rockowy walec.



 

Album zatytułowany vèrs revèrs, to zgodnie z opisem rodzaj suity (nie pada tu określenie kompozycja) na kontrabas i ośmioosobowy chór damsko-męski Rhizome. Oba ośrodki dźwiękowe wchodzą tu w bystre interakcje, bywa jednak także, iż każdy z nich prowadzi samodzielną narrację. Kontrabas jest czujny, nie unika mrocznej kameralistyki, ale i post-jazzowych zdobień, z kolei chór przypomina tu trupę teatralną po godzinach, która obok pięknych, wokalnych fraz dobrze też bawi się całą sytuacją sceniczną. Dodajmy, iż spektakl ma także wymiar werbalny, albowiem bogacą go frazy poetyckie.

Przedstawienie otwiera rubaszny wielogłos, pełen swobodnych, ale i zagubionych monosylab. Kontrabas skupia się tu na budowaniu zwartej narracji, najpierw frazuje pizzicato, potem podśpiewuje post-barokowo. W dalszej części utworu chór rozkwita i przejmuje główny strumień opowieści. Część druga, to samotny kontrabas i minimalistyczne uderzenia po strunach, a trzecia, to równie minimalistyczny smyczek, który zdaje się wchodzić w dyskurs poznawczy z rozbudzonym wielogłosem niezobowiązujących rozmów. W czwartej części samotny kontrabasista szarpie za struny, po czasie odnajdując szeptany background chóru. Ów pomruk szeptów kreuje także kolejną część płyty. Tym razem to z niego wyłaniają się głosy i drobne frazy kontrabasowe. W szóstej części ciężar narracji spoczywa na chórze. Tu frazy smyczka zdają się rodzić wprost z głosowych igraszek. W siódmej części pojawia się samotny smyczek – drga, skrzypi, udanie odnajduje dynamikę. W kolejnej odsłonie grę prowadzi jedynie chór, tu wyjątkowo wzbogacony śpiewem operowym i namiętnymi cmokaniami. Ostatnie dwie opowieści dają przykład bardziej intensywnych interakcji pomiędzy kontrabasem, a chórem. Neobarokowe frazy smyczka pięknie korelują tu ze śpiewem i innym wokalnymi zdobieniami. Nie brakuje emocji i bogatych faktur dźwiękowych. Na koniec smyczek wpada w repetycję, a głosy przekomarzają się wzajemnie. Piękny finał albumu nieco zbyt wystudiowanego w środkowej fazie.

 




Levar Lenga, to w nawiązaniu do muzykowania z chórem, kolejny przykład spektaklu o charakterze teatralnym, tu po części także baletowym. Poza rozbudowanym instrumentarium w przedsięwzięciu biorą bowiem udział tancerze, a w albumowym credits padają także dane personalne reżysera. Jest także warstwa tekstowa. Niggenkemper poza grą na kontrabasie pełni tu rolę kompozytora, tudzież współkompozytora całości. W warstwie instrumentalnej mamy posadowione po środku sceny instrumenty akustyczne (w tym lira korbowa i dudy), a w tak zwanym dalszym plamie całe mnóstwo urządzeń elektronicznych i elektroakustycznych (także gitary elektryczne, niewymienione wprost w prezentacji artystów). Jak to zwykle bywa w przypadku Pascala muzyka, to prawdziwy tygiel międzygatunkowych konotacji, rwana, nerwowa, ale nasycona tysiącami pomysłów opowieść, która mimo swej incydentalnej enigmatyczności pozostawia dużą swobodę dla działań improwizatorskich. Całość szczęśliwie zamyka się w 41 minutach, zatem ani przez moment nie doświadczamy tu problemu nadmiaru, czy przeładowania programu. Piekielny kocioł mnóstwa dźwiękowych i werbalnych (głosowych) niespodzianek, ale nade wszystko przyjemności.

Nie będziemy opisywać każdej z czternastu części (niektóre są doprawdy ledwie kilkudziesięciosekundowe), wskażmy wszakże na najbardziej ekscytujące elementy tego niemalże multimedialnego performansu. W budowaniu poszczególnych narracji duża rola przypada kontrabasowi i są to bardzo często obowiązki rytmicznego demiurga. Głosy i wokalizy dobrze lepią się z potokiem dźwiękowych narracji. W wielu kluczowych dla dramaturgii całości momentach świetnie wkomponowana w sferę akustyczną jest warstwa elektroniczna, tudzież elektroakustyczna. Wreszcie swoją ważną rolę pełnią tu akustyczne instrumenty folkowe, które zwłaszcza pod koniec spektaklu dają efektowny zastrzyk emocji. Kilka ważnych chwil niemal free jazzowej ekspresji zapewnia nam też klarnet basowy. Wreszcie nie brakuje rozbudowanych partii perkusji i perkusjonalii, a w jednym z istotnych momentów dramatu - ekspresji rockowej gitary. What ever you want!

 


Ostatnim z omawianych epizodów sześciopaku Niggenkempera jest nagranie poczynione w wieży kościelnej. Have you ever wondered, to kontrabas, trąbka, elektronika i wokal skonfrontowane z monumentalnym brzmieniem kurantów. Efekt pod względem akustycznym bywa doprawdy wyjątkowo smakowity, jakkolwiek album nie unika dramaturgicznych znaków zapytania i pewnej konceptualnej nadprodukcji formy nad jego dźwiękową treścią.

Kościelne kuranty efektownie biją zarówno na początku, jak i końcu tej jedenastoczęściowej opowieści. Trąbka udanie pracuje tu czystymi frazami, równie dobrze czuje się też w plamach elektroniki. Kontrabas z kolei zdaje się nie być ograniczonym w jakimkolwiek zakresie. Frazuje smyczkiem, zarówno w estetyce post-barokowej, jak i gęstej magmie dronów, buduje rytmikę, nie stroni od zabrudzonego brzmienia, stawia intrygujące kontrapunkty. Co ciekawe, w kilka momentach opowieść przybiera dalece piosenkowy charakter. Sprzyjają temu możliwości głosowe trębacza, który ze swadą śpiewa zgrabne melodie. W czysto akustyczne narracje wplecione są tu także dźwięki otoczenia, które szczególnie udanie korelują z czystym, masywnym brzmieniem kurantów.


Pascal Niggenkemper le 7ème continent .Kipppunkt. Pascal Niggenkemper – kompozycje, kontrabas, Julián Elvira – flety i amplifikatory, Liz Kosack & Philip Zoubek - klawikordy i syntezatory, Joris Rühl & Joachim Badenhorst – klarnety i amplifikatory. Nagrane w lutym i listopadzie 2017 roku: MHH w Paryżu, Studio boerne45 w Berlinie oraz Festival Alternativa w Pradze. Dziewięć utworów, 51:16.

Beat the Odds beat the odds: music for 2 cellos, 2 contrabasses, amplifiers and motors. Pascal Niggenkemper – kontrabas, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Ricardo Jacinto – wiolonczela, Félicie Bazelaire – kontrabas. Nagrane w latach 2017-2018: Maison de la Musique - Cap’Découverte (Francja), Dialograum Kreuzung, St. Helena, Bonn (Niemcy) oraz Offene Ohren, Monachium (Niemcy). Sześć utworów, 53:34.

Pascal Niggenkemper la vallée de l'étrange. Pascal Niggenkemper – kontrabas twarzą w twarz ze wzmocnionym kontrabasem w ustawieniu oktofonicznym. Nagrane w lipcu i październiku 2022 roku, Grange de Floyrac (Francja). Siedem utworów, 44:10.

Pascal Niggenkemper & Voix en Rhizome vèrs revèrs. suite pour 8 voix et contrebasse sur des textes de Jaumes Privat. Pascal Niggenkemper – kontrabas oraz Voix en Rhizome: Danièle Sales, Klaus Niggenkemper, Marie-Françoise Delzons, Jean-Jacques Triby, Marie-Cécile Triby, Alain Druilhe, Marie Quet, Alain Salabert – głosy. Nagrane w październiku 2021, Poujol, Aveyron (Francja). Dziesięć utworów, 40:22.

Levar Lenga levar lenga. François Bessac – elektronika i obiekty, Igor Boyer – elektronika i obiekty, Antoine Charpentier – dudy, Isabelle Cirla – klarnet basowy, Lore Douziech – taniec, René Duran – głos, Laurence Leyrolles – taniec, Nicolas Marmin – elektronika i obiekty, Pascal Niggenkemper – kontrabas i kompozycje, Papillion – perkusja i rzeźby sonorystyczne, Jaumes Privat – tekst, głos i wizualizacje, Guy Raynaud – elektroakustyka i kompozycje, Fabien Salabert – reżyseria, Jean-Jacques Triby – lira korbowa. W nagraniu wykorzystano też gitary elektryczne. Nagrane w lipcu 2021 roku, studio Charpentier (Francja). Czternaście utworów, 40:41.

Corinne Salles, Ben LaMar Gay, Pascal Niggenkemper have you ever wondered. music pour carillon, trompette, voix, électronique et contrebasse. Corinne Salles – kuranty, Ben LaMar Gay – trąbka, głos, elektronika, Pascal Niggenkemper – kontrabas i kompozycje. Nagrane w lipcu i październiku 2022, wieża dzwonowa, Notre-Dame de la Drèche (Francja). Jedenaście utworów, 43:48.

Subran Music 2023. Wszystkie albumy dostępne w formacie CD, zebrane w jednym boksie zwanym blòc.


piątek, 10 stycznia 2020

Yoni Kretzmer! The Brooklyn’ Sax Killer and his Mis-Takes!


Stali Czytelnicy tych łamów z pewnością zauważyli, iż nasze recenzenckie macki rzadko sięgają po muzykę zza Wielkiej Wody (w jej jak najbardziej północnym wymiarze). Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele, nie są one jedynie natury artystycznej, ale nie świadczą one bynajmniej o tym, iż dźwięków z tamtej części świata w ogóle nie słuchamy. Baa, czynimy to nad wyraz często, na ogół jednak – po odsłuchu - upychając pliki z muzyką w otchłani niezliczonych pamięci zewnętrznych naszych komputerów.

Czas jakiś temu namierzyliśmy wszakże pewnego saksofonistę, rezydenta Brooklyńskiego, pochodzącego z Jerozolimy, któremu zaczęliśmy się bacznie przyglądać. Z płyty na płytę, nasz niekłamany podziw dla jego kunsztu improwizatorskiego rósł, zatem musiał w końcu nadejść moment, w którym muzyk ten trafi na łamy Trybuny, i to od razu w formie małego overview, by nie rzec – fjuczersa!

Panie i Panowie, Yoni Kretzmer!




2Bass Quartet

Przygodę z muzyką tenorzysty z Nowego Jorku zaczynamy od najnowszej płyty jego formacji 2Bass Quartet. Wydawnictwo ubiegłoroczne, choć nagranie pochodzi z roku … 2013. Zgodnie z nazwą, w składzie kwartetu odnajdujemy dwa kontrabasy – w lewym kanale zagra Sean Conly, w prawym zaś niemal legenda tamtejszej sceny free jazzowej - Reuben Radding. Na perkusji odnajdujemy także naszego dobrego znajomego – Marka Pride’a. Ich trzecia płyta zwie się Mis-Take, składa się z siedmiu improwizacji (określonych przez Kretzmera, jako idee kompozytorskie), trwających 44 minuty i 38 sekund. Wydawcą CD jest OutNow Recordings, label z Brooklynu, którym zarządza saksofonista i który dokumentuje niemal wszystkie jego rejestracje.

Mocny tembr saksofonu tenorowego, masywne kontrabasy, posadowione na przeciwległych flankach, które nieustannie sieją ferment, rzadko grając frazy imitacyjne, wreszcie pełna energii, żywa perkusja. Czy świat swobodnego free jazzu potrzebuje czegoś więcej? Jeśli ową sytuację sceniczną uzupełnimy mistrzowskim warsztatem i wysokim poziomem kreatywności muzyków oraz świetnym brzmieniem wszystkich instrumentów, nasze szczęście nie może nie osiągać stanu maksymalnego. I tak dzieje się w przypadku Mis-take! Narracja toczona jest bardzo swobodnie, improwizacja ma, co prawda pewne ramy, ale zdaje się, że predefinicja procesów dźwiękowych ograniczyła tu się jedynie do wykreowania pewnego ładu dramaturgicznego całości spektaklu muzycznego.

Rzućmy uchem i okiem, jak to wygląda w praktyce. Zacznijmy od samego początku: lewy kontrabas pracuje smyczkiem, prawy szarpie struny, środkiem sunie siarczysty saksofon, który zdaje się zwoływać czeredę złoczyńców na rykowisko. O marszowy flow, nieco aylerowski w posmaku, dba trafiająca zawsze w punkt perkusja. Tenor nakręca tu spiralę emocji, razi szczerością i intensywnością przekazu, plami emocjami, pewny każdego zadęcia, idzie po swoje bez najmniejszych skrupułów. Drugi utwór budują riffy kontrabasów, na których ściele się dźwięk sonoryzującego saksofonu, obok błyszczą perkusjonalne ornamenty. Pełen niepokoju, multikreatywny tenor bucha wyobraźnią, szczerzy zęby i gna w najlepsze. Na początku trzeciej części kwartet stawia na ciszę. Kontrabasy plotą balladę, silnie akcentowaną przepięciami perkusyjnymi, tenor śpiewa zmutowany czerstwą współczesnością be-bop. Gdy ten ostatni milknie, basy zaczynają pojękiwać post-barokiem, czyniąc ze smyczków prawdziwe narzędzie zbrodni. Na finał pieśni robi się naprawdę gorąco – afektowany post-blues puka do twoich drzwi. Nie waż się otwierać!

Czwarta idea kompozytorska – lewy kontrabas, wiedziony smyczkiem, sięga niezwykle wysoko, potem maltretuje struny. Saksofon i perkusja od razu wrzucają szósty bieg. Prawy kontrabas szarpie struny, ciągle czegoś szuka. Po 90 sekundach speedowy free jazz jest już udziałem każdego z muzyków. Wszystkie dźwięki wydają się multiplikować – ściana akustycznego noise, to prawdopodobnie jedyna droga ucieczki. Po solówce perkusji, światło gasi smyczek prawego kontrabasu. Piąta historia budzi się przy dźwiękach preparowanych. Wejście w temat jest lekkie, nawet frywolne. Podłączenie się do zabawy przez perkusję buduje nerw wewnętrzny i kieruje całość narracji ku ognistej kipieli. Saksofon szczytuje (na poły cyrkulacyjnym oddechem), kontrabasy maltretują się wzajemnie, a progresywny drumming dopełnia obrazu całości. Szósta część rozgrywa się bez udziału saksofonu. Dwa smyki, gently percussion, ballada post-chamber. Chwila wytchnienia przed finałową rozgrywką. Ta zaczyna się niczym cisza przed burzą – saksofon prycha, oba kontrabasy tkwią w stanie powolnej preparacji, percussion przelewa hektolitry wody. Rezonans talerzy, skupiony flow tenoru – opowieść, która nabiera dynamiki mniej więcej po trzech minutach. Full drums, saksofon, który chrobocze egzystencjalnymi wątpliwościami, rozbujane kontrabasy – oto, jak unaocznia się idea rocka i bluesa w swobodnej, post-jazzowej opowieści. Tenor aż śpiewa, aż grzmi, aż kipi. Pod nim dwa basy i jedna perkusja – prawdziwa autostrada do piekła!




New Dilemma

Pozostajemy w obszarze muzyki jak najbardziej improwizowanej, jakkolwiek element ingerencji kompozytorskiej Kretzmera w przebieg strumieni dźwiękowych zdecydowanie zyska na znaczeniu. Druga płyta formacji New Dilemma, która przy okazji rozrosła się z kwintetu do sekstetu, to przykład predefiniowanej improwizacji w duchu kameralistycznym, pozostającej rzecz jasna pod silnym wpływem free jazzowego temperamentu lidera.  W aspekcie instrumentalnym – swoiste połączenie kwartetu free z instrumentami strunowymi, w aspekcie zaś personalnym - Frantz Loriot (altówka), Christopher Hoffman (wiolonczela), Josh Sinton (klarnet basowy), Pascal Niggenkemper (kontrabas), Flin Van Hemmen (perkusja) oraz nasz bohater (saksofon tenorowy). Dwupłytowy zestaw CD zwie się Months, Weeks and Days, składa się z dziewięciu kompozycji (chyba winniśmy się trzymać tego określenia), a trwa blisko 110 minut. Nagranie studyjne z maja 2016 roku, dostępne na rynku od roku 2018 (OutNow Recordings).

Nie sposób nie nazwać Miesięcy, Tygodni i Dni dziełem epickim, z uwagi na jego rozmach, mnogość pomysłów aranżacyjnych, tygiel nieustających zmian w procesie narracji i całe mnóstwo doskonałych improwizacji, zarówno solowych, jak i kolektywnych. Jednej rzeczy na tej płycie nie uświadczymy wszakże z pewnością, a mianowicie – nudy! Być może niektóre utwory mogłyby być odrobinę krótsze, ale i tak dzieło Kretzmera nie wydaje się przegadane, albo zbyt rozwlekłe. Daleko mu do porażającej epickości czteropaków Anthony’ego Braxtona, tudzież wielodyskowego dzieła Tyshawna Soreya Pillars.

Wejście w dzieło od razu stawia nas na baczność. Blisko 20 minutowa pieśń otwarcia rodzi się w kameralistycznej plątaninie wyłącznie ciekawych dźwięków – rezonujące smyki, liczenie strun, małe percussion i masywny, nisko zawieszony temat podawany przez saksofon i klarnet basowy, powolny i smagły bass drone chamber! Narracja nabiera wiatru w żagle – temat gaśnie na strunach, a dęciaki zaczynają harcować w najlepsze. Free jazzowa kipiel z tenorem w roli wodzireja nie trwa jednak długo. Płomień przygasa przy wtórze strings, a bystre solo czyni klarnet basowy, mając za partnera grzmiący kontrabas i ludzkie gardło – upalone chamber z jazzowym wrzaskiem dętym. Sytuacja dramaturgiczna zmienia się, jak w kalejdoskopie – sporo akcentów kolektywnych, erupcje mocy komentowane stonowanymi pasażami, zapewne po części powodowanymi dyktatem pięciolinii, wreszcie w pełni demokratyczny dostęp do przestrzeni nagrania dla każdego z instrumentów, także w zakresie indywidualnej kreatywności. Od spokoju rozjuszonej kameralistyki po ścianę free jazzowego ognia. Zmiany, zmiany, zmiany…. Drugi utwór otwierają strunowce, posyłając zalążek tematu. Tenor wrzeszczy z desperacji, a klarnet basowy gra marsza. Po chwili jazzowy duet saksofonu i perkusji, który napotyka na agresywną postawę violi i cello, wspieranych zazdrosnym klarnetem basowym. Kolejny doskonały moment, to wspólny, krwisty pasaż dętych w tle niemal tanecznych podrygów reszty sekstetu. Co rusz dynamiczna faza improwizacji natyka się na komentarze czytane z pięciolinii, które na moment gaszą jej ogień lub wkręcają cały zespół w nowy wątek narracji. Początek trzeciej historii, to dramatyczny wrzask klarnetu basowego i temat grany wysoko, głównie przez strings. Perkusja wchodzi po dwóch minutach i zabiera wszystkich na free jazzową galopadę. Po jej wybrzmieniu, głos rozpaczy staje się udziałem altówki i wiolonczeli, po czym zostaje cudownie ugaszony preparacjami kontrabasu i dęciaków. Po chwili wszyscy znów gnają na zatracenie, a światło gasi perkusja. Czwarta część, to moment wytchnienia – piękna introdukcja wiolonczeli, brzmi jak temat wprost z Bacha, z komentarzem cello i percussion. Smukła meta ballada z grzmotami kontrabasu. Piąty utwór, który wieńczy pierwszy dysk – masywne, brudne intro w wykonaniu strunowców, wsparte hałasem talerzy. Saksofon i klarnet basowy po paru chwilach skrzeczą i złorzeczą, kreując molową, nieco histeryczną opowieść, która nie może skończyć się happy endem. Gęsta od potu, masywna narracja bez udziału perkusji, w której to dęciaki grają temat, a strunowce wyją do księżyca i zatracają się w tańcu.

Dysk drugi rozpoczyna także opowieść długometrażowa (ponad 17 minut). Perkusyjne intro, preparacje i grzmoty klarnetu basowego i kontrabasu, obok saksofon wraz z cello, grający temat z pięciolinii. Rwany, niepokojący walczyk dla niegrzecznych chłopców. Z czasem całość nabiera mocy, siłą ekspresji tenoru i ostrym, fermentującym tembrem kontrabasu. Po kolektywnej erupcji, strunowe wyciszenie, a zaraz potem kolejny, zmysłowy pasaż saksofonu z bystrym tłem ze strony pozostałych instrumentów. Znów pomysł goni tu pomysł – jest moment na liczenie strun na gryfie altówki, taniec masywnego smyczka po gryfie kontrabasu, prychy zirytowanego klarnetu basowego. Im bliżej końca, tym ogień narracji narasta - kilka bystrych, wyśmienitych ekspozycji solowych (altówka, klarnet, tenor, perkusja), które upstrzone kameralistycznym komentarzem docierają do ostatniego dźwięku. Temat drugiej opowieści wypływa spod strun, saksofon śpiewa bardzo jazzowo, a wszyscy szukają zwady. Po paru minutach nastaje dobry moment dla strunowców, które wojują z perkusją, a w roli mediatora, smakowity klarnet basowy. Ten ostatni transferuje narrację ku formule free jazzowego kwartetu bez udziału strings. Gdy te powracają, emocje gasną. Trzecia historia to duet saksofonu i perkusji. Bystrze brną w pół galopie, co rusz komentowani przez strunowce, które albo koją zszargane nerwy, albo wręcz dolewają oliwy do ognia. Po chwili mamy tu małą wojnę free jazzu z chamber – kwartet grzmi i skrzeczy, ale viola & cello, choć w mniejszości, nie dają za wygraną. Gdy ostateczne zjednoczenie dokona się na naszych uszach, ognisty finał tryska emocjami. Wreszcie czas na finał wielomiesięcznej epopei – deep drums, nisko zawieszone wiolonczela i klarnet, długie i ponure pasaże drones inside & outside. Tenor prycha suchym powietrzem, strings grają barok, klarnet śpiewa pokrętną kameralistykę. Gdy wszystko wskazuje na to, że meta melodyjny pasus saksofonu wieści koniec płyty, repetujące strunowce, a potem także perkusjonalia, sieją ferment i budzą demona swobodnej kreacji. Pożegnanie nie jest zatem słodkie – całkowicie wyzwolony tenor grzmi na tle opadających, strunowych dźwięków, po czym gasi światło przy blasku rezonujących talerzy.




Trio

Na zakończenie pierwszej bytności *) Yoni Kretzmera na spontanicznych łamach, proponujemy odrobinę wytchnienia przy dalece swobodnych improwizacjach trąbki, kontrabasu i saksofonu tenorowego. Studyjna rejestracja z 2016 roku, ze słynnego studia Systems Two na Brooklynie: Thomas Heberer na trąbce, Christian Weber na kontrabasie i Yoni Kretzmer na saksofonie tenorowym. Ich płyta z roku 2018 zwie się BIG (OutNow Recordings), składa się z sześciu improwizacji (być może poprzedzonych drobnymi ustaleniami scenariuszowymi), trwa zaś 44 minuty i 49 sekund.

Jazzowe intro, klejone ciepłymi frazami, które jednak dość szybko łapią brud i szukają, póki co, incydentalnych preparacji, to sytuacja na wejściu. Trąbka jakby z bajki kameralistycznej, kontrabas z oceanu swobodnej improwizacji, zaś saksofon po kolana zanurzony w dorobku free jazzu. Drugi odcinek, uprzedźmy przebieg wypadków – podobnie jak ostatni, jawi się najciekawszym momentem Dużego. Na początek agresywne preparacje, szorstkie, bezczelnie rwane frazy, smyczek, który goreje i tuba saksofonu, która krzyczy. Rytm, ekspresja, a w drugiej fazie nagrania doskonały deep bowed bass. Trzecia opowieść skrojona chyba w celu przygaszenia entuzjazmu recenzenta – wysoka trąbka, niski saksofon i dudniące pizzicato kontrabasu. Pasywne chamber, budowane bez specjalnej chemii pomiędzy jego twórcami. Na plus ciekawe dialogi trąbki i tenoru w estetyce stevensowskiego Flower.

Czwarta improwizacja stawia na długie pasaże. Smyk, znów osadzony niemal na dnie kontrabasu, czyni tu najwięcej dobrego. Piąta historia, to ciekawy krok w kierunku preparacji i akcentów sonorystycznych. Trąbka dmie po krawędziach, oddycha ciężkim powietrzem, struny kontrabasu rwą się jedna po drugiej, a saksofon szuka intrygujących dźwięków w czwartym wymiarze. Potem wszyscy czynią dwa kroki w kierunku jazzu, ale pomysł zostaje niezwłocznie odwołany, czyniąc finał bardzo udaną preparacją. Ostatni utwór na płycie, jako się rzekło, sporo rekompensuje, nie tylko dlatego, że jest najdłuższy i nieźle upstrzony ciekawymi sytuacjami. Zaczyna go gadulstwo trąbki i zwinne szarpanie strun, które stara się naśladować saksofon. Narracja pachnie jazzem, ale wszystko zdaje się być tu robione z zębem. Saksofon dmie z klasą (choć nie taką, do jakiej przywykliśmy na dwóch poprzednio dziś omawianych płytach), nie skąpi swoim frazom melodyjności. Jeśli partnerzy na moment zaczynają przynudzać, wrzuca wyższy bieg i nie pozwala przygasnąć narracji. Znów kapitalną robotę czyni kontrabas i jego wyjątkowo nisko zawieszony smyczek. Dobre zakończenie płyty zawdzięczamy tenorowi, który brudnym, masywnym flow wieńczy nagranie. Gdy na ostatniej prostej trąbka szumi na potęgę, ten rży i daje do wiwatu.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań.


*) wnikliwa analiza śledcza Pana Redaktora wykazała, iż Yoni był – epizodycznie – gościem tych łamów, niemal 4 lata temu, przy okazji krótkiej notki o poprzedniej płycie 2Bass Quartet Book II. Tamże – proroczo – obiecaliśmy śledzić dalsze poczynania Kretzmera! Here We Are!



czwartek, 7 listopada 2019

From Wolves To Whales! Dead Leaves Drop!


Dwupłytowe wydawnictwo Strandwal (Aerophonic Records) omawialiśmy na tych łamach dokładnie 22 sierpnia (oto skrót). Zawierało ono koncert, jaki miał miejsce 14 listopada 2017 roku w klubie De Pletterij, zlokalizowanym w holenderskim Haarlemie. Dzień później muzycy zagrali w belgijskiej Antwerpii. Zgodnie z zapowiedzią, zamieszczoną na stronie bandcampowej wydawcy, właśnie ów koncert z Antwerpii miał nam zostać udostępniony na czarnym krążku w jakiś czas po wydaniu kompaktu. W istocie, tak stało się w pierwszej połowie września.

A zatem Panie Recenzencie, otwórz szafę i mów do rzeczy! Nate Wooley na trąbce, Dave Rempis na saksofonie altowym i tenorowym, Pascal Niggenkemper na kontrabasie oraz Chris Corsano na perkusji. Kwartet, od czasu debiutanckiej płyty, zwie się From Wolves To Whales, nowy krążek zaś Dead Leaves Drop (Dropa Disc, LP 2019). Dwie strony winyla trwają około 40 minut.




Być może najlepszy obecnie skład free jazz/free improv zza Wielkiej Wody zaczyna koncert w Antwerpii nad wyraz kolektywnie. Dość dynamicznie, z trąbką, która już na wejściu szuka dobrych, preparowanych dźwięków, z bardzo sugestywnym, stylowym altem, ze smyczkiem masywnie posadowionym na gryfie kontrabasu, wreszcie ze skupionym na celu zestawem perkusyjnym, który od pierwszego dźwięku, nie dość, że trafia w punkt, to jeszcze dynamizuje działania wszystkich muzyków na scenie. More free than free jazz! Po rozbudowanym, jakże zmysłowym intro, pierwszą falangę indywidualnych ekspozycji rozpoczyna saksofon altowy. Rempis – master class, cóż dodać więcej? Pod nim sunie rozgrzana już sekcja rytmu i bijącego serca. Wooley włączą się w ten tygiel emocji w jego niemalże kulminacyjnym momencie – przejmuje ster i daje do wiwatu! Tymczasem owa sekcja, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, hamuje ekspresowy pociąg bez szwanku na czyimkolwiek zdrowiu. W ramach komentarza, błyskotliwa ekspozycja perkusisty – dźwięki jakby multiplikowały się, a przed nami grała wielka orkiestra zwinnych doboszy. Eksplozja emocji staje się udziałem wszystkich, albowiem do tego wrzątku improwizacji podłącza się także wyjątkowo ekspansywny kontrabas. Jest, i komentarz delikatnie zmutowanego altu, jest i zaśpiew trąbki! Prawdziwa maszyna do zabijania! Następujące tuż potem, dramaturgiczne zejście w kierunku ciszy jest prawdziwie monumentalne, wykonane z mistrzowską precyzją. Saksofon bez zbędnej zwłoki wchodzi w stadium preparacji, trąbka śle małe pociski, korzystając z plastikowej tuby, dołem płyną zaś półdronowe pulsary sekcji. Wyjście z cienistej narracji staje się udziałem niebywałego duetu altu i kontrabasu, traktowanego techniką pizzicato. Pachnie dobrym, otwartym jazzem po widnokrąg! Powrót do swobodnego flow improwizacji odbywa się już w jurnym galopie – trąbka eksponuje swój olbrzymi zasób melodyjności, sekcja gra rocka i grzmi!  Wygaszenie płomienia zostaje powierzone smyczkowi, który czyni to z kameralistyczną gracją! Brawo!

Druga strona winyla rodzi się przy preparowanych dźwiękach trąbki i saksofonu. W tle grzmi cichy kontrabas, połyskuje politura werbla, który łapie rezonans z nierozpoznanymi obiektami przestrzeni koncertowej. Piękna, gęsta introdukcja realizowana w perfekcyjnych okolicznościach akustycznych. Trąbka czyni już same cuda, ale ster narracji przejmuje alt, który płynie wyjątkowo wysokim wzgórzem, z garścią niebanalnej melodyki. W dole harcuje smyczek i rozedrgane talerze. Komentarz trąbki definitywnie w punkt! Prawdziwa epopeja harsh acoustic! A saksofon skacze jeszcze wyżej, brzmi już niemal, jak góralska piszczałka! W dalszej kolejności, wszyscy muzycy tłuką mocne fonie, jakby grali w cztery ognie, jeśli taką grę ktokolwiek potrafiłby wymyśleć. Moment eksplozji mija dzięki trąbce, która zmysłową preparacją istotnie spowalnia całą improwizację. Piękny moment, czerstwy oddech sekcji, perkusja w pół drogi do polirytmii, czarno-szarej, jak popiół z papierosa. Kwartet znów szuka ciszy i preparuje na potęgę. Chris! Pascal! Dave! Nate! Saksofon jakby tańczył zanurzony we .. własnej tubie. Trąbka nie pozostaje dłużna – oba dęciaki nakręcają się wzajemnie, jak sprężyny zegara. Bas i perkusja dudnią w tle. Wyjście na finałową prostą pełne jest jazzowego posmaku. More classic but still beauty! Zmysłowe, niemal hardbopowe solo Wooleya, jakby na potwierdzenie supozycji recenzenta. Wielki triumf klasyki na podsumowanie doskonałej swobodnej improwizacji, poczynionej przez kwartet genialnych muzyków.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Rempis, Wooley, Niggenkemper & Corsano! From Wolves to Whales! Strandwal!



Improwizująca fauna na start! Od wilków do wielorybów! Tych pierwszych jest czterech, tych drugich być może nieskończona ilość!

Z perspektywy Trybuny Muzyki Spontanicznej, po drugiej stronie Atlantyku nie dzieje się zbyt wiele, jeśli chodzi o kreatywną muzykę improwizowaną. Być może konstatacja ta obraża skończoną liczbę muzyków amerykańskich (bo o nich tu przecież mówimy), ale z własnymi gustami raczej się nie dyskutuje. W ostatnich latach łamy te zadrżały pod jarzmem wyśmienitej muzyki z tamtej strony świata ledwie kilkukrotnie i to na ogół za sprawą trębacza Nate’a Wooleya. Dwa kwintety Larry Ochsa z jego ważkim udziałem zryły nam berety dość głęboko (The Fictive Five). Podobnie rzecz się miała z kwartetem, który na swej pierwszej płycie (studyjna rejestracja z roku 2014) przyjął nazwę … From Wolves to Whales!

Dziś owa wilcza czwórka powraca - Dave Rempis na saksofonie altowym, Nate Wooley na trąbce, Pascal Niggenkemper na kontrabasie i Chris Corsano na perkusji. Tym razem koncert, jaki miał miejsce w klubie De Pletterij, w holenderskim Haarlemie, dokładnie w urodziny Pana Redaktora, lat temu dwa! Dwa sety, każdy podzielony na część główną i dodatkową, ale stanowiący nieprzerwany ciąg dźwięków - łącznie 80 minut i 45 sekund muzyki, którą dostarcza label Rempisa Aerophonic Records (2CD, 2019). Swobodna improwizacja, osadzona w idiomie wolnego jazzu, zapewne z powodów merkantylnych określona jako all composition by the musicians. Z niecierpliwością zaglądamy do środka, bo już dziś wiemy, że krążek ten niechybnie wyląduje na corocznym podsumowaniu najlepszych płyt kolejnych dwunastu miesięcy naszego muzycznego życia!




Hook and Cod.  Wejście w koncert bez zbędnych ceregieli, czynione jest kolektywnie i skrupulatnie. Relaksacyjne dialogi dęciaków, nam nigdzie się nie śpieszy, dokładna, precyzyjna sekcja rytmu, w punkt, już na starcie dość dynamiczna. Oto wolny jazz bez specjalnych predefinicji, puszczony na żywioł wyważonej i rozsądnej improwizacji, komponowanej w czasie rzeczywistym. Pełna demokracja w grupie, każdy ma tu swoje pole do działania, swobodę ruchów i wyborów dramaturgicznych. Przed szereg jako pierwszy wychodzi Rempis dosadnym expo, które po chwili zostaje świetnie skomentowane przez Wooleya. I to trębacz przejmuje dowodzenie. Tuż pod nim sekcja rytmu pracuje niemal perfekcyjnie – classic free jazz combo in master class! Niggenkemper sięga po smyczek już w 5 minucie. Oba dęciaki wchodzą z nim w błyskotliwe zwarcia. Brawo! W 9 minucie prym wiedzie Rempis - saksofonista zdaje się pokazywać swoje najlepsze wydanie - i znów może liczyć na bystry komentarz trębacza. Opowieść toczy się wartko, ma perfekcyjną dramaturgię, bez zawodów, niepotrzebnych galopów, wszystko wydaje się być tu trzymane w ryzach swobodnej konstrukcji narracyjnej. 13 minuta przynosi garść szaleństw trębacza, który ślizga się po powierzchni wyjątkowo dynamicznej sekcji rytmu. W 17 minucie nieustannie pracujący smyczek na kontrabasie zarządza pierwsze spowolnienie, surową nostalgię chwili. Po kilkudziesięciu sekundach prawdziwy stop! Piłowanie strun, mikro dźwięki, które rozsypują się po podłodze niczym kawałki rozbitego lustra. Kilka łyków preparacji ze strony każdego z muzyków. Po chwili, kolektywne budowanie nowej narracji, z bardzo aktywnym drummingiem. W 25 minucie wysokie expo Rempisa, prawdziwy popis, który eskaluje wchodząca na drugiego trąbka. Tymczasem bez jakiegokolwiek wybrzmiewania, startuje drugi track koncertu … IJ. Garść stosunkowo spokojnych pląsów w grupie, rodzaj zalotnych, ptasich śpiewów o dżdżystym poranku. Złamany barok na strunach kontrabasu, bukiet wzajemnych imitacji, wszystko po to, by po chwili spiralnie nakręcać nową opowieść, której nie zabraknie dynamiki. Równie szybko zawiśnie ona jednak na repetującym smyczku. Po chwili oba dęciaki, niczym kołujące myśliwce, długimi frazami zaczynają proces poszukiwania ostatniego dźwięku pierwszego seta. Od hałasu po dno ciszy i z powrotem! Chwila z samotnym smyczkiem, chwila z samotną perkusją. Finalizacja bez udziału dętych.

Spaarne. Otwarcie drugiego seta odbywa się w dużym skupieniu. Preparacje saksofonu, drżenie talerzy, cisza wyczekiwania na nadejście czegoś ważnego. Kontrabas włącza się do zabawy pięknym drummingiem po suchych strunach. Trąbka także drży, a nawet delikatnie podśpiewuje. Tuż potem świetna ekspozycja Corsano, aż wióry lecą! Po 7 minucie ster przejmuje Rempis i proponuje całkiem swingującą narrację. Nie napotyka na opór partnerów. Of course, free swing! Trębacz wyje jak koń, śmieje się i parska. Jego expo także pachnie zdrowym jazzem na dwa kilometry! A wszystko, to jednak dzieło kontrabasisty, którego śpiewne pizzicato aż skacze z radości! W 14 minucie dęciaki milkną na moment – solo ze smyczkiem! Zaraz potem Rempis zabiera cały kwartet na swobodny spacer, bez galopu, który delikatnie wygasza płomień narracji. Idzie w duet z Corsano! Drugi set zdaje się być bardziej poszarpany, pełen incydentów w podgrupach, choć energii nie brakuje tu komukolwiek. Trębacz, jakby słysząc słowa recenzenta, włącza szósty bieg i intensywnie dorzuca do ognia. Tłumienie narracji staje się udziałem smyczka, ale dzieje się dopiero w 20 minucie. Mikro solo, potem perkusja i trąbka zanurzone w preparacjach. Ta ostatnia ma swoje solo w 23 minucie, ale popis! Komentarz Rempisa odrobinę taneczny! Talerze w tle, smyczek, powrót oświeconego kolektywizmu jest już udziałem muzyków. Free jazz quartet rusza na łowy! Rempis na czele orszaku! Na finał muzycy zmysłowo gaszą płomień I płynnie wchodzą w drugą część drugiego seta… For Kenau. Oto i nasze ulubione call & response! Saksofon, trąbka i smyczek. Pizzicato i perkusja, i znów powrót do pytań i odpowiedzi. Zwinne, cudne gierki na małej przestrzeni. Płyną razem w kierunku ciszy. Piękny moment. Solo na smyku dla podkreślenia doniosłości chwili. Melodia, szczoteczki, trąbka solo – kind of chamber flow. Zakończenie koncertu wyjątkowo łagodne, delikatne, chilloutowe. Rempis śpiewa na ostatniej prostej, reszta bawi się w cool jazz!


Płyta ma swoją premierę 27 sierpnia br.


czwartek, 16 maja 2019

Larry Ochs! A Small Six for Big 70th!


Amerykański saksofonista Larry Ochs na początku maja – jakby odrobinę niepostrzeżenie - ukończył 70 lat! Muzyk, którego większość kojarzy głównie z Rova Saxophone Quartet (nad czym niejednokrotnie na tych łamach utyskiwaliśmy), ma w dorobku całe mnóstwo doskonałych płyt nagranych poza bazową formacją i … ciągle ich przybywa!

Wnikliwa analiza Pana Redaktora wykazała, iż ostatnie kilkanaście miesięcy jest pod tym względem naprawdę wyjątkowe. Muzyk dostarcza nam więcej niż jedną płytę na kwartał, czego nie miał w zwyczaju czynić w latach poprzednich. Z tym większą zatem radością, przystępujemy do omówienia sześciu nowych płyt z udziałem Larry Ochsa jako autora lub współautora.




The Fictive Five  Anything Is Possible (Clean Feed, CD 2019)

Naszą opowieść zaczynamy – nie może być inaczej - definitywnie prawdziwą petardą! O formacji The Fictive Five usłyszeliśmy bodaj cztery lata temu, gdy doszczętnie zryła nam berety swoim fonograficznym debiutem pod takim właśnie tytułem. Dziś ów wyjątkowy kwintet powraca nagraniem równie wysmakowanym, przy okazji świetnie wpisującym się w naszą nieustającą, redakcyjną dysputę o sposobach predefinicji procesu improwizacji. Płyta zawiera kompozycje, pod którymi podpisuje się Ochs lub cały kwintet. Rozumieć je najprawdopodobniej należy, jako zaplanowane struktury poszczególnych utworów, które wypełnione zostają po brzegi soczystymi, swobodnymi improwizacjami. Dodajmy, iż muzycy w trakcie koncertów mają przed sobą pulpity z pięcioliniami, jednakże słuchając efektów ich pracy, mamy wrażenie, iż jedynie po to, by realizacja zdefiniowanej struktury nie była w jakikolwiek sposób zagrożona. A zatem, studyjne okoliczności przyrody, New Jersey, koniec maja 2018 roku: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Nate Wooley – trąbka, Ken Filiano i Pascal Niggenkemper - kontrabas i efekty oraz Harris Eisenstadt – perkusja. Pięć utworów z tytułami (niektóre także z dedykacjami), 61 minut i 3 sekundy.

Na prawej flance saksofon i kontrabas, po środku perkusja, trąbka i drugi kontrabas na lewej flance. Ochs wyrusza w podróż wspierany przez Filiano, który zwinnym pizzicato wzmacnia jego przekaz. Wooley podłącza się po chwili, mają przy sobie Niggenkempera, który używa smyczka. Od startu nie przysypia także Eisenstadt. Gęsta, bogata w dźwięki narracja płynie szerokim strumieniem, mając u swych podstaw dwa kontrabasy, delikatne i z wyczuciem wspierane elektroniką - bijące serca kolektywnej improwizacji. Moc niuansów brzmieniowych i teksturalnych, skrupulatność i precyzja, ponadnormatywna umiejętność słuchania i reagowania (wspierana zapisami z pięciolinii). Pierwsze wytłumienie przychodzi dość szybko – tenor i trąbka dyskutują, na obu gryfach toczą się bystre preparacje, talerze wieszczą dobrą nowinę. Od ekspresji skupienia po ciszę dramaturgicznej powolności. Kolektywizm emocji w parze z gracją pojedynczych fraz. Zadana struktura stwarza luźne ramy, zaś wewnątrz kwintetu, w ramach estetyki call & responce, dopuszczalne jest każde zachowanie. Na zakończenie blisko 12 minutowej ekspozycji – prawdziwe królestwo niskich dźwięków, komentowane przez saksofon i trąbkę pasmem szytym unisono. Drugą opowieść otwiera zmysłowa introdukcja sopranino i perkusji. Prawy kontrabas ze smykiem włącza się w połowie trzeciej minuty, zaraz po nich jego lewy odpowiednik dorzuca garść syntetycznych fonii. Zmiana na tenorowy i wejście trąbki następuje dopiero po wybiciu piątej minuty. W takich elektroakustycznych okolicznościach rozbudowanej sekcji rytmicznej, trębacz kreśli zatrważająco piękną ekspozycję. W 9 minucie powraca saksofon i szybko dociera na szczyt, pnąc się po zmysłowym smyku lewego kontrabasu. W 12 minucie solo perkusji, tuż potem znów Wooley tańczy z kontrabasami, traktowanymi różnymi technikami. Krok następny, to kompulsywne duo trąbki i perkusji, skomentowane ekspresyjnie przez saksofon i preparowane kontrabasy. Narracja onirycznie staje w miejscu, ginąc w deszczu rzęsistych eksplozji zachwytu recenzenta.

Trzecią, nieco krótszą opowieść intonuje ciepły tenor. Trąbka wchodzi tuż po nim, gra imitacyjnie, może nawet coś na kształt tematu, zapisanego na pięciolinii. Melodia, która pachnie żywą kompozycją, posmak ballady, którą łamie w pół aktywny drumming i bystra riposta saksofonu, a także podśpiewująca trąbka. Czas na czwarty epizod, podobnie jak drugi, rozbudowany do 20 minut. Honory gospodarzy czynią tu oba kontrabasy i garść kabli, które je otaczają. Saksofon i trąbka wchodzą do gry w połowie trzeciej minuty (perkusja odrobinę wcześniej). Dynamiczny marsz po złote runo! Na froncie taneczny dialog dęciaków. Każdy reaguje tu na każdego. Gęsty, kolektywny bukiet pięknych kwiatów. Pięć strumieni magii zlewa się wprost do oceanu błyskotliwości. Garść niemal free jazzowych emocji. W 10 minucie kontrolowany stopping, który inicjuje zestaw kolejnych dramaturgicznych sekwencji - solo perkusji, duet saksofonu i trąbki, duet kontrabasów, znów solo perkusji, samotna trąbka, pizzicato vs. arco, trąbka i saksofon unisono, i tak dalej, i temu podobne! Jakże uroczo wykonywana predefinicja! Partytura mistrzów! Narracja łapie niemal free bopowy dryl, a Wooley zdaje się zgarniać całą pulę - moc wyrafinowanego jazzu, który płonie emocjami po zmysłowy kres. Uff… czas na finałowe, kilka ledwie minut – saksofon, elektroakustyka kontrabasów, talerze, szczypta repetycji, cool trumpet, spokojne, choć nerwowe zakończenie. Całusy trąbki i talerzy, mlaskanie kontrabasów, szorstki saksofon i perkusja. Prawa flanka rządzi, lewa kontrapunktuje, wszyscy zaś wyjątkowo intensywnie poszukują ostatniego dźwięku.




Jones Jones (Larry Ochs, Mark Dresser, Vladimir Tarasov)  A Jones In Time Saves Nine (NoBusiness Records, LP/DL 2018)

Debiutancka płyta tria Jones Jones ukazała się trzy lata temu, a zawierała moskiewski koncert z roku 2011. Dziś, gdy sięgamy po ich najnowsze wydawnictwo (koncerty z roku 2016), dopada nas nieodparte wrażenie, iż te poprzednie nie specjalnie doceniliśmy. A zatem w ramach zadośćuczynienia – przed nami płyta A Jones In Time Saves Nine, kolejna doskonała pozycja, która przez nieuwagę/ brak czasu/ głupotę redakcji nie trafiła na listę najlepszych płyt roku ubiegłego. Personel jest w tym wypadku oczywisty: Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino, Mark Dresser – kontrabas i Vladimir Tarasov – perkusja. Płyta w wersji winylowej zawiera cztery utwory, w wersji downloadingowej – aż siedem i tę drugą właśnie omówimy (łącznie 55 minut z sekundami).

W początkowej fazie narrację kreuje smyczek, na poły barokowy, z delikatnie upalonym brzmieniem. Wspiera go saksofon tenorowy, wystudzony, ale z oczywistymi tendencjami do eskalowania napięcia oraz mały drumming, który pilnuje złych myśli. Muzycy z gracją baletnicy nabierają rozpędu, rytmu, free jazzowej brawury. W każdym geście, każdym dźwięku czuć klasę mistrzowską. Smyczek trzyma dół, reszta zwinnie harmonizuje flow, a wszystko odbywa się w warunkach akustyki idealnej. W strumieniu swobodnej improwizacji szczególnie pięknie odnajduje się Ochs - oszczędny, precyzyjny, zawsze trafia w dramaturgiczny punkt. Drugi epizod rodzi się w tubie kipiącego sopranino. Wspierany okrężnym drummingiem Tarasova, nasz dzisiejszy bohater daje prawdziwy popis! Kontrabas wchodzi po parudziesięciu sekundach i zwinnym, ale o tempo wolniejszym walkingiem wprowadza intrygujący dysonans estetyczny. Po pewnym czasie wychodzi przed szereg i gra zmysłowe solo. Narracja toczy się bardzo płynnie, zdobiona świetnymi interakcjami, mimo dynamiki – z pewną nieśpiesznością i refleksyjnością. Na finał powraca klasycyzujący smyczek i spina ów wulkan jedynie dobrych emocji.

Trzecia część dyszy w spokoju – improv chamber przyczajone na smyczku. Aktywne perkusjonalia, precyzja wykonania, być może odrobina predefinicji w żmudnym procesie improwizacji (komponowanej improwizacji?). Po grze wstępnej Dresser proponuje rozwiązanie rytmiczne i znów pióro recenzenta gotuje się z emocji (kontrabasista zdaje się osiągać tego dnia wyjątkowy poziom kreatywności!). Muzycy są równie wyraziści, gdy schodzą w okolice ciszy – sonorystyka, preparacje, tylko dobre pomysły. Piękny post-chamber! Czwartą pieśń niesie na skrzydłach znów smyczek, który zdaje się wspinać na wysoką górę. Soki z tuby, dzwonki z perkusjonalii, drony ze strun, ciepłe, ale zadziorne riposty saksofonu. Przy okazji, kolejna eksplozja Tarasova, który w tej chwili zdaje się ciągnąć całą opowieść, jest wszędzie, zdobi wyczyny kolegów każdą sekundą swojej obecności. Na wydechu, bystra kipiel, what a game!

Skończył nam się winyl, bez zbędnej zwłoki przechodzimy zatem do bonusa elektronicznego. Czułe intro piątego epizodu – znów świetna komunikacja i niezobowiązujące rozmowy o szczęściu. Z czasem nabierają dynamiki, a tenor kreśli pętle wyjątkowej urody. Szósta część – szczoteczki czynią nastrój, a wysoko zawieszony kontrabas zmysłowe solo. Komentarz rozbrykanego, nieco krnąbrnego sopranino, jak strzał w sam środek tarczy! Pizzicato kontrabasu, niczym konik polny na polu minowym! Wreszcie finałowa część – otwiera ją drummerskie, filigranowe, jakże błyskotliwe solo. Bas wchodzi rytmem, saksofon sieje niepokój ciepłym chłodem. No i krok w mięsistą eskalację. Świetny wybór! Siarczysty, dynamiczny finał bucha młodzieńczą fantazją!




Spectral (Dave Rempis, Darren Johnston, Larry Ochs)  ‎EmptyCastles (Aerophonic Records , CD 2018)

Trio Spectral, to kolejna nazwa własna, nieobca Czytelnikom Trybuny. Trzy dęte instrumenty w żmudnym procesie instant composing, innymi słowy – komponowaniu natychmiastowym, czyli zwartej improwizacji czynionej z należytą rozwagą i kameralną szczegółowością (definicja własna autora). O ile dwie pierwsze płyty Spectral powstały w typowych okolicznościach studyjnych, o tyle trzecia, którą za moment poznamy, nagrana została w wielkim, betonowym … bunkrze. Czy miejsce powstania nagrania zdeterminowało efekt finalny, przekonamy się za kilka chwil. W połowie czerwca 2017 roku w owym tajemniczym miejscu spotkali się: Dave Rempis - saksofon altowy i barytonowy, Darren Johnston – trąbka i Larry Ochs – saksofon tenorowy i sopranino. Dziewięć improwizowanych kompozycji, około 50 minut muzyki.

Dwa saksofony (Ochs w kanale prawym) i trąbka w onirycznych okolicznościach post-atomowego bunkra – echo, naturalny pogłos, cisza, która ma barwę i smak. Drony, piski i skomlenia trzech dętych, w początkowej fazie małe, rwane narracje. Kameralna zaduma, szczypta sonorystyki, skupienie, siła pieczołowitości, blask pasaży i uroda pojedynczych dźwięków. Skromne wymiany poglądów w szerokim strumieniu separatywnych opowieści każdego z muzyków. Drugi epizod przynosi więcej interakcji, bystrzejszego słuchania, odrobinę bardziej dynamicznej narracji. Muzycy stylowo nabierają mocy, by równie udanie ugasić płomień. W trzecim – saksofon na lewej stronie pnie się ku górze, dyskutując z echem. Po 90 sekundach odzywa się sopranino i brnie w imitację. Trąbka milczy. Niuanse molekularnych fraz. Na finał trąbka komentuje ptasi dialog saksofonów. Po czym, bez zbędnej zwłoki, kreuje czwartą część. Dysze saksofonów czynią perkusyjne akcenty, całość wspina się na szczyt, staje na palcach, by wznieść kilka okrzyków. Muzycy zdają się przedkładać dialog z echem, nad ekspresję i większą intensywność przekazu. Piąty – baryton i wyjątkowo szorstka trąbka, także jęczący tenor. Bystre koincydencje - przyczajona improwizacja kąsa z zaskoczenia. Szelest dysz i szum wentyli.

W kolejnej opowieści – saksofony tańczą na łące, trąbka kusi powabem swej fonii. Mały konkurs piękności – od czystego dźwięku do preparacji i z powrotem. W siódmej - kameralne wyczekiwanie na wzrost poziomu emocji. Bardzo abstrakcyjny fragment. Ósma opowieść kontynuuje wątek zadumy nad kolektywnym procesem improwizacji. Podczas gdy tenor zdaje się nabierać mocy i kąsać urokliwą ekspozycją, alt komentuje i stawia na zaniechanie. Trąbka sączy małe fonie i zaprasza do zabawy w call & responce. Jakby narracja na powrót nabierała mocy. Wreszcie finałowa część – parada słoni, kolektywne pokrzykiwania, blask rytualnej miłości. Całusy i końskie zaloty – eksplozja akustycznej urody chwili. Na ostatniej prostej garść ekspresji dla tych, który oczekiwali większych emocji.




Larry Ochs/ Mars Williams/ Julien Desprez/ Mathieu Sourisseau/ Samuel Silvant  ‎Stroboscope (The Bridge Sessions, CD 2018)

Kolejny odcinek sesji mostowych, amerykańsko-francuskich! Larry Ochs (tenor i sopranino), Mars Williams (alt i zabawki) i Samuel Silvant (perkusja), wszyscy z nadania Wuja Sama, Julien Desprez (gitara elektryczna) i Mathieu Sourisseau (gitara basowa) jako przedstawiciele kultury wysokiej znad Sekwany. Kwiecień 2014 roku, studio nagraniowe - jak zazwyczaj w tej serii, spotkanie organizowane ad hoc, stawiające na kolektywną i dość swobodną improwizację. Dwa sety, łącznie 40 i pół minuty.

Set pierwszy (krótszy) zaczyna ostra, rockowa gitara z metalicznymi strunami, która płynie nieco kwaśnym strumieniem. Gitara basowa zdaje się oddychać jej powietrzem. Towarzyszą im salwy obu saksofonów, umieszczonych na przeciwległych flankach.  Środkiem truchta dość aktywny drummer. Muzycy dość szybko podejmują decyzję o pójściu w ogień całą szerokością palety dźwięków, jaką dysponują. Pikantna, kompulsywna narracja, zdobiona elektro-preparacjami z basu.  Psycho-rockowa masywna sekcja i tańczące free jazzowe dęciaki. Tracą moc około 6 minuty – wpadają w delikatny trans, łagodnieją, a całość ekspozycji nabiera jakości w postępie geometrycznym. Samozwańczym królem stada wydaje się Desprez, który napędza maszynę, stawia wymagania brzmieniowe, potrafi też trzeźwo i na bieżąco komentować wyczyny partnerów. Emocje zatem wciąż buzują! Rytm nabiera mocy, prądu przybywa, saksofony już prawie stoją w ogniu. Fire music as well! Set kończy się w ciszy strun suchej gitary.

Set drugi (blisko pół godzinny) rodzi się w rozgrzanych tubach saksofonów. W tle industrialna kipiel basu i gitary, tworząca twardą, ambientową powłokę.  Zgrzyty i przepięcia mocy. A trip to noise, to wiemy od pierwszej sekundy tej opowieści. Kolektywna eskalacja, w sumie bez zaskoczenia. Jednak już po 3 minutach muzycy zwinnie gaszą płomień. Bas ponownie szuka chmury post-electro-blue-ambientu. W ramach wsparcia, saksofonowe, niebanalne pląsy, które zwinnie się zagęszczają. W 12 minucie kolejny moment intrygującego, mrocznego spowolnienia. Sekcja pracuje niczym piec hutniczy, dęte flanki plamią teren from time to time. Po chwili, to właśnie te ostatnie zostają same na scenie i nie czują zbytniej tremy. Nawet podśpiewują pod nosem. Ciężki dron basu i gitary zakłóca jednak klimat sielanki – gitara wchodzi w dialog z saksofonem, bas intonuje funkową ekspozycję. Po 20 minucie narracja staje się soczysta, kompulsywna, a kończy ją ponownie dialog saksofonów.  Obok bas szuka drobin hałasu, a cały kwintet bez ponaglania przystępuje do procesu finałowego odliczania. Repetycja strun pod wysokim napięciem, small drumming, pocałunki suchych dysz. Ostatni dźwięk należy do sopranino.




Larry Ochs/ Nels Cline/ Gerald Cleaver  ‎What Is To Be Done (Clean Feed, CD 2019)

Pozostajemy w ogniu gorącej, na poły rockowej gitary, zasilanej prądem dużej mocy. Jedna z dwóch najnowszych płyt w dzisiejszym zestawie. Znów sami znajomi, choć nie wszyscy kojarzeni bywali jak dotąd, z równie ekspresyjnymi zachowaniami: Larry Ochs - tradycyjnie tenor i sopranino, Nels Cline – gitara elektryczna i efekty oraz Gerald Cleaver – perkusja. Trzy improwizacje, 49 minut, nagrane w grudniu 2016 roku.

Jazz-rockowe intro, dobry, dynamiczny drive i saksofon tenorowy, który śle mistrzowskie pozdrowienia na poste-restante. Gitara pływa w melodii i rytmie, kreśli pasma fonii, pełne ekspresji. Mocny flow, być może odrobinę zbyt mało subtelny, jak na oczekiwania recenzenta. Proste schematy dramaturgiczne, perkusja z poziomem kreatywności na zaciągniętym ręcznym, kipiąca metalem gitara i saksofonista, który raz za razem próbuje przebić się ze zdaniem odrębnym, ale nie wszystkie jego prośby okazują się skuteczne. Trochę hałasu, spora dawka improwizacji (ta ostatnia, wedle słów samych muzyków, stanowi element konstytuujący całość ekspozycji). Duża zmienność akcji, ale nie wszystkie parametry narracji cieszą ucho, tudzież łechtają intelekt. Na chwilę konstruktywnego oddechu cierpliwy słuchacz liczyć może dopiero pod sam koniec ponad 20 minutowej opowieści, gdy gitarzysta przypomina nam, że free jazzowa improwizacja, to pole, na którym czuje się świetnie i to właśnie z tej strony znamy go najlepiej. A w ramach wisienki na torcie – garść psychodelii wprost z gryfu jego gitary.

Druga część, zdecydowanie najkrótsza, startuje jazzową gitarą, która kreśli ramy i zakres oczekiwań wobec partnerów. Wszakże moc gitarowych przetworników znów czyni tu swoje i demoluje bardziej kreatywne pomysły pozostałej dwójki. Cała narracja jest jednak wyjątkowo spokojna, a gitara na finał brzmi niczym wystudzone organy Hammonda. W taki oto sposób, delikatnie wytłumiony, rockowy temperament Cline’a wprowadza nas w część ostatnią, znów ponad 20 minutową. Rockowy drive perkusji, psychodeliczna mantra gitary i tylko dobre plamy z tuby saksofonu. Bez wątpienia, najlepszy jak dotąd, moment nagrania. W 11 minucie intrygujące pasaże saksofonu dzieją się już na tle niemal doom metalowego przymierza gitary i perkusji. W porównaniu wszakże do początku płyty, muzycy zdają się lepiej kooperować, a dominacja Cline’a nie ma już miejsca. Po stylowym wytłumieniu, wzięciu oddechu, na finał płyty znów dostajemy się w gorącą, rockową kipiel. Sopranino Ochsa znów musi walczyć o swoje, ale dzielnie znosi ów proces i doprowadza tę bardzo nierówną płytę do szczęśliwego zakończenia.




Larry Ochs/ Gerald Cleaver   Songs Of The Wild Cave (Rogueart, CD 2018)

W trakcie dzisiejszej opowieści byliśmy już w bunkrze, na sam zaś finał trafiamy do … jaskini (zatem tytuł płyty nie jest metaforyczny!). Południowo-zachodnia Francja, pierwszy dzień października 2016 roku. Po żmudnych przygotowaniach (ciekawskich szczegółów, odsyłam do rozbudowanego liner notes), do jednej z jaskiń trafiają dwaj podróżnicy, przygotowani na każde wyzwanie – Larry Ochs (saksofon tenorowy i sopranino) oraz Gerald Cleaver (perkusja, instrumenty perkusyjne). Pogrążeni w absolutnej ciemności, napotkawszy ciszę globalną, zagrają siedem swobodnych improwizacji, których odsłuch zajmie nam dokładnie 61 minut bez dziewięciu sekund.

Podmuchy tenoru, małe skorupy dźwięków i perkusjonalia, którą brzmią jak strumień lejącej się wody. Spokojna, meta ekologiczna podróż dźwiękowa. Pierwsze kroki w ciszy i ciemności zdają się być rozważne i odpowiedzialne. Rodzaj skupienia, pełnego wszakże zdrowych emocji, w okolicznościach post-akustycznych. Drugi epizod zdecydowanie podnosi nam poziom adrenaliny – full drumming amplifikowany głębią jaskini robi wrażenie piorunujące!  Obok tenorowe zadziory, łapiące kontakt z pogłosem, tłumionym masywnością skał. Trzecia część schodzi głębiej (Deeper) – skupione percussion z oddali i saksofon, który zdaje się opowiadać historię stworzenia świata. Ekspresja rośnie – rytualny drumming i śpiewny saksofon. Taniec opętanych szczęśliwców!  Muzyka nabiera kardynalnej mocy, redefiniuje pojęcie akustyki free jazzu. Tytuł kolejnej części budzi grozę (Down) – flow znów jest dość dynamiczny, tworzony mocnym biciem w werble i tomy, także agresywnym tembrem sopranino. Muzycy grają swoje, nie czekając na reakcję echa – intensywnie wykuwają nowy idiom free music. Never stop!

Piąta historia tłumi dynamiczny klimat – nastrojowe percussion i głucha tuba saksofonu. Powraca smak pieśni otwarcia – sonore i magia szeleszczących przedmiotów. Spowolnienie w poszukiwaniu utraconego. Sopranino brzmi niczym flet prosty. Szósty epizod pogłębia tematykę poprzedniej części. Dzwonki, małe gongi, szum w tubie, wszystko czynione z mocą rytualnego wyniesienia. Pomruki tenoru, folkowy sznyt perkusjonalii. Zatopieni w Glinie, jakże zmysłowe zagęszczenie, klekot saksofonu, czupurność talerzy, oddechy i przedechy, myśli zdrożne i przebiegłe. Symfoniczny meta free folk! Czas na closing game – niemal kwadrans powrotu do free jazzowej estetyki. Full drumming, śpiewny, zawadiacki tenor, korpulentna narracja, ale bez eskalowania emocji. Żywe mięso bez kropli transcendencji, która powoli stawała się naszym udziałem w trakcie poprzedniej improwizacji. Finał płyty niezwykłej zdaje się być odrobinę zwyczajny i przegadany. Być może Pieśni Dzikiej Jaskini lepiej byłoby zakończyć po epizodzie numer sześć.