Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabriel Ferrandini. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gabriel Ferrandini. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 14 marca 2023

Ilia Belorukov, Gabriel Ferrandini and the Sculptor!


Saksofonista Belorukov i perkusista Ferrandini debiutowali w formule duetu cztery lata temu błyskotliwą realizacją Disqueit, której niewątpliwe uroki zostały na tych łamach szczegółowo odnotowane.

Zapewne z powodu powyższego wydarzenia muzycy zagrali wówczas kilka koncertów, także w Sankt Petersburgu, mieście dla alcisty rodzimym. Spotkali się w ogromnej sali koncertowej, której sufit zawieszony jest na wysokości piętnastu metrów, a wszędzie panoszą się wielkie okna. Występ w takiej przestrzeni była dla artystów wyposażonych wyłącznie w akustyczne instrumenty wyzwaniem nie lada, ale dawał też niebywałe możliwości foniczne, dzięki czemu najdrobniejszy dźwięk mógł być tu doskonale słyszalny.

Muzycy ze wszelkimi wyzwaniami poradzili sobie po mistrzowsku. Zagrali niedługi, jakże konkretny i emocjonalny występ, swobodnie improwizowany, ale dość mocno osadzony w estetyce post-freejazzowej. Nasza radość z odsłuchu jest zatem kompletna!

Koncert jest nieprzerwanym ciągiem zdarzeń fonicznych, który podzielony został na trzy części. Momenty zmiany traku zdają się tu być wyjątkowo trafnie dobrane, adekwatnie do dramaturgii wydarzeń na scenie.




Gabriel zaczyna na talerzach i gongach, Ilia wydaje z tuby szeleszczące, powabne frazy. Narracja na wstępnym etapie koncertu prowadzona jest w nieśpiesznym, niemalże majestatycznym tempie. Lepi się z subtelnych, dętych oddechów i stylowego mikro drummingu. Płynie na ogół krótkimi frazami saksofonu i takimiż uderzaniami w elementy zestawu perkusyjnego. Improwizacja prowadzona w dość spokojnym trybie nabiera tu jednak rumieńców – muzycy bez trudu łapią wspólny oddech. Perkusja jest delikatnie stonowana, alt z kolei bardziej kompulsywny, ale bardzo precyzyjny w ruchach. Muzycy budują emocje, ale nie eskalują tempa, ich flow przypomina leniwe fale wielkiego oceanu.

W drugą część koncertu wchodzą dyktując sobie pierwsze znaczące spowolnienie, jakby postanowili powrócić na moment do początku koncertu i drobnych, smukłych dźwięków. Narracja znów ma nieco ceremonialny charakter, ale jej faza rozwoju skrzy się innymi emocjami. Saksofonista zaczyna wznosić melodyjne modły, a perkusista nerwowymi ruchami kreśli kolejne etapy opowiadania. Muzycy kręcą się teraz wokół własnej osi, jak w pijanym tańcu, ale ich incydentalne chwile zadumy pełne są coraz bardziej mrocznych emocji. Po serii zwinnych przebiegów, narracja zaczyna zbliżać się do ciszy, a ster okrętu przejmuje drummer, który kreuje dość leniwą ekspozycję solową. W jej trakcie zupełnie niepostrzeżenie odnajdujemy się w trzeciej części koncertu.

Reakcją saksofonisty na samotną ekspozycję perkusisty są łagodne, rezonujące frazy. Artyści świetnie na siebie reagują i snują zmysłową, ale bardzo minimalistyczną opowieść. Każdy z nich zdaje się teraz budować nieco odmienną dynamikę. Ilia rozhuśtany, rozśpiewany, gotowy na każde wyzwanie, Gabriel bardziej ceremonialny, choć nieunikający tanecznego kroku. Z czasem dostajemy się w wir prawdziwie ognistych podmuchów, ale w tym tyglu ekspresji nie brakuje przestrzeni i oddechu wielkiej sali koncertowej. Alcista kroi nam teraz niebywale atrakcyjne frazy, z kolei perkusista stawia zasieki i dba o adekwatny poziom ekspresji. Narracja ma kilka błyskotliwych spiętrzeń i zdaje się sięgać artystycznego nieba, choćby w momencie, gdy alcista zaczyna kwiczeć, a perkusista oplata go strumieniem circle drumming. Ale najpiękniejszy fragment koncertu dopiero przed nami! Zdaje się nim być niebywale precyzyjne stłumienie ekspresji i zejście w nerwową, subtelnie szytą balladę. Znów dużo tu minimalizmu - trochę perkusyjnych szczoteczek i garść preparowanych fraz dętych. Końcowe trzy minuty koncertu, to kolejne wspinanie się na szczyt. Artyści gwarantują nam niebywałe emocje do ostatniej sekundy koncertu.

 

Ilia Belorukov & Gabriel Ferrandini Sculptor (Tripticks Tapes, CD 2023). Ilia Belorukov – saksofon altowy oraz Gabriel Ferrandini – perkusja. Nagranie koncertowe, Masterskaya Anikushina, Petersburg, maj 2019. Jedna improwizacja podzielona na trzy części, 33 minuty.



poniedziałek, 16 stycznia 2023

Evan Parker X-Jazz Ensemble! A Schist Story!


Nie stawaj przed innymi, graj tylko wtedy, gdy masz coś ważnego do dodania w kontekście tego, co jest właśnie grane; nie rób niczego na siłę, sprawiaj, by całość swobodnie płynęła. Zmieniaj kierunek tylko wtedy, gdy sytuacja sceniczna wydaje się niezdefiniowana, ale nie z twojego punktu widzenia, ale kolektywu. (…) Nie myśl za dużo, wykazuj atencję i słuchaj. Słuchanie jest priorytetem. (…) Pilnuj natężenia dźwięku i dynamiki, używaj tylko koniecznych fraz, ani więcej, ani mniej, jesteś tylko drobnym elementem globalnej koncepcji; działaj w korespondencji z innymi, ze świadomością, że jesteś istotnym fragmentem całości *).

Mniej więcej tymi słowami Evan Parker rozpoczynał każdy dzień tygodniowego warsztatu, jaki realizował z improwizującymi muzykami z Portugalii, latem 2012 roku w górzystych okolicznościach iberyjskiej przyrody. Zwieńczeniem tygodnia pracy był finałowy koncert, którego dokumentacja fonograficzna właśnie do nas trafiła. Pytanie, czy warto było na nią czekać całą dekadę, jest oczywiście jedynie retoryczne. Z dzisiejszego punktu widzenia nie sposób nie skonstatować, iż dla portugalskiej sceny muzyki improwizowanej było to jedno z ważniejszych wydarzeń w definitywnie historycznym wymiarze. Bez zatem dalszych introdukcji sprawdźmy, cóż działo się w trakcie spektaklu, który trwał niewiele ponad trzy kwadranse, a na scenie jednoczył brytyjską ikonę improwizującego saksofonu (tu także w roli dyrygenta) i piętnastu portugalskich adeptów, zarówno tych bardzo już wtedy doświadczonych artystycznie, jak i niemal młokosów. Zauważmy, iż większość z tych lokalnych muzyków, to dziś czołowe postacie europejskiej muzyki improwizowanej.



Improwizowana opowieść ma zdecydowanie kameralną introdukcję. Altówka kreśli melodyjny flow, który komentowany jest innymi dźwiękami strunowymi (w tym gitary akustycznej) oraz spokojnymi frazami trąbki. Krok za krokiem narracja delikatnie nadyma się i rozrasta, by po wybiciu 5 minuty utonąć w elektronicznym backgroundzie i blasku rezonujących talerzy. Pierwsze dźwięki dostarczają teraz gitary elektryczne, które udanie konweniują z elektroniką. Opowieść gęstnieje i w okolicach 10 minuty chłonie pierwsze dźwięki saksofonów – najpierw sopranowego, potem tenorowych. Nie wspina się jednak na szczyt, ale wpada w objęcia śpiewnych, spokojnych podmuchów saksofonu, inkrustowanych strunowymi i perkusjonalnymi drobiazgami. Jedna z gitar elektrycznych kreśli teraz dźwięki, pod które podłącza się saksofon. Jazzowy posmak zachęca inne instrumenty do włączania się w budowanie gęstego, po chwili już ogniście free jazzowego łańcucha zdarzeń. Zakończenie pierwszego kwadransa koncertu grane jest już chyba całą orkiestrą i kipi od emocji.

Po osiągnieciu punktu przegięcia improwizacja rozlewa się szerokim korytem wyłącznie intrygujących fraz. Strunowce fermentują, trąbka dmie na wszystkie strony, swoje dokłada też elektronika. Ale po kilku minutach flow przygasa i wielka orkiestra przystępuje do kreowania nowego wątku. Bazy rytmicznej szuka tu gitara akustyczna, wytrwale pracuje harfa i delikatna elektronika. Powrót saksofonów oznacza tu duży zastrzyk energii. Tempo jest jednak umiarkowane, co sprzyja podłączaniu się kolejnych ośrodków dźwiękowych. Intensywność rodzi się tu wszakże na flankach, kreowanych przez dobrze już rozgrzane perkusje. W mgnieniu oka narracja osiąga stadium Orchestra Tutti! Piękny szczyt w ułamku sekundy przekształca się w … jazzowe trio z saksofonem tenorowym, bystrze doposażone w emocje kontrabasowym smyczkiem.

W okolicy 25 minuty koncert zaczyna się jakby od nowa. Znów altówka, garść strunowych zdobień i trąbka. Kilka brudniejszych fraz dokłada teraz cello, reszta pracuje w trybie short-cuts, umoczona w elektronicznym sosie. Kilka bystrych fraz ślą także saksofony, przy czym każdy z nich zdaje się pracować w innym trybie. Kolejne wzniesienie pokonywane jest głównie dzięki inicjatywie watahy instrumentów strunowych, a udane lądowanie następuje wprost w objęcia małych perkusjonalii i gitar z prądem. Narracja znów zatem szuka nowych rozwiązań, leniwie nadyma się i rośnie w siłę serią wzajemnych kontrapunktów. Wszystko sprzyja teraz ekspozycji saksofonu sopranowego. Ten z energią przystępuje do dzieła, tło zaś pęcznieje dzięki gitarom i perkusjom. Prawdziwie free jazzowe uniesienie wieńczy tu swój żywot po 34 minucie.

Improwizację czeka teraz drobne wytłumienie, ale odbywa się ono w inny niż dotychczas sposób. Gitara akustyczna buduje bowiem delikatne, ale definitywnie rytmiczne tło, które z jednej strony pozwala na chwile wytchnienia dla każdego, z drugiej nie pozwala umrzeć całej opowieści. Kilka urokliwych fraz harfy, dużo kreacji ze strony elektroniki i wielobarwne pochody gitar elektrycznych, to elementy składowe nowego wątku. Gdy do piętrzenia narracji przystępują także perkusje, wiemy już doskonale, iż orkiestra zaczyna wznosić się na finałowe wzgórze. Swoje dokładają teraz saksofony, a w grze uczestniczą już na pewno wszyscy zgromadzeni na scenie. Całość niesie się sporym hałasem, ma niemal post-industrialny posmak i pięknie gaśnie wraz z wybiciem 40 minuty, wprost w ramiona melodyjnych fraz strunowych. Słyszymy trąbkę, gitarę akustyczną (ze smyczkiem!) i wszystko to, co budowało improwizację na samym początku koncertu, a także w jego środkowej części. Kameralne rozchełstanie jest teraz efektem zwinnych onomatopei wiolonczeli i altówki, dźwięków elektrycznych gitar, harfy, trąbki i nisko zawieszonych, kontrabasowych smyczków. Kolektywny strumień emocji, tuż po wybiciu pełnych trzech kwadransów, wpada w objęcia rzęsistych oklasków.

 

Evan Parker X-Jazz Ensemble A Schist Story (JACC Records, CD 2022). Evan Parker – dyrygentura i saksofon, Miguel Mira – wiolonczela, João Camões – altówka, Angelica Salvi - harfa, Luís Vicente – trąbka, Marcelo dos Reis – gitara akustyczna, Hugo Antunes i José Miguel – kontrabasy, Miguel Carvalhais i Travassos – elektronika, Luis Lopes i Gonçalo Falcão – gitary elektryczne, João Lobo, João Pais Filipe i Gabriel Ferrandini – perkusje, Rodrigo Amado, João Martins i Pedro Sousa – saksofony. Nagranie koncertowe, 18 sierpnia 2012 roku, Casa da Cultura da Sertã, Schist Villages, Portugalia. Jedna improwizacja, 46:04.

 

*) cytuję za słowami albumowego credits



wtorek, 15 listopada 2022

The Lisbon Story: Sousa, Pinheiro & Ferrandini and Cloud at rest!


Muzyce improwizowanej z Półwyspu Iberyjskiego poświęcamy od zarania dziejów mnóstwo czasu, ale nigdy nam dość tego niecnego procederu! W tym tygodniu proponujemy nowe nagrania powstałe wyłącznie w Lizbonie, tudzież jej przedmieściach!

Dziś na dobry początek prawdziwa, free jazzowa perełka z udziałem saksofonisty Pedro Alvesa Sousy, o którym pisaliśmy całkiem niedawno, oczywiście w samych superlatywach i jego równie wyśmienitych kompanów – pianisty Rodrigo Pinheiro i perkusisty Gabriela Ferrandiniego. A w piątek spodziewajcie się kolejnych świeżych nagrań ze stolicy Portugalii. Zachodni skraj Starego Kontynentu jak zwykle w doskonałej formie!



 

Muzycy rozpoczynają swój niezwykły spektakl nad wyraz kolektywnie i w ten sposób będą czynić swoją improwizowaną powinność poza skończoną, jakże skromną liczbą przypadków. Skupienie, precyzja każdego ruchu, swoboda działania! Wszystko czynione tu jest na niemal modelowym parkerowskim wdechu, co stanowi oczywiście przywarę tenorzysty, ale w tak zadanej scenerii równie wyśmienicie czuje się zarówno pianista, jak i perkusista. Narracja szybko nabiera tempa i kontrolowanej intensywności mocą dramaturgicznych pomysłów wszystkich, a pianisty w szczególności. Swobodna improwizacja z free jazzowymi korzeniami wiedzie nas, przynajmniej w zakresie skojarzeń, w kierunku Schlippenbach Trio i trudno nie uznać takiego porównania za wyjątkowo trafne. Narracja faluje, bo takie są uroki demokracji, syci się najczęściej grą na małe pola, subtelnymi pytaniami i zwinnymi ripostami. Każdy z artystów dokłada tu indywidualną cegiełkę do obrazu całości, a każdy odcinek podróży mieni się świetną kooperacją, instynktem stada, które skutecznie przewiduje przebieg wypadków dźwiękowych.

Druga improwizacja, najdłuższa na płycie, zaczyna się spokojną balladą, z punktowym piano i zadumanym, leniwie wzdychającym tenorem. Duet otwarcia czeka tu nieco ponad minutę na inicjację ze strony filigranowych, sapersko precyzyjnych drums. Narracja zyskuje na dynamice, ale pomiędzy frazami wciąż kłębi się dużo przestrzeni do zagospodarowania. Opowieść z czasem pęcznieje, nadyma się plejadą bystrych fraz i dramaturgicznych subtelności. Przez moment piano zostaje samo na scenie i kreuje minimalistyczne pasaże przy zachodzącym słońcu. Najpierw wraca perkusja, potem saksofon i już we trójkę plotą nowe, niestworzone historie o miłości. A emocji wciąż przybywa.

Kolejne odcinki lizbońskiej podróży są nieco krótsze, skondensowane w formie, ale często buchające niekontrolowanymi emocjami. Trzecią historię klecą z drobiazgów, zmysłowych short-cuts. Ślady inside piano, punktowe uderzenia po werblu i tomach, nieśmiały tembr tenoru. Oto abstract post-classic z free jazzowym nerwem w uśpieniu. Kolejna mikro narracja, to solowa ekspozycja pianisty, która zostaje burzliwie skomentowana przez powracających z chwilowego niebytu rozleniwionych partnerów. Z kolei piątą opowieść otwiera tenorzysta. Wejście pozostałych niemal natychmiast buduje tu dość dynamiczną sytuację. Narracja lepi się z małych wulkanów ekspresji i stempli suchego powietrza. Szósta improwizacja od startu pełna jest zadziornych, ekspresyjnych fraz ze strony każdego z uczestników wycieczki. Muzycy stawiają jednak kroki bardzo rozważnie, a ich taniec połamanymi frazami generuje nawałnicę brzmieniowych subtelności. Z czasem narracja nabiera tu jednak intensywności godnej opowieści otwarcia. Free jazz pełną gębą! Przedostatni odcinek muzycy rozpoczynają z werwą, na raz, ale natychmiast tłumią emocje i ustawiają się w szyku duetowym – minimalistyczne piano i drżące talerze. Slowly but not deadly! Powrót saksofonu ma formę suchego drona. Piękne akcje na wdechu kreują tu same wspaniałości, podobnie jak ostatnie, dynamiczne depnięcie.

Finałowa improwizacja trwa niemal dziesięć minut i różnymi metodami twórczymi wspaniale reasumuje album. Początek tyczy tu tenor, płynący swobodnym strumieniem z uśmiechem na ustach. Czarne klawisze budują suspens, a talerze i inne metale zestawu perkusyjnego nerw życia. Opowieść przyjmuje teraz postać duetu piana i perkusji, który dość szybko łapie free jazzowego bakcyla. Gnają do przodu i nie liczą się z konsekwencjami. Tenor powraca, by uspokoić sytuację sceniczną. Najpierw śle kilka fraz zupełnie samotnie, a potem zabiera perkusję w kolejne duetowe tango. Kompulsywny, cyrkulacyjny oddech buduje tu zarówno emocje, jak i niebywałą jakość. Rozhuśtany taniec umila oczekiwanie na powrót pianisty. A ten ostatni jeszcze dorzuca do ognia. Tenor kipi od emocji, reszta równie efektownie stroszy pióra. Wielki finał urokliwe tłumi się wprost w objęcia ciepłej melodyki saksofonu.

 

Pedro Alves Sousa, Rodrigo Pinheiro, Gabriel Ferrandini Cloud at rest (Phonogram Unit, CD 2022). Pedro Alves Sousa – saksofon tenorowy, Rodrigo Pinheiro – fortepian oraz Gabriel Ferrandini – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagranie studyjne, Goethe Institut w Lizbonie, 25-29 listopada 2019. Osiem improwizacji, 48:14.



piątek, 4 listopada 2022

Pedro Alves Sousa and The Futuro Familiar’ Trip!


Portugalski saksofonista Pedro Sousa (od pewnego czasu używający także nazwiska Alves) należy do niewąskiej grupy artystów, których każde dokonanie płytowe zostało na łamach Trybuny Muzyki Spontanicznej dość szczegółowo omówione. Przy okazji zaliczamy go także do grona muzyków, którzy wyjątkowo rzadko publikują nowe nagrania. Tym większa zatem radość spotyka nas tej ciepłej jesieni, albowiem muzyk dostarcza dwa czarne krążki jednocześnie (za sprawą własnego labelu Futuro Familiar), a dodatkowo w innej portugalskiej stajni wypuszcza dysk nagrany we free jazzowym trio. O tym ostatnim nagraniu napiszemy niebawem, dziś natomiast pochylamy się nad Rahu i Ketu, dwoma definitywnie szalonymi, psychodelicznymi tripami, jakie Sousa wraz z przyjaciółmi z Lizbony popełnił w latach 2016-17.



 

Rahu

Sytuacja sceniczna jest następująca: dwa saksofony silnie zaplątane w elektronikę, kompulsywne, mroczne organy i wataha instrumentów perkusyjnych, które stanowią narzędzie pracy wszystkich pięciu muzyków, jacy pojawili się na deskach lizbońskiej Galerii ZDB ponad sześć lat temu.

Metaliczne echo pulsującej w ciszy elektroniki, saksofony charczące mrocznymi dronami i żywy circle drumming, który stara się oplatać pierwsze dźwiękowe wyziewy - koncertowa rozbiegówka zadaje pytania o źródła dźwięków i zupełnie ignoruje odpowiedzi. Mały festiwal fake sounds leniwie nabiera rozpędu, tworzą go także drobne, elektroniczne przestery i kompulsywna niecierpliwość. Opowieść zdaje się szukać rytmu, podczas gdy saksofonowe oddechy zaczynają łapać dubową przestrzeń. Dołem płynie struga basowej pulsacji, zapewne wprost z organów. Zupełnie mimochodem rozrasta się struga perkusjonalii, które pęcznieją w tempie geometrycznym. Całość jest już definitywnie gęsta, siarczysta, ale wciąż nad wyraz mroczna. Rodzący się rytm jest połamany, dekonstruowany elektroniką i charkotem zmutowanych saksofonów, permanentnie jednak bogacony perkusjonalną polirytmią. Strumień psychodelicznej fonii z każdym powtórzeniem nabiera barw, syci się kwaśnym powietrzem i magią chwili. Pajęczyna meta rytmu, poszarpana mantra delikatnie wytraca moc po upływie kwadransa. Przez moment słyszymy tylko żywą, perkusyjną stopę na bębnie basowym. Po złapaniu oddechu narracja nadyma się ekspresyjnymi dronami i obiera kierunek na wyjątkowo efektowny szczyt. Krzyk maszyn, syczenie elektronarzędzi i trupi odór. Dynamiczna galopada, której efekt buduje coraz gęstsza pajęczyna perkusjonalii, gaśnie tu na raz. Echo ucieka w niebyt w ułamku sekundy.

Druga strona czarnego krążka budzi się do życia w mroku organów, które brzmią wyjątkowo hammondowsko. Z oddali płyną pierwsze dźwięki perkusjonalii. Zupełnie jakby legendarni The Doors wychodzili właśnie na scenę, mając w perspektywie samotny koncert, bo ich własny Morrison ponownie zaniemógł. Pod strugę kwaśnego oczekiwania podłączają się także saksofony, znów płynące szerokim zwojem kabli. W tym tyglu rodzącej się dynamiki na front wydobywa się saksofon tenorowy Sousy, który rozpoczyna swój niebywały, dalece free jazzowy taniec. Krzyczy, śpiewa, buduje melodię, by po chwili całkowicie ją unicestwić. Jeśli daliśmy się wciągnąć w ten wir niebywałych dźwięków, to teraz – wraz z całym kwintetem – lecimy już prosto do piekła. Żywy taniec martwych – dubowe tło, gęsta post-elektronika i szalejące perkusjonalia. Frontowy saksofon skacze z lewej strony na prawą, rządzi całą szerokością sceny. Z odsieczą przychodzi mu drugi saksofon, znacznie spokojniejszy, nucący pod nosem meta melodię. Opowieść staje w ogniu i zionie gorącym powietrzem. Beauty fire music with organ post-ambient! Perkusjonalna polirytmia sięga tu szczytu, po czym zaczyna systematycznie wygasać, dając nową przestrzeń saksofonom, które snują obfitą opowieść zasłuchane w siebie. Ostatnie minuty zostają oddane we władanie dęciaków, w tle słyszymy tylko brzęk talerzy i bicie stopy na bębnie basowym. Kołysząc się jakże spokojnym rytmem saksofonów docieramy do post-koncertowej ciszy.



Ketu

Półtora roku później, w tym samym miejscu, spotykamy czterech muzyków (w porównaniu do poprzedniej sytuacji ubyła perkusjonalista). Zestaw instrumentalny niemal identyczny, doszedł jedynie przedmiot zwany drumpad oraz flet używany niemal przez wszystkich.

Jeśli Rahu określilibyśmy mianem psychodelicznej galopady, to jego młodszą siostrę Ketu śmiało możemy nazwać psychodelicznym, nerwowym …. letargiem. Do tego żywiącym się nade wszystko frazami akustycznymi, z elektroniką na ogół w roli nieproszonego gościa. Świetnie ilustruje to sam początek nagrania. Pojedyncze uderzenia po talerzach, długie, wysokie oddechy saksofonowe (chyba grane na sopranach), skąpane w akustycznym rezonansie. Narracja zdaje się tu być mocno zaplanowana – drummerskie solo, garść sprzężeń, mała struga perkusjonalii i saksofony w zadęciu godnym contemporary taste, z organami w tle. Tymczasem jeden z saksofonów zaczyna uciekać w niemal indyjskie skale, brzmi na poły folkowo. Nieregularny puls percussions sprzyja zagadkom, a do strumienia narracji podczepiają się dodatkowe frazy dęte (zapewne rzeczone flety). Narracja niejednokrotnie przyjmuje tu postać duetu saksofonowo-organowego, szuka onirycznych fraz i definitywnie donikąd się nie śpieszy. Całość przypomina ceremonię narodzin, ale wciąż nie wiemy dokładnie czyich lub czego. W drugiej części improwizacji pojawiają się akcenty mogące sugerować, iż muzycy planują klecić coś na kształt bardziej zwartej, choćby odrobinę rytmicznej narracji. Flow staje się nerwowy, rośnie jego kwasowy odczyn, ale improwizacja wciąż zdaje się pozostawać w stanie kreatywnego stand-by. Klimat iście hippisowski zaczyna opanowywać scenę, a znajomy zapach unoszący się nad nią jednoznacznie sugeruje sytuację dramaturgiczną.

Start drugiej strony winyla formuje się w delikatne crescendo, lepione z tajemniczych, nie do końca rozpoznawalnych dźwięków. Posmak kwaśnego ethno, rytualny, powolny krok percussions, chropowate saksofony i szkliste organy. Tło rezonuje, a akcje drums & percussions wciąż mają charakter incydentalny. Kolejna już tego dnia faza oniryzmu budowana jest brzmieniem fletów. Narracja raz za razem bogacona jest chwilami większej aktywności, ale w obrębie kwartetu zdają się rządzić cztery koncepcje rozwoju sytuacji scenicznej. Saksofonowe zaśpiewy, organowe mini pulsacje i basowe plamy, perkusjonalne zakręty i krótkie proste. Ostatnie siedem minut koncertu permanentnie sugeruje nam początek jakieś zwartej akcji, która jednak nie następuje. Tym, który budzi tu życie zdaje się być nade wszystko saksofon Sousy, który zdaje się, że powrócił do swojego ulubionego tenoru. Faktura nagrania bogaci się o nowe elementy, ale jakakolwiek akcja percussions nie skłania do budowania struktury rytmicznej. Finał koncertu lepi się zatem w wyjątkowo urokliwy dron instrumentów dętych. Flety, saksofony i oniryczna tajemniczość kreują tu jakże smakowite zakończenie. Wszyscy dokonują żywota na jednym wydechu.

 

RAHU: Alex Zhang Hungtai – saksofon, instrumenty perkusyjne, Pedro Alves Sousa - saksofon, instrumenty perkusyjne, elektronika, David Maranha - instrumenty perkusyjne, organy, Gabriel Ferrandini - instrumenty perkusyjne oraz Júlia Reis – instrumenty perkusyjne. Galeria Zé dos Bois, Lizbona, maj 2016. Dwie improwizacje, 37 minut.

KETU: Alex Zhang Hungtai – saksofon, instrumenty perkusyjne, drumpad, Pedro Alves Sousa - saksofon, instrumenty perkusyjne, elektronika, flet, David Maranha - instrumenty perkusyjne, organy, flet oraz Gabriel Ferrandini - instrumenty perkusyjne, elektronika, flet. Galeria Zé dos Bois, Lizbona, grudzień 2017. Dwie improwizacje, 41 minut.



wtorek, 7 czerwca 2022

Pedro Alves Sousa and his Star!


Portugalskiego saksofonistę Pedro Alvesa Sousę znamy na tych łamach niemalże z każdego nagrania, jakie w swym niezbyt jeszcze długim życiu artystycznym popełnił. Do niedawna używał on jednego nazwiska, teraz używa dwóch, ale wszystko pozostałe nie uległo zmianie. Zwłaszcza jego wysoki poziom artystyczny!

Sousa zaczynał swoją przygodę z muzyką od elektroniki, potem doskonalił się w formule otwartej, free jazzowej improwizacji, a teraz zdaje się konsumować obie swoje pasje pod szyldem kwintetu, którego album zwie się Moja Gwiazda!

Welcome to Pedro’ World!

 


Lizboński saksofonista ciekawie skonstruował swój gwiezdny kwintet. Każdy z muzyków operuje tu elektroniką - on sam macza tembr saksofonu tenorowego w głębokiej otchłani elektronicznych mutacji, a jego wierny kompan Ferrandini, świetnie rozpoznawalny na całym świecie drummer, zdaje się czynić dokładnie to samo. Kolejni dwaj muzycy odpowiadają jedynie za elektronikę, ale swoją kreatywnością zdolni byliby obdzielić kilka albumów z tego rodzaju muzyką. Z kolei dopełniający składu elektryczny basista nie korzysta z elektroniki (może jedynie z gitarowych pick-upów), ale to chyba jemu przypada tu rola głównego konstruktora narracji. To on trzyma w ryzach to całe elektroniczne szaleństwo i strzępy akustycznych dźwięków, nadając im masywną podstawę rytmiczną i cudownie taplając w gęstej powłoce dubu. Zdaje się przy okazji krzyczeć do całego świata, że Muzyka jest tylko jedna, a wszelkie gatunkowe podziały są warte tyle, co zeszłoroczny, rzadko istniejący w realu lizboński śnieg!

Start nagrania lepi się od gęstej elektroniki. Wszystko pulsuje swoją syntetycznością, a jeden ze strumieni dźwiękowych może pochodzić wprost z saksofonowej tuby. Mikro perkusjonalia zanurzone w otchłani niekończących się kabli pracują wytrwale i rysują nieoczywiste pętle. Z czasem w tym tyglu e-zdarzeń tembr saksofonu zdaje się być coraz bardziej rozpoznawalny. Wszystko wszakże toczy się tu w dalece demokratycznym ladzie, a saksofon bohatera tytularnego musi się tak samo napocić, jak reszta uczestników spektaklu, by wybrzmieć z odpowiednią siłą. Sama elektronika ma tu wiele twarzy, potrafi incydentalnie łagodnieć i przybierać postać syntezatorowych plam delikatnie napoczętych nieżywą melodyką. No i basowe drony, początkowo nieśmiałe, w końcu zaczynają formować narrację w strumień zwartej, post-electro-jazzowej narracji. Pojawia się także dubowe echo, które niesie wiele niskich fraz jakże efektownym wzgórzem. Chwilami praca tzw. sekcji rytmu przypomina tu kompulsywny, gęsty drum’n’bass. To ona sprawia, iż improwizacja, która nie jest tu bynajmniej skutkiem ubocznym, formuje się w meta taneczny, zmutowany elektroniką, post-bop & fussion!

Druga historia delikatnie zdejmuje nogę z gazu. Tworzą ją ambientowe tło i całe plejady saksofonowych parsknięć. W tle wiją się zaś miliony laptopowych szmerów i zgrzytów. Bas znów rodzi się z pewnym opóźnieniem, burczy i zdaje się być równie leniwy, jak reszta uczestników tego lazy trip. W kolejnej części pojawiają się nerwy! Zadziorne frazy saksofonu i elektroniki od urodzenia sycone są dubowych oddechem, a elektroniczne post-perkusjonalia zdolne tu są nawet do hałasowania. Znów niektóre plamy dźwiękowe brzmią dość syntezatorowo i urokliwie podśpiewują, podczas gdy reszta parska, stuka i sepleni. Całość dość szybko łapie rytm, pewną powolną dynamikę i jasno nakreślony kierunek podróży. Echo pracuje, a gitarowe pick-upy sieją ferment na prawo i lewo. Tu szczególnie wyraźnie widać konstrukcję całej narracji – bas stanowi tu prawa i pilnuje porządku, dzięki czemu reszta uczestników ma pełną swobodę działania. Pod koniec w dalekim tle pojawiają się jakieś kobiece głosy, ale zapętlone po samą szyję.

Początek czwartej opowieści wydaje się być dość psychodeliczny. Rozmyte plamy syntezatorowe pachną czerstwym fussion, z kolej pijany saksofon nie potrafi znaleźć drogi do domu i postanawia wrócić na imprezę. Nerwowe perkusjonalna stają teraz w ciekawej opozycji do zdystansowanego, spokojnego basu. Ten ostatni szyje kolejną powłokę rytmiczną i czuwa nad całością skąpany w dubowej chmurze. W tle same bogactwo – tysiące zdarzeń na sekundę! Finałową narrację rozpoczynają szumy i szmery godne berlińskiego post-techno sprzed trzech dekad. Bas znów jest tu żywy, saksofon tonie w syntetycznych ściekach, a plamy ambientu pojawiają się na każdym kroku. Dużo życia odnajduje w sobie perkusista, choć tembr jego oddechu syci się syntetycznymi barwami. Narracja tym razem nie eksploduje, trzyma raczej leniwy, acz masywny rytm i szuka finałowej meta balladowości.

 

Pedro Alves Sousa Má Estrela (Shhpuma Records, CD 2022). Pedro Alves Sousa – saksofon tenorowy i elektronika, Simão Simões – elektronika, Bruno Silva – elektronika, Miguel Abras – bas elektryczny oraz Gabriel Ferrandini – perkusja i elektronika. Zarejestrowane we wrześniu 2021, Galeria Zé dos Bois, Lizbona. Pięć utworów (improwizacji), 42 minuty i kilkadziesiąt sekund.



piątek, 15 października 2021

Rodrigo Amado Motion Trio with Alexander von Schlippenbach in The Field!


Wykorzystując sprzyjającą okoliczność, iż portugalski saksofonista Rodrigo Amado przebywa właśnie w naszym pięknym kraju na trzech koncertach - wraz z formacją Luis Lopes’ Humanization 4tet*) - zapraszamy na odczyt i odsłuch najnowszej płyty sztandarowej formacji tego muzyka, czyli Motion Trio. Nagrania zarejestrowano dwa lata temu w Wilnie w wyjątkowym towarzystwie – pianisty Alexandra von Schlippenbacha!

 


Muzycy rozpoczynają koncert kolektywnie, ale łagodnymi, dalece rozpoznawczymi frazami. Matowe piano z klawiatury, roześmiany, zrelaksowany saksofon, bystra perkusja i wiolonczela w swobodnym trybie pizzicato. Narracja budowana jest żmudnie, definitywnie w konwencji open jazzowej, strukturyzowanej wyłącznie wyobraźnią i improwizacyjną kreatywnością artystów. Wszyscy wzajemnie się stymulują, każdy szyje tu własny ścieg, który jednak świetnie zazębia się z akcjami partnerów. Opowieść gęstnieje do stanu niemal free jazzowego jeszcze przed upływem piątej minuty koncertu. Demiurgiem tempa i dramaturgii jest tu oczywiście saksofonista, ale nikomu w tym gronie nie można odmówić posiadania cech przywódczych.

Wraz z rozwojem sytuacji na scenie improwizacja zaczyna rozwarstwiać się i dzielić na intrygujące podstrumienie. Najpierw piano z wiolonczelą i perkusją pod wodzą pierwszego z instrumentów, po chwili to samo trio kierunkowane westchnieniami wiolonczeli, ale prowadzone w znacznie wolniejszym tempie. Saksofon powraca niczym poranna zorza, ale nie po to, by eskalować tempo, raczej by pośpiewać w gronie przyjaciół, tu bez udziału pianisty. Ten ostatni ponownie akcentują swoją obecność z pewną dozą nostalgii na klawiaturze i przepoczwarza narrację w kolejne trio, tym razem bez udziału perkusji. W ramach podsumowania pierwszego kwadransa koncertu, improwizacja powraca do pełnego składu i funduje nam dynamiczny passus pod dowództwem saksofonu. Ten jednak nie sili się na ekspresyjne frazy, raczej pilnuje ducha swobodnego open jazzu, zadziornie swingując. Szczyt free dopada jednak muzyków, ale po jego zdobyciu narracja nie traci tempa, jedynie łagodnieje w aspekcie brzmieniowym.

Sekwencja kolejnych działań jest następująca. Najpierw czeka na nas piękna ekspozycja wiolonczeli, skomentowana saksofonowym dronem i ich wspólna przebieżka w spokojnym tempie. Z tej mikro propozycji wyłania się cały kwartet, ale płynie wyjątkowo wyciszonym strumieniem. Muzycy szukają oddechu, rezonansu, ciszy i skupienia. Wyjście na powierzchnię odbywa się z woli saksofonu i kreatywnego przyzwolenia piana. Aura swingującego niemal jazzu pozwala muzykom nabrać powietrza i zebrać nowe siły na dalszą część koncertu. Tu tempo rodzi się niemal samoczynnie, jakby od niechcenia muzycy wchodzą na wyższy szczebel intensywności. W ułamku sekundy osiągają drugi już tego dnia szczyt, który śmiało możemy obdarzyć epitetem fire music.

Zejściu ze szczytu towarzyszą oklaski, a narracja kwartetu zwinnie przechodzi w stadium tria fortepianowego. Powrót saksofonu nie daje sygnału do ataku, jego celem jest raczej studzenie emocji. Piano zgłasza jednak zdanie odrębne, efektem czego jest kolejne, ale dość krótkie wzniesienie. Teraz improwizacja wchodzi w kilka intrygujących faz: najpierw jazzowa ballada saksofonu, przez moment definitywnie solowa, potem szybki duet z pianem, kilka głębokich oddechów, wreszcie kolektywny sygnał, iż czas ruszać w finałową drogę. Kwartet formuje się w mgnieniu oka, ale nie pędzi na złamanie karku. Raczej odnajduje mrok, złowieszcze zaśpiewy i klimat narracyjnej tajemnicy. Na moment saksofon milknie i wypuszcza trio na wolne pole. Gdy wraca przepełniony wewnętrzną ciszą w oddali widać już metę koncertu. Bystre, szybkie sax trio i ostatnia eksplozja mocy, już w pełnym składzie, zgaszona perfekcyjnie, jak za pociągnięciem czarodziejskiej różdżki. Oklaski!

 

Rodrigo Amado Motion Trio with Alexander von Schlippenbach The Field (NoBusiness Records, CD 2021). Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander von Schlippenbach – fortepian, Miguel Mira – wiolonczela, Gabriel Ferrandini – perkusja. Nagranie koncertowe z Vilnius Jazz Festival, Wilno, 18 października, 2019. Jedna improwizacja, 56:11.

 

*) wspomniana polska część trasy składa się z trzech koncertów:

14.10 Warszawa, Pardon, to tu

15.10 Kraków, Alchemia

16.10 Poznań, Dragon Social Club

 

  

wtorek, 24 marca 2020

Lisbon String Trio! Sediments & Rhetorica!


Ernesto Rodrigues (altówka), Miguel Mira (wiolonczela) i Alvaro Rosso (kontrabas) powołali do życia Lizbońskie Trio Strunowe cztery lata temu, edytorsko zaistnieli zaś w roku 2017, gdy udostępnili światu od razu sześć albumów (bodaj o jednym z nich pisaliśmy na tych łamach). Kolejne epizody dostarczali wielbicielom kameralnej, swobodnej improwizacji dość regularnie, jakkolwiek z nieco mniejszą częstotliwością. W sumie doczekaliśmy się jak dotąd dwunastu płyt tria, przy czym aż w jedenastu przypadkach były to edycje trio +1.  Wydawcą wszystkich płyt w formacie CD jest – co z zrozumiałe – Creative Sources Records.

Rok 2020 Lisbon String Trio otwarli płytą Sediments, którą nagrali z gościnnym udziałem jednego z naszych ulubionych, iberyjskich drummerów Gabriela Ferrandiniego. Rok poprzedni zaś zamknęli płytą Rhetorica z udziałem innego członka słynnego RED Trio, pianisty Rodrigo Pinheiro. Właśnie o tych dwóch płytach chcemy Wam dzisiaj opowiedzieć.




Sediments, November 18th 2019 live at O'Culto da Ajuda, Lisbon, the Creative Fest XIII, 31:34

Perkusyjne otwarcie - liczeni krawędzi, sprawdzanie jakości naciągu membrany na werblu – i szmer na strunach altówki łagodnie wprowadzają nas w klimat koncertu. Ferrandini od pierwszych chwil szuka narracji, ale póki co, raczej tonie w ciszy oczekiwania. Struny wydają pojedyncze fonie dla podkreślenia owego stanu dramaturgicznego napięcia. Jednak już po 2 minutach śmiało możemy ogłosić, iż narracja została uformowana. Free chamber czynione jest w tempie dalekim od typowego slow motion, w czym zasługa głównie nadaktywnego drummera, która nie pozwala na sekundę zawahania. Następujące po kilku minutach pozorne zejście w obszar ciszy zdaje się być jedynie pretekstem do wzrostu dynamiki opowieści. Gabriel stymuluje i napędza flow, kameralna zaduma, to nie jest jego naturalne środowisko. W 8 minucie na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, dając sygnał do drobnego, barokowego spowolnienia. Tło trzyma jednak … dynamiczny taniec pałeczek perkusyjnych na talerzu. Prawdziwa cisza spowija nas na moment po kolejnych dwóch minutach. Struny oddychają spokojnie, a Gabriel liczy misy i małe talerzyki, które zabrał ze sobą na koncert. Kind of dark chamber in slow motion as well! – notuje bystry recenzent. W upływie 13 minuty viola zaczyna harcować, ale pozostałe smyki trzymają ją w ryzach dramaturgii. Deep drumming wzmaga nastrój tajemniczości. Rozkołysane chamber z czasem nabiera jednak pewnego rodzaju dynamiki – dobre expo staje się udziałem szczególnie altówki. Po 18 minucie łyżkę jazzu i swobodnego drummingu dorzuca Ferrandini. Strunowce w komentarzu kolebią się od prawej do lewej i wiszą w błyskotliwym suspendzie

Ponowne pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu stanowi kolejny stempel jakości. W 23 minucie tempo delikatnie rośnie, co w dużej mierze jest skutkiem aktywności aktówki i perkusji. Nie na długo jednak, albowiem narracja znów staje w miejscu i cudownie rozbrzmiewa - raz rozkwita, innym razem tuli się w wielobarwne pąki. Perkusyjne szczoteczki w galopie, to następny pomysł Gabriela, który doprowadza jednak narrację na skraj … kolejnej ciszy. Pojedyncze struny altówki drżą, te z wiolonczeli płyną wąskim strumieniem. Zwinne szczoteczki, dźwięczne talerze, a także mała polerka strun budują finałową część koncertu. Perkusja w pełnym rozkwicie i lekko zwieszone strunowce kreują zjawiskowe zakończenie, które ma swoje tempo, ale czynione jest delikatnie, niemal na palcach. Brawo!




Rhetorica, July 4th 2018 live at Timbuktu studio, Lisbon, 50:39

Pojedyncze dźwięki klawiszy, strun, smyczków, mała, jakże kameralna rozgrzewka, w trakcie której każdy z instrumentów frazuje odrobinę inaczej. Struny wyswobodzone ze schematów, klawisze piana bardziej w klasycznej toni. Skupienie, któremu towarzyszy wewnętrzny niepokój, aura tajemniczości. Narracja systematycznie narasta, bardzo kolektywnie, z dbałością o niuanse brzmieniowe, rodzaj free chamber z post-jazzowym zębem. Na finał pierwszej z czterech zaplanowanych historii piękne expo ze strony altówki. Introdukcja drugiego epizodu odbywa się na lekkich strunach, przy wtórze deep piano – wszystkie wszakże reakcje na zaciągniętym ręcznym. Filigranowa, ale i mroczna opowieść. Znów perełki na gryfie altówki, piano, które brzmi jak czwarty strunowiec, wreszcie szelest swobodnych preparacji. W drugiej części opowieści nadchodzi czas na smukłe drony wprost ze strun, rodzaj delikatnych macanek z ciszą. Powrót do dynamiki czyniony jest po mistrzowski, przy perfekcyjnej komunikacji. Na finał muzycy stąpają na placach, produkując niemal metafizyczne, mikroskopijne fonie!

Trzecia opowieść budzi się przy pojedynczych frazach klawiszy, a struny akcentują swoją obecność dokładnie w tej samej konwencji. Po chwili piano zapuszcza jazzowego bakcyla, kusi, ale altówka, wiolonczela i kontrabas zachowują bezpieczny dystans. Flow cudownie faluje – od kameralistyki do open jazzu, od open jazzu do kameralistyki. Świetna dramaturgia! Pianista wydaje się ustanawiać tu zasady, pięknie towarzyszy mu alcista, a pozostali muzycy bystrze reagują. Równie błyskotliwa jest kolejna faza – krok ku dynamice, półgalop, w którym muzycy są precyzyjni i dosadni, podobnie jak to miało miejsce w okowach ciszy. W drugiej części najdłuższej historii, garść jazzu spod klawiszy, w komentarzu zaś strunowym moc zmyślnych preparacji, co tworzy intrygujący dysonans estetyczny. Krok do przodu, dwa kroki do tył, raz szybciej, raz wolniej - what ever we want! Gdy piano płynie po klawiszach, strings budują drony, gdy piano postawi na kreatywny minimalizm, te drugie, każde ze smykiem, doprowadzą opowieść do zakończenia wyjątkowej urody.

Wreszcie finał owego studyjnego koncertu – mocne uderzenia w klawisze, szorowanie przedmiotem o przedmiot, dźwięki nad wyraz głośne, jak na kanony tego spotkania. Metoda call & responce – ta jedyna zawsze ma rację bytu! Chamber na wolnym wybiegu, gdy swobodny jazz stoi u bram! Kolejne smyczki stawiają stemple barokowego piękna, piano aktywizuje ruchy. Dynamiczny finał może zaskakiwać, ale zdaje się być najwłaściwszym wyborem artystów. Na koniec definitywny schodzą w mrok wyjątkowo tajemniczej kameralistyki. W roli gaszących światło, smukłe, drobne smyki.


Podziękowania dla Krzysztofa za udostępnienie nagrań!


wtorek, 31 grudnia 2019

50 Reasons To Remember The Year 2019! Pięćdziesiąt powodów, by zapamiętać rok 2019!


The albums are featured in alphabetic order. Click the link below, to read the review.

Albumy są zaprezentowane w kolejności alfabetycznej. Kliknij w link, by przeczytać recenzję płyty.

Please notice that photo does not contain all featured albums. Zdjęcie nie zawiera okładek wszystkich wyróżnionych płyt.




Agustí Fernández/ Joe Morris/ Charmaine Lee  Magma

Aidan Baker &  Karen Willems ‎ Awel

Àlex Reviriego & Discordian String Ensemble  Incerto For Doublebass And Strings

Barry Guy ‘ Blue Shroud Band  Odes And Meditations For Cecil Taylor

Benedict Taylor & Anton Mobin  Close/ Quarters

Biliana Voutchkova/ Ernesto Rodrigues/ Rodrigo Pinheiro  ‎White Bricks And The Wooden Mutes

Bruno Gussoni/ Marcello Magliocci/ Adrian Northover  The Sea Of Frogs

Cement Shoes  Opus Caemenicium

Christine Abdelnour/ Chris Corsano  Quand Fond La Neige, Où Va Le Blanc?

Colin Webster & Vasco Trilla with Michał Dymny  Live at 2nd Spontaneous Music Festival

Daniel Thomson & Colin Webster  Boskage

Dead Neanderthals  Ghost

Der Finger  Le cinque stagioni 

Dirk Serries/ Benedict Taylor  Puncture Cycle

Discordian Community Ensemble  Degenerative Music #1

Ferran Fages/ Albert Cirera  Aliatge

Ferran Fages/ Vasco Trilla  Gestell

From Wolves To Whales  Dead Leaves Drop

Evan Parker/ Joe Morris The Village

Evan Parker/ Lotte Anker/ Torben Snekkestad  Inferences

Evan Parker/ Barry Guy/ Paul Lytton  Concert In Vilnius

GGRiL  Façons

Guillotine  Guillotine 

Ilia Belorukov/ Gabriel Ferrandini  Disquiet 

JJ Duerinckx/ John Russell/ Matthieu Safatly  Serpentes

Jonas van den Bossche/ Alec Ilyine/ Dirk Wachtelaer  Double Threat (DW bandcamp, DL 2019)

Julien Desprez/ Mette Rasmussen  The Hatch

Kodian Trio III

Liquid Quintet  Bouquet

Low Vertigo (Diego Caicedo, Goncalo Almeida, Vasco Trilla)  Low Vertigo

Mełech/ Mazurkiewicz/ Trilla  Dog/Hum/Brain

Paweł Doskocz & Vasco Trilla  Hajstra

Peter Orins  Happened By Accident

Phicus/ Martin Küchen Sumpflegende

Piotr Mełech & Wojtek Kurek  Split Here

Points (Luís Vicente, Valentin Ceccaldi, Marco Franco, Marcelo dos Reis)  Points

Quartett Non Locality (Sarah Claman, Dominik Strycharski, Zbigniew Chojnacki, Ramon Prats)  Quartett Non Locality

Ramon Prats/ Albert Cirera Duot  Fe

Spinifex  Soufifex

Sture Ericson/ Johannes Nästesjö/ Håkon Berre Ausfahrt Freihalten

The Attic  Summer Bummer

The Void Of Expansion  Governed By Decay

The Fictive Five  Anything Is Possible

Thisquietarmy/ Dirk Serries/ Tom Malmendier  Hell

Tom Chant/ Michał Dymny/ Vasco Trilla  Ban Opticon

Tonus  Ear Duration

Witold Oleszak with Luis Vicente and Vasco Trilla  Live at 1st Spontaneous Music Festival

Witold Oleszak & Roger Turner   Live at 2nd Spontaneous Music Festival

Yasmine Azaiez  Everyday Things

Yodok III  This Earth We Walk Upon



piątek, 19 lipca 2019

Gabriel Ferrandini and his Sensual Disquiet!



Portugalczyk Gabriel Ferrandini, jeden z najbardziej intrygujących perkusistów Półwyspu Iberyjskiego (palmę najbardziej kreatywnego w tej części świata odebrać mu może chyba jedynie Vasco Trilla), funkcjonuje w świadomości wielbicieli muzyki free jazz/ free improv niemal od zawsze, a przynajmniej od dekady.

Stały członek dwóch najważniejszych portugalskich formacji w gatunku – RED Trio i Motion Trio, współtwórca tak doskonałych płyt, jak Casa Futuro (z Pedro Sousą i Johanem Berthlingiem), czy Lisbon Freedom Unit, a także kilku polskich przedsięwzięć Piotra Damasiewicza (choćby Power Of The Horns), w październiku br. skończy dopiero … 33 lata. To wspaniała wiadomość! Zatem prawdziwy ocean wyśmienitych płyt z udziałem Ferrandiniego jeszcze przed nami.

Nic nie ujmując wyżej wspomnianym albumom, dopiero jednak rok bieżący zdaje się stawiać muzyka na odpowiednim dla jego poziomu artystycznego piedestale. Kilka tygodni temu wydał on bowiem pierwszą, w pełni autorską płytę Volúpias, a do pary dorzucił równie smakowity duet z rosyjskim alcistą Ilią Belorukovem, zatytułowany Disquiet. Dziś nad tymi właśnie płytami pochylamy się z dużą pieczołowitością, albowiem bezwzględnie warto!




Gabriel Ferrandini  Volúpias (Clean Feed, CD 2019) ‎

Zapraszamy na spacer po lizbońskiej dzielnicy Bairro Alto, miejscu dla Ferrandiniego szczególnym, związanym z dorastaniem i zdobywaniem pierwszych muzycznych doświadczeń, a także miejscu obecnego zamieszkania (muzyk nie urodził się w Portugalii) oraz wielu aktywności artystycznych. Tytuły kolejnych utworów na płycie, to nazwy ulic lub zakamarków niezwykłego wzgórza położonego na zachód od centralnej części miasta, którą wyznacza Placa do Comercio. Utwory te możemy śmiało określić, jako swobodne kompozycje open jazzu (poza dwoma przypadkami, wszystkie są autorstwa perkusisty).

W tymże powolnym, acz wcale nie nostalgicznym spacerze, Ferrandiniego wspierają – rówieśnik, także rezydent dzielnicy, saksofonista Pedro Sousa i nieco od niego starszy, jeszcze lepiej rozpoznawalny medialnie, kontrabasista Hernani Faustino. Muzyka nagrana została w lutym 2017 roku, w miejscu zwanym Fonte Santa, Alandroal. Zawiera dziewięć utworów, które trwają łącznie 39 minut bez czterech sekund.

Volúpias jest płytą niezwykłą z wielu względów, nim jednak poznamy szczegóły, słowo o samej konstrukcji dramaturgicznej nagrania. Zaczyna się ono trzema bardzo krótkimi, niemal cool jazzowymi introdukcjami, muzyką czerstwą, ale zmysłową (volúpias!), nie tyle ilustracyjną, co tworzącą w głowie słuchacza prawdziwe obrazy tajemniczych miejsc Lizbony. Po nich otrzymujemy pierwszy nieco dłuższy fragment bardziej swobodnej improwizacji, by zaraz potem znów wpaść w sidła krótkoterminowych narracji, które określić możemy wręcz jako dark jazzowe. Prowadzoną nas one do dwóch ostatnich utworów, najdłuższych na płycie (łącznie niemal 16 minut), które eksplodują emocjami, jakie towarzyszyły muzykom w trakcie poprzednich części, a były w wielu momentach silnie skrywane.

Rua Nova Da Piedade. Saksofon tenorowy kreśli małe plamy, jakby śpiewał drobną melodię, która grzęźnie mu w gardle. Towarzyszy mu mocny tembr kontrabasu i stosunkowo aktywny drumming. Całość toczy się wszakże w tempie marsza pogrzebowego, choć narracja bez trudu łapie swój wewnętrzny rytm i specyficzne dla większości minut tego spaceru slow dynamic. Travessa De São José. Marsz zdaje się być jeszcze spokojniejszy. W ruch idą szczoteczki, a nad nieboskłonem jawi się duch Krzysztofa Komedy i jego muzyki filmowej. Jakby dwóch takich niosło szafę, ale z tej strony Bairro Alto słabo jeszcze widać ocean. Rua De São Marçal. Dron wilgotnego powietrza wydobywa się z tuby saksofonu. Masywna ścieżka pizzicato leje się z gryfu kontrabasu. Cool masters in work! Perkusja ledwie zaznacza swoją obecność. Rua Da Academia Das Ciências. Wyższy powiew tenorowego, sekcja rytmu wciąż powolna, ciężka, z ołowiu i stali. Każdy krok na tej ulicy stawiany jest z saperską precyzją. Strong cool! Gęsta gra kontrabasu i perkusji, zmysłowy i upocony tenor, a wszystko w warunkach niemal idealnej akustyki. Każdy szmer i powiew powietrza ma swoje odzwierciedlenie w dźwiękach, jakie do nas docierają. W drugiej części narrację ciągnie duo bez saksofonu. Świetną zmianę daje drummer, który zdobi ścieg opowieści złotymi cekinami. Saksofon powraca śląc ciemne plamy, w tle solowa ekspozycja kontrabasu.

Rua De O Século. Kolejna meta ballada. Tenor na zaciągniętym ręcznym kreśli kolejny filmowy obrazek. Klimat białoczarnej kliszy, metafizyczna równowaga pomiędzy wszystkimi elementami narracji. Saksofon buduje drony, inspirowane post-elektroniką. Piękne, żółwie tempo. Rua João Pereira Da Rosa. Introdukcja kontrabasu, cichy, suchy powiew saksofonu z lekkim zaśpiewem. Perkusja wchodzi do gry po 90 sekundach i stawia stemple artystycznego wyrachowania. Gibka oszczędność środków wyrazu, pełne garści emocji poupychane po kieszeniach. Funeralne tempo zdaje się delikatnie nabierać wiatru w żagle. Rua Dos Caetanos. Saksofon, talerze, skromne szarpnięcia za struny, niepokój, brak snu i posmak nieistniejącej elektroniki (as cymbals drones). Jeszcze wolnej, jeszcze gęściej, jeszcze dosadniej. Garść emocji wprost ze smyczka, który ślizga się po strunach kontrabasu.

Travessa Dos Fiéis De Deus. Tenor rusza w przedostatnią podróż z odrobiną zadzioru u nasady ustnika. Perkusja gotowa do uderzenia, kontrabas burczy i ciągnie za struny, tnie powietrze na nierówne części. Step by step opowieść nabiera gęstości, a spętany zaplanowaną dramaturgią flow zaczyna rozkwitać trzema strumieniami fonii. Szczególnie aktywny moment perkusji. Solowa ekspozycja kontrabasu na wybrzmieniu. Rua Da Barroca. Core number całej płyty startuje niezwykle kolektywnie. Saksofon buduje dron, mroczny, zabrudzony, ale jakże powabny. Już po 120 sekundach w tubie zdaje się rodzić moc, skłonna wyrwać wszystkich z letargu oczekiwania. Sousa zostaje na chwilę sam i szuka swojej pętli, po czym wpada w oddech cyrkulacyjny. Znakomity moment! Tuż przed upływem 4 minuty powraca Ferrandini. Sytuacyjny duet PeterGarbiel nabiera tempa i emocji, po czym przyzywa kontrabas Faustino. Ognista muzyka, ale pozbawiona free jazzowej furii, pełna emocji, także tych nieujawnianych. Kontrabas schodzi smykiem do samej podłogi. Na osi czasu 7:30 - muzycy delikatnie hamują, by nieznacznie zmodyfikować swój flow. Nowy wątek brnie po złote runo przy wsparciu pizzicato. Trio unosi się nad ziemią i stawia wszystkich do pionu. Smyczek powraca na ostatniej prostej. Wraz z nim rozgrzany saksofon i kipiąca perkusja dają do wiwatu! Gaszenie płomienia zdobi nutka melodyzującego posmaku zapomnianego saudade.




Ilia Belorukov/ Gabriel Ferrandini  Disquiet  (Clean Feed , CD 2019)

Na kolejne czterdzieści dwie minuty i kilkadziesiąt sekund przenosimy się do studia nagraniowego w Saint-Petersburgu. Jest druga połowa grudnia 2017 roku – Ilia Belorukov na saksofonie altowym oraz Gabriel Ferrandini na perkusji i instrumentach perkusyjnych. Panowie zagrają pięć całkowicie swobodnych improwizacji. Czas ich trwania zdążyliśmy już poznać.

Muzycy rozpoczynają swoją niespokojną podróż w dużym skupieniu – wyciszona tuba saksofonu i mały werbel brzmią na starcie niczym stylowe, duetowe Spontaneous Music Ensemble w czasach, gdy obu Panów nie było jeszcze na świecie. Gabriel zmyślnie zagęszcza flow, Ilia płynie raz wysoko, raz bardzo nisko, wyraziście, bez najmniejszych śladów melodyki. Free impro sax & drums duo as pattern! Muzycy dają prawdziwy popis kreatywności od pierwszej minuty nagrania. Rosjanin, tu pozbawiony jakichkolwiek syntetycznych atrybutów, stawia sobie artystyczną poprzeczkę niezwykle wysoko i spełnia wszelkie oczekiwania. To samo rzec można o Portugalczyku. Taniec i śpiew przez zaciśnięte usta, bezczelne rytuały piękna improwizacji. Druga opowieść budzi się w oparach lepkiej ciszy. Ilia wstaje jako pierwszy, Gabriel sprawdza jakość naciągów na werblu, liczy krawędzie. Ballada dla ponownie potępionych – saksofonowe półdrony i ślady drummingu. Narracja, która systematycznie pęcznieje, budowana zarówno długimi, jak i krótkimi frazami. Po 5 minucie organiczna dawka ekspresji doprowadza muzyków do szczęśliwego zakończenia.

Trzecia improwizacja – dysze prychają, znów liczba krawędzi zestawu perkusyjnego zgadza się, co do sztuki. Subtelna gra w otwarte karty. Alt tańczy, werbel trzyma go za gardło. Ciało w ciało, świetna komunikacja, bez znaków zapytania. Ilia lubi zagęszczać brzmienie, preparować dźwięk, szukać dronowej estetyki, choć nawet na moment nie opuszcza terytorium wolnego jazzu. Tuż obok Gabriel – wybiera wyłącznie najlepsze rozwiązania, towarzyszy saksofoniście w każdej frazie, nic nie pozostawia bez adekwatnego komentarza, gra gęstym ściegiem, całym zestawem perkusyjnym, choć jest przy tym zwinny jak kot, lekki jak pawie pióro. Na wybrzmieniu alt skutecznie szuka szorstkich fonii, szumi jak lokomotywa na stacji końcowej.

Syczenie w tubie wyznacza start czwartej części. Talerze drżą na dalszym planie. Zmysłowa cisza żywej akustyki. W kolejnym kroku, repetycja wilgotnych dysz i preparacje na werblu. Bukiet perełek fonii buduje najspokojniejszy fragment Niepokoju. Moc detali, frapujących szczegółów, uroda pojedynczych niemal dźwięków – rezonans talerzy, czy oddech suchej tuby, która chce śpiewać. Wejście w bardzo jazzową narrację smakuje balladą, choć najeżoną emocjami. Na finał potencjometr mocy przesuwa się w prawo, by nie było zbyt słodko. Wreszcie i pieśń zakończenia! Jakby wszystko w niej śpiewało – talerze, dysze, tomy i werble, choć muzycy nie opuszczają bastionu ciszy i spokoju. Muzyka zdaje się unosić w powietrzu z braku ciężaru właściwego. Po 4 minucie delikatne zagęszczenie – alt skacze ku górze, perkusja zdobi dźwiękami każdy centymetr sześcienny studia nagraniowego. A jednak Disqueit!