Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodrigo Amado. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rodrigo Amado. Pokaż wszystkie posty

piątek, 12 czerwca 2026

The June’ Round-up: Amado! Transition Unit! Xatarata! Westgaard & Maneri! Sonic Waves! Bagnasco! Safiullin! Devereaux! Kaučič & Cigana!


Najwyższy czas rozpętać czerwcową zbiorówkę recenzji! W tyglu ognistych recenzji równie groźnych improwizacji odnajdziecie dziewięć nowych albumów, jak zawsze z całego świata!

Zaczynamy bardzo jazzowo, po portugalsku - dwa konkretne ciosy nie bez udziału gości zagranicznych. A w dalszej kolejności - krakowski baryton zanurzony w latynoamerykańskiej elektronice, dwa wątki skandynawskie, pierwszy kameralny, drugi dronowo-ambientowy, spora garść gitarowych eksperymentów z różnych zakątków globu - akustycznych, elektrycznych, a nawet nieco bardziej hałaśliwych, bo z domieszką krwi japońskiej, wreszcie na finał tańce perkusjonalne z bliskiego południa Europy, co by ukoić nasze zszargane nerwy.

Zapraszamy do nieba i piekła muzyki improwizowanej!

  


Rodrigo Amado/ Joe McPhee/ Kent Kessler/ Chris Corsano Wailers (European Echoes Archive Series, CD 2026)

Namouche Studios, Lizbona, październik 2019: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy i altowy, bird water whistle (kanał lewy), Joe McPhee – saksofon tenorowy (kanał prawy), Kent Kessler – kontrabas oraz Chris Corsano – perkusja. Sześć utworów, 49 minut.

Kwartet This Is Our Language, który konsumuje wymienione w tytule recenzji nazwiska czterech wybitnych postaci sceny free jazzowej, to jedno z najciekawszych zjawisk gatunku drugiej dekady bieżącego millenium. Z racji wieku jednego z nich nie jest już aktywną formacją, szczęśliwie Amado, główny organizator tego przedsięwzięcia, doszukał się w swoich archiwach niepublikowanej wcześniej sesji kwartetu, jak miała miejsce siedem lat temu w najbardziej znanym lizbońskim studiu nagraniowym.

Na krążku odnajdujemy sześć utworów, które trwają od sześciu do dziesięciu minut. Klamrą nagrania jest dynamiczne, kwartetowe otwarcie z uroczymi dialogami tenorzystów i takież zakończenie z nutą aylerowskiej melodyki. W utworach pomiędzy formacja bardzo często rozbija się na tria w konwencji tenor plus sekcja rytmu, a utwór czwarty grany jest wyłącznie przez Amado, Kesslera i Corsano. Tu Portugalczyk inauguruje improwizację na gwizdku, a soczyste expo prezentuje wyjątkowo na saksofonie altowym. Co by się wszakże nie działo pod sklepieniem studia nagraniowego, jakość narracji i poszczególnych improwizacji budzić winna respekt każdego fana free jazzowych, ognistych przebieżek. Szczególnie dobrze udramatyzowany jest odcinek piąty. Otwiera McPhee, dołączą Corsano, potem szybka kontra Amado z Kesslerem na smyczku. W połowie ekspozycji intrygujące solo perkusisty, a potem wystudzony, prawdziwie kameralny finał osnuty wokół smutnej melodii.

  


Transition Unit Sheets of Sound (Phonogram Unit, DL 2026)

Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Belgia, grudzień 2024: José Lencastre – saksofon altowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 39 minut.

Portugalskie trio z nazwą własną powraca albumem, który zdaje się być nakierowany na publiczność kształconą w historii jazzu i swingu, nie koniecznie zaś w paradygmatach swobodnej improwizacji nasyconej adekwatną dawką ekspresji. Mimo wielkiego szacunku dla dokonań tych artystów, nie możemy zataić faktu, iż nowy album Transition Unit zanudził grono redakcyjne niemal do bólu.

Pierwsza improwizacja sadowi się w okolicach wystudzonej kameralistyki, dla odmiany ta druga sięga po atrybuty jazzu i nie boi się delikatnie swingować. Artyści dobrze czują się w estetyce leniwej ballady, a w trzecim utworze wręcz chłoną medytujący charakter całej narracji. Pod koniec tej odsłony albumu, a także w kolejnej muzycy przypominają sobie, że dobre tempo i ekspresja frazowania potrafią służyć każdej opowieści. Niestety dwie kolejne improwizacje tego nie potwierdzają. Album wieńczy najdłuższa, ponad 8-minutowa historia, która stawia na minimalizm, nawet post-klasycyzm, ale przewrotnie niesie w sobie dużo jakości zaszytej w nerwie trwogi, jaka zdaje się drążyć ten wątek płyty.

 


Xatarata Kiss and Drum (Antenna Non Grata, LP 2026)

DTS Studio, Kraków, grudzień 2022: Paulina Owczarek – saksofon barytonowy oraz Federico Reuben - laptop/ live coding. Jedenaście utworów, 40 minut.

Improwizowane spotkania instrumentu dętego i elektroniki, to zjawiska występujące from time to time w ekosystemie gatunku. Ten duet, to jednak sytuacja wyjątkowa – z jednej strony moc saksofonu barytonowego, z drugiej nieograniczony świat elektroniki, tu generowanej z poziomu akademickiego, zarówno z racji naukowych proweniencji artysty, jak i zastosowanych metod badawczych (kodowanie, live processing, systemy interaktywne i algorytmiczne etc.). Zwał, jak zwał Xatarata, to produkt osobny.

Jak już dojdziemy do tego, która strona winyla jest pierwsza, a która druga, zagłębiamy się w jedenastu krótkich formach improwizowanych, trwających od trzech do sześciu minut. Każda z nich ma swoją dynamikę, narracyjną szorstkość, ale też dziką niekiedy taneczność i fikuśnie pokręconą melodykę. To rodzaj intensywnego spaceru po zgliszczach tradycyjnych narracji. Owczarek buduje melodie, czasami krzyczy, preparuje instrument, a gdy trzeba śpiewa niczym pijany słowik na pierwszej randce. Ze strony Reubena mamy stan permanentnej zmiany. Jest drum’n’bassowy rytm, są krótkie strzały spod ramienia, post-perkusjonalne erupcje, wreszcie niekończące się drobne frazy układające się w jakże logiczny ciąg przyczynowo-skutkowy. Muzyk nie wkracza do jaskini hałasu, ale jest obecny na każdym etapie tej muzycznej łamigłówki. Paulina i Federico grają razem od lat i wbrew teoriom klasyków ich kolektywne improwizacje ciągle zyskują na jakości, a poziom interakcji osiąga kosmiczny poziom.

  


Hein Westgaard & Mat Maneri Chamber (Gotta Let It Out, LP 2025)

Kopenhaga, lipiec 2024: Hein Westgaard – gitara elektryczna (1-4), akustyczna (5-7) oraz Mat Maneri – altówka. Siedem improwizacji, 58 min.

W naszej dzisiejszej opowieści czas na kameralne wystudzenie. Znamienity nowojorski altowiolinista Mat Maneri lubi improwizować w Europie, a zwłaszcza w Danii pod sztandarami Gotta Let It Out, labelu prowadzonego przez Tomo Jacobsona. Tu dobieramy go do pary z duńskim gitarzystą Heinem Westgaardem, którego inne nagranie opisywaliśmy nie dalej, jak w majowej zbiorówce.

Album zwie się po prostu Chamber i zdaje się, że trudno o bardziej adekwatną nazwę. Jego początek obiecuje bardzo wiele – frazy szarpane ze strun i wyskubywane z samego dna pudeł rezonansowych lepią się w post-melodyjne, niekiedy rzewne opowieści z drobną kulminacją pod koniec utworu. W kolejnych odsłonach albumu króluje tytułowa kameralistyka, emocje trzymane są na uwięzi i nie brakuje fraz niemal klasycznych, które świetnie sprawdziłyby się na urodzinowym przyjęciu znanej persony lokalnej socjety. Szczęśliwie w dwóch ostatnich utworach muzycy odnajdują w sobie więcej energii, woli życia, wchodzą w ciekawsze interakcje, nawet w trakcie finałowej, dogorywającej pieśni niesionej szumem otaczającego świata.

  


Nils Wohlrabe/ Karin Johansson/ Hasse Westling Sonic Waves (Outer Disk, CD 2026)

Elementstudion, Gothenburg, czas nieznany: Nils Wohlrabe – gitara, elektronika, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, toy piano oraz Hasse Westling – kontrabas. Pięć utworów, 46 minut.

Pozostajemy w Skandynawii, kierujemy się na północ i dość radykalnie zmieniamy estetykę. Przed nami mroczna przygoda dziergana dark ambientową gitarą podrasowaną elektroniką, preparowanym na ogół fortepianem i kontrabasem traktowanym w skończonej liczbie przypadków smyczkiem. Opowieść jest więcej niż smakowita, ujmująco trzyma klimat pozornie rozmarzonej, ale bardzo groźnej eskapady. Miewa drobne chwile słabości, gdy piano i kontrabas szukają jazzu. Szczęśliwie dość szybko porzucają ten mętny trop.

Szum szorstkiego ambientu, dron basu i hałaśliwe niekiedy akcje inside piano tworzą gęstą, mulistą narrację, która udanie inicjuje album. W kolejnej części pojawiają się rezonujące frazy, które lepią się do świergoczącej, filigranowej elektroniki. Na strunach piana odbywają się rytualne tańce, które zostają spuentowane dźwiękami wprost z klawiatury, ale umoczonymi w gęstym pogłosie. W części trzeciej anonsowane próby jazzowego frazowania, które mroczne, ambientowe tło dusi w zarodku. Część kolejna jest bardzo intensywna, przypomina kołowanie śmigłowca nad wojenną pożogą. Trzy instrumenty budują tu wyjątkowo jednorodną strugę złych mocy. Sam finał płyty jest odrobinę delikatniejszy. Frazy gitary są wyjątkowo lekkie, słyszymy także akustyczne dźwięki, dla których nie jesteśmy w stanie wskazać źródła pochodzenia. Pianistka zaczyna wewnątrz, kończy na zewnątrz, kontrabasista snuje mięsiste preparacje, a gitarzysta tonie w błękitnym ambiencie.

  


Luciano Bagnasco Momentos en el absurdo (dForma_discos, DL 2026)

Argentyna, luty 2026: Luciano Bagnasco – gitara akustyczna. Trzy improwizacje, 30 minut.

Dokonania tego argentyńskiego gitarzysty śledzimy na bieżąco, wiemy zatem, iż onegdaj preferował on raczej gitarowe szaleństwa skąpane w dużej dawce prądu, a od pewnego czasu bliżej mu do suchych, preparowanych brzmień akustycznych. I taka jest też jego najnowsza solowa płyta. Jedna długa i dwie krótkie improwizacje, a w nich moc kreacji i improwizowanego piękna.  

Pierwsza odsłona albumu trwa prawie siedemnaście minut i mamy w niej wszystko – od niemal post-klasycznego otwarcia, przez fazę abstrakcyjnego impro, po wielowątkowe preparacje, gdy obcierki na pudle rezonansowym aż śpiewają. Muzyk brnie tu od szczegółu do ogółu, a galopada na finał dowodzi nie tylko wspaniałej kreatywności, ale także niemal wirtuozerskich umiejętności technicznych. W drugiej części, ledwie czterominutowej, muzyk zgłębia tajniki gitarowej ballady, której enigmatyczność i matowe brzmienie przypominają chill-outowe akcje Dereka Baileya. Ostatnia historia pachnie tumanami kurzu z westernowych historii kowbojskich. Od delikatnych flażoletów, przez taniec upstrzony drobnymi ornamentami, realizowanymi także na sporej dynamice, po puentę, która wraca do metod artykulacji zapoczątkowanych na starcie improwizacji.

  


Salavat Safiullin Step By Step (Extra Notes, DL 2026)

Miejsce nieznane, 2023: Salavat Safiullin – gitary elektryczne, elektronika, samplery, syntezatory. Jeden utwór, 33 minuty.

Tym razem na dźwiękowej wokandzie stawiamy dwie gitary elektryczne, dwa samplery i sporą garść kabli. Za ich sterami ledwie jeden artysta. Jego mroczna, dronowa, definitywnie niebanalna opowieść trwa niewiele ponad dwa kwadranse, choć śmiało mogłaby sycić naszą potrzebę fonicznego niepokoju dalece dłużej i nic nie straciłaby na atrakcyjności.

Na starcie nagrania wita nas elektroakustyczny dron, który migocze na skraju długiego tunelu. Narrację stanowią tu dwa, nawet trzy wątki, które wzajemnie się uzupełniają. Pulsacje, drobne zgrzyty i usterki, wreszcie mroczne plamy czegoś zdecydowanie nieprzyjaznego z odrobiną zdewastowanej melodyki. Opowieść nie ma płycizn, nie eskaluje też do poziomu hałasu. Sączy się, jak krew z głębokiej rany. W połowie na dłuższą chwilę przepoczwarza się w stojący, migotliwy dron. Ważnym wydarzeniem dramaturgicznym drugiej części albumu jest pojawienie się elektrycznego smyczka, który drażni glazurę gitarowego gryfu. Po fazie elektronicznych pulsacji narracja sięga po mroczny ambient, a w swej schyłkowej fazie zdobiona jest akustycznym dźwiękiem szorowanych strun.

  


Max Devereaux, hayashipooo & nameBYnames Live at Environmentog, Osaka – 04.10.2024 (New Wave of Jazz, DL 2026)

Environmentog, Osaka, październik 2024: Max Devereaux – gitara elektryczna, przetworniki, efekty, radio, hayashipooo – elektronika, głos oraz nameBYnames – elektronika, wizualizacje. Dwa utwory, 38 minut.

Dalece nietypowe nagranie, jak na estetykę oraz gatunkowe i personalne konotacje labelu Dirka Serriesa. Pewien amerykański gitarzysta oprzyrządowany w dodatkowe, elektryczne i elektroakustyczne akcesoria w towarzystwie dwóch japońskich elektroników pod pseudonimami koncertuje w tamtejszej Osace. Nie jest to album, które zostanie z nami na dłużej, ale jak ktoś lubi gitarę uwikłaną w duże porcje prądu i kabli, tudzież elektronikę, która podsyła akcenty rytmiczne i post-rytmiczne, ten jest w domu i czeka go należna porcja przyjemności z odsłuchu.

Nagranie składa się z dwóch kilkunastominutowych improwizacji, ale zdaje się, że w formule na żywo stanowiły one jedną ścieżkę. Pierwsza z nich wydaje się ciekawsza w fazie początkowej, szytej okruchami ledwie co inicjowanych akcji, szmerami, odgłosami otoczenia i mikro slajsami delikatnie pijanej gitary. Potem improwizacja wchodzi w stadium rytmiczne, a do obrazu całości dokładają się wszyscy uczestnicy spektaklu. W trakcie drugiej części koncertu muzycy nade wszystko szukają potencjalnych źródeł hałasu. W opowieści mniej jest rytmu, więcej metalicznych zgrzytów, elektronicznych usterek i gitarowych zapętleń. Klimat dubowy miesza się tu z post-rockowymi implozjami gitarzysty. Finałem jest pełna zgoda osiągnięta w chmurze urokliwego zgiełku.

  


Zlatko Kaučič & Francesco Cigana Kako Klicati Zmaja (Dissipatio, CD 2026)

Circolo Nadir, Padwa, styczeń 2023: Zlatko Kaučič i Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty. Dziesięć improwizacji, 48 minut.

Na finał naszej zbiorówki perkusjonalne łaskotki! Słoweńsko-włoski szczyt perkusyjno-perkusjonalny, w trakcie którego muzycy korzystają z podobnego arsenału artystycznych środków wyrazu. Dbają o perfekcyjne brzmienie, budują spójną, duetową opowieść z rozwagą i zachowaniem narracyjnego umiaru. Przez pół albumu sycą nasze uszy drobiazgami i dramaturgicznymi detalami, czyniąc swoisty rytuał pojednania. W drugiej części przepoczwarzają się w bystrych drummerów, którzy znów wspólnymi siłami sięgają po afrykańską polirytmię, a nawet rockową ekspresję. Stuprocentowy chill-out dla wymagających.

Perkusjonalny rytuał rozpoczyna się od pojedynczych uderzeń w metalicznie brzmiące akcesoria perkusjonalne. Toczy się gra na małe pola, w pełnej symbiozie dramaturgicznej. Czasami tyka zegar, czasami zaśpiewa ptak. Delikatnie rezonujące talerze, subtelnie drżące werble, filigranowe tańce po krawędziach. W piątej odsłonie artyści zaczynają stawiać na drumming i w kolejnych epizodach będą ów trend kontynuować i rozwijać. Ostatnie trzy opowieści, to już swobodny taniec, z rytmem i melodią, którą sami nucimy pod groove dostarczany przez obu. Szukamy afrykańskich korzeni, nie zapominamy o spuściźnie rockowego bębnienia. Kres osiągamy przy pełnej akceptacji i ponadgatunkowej refleksji.




 

wtorek, 25 listopada 2025

The Portuguese taste makes the world go round: Amado! Vicente! dos Reis! Almeida! Costa! Lencastre! Svayam! Ontstopper Kollektief!


Listopadowa zbiorówka recenzji zdominowana została tym razem przez artystów portugalskich. Przed nami osiem świeżych (lub prawie świeżych) albumów z wielobarwną muzyką improwizowaną, w których kluczową rolę ogrywają przedstawiciele zachodniej części Półwyspu Iberyjskiego.

Nie zabraknie w zestawie legend gatunku z całego świata, a także naszych przyjaciół z Katalonii. Kilka nagrań zarejestrowano poza Portugalią, a wydawcą jednej z płyt jest austriacka oficyna. Ale, tak czy inaczej, listopadowym zestawem świeżynek rządzą Portugalczycy. Podkreślmy także, iż na Trybunie debiutuje nowy portugalski label Tutmonda, prowadzony przez perkusistę (de facto multiinstrumentalistę) João Svayama, który onegdaj używał także nazwiska Sousa.

So, Welcome to heaven and hell of Portuguese improvised music!

 


Rodrigo Amado, Alexander von Schlippenbach, Ingebrigt Håker Flaten & Gerry Hemingway Further Beyond (Trost Records, CD 2025)

Bimhuis, Amsterdam, kwiecień 2023: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander Von Schlippenbach – fortepian, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Gerry Hemingway – perkusja, głos. Trzy utwory, 52 minuty.

Naszą portugalską przygodę zaczynamy od kwartetu The Bridge powołanego do życia przez Rodrigo Amado kilka lat temu. Jego pierwsza płyta została nagrana w Warszawie, ta obecna, pół roku później w Amsterdamie. Stylistyczny anturaż formacji złożonej z czterech wybitnych instrumentalistów oznacza tu zarówno krwisty, emocjonalny free jazz, jak i definitywnie swingujące spacery po obrzeżach szeroko rozumianego idiomu gatunku.

Koncert składa się z dwóch wielominutowych improwizacji i kilkuminutowego encore. Kolektywne, swingujące otwarcie jest tu pretekstem do free jazzowego spiętrzenia, a potem rozwinięcia odrobinę mniej kompulsywnego, często sprowadzającego się do efektownej, niekiedy post-bluesowej ekspozycji tria bez instrumentu dętego. Tym, który ani na moment nie schodzi ze sceny jest tu bowiem starszy o pokolenie od pozostałych legendarny pianista. Druga improwizacja trwa prawie dwa kwadranse. Inicjuje ją i finalizuje balladowy duet piana i saksofonu. W tak zwanym międzyczasie mocne zmiany daje jak zawsze doskonały w formule mięsistego free jazzu tenorzysta, dużo dokłada równie dynamiczny pianista, nieco mniej, skoncentrowani na akompaniamencie kontrabasista i perkusista. Ta ostatnia dwójka najsilniej odciska swoje piętno w spokojniejszym interludium, gdy ten pierwszy sięga po smyczek, a drugi kleci drobną wokalizę. Koncertowy bis ponownie przypomina, jak silnie muzyka The Bridge osadzona jest w swingującej tradycji – od melodyjnego, łagodnego otwarcia, przez drobne spiętrzenie, po duetowe zakończenie znów od Alexa i Rodrigo.

 


Luís Vicente, John Dikeman, William Parker & Hamid Drake No Kings! (JACC Records, CD 2025)

Bimhuis, Amsterdam, lipiec 2022: Luís Vicente – trąbka, bamboo flute, bells, John Dikeman – saksofon tenorowy, William Parker – kontrabas, gimbri, gralla, wooden flutes oraz Hamid Drake – perkusja, instrumenty perkusyjne, głos. Jeden utwór, 68 minut.

To kolejna ze spektakularnych grup, jakie zawiązano na scenie free jazz/ free impro w ostatnich latach. Vicente w towarzystwie trzech Amerykanów pojawia się po raz drugi w wymiarze fonograficznym i proponuje koncert ze słynnego klubu Bimhuis, który wypalony został na kompaktowym dysku w jednym traku, choć de facto składa się z seta zasadniczego i prawie dziesięciominutowego encore. Na froncie dętym nagranie skrzy się mocą free jazu, pachnie melodyjnym Aylerem i nade wszystko bazuje na świetnej kooperacji trębacza i saksofonisty. Mniej entuzjazmu budzi gra amerykańskich legend gatunku, które zdają się powtarzać klisze, jakie znamy z wielu ich płyt.

Kameralny początek koncertu podany jest zmysłowym unisono, ale na etapie rozwinięcia nagranie zdominowane jest przez zrównoważony emocjonalnie, soczysty free jazz, z Dikemanem, który daje kwartetowi najwięcej ognia. Na szczególną uwagę zasługują dwa fragmenty - ten w okolicach 25 minuty i finałowy, tuż po 50 minucie. Druga część koncertu, to także wielominutowe eskapady z posmakiem ethno, w trakcie których Vicente i Parker sięgają po mniej typowe instrumenty. Opowieść dzieli się wtedy na tria i duety, ale nawet słynny bęben obręczowy Drake’a nie podnosi temperatury nagrania. Wyraźnie brakuje emocji, podobnie jak w trakcie bisu, który w przeważającej części jest balladą graną przez kontrabasistę i trębacza.

 


Luís Vicente Live in Coimbra (Combustão Lenta Records)

Museu Nacional Machado de Castro, Coimbra, październik 2020: Luís Vicente – trąbka. Pięć utworów, 35 minut.

Na dużo więcej ciepłych słów zasługuje lizboński trębacz z powodu nowej (też drugiej) płyty solowej. Pozostawiony samotnie w dużej przestrzeni koncertowej z naturalnym pogłosem, wyposażony jedynie w trąbkę i niepodważalną umiejętność budowania dramaturgii. Ta ostatnia przywara trzyma nas przy tym spektaklu bez chwili wytchnienia.

Trąbka Luisa oddycha, wypuszcza suche powietrze, drży i bulgocze, czasami śpiewa smutno zawodząc tęsknym tembrem saudade. Innym razem skowycze i prycha, albo nabiera zaskakująco etnicznego brzmienia, przypominając … góralskie piszczałki. W trzeciej części flow trębacza płynie szerokim strumieniem akustycznego ambientu, jakby pogłos stawał się tu drugim, jakże naturalnymi instrumentem. Klimat robi się na moment odrobinę oniryczny, ale po chwili jest już bardziej zabawnie, bo Vicente intonuje hymn ku chwale. Nim koncert wejdzie w fazę finałową muzyk kreuje jeszcze chmurę efektownych szumów. Ostatnia pieśń ma definitywnie pożegnalny, rzewny charakter, ale też drży pełną skalą pojedynczej frazy.

 


Luís Vicente & Vasco Trilla Ghost Strata (Cipsela Records, CD 2025)

Underpool Studio, Esplugues de LLobregat, Barcelona, maj 2023: Luis Vicente – trąbka, and Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 41 minut.

To bodaj trzecie spotkanie tych muzyków w duetowym formacie udokumentowane na płycie. I znów znacząco inne od poprzednich. Szczególnie ze strony Trilli, który swój estetyczny idiom no drumming percussion wynosi tu na kolejny poziom artystycznego wtajemniczenia. Buduje nie tylko wielowymiarowe, dronowe ekspozycje, ale zasila je bliżej nieokreślonymi, elektroakustycznymi plamami dźwiękowymi, które brzmią niczym analogowy amplifikator. Swoje, szczególnie w zakresie technik rozszerzonych, dokłada tu pozostający w wyśmienitej formie trębacz. Nie da się ukryć, że Ghost Strata, to album wyśmienity.

Już na starcie Trilla włącza ów generator fonicznych zaskoczeń, budując tłustą flautę, na której mości się wysoko zawieszona trąbka Vicente. Ten pierwszy jest dominatorem, ten drugi pozostaje w stylowej defensywie pięknych preparacji. Druga odsłona jest spokojniejsza, odrobinę oniryczna, z paletą rezonujących fraz, podsycona wszakże pewną rytmiką, za którą odpowiada każdy z muzyków. W trzeciej części trębackie wentyle hałasują, a na werblu do akcji wkracza armia wibrujących przedmiotów niekoniecznie muzycznego pochodzenia. Vasco jest tu wielką orkiestrą, Luis samozwańczym wichrzycielem. Czwarta improwizacja to kolejne nowe elementy i nikt już nie wie, kto teraz odpowiada za dany dźwięk. Dronowa ekspozycja nabiera post-industrialnego posmaku, ale jednocześnie wydaje się etniczna, frywolna, niesiona wysokim brzmieniem czegoś na kształt piszczałki. Finałowa opowieść, to akustyczny dark ambient, który przekształca się w kompulsywny dygot. Znów narracja jest bardzo głośna i jednocześnie ulotna, jakże daleka od tradycyjnego świata dźwięków.

 


Marcelo dos Reis & Gonçalo Almeida Sideralis (Cipsela Records, CD 2025)

Semente Atelier, Coimbra, marzec 2025: Gonçalo Almeida – kontrabas oraz Marcelo dos Reis - nylon string guitar. Cztery utwory, 44 minuty.

Kilka tygodni temu słuchaliśmy tych artystów improwizujących w trio do evergreenów Monka. Płyta nam się podobała, ale zatęskniliśmy do ich spotkania w formule swobodnie improwizowanej. No to mamy! Kontrabas i gitara akustyczna, cztery rozbudowane improwizacje (dwie pierwsze kilkunastominutowe) i moc jedynie udanych wrażeń.

Spokojnie szarpane struny, delikatne echo, drżące rozkołysanie z dźwiękami subtelnie preparowanymi, to atrybuty otwarcia. To rodzaj kameralnej medytacji, która tylko okazjonalnie nabiera mięsistości. Pierwsza improwizacja zwieńczona zostaje jakże udaną próbą wzajemnej imitacji. Druga historia, to pajęczyna subtelnych interakcji, szytych drobnymi frazami. Muzycy znów dobrze dawkują tempo i emocje. Szczególnie udanie w momencie, gdy Almeida sięga po nisko zawieszony smyczek, a dos Reis szybciej przebiera palcami po nylonowych strunach. W trzeciej improwizacji muzycy zdają się pozostawać na dnie pudeł rezonansowych swoich instrumentów. Flow bogacony jest dużą ilością akcentów perkusjonalnych, ale chyba odrobinę zbyt wystudzony. Tę ambiwalencję z gracją rekompensuje ostatnia opowieść szyta niemal klasycznymi metodami. Gitara przypomina nam, że jest niejako stworzona do estetyki flamenco, a kontrabasowy smyczek sytuuje się całkiem blisko sztuki post-barokowej.

 


Hugo Costa, Clara Lai, Alex Reviriego & Vasco Trilla Yellow Belle (Self-released, CD 2025)

Underpool Studio, Esplugues de LLobregat, Barcelona, grudzień 2024: Hugo Costa – saksofon altowy, Clara Lai – fortepian, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 42 minuty.

Czas na iberyjską supergrupę! Portugalczyk z Rotterdamu i troje zacnych obywateli katalońskich tworzy tu mieszankę definitywnie wybuchową. Nagranie nie epatuje jednak typową dla free jazzu czerstwością, nie eksponuje emocji, nad którymi nie sposób zapanować. Wręcz przeciwnie, improwizacje kwartetu koncentrują się raczej na kameralnych interakcjach, a muzycy świetnie czują się z nosem przy instrumencie, doskonale balansują między czystymi, wyrazistymi frazami, a tymi jakże głęboko i pięknie preparowanymi.

Pierwsza improwizacja jest umiarkowanie dynamiczna i bazuje na open jazzowych rozwiązaniach. W podobnym klimacie utrzymana jest także czwarta opowieść. Ale już pod koniec pierwszej, a także w trakcie drugiej, wielominutowej narracji muzycy nabierają chamber taste i cedzą nam raz za razem piękne, preparowane dźwięki - zarówno inside piano, jak i te smyczkowe, a tym bardziej perkusjonalne. Sam saksofonista zdaje się tu stać na straży bardziej jazzowego porządku. W trzeciej części albumu dominują subtelne drony, w piątej z kolei muzycy z drobnych, rwanych fraz tworzą intrygującą, zwinną i zaskakująco dynamiczną opowieść. Finałowa improwizacja zbudowana jest na pewnym dysonansie. Gdy pianistka i drummer grają czystymi frazami, w tubie altu i na gryfie kontrabasu dzieją się preparowane wspaniałości. Na końcowej prostej kontrabasowe pizzicato, podsycane melodią altu, doprowadza nagranie do szczęśliwego zakończenia.

 


João Svayam, José Lencastre & Francisco Morato Inner Mountains (Tutmonda, DL 2024)

Czas i miejsce nagrania nieznane: João Svayam - perkusja, djembe, romanina tilinca, José Lencastre – saksofon tenorowy i altowy oraz Francisco Morato – bas elektryczny. Osiem utworów, 42 minuty.

João Svayam jest stałym drummerem tria Uivo Zebra, które znamy z krajowych bocianich płyt, lubującym się w improwizacjach nasączonych post-jazzowym fussion i nutą soczystej psychodelii. Nie inaczej jest w przypadku tego tria. Tu wątek jazzowy saksofonisty jest smakowicie skorelowany z oryginalnie frazującym basistą elektrycznym i wielowymiarowym perkusistą wspomaganym szczyptą tajemniczych, nie do końca akustycznych dźwięków. A całość brzmi intrygująco matowo, jakby nagrania powstały we wczesnych latach 70. ubiegłego stulecia.

Pierwszy utwór ma ujmująco żwawe tempo, a bazuje na szorstkiej linii melodycznej saksofonu i silnie z nim pożenionego basu. Szczególnie udane jest zakończenie, gdy na mantrycznym rytmie rysuje się obła plama mrocznego ambientu. Drugi utwór także ma dobrze zarysowaną bazę rytmiczną, opartą na silnie sfuzzowanym basie. Zewsząd sączy się soczysta psychodelia, dopełniona tajemniczą, nieakustyczną pożogą. W kolejnej części obok ambientowego intro pojawia się głos z tekstem. Tu basista jest raczej gościem, ale to chyba on odpowiada za syntetycznie brzmiącą kodę. Czwartą opowieść zdobi introdukcja saksofonu, piątą flety i rytualne percussion, z kolei szóstą klasycznie frazujące duo sax & drums. W siódmej części na moment zaglądamy do Afryki, by zwieńczyć album duetową ekspozycją basu pełnego brzmieniowych drobiazgów i stłumionego, ale melodyjnego saksofonu.

 


Ontstopper Kollektief Unblocking (Tutmonda, DL 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Adam Jasieniuk – saksofon altowy, Arian Sandrayi – skrzypce, Daan Vanreybrouck – banjo, Finn Goegebeur – gitara elektryczna, piano, Francisco Morato – kompozycja, dyrygentura, Ilona Vertriest – głos, José Brandão – piano, klarnet, kompozycja, dyrygentura, Leander Vertriest - piano, snare drum, saksofon sopranowy i altowy, Loïs Pluymers – saksofon altowy, Simon Cuypers – saksofon tenorowy oraz Vadim Bakker - didgeridoo, instrumenty perkusyjne. Osiem utworów, 70 minut.

Na koniec portugalskiej zbiorówki pozostawiamy prawdziwą perełkę. Album powstał w istotnej kooperacji z artystami z Belgii, ale w wymiarze sprawczym jest nade wszystko dziełem dwóch Portugalczyków, którzy dzierżą miano kompozytorów i dyrygentów orkiestry złożonej w sumie z jedenastu muzyków. W warstwie instrumentalnej okazjonalnie mamy tu aż sześć dęciaków, niekiedy potrójne piano, kilka strunowców, rozbudowane perkusjonalia (ale nie perkusje) i kobiecy głos. Emocji doświadczamy tu mnóstwo, jakości także, a rozstrzał stylistyczny i gatunkowy bywa imponujący. Osiem utworów ma bardzo zróżnicowaną długość trwania – od niespełna trzyminutowego epizodu do kilkunastominutowych, epickich narracji. Bardzo rekomendujemy!

Otwarcie śmiało możemy uznać za całkiem ogniste, incydentalnie free jazzowe. W drugiej części narracja bazuje na połamanym rytmie, który pachnie na kilometr Braxtonem i jego wspaniała koncepcją Ghost Trance Music. W następnych trzech odsłonach dużo do powiedzenia mają pianiści. Bywają klasycznie usposobieni, bywają też natarczywi na free jazzowy sposób, ale w każdym przypadku inspirują resztę orkiestry do wzmożonych aktywności. W tej części albumu nie brakuje melodii, ale także mroku i klimatu godnego ścieżki dźwiękowej do Rosemary’s Baby. Szósta i siódma odsłona, to anonsowane epickie dramaty. Pierwszy z nich ma nerwowe, nieco histeryczne otwarcie, a potem przeobraża się w kolejny wieczorek taneczny pod auspicjami Braxtona. Nie brakuje kolektywnego gwizdania i teatralnych didaskalii. Z kolei siódma historia kreuje wielowymiarowy rytm, który generuje chyba każdy z muzyków, niezależnie od tego, jaki instrument dzierży w dłoniach, czy ustach. Wreszcie finałowa opowieść, która rozpoczyna swe życie w tumanie kurzu i szmeru, a kończy w aurze onirycznej flauty umierających melodii. Dodajmy, iż w trakcie dwóch ostatnich części tego intrygującego albumu dużo do powiedzenia ma mrocznie frazujące didgeridoo.



wtorek, 23 września 2025

Rodrigo Amado & Chris Corsano into The Healing!


Bywają dni w życiu każdego miłośnika muzyki kreatywnej, że nie sposób obyć się bez porcji soczystego, wysokogatunkowego free jazzu.

Portugalski specjalista w tej dziedzinie, saksofonista tenorowy Rodrigo Amado, którego każdy ruch artystyczny śledzimy na tych łamach od lat i równie kompetentny amerykański drummer Chris Corsano, to duet, który doskonale zadba o nasze dobre samopoczucie pierwszego dnia dość słonecznej – przynajmniej w zachodniej Polsce – jesieni.

So, let’s jump into the fire music!

 


Album dokumentuje koncert, jaki odbył się w pięknej Lizbonie dziewięć lat temu. Czas leżakowania zrobił temu nagraniu mnóstwo dobrego, niczym najlepszemu portugalskiemu tinto. Nagranie, to długa, prawie dwudziestoczterominutowa pieśń otwarcia i trzy krótsze historie, dwie dziesięciominutowe oraz pięciominutowe encore. Muzycy od startu stawiają na konkret – precyzyjny drumming i zalotne, melodyjne frazy tenorowego, które w ułamku sekundy nabierają mocy. Już po stu uderzeniach serca duet wytacza piękne, masywne działa free jazzu. Kipiel nie trwa jednak długo, bo po paru pętlach Amado na moment zostaje sam i podsyła garść melodyjnych westchnień. Koło zamachowe Corsano nie pozwala jednak na wiele, zatem muzycy ruszają w kolejny krwawy bój. Dynamika, saperska precyzja, pewność każdego zadęcia, każdego uderzenia w werbel, czy tom. Silne wydechy, raz po raz skromniejsze wdechy. Po kolejnym szczycie, w połowie utworu Corsano aplikuje nam dawkę niemal death metalowego solo. Amado powraca delikatnie strwożony i proponuje podskoki w rytmie walczyka. Serwuje nam jeszcze bardzo melodyjne solo, a potem ramię w ramię ze swym partnerem animuje rozbujaną finalizację.

Drugą odsłonę koncertu ewokuje pisk saksofonu, któremu towarzyszą perkusjonalne błyskotki. Rozbiegówka osadza się tu na ciekawym suspensie, ale już po kilku chwilach gorąca krew wypycha muzyków na ognisty szlak. Puentą tej akcji jest pokaźna dawka melodii. Z kolei trzeci utwór otwiera wyśmienite solo Corsano, pełne smaczków brzmieniowych. Amado wchodzi do gry z pewnym respektem, bystrą melodią, dobrym słowem. Muzycy budują flow jak zwykle na dużej swobodzie, nie muszą napinać mięśni, by wynosić improwizację na naprawdę wysokie wzgórza. W strumieniu fonii nie brakuje swingujących fraz saksofonu i zamaszystych pętli perkusji. Tu puentą jest kolejna porcja fantastycznych, freejazzowych eksplozji. Ostatnia improwizacja, to radosne podskoki, soczyste melodie, garść dramaturgicznych powtórzeń, bez wszakże pożegnalnych ukłonów, do samego końca tylko konkret!


Rodrigo Amado & Chris Corsano The Healing (European Echoes, CD 2025). Rodrigo Amado – saksofon tenorowy oraz Chris Corsano – perkusja. Nagrane w ZDB, Lizbona, wrzesień 2016. Cztery improwizacje, 49 minut.



 

piątek, 28 lutego 2025

Zlatko Kaučič celebrates ‘70 by Inklings


Czas na kolejny urodzinowy box w ofercie krajowej Fundacja Słuchaj! Gdy piszę te słowa, słoweński perkusista i perkusjonalista Zlatko Kaučič kończy już 72 lata, ale to ciągle doskonały czas, by wsłuchać się w cztery albumy wydane z okazji jego 70. urodzin, a upublicznione pod koniec grudnia ubiegłego roku w pudełku o nazwie Inklings.

Rzeczony wielopak zawiera cztery nagrania koncertowe, wszystkie zarejestrowane w rodzinnej dla jubilata Słowenii. Trzy pierwsze, to fonograficzne pamiątki z festiwalu BCMF, który odbywa się corocznie na słoweńskiej prowincji, ostatni zaś to rejestracja z 64. edycji Festiwalu Jazzowego ze stołecznej Ljubljany. Na liście płac same znane postaci, choć nie wszystkie wydają się oczywiste w kontekście artystycznego portfolio Zlatko. Z tym większą zatem ochotą sięgamy po nagrania, czyniąc to w delikatnie zaburzonej chronologii, albowiem odsłuchamy koncertów odpowiednio z lat 2019, 2023, 2020 i ponownie 2023.



 

Na pierwszym dysku zwanym Venčko partnerem jubilata jest norweski saksofonista Torben Snekkestad. Koncert składa się z czterech separatywnych części. W tej pierwszej Norweg sięga po saksofon tenorowy i buduje jazzową narrację. Zlatko zaczyna na drżących talerzach i po kreatywnej introdukcji przechodzi w stan pełnowymiarowego, silnie pobudzonego drummingu. Opowieść formuje się z drobnych wybuchów ekspresji i stylowych, długich fraz nasyconych zadziornymi niekiedy melodiami, a nabiera szczególnej jakości w partiach dynamicznych. W drugiej odsłonie Torben przesiada się na saksofon sopranowy, a introdukcja Zlatko znów koncertuje się na talerzach. Narracja budowana jest skrupulatnie, na ogół długimi frazami, a po przejściu przez fazę obustronnych preparacji intrygująco rozkwita. Trzecia część przynosi kolejną garść preparacji, doposażonych głosem, a jej balladowy charakter kreuje nade wszystko melancholijny saksofon tenorowy. W ostatniej improwizacji, zgodnie z prawej serii, w dłoniach saksofonisty ląduje sopran, z kolei perkusista od startu pracuje w pełnym rynsztunku. Improwizacja płynie swobodnym strumieniem open jazzu, zdobi ją solowa ekspozycja jubilata i zmysłowy, cyrkulacyjny lot sopranisty.  

Nagranie zamieszczone na drugim dysku zwie się Tiha Misel Zablestela – suita, jest jednym strumieniem dźwiękowym, a partnerzy Kaučiča, to niemiecki trębacz Axel Dörner i słoweński kontrabasista Tomaž Grom. Aurę otwarcia kreują preparowane drony trąbki, delikatny smyczek i plejady short-cuts z bogatego instrumentarium perkusjonalnego. Nie brakuje dźwięków, których źródła pochodzenia możemy się jedynie domyślać. Kolejne kilkanaście minut nagrania definiuje stan permanentnej zmiany. Muzycy stosują najprzeróżniejsze techniki frazowania, ekspresja ich wypowiedzi faluje niczym zburzony ocean, zdają się wykorzystywać całą przestrzeń foniczną pomiędzy ciszą a hałasem. Swobodna kameralistyka miesza się z post-jazzem, eksperyment z czystym frazowaniem. Na poziomie kreatywności najwięcej zdaje się tu wnosić kontrabasista, choć jego narracja bywa niekiedy przeładowana pomysłami. Ostatnie kilkanaście minut koncertu przypomina dramaturgiczne rozdroże, szczęśliwie ekspresyjny finał sporo rekompensuje.

Kolejnym gościem Zlatko jest portugalski saksofonista Rodrigo Amado, spotkanie z którym wypełnia trzeci dysk o jakże jazzowej nazwie Free Fall. Album zawiera jeden strumień dźwiękowy, ale podzielony na cztery epizody, adekwatne do dramaturgii koncertu. Pierwsze trzy z nich trwają po kilka minut, ten ostatni wypełnia dokładnie połowę koncertu. Start jest dynamiczny, modelowo free jazzowy, okraszony dość masywnym jak na Zlatko drummingiem i melodyjnym, drapieżnym, post-aylerowskim soundem Amado. Krótkie spowolnienie jest okazją do rozpoczęcia drugiej części koncertu, zaczerpnięcia powietrza i inauguracji kolejnego wątku, który z czasem melodyjną balladę przepoczwarza w ognistą kulę ekspresji. Początek trzeciej części wyznacza perkusyjne solo, a zaraz po nim muzycy wpadają w samonakręcającą się spirale wyzwolonego jazzu. Ostatnia, najdłuższa odsłona rozpoczyna się w smudze cienia – talerze rezonują, saksofon śpiewa smutną melodię. Artyści potrzebują tu prawie siedmiu minut, by ruszyć w tango wyjątkowo ekspresyjnego free jazzu, czyniąc ów moment najpiękniejszym momentem wieczoru! Po osiągnięciu szczytu czeka nas kolejne solo Kaučiča, po czym muzycy przystępują do długotrwałej finalizacji. Dużo w niej wyważonej melodyki, umiarkowanego tempa i jakże zawsze soczystych interakcji.



 

Jubileuszowy box wieńczy koncert stałego tria Kaučiča z udziałem hiszpańskiego pianisty Agustí Fernándeza i brytyjskiego kontrabasisty Barry’ego Guya. Nosi tytuł jak cały box, czyli Inklings. Przenosimy się na trasę koncertową, jaka miała miejsce półtora roku temu, a która obejmowała także koncert zamieszczony na jubileuszowym boxie … Fernándeza, wydanym w tym samym miejscu i czasie, jak ten dziś omawiany. Tu jesteśmy z muzykami dokładnie dwa dni wcześniej, w stolicy Słowieni. Nagranie znów składa się ze swobodnych improwizacji okraszonych klasycznymi kompozycjami pianisty, które znamy z debiutanckiej płyty tria Aurora. Ma jednak inną dramaturgię. Składa się z sześciu epizodów stanowiących nieprzerwany ciąg dźwięków i bisu, w trakcie którego wybrzmiewa druga ze wspomnianych melodii Fernándeza. Z kolei pierwszy z klasyków pojawia się po wyjątkowo smakowitej trzyczęściowej, swobodnej improwizacji, która śmiało pretendować może do punktu głównego całego boxu. Otwarcie jest swobodne, jazzowe, z każdą sekundą nabiera jednak dynamiki, aż po stadium kompulsywnego fire music. Kolejne dwa epizody, to chyba crème de la crème tego składu! Najpierw otrzymujemy niebywały pokaz dramaturgicznych i brzmieniowych subtelności, a zaraz po nim zejście w mrok niedopowiedzenia i skrupulatne budowanie narracji opartej na granych niemal jednocześnie frazach inside & outside piano. Podczas, gdy anonsowana, czwarta odsłona przynosi melodyjne, nostalgiczne wystudzenie, w piątej eksplozja kreatywności trwa w najlepsze – szczególnie na linii piano-kontrabas, gdy trudno jest wskazać, który z artystów odpowiada za dany dźwięk. Szósta odsłona, czyli finał seta zasadniczego, to kolejna torpeda odpalona przez muzyków. What a game, to jedyny rozsądny komentarz! No i zapowiadany bis, usnuty wokół przepięknej melodii Agustiego, niebywałej niczym cud narodzenia, wyśpiewanej nie tylko z klawiatury fortepianu, ale także gryfu kontrabasu i rozgrzanego werbla perkusyjnego.

 

CD 1. Venčko: Torben Snekkestad – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. BCMF Festival, Šmartno-Brda, Słowenia, wrzesień 2019. Cztery utwory, 40 minut.

CD 2. Tiha Misel Zablestela - suita: Axel Dörner – trąbka, Tomaž Grom – kontrabas, freeze oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. BCMF Festival, Šmartno-Brda, Słowenia, wrzesień 2023. Jeden utwór, 36 minut.

CD 3. Free Fall: Zlatko Kaučič – perkusja oraz Rodrigo Amado – saksofon tenorowy. BCMF Festival, Šmartno-Brda, Słowenia, wrzesień 2020. Cztery utwory, 48 minut.

CD 4. Inklings: Agustí Fernández – fortepian, Barry Guy – kontrabas pięciostrunowy oraz Zlatko Kaučič – perkusja, instrumenty perkusyjne. 64. Jazz Festival, Ljubljana, Słowenia, lipiec 2023. Siedem utworów, 49 minut.


*) Niniejszy tekst powstał na potrzeby portalu Jazzarium.pl i tamże został pierwotnie opublikowany





wtorek, 18 lutego 2025

The February’ Round-up: Saarbrücken! Hémisphère! Confidence of One! Corps et Biens! Binus! Fix it! Just Friends! Krew! Świtanie! Other Worlds!


Minęła połowa lutego, a my wciąż nie zdołaliśmy wygrzebać się z albumów, jakie ujrzały światło dzienne w dawno minionym roku 2024. Na potrzeby kolejnej, comiesięcznej zbiorówki recenzji nazbieraliśmy dziesięć świeżynek z muzyką improwizowaną - od free jazzu poczynając na kompulsywnym synth&drums kończąc.

W tak zwany międzyczasie czeka ogrom swobodnej improwizacji, która lubi brudne i tłuste dźwięki, trochę eksperymentów i ekspozycji na poły konceptualnych, wreszcie garść jazzu i nuta folku. Wystartujemy w niemieckim Saarbrücken, ale po portugalsku i amerykańsku, potem przeniesiemy się do Szwecji, pobędziemy czas jakiś na ziemi niczyjej, kolejne tropy odnajdziemy w Zjednoczonym Królestwie oraz Serbii, wreszcie kilka istotnych chwil spędzimy w okopach matki-polki, by dokonać żywota w całkiem nam bliskiej Holandii.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Luís Lopes Humanization 4tet Saarbrücken (Clean Feed, CD 2024)

Saar Free Jazz Fest, Saarbrucken, październik 2021: Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Trzy utwory, 44 minuty.

Piąta płyta Humanization 4tet niczym nie zaskakuje, ale to być może największa jej siła. Zawiera trzy kilkunastominutowe ekspozycje, z których każda jest sumą kilku wątków, zarówno tematów podpisanych przez Lopesa, jak i barwnych, świetnie wkomponowanych w to melodii Arthura Blythe’a. Wszystko polepione w dynamiczne, pełne ekspresji, free jazzowe songi, których naczelną wartością są doskonałe improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne (te drugie w przewadze). Mieliśmy okazję gościć ten kwartet w Dragonie, w trakcie tej samej trasy. Zdaje się, że niemiecki koncert jest jeszcze lepszy.

Otwarcie albumu jest dynamiczne, usiane szorstkimi, ekspresyjnymi akcjami gitary i saksofonu, pięknie osadzonymi na gęstej, tłustej sekcji rytmu, która nie notuje pustych przebiegów. Coś na kształt tematu pojawia się tu dopiero po pięciu minutach. Improwizacje są krótkie, świetnie posadowione w dramaturgii całości. Gitarzysta nie szczędzi nam rocka, saksofonista ekspresji fire music. Drugi utwór w fazie początkowej bazuje na dysonansie dynamiki – leniwy marsz saksofonu i gitary, nieco bardziej żwawa akcja basu i perkusji. Ekspresja faluje – od delikatnych, balladowych fraz, po wybuchy soczystego free. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy wchodzą w dynamiczny tryb posiłkując się tematem Blythe’a, a improwizację do poziomu nieba wynosi saksofonista. Trzecią odsłonę koncertu inicjuje urocza, free jazzowa melodia klasyka. Swoje kilka chwil ma basista, który soczyste solo okrasza głosem i ponownie ekspresyjny saksofonista. Finał albumu należy do gitarzysty, który spowalnia opowieść, łapie mnóstwo psychodelii i wprowadza kwartet w dubowe, rozhuśtane klimaty.




Paul Jarret, Karin Johansson & Donovan Von Martens Hémisphère (Havtorn Records, CD 2024)

Skogen Studio, Österbymo, Szwecja, czas nieznany: Paul Jarret – gitara, także preparowana, Karin Johansson – fortepian, także preparowany oraz Donovan Von Martens — kontrabas. Trzynaście utworów, 52 minut.

Na ten francusko-szwedzki album warto zwrócić szczególną uwagę. Sytuacja jest tu z trybunowego punktu widzenia ulubiona – bliżej nam nieznani artyści (poza pianistką) serwują prawdziwy improwizowany smakołyk. Trzynaście swobodnych akcji, ogrom barwionych mrokiem dźwięków preparowanych, a wszystko szyte intrygującą dramaturgią, każdorazowo nasączoną wewnętrzną, nerwową rytmiką. Nie sposób przy tej muzyce zmrużyć oko.

Rozdygotane akcenty percussion (zapewne ze strun), zapracowany smyczek, frazy z klawiatury i wnętrza pudła rezonansowego, wreszcie wybudzająca się z głębokiego snu gitara, to elementy składowe, które łapią wspólny, rytmiczny mianownik i w pocie czoła budują zgrabną opowieść. W jej kolejnych epizodach pojawiają się filigranowe, gitarowe sprzężenia, rezonujące, metaliczne zgrzyty, akustyczne trzaski, tudzież minimalistyczne plamy piana. Szmer dramaturgicznego niedopowiedzenia zdaje się wszystko spajać w naturalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Okazjonalnie artyści frazują czystym tembrem (w czwartej, siódmej i ósmej odsłonie), niekiedy łapią w szprychy drobiny amplifikacji (gitara w dziewiątej części?). Zdaje się, że szczególnym pięknem emanują w dwunastej opowieści – struny rezonują, z dna piano dochodzą mroczne westchnienia, a smyczek lepi wszystko w nisko osadzony dron. Album wieńczy szemrana ballada, szyta dźwiękami dobywanymi z przestrachem, drżącymi powtórzeniami i klarownie wypowiedzianymi słowami pożegnania.



 

Mia Zabelka, Tungu & Stefan Strasser The Confidence of One Swimming Against the Current (FMR Records, CD 2024)

Czas i miejsca akcji nieznane: Mia Zabelka – skrzypce, głos, elektronika, Stefan Strasser – syntezator, piano, gitara elektronika oraz Tungu/ Sergiy Senchuk - field recordings, bas akustyczny, głos, sample. Siedemnaście utworów, 58 minut.

Wszystko wskazuje na to, iż nagranie to powstało w trzech różnych miejscach i momentach naszej ciężkiej rzeczywistości. Każdy z artystów wyprodukował spore porcje dźwięków, a całość polepiono i zmasterowano w Ukrainie. Efekt końcowy wydaje się przedziwny. Pierwsza połowa albumu definitywnie przeładowana jest treścią, a ponadgatunkowy tygiel zdarzeń przyprawiać może o zawrót głowy. Jednakże po dziesiątym utworze muzycy zdejmują nogę z gazu, tłumią emocje, ograniczają artystyczne środki wyrazu i nagle nagranie łapie klimat, intrygującą dramaturgię i zdaje się zadowalać nawet najbardziej wybredne gusta.

Pośród pierwszych kilku utworów po brzegi nasyconych elektroniką, pulsem syntetycznej perkusji i niemal post-industrialnym zgrzytaniem zębami uwagę przekuć może nade wszystko szósta opowieść. W jej centralnym punkcie posadowiona zostaje skrzypaczka i jej niepowtarzalne, silnie preparowane frazy. Dobrze konstruowane, oniryczne tło tylko wzmaga efekt końcowy. Rzeczone, wytłumione, post-ambientowe tło powraca w utworze dziesiątym, zdominowanym jeszcze przez rozbrykaną elektronikę i elektrykę. W kolejnych częściach znów pojawiają się preparowane skrzypce, słyszymy coraz więcej intrygujących wątków elektroakustycznych. Jeśli nawet pasma syntetyczne wracają na front, podawane są z umiarem i dbałością o relacje z pozostałymi dźwiękami. Szczególnie podobać się może odcinek piętnasty, szyty ze strzępów fonii i doposażony minimalistycznym pianem. W kolejnej odsłonie akcje kreują pijackie śpiewy, które zdają się przedrzeźniać syntetyczną rzeczywistość. Finał albumu jest delikatny, w dużej mierze akustyczny, urokliwie repetytywny.



 

MouthWind Corps et Biens - Hommage à Robert Desnos (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence’s studio, Oxford, listopad 2023: Jean-Michel Van Schouwburg – głos oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Piętnaście utworów w siedmiu rozdziałach, 55 minut.

Corps et Biens, to album szczególny. Brytyjczyk Lawrence Casserley w swoim długim i jakże legendarnym życiu artystycznym performował dźwięki live processing wielu instrumentów i formacji, ale niezwykle rzadko czynił to mając na pulpicie wyłącznie ludzki głos. Ten ostatni dostarcza tu belgijski wokalista, artysta głosowy Jean-Michel Van Schouwburg, który także pretendować może do miana legendy gatunku, przynajmniej w wymiarze kontynentalnym. Album podzielono na piętnaście epizodów, uformowanych w siedem rozdziałów, a literacką inspiracją uczyniono poezje Roberta Desnosa. Definitywnie warto wczytać się w to nagranie!

Spektrum możliwości głosowych Belga zdaje się być równie rozlegle, jak jego kreatywność. I co może najistotniejsze, co sytuuje artystę poza standardem głosowych improwizatorów, to jego niebywałe poczucie humoru, dystans do siebie, artystyczna frywolność. Muzyk wydaje dźwięki całym ciałem, którego gardło i struny głosowe są ledwie efektownym zwieńczeniem. Mówi do nas, śmieje się, parodiuje, gdacze niczym Kaczor Donald, rzęzi, rży, zdolny jest naśladować każde zwierze. Sepleni, mruczy, podśpiewuje przy goleniu, buduje ambientowe wokalizy, intensywnie wącha zapachy przyrody i bzyczy niczym pszczoła. W tym szaleństwie świetnie odnajduje się Casserley, który wydaje się muzykiem wprost stworzonym do elektronicznej dekonstrukcji głosu. Świetnie wiemy, że Brytyjczyk snuje także swoje, separatywne opowieści - delikatne, ulotne, równie oniryczne, jak tajemnicze. Pozostaje jeszcze warstwa literacka tego smakowitego albumu, której eksplorację pozostawiam bardziej zaawansowanym, tudzież dysponującym czasem słuchaczom.




Ilia Belorukov & Sara Zlanabitnig Binus (kuda-org, DL 2024)

Novi Sad/ Sremski Karlovci, Serbia, czerwiec 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny, fluteophone oraz Sara Zlanabitnig – flety (inside & feedback), field recordings. Pięć utworów, 31 minut.

Instrumenty dęte, na ogół preparowane, garść nagrań terenowych i umiejętnie wykorzystywana elektronika analogowa, to elementy składowe tego albumu. Krótkiego, świetnie skonstruowanego, pokazującego, iż łączenie brzmień akustycznych i syntetycznych może być niebywale przyjemne dla ucha. Owe pięć improwizacji nagrano w trakcie aż trzech spotkań, w różnych okolicznościach przestrzennych. Nie zmienia to faktu, iż wszystko tu do siebie pasuje.

Pierwsza opowieść formuje się w dron inicjowany przez syntezator, ale lepiony także z odgłosów miasta, bijącego dzwona i flecich kołysanek. Czy tak mógłby brzmieć post-nowoczesny, wielkomiejski folk? W kolejnej części panuje oniryczna flauta, którą buduje zarówno subtelny modular i preparacje na flecim korpusie. Z czasem ta upiorna kołysanka zdaje się szukać warstwy rytmicznej. W opowieści trzeciej flet wpada w mantrę, z kolei syntetyka z drobnego pyłku na żakiecie staje się zgrzebnym inicjatorem rosnącej intensywności. Czwarta część, to nerwowa rytmika, zadziorne frazowanie i kojąca puenta poprzedzona flecią akupunkturą. Na starcie finałowej improwizacji można odnieść wrażenie, iż znajdujemy w kaczym stawie. Głosy natury są tak swojskie, a śpiew fletu kojący, iż akcja modularnego na etapie rozwinięcia wydaje się zupełnie zbyteczna.




Ilia Belorukov & Lauri Hyvärinen Fix it if it ain't Broken (NUNC.,DL 2024)

Novi Sad, Serbia, październik 2023: llia Belorukov – syntezator modularny, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, przetworniki. Pięć utworów, 37 minut.

Kolejne spotkanie z improwizacjami Belorukova pozbawione jest brzmień akustycznych. Z jednej strony syntezator modularny, z drugiej gitara elektryczna, a raczej jej elektryczne i elektroniczne przetworzenia. Gęsty, muskularny i głośno dostrojony album.

Jeśli pierwszą improwizację moglibyśmy określić mianem swobodnej wymiany myśli, to drugą z pewnością bokserską wymianą ciosów. Gitarowe pick-upy vs. gęsto okablowany modular - ów pojedynek znamionuje moc niszczenia narracyjnych subtelności. Bywa, jak w części trzeciej, iż w tej walce syntezator może znaleźć się na pozycjach silnie defensywnych. Szczęśliwie dla mniej przygotowanego odbiorcy, jeszcze w tej odsłonie albumu jesteśmy w stanie dosłyszeć frazy definitywnie gitarowe, które stanowią udane wprowadzenie do czwartej improwizacji. Ta pulsuje głębią mroku, a drobne zgrzyty i ukąszenia łączą się w jednolity strumień narracji, który z czasem intrygująco stygnie, nabierając niemal akustycznego brzmienia. Końcowy epizod sprawia wrażenie albumowe résumé. Muzycy pokazują tu zarówno swojego subtelne oblicze, jak i pazury prawdziwych noise’ killerów.



 

Anna Gadt, Michał Giżycki & Cyprian Pakuła Just Friends (TORF Records, DL 2024)

SPATiF, Warszawa, lipiec 2024: Anna Gadt – głos, efekty, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Cyprian Pakuła – perkusja. Trzy improwizacje, 46 minut.

To pierwsze spotkanie artystów w tym składzie i już wiemy, że nie ostatnie! Swobodnie improwizowana opowieść, dramaturgicznie skoncentrowana na dialogu wokalistki i klarnecisty basowego (w ostatniej opowieści – saksofonisty sopranowego), a zgrabnie osadzona na pulsie jazzowej perkusji. Album, to trzy historie, z których ta środkowa konsumuje dokładnie połowę koncertu. 

Po chwilach typowej dla formacji skleconych ad hoc gry inicjacyjnej, trio bierze się do pracy i formuje linearną opowieść, która szczególnego blasku nabiera w sytuacjach bardziej dynamicznych. Dodajmy, iż w fazach leniwego spowolnienia także nie przestaje przykuwać uwagi. Szerokie spektrum wokalistyki odnajduje tu doskonałego partnera w równie horyzontalnej kreatywności klarnecisty. O dobry nastrój obojga dba drummer, który trzyma rytm i udanie zdobi momenty artystycznego zawahania. W chwilach, w których wokalistka sięga po tzw. efekty, narracja nabiera posmaku fussion. Druga, najbardziej rozbudowana improwizacja zaczyna się od ekspozycji solowej Anny, którą na jazzowe ścieżki naprowadza Cyprian, a dętego błysku dodaje Michał. Po efektownym spiętrzeniu, mniej więcej w połowie utworu muzycy wchodzą do strefy leniwych eksperymentów, by ten fragment koncertu spuentować porcją zmyślnych, na poły melodyjnych interakcji. W końcowej odsłonie pojawia się anonsowany saksofon sopranowy. Tu opowieść najpierw kołysze się na falach wystudzonego oceanu, potem niesiona mocą wokalnych efektów osiąga stadium free, by zwieńczyć koncert perkusyjną solówką.



 

Piotr Damasiewicz & Kuba Wójcik Krew (L.A.S., CD 2023)

OFFCZART, maj 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, głos oraz Kuba Wójcik – gitara, elektronika. Trzy utwory, 34 minuty.

Potraficie wyobrazić sobie dźwięk, jaki wydaje krew krążąca w naszych żyłach? Czy to struga szeleszczącej wilgoci, czy raczej demoniczny, masywny dron jakże żywej syntetyczności? Damasiewicz i Wójcik postarali się wyjść naprzeciw naszym niezdefiniowanym wyobrażeniom.

Barwiony elektroniką, drżący strumień fonii nadpływa z mrocznej strony. W jego wnętrzu kłębi się mnóstwo mikrozdarzeń – czasami przypominają one frazy gitary, zdeformowanej trąbki, czy głosu, być może ludzkiego. Warstwy syntetyczne także wiodą tu aktywne życie. Opowieść systematycznie narasta, a pod koniec pierwszej części zostaje przyozdobiona elektroakustycznymi wtrętami, które prawdopodobnie są dźwiękami szpitalnej aparatury do przetaczania krwi. Po krótkim interludium z ciszą, dźwiękami rzeczonej aparatury i smyczka (?) narracja śmiało wchodzi w drugą, decydującą fazę. Oniryczne tło wypycha na front silnie syntetyczną strugę fonii. Zza mgły elektroniki po czasie wyłania się nerwowa gitara, głos i trąbka. Ta ostatnia najpierw charczy jak kołujący śmigłowiec, potem ucieka w echo i śpiewa. Zakończenie śmiało zasługuje na miano demonicznego. Oto nasze największe dobro, które pachnie mrokiem i strachem.



 

Piotr Damasiewicz Into the Roots Świtanie (L.A.S., CD 2024)

Polskie Radio Studio S4, Warszawa, marzec 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, organy, głos, instrumenty perkusyjne, Zbigniew Kozera – kontrabas, guimbri, Paweł Szpura – perkusja, Michał Żak – shawm, drewniany flet poprzeczny, hammered dulcimer, Katarzyna Karpowicz – koto, Alicja Krzeszowiak i Kamila Krzeszowiak – głosy, Paulina Kaźmierczak – głos, skrzypce, Krzysztof Ryt – pięciostrunowa altówka, Marek Ryt – bagpipes, fife, rożek francuski. Siedem utworów, 40 minut.

Damasiewicz zostaje z nami, ale jak to bywa w przypadku tego muzyka, gatunkowy klimat zmieniamy o sto osiemdziesiąt stopni. Uciekamy w estetyką folkową, które jest tu raczej metodą twórczą, a nie celem samym w sobie, raczej inspiracją do odbywania improwizowanych podróży niż budowaniem kolejnych jazzowych edycji folkowych evergreenów.  

Pierwsze trzy utwory stanowią dramaturgiczną całość. Od folkowej, melodyjnej introdukcji z psychodeliczną puentą, po świat transowej narracji bazującej na intensywnym brzmieniu organów. Do tego swobodne wokalizy i soczyste, dęte inkrustacje. Jeśli flet rozrywa tu początkową ludyczność, to trąbka koi emocje i szuka integracji. W warstwie etnicznej nie trudno dosłyszeć, iż dziarskie Tarty spoglądają tu w stronę dalekiej Japonii i równie odleglej Afryki. Kolejne dwa utwory kojarzą folkowy blask porannej zorzy i post-jazzową, improwizowaną opowieść. Ostatnie dwie części przenoszą nas w klimat transowej, ponadgatunkowej ekspozycji. Szóstą odsłonę świetnie unerwia perkusista, siódmą z kolei buduje niskie brzmienie organów i kontrabasowy groove. Finał pełen jest taneczności i melodyki, bystrze kontrapunktowanej psychodelicznym spleenem organów.




Dead Neanderthals Other Worlds (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2024)

White Noise Studio, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, saksofon oraz Rene Aquarius – perkusja. Siedem utworów, 32 minuty.

Dokonania tej pary Holendrów śledzimy od zawsze, szczególnie ich tradycyjne, sylwestrowe ep-ki. Ostatnia z nich, nad wyraz rozbudowana jak na krótki metraż, doczekała się nawet edycji winylowej. Nagranie to z pewnością zaliczyć możemy do … najłagodniejszych przejawów brutalnego, brzmieniowego konceptualizmu, jaki uprawiają Kokke i Aquarius już od półtorej dekady. Cieszy jak zawsze, tym razem zaprasza także do tańca i gry w skojarzenia z muzyką … dyskotekową lat 70. i 80. ubiegłego stulecia.

Album jest tu nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, podzielonym na odcinki dyktowane tempem frazowania perkusji. Syntezatorowe otwarcie jest ciepłe, melodyjne, choć mroczne. Potem do akcji wkracza 2stepowa perkusja, który szyje ścieg godny zarówno ekspresji rocka, jak i dynamicznego electro. Oto new death disco, które smakuje estetyką muzyki tanecznej sprzed pół wieku. Kolejne, mroczne interludium poprzedza perkusyjny step, który jest spokojniejszy, jeszcze bardziej uwypuklający melodykę syntezatora, niespodziewanie wtłaczającą nas do kolejnej, tu już definitywnie noworomantycznej dekady. W czwartej części muzycy podkręcają tempo, a brzmienie syntezatora czynią bardziej szorstkim. W kolejnej puentę dyskusji narracyjnej stanowi melodyjna ekspozycja saksofonu, delikatnie schowanego w pogłosie. Ostatni epizod tego szaleństwa przynosi pasmo basowe, które nadaje całości silnie rockowy posmak, mimo braku gitarowego instrumentarium.

 

 

piątek, 3 stycznia 2025

Rodrigo Amado in two shots: Wrecks with Maranha and The Attic’ La Grande Crue


W nowy rok wchodzimy zdecydowanym krokiem mając pod ręką garść płyt ze starego roku, które należy pilnie zreasumować słowami recenzenckiej refleksji. I to czynić będziemy na tych łamach zapewne przez cały styczeń 2025 roku.

Palmę pierwszeństwa oddajemy portugalskiemu saksofoniście Rodrigo Amado, który prezentowanymi dziś albumami sporo namieszał na wielu ubiegłorocznych podsumowaniach. Trybuna także maczała w tym palce, pierwszy z nich, bez chwili zawahania, umieszczając na liście 50 powodów, by zapamiętać rok 2024.

Duet z eksperymentalnym organistą z Lizbony Davidem Maranhą definitywnie zasługuje na wszelkie pochwały, choć w dorobku Amado jest albumem zdecydowanie niecharakterystycznym. Co innego, pracujące już niemal od dekady trio The Attic, które po raz pierwszy w swej zacnej historii zdecydowało się na wariant trio+. Gościem specjalnym rzadko ostatnio słuchana na europejskich scenach muzyki improwizowanej, francuska pianistka Eve Risser. W tym wypadku sytuacja stylistyczna jest dość dla saksofonisty typowa – soczysty free jazz, nad wyraz swobodnie improwizowany, dużo jakości, choć - być może - za mało samej Risser i charakterystycznych dla niej, preparowanych wybryków rytmicznych.



 

David Maranha & Rodrigo Amado Wrecks (Nariz Entupido, CD 2024). David Maranha – organy elektryczne oraz Rodrigo Amado – saksofon tenorowy. Nagrane w Escola do Largo, Lizbona, czerwiec 2023. Jedna improwizacja/ kompozycja, 44 minuty.

Sytuacja jest tu koncertowa, a samo nagranie jedną strugą gęstych, interaktywnych dźwięków. Saksofonista inicjuje spokojny flow zasłuchując się w pracę organisty, który z miejsca stawia wielowarstwowy, rozkołysany dron o nieco matowym brzmieniu, wsparty metalicznym pogłosem. W systematycznie narastającym strumieniu organowej narracji pojawia się post-gitarowy, a nawet post-industrialny posmak. Swoje dokłada saksofonista, który także brudzi brzmienie, podnosi głos, bywa, że krzyczy, chwilami łapiąc niemal aylerowską hymniczność. Muzycy lgną do siebie niczym ćmy do światła, choć wcale nie frazują imitacyjnie, raczej doskonale się uzupełniają. Narracja wydaje się monotonna, ale po upływie kwadransa jesteśmy już w zupełnie innej sytuacji fonicznej niż na starcie koncertu. Nowe wątki rodzą się jak grzyby po deszczu, zwłaszcza na organowej klawiaturze. W tubie dęciaka pleni się ból i cierpienie.

W połowie improwizacji muzycy pogrążają się w rezonującym samouspokojeniu. Przez kilka chwil scena należy wyłącznie do organisty. Powrót saksofonisty sprawia, iż flow na dłuższy czas nabiera charakteru medytacyjnego, mimo, iż w strumieniu dźwiękowym organów nie brakuje elementów śmiało zasługujących na miano noise’owych. Opowieść, niesiona siłą klawiatury nie bez posmaku fussion, zdobiona jest kocimi parsknięciami dęciaka. Tembr tego ostatniego z czasem zdaje się być żywcem wyciągnięty z finałowych fraz coltrane’owskiego A Love Supreme. Emocje wciąż rosną, uroda chwili trwa.

Finałowe dziesięć minut koncertu, choć sprawia wrażenie końcowego odliczania, przynosi kolejne zdarzenia. Najpierw milknie saksofonista, co skrzętnie wykorzystuje organista i miast gasić płomień narracji, jeszcze go podsyca. Gdy ten drugi ma już w głowie ostatnią frazę, saksofonista przeciąga opowieść na swoją stronę i doładowuje kolejnymi porcjami freejazzowych westchnień. Muzycy potrzebują teraz naprawdę długiego wydechu, by ostatecznie pogrążyć się w ciszy zatrzymanego licznika odtwarzacza kompaktowego.




The Attic (Rodrigo Amado, Gonçalo Almeida, Onno Govaert) & Eve Risser La Grande Crue (NoBusinnes Records, CD 2024). Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Gonçalo Almeida – kontrabas, Onno Govaert – perkusja oraz Eve Risser – fortepian. Nagrane w Timbuktu Studios, Lizbona, lipiec 2023. Cztery improwizacje/ kompozycje, 64 minuty.

Album zawiera rozbudowane, wielominutowe improwizacje – każda wyposażona w wytrawne intro z dużą dozą kameralnej jakości, intrygującą fazę improwizacji, najczęściej w wykonaniu pianistki i saksofonisty, wreszcie niebanalną finalizację, realizowaną na ogół kolektywnie.

Kameralne otwarcie pierwszej części lepi się z fraz inside piano, nisko osadzonego smyczka i garści perkusjonalnych zdarzeń. Saksofon pojawia się w grze po upływie dwóch minut i nadaje opowieści post-jazzowy sznyt. Dobrze kontrolowana ekspresja sprawia, że przejście do fazy improwizacji jest płynne, definitywnie bezbolesne. Najpierw eksponuje się pianistka, która sięga po typowo jazzowe atrybuty, potem saksofonista, który stawia na emocje free. Początek drugiej improwizacji szyje nerwowy kontrabas i prawdziwie cool-jazzowe inwokacje piana i dęciaka. Z czasem narracja zyskuje pewną taneczność. Indywidualna akcja Risser jest tym razem kanciasta, rozdygotana emocjami, z kolei akcja Amado melodyjna, bliska wielowiekowej tradycji gatunku. Na etapie finalizacji, po krótkiej zabawie z rytmem, oddani zostajemy w objęcia kontrabasowego smyczka.

Rytuał inicjacji trzeciej opowieści spoczywa na barkach pianistki, która pracuje na klawiaturze. Pierwsze frazy sekcji rytmu zdają się być ostrożne, a melodia saksofonu spłoszona. Wystarczy jednak kilka chwil, by kwartet osiągnął free jazzową masę krytyczną, ciekawie podszytą nutą swingu. Potem opowieść rozgrywa się w podgrupach – najpierw jest dynamicznym triem z saksofonem, potem duetową ekspozycją basu i perkusji. Strefa uspokojenia przybiera post-balladowe barwy, pachnie wyszukaną, smutną melodyką Wayne’a Shortera. Wejście do gry smyczka wynosi estetykę nagrania daleko poza jazzową jurysdykcję, czyniąc ów moment albumu jednym z najbardziej udanych. Finałowa część trzeciej improwizacji na powrót pełna jest free jazzowych emocji, zdobiona akcjami perkusjonalnymi pianistki, jej krótkim solem i zmysłową kodą kwartetu. Początek ostatniego utworu jest kameralny, definitywnie mroczny. Saksofon pogrywa tu z perkusją, kontrabasowy smyczek z pianem w wersji inside & outside. Generowana długimi frazami opowieść znów nabiera wielu pięknych, niesynkopowanych atrybutów. Powrót estetyki jazzu jest jednak uchronny – najpierw dominuje swoboda inicjacji, potem ogniste frazy rozwinięcia. W końcowej części swoje dokłada perkusista, który kocimi ruchami zdaje się rozstawiać parterów po kątach, po czym serwuje nam solówkę wspieraną repetującym pianem. Ostatnia prosta szyta jest smyczkowymi emocjami i mocną, saksofonową melodyką na pełnym wydechu.