Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Éric Normand. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Éric Normand. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 lutego 2025

Circum-Disc & Tour de Bras walk in line: Torche! Tom Jacques & Eunsil Noh!


Francuskie wydawnictwo Circum-Disc często kooperuje z Tour De Bras - pokrewną inicjatywą z kanadyjskiego Quebecu. Datowane na rok 2025 albumy, które za moment odczytamy/ odsłuchamy także zostały wyprodukowane wspólnie przez Petera Orinsa i Érica Normanda.

Na obu krążkach znajdujemy moc wyśmienitej muzyki improwizowanej (to norma w tym wypadku), zaś na liście płac w przeważającej części francuskojęzycznych Kanadyjczyków, ale również Koreankę, Francuza i Austriaka. Najpierw pochylimy się nad kwintetem, który śmiało zasługuje na miano impro-supergrupy, potem nad tajemniczym duetem kanadyjsko-koreańskim.



 

Torche! 8 notions de detente (CD 2025)

La Coop Paradis, Rimouski, Quebec, kwiecień 2023: Xavier Charles – klarnet, Michel F Côté – instrumenty perkusyjne, sample, syntezator, Franz Hautzinger – amplifikowana trąbka, Philippe Lauzier – klarnet basowy, saksofon altowy oraz Éric Normand – bas elektryczny, obiekty, głośniki. Osiem improwizacji, 40 minut.

Dwie znamienite postaci europejskiej, eksperymentalnej muzyki improwizowanej, mistrzowie technik rozszerzonych i innych szaleństw, jakie dokonywać można z instrumentami dętymi oraz trójka nie mniej zacnych reprezentantów francuskojęzycznej Kanady – skład personalny kwintetu Torche! obiecuje wiele i nie sprawia zawodu.

Zgodnie z tytułem na płycie odnajdujemy osiem zgrabnie uformowanych improwizacji, których celem jest relaksacja (dosłownie tłumacząc z obcego na nasze). Nie wiemy, co muzycy ustalili przed wejściem na scenę, ale z pewności byli zgodni co do tego, iż ekspersja ich wypowiedzi pozostanie pod pełną kontrolą, a idea redukcjonizmu (choć nie minimalizmu) stanie się konstytucją całego nagrania. Być może nic nie musieli ustalać, by etykieta abstrakcyjnej kameralistyki przylgnęła do nich w sposób całkowicie naturalny.

Dęte pomruki, szmer przedmiotów przesuwanych po werblu, drżące struny basu, oniryczne plamy syntezatora i delikatna aura szemrzącej elektroakustyki, to elementy składowe improwizacji otwarcia. Narracja jest skupiona, odrobinę ociężała, toczy się w tempie marsza pogrzebowego. W dętych tubach roi się od pokancerowanych fraz, po ich dnie snują się zdeformowane melodie, napędzane wystudzonym half-drummingiem. W drugiej odsłonie emocje jeszcze bardziej stygną, gdy oniryczna, ambientowa flauta podpływa pod krótkie, dęte wydechy i bardziej rozbudowane w czasie i przestrzeni strugi syntetyki. Opowieść nabiera tu pewnej leniwej płynności, a potem nawet intensywności, dzięki pulsującym frazom niektórych instrumentów. W kolejnych częściach albumu pojawia się także zjawisko rytmu, nienachalnego, czasami schowanego za kotarą preparowanych, cedzonych przez zęby fraz. Poza instrumentami perkusyjnymi ową rytmiczność generują także powtarzane frazy, które w niektórych momentach stają się udziałem większości muzyków. W tej magmie zastygającej lawy wszystko zazębia się, jak w starym zegarze ściennym z kukułką. W czwartej części z rytuału zaniechania muzycy lepią upiorną kołysankę, która z czasem nabiera intrygującej masy i uformowana w crescendo stanowi rodzaj dramaturgicznego wzniesienia. Po osiągnięciu punktu przegięcia, całość spazmatycznie kona w rezonującej ciszy.

W piątej opowieści króluje konstruktywny minimalizm. Oszczędność środków nie przeszkadza muzykom wpaść w koleiny rytmu. Ten zdaje się być odrobinę pokraczny, stymulowany dętymi igraszkami w podgrupach. W kolejnej odsłonie artyści zadają krótkie pytania i udzielają rozbudowanych odpowiedzi. Deformowane kreatywnością call and response buduje ciekawą dramaturgię, wspieraną rytmicznym uderzaniem i basowymi post-melodiami. Po czasie całość przepoczwarza się w strugę szorstkiego ambientu. Przedostatnia historia rodzi się w dętych tubach, które cedzą melodyjne pół drony, mając w tle szmery i basowe smugi. Aurę całości uzupełniają trębackie i klarnetowe westchnienia. Finałowa improwizacja toczy się wedle marszowego kroku wyznaczanego zredukowanymi frazami perkusji, przypomina kroczącą stonogę. Nie brakuje w niej klarnetowych mikro melodii i trębackich przedechów. Miast nostalgicznego pożegnania muzycy fundują nam zaskakujące spiętrzenie, które na tle całego, leniwego albumu zdaje się być prawdziwym wybuchem ekspresji.




Tom Jacques & Eunsil Noh Oh! Pebbles (CD 2025)

Studio nagraniowe, Korea Płd., czas nieznany: Eunsil Noh – harmonium, głos oraz Tom Jacques – obiekty. Trzy utwory, 41 minut.

Oto album szczególny. Tworzony prostym środkami – akustycznymi obiektami, harmonium i głosem, ale nasycony tajemniczą, dalekowschodnią aurą permanentnej medytacji. Z jednej strony filigranowy, delikatny, wręcz minimalistyczny, z drugiej pełen dźwiękowych zdarzeń, które budują zaskakującą dramaturgię.

Na płycie odnajdujemy trzy starannie skonstruowane narracje, które rodzą się niemal w ciszy, tamże kończą swój żywot, ale na etapie rozwinięcia dostarczają moc wielokolorowych wrażeń. Początek pierwszej z nich tworzą pojedyncze, akustyczne frazy, niczym teatralna gra cieni, podczas której wskazanie źródła danego dźwięku wydaje się z góry skazane na porażkę. Wprawione w ruch, drgające obiekty są tu w stanie kreować linearną opowieść, która nabiera niespodziewanego rytmu. Na tak przygotowany grunt trafia mrucząca wokaliza, a w ostateczności medytujące harmonium. Dramaturgię drugiej części tworzą przedmioty, które zaczynają rytmicznie chrobotać. Głos i harmonium wchodzą do leniwej akcji po niedługiej chwili. Instrument stoi w miejscu i stawia słup fonii, głos zdaje się medytować z większą intensywnością niż poprzednio, a jakieś nieznany obiekt prowadzi dodatkową, separatywną akcję. Każdy z elementów tej układanki pracuje w swoim tempie, dzięki czemu całość zyskuje blask, jakiego nie spodziewalibyśmy się biorąc pod uwagę atrybuty każdego z nich z osobna. Poziom intensywności osiągnięty po kilku minutach także wydaje się zaskakujący. Całość brzmi jak wielka orkiestra. Trzecia historia dostarcza więcej mroku, a także dźwięki, których do tej pory nie słyszeliśmy – piszczące i skomlące półśpiewy. Wokalna mantra powraca i w dogasającym strumieniu szumów buduje pieśń pożegnania.



 

piątek, 18 sierpnia 2023

Tour de Bras’ new outfit: Balises! Plaît-il?! L'horizon des événements! Vigiles! Interspace!


Tour de Bras, wydawnictwo z kanadyjskiego Quebecu nie gości u nas zbyt często, ale jak wiemy z niejednej opowieści, warte jest naszego permanentnego zainteresowania. Kilka płyt z przepastnego katalogu labelu, prowadzonego przez Érica Normanda, omawialiśmy tu niemal dokładnie rok temu. Dziś czas na kolejną prezentację.

Przed nami pięć albumów, które ukazały się w trakcie minionego roku. Jak to często bywa w przypadku TdB rozstrzał stylistyczny jest niebywały, zawsze wszakże gwarantujący jakość i wyłącznie dobre emocje płynące z odsłuchu.

Na początek duet szefa labelu z pewnym bardzo znanym w awangardowych szeregach francuskim klarnecistą, potem wielobarwny, niemal wodewilowy sekstet, a po nim dwie propozycje elektroniczne, z których pierwsza wsparta jest także pewną czeską trąbką. Wreszcie na finał konceptualny duet klarnetu i perkusji, który wiedzie żywot na zaciągniętym ręcznym i zdaje się kierować nasze zainteresowania na mniej eksplorowane na tych łamach przestrzenie świata doczesnej muzyki. 



 

Xavier Charles & Éric Normand  Balises (LP)

Rimouski, luty 2022: Xavier Charles – klarnet oraz Éric Normand – bas elektryczny. Siedem improwizacji, 35 minut.

Spotkanie z nowościami francuskojęzycznej Kanady rozpoczynamy z naprawdę wysokiego C. Z jednej strony wyśmienity klarnecista, który zdolny jest wydobyć z drobnego instrumentu dętego doprawdy każdy, nawet najbardziej niespodziewany dźwięk, a tzw. techniki rozszerzone ma w małym palcu, z drugiej strony niezwykle kreatywny basista, który traktuje swój instrument bardziej jako źródło budowania nieoczywistych sytuacji elektroakustycznych niż narzędzie do tworzenia linearnej narracji gitarowej.

Pierwsze dźwięki albumu idealnie wprowadzają nas w klimat nagrania - chmura zgrzytających fonii z basowych pick-upów i klarnetowe, post-hałaśliwe westchnienia. Z jednej strony o pół kroku od estetyki noise, z drugiej mnóstwo fonicznych drobiazgów i stylowa faza dronowa. W drugiej odsłonie dominują basowe sprzężenia i klarnetowe, nerwowe spazmy. Przez moment można odnieść wrażenie, że nad głowami kołują nam samoloty. W kolejnej części klarnet serwuje dronową ekspozycję z odrobiną melodii, a bas – co niezwykle rzadkie na tym albumie – frazuje gitarowym post-jazzem. Czwarta ekspozycja budowana jest elektroakustycznymi szumami i szmerami. Bas preferuje teraz dłuższe frazy, klarnet syczy na niego niczym tygrysica. Piąta improwizacja zdaje się przynosić chwile oddechu. Bas frazuje, jakby ktoś odłączył mu prąd, klarnet, nieco strwożony, wypuszcza wysuszone strumienie powietrza. W tle dzieją się już same cuda – definitywny spektakl fake sounds, zapewne głównie z basowego oprzyrządowania. Szósta narracja syci się mrokiem, zdaje się być kolejną odsłoną dźwięków preparowanych, na koniec pachnie zmysłowym post-industrialem. Jest odrobina rytmu i plejady niezdefiniowanych post-dźwięków. Ostatnia improwizacja sprawia wrażenie dość delikatnej. Rezonujące śpiewy klarnetu i drobne prace ręczne na gryfie basu, także kilka dalece czystych fraz. Długie, dogasające drony snują się w smudze delikatnych sprzężeń basówki.



Allochtone  Plaît-il? (CD)

Studio Desjardins du Camp, Saint-Alexandre, kwiecień 2022: Rémi Leclerc – perkusja, instrumenty perkusyjne, elektronika i inne urządzania, Cathy Heyden – saksofon, obiekty i efekty, Alexandre Dubuc – bas elektryczny, kontrabas, wokoder i elektronika, André Pelletier – fortepian, klawikord, melodica i programowanie, Robin Servant – akordeon i elektronika oraz Olivier D'Amours – gitara elektryczna. Osiem utworów, 44 minuty.

Bardzo bogate instrumentarium, głowy pełne pomysłów i zornowskich inspiracji, wreszcie odrobina szaleństwa, to elementy składowe, które budują sekstetową ekspozycję muzyków, z których część dobrze znamy z orkiestry Le GRRIL. Brawurowa, niekiedy groteskowa zabawa w dobrze uporządkowaną improwizację, w ramach której nie ma rzeczy zabronionych!

Dynamiczny, połamany rytm, kabaretowy retusz i gatunkowa żonglerka – od startu Allochtone ostrzega, że będzie się dużo działo. W momentach spokojniejszych nie brakuje tu post-francuskiej melancholii zatopionej w chmurze elektroakustycznych zdarzeń, a w trakcie finalizacji strzępów post-electro i ambientu. W drugim utworze elektronika serwuje tu sporo – sample, pulsujące plamy i szumiące strumienie mocy. Część akustyczna i elektryczna dokładają kolejne elementy, sprawiając, że gęste zakończenie pachnie zornowskim Naked City. Zaraz potem wracamy do na poły groteskowej dynamiki. Emocje kipią z każdego instrumentu, a bogata narracja nie skąpi rockowych emocji i bystrej ekspozycji akordeonowej. Czwarta opowieść trwa najdłużej, płynie ambientem i ciekawymi interakcjami pomiędzy fortepianem, gitarą i syntezatorem, nie brakuje w niej kolejnych rockowych wtrętów. W następnych trzech utworach muzycy do bogatego arsenału środków i stylistyk dokładają jeszcze elementy fussion-rocka i free jazzu. Znów wszystko toczy się wedle połamanej dynamiki, zasady ciągłej zmiany i permanentnego stymulowania emocji rockowymi zdobieniami. Finałowa odsłona zdaje się łączyć nostalgię zakończenia z nerwową dramaturgią. Z jednej strony ciepłe plamy akordeonu i piana, z drugiej swobodnie usposobiony sakaofon.



 

ErikM & vrrrbitch  L'horizon des événements (DL)

Rimouski, Punctum, grudzień 2021: ErikM - elektronika, urządzenia różne oraz vrrrbitch (Petr Vrba) – elektronika, trąbka. Siedem utworów, 24 minuty.

Doskonały francuski eksplorator brzmień elektronicznych i czeski trębacz, którego znamy zarówno z wyśmienitych improwizacji na akustycznym blaszaku, jak i ich kreatywnej dekonstrukcji za pomocą oceanu narzędzi elektronicznych - takie spotkanie intryguje już po przeczytaniu albumowego credits. Samo nagranie nie trwa nawet dwóch kwadransów, definitywnie wszakże zasługuje na wysoką ocenę. Także mimo nerwowej dramaturgii i wrażenia, że część utworów została tu powycinana z większej całości wyjątkowo tępym skalpelem.

Nagranie rodzi się w chmurze nerwowego ambientu, po której ślizga się elektronicznie przetworzona trąbka. Narracji towarzyszą ślady rytmu, zdaje się, że kreowane przez obu artystów i plejady drobnych dźwięków elektronicznych. Część druga stawia na moc elektroniki i niekiedy wręcz usterkowych, zgrzytliwych fraz, z kolei trzecia wraca do wątku początkowego i snuje się ambientem doposażonym w post-akustyczne dźwięki trąbki, niepozbawione dubowego echa. Część czwarta bazuje na pewnej dynamice, to prawie electro z jasno zarysowanym beatem. W części kolejnej napotykamy na dużą porcję mroku, a także dźwięków i post-dźwięków trąbki. Pojawiają się sample i elektroniczne zdobienia. Wszystko przypomina tu oniryczny taniec na bazie snujących się po podłodze zarysów rytmu. Szósta opowieść jest tu najdłuższa i przekracza sześć minut. Sporo w niej akcentów percussion i post-beatowych eksploracji. Bogato zrytmizowana narracja pachnie tu zarówno krautrockiem, jak i niemiecką elektroniką końca ubiegłego stulecia. Na tym tle harcuje rozśpiewana trąbka. Finałowa opowieść jest gęsta, ocieka hałasem, serwuje zmutowane głosy ludzkie, które przekazują nam nieznane treści.



 

Érick d'Orion & Martin Tétreault  Vigiles (CD)

Saint-Benoît-Labre, Beauce, wrzesień 2022: Érick d'Orion – elektronika, syntezatory, miksowanie oraz Martin Tétreault – turntable, płyty winylowe, syntezator, miksowanie. Trzy utwory (dwa studyjne, jeden koncertowy), 42 minuty.

Kolejna z elektronicznych propozycji TdB zrealizowana została za pomocą instrumentarium już w pełni syntetycznego. Bogata paleta dźwięków w niekiedy wyjątkowo bystrych koincydencjach uformowana tu została w dwa nagrania studyjne (krótsze i dłuższe) i ponad 20-minutowy odcinek koncertowy.

Podstawowymi elementami pierwszego utworu są głęboko osadzony, siarczyście brzmiący beat i plejady drobnych, usterkowych fonii, pełne zgrzytów i elektronicznych przepięć. W tle snuje się plama ambientu. Gęsta narracja nie wydaje się być jednak nadmiernie przeładowana pomysłami. Druga opowieść trwa tu więcej niż kwadrans, a zaczyna się suchym, matowym beatem, który płynie na powierzchni nerwowego, nieco hałaśliwego ambientu. Opowieść jest mroczna, czasem przybiera postać wielowarstwowych pulsacji o różnej masie krytycznej. Po śmierci beatu narracja lepi się w dron plamiony mikro usterkami. Epizod koncertowy w fazie początkowej formuje się z szumów, szmerów i wysamplowanych śpiewów sakralnych pod które podłącza się syntetyczny rytm. Narracja ma tu kilka faz – najpierw toczy się niczym mantra post-elektronicznych dźwięków, potem przybiera postać dronu, którego warstwa rytmiczna łamie się niemal na każdym zakręcie. Nie brakuje też definitywnie noise’owych incydentów. W połowie nagrania pojawia się gęsty, czerstwy ambient, a całość przepoczwarza się w połamany drum’n’bass. Na finał zostajemy w towarzystwie stojącego drona, który gaśnie w kolejnym, gęstym strumieniu szumów.



Philippe Lauzier & Carlo Costa  Interspace (CD)

Nieokreślone lokalizacje, październik-grudzień 2022: Philippe Lauzier – klarnety oraz Carlo Costa – perkusja, instrumenty perkusyjne. W nagraniu użyto także dźwięków syntetycznych oraz nakładano ścieżki w procesie post-produkcji. Pięć kompozycji, 49 minut.

Interspace, to spotkanie dwóch muzyków, którzy zagrali razem nie jedną improwizacje, a którzy w czasach covidowego lockdownu postanowili popracować nad kompozytorską wersją swojej współpracy. Na album przygotowali dwie kompozycje, z których ta pierwsza składa się z czterech części. Klarnet i perkusja w celebrowanym w najdrobniejszych szczegółach, minimalistycznym, wystudzonym marszu, w trakcie którego idea powtórzenia, czy twórczego rozwinięcia poprzedniej myśli zdaje się być ważniejsza od budowania emocjonalnej narracji. Muzycy są w swym dziele wyjątkowo konsekwentni i chwała im za to, choć po prawdzie ostatnia, wielominutowa ekspozycja, prawdopodobnie zawierająca post-produkcyjne nakładki (overlapped), mogłaby być odrobinę krótsza.

Suche brzmienie klarnetu i perkusjonalne zdobienia - rytuał kompozytorskiego zamysłu już na wejściu studzi emocje, ale rysuje obraz konsekwentnej, manierycznej, na swój sposób urokliwej narracji. Muzycy sięgają po techniki rozszerzone, ale i w tej materii trzymają wszystko pod absolutną kontrolą. Klarnet potrafi budować zmysłowe drony i szukać rezonansu, perkusjonalia od czasu do czasu sięgają po bogatszy arsenał artystycznych środków wyrazu. W kolejnej części ceremoniał generowania dźwięków zdaje się być jeszcze silnej zaprogramowany. Każdy z artystów z czasem wyciąga jednak zza pazuchy pogłębione oddechy, tudzież bardziej rozbudowane ekspozycje przedmiotów kołyszących się na werblu. W trzeciej części mamy wrażenie, że poziom interakcji pomiędzy artystami delikatnie się pogłębia, co niezmiernie cieszy nasze ucho. W ostatniej części pierwszej kompozycji w grze pojawiają się bliżej niezidentyfikowane dźwięki syntetyczne, który wprowadzają ciekawy dysonans do dotychczasowego świata stuprocentowej akustyki. Ostatnia część, czyli druga kompozycja albumu, szyta jest dość bogatym ściegiem. Na starcie dużo dętych szumów i kolejne nowe frazy wprost z dygoczącego werbla. Rytuał nagrania zdaje się teraz nabierać sakralnego wymiaru. Cisza huczy, a dźwięki instrumentalne wchodzą z nią w ciekawe interakcje. Jest odrobina melodii, jest siła tysiąckrotnego powtórzenia. Aż do ostatniej sekundy tej wystudzonej ponad miarę mantry.



piątek, 12 sierpnia 2022

Éric Normand & Tour de Bras: Unbelievably Late! Grace! Attrape-mouches! Rose Drummond!


Wizyta kanadyjskiej orkiestry Le GGRIL była z pewnością jednym z najważniejszych wydarzeń tegorocznej, improwizowanej wiosny, przynajmniej z perspektywy redakcji. Wciąż żyjemy tym wspaniałym koncertem i coraz chętniej zaglądamy do … katalogu rodzimej wytwórni orkiestry, czyli Tour de Bras. Oczywiście czyniliśmy to już wcześniej, ale od pewnego majowego czwartku robimy to z jeszcze większym entuzjazmem.

Dziś zapraszamy na spotkanie z czterema tegorocznymi nowościami labelu, z których dwie mają swoją premierę dopiero we wrześniu, a dwie pozostałe są już z nami od dłuższego czasu. Na albumach znajdujemy nade wszystko szefa labelu i orkiestry, basistę Érica Normanda, ale także Jeana Derome’a, muzyka, którego nagrania śledzimy od lat i po prawdzie dekadę lub dwie temu był on jedynym dobrze rozpoznawalnym muzykiem z Québecu w naszej części świata. Na nowych płytach dostrzegamy także dane personalne innych członków Le GGRIL, zatem radość z odsłuchu towarzyszy nam nieprzerwanie. Dodajmy, iż jak do tej pory tylko jeden album jest dostępny w formacie CD, ale niewykluczone, iż pozostałe także doczekają się fizycznych nośników. Wszystkie są w każdym razie osiągalne na bandcampowej stronie wydawnictwa.

So, welcome to Free Québec!

 


Éric Normand & Franz Hautzinger  Unbelievably Late

Różne lokalizacje, okazjonalne spotkania (?) w latach 2020-2021; Franz Hautzinger – amplifikowana trąbka oraz Éric Normand – bas elektryczny i inne urządzenia (oryginalny opis francuski: motors). Sześć improwizacji, 38 minut z sekundami.

Kanadyjski basista i szwajcarski trębacz spotkali się w swoim artystycznym życiu niejednokrotnie, ale w formule duetu zdają się czynić to po raz pierwszy, innymi słowy – niewyobrażalnie późno. Album zlepiony jest z wielu fragmentów, charakteryzuje się pewną covidową enigmatycznością (po prawdzie nie wiemy, czy muzycy nagrywali te dźwięki niezalenie od siebie, czy jednak face to face). Efekt w każdym razie cieszy ucho, skrzy się mnóstwem bystrych, preparowanych fraz, nie stroni od pick-up’owych, tudzież post-industrialnych dekonstrukcji. Improwizacja nieoczywista, tajemnicza, incydentalnie odrobinę challangowa, ale tylko dla mniej wprawionych słuchaczy.

Na starcie słyszymy pasmo basowego ambientu i szorstkie westchnienia trąbki na delikatnym pogłosie. Basista podrzuca nam mnóstwo ciekawostek, trębacz stawia raczej na sprawdzone patenty. W kolejnej narracji muzycy nie zmieniają metod pracy, ale intrygująco zbliżają się do okolic ciszy. Mamy garść mikro sprzężeń, leniwe drony trąbki. Owa niedynamiczna wymiana poglądów z czasem nabiera pewnej meta intensywności, szumi niczym zeschłe powietrze znad oceanu. Pojawia się nawet enigmatyczna linia melodyczna, smutna, jakby żałobna. W trzeciej opowieści muzycy podsyłają nam jeszcze więcej preparowanych subtelności – szumią, zgrzytają zębami, szeleszczą, z trudem łapią oddech. Przez moment mamy wrażenie, że przesypują piasek w klepsydrze. Być może na gryfie basu pojawia się smyczek. Trębacz buduje z małych elementów, ale zdaje się być bardziej ekspansywny od partnera. Ciągnie akcję ku górze, podczas gdy basista stawia na repetycje, a potem akcenty post-perkusyjne.

W czwartej improwizacji, mimo natłoku tajemniczych i nie do końca rozpoznawalnych fraz, słyszymy wreszcie typowy dźwięk strun basowych. Trąbka tymczasem szumi i czeka na przebieg zdarzeń. Opowieść nabiera delikatnych, post-industrialnych barw – bas dudni, blaszak rysuje filigranowe bohomazy. Kolejna historia ma tempo pogrzebowe, mimo, iż bas sugeruje drobną linię melodyczną. Trąbka śpiewa półgębkiem, szumi i pachnie wczorajszym jazzem. Całość przypomina znudzony poranek na francuskiej rivierze. Z kolei narracja końcowa zdaje się być repryzą pierwszej improwizacji. Pasaże ambientu, prychania i skwierczenia trębackich wentyli. Prąd basu miesza się tu z wiatrem trąbki, w oczekiwaniu na ciszę zakończenia.

 


Lori Freedman & Guylaine Cosseron  Grace

Okoliczności koncertowe, czasy pandemiczne, francuski Le Havre; Lori Freedman – klarnety oraz Guylaine Cosseron – głos. Osiem improwizacji, 40 i pół minuty.

Doprawdy niesamowity jest ów koncert, wedle słów wydawcy poczyniony dla publiczności … trzyosobowej. Temperamentni artyści, pełni brawury, świetnie ze sobą skomunikowani tkają narrację zarówno z drobiazgów, jak i grubo ciosanych kamieni. Ich improwizacja często jest imitacyjna, zawsze niebywale spójna, jakby płynęła wyłącznie z jednego ośrodka dowodzenia. Ekspresyjny głos kobiecy i równie szalony klarnet. Wstyd byłoby ten album przegapić!

No, a ten głos! Rzęzi, jęczy, burczy, prycha i syczy, zdaje się być równie wulgarny, jak czuły, na pewno zawadiacki i z szelmowskim uśmiechem od ucha do ucha! Preparowane frazy klarnetu pasują do niego niemal idealnie. Narracja pozornie głośna, ale za moment cicha, zadziorna, ale jakby cierpiętnicza. Na finał pieśni otwarcia brzmi niczym dwa upalone klarnety w locie opadającym. Zaraz potem oddechy wykrztuśne i kocie mruczenie. Zalotny klarnet wpada w taniec węża i oplata ofiarę. W trzeciej części wokalistka odmienia zet z kropką przez francuskie przypadki. Preparowane ćwierć dźwięki klarnetu komentują, a ekspresja całości lewituje. Złowrogie, poranne modlitwy i klarnetowe śpiewy wieczorową porą. I jeszcze ptasie imitacje, poprzedzone krzykami, gwizdami i prychaniami. Usta i klarnetowy ustnik, its the name of the game!

Piąta narracja, to plejada odgłosów fizjologicznych! Bezczelny beat box toczy tu boje z subtelnymi preparacjami. Szósta improwizacja stawia na drobiazgi i wydaje się być budowana niezwykle cierpliwie, jak na kanony tego albumu. Krótkie i długie frazy, leśne nawoływania i zwierzęce imitacje. W części siódmej same literówki. Wokalistka wspina się na szczyt swoich niebotycznych możliwości – rzęzi jak gruźliczka, wibruje niczym stado wysterydowanych mew. Klarnet zanosi się śmiechem, droczy jak sroczka. Imitacje, podskoki, konfabulacje – wszystko zdaje się tu być pokomplikowane niczym polskie znaki diakrytyczne. Gramatyka wszakże zwycięża, muzyka także! W tubie klarnetu wrze, a struny głosowe kreują miłosne alianse. Na zakończenie zgrzyty i chrobotanie. Gardło i tuba klarnetu preparują frazę za frazą. Wysokie, kocie loty, chwila separatywnych fraz i finałowy powrót do jednego strumienia emocji. Big moment!

 


Dionée  Attrape-mouches

Miejsce powstania nagrania nieznane, wiemy jedynie kiedy - od maja do października 2021 roku; Clarisse Bériault – obój, bas akustyczny i elektronika, Robin Servant – akordeon i elektronika oraz Éric Normand – bas elektryczny i elektronika. Siedem improwizacji, około 40 minut.

Na nagraniu zatytułowanym Lep na muchy napotykamy na samo serce orkiestry Le GGRiL – obój, akordeon i mięsisty bas z niemałym prądem. Artyści proponują nam tu gęste, jakże swobodne, elektroakustyczne improwizacje, którym czasami naprawdę blisko do najlepszych wzorców gatunku (choćby wtedy, gdy frazowanie oboju zbliża się do estetyki sopranu Trevor Wattsa!), bywa jednak i tak, że narracja ucieka w plątaninę kabli i zwoje syntetyki. Wszakże i tu wszystko kończy się bardzo szczęśliwie!

Gra wstępna zgodnie z regułami swobodnej improwizacji – krótkie frazy, drobne preparacje, minimalistyczny bas i zadumany akordeon. Od początku także stałe porcje fake sounds, które nie są jedynie efektem działania rozbudowanej elektroniki, jaka towarzyszy każdemu z artystów. W tle nieprzerwana plejada zniekształceń płynących z używania gitarowych przetworników. Pierwsza, rwana i jakże szarpana narracja uroczo kieruje nasze skojarzenia nawet ku epokowemu SME. Druga opowieść, budowana bardziej cierpliwie, jest mroczna i wycofana, niepozbawiona czystszych dźwięków. Improwizacja momentami prowadzona jest tu w trybie call & responce! Bas rzęzi, permanentnie fermentuje, reszta zaś załogi kwili niczym drobne ptaszęta. Trzecią opowieść kreuje dysonans. Elektroakustyczne sprzężenia i akustyczne śmieciowisko. Jakbyśmy słyszeli smyczek, jakbyśmy tonęli w obłokach gęstego szumu. Z jednej strony żywe struny basu, z drugiej mała, elektroniczna plądrofonia.

Czwarta opowieść dostarcza kolejnych niezapomnianych wrażeń. Z jednej strony dość oniryczna aura, z drugiej sporo hałaśliwych fraz, pomimo aktywnej postawy dość delikatnego oboju. Muzycy stawiają tu na dłuższe, bardziej wystudiowane narracje. W kolejnej historii część instrumentów piszczy, część szuka swej perkusjonalnej powłoki. Improwizacja powraca do rwanych, zdekonstruowanych struktur. Świetne chwile zapewnia nam obój, choć towarzysząca mu chmura elektroniki nie jest do nas przyjaźnie nastawiona. W szóstej opowieści znów dłuższe, chwilami wręcz ambientowe frazy. Trochę tajemniczych dźwięków i obój, który karze na siebie długo czekać. Bas nieustannie mąci flow, a niegłupia elektronika zaczyna się eskalować. Na drobny szczyt wspina się także akordeon. Końcowa improwizacja, to subtelne drobny i dogasające promyczki narracji. Słyszymy dźwięki kontrabasu, ale może nam się tylko wydaje, albowiem pomruk elektronarzędzi czyni krecią robotę.

 


Jean Derome  Rose Drummond

Coopérative de solidarité Paradis de Rimouski, Quebec, 22-26 czerwca 2021 roku: Jean Derome – głos, saksofon altowy, obiekty, przestarzała trąbka basowa, syntezator, automatyczna sekretarka, kompozycje, Joane Hétu – saksofon altowy, głos i obiekty, Alexandre Robichaud – trąbka, głos i obiekty, Robin Servant – akordeon, głos i obiekty, Tom Jacques – wibrafon, instrumenty perkusyjne i głos, Robert Bastien – gitara elektryczna, obiekty i głos, Éric Normand – bas elektryczny, tenorowe banjo i głos oraz Michel F Côté – perkusja, głos i efekty. Piętnaście utworów, blisko godzina zegarowa muzyki.

Na albumie stanowiącym żywy hołd dla wielkiej kanadyjskiej artystki Rose Drummond znajdujemy kolekcję gotowych i absurdalnych piosenek, które powstały w trakcie całej muzycznej kariery Jeana Derome'a. W składzie zaś oktetu kolejnych muzyków naszej ulubionej orkiestry zza wielkiej wody. Płyta jest naprawdę piosenkowa, rubaszna, trochę slapstickowa, z pewnością mogłaby stanowić soundtrack do francuskiego, nieco surrealistycznego kina, jakie znamy choćby z drugiej połowy lat 90. ubiegłego stulecia. Wszakże opowieść nie pozbawiona jest elementów, które na tych łamach szczególnie kochamy, czyli improwizacji i plejad dziwnych, zniekształconych dźwięków.

Pierwsza odsłona albumu, to leniwe frazy gitary, kabaretowy tekst recytowany po angielsku, któremu towarzyszy śpiew … po francusku i całe mnóstwo rubasznych dźwięków. Utwór dostaje operetkowy rytm na dwa i możemy śmiało ruszyć do tańca. Kolejny zdaje się być repryzą początku, tworzoną wyłącznie przy użyciu zabawek dźwiękowych. Trzecia piosenka także ma rytm, jest bogato instrumentalizowana, pachnie pokrętnym szaleństwem godnym Johna Zorna i szczyptą surrealizmu. Świetnie nabiera tempa i stymuluje emocje. Czwarta część, to walczyk budowany akordeonem i słownymi wyliczankami, zaś piąty to zabawy fonetyczne samymi głosami. W kolejnych utworach prym wiodą saksofony, wibrafon i akordeon – wszystko zaś zdobione jest tu wokalnymi popisami, niczym z konkursów piosenki autorskiej.

W ósmej części znów prym wokalu, a tło dętych jedynie w roli ornamentu. Kolejna część zdaje się być dobrze ułożoną piosenką z drive’em godnym nowojorskich the B-52’s sprzed czterdziestu lat. Ostra zabawa! W kolejnych częściach dużo akcentów percussion, pijana gitara i śpiewy przy rozlanym piwie. Nowe zabawki w akcji i dużo kabaretu na dalszym planie. Ostatnie trzy piosenki do tego tygla emocji i nadprodukcji pomysłów dramaturgicznych dodają jeszcze dużo dynamiki, mocy gitar i niemal wodewilowego rozmachu. Znów czujemy się jak w operetce, gdzie piękne kobiety tańczą widowiskowego kankana. Dla poszukujących silniejszych wrażeń kilka udanych wypadów wokalnych i saksofonowe improwizacje!  



 

czwartek, 7 lutego 2019

John Butcher! Four of the kind!


John Butcher, to saksofonista wyjątkowy - wiedzą o tym wszyscy, którzy choć trochę interesują się  współczesną muzyką swobodnie improwizowaną. Tą współczesną, liczoną mniej więcej od czterech już dekad. Na łamach Trybuny pisaliśmy o nim wielokrotnie, pilnie także śledzimy wszystkie jego nowe wydawnictwa.

Butcher rocznie dostarcza nam 6-7 nowych płyt. Rok 2018 nie był w tej dziedzinie wyjątkiem. Jak się okazuje, nie wszystkie ubiegłoroczne premiery zostały tu skomentowane, zatem ostatni to niemal dzwonek, by nadrobić zaległości. Dodajmy, bo to ważne, iż druga z recenzowanych poniżej płyt znalazła się na redakcyjnym best of 2018.

Nim pochylimy się nad czterema produkcjami Johna z ubiegłego roku, warto dodać, iż już w styczniu bieżącego roku, jego dorobek artystyczny powiększył się o dwa – zapewne smakowite - duety:  z Joe McPhee i Rhodri Daviesem. Zapewne niebawem trafią one także przed oblicze Czytelników tej strony.




John Butcher/ Philippe Lauzier/ Éric Normand  ‎How Does This Happen? (CD, Ambiances Magnétiques )

Zaczynamy od kompilacji dwóch kanadyjskich koncertów Butchera, jakie miały miejsce w kwietniu ubiegłego roku w Ottawie (General Assembly) i Montrealu (Galerie B-312). Saksofoniście (tradycyjnie sopranowy i tenorowy) towarzyszą w nich Philippe Lauzier na klarnecie basowym i Éric Normand na basie elektrycznym. Płyta składa się łącznie z dziesięciu części i trwa 46 minut bez pięciu sekund.

En Consequence (1-5). Spokojne, dęte strumienie dźwięków, szum i rodzaj meta ciszy w strefie, za którą odpowiada Normand. Muzycy rozmawiają długimi zdaniami, chętnie repetują i poszukują rezonansu. W 3 minucie docierają do nas pierwsze dźwięki basu podłączonego do prądu, które brzmią jednak zaskakująco akustycznie. Klarnet basowy prycha szumem, zaś spod gryfu basówki wydobywają się quasi perkusyjne półdźwięki, które w połączeniu z brzmieniem mocnych strun, tworzą intrygujący zestaw tarć i obcierek metalu o metal (co zresztą stanie się elementem charakterystycznym dla tego tria). Sama narracja toczy się jednak bardzo subtelnie, sopran Butchera kwili jak sroczka, struny basu inteligentnie szukają indywidualnej melodyki. Po chwili edytorskiej ciszy, klarnet wysokim pasmem otwiera bardziej sonorystyczny wymiar koncertu. Kolejne akcenty percussion, trele Butchera (jego znak rozpoznawczy!), szczypta imitacji z klarnetem. I rytm powstały w skutek uderzenia o struny. Trzeci odcinek zaczyna się w głębinach ciszy, z mocą skupienia, koncentracji na detalach. Drżenie basu, metal na strunach, suche, posuwiste półdrony dęciaków. Pierwszy w tango idzie, to nie zaskoczenie, sopran. Klarnet rezonuje i czeka na swój moment, na trzeciego wchodzą kind of percussions, całość zaś brnie dalej doskonale nam znaną metodą call & responce. Kolejny fragment kontynuuje te eksploracje – drony i moc elektroakustyki na basie.  Brawo! John chwyta się urywanych fraz i jeszcze podkoloryzowuje obraz całości. Filigranowa, zwinna i jakże bystra narracja trzech strumieni fonii. Finałowy odcinek pierwszego koncertu także wyłania się z ciszy, muzycznego niebytu. Talerzowy rezonans z basu (!), krótkie frazy dęciaków. Po chwili krok w wysokie drony, po czym zejście na kolana. Co za dialog!?!

Par Irruption (6-10). Klarnet bardzo basowo, sopran w repetycji, na poły akustyczne perkusjonalia wprost z gryfu. Wciąż filigranowo, na wdechu, bardzo wszak stylowo i wyraziście. Także odrobina kameralistyki i niebanalnego minimalu. Dużo wyrafinowania i dyscypliny. Po ułamku ciszy, próba stąpania na palcach, suchość w ustach saksofonu, ale niepozbawiona drobin melodyki. Bas, jak to nie bas – kolejna porcja skrzących się półprądem perkusjonalii.  Początek następnego fragmentu obwieszcza dudnienie tego ostatniego. Drżenie i szum klarnetu, małe drony saksofonu. Masywna, dryfująca w nieznane opowieść. Cicha, tłumiona, ale niepokojąca dramaturgia zaniechania. W kolejnym odcinku dęte idą w strzelisty rezonans, intensywność narracji rośnie o ćwierć punktu pomiarowego. Dłuższe pasaże, klarnet i saksofon z delikatną skłonnością do hałasowania. Przy okazji, nie pierwszy przykład doskonałej komunikacji w ramach tria! Świetne reakcje, dramaturgiczna kompatybilność.  Czujny rezonans, wysoki klarnet, obok call & responce basu i tenoru. Potem repetycja tego pierwszego i piękne akustycznie trele tego drugiego. Miłosne całusy i macanki. Finał drugiego koncertu kontynuuje poprzedni wątek – drżenie i trzaski, szorstka, potrójna pieśń pożegnalna. Bas wchodzi w ciekawe sprzężenia, tenor incydentalnie się eskaluje. Ostatni dźwięk wieńczy dwa doskonałe koncerty, które – nie wiedzieć czemu – podzielone zostały na separatywne odcinki, odbierając całości posmaku większego dramatyzmu scenicznego.




Eddie Prévost/ John Butcher  Visionary Fantasies (CD, Matchless Recordings)

Czas na prawdziwe spotkanie na szczycie! Eddie Prevost na perkusjonaliach i John Butcher na sopranie i tenorze. Kwiecień 2018 roku, scena londyńskiego klubu IKLECTIK. Panowie spędzą tam prawie 70 minut (plus ewentualne przerwy); najpierw zagrają sety solowe, potem zaś zewrą szyki w duecie. Na krążku CD koncert został podzielony na sześć fragmentów.

Na początek dwa odcinki solowe saksofonisty. Zaczynamy od tenorowego – krótkie, repetujące frazy, silnie uwypuklające brzmienie instrumentu. Tuż po nich dłuższe półdrony, podawane cudownym tembrem – drżenie i masywne bąbelkowanie, któż inny potrafiłby wydawać z instrumentu dętego, drewnianego takie dźwięki?! Wdechy, wydechy, przedechy! Akustyczne pociski dużej mocy! Na kolejnym wydechu masywny dron. Drugi, krótki odcinek solowy Johna skoncentrowany jest na małych, sopranowych frazach, które bez trudu łapią melodykę i smak ukojenia. Po kilku chwilach rozlewają się szerokim strumieniem butcherowego blichtru. Po ułamku ciszy, czas na solową ekspozycję Eddiego (tu niemal 20 minut!) – wielki talerz, smyczek i … dźwięki z miasta. Szybki i zdecydowany krok w kierunku niemal harsh-acoustic (talerz aż płonie od pocierania), co przy okazji pozwala skutecznie stłumić wątek niespodziewanego field-recordings. Mistrzowskie panowanie nad czasem, przestrzenią i dźwiękiem, czyli Prevost w modelowej wręcz formie. Niebywale bogata paleta różnorodnych pasm fonii, generowana przy użyciu bardzo skromnego instrumentarium – oto kolejny przyczynek do umieszczania muzyka w galerii sław improwizacji. Zdaje się, że sam muzyk czuje niebywałą dyspozycję dnia i ciągnie solową ekspozycję naprawdę najwyższym wzgórzem. Recenzent jest niemal pewien, iż ten koncert, to być może najlepszy fragment dzieła życia muzyka na przestrzeni ostatnich lat! Po chwili eksploruje swój wielki bęben basowy, który zaczyna brzmieć niczym upalony dęciak, tu wspierany armią małych talerzy i innych metalowych przedmiotów, które tańcząc na jego powierzchni, kreatywnie rezonują. Incredible post-industrial & post-electronic full acoustic mashinery!  W 13 minucie powraca do dręczenia wielkiego talerza, jednocześnie pozwalając długo i systematycznie wybrzmiewać bębnowi. Wielka repetycja, jakby szła z niewidzialnego sekwensera. Niebywałe! 17 minuta, to bystry stopping i zejście w ciszę. Talerze lśnią wysoką fonią.

Oddech powietrza, uzupełnienie płynów i czas startować z koncertem duetowym. Trzy spójne, równie efektowne ekspozycje. Wizualne fantazje … o dźwiękach! Ambientowe intro na małych talerzach, drobna kipiel w tubie saksofonu. Dialog w wysokich tonach - ptasi zaśpiew sopranu i drżenie talerzy na poziomie tolerancji naszego słuchu. Mała imitacja i kolejna porcja nowych dźwięków, na które stać być może tylko tych dwóch muzyków. Dużo igraszek z ciszą, tłumionych, stopowanych wypowiedzi, sonorystyczne inkrustacje. Zdaje się, że sporo dzieje się tu wedle woli Prevosta, podczas gdy Butcher przyjmuje rolę pokornego realizatora, co nie czyni – rzecz jasna – całej improwizacji choćby odrobinę mniej doskonałą. Druga część duetu rodzi się w tubie tenoru, przy wtórze rezonujących talerzy – piękna klasyka dla tych akurat muzyków. Niemal ambientowa porcja dźwięków. W 5 minucie kolejny dowód rzeczowy na kosmiczne kompetencje Johna na saksofonie sopranowym. Obok drony Eddiego – full dark ambient! What a game! Zaraz potem błyskotliwy up! Cyrkulacyjny tenor i powrót do ambientu. Mantra z tuby i grzmoty z talerza na wybrzmieniu. Czas na finał niesamowitego wieczoru w IKLECTIK. Smyczek na rancie talerza, trele z tenoru - wysoka, gęsta faktura narracji. Outside and inside, chwilami nawet dość głośne, na granicy akustycznego przesteru. Noise acoustic! Ostatnia prosta staje się niespodziewanie najgłośniejszym fragmentem całego koncertu.




Common Objects  ‎Skullmarks (CD, Meenna)

Idea elektroakustycznej formacji Common Objects zrodziła się w głowach trzech muzyków, jednakże na jej trzeciej płycie pojawia się ich aż sześcioro – i bardzo dobrze! A zatem ojcowie założyciele: Lee Patterson – elektronika, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, Rhodri Davies – harfa (także elektryczna) oraz element napływowy: Pat Thomas – elektronika i dwie skrzypaczki - Angharad Davies i Lina Lapelytė. Swobodna improwizacja sekstetu stanowi jeden ciąg dźwięków i trwa 37 minut bez kilkunastu sekund. Nagranie zarejestrowane w Pitt Rivers Museum, w Oxfordzie, w marcu 2016 roku.

Szum dużej przestrzeni muzealnej (recenzent nie ma pewności, czy znajdują się w niej także słuchacze), pomruki z tuby saksofonu, szelest wilgotnych strun harfy i skrzypiec. Są sygnały, są i odpowiedzi. Piłowanie i polerowanie strun, przedmuchiwanie dysz, obok mały puls, szczypta repetycji oraz milcząca elektronika. Narracja delikatnie narasta niczym bukiet perkusjonalii. Jest wewnętrznie przesiąknięta czymś na kształt powykręcanego rytmu. Od dołu rodzi się mały dron elektroniki, towarzyszy jej świst upalonych ptaków w locie wznoszącym. Saksofon podparty siłą bajtów potrafi czynić cuda! W 7 minucie muzycy proponują pierwszy zwrot dramaturgiczny – burczenie niskiego pasma elektroniki, rozbudzony saksofon na dużym pogłosie i skwierczenie na kablach. W 10 minucie stopowanie wprost w ciszę i kolejny zwrot akcji – harfa pod prądem, tudzież niedefiniowalna elektroakustyka. Bardzo stylowa narracja, choć mocno podporządkowana frakcji syntetycznej. Idzie ku gęstemu, smakuje wręcz industrialnie. Moc tajemniczych dźwięków, saksofon, który szuka przestrzeni i pizzicato harfy. Mocny akcent ze strony skrzypaczek, konwulsyjny, ale i taneczny. Narastający paternalizm elektroniki, która wchodząc jednak w bystry dialog z jednym z małych strunowców, ratuje demokratyczny ład sekstetu. Dobre wejście szorstkiego saksofonu, jak się okazuje, ma także wymiar relacyjny. 25 minuta - znów gęsto od smaru i oleju, krzyku maszyn i szumu urządzeń suwnicowych. Trochę hałasu i drony harfy, puls dęciaka, trzaski pękających kabli. Jakże intensywny moment spektaklu! Po kolejnych paru chwilach, zwinne wybrzmiewanie skrzypiec i pulsacja wystudzonej elektroniki. Flow znów się piętrzy, emocje narastają, warstwa na warstwie, a saksofon przyjmuje rolę wisienki na torcie. Sam proces finalizacji nagrania przejrzysty, bardzo akustyczny, zmysłowy, nawet odrobinę oniryczny. Piękno dętego dźwięku, smak strun, pogłos i rezonans. Szum ciszy po całkowitym wybrzmieniu.




John Butcher  Made to Measure (DL bandcamp)

Cytując samego muzyka, płyta zawiera kolekcję solowych nagrań na multiplikujące się saksofony, feedback, intonaroumori (cokolwiek to jest…), zbiory dźwięków i coś jeszcze. Zarejestrowane w różnych okolicznościach przyrody, w latach 1998-2017. Mały pamiętnik podróżnika dźwiękowego – dodaje recenzent. Sześć kompozycji (!), łącznie 37 i pół minuty.

One. Tenorowa multifonia, cztery, może pięć strumieni dźwiękowych. Piękna, błyskotliwa, pełna fajerwerków ekspozycja. Zdaje się, że każdy z saksofonów traktowany jest przez muzyka trochę inną techniką. Czasami łączą się w pary lub w tria, dynamicznie szukają eskalacji. Two. Post-elektronika, szukanie feedbacku, sonorystyka, drżenie i rezonans, także charczące amplifikatory. Mutujące się szmery z tuby, prawdziwe bogactwo fonii! Three. Sample z gorącej pustyni. Sopran płynie powoli, lekko zabrudzając swoje brzmienie. W tle plądrofoniczny dźwięk zepsutego gramofonu. Saksofon zdaje się schodzić do głębokiej studni, a cyrkulacyjny oddech Johna dodatkowo wzmaga poziom emocji. Taneczny flow, moc suchych, dalekowschodnich zaśpiewów. Garść dziwnych dźwięków, świdry z tuby, jakby gitara popadająca w bezmiar kosmicznego rezonansu. Na to wszystko nakłada się czysty dźwięk tenoru! Whaw! Techno impro sax! A w tle nieomal Asian Dub Foundation!

Four. Śpiew ptaków, struny, trzaski na kablach, zgnioty, chory saksofon w gęstej mgle. Szelest mokrej ciszy. Total free experiment! Żywa elektronika u stóp syntetycznej … akustyki, what ever you want! Saksofon w szponach nadproduktywnego środowiska elektroakustycznego. Five. Syntetycznie brzmiąca akustyka saksofonu, zdaje się, że to cuda post-produkcji. Oniryzm i post-post-elektronika.  Six. Chropowaty tembr bulgoczącego ciekłym olejem saksofonu. Znów multiplikacja, kilka instrumentów, z których jeden rysuje połać nieba, inne prychają, a jeszcze inne polerują dno piekła. Po 5 minucie więcej czystych ekspozycji, a sam finał tej niezwykłej kolekcji nagły, niespodziewany jak śmierć na środku pustyni.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań dziś zrecenzowanych.


czwartek, 29 marca 2018

M.A.F.H! L'Ocell! Santos Silva! Kaze! Brûlez les meubles! Kaiser/ Clov/ Harris! More than fresh improvised summary on delayed spring! *)


Wiosna, a raczej uciążliwy proces wyczekiwania na nią, ryje nam wulgarnie usposobienie od wielu dni i wciąż każe krzyczeć why???? Paskuda meteorologiczna dopada chyba wszystkich, bo nawet na naszym ulubionym Półwyspie Iberyjskim temperatury bywają dość kuriozalne, jak na tę porę roku! Czas odczynić złe moce!

Sześć intrygujących świeżynek, niebanalnych improwizacji, czasami silnie osadzonych w jazzie, kolejna porcja nowych nazwisk i inspiracji do przerobienia. Trybuna Muzyki Spontanicznej nie zna lepszej metody na radykalną poprawę nastroju!

Walencja, Barcelona, Lizbona, New Haven, Quebec i Chicago – to nasza dzisiejsza marszruta (z punktu widzenia miejsc powstania nagrań)! Do czytania, potem do słuchania, zachęcamy bezwzględnie! Happy New Easter!




M.A.F.H  More Acid For Hegel (Discordian Records, 2018)

Na początek prawdziwe trzęsienie ziemi! Antonio Luis Guillén na gitarze elektrycznej i Avelino Saavedra na perkusji. Nagranie studyjne z Walencji, 8 odcinków z dalece frapującymi tytułami, 39 minut z sekundami.

Acid For Hegel. Ostro, na skróty, z odpowiednią dozą artystycznej bezczelności. Bardziej niż dynamicznie. Gitarzysta umoczony po same uszy w hałasie, plecie nad wyraz zwinne, ultra szybkie palcówki! Drummer w ogniu krzyżowych pytań i wyjątkowo ciętych ripost. Improwizowany death metal? Dlaczego nie! Fungi For Foucault. Spokojniej, w oparach stygnącego post-noise’u. Filozoficzne dywagacje na prawdziwym kwasie! Intrygująca, post-metalowa sonorystyka. Ketamine For Kant. Groźny riff ryje nam mózg! Perkusja ma chyba nawet dwie stopy! Narracja w tempie karabinu maszynowego, karkołomne zwroty akcji, krwawe kontrapunkty. Piekielny kocioł energii w stanie wrzenia. Muzycy pętlą się i wchodzą w ekstremalne zwarcia. Prawdziwa ketamina w użyciu! Niemal 7 minut oczyszczającego doznania estetycznego. Gitara płonie, a zaraz potem parę sekund niezbędnej ciszy. M&Ms For Marx. Odrobina dodatkowej przestrzeni w ramach łykania brakującego oddechu. Kind of funky,  jakkolwiek w dynamicznym i szalonym wydaniu! Przestery i sprzężenia, silnie energetyczna perkusja. D-Romilar For Deleuze. Gitara wkracza śmiało w obszar psychodelii. Okrężny drumming. Szczypta niedynamicznej narracji na ułamek sekundy. Potem powrót dobrego speedu, który wiedzie nas na orgiastyczne zatracenie. Energia kinetyczna rozsadza muzyków od środka. Na finał kilka niuansów sonorystycznych na gryfie. Lait Pour Lyotard. Najdłuższa opowieść. Gitara brzmi jak upalone piano Fendera. Bardzo dynamiczny small drumming. Pomysły na gryfie sypią się jak z rogu obfitości. Metalowa sonorystyka w natarciu. Wyjście z klincza narracyjnego, w estetyce post-funkowej, więcej niż błyskotliwe. Z dużą ilością kwasu na strunach. ZZ Top w trakcie przedawkowania! Ortegasmatrón. Co za tytuł?! Trochę echa, które multiplikuje efekty kolejnych szaleństw gitarzysty. Narracja szyta gęstym ściegiem. Tysiąc pomysłów na sekundę, prawie wyłącznie udanych. Stylowy rezonans na perkusji, w tle psychodelizująca gitara. Brawo! Meta psycho symfonia! More Acid For Hegel. Czas na finał płyty i tytułową ekspozycję. Kwas na gryfie tryska po oczach i uszach. Wciąż szybciej niż jest to możliwe. Ciało w ciało, myśl za myślą! Doskonała kooperacja. Tętno: 220 na 150! Wulkan! Gitarzysta zdaje sie, że ma już gotowy cyrograf do podpisania – potrafi tu zagrać wszystko! Morze kwasu leje się z pomiędzy strunami. Muzycy ani na moment nie zdejmują nogi z gazu. Prawdziwi gladiatorzy!




L'Ocell L'Ocell (Kaseta, Absent Tapes, 2018)

Pozostajemy na Iberia! Lokujemy się w zaciszu domowej kwatery Fernando Carrasco (gitara akustyczna), który przywdzieje szaty gospodarza. W roli zaś gościa - Àlex Reviriego (kontrabas). 11 improwizacji pod nazwą własną L’Ocell. Jesień 2015 roku. Wnikliwi Czytelnicy Trybuny zapewnie rozpoznają tych muzyków bez pudła. Taak! To połowa kwartetu Völga i jedna trzecia tria Phicus! Obie zacne załogi, z samego serca Katalonii, popełniły w roku ubiegłym debiutanckie płyty, dokładnie tu, na polską krwią skropionej ziemi! Wizerunki obu wydawnictw – jakże dynamicznie czerwone! - w boczku tej strony.

Od startu atakują nas dwa drony, usytuowane na przeciwległych biegunach spektaklu. Po jednej stronie gitara ze szczyptą sonore, w siarczystej, metalicznej ekspozycji, po drugiej zaś, nisko zestrojony kontrabas, płynący bardzo zwartym strumieniem. Rodzaj dyskusji bez nacisku na konfrontowanie poglądów. Narracja, która lubi przybierać kształt crescendo, by za moment opaść jak jesienny liść. Na finał pierwszego odcinka batalia na akordy. Drugi otwierają pasaże strunowych obcierek, lekkich, metalicznych, w klimacie wczesnego Sonic Youth. Rockowa temperatura, próba call & response z inicjatywy gitarzysty. Rwana narracja, trochę bez rdzenia kręgowego. Po 4 minucie, bez uszczerbku dla czegokolwiek, mogłaby trafić pod nożyce edytora. Trzeci wita nas sonorystyką z głębokiej krypty. Plus garść prostych akordów z gitary, nieco wyzbytych emocji. Miniatura czyniona z chłodną kalkulacją. Czwarty, to jakby ciąg dalszy, choć po stronie Alexa krew pulsuje szybciej. Fernando buduje kolejną niezbyt skomplikowaną narrację na gryfie, kind of fired americana - notuje recenzent.  W sumie to niezłe tło dla szaleńczych pasaży Alexa na samym dnie podłogi. Piąty szybuje bardzo wysoko. Aż uszy cierpną! Muzycy piłują paznokcie, a nas bolą zęby. Dwa smyki w tańcu na zatracenie, tuż po wyjściu z impasu. Ciekawe akustycznie zderzenie rezonansu i pulsacji. Szósty - szczypta innych dźwięków na strunach gitary. Alex znów dość wysoko, ale i dynamicznie, jak na ten duet. Na finał udane zejście w ciszę. Siódmy – muzykom jakby trochę brakowało cierpliwości w budowaniu bardziej złożonych narracji. Tu, duet dwóch gitar akustycznych, którym nigdzie się nie śpieszy. Bawią się w delikatne polifonie, zakończone skromną pyskówką. Ósmy, najdłuższy – sporo sonorystyki, pasaże niskie, pasaże wysokie. Gitara szuka wytrwale nowych rozwiązań, co dobrze wróży końcowej części płyty. Po chwili aż zrywa podłogę głębokim smykiem.  Śle też pojedyncze, rezonujące akordy, które przypominają lepsze fragmenty Völgi. Alex też ma pod ręką pomysły kwartetowe i wpada w konwulsje, które niosą ten odcinek na sam szczyt recenzenckiej oceny. Dziewiąty otwiera szorstka glazura rwanego dźwięku. Szczypta baroku, rozszarpywana ostrymi kłami, na prawo i lewo. Gitara aż skowycze! Brawo! Błyskotliwa miniatura! Dziesiąty, to akord gitary w silnym rezonansie, w opozycji do gadającego kontrabasu. Mnóstwo pięknego brudu na gryfie większego ze strunowców. Skowyt, taniec, złorzeczenie! W odpowiedzi gitarowa americana na delikatnym speadzie. Jedenasty, znaczy ostatni – igraszki na całego, puk puk na pudle rezonansowym mniejszego, wycie do księżyca większego. Zmysłowe! Gitara też brzmi inaczej, kind of raga? Dziwne skale. Muzycy brną w nieznane i czynią to wyjątkowo przekonywująco. Dwie smykowe symfonie żałobne, trupie dźwięki. Trzecia kwarta tej płyty, także ostatni jej fragment, windują ocenę recenzenta o kilka szczebli wyżej.




Susana Santos Silva ‎ All The Rivers – Live At Panteao Nacional  (Clean Feed, 2018)

Still Iberia! Przenosimy się na zachodni kraniec półwyspu, do Lizbony. Drobna niewiasta w wielkiej, zamkniętej przestrzeni, sama z instrumentem, gotowa na każde wyzwanie akustyczne. Susana Santos Silva – trąbka, tin whistle (mały instrument dęty, podobny do fletu), dzwonki. Nagranie z oklaskami - Panteão Nacional, w ramach Rescaldo Festival, luty 2016. Jeden trak, 42 minuty i sekunda.

Środowisko naturalnego ambientu, dużego obiektu o solidnych podstawach i grubych murach, które generuje własny, niebanalny i dość intensywny przydźwięk. Pogłos żyje tu własnym życiem, zdaje się być nie do opanowania. Trębaczka stawia mu jednak czoła i za pomocą niezbyt dużego instrumentu dętego, blaszanego, próbuje ów wir dźwiękowy okiełznać. Rodzaj eksperymentu, próby poszukiwania właściwego brzmienia i sposobu, w jaki rozprzestrzenia się dźwięk. Sam obiekt, jego gabaryty, stanowią ważny element składowy spektaklu. Fizyka fonii, kinetyka dźwięku. Muzyka płynie, rezonuje, fizycznie dekonstruuje się na załamaniach przestrzeni, odbija się od ścian, tańczy i swawoli. Czy to już przykład muzyki konkretnej? Muzyka architektury, architektura dźwięków. Sama narracja, improwizacja (o ile jest) zdaje się być dość jednorodna w formie, dramaturgicznie niezbyt wyszukana. Tu forma, sposób, w jaki dźwięk radzi sobie w przestrzeni, bywa zagadnieniem bardziej dla muzyka frapującym. Dźwięki, który multiplikują się, które wpadają w polifoniczny wir. Być może ten koncert, to bardziej lekcja fizyki. W 10 minucie, szczypta sakralnych dzwonków, które być może coś oznajmiają, być może jedynie zapraszają na rytuał. Przestrzeń tak intensywnie szumi, iż każdy dźwięk zdaje się być indywidualnie zaznaczony, akustycznie napiętnowany. Meta muzyka? Metafizyka i oniryzm w służbie narracji? Powrót trąbki, która potrafi być drapieżna, jakby chciała zawłaszczyć dodatkowe porcje przestrzeni. Dużo porcji echa i rezonansu, który zdaje się być całkowicie naturalny w tych okolicznościach scenicznych. Samych dźwięków w jednostce czasu nie ma zbyt wiele, trębaczka operują pauzą, by niemal każdy dźwięk miała szansę na foniczną eksplorację przestrzeni. Skutek dramaturgiczny takiego wyboru jest następujący – koncert w wielu fragmentach jest dość monotonny, a osiągany poziom emocji daleki od stanu wrzenia (choćby 15-19 minuta). Recenzentowi wydaje się, iż gdyby Susana spróbowała stosować więcej dronów (długich, trwających fraz), w kontekście posiadania tak wielkiej przestrzeni, efekt mógłby być dalece ciekawszy, nawet bez użycia amplifikacji (na przykład w estetyce niektórych solowych ekspozycji Nate’a Wooleya). Okres przed 30 minutą, to czas, w którym doświadczamy więcej brudnych, mutowanych dźwięków, trzasków, drżenia i skomlenia. Jakby siła pogłosu jeszcze rosła, a akustyka całości nabierała nieco dubowego klimatu. 34 minuta, to próba ekspozycji na samym ustniku lub też moment, w którym Susana sięga po tin whistle (smak czegoś na kształt… meta etno). Odbiorca wciąż analizuje formę, brzmienie, nie ma jednak bazy do eksplorowania procesu improwizacji. Mniej przestrzeni, więcej dźwięku! – utyskuje recenzent pod nosem, choć bez problemu docenić potrafi zamysł artystyczny Portugalki. 40 minuta, to drobne spiętrzenie dźwięków na sam już finał koncertu, które nosić może znamiona eskalacji. Jakkolwiek przestrzeń i pogłos rządzą tym nagraniem aż do całkowitego wybrzmienia. Tuż po nim, kilkudziesięciosekundowa burza oklasków.




Kaze  Atody Man  (Circum-Disc, 2018)

Pozostajemy w towarzystwie improwizującej trąbki (dojdzie nawet druga!), a geograficznie przenosimy się na północ, do Francji. Nagranie powstało, co prawda w słynnym Firehose 12 w New Heaven (USA), ale płyta ukazała się definitywnie pod flagą trójkolorową, a jest zapisem fonicznym spotkania dwóch muzyków francuskich i dwóch japońskich. Na trąbkach - Christian Pruvost i Natsuki Tamura, na perkusji - Peter Orins, zaś na fortepianie, najbardziej tu rozpoznawalna - Satoko Fujii. 6 odcinków z tytułami (kompozycji) trwa ponad 69 minut, a spotkanie czwórki muzyków miało miejsce w czerwcu 2017 roku. Muzycy funkcjonują pod nazwą własną Kaze, a ten krążek jest ich piątym wydawnictwem.

One. W ramach introdukcji, dwa trębackie drony, w tym samym rejestrze, plotą unisono krótkie pasaże, przerywane kilkoma sekundami ciszy. Powtarzają proceder kilkukrotnie, po czym delikatnie rozwarstwiają się i modulują swój sound. Odrobina sonore w oczekiwaniu na wejście pozostałej dwójki muzykantów. Talerze rezonują, piano ledwie muskane przez palce pianistki. Experimental free contemporary? W 5 minucie Satoko skutecznie nadaje ład tej narracji. Kameralistyka improwizowana? Tak! … przy użyciu minimalistycznych schematów kompozycyjnych – recenzent odczytuje z opisu wydawcy i posłusznie… zgadza się z nim. W 7 minucie progresywny drumming zmienia obraz całości i przenosi nas w silnie free jazzową eskalację. Zdaje się, że w tej zabawie chodzi przede wszystkim o improwizację. Uff! – wzdycha uspokojony recenzent. Nie brakuje także melodii, czy zgrabnych tonacji. W sumie ... what ever you want. Innymi słowy – na bogato. Two. Perkusja na początek. Na jazzowo, ze szczyptą repetycji i ciszy w roli interludium. Swobodny duet z pianem. Wejście trąbek w etosie gatunku, nawet hard-bopowo! Znów sporo ciszy pomiędzy. Sonorystyka trąbek udana, ponownie jednak przeładowuje stylistycznie nagranie. Bez specjalnych emocji, klasowe rzemiosło. Skok w ekspresję free po paru chwilach, tym razem nie zaskakuje. Recenzent zastanawia się, ile w tym tyglu różnorodności, kreacji ad hoc, a ile czynione jest wedle zapisów scenariuszowych. Sporo przegadanych fragmentów, balladynek dla grzecznych dziewczynek. Finał w galopadzie, też nieco wykalkulowany. Three. Na start piano, nawet toy piano. Odrobina preparacji z dziwnymi dźwiękami, bystro skomentowana przez sonorystycznie nastawione trąbki. Trochę campowego chaosu. Interludia z pięciolinii, niczym pięść do nosa, skutecznie psują efekt udanych pomysłów improwizatorskich. Kolejne depnięcie na gaz i ucieczka w swobodę, znów okazuje się najlepszym rozwiązaniem. Four. Tym razem slow minimal piano intro for silent listeners! Satoko jest w tym najlepsza. Melodia, harmonia, tak ładne, że aż …nudne. Kwartet podaje temat. W kategorii main stream także daliby radę! Solo perkusji trzyma poziom. Cały numer wprost do ECM! Five. Wyraziste solo trąbki, kreatywne, niebanalne. Po 120 sekundach gra już cały kwartet. Muzycy śmiało wkraczają na obszar free improve. I świetnie sobie radzą! Bystre percussions solo! Oto numer, który bez cienia wątpliwości uznajemy za opus magnum tej płyty. Trąbki gadają ze sobą niebywale błyskotliwie, piano tworzy zmysłowe tło, a drummer ma tysiące nowych pomysłów. Sonorystyka, preparacje, rezonans. Atak, wyciszenie. Tuby gotują się, struny szeleszczą. 11 minuta, to doskonale solo Satoko. Psychodelicznie wewnątrz, dynamicznie na zewnątrz. Finał jest brawurowy, odrobinę podniosły w klimacie, ale świetnie komentuje wyczyny pianistki. Six. Solo perkusjonalne. Cisza i spokój. Atonalnie, niebanalnie. Muzyk tak się rozgrzał poprzednim numerem, że potrafi już tylko doskonale improwizować! Trębacze z szeroko otwartymi ustami, pięknie komentują wyczyny kolegi. Pianistka, głęboko zanurzona z pudle rezonansowym fortepianu, czyni dokładnie to samo. Jest szczypta melodii, a wszystko dzieje się na pograniczu ciszy. Incydentalnie zmysłowe mikrodrony. Gdyby jeszcze trąbki poszły w sonore…, ale zapewne scenariusz, któremu szczęśliwie wiele minut temu muzycy wymknęli się spod kontroli, przewiduje inne rozwiązanie. Efektowne wybrzmienie.




Louis Beaudoin-de-la-Sablonnière/ Éric Normand / Louis-Vincent Hamel  Brûlez les meubles  (Circum-Disc/ Tour De Brass, 2018)

Spal wszystkie meble! Tym szczytnym hasłem (tytułem płyty) muzycy pewnego tria, wprost z francuskojęzycznej części Kanady, zapraszają nas do słuchania swojej muzyki. Louis Beaudoin-de-la-Sablonnière na gitarze elektrycznej, Éric Normand na basie elektrycznym i Louis-Vincent Hamel  na perkusji. 7 kompozycji (muzycy dość demokratycznie dzielą się obowiązkami w tym zakresie), blisko 38 minut muzyki. Płyta wydana w ramach kooperacji francusko-kanadyjskiej. Muzyka zarejestrowana w Saint Maxime du Mont Louis (Quebec) w lipcu ubiegłego roku.

One. Mocna, jazz-rockowa sekcja, zwinna gitara z prądem, która uwielbia fussion, ale także świetnie radzi sobie w jazzie środka. Od pierwszej chwili doskonale pracuje basista, który nie dość, że trzyma fundamenty rytmu i harmonii całego przedsięwzięcia, to permanentnie tkwi w procesie improwizacji i snuje niebanalne historie, bez zbędnych przerw na papierosa. Drummer czujny, bystry, still on time, udanie dynamizuje poczynania tria. Są dobre tematy i wyśmienite improwizacje, podawane bez spinania muskułów, z dużym feelingiem. Two. Melodia, smak, rytm – tu na spokojniej. Precyzja, kreatywność, także bezpretensjonalność. Temat główny powraca jak mantra i wyznacza szlak improwizacji. Three. Postmodernistyczne fussion generowane z precyzją sapera. Trzy stróżki improwizacji, które przenikają się wzajemnie. Świetna komunikacja, czujność, bystre interakcje. Mainstream jazz rocka w wykonaniu trzech naprawdę błyskotliwych instrumentalistów. Siedmiostrunowa gitara, kwiat współczesnej sceny Quebecu (jak mówi wydawca). Sporo detali, subtelności aranżacyjnych w muzyce, która nie odkrywa świata, ale urzeka formą, jakością wykonania i prostotą przekazu. Four. Bardziej dynamicznie, ze szczyptą hałasu na gryfie (też potrafi, jeśli pytacie!). Zwinna miniatura, mniej niż dwie minuty. Five. Nowa porcja energii. Kind of funk! Bas wspaniale pracuje, kreśli pętle i tańczy, gitara w repetycji, wyrazista perkusja. Ta muzyka nie kreśli w głowie recenzenta wyszukanych metafor, sprawia wszakże czystą, żywą, wręcz zwierzęcą przyjemność w odbiorze. Pure high jazz, Man! Po 4 minucie, zejście w dół i garść pięknej psychodelii wprost z obu gryfów, na spokojnym wybrzmieniu. Brawo! Nie ma fajerwerków, muzycy prostymi środkami osiągają doskonały efekt. Six. Wolnym krokiem, kontrapunkt goni kontrapunkt. Gitara i bas plotą kompatybilne opowieści, perkusja tuż za nimi, śledzi ich każdy krok i zdobi synkopami.Ta opowieść zdaje się być bardziej konwencjonalna, ale swobodnie raduje ucho. Seven. Co za synkopa!? Co za rytm!? I jaki riff gitarowy!? Do zakochania! Na finał pieśń umoczona w rockowym sosie. Kocia zwinność, perfekcja wykonania i radość grania. Rytmy i przestery. Bas, który kreśli sinusoidy i tańczy wokół własnej osi, gitara w podskokach. Jakże rozwojowa historia. Zejście w trucht, wprost z galopu - imponujące. Świetna ekspozycja perkusisty, dla podkreślenia jego doniosłej roli w dziele tworzenia – tu, na tle gitarowych pląsów. Recenzent dawno nie był tak blisko jazzowego mainstreamu i dawno nie miał z tego powodu tak wielkiej radości słuchania! Raz jeszcze brawo!




Steve Kaiser/ Alex Clov Baczkowski/ Bill  Harris  Measure Once, Cut Twice (Amalgam, 2017)

Na koniec dzisiejszych przedwiosennych guseł, porcja zdrowego jazzu (z ambicjami free) wprost z wietrznego miasta! Steve Kaiser na gitarze, Alex Clov Baczkowski na saksofonie altowym i barytonowym oraz Bill Harris na perkusji i instrumentach perkusyjnych. 8 improwizacji (all music by the musicians), blisko 54 minuty. Nagrania z sierpnia 2016 roku, z Music Garage/ Chicago.

One. Drapieżny baryton, gitara pełna jazzowego spleenu, bystra perkusja. Dość żwawa narracja, której brak kontrabasu nadaje posmak nieoczywistości i dość specyficzny drive. Synkopa, która trzeszczy i krąży wokół siebie. Two. Więcej skromnej sonorystyki, szumiące dysze, drżące talerze i gitara w łagodnych pląsach. Udane przejście w bardziej dynamiczne pasaże, choć nie na długo. Ekspozycja gitary dość konwencjonalna, jazzowa, jak pan bóg przykazał. Drummer często sięga po synkopę i rytm, czasami zbyt natarczywy, nadmiernie bezwzględny. Powrót barytonu konkretny, dosadny i wyrazisty. W nastroju do swawolenia. Finał kawałka osiągnięty w wyzwolonym galopie. Three. Alt, flażolety, repetycja, nostalgia i zaduma – to atrybuty introdukcji. Temat pod dyktando melodyjnego saksofonu i refleksyjnej gitary, wbrew rytmice perkusji. Po 4 minucie balladowe, nieco hipisiarskie wybrzmiewanie. Four. Skromne percussions, ekspozycja solowa. Szczypta sonorystyki w tubie, na gryfie igraszki na poły akustyczne. Narracja ciekawie narasta, a każdy z muzyków na swój sposób wgryza się w bieg improwizacji. Kolejny krok, to galop w estetyce free, formule, która dobrze robi tej płycie. Five. Jakby ciąg dalszy, konstytuujący tezę, iż w dynamicznych pasażach muzyka tria zyskuje na wartości. Tu, świetna ekspozycja altu. Six. Kolejna jazzowa synkopa z gitarą, które snuje scofieldowskie opowieści o udanych związkach damsko-męskich. Drive perkusji dość progresywny, ale to alt zdaje się tu wnosić odrobinę świeżości. Gitara niezwykle niechętnie wychodzi poza schemat. Po 4 minucie buduje solo przy wsparciu drummera, bez ekscytacji. Nagłe wtargnięcie barytonu, trochę na wariackich papierach, zdecydowanie ratuje ten fragment. Wymusza dialog, w którym gitara czuje się nieco swobodniej. Na finał eskalacja barytonu! Seven. Baryton z gitarą, tym razem randka we dwoje. Perkusja wchodzi im w słowo i kontrapunktuje, znów odrobinę zbyt intensywnie. Szczypta muskulatury, zwarć w półdystansie. Chropowaty baryton, to znów najlepsza rzecz, jaka przydarzyć się może tej improwizacji. Pod koniec niespodziewana próba call & responce, dość udana, tuż po niej samotny drumming. Eight. Na sam już finał najdłuższy fragment płyty. Sonore z ciszy, po talerzach i krawędziach werbla. Alt w molowym pasażu, gitara po swojemu. Ballada, która staje się dialogiem, a potem marszem ku górze, w poszukiwaniu źródeł eskalacji. Tym muzykom nadmiar ekspresji nie szkodzi, to już świetnie wiemy. Dobra akcja gitary, eksplozywny, silny alt, no i rytm, który nie znosi zdań odrębnych. Ostatnie 3 minuty wynoszą ocenę ogólną płyty na nieco wyższy poziom. Na ostatniej prostej ciekawy, drobny incydent perkusjonalny. Być może zbyt późno zaproponowany. 


*) ang. Więcej niż świeże, improwizowane podsumowanie z okazji opóźnionej wiosny