Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Gradziuk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Gradziuk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 grudnia 2022

RGG feat. Marta Grzywacz, Artur Majewski & Dominik Strycharski in October Suite! *)


Pierwsza pandemiczna jesień, gigantyczne restrykcje, na trybunie festiwalowej publiczność, którą można policzyć na palcach kilku dłoni, a na scenie szóstka muzyków. Jazzowe trio RGG, które uwielbia improwizować oraz trójka doproszonych gości (Grzywacz, Majewski i Strycharski), którzy w formule swobodnej improwizacji czują się jak ryby w wodzie. Już przed finałowym koncertem 15. edycji warszawskiego festiwalu Ad Libitum było wiadomo, że to nie może się źle skoczyć. Dokumentacja foniczna wydarzenia – dziś dostępna na CD – potwierdza dodatkowo, że wyszło naprawdę smakowicie.




Rzeczony koncert dostajemy w jednym strumieniu dźwiękowym, bardzo zgrabnie podzielonym na siedem części, z których każda zdaje się być dobrze skonstruowaną opowieścią w zadanej estetyce. Początek, to open jazz wykreowany przez trio bazowe i wokalistkę. Kornet i flet pojawiają się w grze na etapie dość już żwawej narracji. Improwizacja syci się jazzowymi rozwiązaniami, ale cechuje także dużą swobodą i daje przestrzeń do kreatywnego działania dla każdego z muzyków. Nim upłynie dziesiąta minuta koncertu, bystry sekstet osiąga pierwszy, niemal free jazzowy szczyt. On sam przypada na track drugi, z kolei track trzeci, to faza tłumienia emocji i budowania nowej ekspozycji na bazie repetującego basu. Flow szkli się tu zmysłowym ambientem o posmaku ethno, generowanym wokalizą i śpiewnym kornetem. W kolejnej części koncertu początkowo prym wiodą słodkie frazy fortepianu, a na gryfie kontrabasu pojawia się po raz pierwszy tego wieczoru smyczek. Improwizacja nabiera wszakże nieco abstrakcyjnego posmaku i zdaje się generować całe mnóstwo wielogatunkowych skojarzeń. Nie brakuje melodii i udanych spięć dramaturgicznych. Tymczasem dynamika nagrania niepostrzeżenie rośnie i całość zaczyna balansować na granicy emocji typowych dla free jazzu. Pianista stara się dbać o ład i porządek, ale zwinny drummer wnosi ekspozycję na kolejne wzniesienie, z którego droga powrotna wiedzie urokliwymi ścieżkami dźwiękowymi, generowanymi głównie przez sekcję gości.

Bardzo ciekawie rozwija się epizod piąty. Najpierw ciepłe piano i rezonujące talerze, posmak jazzu, ale także – po raz kolejny – etnicznie brzmiącego ambientu. Tuż potem koncert zdaje się wchodzić w jedną z najbardziej interesujących faz. Dron basu splata się tu z oddechami fletu, bystrze pulsuje kornet, a wokalistka zaczyna gwizdać. Narracja stoi w miejscu, ale skrzy się wyjątkową paletą brzmień i interakcji. Poziom trzyma też kolejny fragment koncertu, który wyłania się z ciszy i mroku, płynie długimi frazami, przy wsparciu minimalistycznego fortepianu. Dobrze tu wyglądają akcje smyczka i lekkiego drummingu. W momencie, gdy muzycy wracają do jazzowych rozwiązań, stymulowanych melodyjnym kornetem, zaczyna się finałowa narracja. Początkowo przypomina stylową, ale jakże balladową rozbiegówkę. Jednak w pewnym momencie artyści, niemal jednym głosem, zarządzają efektowną wspinaczkę. Kolektywna, nerwowa narracja formuje się tu w efektowne crescendo, które narasta niemal do ostatniej minuty koncertu. Emocje sięgają zenitu, a konsekwencja muzyków stawia nas do pionu. Piękne zwieńczenie koncertu, soczyste, gęste i doskonale ugaszone.  

 

RGG feat. Marta Grzywacz, Artur Majewski & Dominik Strycharski October Suite (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Łukasz Ojdana – fortepian, Maciej Garbowski – kontrabas, Krzysztof Gradziuk – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Marta Grzywacz – głos, Artur Majewski – kornet, elektronika, Dominik Strycharski - blockflutes, elektronika. Nagrane na żywo, 17 października 2020, Ad Libitum Festival, Laboratorium, U-Jazdowski, Sala Wojciecha Krukowskiego, Warszawa. Siedem części, łączny czas – 56:57.

 

*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



środa, 9 stycznia 2019

Trevor Watts & RGG! Listen to RAFA!


Wedle precyzyjnych obliczeń redakcji, warszawska Fundacja Słuchaj! wydała w roku ubiegłym piętnaście tytułów. Imponujący rezultat na niwie free jazz/ free improv! Gratulacje!

Śpieszymy zatem z recenzjami. Poniżej omówienie kolejnego - po koncercie z Evanem Parkerem - improwizowanego spotkania tria RGG z legendą gatunku. Po nim do opisu pozostaną nam już tylko płyty Free Radicals at Dom (Evans, Fernandez, Guy) i Gemstones (Pohjola/ Garbowski/ Gradziuk). Na stosowne teksty, na skromnych łamach Trybuny, przyjdzie czas już niebawem.




Zimowo/ wiosenna edycja Festiwalu Jazz Jantar 2018, połowa marca, Gdańsk, zapewne scena klubu Żak. A na niej czwórka muzyków: Trevor Watts – saksofon altowy i sopranowy, Łukasz Ojdana – fortepian, Maciej Garbowski – kontrabas oraz Krzysztof Gradziuk – perkusja. Koncert składa się z czterech części zasadniczych, każda zatytułowana RAFA (podział jest bardzo umowny, muzycy grają bowiem bez przerw) i rozbudowanego bisu. Całość nagrania – wedle słów wydawcy – jest improwizowana i trwa łącznie 70 minut bez kilkunastu sekund.

RAFA 1. Wysoki sopran, obok skupione trio. Krótkie frazy, niuanse pure jazzu kolektywnie improwizowanego. Dyscyplina, ład i porządek, bez solowych popisów - kwartet, do którego każdy z muzyków dokłada cząstkę siebie. Choć w początkowej fazie koncertu, nie sposób nie podkreślić wiodącej roli kontrabasu i saksofonu. Muzycy bardzo zwinnie eskalują się, przy okazji niezwykle demokratycznie korzystając z dostępu do wspólnej przestrzeni muzycznej. W drugiej części pieśni otwarcia warto podkreślić smakowitą ekspozycję sopranu, także dobrą robotę pianisty. W 10 minucie Watts robi sobie short break i zmienia saksofon na altowy. Wspólnie tłumią narrację do poziomu ciszy, by zgrabnie rozpocząć…

RAFA 2. … kolejny epizod koncertu. Mała gra, szmery w tubie, pojedyncze akordy piana, smyczek na gryfie. Zgrabnie budują nową opowieść. Pomysły zdają się rodzić w samym środku głowy tego kwartetu. Muzycy dobrze na siebie reagują, snują spokojną balladę dla tłumu niepokornych. Szczypta ECM-owskiej słodkości i zadumy. Mocny pasaż altu wyprowadza kwartet z tego stanu na długą prostą. Na finał tej części stylowe, mocne solo kontrabasu, grane pizzicato.

RAFA 3. Startujemy w trzecią opowieść ponownie z marszu, w obliczu oklasków. Pierwszym konstruktorem nowej narracji jest pianista. Dobrze pracuje cała sekcja, a saksofonista odpoczywa. Powraca w 4 minucie i sopranem buduje powolną ekspozycję, która po czasie ciekawie narasta. Watts śmiało idzie w tango, a RGG – które świetnie reguluje tempo akcji i trzyma szkielet improwizacji w ryzach - czyni to samo! Przed 10 minutą osiągają już bardzo swobodny galop, który równie zwinnie gaszą w klimacie straight ahead jazzu. Znów mini przerwa Trevora daje szansę pozostałym muzykom na pokazanie klasy. Powraca w idealnym momencie, inspirując mocne hamowanie z marszu. Tuż potem wystawna ekspozycja perkusji i spokojne wejście w….

RAFA 4. … czwartą opowieść. Na początek piano solo w minimalistycznej stylistyce. Obok sopran delikatnie przysładza. Znów ECM-owski ocean łagodności, wszakże stylowy i na temat. Kontrabas czuwa i step by step nakręca spiralę narracji, delikatnie zatopioną w zbyt spokojnym walkingu. Trevor – po zmianie instrumentu - dokłada do ognia po mistrzowsku, prawdziwy złoty alt w kipieli! Daje całemu kwartetowi orgazm w prezencie! Wszyscy muzycy zdają się stawiać teraz stemple doskonałości, a koncert bez trudu osiąga stan najwyższej jakości. Tuż potem sax and drums in fire jako niebanalne interludium! Tu wszelki komentarz jest już zbędny. Do tego, piękne stopowanie! Prawdziwe cacko! Rezonans na talerzach, stuki na gryfie. Brawo!

RAFA 5. Wywołany oklaskami encore zaczyna się na klawiaturze fortepianu. Garbowski i Gradziuk suną po czerwonym dywanie, Watts znów się gotuje, a Ojdana bije po mokrych klawiszach. Gęsty galop na finał, wprost po wysoką ocenę recenzenta. Na finałowej prostej ładnie szukają ostatniego dźwięku (ach, ten Watts!).



sobota, 25 marca 2017

Evan Parker – kwartet polski i trio anglosaskie


Na nową muzykę Evana Parkera każdy moment jest dobry!!! Dziś czas na omówienie jego kolejnej – po kwartecie z Mikołajem Trzaską – płyty wydanej w Polsce, z udziałem muzyków znad Wisły, Odry i Warty. Tym razem będzie to spotkanie z triem RGG. 

Znajdziemy też moment na wspomnienie jego stosunkowo nowego wydawnictwa w składzie trzyosobowym, które zawiera materiał lekko półkownikowy, albowiem zarejestrowany jeszcze w poprzedniej dekadzie


Na żywo w Alchemii, czerwiec 2016

Najpierw jubileuszowy koncert portalu jazzarium.pl. Znana wszem i wobec mała scena krakowskiej Alchemii. Na niej krajowi jazzowi aspiranci, funkcjonujący od wielu już lat pod szyldem RGG (Krzysztof Gradziuk - perkusja, Maciej Garbowski – kontrabas i Łukasz Ojdana – fortepian; ten ostatni nie jest muzykiem oryginalnego składu, albowiem jego nazwisko nie zaczyna się na literę R) oraz Evan Parker – tym razem wyłącznie na saksofonie tenorowym.




Panowie swobodnie improwizują przez ponad 70 minut, które na dysku zostaną podzielone na cztery części, wyłącznie dla wygody odbiorców tych dźwięków. Porcja zacna, dobitna, a my już na wstępie zaznaczmy, że udana i warta poświecenia naszego bezcennego czasu. Krążek Evan Parker + RGG  Live@Alchemia dostarcza nam oficyna Fundacja Słuchaj! (2017).

Muzyka trzech dość jeszcze młodych muzyków i angielskiego weterana (73 lata za moment) przynosi nam dalece szlachetny jazz, w estetyce chwilami wręcz mainstreamowej. Z uwagi jednak na zrealizowany proces twórczy, nie sposób nie zakwalifikować tej porcji dźwięków do kategorii muzyki dość swobodnie improwizowanej. Ów mainstreamowy flow zdobi jedyny w swoim rodzaju tembr saksofonu tenorowego Parkera, rozpoznawalny bez pudła, nawet przez obudzonych w środku nocy melomanów, którzy na co dzień obcują z mniej rewolucyjnymi eskalacjami muzycznymi. Świetnie zrealizowane akustycznie nagranie toczy się nam w zwartej narracji, z ciekawymi przystankami, wyciszeniami, które udanie puentują chwilę niemal free jazzowych galopad, dyktowanych na ogół przez Parkera. Ten ostatni lubi pozostawiać w wielu fragmentach na uboczu i przysłuchiwać się poczynaniom młodszych muzyków. Dając im pole na trzyosobowe dźwiękowe peregrynacje, samoistnie inspiruje ich do intelektualnego wysiłku, a gdy uznaje, że dramaturgia ich gry wymaga wsparcia saksofonem, wchodzi jak prawdziwy mistrz – nie dość, że wspaniale wyczuwa moment interakcji, to jeszcze robi to w sposób, który wręcz podrywa Polaków do improwizacyjnego lotu. Od razu dodajmy, iż poziom muzycznej empatii w tym jednorazowym kwartecie, tudzież wzajemnej komunikacji ewidentnie musi budzić nasz szacunek.

W części pierwszej szczególnie udany jest fragment, gdy solowe frakcje fortepianu i kontrabasu puentuje saksofonista, podłączając się pod indywidualne popisy tego drugiego. Soczyście wgryza się w struny kontrabasu i plecie swoją muzyczną opowieść, jakby jednym głosem z Garbowskim, bazując na interesującej próbie zgrabnej melodyki kontrabasisty. Tego drugiego też należy wskazać jako wygranego tej partii. Czuje drive kwartetu w najdrobniejszych szczegółach. Gdy sięga po smyczek i na moment przejmuje władzę nad mikrokosmosem dźwięków, pozostali partnerzy, akceptując ten stan rzeczy, zwinnie zdobią przestrzeń separatywnymi ekspozycjami. Part One finalizuje się w bezoddechowym pasażu Parkera, gdy zaciąg polski milknie na moment, kolana mając ciężkie od szacunku dla mistrza.




Fragment drugi dynamizuje nam ekspresyjna eskalacja, w trakcie której muzycy rwą do przodu, jak najlepsze konie na Wielkiej Pardubickiej. Parker palcuje jak nowonarodzony kocur, a polskie pieski grają mu tak zwinnie i kompetentnie, jakby całe życie nic innego nie robili, tylko tkwili zakotwiczeni w londyńskim Vortexie.

Pomiędzy drugim, a trzecim fragmentem Parker milknie na wiele minut. Trio robi swoje, uwija się jak w ukropie, ale recenzent nie może nie zauważyć, że temperatura koncertu lekko siada. Co nie znaczy, że ta chwilowa nieśpieszność, dramaturgiczne zaniechanie nie podszczypuje naszych endorfin, odpowiedzialnych za odczuwanie przyjemności. Powrót Evana ma równie wyważony i dalece relaksacyjny charakter. Tych dźwięków słucha się wyśmienicie, choć nie doświadczamy tego wieczoru w Alchemii estetycznej, ani stylistycznej rewolucji.

Zdaje się, że typowy dla Parkera, artystyczny introwertyzm dobrze wpisuje się w polskie trio i jest doskonałą metodą twórczą w tym akurat przypadku. Igraszki z ciszą, na jakie pozwalają sobie muzycy w ramach introdukcji fragmentu finałowego, też mają swoje uzasadnienie i toczą narrację tej improwizacji we właściwym kierunku. Oczywiście pianista i perkusista mogliby – from time to time – sięgać po bardziej oryginalne środki wyrazu (preparacje?), ale i bez nich koncert dzieje się przy uśmiechniętych gębach po obu stronach sceny. Wydaje się, że trzymanie konwencji jazzowej mimo wszystko służy temu nagraniu. Końcowe minuty znów zmyślnie dynamizuje tenorzysta, stawiając wszystkich na baczność wspaniałym i ciepłym (choć szorstkim!) brzmieniem swego instrumentu.  Gdy wybrzmi, kropki nad i stawiają pianista (separatywne akordy) i skupiony werblista. Moc oklasków jest uzasadniona i więcej niż sześćdziesięciosekundowa.


Wzrastając i kształtując, Maj 2009

Lądujemy w amsterdamskim przybytku kultury wartościowej – Bimhuis. Przed nami bardzo frapujące trio. Evanowi Parkerowi (saksofon tenorowy i sopranowy), towarzyszy amerykański drummer Michael Vatcher (od lat rezydent Królestwa Holandii, jakkolwiek) i wielokrotny partner w incydentach elektroakustycznych – Richard Barrett, tu odpowiedzialny za ogólnie pojmowaną elektronikę, jakkolwiek w jego grze słyszymy także procesowanie dźwięków na żywo. Krążek dostarcza wydawnictwo Sound Anatomy (2016), a opatrzony on został zgrabnym tytułem On Growth and Form.




Nie sposób nie stawiać tej holenderskiej rejestracji na tle innych, elektroakustycznych dokonań Evan Parkera. Porównanie wypada dobrze, ale tylko dobrze. Odrobinę brakuje mi tu brzmienia innych instrumentów. Gdy opary elektroniki i procesowania dźwięków przejmują władzę nad saksofonem i perkusją, dramaturgia nagrania zamiera, co czyni ten akurat fragment jakby zawieszonym w próżni, z licznymi znakami zapytania na twarzach muzyków, a zaraz potem tych, którzy efekty ich ciężkiej pracy odsłuchują.

Evan Parker gra tu oczywiście, jak zawsze … wyjątkowo pięknie (słychać, że jest w wysokiej formie!), zatem jeśli tylko nagranie z Bimhuis wpadnie wam w ręce, nie omieszkajcie poświęcić mu godzinę z okładem na skupiony odsłuch.

Nagranie powyższe czekało na wydanie siedem lat. Zostawmy już dywagacje, dotyczące procesu edytorskiego. Warto było czekać bez wątpienia, ale też w procesie produkcji płyty muzycy i wydawca winni być – w moim przekonaniu - nieco bardziej krytyczni i selektywni w doborze materiału na płytę. Mam wrażenie, że wymiar winylowy (max 40 min.) dobrze posłużyłby temu nagraniu.