Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Keiji Haino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Keiji Haino. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 marca 2026

Zeitkratzer! A short story from heaven to hell and back again!


Ubiegłotygodniowa prezentacja najnowszego albumu Reinholda Friedla wywołała w gronie redakcyjnym coś na kształt recenzenckich wyrzutów sumienia. Oto bowiem jedna z najważniejszych postaci europejskiej muzyki kreatywnej ostatniego ćwierćwiecza bywa na tych łamach traktowana nie tyle po macoszemu, co sukcesywnie pomijana.

Trybuna Muzyki Spontanicznej, jak powszechnie wiadomo, to głos improwizującego ludu miast i wsi, stąd zainteresowanie, tudzież czas poświęcany sztuce, dla której improwizacja jest jedynie jedną z wielu metod pracy nie zawsze są należyte. Wiele wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości sytuacja ta nie ulegnie zmianie, ale … z ogromną przyjemnością zapraszamy dziś na krótki przegląd dokonań formacji Zeitkratzer (często pisanej z małej litery). Reinhold Friedl jest jej szefem, naczelnym kompozytorem, czasami dyrygentem, także pianistą, muzykiem improwizującym, artystą szukającym w pudle rezonansowym wielkiego instrumentu strunowego drugiego, jakże piekielnego dna.

 


Zeitkratzer tworzy na ogół stała grupa artystów, z których większość świetnie znamy ze sceny muzyki improwizowanej i szeroko pojętego wykonawstwa muzyki współczesnej, z saksofonistą i klarnecistą Frankiem Gratkowskim oraz perkusjonalistą Maurice’em de Martinem na czele. W zestawie podstawowych narzędzi pracy muzyków odnajdujemy zazwyczaj dwa-trzy instrumenty dęte, trzy-cztery strunowe, perkusjonalia i preparowany fortepian lidera.

W repertuarze zespołu jesteśmy w stanie odnaleźć każdy gatunek – rock, jazz, noise, muzykę ludową, elektronikę, także tę taneczną (np. Kraftwerk), piosenki avant-popowe, a nawet serbskie pieśni bojowe. Oczywiście nie brakuje palety wybitnych kompozytorów muzyki współczesnej, częściej wszakże tych, których moglibyśmy zaliczyć do grona pionierów minimalizmu. Stale jest tu obecny Iannis Xenakis, który zdaje się być z perspektywy lat artystycznym guru dla Friedla i Zeitkratzer. Albumy formacji często wypełniają kompozycje samego Friedla, a także incydentalnie Franka Gratkowskiego. Poniżej listujemy nagrania, które z perspektywy piszącego te słowa wydają się definitywnie najciekawsze, a które winny także przypaść do gustu miłośnikom muzyki improwizowanej, zatem stałemu elektoratowi Trybuny.

  


Zacznijmy wszakże od tego, co najświeższe na półce z napisem Zeitkratzer. Ich najnowsze dokonanie, to cykl pięciu … winylowych pięciocalówek zatytułowanych Abkratzen, które dostarcza jeden z najważniejszych dla dorobku Friedla i zespołu wydawców, czyli krajowy Bocian Records. Każda z płyt zawiera po dwa dwuminutowe utwory, które są fragmentami ścieżki dźwiękowej do bliżej nam nieznanego, chyba fabularnego filmu Horses Are The Survivors of the Heroes. Dwie pierwsze płyty są dostępne na bandcampie wydawcy, trzecia jest już wyprodukowana, a dwie kolejne czekają na ów fakt edytorski. Natomiast ostatni pełnowymiarowy album grupy wypełnia kompozycja Gillesa Sivilotto Handmade, zaprezentowana zarówno w wersji elektronicznej (dwukrotnie), jak i akustycznej, a także w interpretacji wokalnej Isabelle Duthoit.

  


Na dobry początek naszego krótkiego overview wrzućmy do odtwarzacza (w tym wypadku kompaktowego) album zatytułowany Kore. Tradycyjnie dla Friedla i formacji materiał kompozytorski stanowi jedynie drogowskaz, rodzaj prawdopodobnego scenariusza zdarzeń, do jakich może dojść w trakcie procesu twórczego, a nie twarda, niepodlegająca dyskusji notyfikacja kompozytora. Tantiemy autorskie zbiera tu pianista, a kompozycja stanowi rozwinięcie pomysłu, jaki przeświecał autorowi dekadę wcześniej i zarejestrowany został na albumie Xenakis [a]live! Materiał inspirowany eksperymentalnymi nagraniami z taśmami greckiego kompozytora (szczególnie Persepolis), tu zaprezentowany w czterech kilkunastominutowych odsłonach, stanowić ma swoisty hommage Friedla dla Xenakisa. Aparat wykonawczy jest dziewięcioosobowy, a każdy z akustycznych instrumentów poddany zostaje procesowi amplifikacji. Efektem jest gęsto ustrukturyzowany dron wzmocnionej akustyki, który przypomina wielkie zgrzytanie zębami, chętnie sadowi się w pobliżu estetyki noise i post-industrial, a zarejestrowany został w okolicznościach koncertowych. Wspaniałe nagranie!

  


Równie intensywny i bliski estetycznie Kore jest album zatytułowany Duft. Muzycy biorą tu warsztat Handmade Gillesa Sivilotto (jak się okazuje, nie po raz ostatni) oraz kompozycję Franka Gratkowskiego Estuaria. Szczególnie intryguje pierwszy utwór, który jest pochodem preparowanych dźwięków strunowych i dętych, a sprawia wrażenie swobodnej improwizacji dziewięcioosobowego ansamblu, systematycznie wiercącego wielką dziurę w naszych receptorach słuchu. Utwór podpisany przez Gratkowskiego jest spokojniejszy, stanowi strugę płynnej, nieco medytującej akustyki. Kolejny pomnikowy album w dorobku formacji, wydany na trwającym niespełna dwa kwadranse czarnym krążku przez Bociana!

  


Jeśli szukamy nagrań najsilniej nawiązujących do estetyki noise, zawierających porcje kompulsywnego, jakże pięknego hałasu, sięgnąć winniśmy po kolejny krótki winyl wydany przez Bociana (tu w tajemniczej kooperacji z Musica Genera!). Album Saturation zawiera na pierwszej stronie kompozycję Monochromy Zbigniewa Karkowskiego, co stanowi wystarczającą rekomendację gatunkową, a na stronie drugiej friedlowski Xenakis Alive I. Mroczne, siarczyście brudne, surowe brzmienie wzmaga tu użycie analogowego samplera, który uzupełnia tradycyjne, akustyczne brzmienie pozostałych instrumentów, które wykuły w skale to niesamowite nagranie.

  


Jeśli Zeitkratzer gra kompozycję Kaspera T. Toeplitza, to wiemy, że estetyka noise znów zagości w naszych uszach! Podwójny, kompaktowy album Agitation/ Stagnation zawiera nagranie koncertowe z krakowskiego Festiwalu Sacrum Profanum, ale w formie dalece niestandardowej. Pierwsza płyta zawiera 37-minutowy zapis koncertu, druga zaś jego elektroniczne odbicie (wedle opisu electronic score), trwa zatem dokładnie tyle samo, co żywe nagranie. Albumowe credits sugeruje, by obu płyt … słuchać jednocześnie. Formacja rozrasta się tu do tentetu, w składzie którego odnajdujemy samego kompozytora wcielającego się w rolę dyrygenta (po społu z Friedlem), a także mącącego akustyczną florę formacji porcją intrygującej elektroniki. Dodajmy, iż album dostarcza oczywiście Bocian!

  


Czas na wielki gabaryt! Najpierw sięgnijmy po kompozycję Friedla zatytułowaną Krafft, która została wykonana siłą podwójnego zespołu. Z jednej strony dziewięcioosobowy Zeitkratzer, z drugiej francuska załoga Ensemble 2e2m, także złożona z dziewięciu artystów. Nad wykonaniem dzieła czuwa dyrygent Pierre Roullier. Instrumentarium obu formacji jest akustyczne, do tego niemal bliźniacze – trzy dęte, cztery strunowe, perkusjonalia i fortepian. Kompozycja Friedla ma definitywnie monumentalny charakter, zdaje się być rytmicznym oddechem wielkiego stwora. Frazy osiemnastu instrumentów, grane na ogół unisono, tworzą tu gęstą strugę dźwięków, która balansuje pomiędzy filharmonicznym spazmem, a post-kameralnym samouspokojeniem. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, jest rejestracją koncertową z Paryża, dostępną w formacie CD. Dodajmy, iż w trakcie komponowania Krafft pianista wykorzystał specjalnie oprogramowanie stymulujące losową sekwencję zjawisk fonicznych.

  


Grand Orchestra, to już czyste, artystyczne szaleństwo! Na scenie berlińskiego Domu Kultury Światowej, pewnego letniego wieczoru 2011 roku, zebrano prawie sześćdziesięciu muzyków, pośród których znaleźli się członkowie Zeitkratzer, szerokie grono ich gości, a także przedstawiciele formacji The Berline Pipe Company oraz Tenor Drum. Niewykluczone, iż na scenie znaleźli się także muzycy nieprofesjonalni. Kompozycja Friedla zwie się Grand Orchestra for mixed orchestra and bagpipes, a pomieszczono ją na kompaktowym dysku w dwóch niezatytułowanych częściach. Nagranie jest prawdziwie ekstatyczne, realizowane zazwyczaj na pełnym wydechu, gęste jak wulkaniczna lawa i tylko w ścisłe określonych interwałach czasowych mniej intensywne. Całość zdaje się być kolejną inkarnacją The Great Learning Corneliusa Cardew, może też przywoływać w pamięci nagrania Spontaneous Music Orchestra, zwłaszcza te, w trakcie których do procesu wykonania utworu włączano muzyków amatorów, a także publiczność zgromadzoną na koncercie. W momentach szczególnych eksplozji wątek prenatalnego free jazzu i Globe Unity Orchestra też może okazać się ciekawym skojarzeniem.

  


Po takim wulkanie dźwięków i emocji zasłużyliśmy na dłuższe chwile odpoczynku. W tym niecnym dziele pomocne okazać się mogą albumy wydane w ramach serii Old School. Friedl zaaranżował cztery takie wydarzenia, a każde z nich zawiera kompozycje innego mistrza/ klasyka/ legendy minimalizmu i muzycznego eksperymentu - odpowiednio Jamesa Tenneya, Johna Cage’a, Alvina Luciera i Karlheinza Stockhausena. W tym zestawie szczególnie urokliwa wydaje się kolekcja trzech kompozycji Tenneya (w winylowej reedycji - dwóch). To opowieść momentami niebywale medytacyjna, uformowana w wielominutowe drony, których estetyka śmiało nawiązuje do akustycznych kompozycji Eliane Radigue. W podobnym klimacie, choć nieco bardziej tajemniczym, onirycznym odnajdujemy pierwszy fragment albumu z kompozycjami Johna Cage’a. Z kolei w kolekcji utworów Alvina Luciera, w zasobach instrumentalnych Zeitkratzera odnajdujemy obok tradycyjnych, akustycznych instrumentów tzw. obiekty.

  


Po kompozycje Karlheinza Stockhausena Friedl i Zeitkratzer sięgają także na albumie Stockhausen: Aus Den Sieben Tagen, gdzie gościnnie swoje wokalne możliwości prezentuje Keiji Haino. Japoński artysta, którego znamy ze świeżego duetu z Friedlem, o którym pisaliśmy w ubiegłym tygodniu, w tym nagraniu wydaje się nadspodziewanie spokojny, mniej demoniczny, raczej w nastroju do nieco wytłumionej, dronowej kontemplacji. Album składa się z pięciu utworów, z których szczególnie miło rozbujany wydaje się ten najdłuższy, wieńczący album. Po stronie wykonawczej warto zaczynać, iż na liście plac znalazł się muzyk odpowiedzialny za brzmienie - w tym wypadku jego wkład w ostateczny kształt nagrania określono mianem acoustic noise.

  


Naszą opowieść o wybranych albumach Zeitkratzer kończymy przywołaniem płyty wydanej w Polsce pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku, a zatytułowanej zeitkratzer play PRES Polish Radio Experimental Studio. Na pierwszym krążku podwójnego wydawnictwa zamieszczone zostały klasyczne utwory polskich kompozytów, którzy niemal siedem dekad temu współtworzyli Polish Radio Experimental Studio – m.in. Eugeniusza Rudnika, Krzysztofa Knittela, czy Bogdana Mazurka. Elektroniczne utwory, które na zawsze zmieniły obraz eksperymentalnej muzyki współczesnej na drugiej płycie zestawu wykonywane są przez muzyków Zeitkratzera, oczywiście w pełni akustycznym instrumentarium. Dla wielu przygoda z Friedlem i jego formacją właśnie wtedy zaczęła się na dobre. Zawsze warto wracać do tego nagrania, a może od niego rozpocząć swoją własną przygodę z tą muzyką.

 

Po szczegóły dyskograficzne prezentowanych albumów odsyłamy na bandcampową stronę Zeitkratzer, a także Bocian Records. Wszakże by mieć pełny ogląd zjawiska warto zajrzeć na niezastąpioną stronę discogs.com, bo chyba tylko tam znajdziemy wykaz całego dorobku artystycznego formacji.

 

piątek, 6 marca 2026

Keiji Haino & Reinhold Friedl are truly, slightly, overflowing, whereabout of good will!


Artystyczne losy Reinholda Friedla, niemieckiego pianisty, kompozytora, band leadera, improwizatora, muzyka, który jako pierwszy użył określania inside piano, nie śledzimy na tych łamach szczególnie skrupulatnie. To oczywisty błąd, ale nie będziemy z tego powodu posypywać głowy popiołem, usprawiedliwiać się brakiem czasu, tudzież twierdzić, że internet nie jest z gumy.

Bez zbędnej zwłoki sięgniemy za to po jego najnowszą produkcję - duet poczyniony z wieloletnim współpracownikiem Keiji Haino (zwłaszcza w kontekście formacji Zeitkratzer), japońskim artystą ekspresyjnej, avant-rockowej gitary i równie ekspresyjnego, jak demonicznego głosu.

Dodajmy, iż nagranie możemy posiąść w formie poręcznej płyty kompaktowej lub pięknego, ale mniej przydatnego czarnego krążka. Pierwszą produkuje sam artysta, winyl z kolej poszerza bogate portfolio krajowego Bociana. Kompakt przynosi trzy utwory, winyl jedynie dwa pierwsze. A sam Haino używa w nich wyłącznie głosu.

  


Pierwszy utwór, to w warstwie werbalnej klasyk Strange Fruit, który w interpretacji Haino zdaje się być Koszmarem z Ulicy Wiązów, ostatnią drogą bohatera Jądra Ciemności, spirytualnym rytuałem śmierci. Haino szepcze, recytuje, melorecytuje, czasami nuci nieistniejącą melodię, innym razem krzyczy lub dobywa z gardła frazy, za które mógłby odpowiadać lovecraftowski Cthulhu, gdyby kiedykolwiek dano mu prawo głosu. Friedl pracuje we wnętrzu fortepianu, preparuje struny wszystkim, co wpadnie mu w ręce, a rozmach jego instrumentacji przypomina wielką orkiestrę symfoniczną, która po raz ostatni interpretuje Święto Wiosny Strawińskiego. Ten specyficzny akompaniament bywa wytłumiony, ale zawsze mroczny i nerwowy, jest też w stanie swobodnie osiągnąć stadium post-industrialnego hałasu. Na zakończenie kilkunastominutowej opowieści Haino mruczy pod nosem demoniczną kołysankę, kolejną inkarnację Rosemary’s Baby.

Druga opowieść rodzi się w gęstej ciszy. Tworzy ją szmer z gardła i samego dna pudła rezonansowego piana. Pierwsze frazy tego drugiego brzmią gamelanowo, cokolwiek to znaczy w zastanej sytuacji dramaturgicznej. Haino i Friedl lepią teraz dźwięki, które przypominają szum kolejki w lunaparku, która wjeżdża do jaskini z potworami. Emocje narastają wraz z każdym kolejnym etapem tej szalonej przejażdżki. Haino zaczyna krzyczeć, Friedl uruchamia moc czarnych klawiszy. Wielki niedźwiedź wyszedł z legowiska i wystawia swą posagową sylwetkę na działanie silnego wiatru. Opowieść staje się bardzo głośna, a następujące tuż potem uspokojenie wydaje się bardzo pozorne. Medytacja przy blasku mrożącego księżyca dobrze konotuje w ujęciu gatunkowym. Finał jest zaskakująco oniryczny, choć ciągle groźny, niebywale niepokojący.

Trzecia historia trwa tu ponad dwadzieścia trzy minuty. Początek przypomina wieczorną modlitwę. Struny drżą, głos deliberuje w wysokiej tonacji. Rodzaj ceremonialnego wyniesienia. Opowieść zastyga w mroku, ale już po chwili rozpoczyna się prawdziwe trzęsienie ziemi. Haino krzyczy wielosekundową strugą trwogi, dźwięki piana formują się w nieskończone drony. Te ostatnie przez chwilę przypominają silnik elektryczny, który nie daje się uruchomić. Wokalista podśpiewuje pod nosem, by po chwili mruczeć, jak demon z zaświatów. To Dolina Szaleństwa, parafrazując epokowe dzieło pisarza, którego nazwisko padło już w tej recenzji. Druga faza utworu przynosi jeszcze więcej zmian i zaskakujących rozwiązań. Haino parska, jodłuje, ponownie krzyczy, ale wszystko czyni jakby w bardziej radosnej tonacji, odnajdując na dnie gardła strzępy melodii. Friedl buduje akustyczny ambient i sięga po powtórzenia, które tworzą coś na kształt delikatnego rytmu. Ostatnia prosta, to ocean drżenia, jakby wielka metalowa konstrukcja miała za chwilę runąć w objęcia mrocznego oceanu. Gdy już otworzysz oczy, nie wykluczone, że poczujesz zapach napalmu o poranku.

 

Keiji Haino & Reinhold Friedl Truly, slightly, overflowing, whereabout of good will (Zeitkratzer Productions, CD 2025/ Bocian Records, LP 2026). Keiji Haino – głos oraz Reinhold Friedl – fortepian preparowany. Nagrane w Morphine Studios, Berlin, 2024/25. Trzy utwory, 55 minut (CD), dwa utwory, 32 minuty (LP).



piątek, 6 września 2024

FOU Records: Marteau Rouge & Haino Keiji! Lazro, Léandre & Lewis!


Kontynuujemy naszą letnią przygodę z francuskim labelem FOU Records, prowadzonym od kilkunastu lat przez Jean-Marca Foussata. Dziś bierzemy na recenzencką tapetę dwa starsze nagrania koncertowe. Najpierw cofniemy się w czasie o piętnaście lat, potem o całe czterdzieści!

Na krążkach odnajdujemy wyłącznie zacne nazwiska sceny francuskiej, a także japońskiej i amerykańskiej. Wszelkie introdukcje uznajemy zatem za zbędne. Welcome to great music!



 

Marteau Rouge & Haino Keiji Concert à Luz 2009 (CD 2022). Haino Keiji – gitara, głos oraz Jean-Marc Foussat – syntezator, głos, Jean-François Pauvros – gitara, głos, Makoto Sato – perkusja. Nagranie koncertowe, Marquee of Luz-Saint-Sauveur, Jazz à Luz, Francja, lipiec 2009. Dwanaście części, 61 minut.

Trio Marteau Rouge świetnie znamy z albumów nagranych z Evanem Parkerem. Tym razem spotykamy ich w towarzystwie legendy japońskiej, rozszalałej gitary, zatem ryzyko, że odpłyniemy w bezmiar psychodelicznej the way of no return jest niemal stuprocentowe. I bardzo dobrze! Okoliczność jest definitywnie koncertowa, niemal w rockowym rozumieniu tego pokrętnego terminu – album zawiera werbalną introdukcję, część główną podzieloną na dziesięć odcinków, jakkolwiek stanowiącą nieprzerwany ciąg zdarzeń fonicznych, i wielosekundową burzę oklasków.

Kwartet ognistej psychodelii wchodzi w magmę rockowej improwizacji bez specjalnych ceregieli. Gitary sprzęgają zawieszone w smogu syntetycznych plam, a aktywne, rozbujane circle drums dają moc przetrwania. Opowieść płynie szeroką strugą fonii, choć na wstępnym etapie nie jest podsycana basowym backgroundem elektroniki. Gitarzyści strzygą uszy i atakują szerokim frontem, połamana perkusja bystrze stymuluje dramaturgię chwili. Gdy tylko syntezator włączy tryb basowego dopalania opowieść szybko wita się ze ścianą dźwięku. Flow potrafi tu gęstnieć, a potem rozlewać się w szerokim korytem niemal w ułamku sekundy. Na incydentalnych na tym etapie koncertu spowolnieniach muzycy tryskają mocą utraconych melodii, chętnie korzystają z bagażu gatunkowych inspiracji. Szczególnie gorąco robi się w momentach, gdy obaj gitarzyści idą w zwarcie, jak dzieje się choćby w czwartej części albumu. Równie ciekawie jest wtedy, gdy narracja nabiera funkowych rumieńców, a syntetyczne akcje w tle przybierają na sile.

Improwizacja ma swój pierwszy znaczący punkt zwrotny w okolicach odcinka siódmego. Na jednej z gitar pojawia się wtedy smyczek, a kompulsywne tłumienie emocji sięga po całkiem kameralne metody. Post-industrialne zło szybko jednak powraca na front, a muzycy po raz kolejny tego wieczoru stają w ogniu krwistego hałasu. Opowieść od dłuższej chwili dzieli się już na wyraźnie wyseparowane epizody. Pojawiają się wokalizy, płomienne, gitarowe hymny w etyce fussion jazzu, ale rockowa psychodelii pozostaje w zanadrzu, w każdej chwili gotowa ponownie opanować scenę. Po kolejnym, noise’owym spiętrzeniu, na starcie części dziesiątej, pojawia się nowy wątek gitarowy, który brzmieniem przypomina frazy typowe dla … Steve’a Albiniego. Zaraz potem mamy ekspresyjne solo perkusji i kolejne garście gęstej psychodelii. Opowieść balansuje na granicy przesteru, ale incydentalnie potrafi unosi się w powietrzu i niemal lewitować, korzystając z eskalowanego od czasu do czasu pogłosu gitar. Wielki finał koncertu jest prawdziwie ognisty, grany na kompulsywnym wydechu. Na odchodnym swoje trzy grosze dokładają jeszcze syntetyczne pulsacje i wielowarstwowe wokalizy.




Daunik Lazro, Joëlle Léandre & Georges Lewis Enfances à Dunois le 8 janvier 1984 (CD 2020). Daunik Lazro – saksofon altowy, Joëlle Léandre – kontrabas, głos, George Lewis – puzon, zabawki. Nagranie koncertowe, 28 Rue Dunois, Paryż, styczeń 1984. Dziesięć części, 57 minut.

Koncert sprzed czterdziestu lat z dzisiejszej perspektywy zdaje się być prawdziwym spotkaniem na szczycie mistrzów improwizacji, ale po prawdzie także w roku 1984 nie wyglądał na wydarzenie mało istotne. Lazro - już wtedy pierwszy saksofon francuskiego free jazzu, Léandre - młoda adeptka kontrabasu o … niebywałym potencjale wokalnym i Lewis, gość zza Wielkiej Wody, znaczący przedstawiciel legendarnego AACM, stały współpracownik Anthony’ego Braxtona. Dodajmy, iż fragment tego koncertu (około 20-minutowy) został wydany przez szwajcarski HatHut na autorskiej płycie Lazro już w roku 1985. Dziś dostajemy wprost w nasze uszy całość koncertu, na który składają się zgrabne miniatury, rodzaj gier, tudzież zabaw w dźwięki oraz trzy rozbudowane improwizacje. Te ostatnie pokazują walory artystyczne całej trójki w sposób szczególnie dobitny.

Pierwsze cztery improwizacje, to anonsowane miniatury, z których tylko ta ostatnia znacząco przekracza dwie minuty. Artyści prezentują się tu nie tylko jako wyjątkowo sprawni i kreatywni instrumentaliści, ale także aktorzy teatralni, zabawni kabareciarze, mistrzowie ciętej riposty, skeczu, a także wokalnych i słownych igraszek. Lewis chętnie korzysta ze swojego dodatkowego akcesorium, wydając mnóstwo równie zabawnych, jak i tajemniczych dźwięków. Zdaje się, że w tej fazie koncertu więcej korzysta właśnie z nich, niż z samego puzonu. Lazro operuje bardziej jazzowym frazowaniem, nie stroni od ulotnych melodii, stara się porządkować przebieg narracji, musi być bardzo czujny, albowiem partnerzy często podsyłają mu drobne, foniczne prowokacje. Léandre frazuje z gracją zarówno swobodnym pizzicato, jak i zwiewnym, ale chwilami wyostrzonym arco. Jej eskapady wokalne dodają przebogatym improwizacjom dodatkowego smaczku. W ostatniej z czterech improwizacji otwarcia pojawia się pierwsza zajawka bardziej linearnej narracji, wyposażona w rytm basu, śpiew altu i puzonowe zdobienia.

Piąta i szósta odsłona koncertu, to rozbudowane improwizacje, trwające łącznie ponad dwa kwadranse. Tą pierwszą otwiera kontrabasistka wyposażona w smyczek i śpiewająca niemal operowym głosem. Partnerzy wznoszą okrzyki zachęcając ją do eskalowania procesu. Jeden z nich smutno zawodzi, drugi trochę błaznuje. W dalszej części utworu następują ekspozycje solowe, z których szczególnie efektowna jest partia Lewisa. Człowiek orkiestra, nadworny błazen i wytrawny preparator instrumentu i obiektów pochodnych. Powrót do tria oznacza tu sprawność kameralnego jazzu i humor teatralnych gagów. Artyści często operują teraz krótkimi frazami, bogacąc flow zabawnymi incydentami. Z czasem show zaczyna kraść Léandre, której frazowanie arco zdaje się być coraz bardziej temperamentne. Do tego garść kolejnych popisów wokalnych, bo tu przecież wszyscy kochamy Kabaret! Drugą z rozbudowanych improwizacji otwiera intuitywny duet puzonu i altu. Muzycy rozmawiają półsłówkami, zadają pytania i zwinnie odpowiadają. Po kilku minutach idą w niemal free jazzowe tango, do którego podłącza się smyczek kontrabasistki. Ta ostatnia ma tu także efektowne solo. Pod koniec, już we trójkę, muzycy ślą nam bukiet bardziej melodyjnych fraz.

Siódma część lepi się z szumów, szmerów i groteskowych odgłosów, wydawanych chyba narządami węchu – całość zdaje się być krótkim odpoczynkiem przed kolejną eksplozją. Ósma opowieść trwa prawie dziewięć minut i śmiało zaliczyć ją możemy do najmocniejszych punktów koncertu. Rozhuśtany post-jazz bazuje tu na bardzo szerokim spektrum dźwięku i ekspresji. Chwilami smakuje bluesem, chwilami popada w intrygującą medytację. Z jednej strony melodia, z drugiej puzonowe grepsy i smakowite preparacje, śpiewy i żarciki. Na zakończenie akt kreacji bierze na swoje barki ekspresyjny saksofon. Ostatnie dwie opowieści zgrabnie reasumują ów szaleńczy koncert. Najpierw jest to garść okrzyków, potem kupiona narracja rodząca się w ciszy, z czasem przepoczwarzająca się w linearną opowieść, która łapie ogień free jazzu. Ostatnia prosta budowana jest mrocznymi dronami.




środa, 3 maja 2017

Rutherford! Rempis! Malaby! Chicago London Underground! Shelter! DEK Trio! McPhee! Küchen! Gustafsson! Courvoisier! Laubrock! Sanchez! Haino! Sobanski! – Cztery miesiące roku 2017 za nami, czyli najwyższy czas na dużą zbiorówkę


Muzyka improwizowana wciąż płynie do nas wyjątkowo szerokim strumieniem. Półki uginają się od płyt, komputery skwierczą z nadmiaru danych, a nasze uszy proszą o … chwilę wytchnienia!

Pozostajemy jednak na polu walki, bez krzty litości dla tych, którzy zwątpili. Nie było podsumowania stycznia, nie było lutego, ani tym bardziej kwartału pierwszego. Kwiecień minął w mgnieniu ucha. Zatem najwyższy już czas na konkretnie obfitą zbiorówkę na Trybunie.

Oczywiście nowe płyty goszczą na tych łamach permanentnie. Nie dalej jak kilka dni temu ogłoszono tu nawet, że pewna portugalska pozycja (The Attic tria Almeida/ Amado/ Franco) zasługuje na miano jak dotąd najlepszej, pośród tych, wydanych ze znakiem 2017. Jak się zupełnie przy okazji okazało, kolejnych kilkanaście płyt z tymże samym znakiem nie doczekało się jeszcze choćby słowa opinii ze strony Pana Redaktora. Za moment zaległość tę odrobimy z nawiązką.

Z litości dla pojemności naszej percepcji, w poniższej zbiorówce pominąłem płyty, które trafiły do mnie już w roku 2017, ale datowane były na rok 2016 (jakkolwiek z dwoma wyjątkami). Przypominam mniej bystrym, tudzież mniej zorientowanym, iż płyty na Trybunie po odsłuchu pierwotnym otrzymują tzw. wstępną rekomendację – zieloną (high), żółtą (middle) lub czerwoną (low). Teraz czas na weryfikację tych koślawych cenzurek. Robotnicy do fabryk, studenci do nauki, pismaki do piór!!!!


Paul Rutherford/ Sabu Toyozumi  The Conscience (NoBusiness Records, 2017)

Przegląd absolutnych świeżynek zaczynamy od nagrania, które powstało prawie…. 18 lat temu! Być może jedna z najwybitniejszych postaci europejskiej muzyki improwizowanej, angielski puzonista Paul Rutherford, nie żyje już od dekady. Bagaż muzyki, jaką pozostawił po sobie, zwłaszcza w wymiarze autorskim, jest niezwykle… uboga. Tym bardziej zatem cieszy nas fakt, że historia ludzkości - w wymiarze dźwiękowym - wciąż przechowuje dla nas łakome kąski.




Dzięki litewskiej niebiznesowej dociekliwości, także determinacji, trafia dziś do nas koncert Paula, poczyniony w Japonii, w towarzystwie perkusisty Sabu Toyozumi, w październiku 1999r. Dociekliwi szperacze internetowi (w tym niżej podpisany) znają zapewne doskonale inny koncert tego duetu (poczyniony rok wcześniej), który od lat dostępny jest na … całkowicie nieodstępnym cd-r, wydanym własnoręcznie przez japońskiego drummera (Fragrance, 2000).

Bez cienia wątpliwości, wszyscy entuzjaści wolnej muzyki improwizowanej doprawdy ginąć winni w odmętach szczęścia z powodu ukazania się wydawnictwa The Conscience (dodajmy, by czara radości przelała się, iż dodatkowo także w edycji winylowej, jakkolwiek uboższej o jeden fragment, ostatni z wydania cyfrowego). I nawet, jeśli ta akurat edycja sztuki improwizacji w wydaniu Paula Rutherforda nie jest szczytem jego możliwości, to radość nasza pozostaje głęboka i istotnie ponadczasowa. Muzyka Rutherforda w duecie z bardzo solidnym japońskim perkusistą jest niezwykle komunikatywna i wyjątkowa radosna, co dodaje jeszcze temu nagraniu wartości. Stanowić ona może także udane wprowadzenie w świat puzonowych imaginacji Paula dla tych, którzy – o, zgrozo! – nie czynili tego wcześniej.

Jeśli najbardziej zielona z zieleni ma jakąś nazwę własną, to winna ona paść w tym miejscu – more than high!!!


Ballister (Dave Rempis, Fred Lonberg-Holm, Paal Nilssen-Love)  Slag (Aerophonic Records, 2017)

Dave Rempis/ Matt Piet/ Tim Daisy  Hit The Ground Running (Aerophonic Records, 2017)

Po egzaltacji starowinką, przyjdźmy już definitywnie do nowości pierwszej tercji roku 2017. Od razu odnotujmy bardzo udane wejście w nowy rok doskonałego, amerykańskiego saksofonisty Dave’a Rempisa. W ramach własnej inicjatywy Aerophonic, proponuje on dwa bardzo smakowite tria, a nam pozostaje jedynie spierać się o to, które z nich jest lepsze. A wybór wcale nie jest łatwy!




Trio Ballister znamy doskonale, to bodaj szóste ujawnienie fonograficzne tego składu. Połączenie ostrego tenoru, błyskotliwej wiolonczeli pod prądem i nadekspresyjnego drummingu nie może nie zakończyć się powodzeniem w kategorii free jazzowe mięcho! Tylko konkret, tylko na temat, z takim ładunkiem energetycznym, że starczyłoby na oświetlenie całego Londynu! Koncert sprzed dwóch lat, z Cafe Oto – obok erupcji emocji, także kilka chwil bardziej wyważonej narracji, które szczególnie polecam (fragment drugi).




Drugi krążek (nomen omen, dostępny jedynie …w wersji elektronicznej), to spotkanie Dave’a z kumplem z podwórka, czyli Timem Daisy’im i bliżej mi nieznanym pianistą Mattem Pietem. Bardzo ciepły jeszcze koncert, bo ze stycznia tego roku, z chicagowskiego Elastic Arts. Dwa fragmenty z oklaskami, które śmiało pomieścić zdoła niezbyt długi winyl. Pozostajemy w kategorii free jazz bez cienia wątpliwości. Choć w ramach Hit The Ground Running słuchamy jednak nieco innej muzyki, iż miało to miejsce w przypadku Slag. Bardzo przypadła mi do gustu pianistyka Matta, który grając swoje, bardzo ciekawie stymuluje wyobraźnię improwizatorską Rempisa w procesie kolektywnej improwizacji. Jest wysoka energetyka, są emocje, ale nie brakuje także chwil zawahania, intrygującego, wzajemnego rozgryzania się. Świetna płyta! Mocne high (!), podobnie zresztą, jak w odniesieniu do tria omówionego akapit wyżej.


Tony Malaby/ Mat Maneri/ Daniel Levin  New Artifacts (Clean Feed Records, 2017)

Nowojorski saksofonista Tony Malaby zyskał onegdaj na tych łamach tytuł wyjątkowo sprawnego rzemieślnika. Nic nie ujmując jego artyzmowi, nie wszystkie jego produkcje wbijały nas w podłogę swą ponadczasowością i nowatorstwem. Wszakże wszelkie atrybuty jego saksofonowego rzemiosła ewidentnie pięknieją w konfrontacji z dobrze rozgrzanymi instrumentami smyczkowymi.




Dowodem choćby najnowsza płyta New Artifacts. Zwinne skrzypce Mata Maneriego i jak zawsze śpiewna wiolonczela Daniela Levina, świetnie konweniują z wyważoną i niebanalną sonorystyką saksofonu tenorowego Malaby‘ego. Nagranie studyjne sprzed półtora roku, oczywiście z Nowego Jorku, cztery zróżnicowane dramaturgicznie opowieści, pod którymi kolektywnie podpisują się wszyscy uczestnicy tego spotkania. Długość całości ledwie winylowa, zatem nawet na moment nie grozi nam nuda, czy niepotrzebne przegadanie tematu. Rekomendacja stanowczo zielona (high!).


Chicago London Underground  A Night Walking Through Mirrors (Cuneiform Records, 2017)

Rob Mazurek, amerykański kornecista, to prawdziwy muzyczny obieżyświat, muzyk o wielu twarzach i zawsze niczym nieskalanej determinacji, by produkować dźwięki, których zadaniem nie jest zamęczanie słuchaczy, ale raczej generowanie samo odnawiających się pokładów przyjemności. Jego naczelny projekt na ogół ma rzeczownik Underground w tytule. Znamy i ten z dodatkiem Chicago, znamy też edycję brazylijską – Sao Paulo.




Mniej więcej rok temu dotarł on, wraz ze swym częstym, muzycznym kolegą, perkusistą Chadem Taylorem, do doskonale nam znanego londyńskiego Cafe Oto i wraz z dwójką jakże kompetentnych tubylców (Alexander Hawkins, piano i John Edwards, kontrabas) zagrał krwisty koncert jako … Chicago London Underground. Dziś mamy go przed sobą na płycie.

Muzyka, jak to zwykle w przypadku Mazurka, jest istotnie umoczona w fussion jazzie, ma konkretną dynamikę, bywa transowa i niepozbawiona interesującej melodyki (dodajmy, że część amerykańska załogi wspomaga się w dużym stopniu elektroniką i samplerami). Jest przy tym tak radośnie bezpretensjonalna i całkiem oldschoolowa (jak i cały Mazurek wraz miłością do Milesa Davisa wypisaną na twarzy!), że nie może się nie spodobać, bez względu na okoliczności obcowania z nią. Ambitna, improwizowana muzyka do samochodu na długie trasy? Why not! Cztery kompozycje - prawie 75 minut - do śpiewania, tupania nogą, ale i podziwiania kunsztu muzyków (John Edwards!). High (zielono) bez gadania!


Shelter (Nate Wooley, Ken Vandermark, Jasper Stadhouders, Steve Heather)  Shelter (Audiographic Records, 2017)

DEK Trio (Elisabeth Harnik, Didi Kern, Ken Vandermark) Burning Below Zero (Trost Records, 2016)

Nowa formacja Kena Vandermarka i Nate’a Wooleya zwie się Shelter i gra kompozycje wszystkich członków, zatem być może jest całkiem demokratycznym tworem artystycznym. Dwa dęciaki, gitara basowa zamiennie z gitarą elektryczną i perkusja. Układ instrumentalny, po którym obiecywać można sobie wiele.




Jeśli chodzi o mnie, to na obietnicach się skończyło. Nie od razu byłem o tym przekonany, bo i indywidualne popisy Wooleya odnalazłem tu, jak zwykle na kosmicznym pułapie, bo i gra holenderskiego gitarzysty zdaje się być dalece frapująca (to muzyk, który lubi szukać, drążyć i odnajdywać). Tylko, że całość nie trybi. Myślę, że na etapie budowania koncepcji grupy i przygotowywania materiału kompozytorskiego zabrakło pomysłu. Płyta jest bowiem okrutnie nierówna. I próżno wskazać palcem winnego. Tematy dynamiczne są ciekawie podane, ale w wielu momentach wielowątkowe improwizacje pętlą się i nie znajdują drogi ujścia. W tematach spokojniejszych pozornie dzieje się wiele, tylko po drugiej strony sceny widz delikatnie przysypia. W sumie, gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że to typowa dla współczesnego Vandermarka grupa, która na bazie gotowego materiału kroi nudne improwizacje. I szkoda mi w tym wszystkim mojego ulubieńca Wooleya, jego muzyki, jego kreatywności. Pozostaję przy żółtej (middle) rekomendacji, bo kilka momentów na tej zbyt długiej płycie podniosło mi jednak poziom ciśnienia we krwi.




Jeśli już miałbym pochwalić Kena Vandermarka, to zdecydowanie za płytę Burning Below Zero, którą stworzył z austriacką pianistką Elizabeth Harnik i mniej mi znanym perkusistą Didi Kernem, pod nazwą własną DEK (co zresztą sugerować może jej artystyczny ciąg dalszy). Muzyka mieści się w formule swobodnej improwizacji, co niezwykle skutecznie stymuluje saksofonistę do bardziej kreatywnej postawy na scenie (koncert z Klagenfurtu, z 2014r.). Pianistka ewidentnie jest w formie i w wielu momentach bierze byka za rogi. Mnie do gustu szczególnie przypadł fragment drugi koncertu, gdy doskonałej improwizacji Kena na klarnecie, towarzyszy nieco minimalistyczna, lekko oniryczna pianistyka Harnik. Płyta dostaje ode mnie zielony kolor (high!) i definitywnie zamyka w tej zbiorówce wątek pochodzącego z Chicago saksofonisty.


Joe McPhee/ Daunik Lazro  The Cerkno Concert  (Klopotec Records, 2016)

Im szybciej Joe McPhee zbliża się do 80 urodzin, tym – mam wrażenie – więcej wydaje płyt. Jak to zwykle bywa, ilość rzadko idzie w parze z jakością, czego przypadek bieżących nagrań Joe dowodzi w dwójnasób. W ostatnich miesiącach przez moje odtwarzacze przewinęło się prawie pół tuzina jego płyt, ale rzadko która pozostawała tam na więcej niż jeden w miarę skupiony odsłuch.




Na tej jednej postanowiłem się jednak zatrzymać, choćby na te kilka słów w trakcie okresowej zbiorówki. Oto bowiem u boku amerykańskiego trębacza i saksofonisty, stanął mój ulubiony … weteran saksofonu francuskiego, Daunik Lazro. Tytuł mówi wszystko o okolicznościach nagrania (dodam jedynie, że Cerkno leży w Słowenii). Dostajemy siedem odcinków muzycznych, których każdorazowy tytuł stanowi wykaz instrumentów użytych w nagraniu.

Efekt finalny nie spowodował mojego upadku z fotela. Raczej, częściej ziewałem. Tej muzyce ewidentnie brakuje energii, snuje się od lewa do prawa, tylko na krótkie chwili wzbudzając emocje, czasami dzięki pojedynczym dźwiękom. Typowe dla McPhee dłużyzny i przegadane, niekiedy zawieszone w próżni frazy, nie zostały tu jakoś szczególnie spuentowane przez francuskiego kolegę. Częściej wpisuje się on w pomysł Amerykanina i nie robi wiele, by krew w żyłach recenzenta krążyła bardziej wartko. Rekomendacja, co najwyżej żółta (middle!).


Angles 9  Disappeared Behind The Sun (Clean Feed Records, 2017)

Johan Berthling/ Martin Küchen/ Steve Noble  Threnody, At The Gates (Trost Records, 2017

Trespass Trio  The Spirit of Pitesti  (Clean Feed Records, 2017)

Martin Küchen - razy trzy! Oto szwedzki saksofonista pokazuje nam dobitnie, jak różne są oblicza współczesnej muzyki improwizowanej, szczególnie tej, mocno tkwiącej korzeniami w jazzie.




Jako pierwszy, jego bodaj najciekawszy pomysł na muzykowanie, czyli formacja Angles. Bywała samotną nazwą, funkcjonowała na dodatkiem 8, a od pewnego czasu jest już wytrawną 9-ą! Pięć dęciaków, piano, wibrafon, kontrabas i perkusja. Pięć dynamicznych, radosnych i melodyjnych kompozycji lidera, które wykonane w pełnej euforii, na 100%-owym improwizacyjnym gazie, przez dziewięciu wyjątkowej klasy rzemieślników, daje efekt końcowy, który pobudzi do życia nawet kilkukrotnie umarłego. Jeśli lubicie Fire!Orchestra Matsa Gustafssona (ta sama, chwilami wręcz rockowa sekcja rytmiczna!), koniecznie sięgnijcie po Angles 9. To zwyczajnie lepsza załoga! High intensywnie zielone!

Küchen – edycja druga. Free jazzowe trio - z Berthlingiem na kontrabasie i Noble’em na perkusji - na klubowym, źle nagłośnionym koncercie w Malmoe. Energia, pełnowymiarowy powerdrinks, tylko, że po odsłuchu pozostaje głównie lekki szum w uszach. Zdrowe, żywe i pełne ekspresji, ale zwyczajnie nieoryginalne. Szkoda, bo sekcja diabelnie kompetentna, a saksofonista w niezłej formie. Z pewnością ta rejestracja broniła się lepiej, gdyby jakość dźwięku nie była kasetowa. Czyli rekomendacja jedynie na żółto (middle!).




Była zielona rekomendacja, była także żółta, czas zatem na … czerwoną. Kolejne trio szwedzkiego saksofonisty, tym razem w krajowym składzie, z Perem Zanussim na kontrabasie i Raymondem Stridem na perkusji. Od lat ta trójka muzykantów zwie się Trespass Trio. Ich najnowsza płyta jest tak nudna, mdła i niewyrazista, że nie potrafię nawet dociec, dlaczego aż tak bardzo mi się nie podoba. Granie do kotleta o czwartej nad ranem, po wyjątkowo marnej imprezie. I tyle w temacie Ducha Pitesti.


Mats Gustafsson & Craig Taborn  Ljubljana (Clean Feed Records, LP 2017)

Całkiem niespodziewanie pozostajemy w towarzystwie muzyka ze Szwecji. Oto Mats Gustafsson na szumnie zapowiadanej płycie z amerykańskim pianistą Craigiem Tabornem. Koncert z Ljubljany, dwa improwizowane fragmenty, szczelnie wypełniające dwie strony winylowej płyty. Muzycy po nagraniu prześcigali się we wzajemnych komplementach, sam Mats wspominał o niezwykłej energetyce tego nagrania. Wasz recenzent ma jednak wrażenie, że muzyk mówił o … innym wydarzeniu scenicznym.




Płyta jest zwyczajnie słaba. Taborn płynie niezbyt oryginalnymi pasażami przez cały czas trwania koncertu, a Mats ogrywa go na barytonie, głównie szukając powodu do eskalacji hałasu. Nic się jednak po drodze dramatycznego nie wydarza i Panowie bezproblemowo osiągają finał koncertu, być może nawet bardzo z siebie zadowoleni. Im dłużej słucham tego nagrania, tym większą mam ochotę na obniżanie cenzurki. Pozostanę przy słabym żółtym (middle…), by do końca nie pogrążyć muzyków i wydawcy. Obiecuję do krążka więcej nie wracać.


Stephan Crump/ Ingrid Laubrock/ Cory Smythe  Planktonic Finales (Intakt Record, 2017)

Sylvie Courvoisier & Mary Halvorson  Crop Circles (Relative Pitch Records, 2017)

The Angelica Sanchez Trio  Float The Edge (Clean Feed Records, 2017)

Czas najwyższy na wątek feministyczny w naszej dzisiejszej zbiorówce. Przed nami trzy amerykańskie płyty z kobietami w roli głównej. I każda z nich jest na swój sposób ciekawa.




Zacznijmy od tej, bezwzględnie najlepszej. Na tych łamach już kilkakrotnie obdarzałem dalece ciepłym komentarzem niemiecko-nowojorską saksofonistkę, kompozytorkę, band liderkę i nade wszystko świetną improwizatorkę, Ingrid Laubrock. Dziś powraca ona w dość kameralistycznym, współczesnym triu, w którym towarzyszą jej pianista Cory Smith i grający na akustycznej gitarze basowej Stephen Crump. Bardzo spokojna, nienachalna narracja, w której wyjątkowo dobrze odbieram wyważone i skupione improwizacje Laubrock (gra na sopranie i tenorze). Polecam do dużo większej liczby odsłuchów. Świetna płyta (high!).

Bardzo nieśpieszny, chwilami wręcz relaksacyjny, zdaje się być duet piana i gitary elektrycznej, już w pełni kobiecy, albowiem w roli podmiotu wykonawczego odnajdujemy Sylvie Courvoisier i Mary Halvorson. Muzyka toczy się niewinnie, a my mamy kilka bezcennych chwil na przemyślenie porażek dnia codziennego. Nagranie studyjne, które dla mnie jest odrobinę zbyt mało dramatyczne, ale z pewnością wielu się nim zachwyci. Daje żółtą rekomendację, a lekką tendencją ku zielonej (middle/ high).




W bloku babskim czas na trio z fortepianem w roli głównej. Przyznaję, że nie sięgnąłbym po tę płytę, gdyby nie uczestnictwo w jej tworzeniu Michaela Formanka, kontrabasisty, do którego, choćby z racji wielu nagrań z Timem Berne’em, czuję ogromny sentyment. W roli tytułowej natomiast, Angelica Sanchez, pianistka, która ma kilka ciekawych płyt w portfolio, choćby duet z Wadadą Leo Smithem. Tego tria dobrze się słucha, pianistyka liderki jest nawet ładna i chwilami niebanalna, a tembr kontrabasu łechta ucho bez zobowiązań (dodam, że tę dwójkę na perkusji wspiera Tyshawn Sorey). Daje żółtą rekomendację (middle) i polecam do słuchania przy żonie. Zapewniam, że to będzie udany wieczór.


Keiji Haino/ Jozef Dumoulin/ Teun Verbruggen  The Miracles Of Only One Thing (SubRosa Records, 2017)

Finał zbiorówki będzie – dla przeciwwagi - dwustuprocentowo męski. Najpierw trochę dynamicznego hałasu, psychodelii i rockowej niemal ekspresji, wypadłej spod piór i rąk niezwykle energetycznego tria: Keiji Haino (gitara elektryczna, flet, gongi i głos), Jozef Dumoulin (piano fendera) i Teun Verbruggen (perkusja, elektronika).




Niewiele wiemy o miejscu powstania nagrania (jedynie, że rzecz miała miejsce w roku ubiegłym). Dostajemy godzinę dość zaskakującej i chwilami dalece interesującej muzyki, podanej w czterech odcinkach z tytułami. Choć rzadko ekscytuję się japońskim temperamentem w zakresie muzyki improwizowanej, w sumie album ten kupuję z całym ryzykiem, jakie ze sobą niesie. Pomaga mi w tym na pewno zmyślny pianista, którego kojarzę choćby z ciekawej formacji elektrycznego free jazzu – Biura Turystyki Atomowej – gdzie towarzyszą mu m.in. Nate Wooley i Marc Ducret, a także obecny tu drummer Verbruggen.

Jeśli macie w sobie odrobinę szaleństwa, sporo wolnego czasu, zanurzcie się w tę muzykę. Istnieje spore prawdopodobieństwa, że Wam się spodoba. Licho nie śpi! Rekomendacja żółta, ale z dużą zieloną podpórką (middle/ high!).


Sobanski/ Mowat/ Leonori/ Menes  Ambient Document (European Improvisation Scene EIS, 2017)

Na koniec pozostawię Czytelników z muzyką bardzo swobodnie improwizowaną, powstałą całkiem niedawno w zachodniej Anglii. Nazwiska muzyków zapewne niewiele Wam powiedzą. Mariusz Sobański (gitara elektryczna i skrzypce; jeśli zetknęliście się z formacją Light Coorporation, egzystującą na polu rockowej awangardy, to właśnie ów polski muzyk jest jej liderem), David Mowat (trąbka), Federico Leonori (kontrabas), Chris Menes (syntezator modularny).




Dostajemy cztery dokumenty środowiskowe, które przenoszą nas w świat onirycznej, elektroakustycznej, lekko psychodelicznej muzyki improwizowanej. Bardzo ciekawie brzmią wszystkie instrumenty strunowe, niezależnie do poziomu ich pogłosu, intrygujący jest sztafaż introspektywnych zagrywek czynionych na syntezatorze modularnym. Jeśli w tym tyglu rozbuchanej wyobraźni i żmudnej kooperacji, coś mniej mnie frapuje, to trębacz, który po prawdzie niewiele wnosi do obrazu całości i jest w mojej ocenie nadmiernie ilustracyjny. Zdecydowanie ciekawsze są momenty, gdy ten akurat muzyk milczy. Reszta broni się dobrze, a recenzentowi pozostaje czekać na ciąg dalszy tej muzycznej przygody. Rekomendacja żółta (middle) z delikatną zieloną (high) podpórką na zachętę.