Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anton Ponomarew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anton Ponomarew. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 maja 2026

The May’ Round-up: Villavecchia! Shachar! Memphis Metaphysics! En Quartet! Totoabas! Suncuts! Serries! Gorokhov!


W kwietniu zabrakło na Trybunie miejsca na nasze ulubione danie – comiesięczną zbiorówkę recenzji płyt z całego świata. Szczęśliwie w maju taka przestrzeń pojawia się już w drugim tygodniu wiosennego periodu.

Na ruszt rzucamy osiem albumów, które nadspodziewanie silnie osadzone są w idiomie post-jazzowym. Aż cztery takie płyty staną się za chwilę naszym udziałem. Potem będziemy eksperymentować z dęciakami, zrobimy prawdziwy hard-punkowy łomot, a przygodę zakończymy w odmętach wielobarwnego ambientu.

W ujęciu geograficznym zaczniemy od naszej ukochanej Katalonii, w dalszej kolejności czekają nas wątki duńsko-amerykański i polski, które dopełnią optykę jazzową. Zapowiadany eksperyment będzie czeski, choć pod sztandarami francuskimi. Potem już tylko międzynarodowe power trio, belgijska gitara i wątek z kraju bez flagi w definitywnie nieoczywistej stylistyce.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Liba Villavecchia Trio Eclipse Aciago (Self-released, CD 2025)

La Casamurada, Barcelona, luty 2024: Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne oraz Alex Reviriego – kontrabas. Sześć utworów, 37 minut.

To czwarta już płyta tria, które nie przestaje zaskakiwać i intrygować. Free jazzowe kompozycje lidera są tu jak zawsze punktem wyjścia do swobodnych improwizacji, ale całość trzyma dramaturgię, jak najlepszy thriller, w którym nie ma zbędnych akcji, ani słów rzucanych na wiatr. Dodatkowo Liba udostępnia coraz więcej przestrzeni młodszym partnerom, dzięki czemu trio zyskuje na jakości z każdym kolejnym utworem. Zauważmy, iż połowa z nich tym razem wypełzła spod pióra Reviriego i to nie pierwsza dziś dobra wiadomość.

Saksofon altowy Liby lubi wysoko zawieszone, soczyste melodie. Kontrabas Alexa, który chętnie stawia masywne stemple, w mgnieniu oka, traktowany smyczkiem staje się narzędziem kameralnego suspensu. Perkusja Vasco idzie tuż obok, nie boi się prostego, niemal punkowego beatu (jak w części czwartej), a gdy trzeba eksploduje armią małych, chroboczących przedmiotów na werblu (w tejże samej historii). Większość utworów ma dość spokojną narrację, a free jazzowa erupcja realizuje się w jedynie w drugim z nich. Trzecia i szósta odsłona, to części tej samej pięknej, urokliwie martwej ballady smaganej batem doom stepu sekcji i rzewnym śpiewem altu. Szczególnie dużo emocji dostarcza piąta historia, początkowo rozedrgana, osnuta wokół dętej melodii, po przejściu kontrabasu w tryb arco staje się kameralną perełką z równie zaskakującą, bluesową puentą.  

  


Yeonathan Shachar Appli'd Motion (Discordian Records, DL 2026)

La Isla, Barcelona, wrzesień/ październik 2025: Yeonathan Shachar – gitara elektryczna, kompozycje, Luis Erades – saksofon altowy i tenorowy, Asaf Shchori – kontrabas oraz Soren Alcaraz – perkusja. Sześć utworów, 29 minut.

Kolejna jazzowa oferta ze stolicy Katalonii, znów autorski projekt i dobrze uformowane kompozycje. W warstwie estetycznej posadowione w kulturze fussion jazzu, jakże charakterystycznego dla nowojorskiego Downtown sprzed trzech dekad. Ale i dziś słucha się tego naprawdę dobrze. Dodatkowo album jest zwarty w formie, co sprzyja bezkonfliktowemu odsłuchowi.

Temat pierwszego utworu jest bardzo precyzyjnie zadekretowany i rozpisany na role, dodatkowo nasączony ekspresją i estetyką godną najntisowego Johna Zorna. Śpiewny saksofon, zwinna gitara i sekcja rytmu, która zawsze jest na czas. W kolejnych odsłonach albumu do gry chętnie wchodzi kontrabasowy smyczek, ale daleki jest od kameralnych zapędów, potrafi wzniecić ogień lub intrygująco poszarpać zbyt łagodnie uformowaną narrację. W części trzeciej podobać się mogą akcje duetowe – najpierw sax & bass, potem guitar & drums. Końcowe dwa utwory płyną pod dyktando lidera i kompozytora. W piątym intryguje ambientowe intro, z kolei utwór finałowy, to wyłącznie dzieło gitarzysty, którego instrument brzmi po raz pierwszy semi-akustycznie i udanie deformuje coś klasycznie gitarowego.

  


Oswald/ Cheli/ Moses/ Edmiston/ Westgaard Memphis Metaphysics (Sonic Transmissions, CD 2025).

Memphis, Tennessee, Grudzień 2023: Ra Kalam Bob Moses – perkusja, Hein Westgaard – gitara elektryczna, Margaux Oswald – fortepian, Art Edmaiston – saksofon tenorowy oraz Kevin Cheli – instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 46 minut.

Oto historia niemal z dzikiego zachodu. Przyjaciele z Danii, Oswald i Westgaard, ruszają w podróż po bezkresach Ameryki i trafiają do Memphis. Tam, w domowych pieleszach drummera i mistyka Ra Kalama Boba Mosesa, nagrywają album, w którego produkcji uczestniczą także dwaj inni lokalni muzycy. Tytuły pięciu utworów odwołują nas do filozofii starożytnego Egiptu. Jest zatem duchowość, nie brakuje też bardzo swobodnych, osadzonych w etyce rytualnego free jazzu improwizacji.

Pierwsze trzy utwory mają zbliżoną dramaturgię. Otwarcie spoczywa na barkach perkusisty i perkusjonalisty, okraszone głosem tego pierwszego. Gitarzysta najpierw buduje groove, potem dodaje stylowe, jazzowe improwizacje. Rolą saksofonisty jest inicjacja melodii, a w dalszej kolejności zgrabna eskalacja i wynoszenie kwintetu na free jazzowe wzniesienia. Najciekawsze są tu wszakże akcje pianistki, zarówno w zakresie brzmienia i jak estetyki jej bardzo swobodnych pasaży. W wielu momentach narracja prowadzona jest w trio - każdorazowa z udziałem perkusji i perkusjonalii. Ostatnie dwie improwizacje bazują na balladowym flow, zdają się być pretekstem do wytłumionych medytacji, niepozbawionych jednak nuty zaskakującej psychodelii.

 


En quartet i Kamil Piotrowicz Live in Poznan (Torf Records, LP/DL 2026)

SARP Social Club, Poznań, sierpień 2023: Adam Jełowicki – trąbka, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Mikołaj Nowicki – kontrabas, Piotr Dąbrowski – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz gościnnie Kamil Piotrowicz – fortepian. Jedna improwizacja podzielona na dwie części, 43 minuty.

Kolejna porcja rasowego free jazzu, tym razem bez nadmiernej filozofii i powtarzalnych rytuałów, nastawiona na ekspresję i moc kolektywnych spazmów.  

Muzycy otwierają koncert gęstym strumieniem fonii, nie siląc się na zbędne wprowadzenia. Nieskomplikowany groove, swobodna, melodyjna wymiana uprzejmości pomiędzy trąbką i saksofonem, wreszcie delikatnie zdystansowane piano, które jakby czekało na rozwój wypadków scenicznych. Improwizacja prowadzona na ogół kolektywnie tylko incydentalnie przyjmuje formę zabaw w podgrupach. Ważnym zdarzeniem dramaturgicznym jest pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu, który wprowadza intrygujący ferment, ale nie zmienia kierunku podróży całego kwintetu. Bardziej zdecydowana zmiana ma miejsce już na drugiej stronie czarnego krążka, gdy muzycy istotnie studzą narrację. Pojawia się gwizdek, minimalistyczne piano i takiż kontrabas. W międzyczasie do gry wchodzi klarnet basowy, który nadaje opowieści delikatnie kameralny sznyt. Powrót do bardziej dynamicznych poczynań inicjuje pianista. Zakończenie koncertu jest silnie jazzowe, nawet lekko swingujące.

  


Totoabas Winter Spawning (Circum-Disc/ 13 Raw, CD 2026)

Divadlo 29, Pardubice: Petr Vrba – trąbka, elektronika oraz Zdenek Zavodny – klarnet kontraltowy, bagpipes. Dwa utwory, 26 minut.

Po pokaźnej porcji jazzu czas na zapowiadane eksperymenty. Trąbka, elektronika, klarnet kontraltowy i dudy, to narzędzia pracy, dzięki którym artyści z Czech upletli dwa intrygujące zwoje narracji. Album jest bardzo krótki, zatem warto tu pochylić się na każdym źdźbłem dźwięku.  

Pierwsza opowieść zbudowana jest z klarnetowego prychania, które multiplikuje się, poddawane czemuś na kształt live processingu. Ów dęty wielogłos kreuje gęsty strumień fonii, który zawłaszcza pełne spektrum nagrania. W połowie utworu zaczyna pojawiać się elektronika – nie jest wcale subtelna, nie stroni od usterek i drobnych przesterów, wije się wokół coraz brudniejszych, klarnetowych zgrzytów, niczym wąż boa wokół ofiary. Całość, podrasowana elektroniczną repetycją, z czasem staje się masywna, hałaśliwa i intensywna. Najpiękniejszy już tu wszakże finał, grany długim, pociągłym, dętym wydechem, otulony elektronicznym post-ambientem. Drugi utwór, to dron naznaczony piętnem stylistyki Philla Niblocka. Trąbka i dudy, skąpane w szorstkim ambiencie, kreują wielowarstwową opowieść, w której z czasem wyraźnie słyszymy frazy poszczególnych instrumentów. Intensywność przekazu rośnie do poziomu noise’owego krzyku. Ostatnia prosta, to gęsta, obumierająca flauta.

 


Suncuts Collective Heliophobic Dream (Unit Records, LP/DL)

Biel, Szwajcaria, grudzień 2023: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Maxime Hänsenberger – perkusja oraz Felipe Zenicola – bas elektryczny. Pięć utworów, 44 minuty.

A teraz obiecany punkowy łomot! Będzie głośno, będzie dosadnie, z dużą ilością prądu i ekspresji. Ściana dźwięku potężnie brzmiącej gitary basowej, 2stepowy, dynamiczny drumming i rozwrzeszczany saksofon. Suncuts nie bierze jeńców, to chyba oczywiste!

Album składa się z pięciu ekspozycji w typie long-distance crash, trwających od siedmiu do jedenastu minut. Bas rusza w podróż w tumanach sprzęgającego się prądu wysokiego napięcia, perkusja bije stopą prosty beat i szybko osiąga kosmiczną prędkość, z kolei saksofon uderza w dzwon krzycząc pieśń złości i agresji. Otwarcia kolejnych utworów zdają się być nieco spokojniejsze, ale na etapie rozwinięcia każdorazowo dopada muzyków zew krwistej, świetnie unerwionej i udramatyzowanej galopady. W tym tyglu emocji słyszymy jednak dużo wirtuozerii, zwłaszcza ze strony świetnie nam znanego brazylijskiego basisty. Artyści znajdują chwilę oddechu dopiero w czwartej opowieści, która stwarza przestrzeń na ich wysublimowane popisy solowe. Finałowa pieśń ponownie wbija w fotel. Bas z perkusją szyją wyjątkowo gęsty rytm, dodatkowo wzmocniony elektroniką. Jeśli w tym kuble soczystych pomyj odnajdziemy brzmienie saksofonu, to musimy mieć wyjątkowo wytrawne ucho. To atak serca, którego prawdopodobnie nikt nie przeżyje.

  


Dirk Serries Live Oude Klooster Chapel 2025 (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

Kapel Oude Klooster, Brecht, październik 2025: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Jeden utwór, 63 minuty.

Na tych łamach nie trzeba nikogo specjalnie zachęcać do odbywania sennych, mrocznych, ambientowych podróży w towarzystwie samotnej gitary tego belgijskiego artysty. Ta najnowsza jest nagraniem koncertowym, powstałym w świetnie nam znanym obiekcie w Brechcie. Ta akurat epopeja dźwiękowa Serriesa wydaje się wyjątkowo spokojna, dramaturgicznie wyważona, ale niesie też w sobie ziarno niemal egzystencjalnej wątpliwości, a nawet trwogi. Jest tradycyjnie piękna, niemal relaksacyjna, ale po ostatnim dźwięku pozostawia nas w stanie, który nie pozwala na spokojny sen.

Opowieść nadciąga z błogiej ciszy, leniwie płynie ciepłymi podmuchami powietrza, zdaje się koić nasze utrudzone zmysły mocą frasobliwej łagodności. Trwa, bo nie ma początku i nie będzie miała końca. Początkowo wydaje się lekka jak puch, z czasem zostaje doposażona dodatkowymi warstwami, niekiedy bardziej mrocznymi. W połowie zdaje się konać w kolejnej chmurze ciszy, ale odradza kroplami rozpaczy i strzępami tajemniczej nerwowości. Dopiero ostatni kwadrans niesie nadzieję, można bowiem odnieść wrażenie, że niektóre dźwięki stają się jakby bardziej jaskrawe.

 


Daniil Gorokhov Nocturne (Extra Notes, DL 2026)

Czas i miejsce akcji nieznane: Daniil Gorokhov - fortepian, sinewaves, dźwięki odnalezione, Marianna Domnikova – fortepian oraz Lada Uchaeva – ilustracje. Osiem utworów, 51 minut.

Na koniec naszej wielokolorowej zbiorówki na poły skomponowana, na poły improwizowana mroczna medytacja na fortepian, elektronikę analogową i garść tajemniczych, bliżej niezidentyfikowanych fonii. A wszystko z dużym znakiem jakości.

Album otwiera opowieść, która śmiało mogłaby stanowić soundtrack do horroru – mroczne frazy piana umoczone w strumieniu syczącej elektroniki. W kolejnych dwóch odsłonach rzeczona elektronika zdaje się dominować, ale zagubione frazy piana, zarówno z klawiatury, jak i wnętrza instrumentu, ciągle akcentują swoją obecność. W części czwartej, bodaj najciekawszej, odbywamy podróż od deep black ambient piano do niemal post-industrialnego rozgardiaszu. W piątym utworze intrygujący dysonans – stojący dron syntetyki i post-klasyczna melodia wprost z klawiatury. W części szóstej dźwięki piana opłukiwane są szumem przepływającej wody, z kolej w siódmej akcja opiera się wyłącznie na frazach akustycznych. Finałowa opowieść jest plejadą drobnych, szemrzących i skwierczących fonii, najpierw dość onirycznych, potem definitywnie mrocznych. Puentą utworu, jak i całego albumu jest tykający zegar. Nie wiemy tylko, komu jest tu odmierzany czas.

 

 

piątek, 9 grudnia 2022

The December’ Round-up: Dead Neanderthals! Teufelskeller! MMTK! Ward! Brûlez les meubles! Gimenez! Trio_io! Trytony!


Grudniowa zbiorówka recenzji świeżych płyt jest już gotowa! Na tyle wcześnie, by móc jeszcze zrewidować Wasze plany przedświąteczne w zakresie zakupu nowych albumów! Kupujcie je bowiem w dużych ilościach, wspierajcie muzyków i wydawców, co by głodem nie przymarli tej srogiej, neo-wojennej i post-pandemicznej zimy!

W tym miesiącu w zestawie nowości same petardy! Dosłownie i w przenośni! Przy odsłuchu pierwszych dwóch albumów być może uszkodzicie swoje narządy słuchu, a zadbają o to artyści wyjątkowo w tej dziedzinie kompetentni - holenderski Dead Neanderthals oraz pewne trio pod wodzą Antona Ponomareva. W dalszej kolejności czeka nas delikatny post-relaks przy … ognistej muzyce kwartetu złożonego z krajowych muzyków oraz solowym, dętym performance pewnego bystrego przedstawiciela Zjednoczonego Królestwa. Następne pozycje w zestawie, to pełnokrwisty jazz – odpowiednio z Kanady (aż dwa albumy) i Argentyny. Na finał zaś naszego spotkania powrót na krajowe podwórko i dwa albumy – najpierw post-kameralne Trio_io, potem podróż definitywnie ponad-gatunkowa, albowiem czeka na nas reedycja pierwszej płyty bydgoskich Trytonów!

Welcome to hell or heaven, as you want!



Dead Neanderthals  Metal (Utech Records, CD 2022)

White Noise Studio, Nijmegen, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator oraz René Aquarius – perkusja i głos. Dwa utwory, 43 minuty.

Konceptualna repetycja wyniesiona do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko głośnej! Dwójka Holendrów zaczynała dewastować schematy współczesnej muzyki pod szyldem New Wave of Heavy Jazz, dziś swoją płytę zwie Metal i nie jest to tytuł szczególnie mylący. Syntezatorowe wyziewy w mantrze wiecznego powtórzenia, jednostajny, wręcz punkowy beat perkusji i post-growlowe wrzaski zatopione w czarnej mgle hałasu, to zasadnicze elementy tej układanki. Jak zawsze w przypadku tej formacji, egzystencjalną podróż do krańca świata zaczynamy pełni niepokoju, ale już w trakcie początkowej fazy tej magmy dźwięków, postanawiamy nigdy nie wrócić do punktu wyjścia.

Wszystkie siły połączone, wszystkie obawy rozproszone, to … tekst zdobiący pierwszą część Metalowej opowieści. Stopa i werbel pracują jak maszyna, choć całość jest definitywnie efektem pracy człowieka. Brzmienie zdaje się tu być odrobinę przesterowane. Intensywność beatu stopy sprawia wrażenie, jakby ten element zestawu perkusyjnego był podwójny (metal!), ale to chyba złudzenie foniczne. Tymczasem syntezator płynie post-melodią zapętloną w nieskończoną ilość powtórzeń, a zmutowany głos krzyczy z cokolwiek odleglej planety. Po stronie odbiorcy rodzi się pragnienie, by potencjometr głośności ustawić w pozycji maksymalnej, by chłonąć jeszcze większe porcje tej niemal metafizycznej mocy. W trakcie odsłuchu ponad dwudziestominutowego utworu doszukujemy się zmian w strukturze wielkiej pętli. Być może głosowe wyziewy są bardziej głębokie, tembr syntezatora bardziej siarczysty, a smuga backgroundu bardziej smolista. Ale może tylko nam się wydaje. Ewolucja, całe wnętrze wypełnione treścią, cała wiedza zachowana, to z kolei treść werbalna drugiej odsłony tego horroru. Sytuacja sceniczna ulega minimalnej modyfikacji. Fraza syntezatorowa wydaje się łagodniejsza, bardziej melodyczna, a krzyk bardziej zrównoważony emocjonalnie. Niezmiennie pracuje zaś perkusyjna stopa, bije niczym serce wszechświata w stanie agonii. Po upływie osiemnastej minuty szalony step perkusji gaśnie, pracuje tylko rozmodlony syntezator, z którym dobijamy do końca przy pojedynczych, jakże subtelnych w kontekście całości, uderzeniach w perkusyjny werbel.



 

Teufelskeller  Teufelskeller (WV Sorcerer Productions, LP 2022)

Twilight Lounge Recording Studio, Moskwa, marzec 2021: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Konstantin Korolev – bas, elektronika oraz Andrey Kim – perkusja. Cztery utwory, 43 i pół minuty.

Freejazzowy saksofonista, który potrafi spazmatycznie wyć do księżyca niczym młody Peter Brötzmann, niebywale kreatywny basista, człowiek w stanie permanentnej zmiany, z instrumentem brzmiącym jak cała historia hardcore-punk, wreszcie perkusista, stary punkowiec, który snuje dynamiczne post-synkopy z gracją Elvina Jonesa! Oto Teufelskeller, nowe trio, które szyje dla nas cztery długie, wyczerpujące impro-opowieści, nie gubiąc kreatywnej koncentracji i energetycznej mocy choćby na ułamek sekundy. 

Od startu artyści nie biorą tu jeńców! Dęte wyziewy niczym plaga szarańczy, basowe kłębowisko wirtuozerskich pasaży na dużej dynamice i szybka, rozedrgana perkusja. Gęsta, nielinearna narracja szyta z punkową werwą i post-jazzowym zębem. Druga, najdłuższa, ponad piętnastominutowa pigułka energetycznego szczęścia zaczyna się na wydechu. Bas sieje spustoszenie, pnie się ku górze, a jego spiętrzenia i przełomy zdają się tu stanowić wątek główny narracji, a nie jedynie refren młodzieżowej piosenki. W środku opowieści muzycy serwują nam nieco iluzoryczne rozwarstwienie jakże intensywnej narracji. Saksofon zaczyna tu niemalże śpiewać, ale z wyrazem bólu na twarzy. Początek trzeciej opowieści znów należy do sekcji rytmu – bas szybuje ku niebu, płynie wyjątkowo matowym brzmieniem, perkusja stawia stemple. Saksofon wchodzi do gry po dwóch minutach i przyprawia na ostro. Połamany flow ma tu tysiące efektywnych zakrętów, wszystkie pokonuje jednak na dużej szybkości, z mistrzowską intensywnością. Finałowa opowieść trwa ponad dziesięć minut, na tle poprzedniczek ma jednak kilka realnych spowolnień, a nawet wtrętów post-balladowych. Początek płynie basowym drive’em z dużą dawką melodii i perkusją, która szyje punkowym metrum na dwa. Saksofon znów budzi się do życia po kilku przebiegach i jeszcze dokłada do ognia. W trakcie zapowiadanych spowolnień basista z kolei dorzuca kilka funkowych grepsów. Na ostatniej, długiej prostej trwa już finałowe, rozkołysane … zagęszczanie - połykanie ognia z zamkniętymi oczyma.



 

Małota, Małkowski, Traczyk & Kasperek  Live in Młodsza Siostra (Torf Records, DL 2022)

Młodsza Siostra, Warszawa, maj 2022: Michał Małota – saksofon tenorowy, Jan Małkowski – saksofon altowy i sopranowy, Wojtek Traczyk – kontrabas oraz Miahcł Kasperek – perkusja. Sześć utworów, 42 i pół minuty.

Aylerowska swoboda i melodyka, medytacyjna struktura narracji i dramaturgiczna nieśpieszność budują w Młodszej Siostrze nastrój, kreują klimat free jazzu w jego definitywnie korzennej formule. Jeśli czegoś nam brakuje do pełni wolnego szczęścia, to małych, ognistych eksplozji, które świetnie konstruowany przez artystów suspens przekuwałyby w krwiste emocje fire music.

Otwarcie przypomina poranne śpiewy po ciężkiej, zakrapianej smutkiem nocy. Ognista smuga cienia wije się wokół muzyków i dość szybko przenosi ich w drugi epizod koncertu. Więcej trwogi i desperacji, popartej nerwowym rytmem perkusji, buduje nastrój oczekiwania na pierwsze emocje. Post-bluesowy posmak stawia tu pytania, a ewolucja do stanu kolektywnego free jazzu daje nieśmiałe odpowiedzi. Muzycy nie eskalują tempa, zwłaszcza saksofoniści, którzy lubią kumulować myśli i słowa w barokowych niemal onomatopejach. Zresztą trzeci odcinek tej podróży, po kwartetowym otwarciu, oddaje pole tłusto brzmiącemu smyczkowi na gryfie kontrabasu. Sytuacja nabiera na powrót dynamiki dzięki aktywnemu drummerowi, który wrzuca piąty bieg nie bacząc na dramaturgiczną pozę pozostałych muzyków. Saksofony nie idą jednak na szczyt, ale leją się przez ręce strumieniami post-melodii. Na zakończenie tej części koncertu dostajemy trio z sopranem w roli mąciciela wiecznego spokoju. Czwarta odsłona, to emocjonalna huśtawka. Perkusja kłębi się w sobie z emocji, nerw narracji dygocze, ale improwizacja jakby stała w miejscu, a dywagacje dętych przybierały na sile. Głębszy tryb oddechu wrzuca teraz tenor, który brudnym tembrem sugeruje dalszy kierunek narracji. Reszta idzie z nim jak w ogień. Najlepszy moment koncertu zastyga pod jarzmem wystudzonego smyczka. Ostatnie dwie krótkie improwizacje, to rodzaj koncertowej kody. Najpierw w kwartecie, potem w saksofonowym duecie - zmysłowe, meta melodyjne, dobrze stłumione niemal do ostatniego dźwięku.



 

Tom Ward  Transient Signalling At A Distance (Raw Tonk Records, Kaseta 2022)

Two Ships, The Nest, Hastings oraz SET Lewisham, Anglia, czerwiec-sierpień 2022: Tom Ward – saksofon altowy, flet, klarnet i klarnet basowy. Sześć improwizacji, 36 i pół minuty.

Kolejny brytyjski saksofonista i klarnecista młodego (wciąż) pokolenia zapuszcza się w rejon trudnych, samotnych podróży z dźwiękiem! Tom Ward proponuje nam prawie dwudziestominutowy incydent koncertowy na saksofon altowy oraz pięć mniej lub bardziej enigmatycznych występów w miejscach pozbawionych publiczności, gdzie sięga także po klarnety, a nawet flet. Dodajmy, iż muzyk ten dobrze czuje się w sytuacjach free jazzowych, ale oceanem jego artystycznej szczęśliwości zdaje się być nade wszystko swobodnie improwizowana kameralistyka. Jego solowa płyta dobitnie ów fakt unaocznia.

Muzyk rozgrzewa siebie i publiczność dronowym oddechem saksofonu, krąży po sali niczym sęp poszukujący hipotetycznej ofiary. Huśta się na wietrze, wierci na krzesełku, jakby szukał ekspresji skrytej za teatralną kotarą. W swej ekspozycji pnie się ku górze, ale nie stroni też od westchnień pełnych zadumy. W jego narracji nie brakuje zarówno melodii, jak i hałaśliwych, wysoko zawieszonych fraz. Gdy schodzi w okolice ciszy słyszymy skrzypiące drzwi, gdy szukać zaczyna bardziej rozbudowanych brzmieniowo fraz pod jego strumień fonii podłącza się … jakieś dziecko na widowni. Artysta zdaje się tu stać okrakiem nad dwoistością improwizowanej narracji – robi dwa korki do przodu, a potem krok do tyłu. W części krótkich opowieści (druga strona kasety!) radzi sobie zdecydowanie lepiej. Najpierw serwuje nam krótki set na flecie, swobodnie tańcząc wokół własnej osi nie bez dźwiękowych subtelności. W kolejnej części powraca do altu i choć w tytule sugeruje kołysankę, całość improwizacji urokliwie łapie podmuchy ekspresji. Zaraz potem, w miniaturowej opowieści wydaje kilka zawadiackich okrzyków na klarnecie basowym, po czym niezwłocznie przechodzi do piątej odsłony, gdzie na klarnecie rysuje nam chyba najciekawsze na tym albumie improwizowane bohomazy. Dużo w nich emocji, ekspresji, a także mikro preparacji. W finałowej improwizacji po raz kolejny powraca do saksofonu altowego i snuje intrygującego rozchodniaczka.



Brûlez les meubles  Tardif & L'Appel du Vide (Circum-Disc, CD 2022)

Miejsce i czas nieznany: Louis Beaudoin-de la Sablonnière – gitara elektryczna, Éric Normand – bas elektryczny, Jean Derome – saksofon altowy i flet basowy (pierwsza płyta), John Hollenbeck – perkusja, instrumenty perkusyjne (pierwsza płyta) oraz Tom Jacques – perkusja (druga płyta). Dziewięć utworów, 46 minut oraz dziesięć utworów, 50 minut.

Dwie jazzowe wycieczki do francuskojęzycznej Kanady zapewnia nam tamtejszy working band złożony z bystrego gitarzysty o niezwykle długim nazwisku i basisty, którego nagrania na polu swobodnej improwizacji śledzimy na ogół z zapartym tchem. Ich formacja zwie się zgodnie z tytułem wykonawczym podanym wyżej, a rzeczeni Kanadyjczycy do składu dobierają sobie przy okazji kolejnych albumów różnych współpartnerów. Zatem najpierw kwartet z udziałem najbardziej rozpoznawalnego saksofonisty z tamtej części świata oraz pewnego nieanonimowego perkusisty, potem trio z kolejnym perkusistą, którego znamy – podobnie jak basistę – z orkiestry Le GGRIL. Zgodnie z anonsem obie płyty to jazz pełną gębą - w edycji kwartetowej poszukujący na ogół bystrych konotacji z estetyką Billa Frisella, w edycji trzyosobowej bardziej ukierunkowany na eksplorację dokonań Jima Halla. Być może muzyka skrojona bardziej dla relaksu i mniej wymagającego odbiorcy, ale niemniej wartościowa i stylowa niż wiele swobodnie improwizowanych petard, jakie znamy z tych łamów.

Prezentowane albumy mają wiele cech wspólnych. Bazują na kompozycjach własnych duetu i cudzych pięcioliniach, koncertują się na zwinnej prezentacji tematu piosenki, a potem jego kolektywnym ogrywaniu, zarówno na poziomie brzmienia, jak i zmiennej dynamiki. Solowe ekspozycje artystów stanowią tu raczej zaskakujące incydenty niż treść narracji. Utwory są dobrze skonstruowane pod względem dramaturgicznym, trwają od czterech do sześciu minut i mimo kilku przesłodzonych fragmentów, dobrze się ich słucha niemal w każdych okolicznościach. Na płycie kwartetowej podobać się może szczególnie środkowa część. Czwarte nagranie kusi nas zmysłową dynamiką i połamanym metrum, udanie czerpie z gitarowych tradycji Billa Frsilela, ale także saksofonowych post-melodii Tima Berne’a. Piątą opowieść buduje dysonans. Narracja grana w duecie saksofonu i perkusji szuka free jazzowych konotacji, z kolei grana w duecie gitary i basu snuje post-kameralne, melodyjne frazy. Oba duety grają tu niemal naprzemiennie. Na podobnej zasadzie zbudowana jest spokojniejsza, szósta odsłona albumu. Na płycie tria mamy dwie kompozycje podpisane przez wszystkich muzyków, zatem zapewne w dużej części improwizowane. I to one winny przykuwać uwagę słuchacza w pierwszej kolejności. W piątym utworze funkowy bas, połamane rytmy i efektowne skoki tempa, tudzież narracyjne zagęszczenia kreują dużą jakość. Utwór dziewiąty staje z kolei w dużej opozycji do całego albumu. Przesycony rockowymi emocjami, ambientowym tłem i basowymi inkrustacjami, z pewnością stanowi najlepszy moment obu prezentowanych tu płyt.



Rocío Giménez López Trío  Un caos lúcido (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Estudio Libres, Buenos Aires, czas nieznany: Rocío Giménez López – fortepian i syntezator, Fermín Suarez – kontrabas oraz Francisco Martí – perkusja. Siedem utworów, 30 minut.

Muzyka improwizowana z Argentyny stawia na krótką formę. To już doskonale wiemy z poprzednich opowieści z Buenos Aires. Album uroczo zatytułowany Jasny Chaos, to pure jazzowe trio fortepianu, kontrabasu i perkusji, które w zasadzie niczym nas nie zaskakuje. Szyje dobre tematy, bogaci je zwinnymi, nieprzegadanymi improwizacjami, sprytnie kondensuje w kilkuminutowych opowieściach intensywnie synkopowaną treść. Ale pośród jazzowej narracji znajdujemy też garść artystycznego fermentu, gdy akustyczne brzmienia piana bogacone są syntezatorowymi pasażami, tudzież preparacjami, z kontrabasowym smyczkiem szukającym jakże melodyjnego dna.

Efektowny groove basu, śpiew czystej klawiatury fortepianu w post-klasycznej tonacji i zwinny rytm perkusji – całość pachnie słoneczną salsą i zaprasza do dobrej zabawy. Drugi epizod zdaje się być bardziej rozmarzony, struktura rytmiczna bardziej pokomplikowana, a ekspozycja basu całkiem intrygująca. W trzeciej części pojawia się syntezator, który razem z fortepianem zaprasza na fussion dance z posmakiem lepszych fragmentów z historii Return To Forever. Jak w każdej narracji, muzycy znajdują tu kilka chwil na solowe improwizacje. W czwartej odsłonie pojawia się kontrabasowy smyczek. Jego post-barok udanie konweniuje z minimalistycznym piano i perkusyjnymi świecidełkami. Zaraz potem dynamiczna, melodyjna, post-ragtime’owa kompozycja wzbogacona perkusyjnymi przygrywkami. Przedostatni utwór stawia na dźwięki preparowane, których drobne porcje dostajemy na początku i w końcowej fazie nagrania. Ballada, która bezskutecznie szuka dynamiki wieńczona tu jest repetującym pasażem czarnych klawiszy. Ostatnia cześć, to już stylowa rozbiegówka bez brzmieniowych poszukiwań, która całkiem dynamicznie sięga zakończenia.



Trio_io  Parts (Szara Reneta, Kaseta 2022)

AM Bydgoszcz, czas nieznany: Zofia Ilnicka – flet, Łukasz Marciniak – gitara elektryczna oraz Jakub Wosik – skrzypce. Pięć utworów, 18 minut.

Katowickie trio, lubiące post-kameralne improwizacje z delikatnie zarysowanym scenariuszem, zaprasza nas na … dogrywkę swojego ostatniego albumu New Animals. Pięć utworów zarejestrowanych w trakcie realizacji rzeczonej płyty wylądowało wówczas w szufladzie, dziś dostajemy je na zgrabnej kasecie magnetofonowej w formie urokliwej miniatury.

Pierwszą opowieść budują gitarowe drobiazgi klejone w rytmiczną strukturę, którą zdobią kameralne śpiewy fletu i skrzypiec. Pod koniec gitara smakuje tu post-americaną. W drugiej części muzycy stoją w miejscu i ślą sobie wzajemnie plejady short-cuts, które zwinnie formują się w strumień coraz bogatszej w improwizowane frazy narracji. Tętnią zżyciem, niczym spacer po zroszonej porannym deszczem łące. W kolejnej narracji wyszukaną rytmikę proponuje flet, gitara plącze się w ambientowych wyziewach, a zabawne pizzicato skrzypiec dodaje całości kolejnej porcji uroku osobistego. Utwór ma swój istotny ciąg dalszy, w trakcie którego gitarowe frazowanie zaczyna przypominać Roberta Frippa i nagrania King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. Czwarta opowieść w ujęciu rytmicznym wydaje się podobna do poprzedniczki, ale artyści sycą ją dużą porcją preparowanych dźwięków. Basowe stemple, flecie wydechy i jęczące skrzypce budują tu narrację, która z czasem zyskuje niemal maszynową post-dynamikę. Ostatnia opowieść wydaje się dość nerwowa. Rozhuśtane frazy, garść preparacji i udany skok ku naprawdę dużym emocjom, zwłaszcza ze strony fletu. Tempo, śpiew i zmyślne wytłumienie, to atrybuty zakończenia.



 

Trytony  Tańce Bydgoskie (Muzyka z Mózgu/ Bocian, CD/ LP 2022 - reedycja)

DEO-Recordings, Wisła, 1991: Tomasz Gwinciński – gitara, fortepian, syntezator, śpiew, Sławek Janicki – kontrabas, saksofon tenorowy oraz Jacek Buhl – perkusja. Dziewiętnaście utworów, ponad 50 minut.

Edytorska niespodzianka roku! Po trzech dekadach mamy ponownie okazję posłuchać debiutu bydgoskich Trytonów. Formacji z pewnością legendarnej, nie tylko dlatego, iż swoim debiutem zainaugurowała nurt yassowy w polskim jazzie i muzyce improwizowanej, ale także dlatego, iż dała początek wielu innym, równie ważnym wydarzeniom na krajowej scenie lat 90. ubiegłego stulecia. Pytanie zasadnicze każdej recenzji - czy ta muzyka broni się po trzydziestu latach pod względem artystycznym? Odpowiedź może być tylko twierdząca! Być może z pespektywy tak wielu lat widać (słychać) jeszcze dobitniej główny walor tamtego nagrania – jego jakże ekspresyjną ponadgatunkowość. Jego warstwa kompozycyjna kotwiczy nagranie w kategorii jazzu (jest klasyk Coltrane’a!), ale album jako całość niesie ze sobą ocean dobrych lub bardzo dobrych skojarzeń, takich jak brytyjski Rock in Opposition i Fred Frith, nowojorski, wczesny Downtown i choćby Arto Lindsay, a nawet całkiem urokliwy posmak późno amerykańskiego No Wave. Z jednej strony niesamowity groove basu Janickiego, z drugiej wielowymiarowa, zaskakująca na każdym kroku gitara Gwincińskiego, jego bystre, taneczne kompozycje, a także sznyt post-klasyczny i pełne garście rockowej psychodelii w niebanalnych improwizacjach. Do tego dodajmy bystry drumming Buhla niepozbawiony jego punkowych, czy nowofalowych korzeni, wreszcie cała masa humoru, studyjnych żartów i brzmieniowych niespodzianek, tak typowych dla yassu tamtych urokliwych lat.

W trakcie odsłuchu aż dziewiętnastu utworów (dodajmy, iż kilka z nich, to ledwie kilkunastosekundowe wtręty basu i gitary) możemy doszukiwać się wielu ciekawostek, wolt stylistycznych i wyjątkowo dobrze dobranych, instrumentalnych inkrustacji (fortepian, moog, saksofon), ale także bystrych, niemal pop-rockowych piosenek (choćby ta wieńcząca cały album). A jeśli mielibyśmy wskazać wyjątkowo udane momenty, to zacząć winniśmy od siódmej odsłony. Gitara początkowo brzmi tu wyjątkowo twardo, cedzi funkowe frazy niczym elektryczny bas. Szybko do gry właczają się rozśpiewany syntezator i rozwrzeszczany saksofon, po czym wszyscy udaja się w jakże psychodeliczną podróż w nieznane. W dziewiątej części smyczek na kontrabasie kusi brudnym post-barokiem, a jazzowa ekspozycja brzmi niczym zmutowane Modern Jazz Quartet. Dwunasta opowieść to Nieudane Black Sabbath - post-psychodeliczny marsz pogrzebowy z siarczystą gitarą. Z kolei klasyk Coltrane’a zaczyna się rockową eksplozją, a kończy zwinną, swingującą solówką gitary. Piętnasta część przypomina jazzową piosenkę, która nagle, w samym środku nagrania, ucieka w kwaśne igraszki z dźwiękiem. Wreszcie siedemnasta opowieść, która tempem i ekspresją przypomina początek albumu, taneczny i jakże frywolny, a efekt całości buduje tu brudne brzmienie wszystkich instrumentów i prawdziwie post-rockowy drive.



 

piątek, 12 marca 2021

Mapless Quiet! Dalgoo! Aforismen! Willers! Ceccaldi! More Soma! Unk! Brom! The March Round-up!


Marcowa zbiorówka przed nami, w całej okazałości! Osiem świeżych płyt, choć w większości datowanych jeszcze na rok ubiegły, jak zwykle spory tygiel gatunkowy, garść dobrych znajomych i cała zgraja muzyków związanych ze znanym francuskim wydawcą, o których z pewnością usłyszycie po raz pierwszy.

Zaczynamy wszakże od wybitnych postaci brytyjskiego free improv grających open jazz w ciekawym, norweskim towarzystwie i na tamtejszej ziemi. Potem zapraszamy na spotkanie z pewnym niemieckim kwartetem, który intensywnie pachnie spuścizną po Ornette Colemanie, ale zdaje się mieć także kilka innych wymiarów estetycznych. W dalszej kolejności dwie nowości z holenderskiej stajni Evil Rabbit – pierwsza subtelna i kameralna, druga bardziej multigatunkowa, choć w wymiarze solowym. Zaraz potem skok do Portugalii (ale z muzykiem francuskim) i kolejna solowa płyta, tym razem na wiolonczelę. W ramach kontynuacji wątku francuskiego trio i kwartet złożony z niemal tych samych muzyków, dowodzących prawdziwości maksymy, iż lepsze bywa wrogiem dobrego. Dodajmy, iż od tego momentu będziemy grali już dużo głośniej, a na sam finał tej zbiorówki nawet hałaśliwie, dzięki naszym dobrym znajomych z Moskwy.

 


Butcher/ Weston/ Storesund/ Knedal Anderson  Mapless Quiet (Motvind Records, 2020)

Koncertowe nagranie z norweskiego Bergen, z września 2018 roku, a na scenie: John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, Veryan Weston – fortepian, także preparowany, Oyvind Storesund – kontrabas oraz Dag Erik Knedal Anderson - perkusja. Panowie improwizują przez niemal 50 minut, często sięgają po post-jazzowe grepsy, ale i w roli miłośników free chamber czują się bardzo dobrze. Całość koncertu dostajemy w jednym traku.

Suche powietrze z tuby saksofonu tenorowego, minimal piano z czarnych klawiszy, smyczek na kontrabasie i szeleszczące perkusjonalia – otwarcie koncertu sięga po kameralistykę, która sprzyja czynnościom inicjacyjnym muzyków, którzy nie grają ze sobą zbyt często. Pierwszy uderza w dzwon Butcher – piszczy, skrzeczy, jakby grał samym ustnikiem. Zaraz potem milknie i wypuszcza w bój swobodne, post-jazzowe trio. W dalszej fazie gry będzie tak czynić często, dzięki czemu dużo dobrego do obrazu całości wnosić będzie Weston - raz za razem umiejętnie kreować opowieść, czy też zapuszczać się w obszar swobodnych preparacji. Cała narracja toczy się na dużej przestrzeni, donikąd nie goni, często dzieli kwartet na duety i tria - zdaje się, że momentów w pełni kwartetowych mamy tutaj w wymiarze minutowym najmniej. Ta niemal stała rotacja składu dobrze wszakże czyni dramaturgii całości.

W ramach owych zabaw w podgrupach warto odnotować kilka niezwykle urokliwych duetów saksofonu (zarówno tenorowego, jak i sopranowego) ze zmysłowym smyczkiem, a także open jazzowe frazy piana, dobrze konweniujące z bystrą perkusją. Pierwszą, niedługą salwę ekspresji w kwartecie dostajemy tuż przed upływem 20 minuty koncertu. Tu równie udane zdaje się być szybkie wytłumienie emocji wprost w klimaty dark chamber. Kolejny peak narracji ma miejsca parę minut później, a w roli głównej występuje sopran. Uspokojenie znów odbywa się pod dyktando piana, z saksofonem, który woli słuchać niż wydawać dźwięki. W okolicach 37 minuty tenże saksofon zaczyna bardzo łagodnie śpiewać. Kwartetowa kołysanka sprawia wrażenie, jakby prowadziła muzyków już do kresu koncertu. Po kolejnych czterech minutach muzycy rzeczywiście pogrążają się w niemal zupełnej ciszy. To jednak nie koniec – raz za razem ślą drobne, separatywne frazy, jakby zakończenie koncertu było dla nich nad wyraz trudnym zadaniem. Milkną ostatecznie pod koniec pięćdziesiątej minuty, skwitowani adekwatnymi oklaskami.

 


Dalgoo  Liberté Égalité Fraternité (Jazzwerkstatt, CD 2020)

Dalgoo, to anonsowany już wcześniej kwartet z Niemiec, w którego składzie odnajdujemy niemal samych dobrych znajomych: Tobiasa Kleina (saksofon altowy, klarnet basowy i kontrabasowy), Meinrada Kneera (kontrabas), Christiana Mariena (perkusja) oraz Lothara Ohlmeiera (saksofon tenorowy i klarnet basowy). Nagranie studyjne ze stycznia 2020 roku (Leussow) trwa prawie 70 minut i składa się z trzynastu utworów – siedmiu kompozycji Kleina, trzech Kneera oraz trzech kolektywnych, swobodnych improwizacji kwartetu, z których każda nosi tytuł stanowiący część jakże efektownego tytułu całej płyty.

Liberté Égalité Fraternité, to płyta długa, bardzo różnorodna stylistycznie, ale wyjątkowo zmyślnie skonstruowana, składająca się w sumie z czterech wątków, które świetnie się uzupełniają, pokazując zarówno duże możliwości kompozytorskie muzyków, jak i nade wszystko ich doskonały warsztat improwizatorski. Zacznijmy może od kompozycji Kleina, które prowadzone są przez saksofony. To prawdziwy ukłon w kierunku estetyki akustycznego kwartetu Ornette'a Colemana. Śpiewne tematy, które wpadają w ogniste, ale trzymane pod kontrolą improwizacje, często skonstruowane wedle jazzowych schematów, ale rozśpiewane, swobodne, pięknie ogrywające temat, zarówno melodycznie, jak i rytmiczne. W tej grupie utworów szczególnie wartościowy jest chyba ten pierwszy – dynamiczny, skrzący się emocjami i powykręcanymi po colemanowsku melodiami. Druga grupa kompozycji Kleina wykorzystuje klarnety, sięga po semickie skale, bywa tanecznie frywolna, ale także zadumana i kierująca swe spojrzenia w kierunku kameralistyki. Tu szczególnie wartościowym wydaje się być utwór numer dwa, pięknie rozpoczęty barokowo brzmiącym smyczkiem. Równie smakowite są utwory jedenasty i dwunasty, gdy muzycy, co rusz czymś nas zaskakują. Nie boją się także eksperymentować z brzmieniami post-chamber (choćby efektowne, znów barokowe solo Kneera w pierwszym z nich). Mnóstwo intrygujących fraz klarnetu kontrabasowego pięknie rozrywa narrację w drugim z przywołanych tu utworów.

Osobny rozdział stanowią kompozycje Kneera. Bardzo zróżnicowane w zakresie nastroju, tempa i użytych środków wyrazu. Pierwsza z nich (trzecia na płycie) wydaje się być nazbyt jazzowa (z użyciem saksofonów), pchana ku górze ciepłym tembrem pizzicato. Dwie pozostałe kompozycje kontrabasisty stawiają na klarnety. Szósty utwór na płycie kreuje semickie gorzkie żale, pełne smyczkowych niuansów, rezonujących talerzy i szumiących klarnetów. W dziewiątym utworze kluczem do sukcesu zdaje się być nieregularny, bystry rytm dyktowany przez kontrabas. Osobnym elementem składowym płyty są trzy swobodne improwizacje, krótkie (każda trwająca około dwóch minut), pokazujące inne oblicze muzyków. Bystre frazy, małe dźwięki, świetne reakcje, a nawet improwizacje metodą call & responce, no i kontrabas Kneera, który w owych miniaturach zdaje się mieć tysiące twarzy. Chętnie poznamy Dalgoo (to już ich czwarta płyta), właśnie w konwencji swobodnej improwizacji, ale realizowanej już na dłuższym dystansie.

 


Baars/ Dumitriu/ Henneman/ Sola  Aforismen = Aforisme = Aforismes (Evil Rabbit Records, CD 2020)

Kontynuujemy eksplorację muzyki wykonywanej w kwartecie. Tym razem jednak istotnie zmieniamy klimat i zanurzamy się po uszy w celebrowanej, chwilami demonstracyjnie powolnej, a w drugiej części płyty wręcz medytacyjnej kameralistyce (definitywnie przeznaczonej do odbioru słuchawkowego!). Przed nami kwartet niemal smyczkowy (jedyny dęciak w tym gronie często wydaje dźwięki, niczym wytrawny strunowiec): Ab Baars - klarnet, shakuhachi, George Dumitriu – altówka, skrzypce, Ig Henneman – skrzypce oraz Pau Sola Masafrets – wiolonczela. Muzycy przygotowali dla nas jedenaście kompozycji (na ogół w formie dobrze zaplanowanych … improwizacji). Nagranie zrealizowane w Amsterdamie, w tamtejszym konserwatorium (czerwiec 2019 roku), trwa 51 minut z sekundami.

Na początek muzycy serwują nam kilka zagadek – czy to dźwięk strun, czy może jednak ktoś dmucha w drobny instrument dęty? To błysk smyczka, czy oddech klarnetu? Mały festiwal fake sounds dobrze wprowadza nas w klimat nagrania. Dźwięki rodzą się z ciszy, pełne są niepokoju, ale i medytacji. Duża swoboda, kilka imitacji, tudzież bystrych reakcji na zaskakujący dźwięk. Improwizacja na zaciągniętym hamulcu ręcznym też potrafi kąsać! Japoński dęciak dodaje całości posmaku folkowego, łamie odwieczne zasady kameralistyki, która zdaje się popadać w kocie lamenty. W drugiej części strings grają skoczne pizzicato, a wyposzczony klarnet może odrobinę porozrabiać. W trzeciej z kolei, pokaz budzących się do życia smyczków – rwane, nerwowe frazy i garść dętych dronów. W czwartej strunowce riffują niczym wygłodzone gitary akustycznego post-rocka. Znów smakuje tu post-folkiem, ale coraz dłuższe frazy zaczynają przypominać rodzące się na zgliszczach filharmonii free chamber, które nie daje się zagonić do jakiejkolwiek zagrody gatunkowej. Piąta część dodaje do tego jeszcze emocje, a nawet zaskakującą dynamikę.

Począwszy od szóstej opowieści kwartet zaczyna konsekwentnie stawiać na dramaturgiczne zaniechanie. Molowe frazy wprost z ciszy i mroku tajemniczych zakątków sceny - coś skrzypi, jakiś przedmiot uderza o inny przedmiot, coś szura i lękliwie wzdycha. Dźwięki eksplodują urodą, bywają niebywale zabrudzone, intrygująco zakrzywione, ale dramaturgia całości nieco siada. Jeden z ostatnich podrygów emocji muzycy serwują nam w części ósmej – rodzaj wzajemnych nawoływań na dużej przestrzeni strunowca i dęciaka, kilka zwinnych akcji, tudzież dobrych pytań i zmyślnych ripost. Trzy finałowe utwory, to jakby konsekwentne wygaszanie płomienia narracji. Klarnet leniwie podśpiewuje, obok pojedyncze szarpnięcia za struny, kilka smyczkowych półgłosów, matowych fraz z tracących życie instrumentów. Opowieść zdaje się cierpieć z każdą mijającą sekundą, rwie się na strzępy i rzęzi niemrawym oddechem. Królestwo death chamber zostaje ustanowione na wieki.

 


Andreas Willers  Haerae (Evil Rabbit Records, CD 2020)

Zostawiamy już kwartety i przechodzimy do podrozdziału improwizacji solowych (tu także zwanych kompozycjami). Aż dziwne, iż z niemieckim gitarzystą Andreasem Willersem, dalece nienajmłodszego już pokolenia, spotykamy się na tych łamach po raz pierwszy. Gra tu on na dwóch jeszcze od niego starszych gitarach akustycznych. Płyta składa się z ośmiu części, trwa prawie 49 minut, a nagrana została w kwietniu ubiegłego roku, zapewne w samotnych okolicznościach pandemicznych.

Już na wstępnie odnotujmy, iż pierwsze dwie improwizacje na płycie są doprawdy doskonale! Muzyk pląsa po strunach niczym prestidigitator, sztukmistrz wyposażony w setki palców, tańczy na nich, rwie je strzępy i raz za razem odnajduje molekuły dźwięków. Struny gitary drżą, trzeszczą, rezonują, a muzyk bawi się nimi jak dziecięcymi perkusjonaliami. Narracja potrafi tu przypominać pijanego Django Reinhardta, by za moment przywołać w głowie skojarzenia z Derekiem Baileyem, który wypił zbyt dużo kwasu z samego rana. Muzyk dewastuje gitarę, preparuje dźwięki, by za moment płynąć post-bluesowym tembrem i czekać na oklaski. Brzmienie instrumentu jest chwilami szorstkie, innym razem melodyjne, a muzyk zdaje się zmieniać gatunkowe konotacje jeszcze szybciej niż wydawać dźwięki. Druga improwizacja zwalnia i zaczyna wykorzystywać akustykę pudła rezonansowego gitary – wszystko zdaje się tu trzeszczeć, pulsować, oddychać swoim życiem, piszczeć i niemal śpiewać. I znów, w tym tyglu pokręconej dramaturgii, muzyk odnajduje źdźbła dźwięku, a na sam koniec brzmi frazami niemal post-jazzowymi.

Kolejne utwory nieco spuszczają z tonu, zwłaszcza te najdłuższe. Muzyk cedzi frazy, szuka bardziej oczywistych, nawet klasycznych grepsów gitarowych. Można odnieść wrażenie, że na jednej płycie chciałby zawrzeć wszystkie swoje inspiracje, a także pokazać kunszt (niepodlegający dyskusji!) w dowolnie zadanej estetyce. Niemniej, na płycie nie brakuje kolejnych perełek. W czwartej części Willers bawi się w minimalistyczne gierki na pograniczu ciszy. Śle kilka fake sounds, czym skutecznie utrzymuje uwagę słuchacza. Potrafi rysować zadziorne frazy znów godne Baileya, by po chwili brzmieć jak mandolinista. W piątej części mruczy i ciekawie preparuje dźwięki, w szóstej jego instrument rezonuje każdym swoim elementem, a w siódmej skrzy się post-barokowymi ornamentami. Na samo zakończenie Andreas produkuje kilka post-bluesowych fraz i ewidentnie puszcza do nas oko. Intrygująca płyta, skrócona o kilka czy kilkanaście minut rzuciłaby nas na kolana bez cienia wątpliwości.

 


Valentin Ceccaldi  Ossos (Cipsela, CD 2020)

Jeśli przy omawianiu poprzedniej płyty recenzent był łaskaw skonstatować, iż pierwsze dwa utwory na krążku są doprawdy doskonałe, to w przypadku solowej płyty wiolonczelisty Valentina Ceccaldiego może już śmiało ogłosić, iż taka opinia dotyczy całego nagrania! Zauważmy, nagrania znacznie krótszego (a jednak!), trwającego 34 minuty z sekundami, a składającego się z trzech dość precyzyjnie zaplanowanych improwizacji (dwóch piętnastominutowych i krótkie encore). Dodajmy, iż muzyka powstała w portugalskiej Coimbrze, w maju 2017 roku.

Dźwięki otwarcia wydają się być skutkiem rezonowania każdej części instrumentu Valentina – drżą struny, trzeszczy pudło rezonansowe, coś piszczy i igra z ciszą. Efekt całości wzmaga duża przestrzeń i niewidzialne podmuchy powietrza. Oto post-barok w ciemnej pieczarze - smyczek, który szuka kantów i ostrych krawędzi, raz staje się perkusyjną pałeczką, innym razem generuje drony dark chamber, które balansują od czerstwego, bezdźwięcznego mroku po granice hałasu. Dobrze zaplanowana improwizacja, co rusz podsuwa nam nowe wątki, godne nie tylko niewieścich westchnień zachwytu. Najpierw mała gra w półdźwięki i nasłuchiwanie pogłosu, potem garść brudnych fraz, które zdają się na siebie nakładać. Muzyk pozwala wybrzmiewać dźwiękom aż po granicę ciszy, ale nie kończy nagrania. Sieje niepokój, zadaje pytania, ale nie oczekuje odpowiedzi. Jego smyczek pnie się ku niebu, by po chwili spadać z hukiem na ziemię.

Druga improwizacja pozostawia ciszę w roli biernego obserwatora. Zgrzyty na gryfie, bystre riffy i nerwowe podrygi rozgrzanych do czerwoności strun, które krzyczą z rozpaczy. Free chamber na kwasie, w tej samej sekundzie ostre i łagodne, ze smarowaniem i po suchości. Oto smyczek, który wierci dziurę w głowie, potem śpiewa jak skowronek, by w końcu bić jak dzwon z opuszczonego kościoła. Gdy emocje delikatnie opadają, narracja wchodzi w fazę wielominutowej repetycji, kreowanej dość delikatnym pizzicato. Rodzaj medytacji, która raz za razem przerywana jest incydentami na gryfie wiolonczeli. Finał tej części zdaje się być kreślony pawim piórem, niemal unosi się w powietrzu. Zaraz potem niespełna czterominutowe encore – smyczek piszczy i szoruje struny, cedzi śpiewne frazy przez szczerbate uzębienie, pracuje niczym uszkodzona piszczałka. Opowieść nabiera pewnej meta taneczności, szuka okazji do eskalacji, ale próżny to trud – niedługo potem niechętnie przygasa.

 


More Soma  Hondendodendans (Circum-Disk, CD 2021)

Zdecydowanie zmieniamy klimat, porzucamy kameralistyczne dywagacje, stawiamy na dynamikę i ekspresję, na rytm i gorące emocje! W tym niecnym czynie pomogą nam muzycy nagrywający dla francuskiego labelu Circum-Disk. Na początek trio w składzie: Mathieu Millet (amplifikowany kontrabas, który brzmi jak … gitara basowa), Frederic L’Homme – perkusja i JB Rubin – saksofon altowy i barytonowy. Płyta nagrana w Lille, latem 2019 roku, składa się z czterech utworów (śmiało możemy je nazwać kompozycjami lub mocno ustrukturyzowanymi improwizacjami) i trwa 41 minut z sekundami.

Płyta o długim tytule, będącym zbitkiem trzech słów, to doprawdy urocza, bezpretensjonalna, żywa zabawa z rytmem, para-rockową repetycją i prawdziwie improwizowanymi emocjami. Muzycy proponują nam podróż po zakamarkach jazz-rocka, od pierwszej chwili przywołują też w pamięci estetykę m-base, wykreowaną ponad trzy dekady temu przez amerykańskiego saksofonistę Steve’a Colemana. Rytm stanowi tu epicentrum każdego zdarzenia muzycznego, wokół którego wszystkie instrumenty tańczą jak ćmy wokół latarni. Ogrywają jego strukturę, improwizują wedle ścieżek, jakie wskazuje. Saksofon altowy w nieparzystych częściach, a barytonowy w parzystych, kreślą pętle i zygzaki, snują smugi efektownych dźwięków, które niesione są przez bas i pozostającą w nieustannym ruchu perkusję, raz wysokim wzgórzem, innym razem tajemniczą doliną.  Tej dynamicznej, nawet w spokojniejszych momentach, opowieści towarzyszy pewna ulotna melodyjność. Co ciekawe, nie kreuje jej saksofon, ale raczej bas.

Każda opowieść na płycie ma w sobie zaszyty nerw rytmu. Muzycy w procesie improwizacji kreują czasami całkiem separatywne strumienie dźwięków, ale nawet przez moment nie zapominają o kierunku podróży. Dzieje się tak nawet wtedy, gdy basista sięga po smyczek (choćby pod koniec drugiego utworu). W tym tyglu emocji najłagodniejszy zdaje się być początek trzeciej części, gdy wyraźną linię melodyczną rysuje spokojny bas. Saksofon i perkusja zaczynają tańczyć wedle tych wskazówek, a całe trio nabiera dynamiki w naprawdę imponujący sposób. Początek ostatniej części pachnie cool-jazzem, słychać perkusyjne szczoteczki i repetytywny śpiew barytonu. Muzycy rysują kolejną, zwinną pętlę i pozostają w niej aż do końca płyty, nie przestając stylowo improwizować.

 


Unk  Now (Circum-Disk, CD 2021)

Millet i Rubin pozostają z nami, a do kwartetu doproszeni zostają: Charles Duyrtschaever na perkusji oraz Christophe Maerten na gitarze elektrycznej. Tym razem muzycy bazować będą zdecydowanie na materiale skomponowanym (autorstwa Milleta). Siedem utworów z tytułami trwa blisko godzinę zegarową.

Muzyka kwartetu bezwzględnie posiada wiele atrybutów, jakie przypisaliśmy kilka chwil temu triu. Znów bazą dla wszelkich poczynań muzyków zdaje się być rytm, dynamiczna, rockowa repetycja i stylowe improwizacje. Jednak w rekontrze należy zauważyć, iż ubogacona wersja More Soma zdaje się mieć nieco stępiony pazur kreatywności i niższą skłonność do improwizacji. Muzyka bywa tu zaaranżowana po najdrobniejsze szczegóły, a gitara nade wszystko myśli o rockowej ekspresji i efektownych ekspozycjach, godnych nawet dużych scen festiwalowych. Oczywiście znów należy podkreślić, iż tej muzyki słucha się naprawdę bardzo dobrze, można pośpiewywać, potupać nogą, wybijać dobrze skonstruowany rytm każdą częścią ciała. Na pewno propozycja Unk nadaje się na długą podróżą samochodem, ale do jej odsłuchu być może wystarczy nam dostęp do jakiegoś znanego serwisu streamingowego, a nie koniecznie ładnie wydany dysk kompaktowy.

Kompozycja otwarcia podkreśla cechy, jakimi obdarzyliśmy tę muzykę w poprzednim akapicie. W drugim utworze ciekawie pulsuje gitara, pracująca na dużej dynamice, efektownie sięgająca po zdobycze m-base, a gdy narracja zwalnia, dobrze wpisująca się w kanon jazz-rocka godny nowojorskiego downtown music sprzed 25 lat (pamiętacie choćby Lost Tribe?). Począwszy od czwartej części muzycy jeszcze mocniej akcentują swoje rockowe powinowactwa. Bystrze pracuje kontrabas, który oczywiście brzmi jak gitara basowa, a perkusja ocieka potem i jest świetnym cerberem ładu w zakresie dynamiki. Kilkukrotnie tu, i w kolejnych częściach, udanie zazębiają się symultaniczne, solowe ekspozycje saksofonu i gitary. Ta ostatnia, co pewien czas sięga po grepsy rockowej psychodelii, a na sam finał kleci nam spokojną balladę.

 


Brom  Dance with an Idiot (Trost Records, LP 2020)

Na zakończenie dzisiejszej zbiorówki zawitamy do Moskwy. Nasz ulubiony kwartet tej części świata zagra dla nas osiem punk-jazzowych petard, tu w składzie bazowym, a zatem: Dmitry Lapshin – gitara basowa, Anton Ponomarev – saksofon altowy, Felix Mikensky – elektronika oraz Yaroslav Kurilo – perkusja. Dwie strony winyla trwają łącznie trochę ponad trzy kwadranse.

Czyż nie jest tak, że najbardziej lubimy te piosenki, które dobrze znamy? Brom na swojej dziewiątej płycie niczym nas nie zaskakuje, ale jednocześnie sprawia, iż każda sekunda spędzona z ich muzyką jest czasem definitywnie dobrze wykorzystanym. Niesamowita mieszanka punkowej dynamiki, noise’ rockowych, basowych przełomów, post-jazzowych improwizacji, a tu także, dobrze wkomponowanej w ten tygiel dzikich emocji elektroniki, która brzmi równie analogowo, jak i współcześnie, niemal turntable’owo!

Płytę otwiera silnie sfuzzowany bas, który już na wejściu buduje małą ścianę dźwięku. Po pewnym czasie z tej chmury wydobywa się wrzask saksofonu i beat perkusji, które w kilka chwila są w stanie równie efektownie hałasować. Druga część zdaje się być budowana nad wyraz delikatnie, jak na kanony Bromu - melodia rysowana szczupłym brzmieniem basu. Tuż potem wybrany zostaje kierunek – połamany rock w tempie marsza z bystrymi, syntetycznymi improwizacjami. Trzeci odcinek, to niemal klasyk – speedpunkowa sekcja śmierci, drony elektroniki i post-jazzowy skowyt altu. Z kolei część czwarta, to nieco inne rozdanie. Utwór toczy się pod dyktando elektroniki, która pokazuje wszystkie swoje oblicza. Bas jak zwykle kreśli zygzaki, a finał opowieści wlecze się wyjątkowo powoli z posmakiem zdrowej psychodelii. Piąty numer, najdłuższy, to jakby przegląd estetycznych zainteresowań kwartetu. Muzycy toną w ciągłej zmianie - jak hieny krążą nad zgliszczami muzycznych gatunków, które stawiają na emocje i nie zdejmują bez potrzeby nogi z gazu. Biorą z tego, co im się podoba i techniką upside down podają jako swoje specjały. Tempo karabinu maszynowego powraca w części szóstej, w a siódmej Brom efektownie funkuje! Bas tańczy i swawoli, obok funkowe riffy generuje … gitara (?), a reszta załogi tylko dorzuca do ognia, wijąc się serpentynami z dołu do góry i z powrotem. Wreszcie finał – szybka palcówki na basie i spowolnione oddechy saksofonu i perkusji. Kilka powtórzeń, dwie sekundy zawahania i ostateczny skok w przepaść! Highway to the end and noise for ever!

 


piątek, 19 lutego 2021

Caicedo! Massacre! Speedball Trio! Plague Organ! Hellish Form! Mordom! Depressive sounds for depressive life!


Rzeczywistość dwudziestego pierwszego roku Dwudziestego Pierwszego Stulecia jawie się równie przerażająco, jak groteskowo. Zarówno w ujęciu geopolitycznym, lokalnie społecznym, jak i - nade wszystko – pandemicznym. Próżno szukać szansy na odnalezienie rozsądnego uzasadnienia, czy poznania przyczyn zjawisk, które doprowadziły do realnego piekła na ziemskim padole, jeszcze gorzej wychodzi nam jakakolwiek próba poszukiwania realnej nadziei na poprawę życia tu i teraz.

Depresyjne czasy być może dadzą się na chwilę obłaskawić … depresyjną muzyką, która sprawi, że dead reality przez moment stanie się choćby w minimalnym stopniu przyswajalna (tudzież skutecznie zagłuszana!). Klin klinem, jak mawiają starzy, rzetelni i systematyczni pijacy!

Dziś zapraszamy na sześć definitywnie mrocznych, hałaśliwych, po prawdzie realnie niebezpiecznych nagrań! Nie zabraknie naszej ulubionej improwizacji, ale nie ona będzie kluczowym elementem składowym opowieści. Będą nią realne emocje, pełne mroku i egzystencjalnej trwogi, stanowiące być może jedyny przejaw realnego życia w naszej schorowanej rzeczywistości. Czasami będą to toksyczne plamy dźwięków, innym razem ostre, ekspresyjne, równie proste, jak demoniczne i ekstremalnie dynamiczne dźwięki w niezobowiązującym metrum 4/4.

Na podróż po dantejskim piekle mrocznych i chwilami niezwykle hałaśliwych dźwięków zabiorą nas zarówno nasi dobrzy znajomi (Diego Caicedo, Anton Ponomarev, Rene Aquarius), jak i … dotychczas kompletnie na tych łamach niedostępni muzycy z dalekiej Kalifornii, którzy muzykując w ramach kasetowego labelu Transylvanian Tapes (!) zaproponują nam jedyny w swoim rodzaju spektakl doom/death/black dance!

 


Diego Caicedo  Ancient Visions From The Void (Discordian Records, DL 2021)

Do roli mistrza ceremonii otwarcia naszego spektaklu grozy zapraszamy kolumbijskiego gitarzystę Diego Caicedo. Jego nowa płyta solowa nagrana została w zamierzchłym roku 2018 (Barcelona, The Golden Apple Studio), składa się z siedmiu utworów, trwa około 35 minut.

Starożytne Wizje z Pustki rozpoczyna post-industrialna repetycja, która brzmi najpierw odrobinę syntetycznie, po chwili już jak najbardziej gitarowo. Sprężenia, pętle, plejady charczących wymiotów lepią się w dron post-elektronicznego, po części plądrofonicznego konglomeratu hałasu i przesteru. Po ponad siedmiu minutach gasną niemal w dubowej poświacie. Druga opowieść szyta jest gęstym, gitarowym, na poły black metalowym ściegiem. Samotna gitara, dozgonnie pozbawiona sekcji rytmu, rysuje efektowne pętle i czyni dzieło zniszczenia. Określenie preparacja dźwięków brzmi w tym wypadku nad wyraz łagodnie. Trzecia część sprowadza nas na samo dno. Dark deep ambient gitary buduje najmroczniejszy z klimatów - doskonały soundtrack do kolejnego nieudanego filmu grozy. Z offu pojawia się głos, który wypowiada słowa zdające się być definitywnie ostatnimi w tym wymiarze ludzkiej egzystencji.

Do czwartej jaskini mroku zaprasza nas siarczysta, gęsta, ale jakże powabna gitara, rzec można typical beauty of Caicedo’ style! Płynie w sformowanym dronie, który szuka hałasu. Post-industrialny strumień czerni, w tle którego coś bije jak dzwon ze spalonego kościoła, w mule gitarowych zgrzytów i bolesnych fraz. W drugiej fazie nagrania ambientowy background umiera, a gitara brnie dalej mocą swoich bulgoczących przetworników i pick-upów. Kolejna część powraca do mrocznego ambientu części trzeciej. Coś zaczyna skwierczeć na gryfie, drżeć i zdzierać realną powłokę strun, po czym gaśnie snem niesprawiedliwego. Szósta historia, to znów siarczysta gitara, która szuka hałasu, degeneruje dźwięki, jakby próbowała wślizgiwać się do grubych kabli prowadzących do potwornego komputera. Jakby na gryf gitary spadał deszcz hałaśliwych meteorytów. Na koniec tej części powraca głos, który znamy z części trzeciej. Wreszcie finał, krótka etiuda mroku, rodzaj repryzy poprzedniej opowieści, z dodatkową porcją dark ambientu w dalekim tle. Po drodze do swojego definitywnego końca flow gitary gubi gdzieś siarczysty posmak i ginie w absolutnej czerni.

 


Ponomarev/ Obrazeena  Massacre (Utech Records, LP/CD 2021)

Płyta zatytułowana Masakra nie mogła ominąć naszego dzisiejszego zestawienia! Zapewne wyjątkowo mroźna Moskwa, tamtejsze pomarańczowe studio, a w nim Anton Ponomarev (saksofon, flugelhorn i elektronika) oraz Anton Obrazeena (gitara i tajemnicze przetworniki dźwięku, takie jak FX i Knife). Muzycy, którzy stawiają na improwizację proponują nam trzy utwory (ten pierwszy dostępny jedynie na CD), które trwają niespełna 49 minut.

Opowieść, którą nazwać możemy roboczo Moskiewską Masakrą Piłą Elektroniczną zaczynamy właśnie od kompaktowego bonusa, który trwa mniej niż osiem minut. Gitara zaczyna swoją podróż na zakwaszonej prerii, pełnej wygłodniałych kojotów. Towarzyszy jej - siejąca popłoch z rockową ekspresją - fuzja gęstej elektroniki i rozkrzyczanego saksofonu. Z tego tygla złych mocy muzycy formują chroboczący, pulsujący, wielowarstwowy dron, który okazjonalnie zdolny jest jeszcze ujawniać dźwięki żywych instrumentów. Początek drugiej opowieści (zapełniającej całą pierwszą stronę winyla) zdaje się być najciekawszym stadium Masakry. Dark ambientowa poświata, łagodna, ale nerwowa gitara, która płynie z posmakiem syntetyki, ale i frazami godnymi americany, tudzież czerstwego bluesa, obok zaś suchy, wystudzony saksofon, który zaczyna porykiwać, ale z dalekiej perspektywy. Narracja typu stand-by, gotowa w każdej chwili do eksplozji. Potencjometry mocy tańczą na skali, opowieść nie przekracza jednak granicy hałasu. Mniej więcej w połowie tej części muzycy formują już nerwowy, dominujący nad światem żywych dźwięków, elektroniczny dron. W jego tle smaży się gitara, czasami pokrzykuje zmutowany flugelhorn. Opowieść pełna jest dynamicznych zmian, zdaje się mieć tysiące twarzy, co nie zmienia faktu, iż jesteśmy już całkowicie zatopieni w oceanie hałasu.

Druga strona winyla, a trzeci trak na dysku, nie pozostawia już złudzeń, co do faktycznych zamiarów muzyków. Definitywnie chcą nas zmasakrować dźwiękiem. Intensywne skwierczenie na kablach, pasma gęstej syntetyki, przestery i usterkowa post-elektronika. Tu dron zostaje sformowany bez zbędnej zwłoki i steruje narracją do ostatniego jej tchnienia. W ramach wydarzeń okołohałaśliwych należy zauważyć, iż w okolicach szóstej minuty wrzeszczy jakiś dęty instrument, wyposażony w kosmiczny pogłos, a po mniej więcej kwadransie swoje expose prezentują intrygująco niskie partie syntetycznych dźwięków. Narracja zmyślnie chyli się ku upadkowi, stanowiąc już prawdziwą ścianę białego hałasu. Na samym jej końcu niespodziewany atak przypuszcza fala dark ambientu, która podejmuje ostatnią próbę walki o rząd dusz tych, którzy dotrwali do końca Masakry.

 


Speedball Trio  Speedball Trio (Gusstaff Records, CD/LP 2020)

Pozostajemy w towarzystwie Antona Ponomareva (saksofon altowy), który przy wsparciu Sergey’a Bolotina (bas) oraz Hassana Mustafina (perkusja), na 33 minuty wyrwie nas z czarciej mocy, postawi na ziemi i zakręci w głowie rosyjskim heavy jazzem, któremu na okoliczność tej recenzji możemy upudrować nosek punkowymi rytmami i szaleńczymi improwizacjami na saksofonie, czynionymi w trakcie licznych galopad. Speedball Trio – doprawdy trudno o lepszą nazwę! Siedem utworów zawsze na temat, z przytupem i odrobinę zdrowszą energią. Nagranie z pomarańczowego studia w Moskwie, z października 2019 roku.

Ostry jak brzytwa saksofon, hc-punkowy bas, który niesie na sobie także jarzmo kreowania tematu utworu, wreszcie chwilami speed punkowa perkusja, która z niejednego pieca chleb jadła – dynamiczna opowieść, atakująca bystrymi emocjami, łamiąca frazy jak wafle, pałaszowane na odpuście. Saksofon pozwala tu sobie na wiele - koncertuje się na efektownych i dynamicznych improwizacjach (zwłaszcza, gdy incydentalnie tempo narracji na chwilę siada), podczas gdy sekcja rytmu dba o dramaturgię oraz dyscyplinę w zakresie dynamiki i budowania punkowych przełomów. Druga część kusi powabnym, funkowym rytmem, zachęca do tańca i kompulsywnego wrzasku. Bas rządzi tu niepodzielnie, niezależnie od tego, czy płynie czystym brzmieniem, czy włącza fuzzowe turbodoładowanie i brzmi, jak wielka maszyna post-industrialu. Saksofon rzęzi i grasuje po scenie - raz za razem dławiąc się własnymi wymiocinami. W trzeciej części bas płynie jakby wyżej, a sercem opowieści zdaje się być prawdziwie punkowy groove.

Kolejna historia to niemal suita! Prawie dziewięć minut! Muzycy początkowo kroczą w nim dalece dostojnym, marszowym tempem. Bas rysuje zgrabne pętle, saksofon podśpiewuje pod nosem, a perkusja dba o szkielet ekspozycji. Już po dwóch minutach narracja rozlewa się bardzo szerokim korytem. Jest czas na improwizację, z której skrzętnie korzysta saksofon. Bas coś pichci na boku, ale nie jest jeszcze skłonny wypłynąć na pełne morze. Kolejna piosenka szyta jest rockowym strojem z punkowym zębem. Prosty rytm, zdrowe emocje! Bas zaczyna intrygująco mieszać frazy, dając znak, że jest już gotowy na bardziej improwizowane przebiegi. Trochę dubowego echa i przesterów sprzyja większej otwartości na zaskakujące rozwiązania dźwiękowe. Szósta opowieść dyktuje takie tempo, że recenzent nie nadąża z notowaniem wrażeń! Szybki punk z basem, który ma pomysł na budowanie narracji. Świetne momenty saksofonu, zwłaszcza, gdy opowieść delikatnie zdejmuje nogę z gazu. Na ostatniej prostej garść prawdziwie post-zornowskich łamańców rytmicznych. Wreszcie finałowa piosenka, rodzaj speedballowego resume! Najpierw zwinne intro z pogłosem i szczyptą industrialnego brudu, potem już krwisty heart attack z rozszalałym z emocji saksofonem. Opowieść pachnie zaangażowanym rockiem, który dobrze sprawdza się na niszowych stadionach. Bas zdaje się być nad wyraz melodyjny, saksofon zawiesza się w dronie. Furia, przełomy, charkot z tuby i śmierć!

 


Plague Organ  Orphan (Sentient Ruin Laboratories, Kaseta/LP 2020)

Powracamy w mroczne klimaty, ale nie zdejmujemy nogi z gazu, albowiem wciąż pędzić będziemy na złamanie karku w bliżej nieokreślonym kierunku. Na kolejną szaloną eskapadę zaprasza nas perkusista René Aquarius (świetnie znamy się m.in. z duetu Dead Neanderthals!), który przy wsparciu Marlona Wolterinka (odpowiadającego za elektronikę), umieści nas w gęstym strumieniu dźwiękowym, budowanym - z intensywnością godną uwiecznienia w kanonie gatunku - głównie z niskich, syntetycznych plam dźwiękowych, dynamicznego, upiornie repetytywnego drummingu, wreszcie gardłowych wrzasków i melorecytacji. Ta niebywała epopeja syntetycznego, czarnego tańca trwa 39 minut i kilkanaście sekund.

Opowieść zaczyna się plamą elektroniki, pod którą natychmiast podłącza się masywny, niemal speed punkowy drumming. Ten drugi, podawany zdecydowanie na żywo, ciągnie za sobą smugi syntetycznego ambientu, jakby generował własne, niechciane echo. Uprzedźmy przebieg wydarzeń – drummer będzie tak pracował niemal do końca 38 minuty, raz na wiele minut czyniąc coś na kształt perkusyjnego przejścia, oznaki życia, która kładzie kłam dalece uzasadnionemu podejrzeniu, iż za ów ekstremalnie dynamiczny flow odpowiada odczłowieczona maszyna. W tle huczy dark ambientowa wokaliza, z której po kilku minutach wyłania się growlowy, mocno stłamszony głos, który stawia na recytację, co najwyżej raz na jakiś czas schodząc swą barwą w najniższe częstotliwości. Płynie z głębokiego mroku, wypowiada słowa pozbawione treści, a może nią nadmiernie przesycone. Tak budowaną narrację zdobią (kaleczą?) pulsujące mgławice basowych, syntetycznych pasm dźwiękowych. W tzw. tle dzieje się bardzo wiele, wciąż przybywa wątków, niektóre zostają z nami na dłużej, inne umierają po kilku westchnieniach.

Ta niesamowita galopada perkusji i tańczących wokół niej mrocznych, syntetycznych fonii (tajemniczy głos winniśmy zaliczać do … tej drugiej kategorii) czasami przebiera posmak dark electro, innym razem pulsuje mrocznym chaosem nierealnego black metalu. Slow growl zdaje się siać egzystencjalny niepokój i budzić przestrach, ale być może zadaje jedynie coraz trudniejsze pytania, stemplowane jak znaczki na poczcie basowymi wyziewami. Monotonia wiecznych powtórzeń determinuje tu całą dramaturgię, przy okazji nie pozwalając na cień wątpliwości, co do słuszności obranego kierunku. Staraj się słuchać tego głośno, w dobrych słuchawkach, istnieje bowiem duże prawdopodobieństwo, iż w twojej głowie zaczną pojawiać się dodatkowe zjawiska foniczne, jeśli tylko dasz im szansę zaistnieć. W drugiej części nagrania muzycy zaczynają generować wyżej zawieszone pasma syntezatorowe, która zdają się wyć niczym chór komentujący recytacje głosu głównego. Po wybiciu 30 minuty możemy odnieść wrażenie, jakby ta szalona, perkusyjna galopada jeszcze zagęszczała swój ścieg, a cały background rozmywał się, tracił moc. Ale … może to wszystko nam się tylko wydaje. Opowieść zasadnicza definitywnie gaśnie tuż przed upływem 38 minuty. Nagle, jakby zupełnie niezapowiedzianie. Ostatnie kilkadziesiąt sekund, to jedynie rechoczące sekwencje martwego syntezatora, któremu ktoś zapomniał wyłączyć zasilanie. Wieczna repetycja, ciągle te same pytania i wątpliwości.

 


Hellish Form  MMXX (Transylvanian Tapes, Kaseta 2020)

Czas na zapowiadane opowieści z Kalifornii. Definitywnie hamujemy, ale mrok wokół nas będzie się … istotnie zagęszczał. Na ekscytujący stepping & droning doom show (określenie redakcji!) zaprasza duet Hellish Form, o którym wiemy naprawdę niewiele. Jednym z muzyków jest Jacob Lee, dane drugiego muzyka pozostają nieodkryte. Narzędzia pracy? Gitara/ gitary (chwilami słyszymy ich kilka, ale nie sądzimy, by wszystkie generowały dźwięki w czasie rzeczywistym), perkusja i poznane już dziś … gardłowe wrzaski i melorecytacje. Dwa rozbudowane utwory (łącznie około 39 minut). Nic nie wiemy o miejscu i czasie ich powstania.

Na wejściu witają nas dźwięki (masywne słupy dźwięków!) silnie sfuzzowanych gitar, które pulsują siarczystym brzmieniem, pełne stanowczości i dramaturgicznej determinacji. Ich flow wydaje się być kilkuskładnikowy, ale ten wątek naszych recenzenckich egzegez porzucamy, wszak ważniejsze są dla nas emocje płynące z tego marsza pogrzebowego, czynionego na skraju krainy wiecznego hałasu. Z oddali dociera do nas tajemniczy ambient, który po chwili okazuje się głosem ludzkim, wpuszczonym w bezdenny pogłos i krzyczący (recytujący) tekst, którego warstwa werbalna pozostaje dla nas na razie nieosiągalna. Plejada spiętrzeń i sprzężeń, eksplozje rozkalibrowanych strun, zdolnych generować potok riffów – oto Hellish Form krok za krokiem, w drodze ku nieznanej ziemi. Dopiero po kilku minutach zdajemy sobie sprawę, iż w chmurze gitarowego hałasu kroczy z nami także perkusja, która stawia doomowe stemple mocy. Po upływie 5 minuty gitary nagle milkną. Na moment perkusja zostaje sama, efektownie rezonuje z ciszą i wyczekuje na powrót gitar. Nim to nastąpi na nasze głowy spada jeszcze wysoko zawieszony dron ambientu. Gitary wracają, ale zdają się płynąć bardziej separatywnymi strumieniami, jakby zdołały posadowić się na przeciwległych flankach. Zupełnie przy okazji powraca głos, który ma tym razem dość syntetyczny tembr. Przy odrobinie wysiłku jesteśmy w stanie zrozumieć wypowiadane słowa. Gęsty flow, co rusz zostaje wzbogacany nowymi pasmami gitarowymi. Niekiedy gitary plotą dość melodyjne narracje, innym razem kreślą dark ambientowe mgławice, wciąż topią się jednak w magmie wątku głównego i slow beatu perkusji. Moc powtórzenia kreuje opowieść, która stawia kolejne kroki z otrzeźwiającą siłą desperacji i egzystencjalnego rozdygotania. Po 24 minucie wszystkie dźwięki zlewają się do szerokiego koryta ambientu, a perkusja milknie. Ów piękny suspens trwa kilkadziesiąt sekund, po czym płynnie przenosi nas do drugiej części spektaklu.

… Ta rodzi się w mule gitarowych sprzężeń i syczących amplifikatorów. Perkusja powraca z doomowym rytmem, gitary zaczynają stawiać kolejne słupy graniczne, jakkolwiek flow zdaje się być nieco zmodyfikowany w stosunku do ekspozycji części pierwszej. Tempo pozostaje bez zmian (a raczej jego brak), a w tle pulsuje coś syntetycznego. Powraca głos, który wydaje się być jeszcze bardziej zdesperowany. W ramach antidotum na jego depresyjną moc, na backgroundzie obu flanek pojawiają się ambientowe śpiewy gitar. Po kilku chwilach cała narracja zdaje się istotnie zagęszczać tryb swojej pracy. Gitary i perkusja sprawiają wrażenie, jakby wspinały się na duże wzniesienie. W połowie 12 minuty fale mrocznego ambientu zaczynają jednak przygotowywać wszystkich na finałowe odliczanie. Gitary repetują melodycznie, opowieść gaśnie w szumie fuzzów, ale ostatni dźwięk należy do perkusyjnej stopy, który ginie bezpowrotnie w pogłosie.

 


Mordom  Eternal Solitude (Transylvanian Tapes, Kaseta 2020)

Zagłębiamy się w mroku gitarowego szaleństwa! Przed nami załoga z kalifornijskiego San Diego w składzie: Kian Abulhosn, Dan Rot, Max Hoffman oraz Dane Mansfield, a w ich władaniu: gitara, bas, perkusja i – co chyba już dziś oczywiste – rozkrzyczane gardło! Ta podróż będzie miała definitywnie black metalowy wymiar, jakkolwiek znów topić się będziemy w czerstwym i wyjątkowo głębokim dark ambiencie, a wiele gitarowych fraz, w kluczowych dla dramaturgii całości momentach, nabierać będzie niemal post-rockowych barw. Zdaje się, że cała opowieść nie będzie miała na celu niszczenia naszych narządów słuchu, a raczej sianie egzystencjalnej trwogi (płyta, to jakby ciąg obrazów przedstawiających kolejne fazy życia … po śmierci). Sześć epizodów zlepionych w dwa utwory, niespełna 38 minut.

Budzimy się w samym środku gitarowego zgiełku, który nie zdąży sformować się w dron, albowiem narracja, bez zbędnej zwłoki, wpada w pierwszą tej nocy blackmetalową furię. Ów atak zdaje się jednak topić w poświacie niezwykle gęstego, wyjątkowo mrocznego ambientu i docierać do nas, jakby przez zamgloną szybę. Oto dwa oblicza tego samego zjawiska, dwa strumienie złych mocy, które starają się nad nami zapanować. Następujące dość szybko spowolnienie budzi jeszcze większe emocje, nawet, gdy narracja znajduje przestrzeń i zaczyna przyoblekać szaty post-rockowej meta relaksacji. W tym zgiełku i uroczym chaosie rola ostatecznego dewastatora wszelkiej nadziei przypada w udziale głosowi, który desperacko krzyczy, a wydaje się, że jego przekaz werbalny, to zbiór całkowicie pusty. Narracja pulsuje, skacze w ogień black metalowej desperacji, po czym hamuje w gęstwinie ambientowych zasiek. Duża zmienność akcji, łamanie tempa i rytmu, eskalowanie hałasu i jego metaboliczne tłumienie - metalowy sztafaż rozpoznawalnych grepsów gatunku ginie tu w emocjach post-gitarowej poświaty rozpływających się dźwięków. Po 13 minucie gitara dławi się już całkowicie ambientem, a echo surowego post-rocka niemal bez sekundy ciszy przenosi się nas do drugiego traku.

Rockowa repetycja zaczyna budować nowy wątek opowieści o Wiecznej Samotności. Furia black metalu powraca raz za razem, ale tym razem muzycy zdają się dawkować nam emocje i swoje niewyczerpalne zasoby ekspresji. Każda z jej faz niesie na swych barkach jeszcze większą porcję mulistego post-ambientu, pojawiają się też frazy gitarowego harshu, pełne kwasowych naleciałości. Opowieść częściej teraz stawia na spokojniejsze tempa, from time to time haczy też o doomowe ekspozycje basu i perkusji. Ciągle zdaje się mieć dwa plany – jest koszmarnym snem dark ambientu, rozsiewanym przez meta melodyjną gitarę i mrocznym wybudzaniem się black metalu, który rysuje pętlę, które zaciskają na naszej szyi. Ta niesamowita podróż dobiega końca po 20 minucie – ogniste frazy dogasają na gryfach gitary i basu, po czym łączą się we wspólny strumień ambientu i umierają.