Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mia Zabelka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mia Zabelka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 stycznia 2026

The December/ January’ Round-up: Quartetics! Dooom Orchestra! Schneider & Serries! Marien! A Part! Nästy Lips! Carbon! Spinifex! Ternoy!


Grudniowa zbiorówka recenzji tym razem delikatnie opóźniona, ale początek stycznia to równie dobry moment, by poczytać co tam w muzyce improwizowanej piszczy. A tu, jak zwykle, dzieje się bardzo dużo dobrego!

Dziś dziewięć albumów, oczywiście datowanych jeszcze na rok 2025 (a jedna nawet na 2024), każdy z porcją dźwięków, które z pewnością znajdą swoich admiratorów. Naszą muzyczną podróż zaczynamy w Zjednoczonym Królestwie porcją post-jazzu podrasowanego live electronics, potem czeka na nas mocna orkiestra z Włoch, a w dalszej kolejności wrzący tygiel klimatów niemieckich, belgijskich, francuskich, skandynawskich, austriacko-polskich, także holenderskich, na finał wreszcie szczypta francuskiego, jazzowego main-streamu. Od koloru do wyboru, niech nam żyje Nowy Rok i stara muzyka!

 


Reuben/ Hanslip/ Lash/ Hession Quartetics (Bead records, CD 2025)

York, Anglia, maj 2019: Federico Reuben - laptop improvisation/ live coding, Mark Hanslip – saksofon tenorowy, Dominic Lash – kontrabas oraz Paul Hession – perkusja. Pięć utworów, 33 minuty.

Swobodnie improwizujące, jazzowe trio na saksofon, bas i perkusję, świetnie rozpoznawalne facjaty artystów z UK i … latynoska szczypta post-akustycznej tajemniczości. Laptop dekonstruuje (dekoduje?) frazy żywych instrumentów, kreując nieoczywiste rozwiązania dramaturgiczne i brzmieniowe, a typowe dla gatunku muzykowanie dostaje się w zupełnie nowy wymiar dźwiękowej czaso-przestrzeni.  

Pierwsze trzy utwory, to krótkie formy, przy czym te nieparzyste bazują na dynamice, a ta parzysta na smyczkowej flaucie. Brzmienie basu i perkusji jest rozmyte, permanentnie dekonstruowane, z kolei saksofon płynie na ogół czystym, akustycznym strumieniem. Ciekawym uzupełnieniem swingujących wątków są frazy barowego piano (zapewne rozsyłane z laptopa). Otwarcie trzeciej części brzmi niczym rasowe drum’n’bass. Dwie ostatnie improwizacje, to bardziej rozbudowane formy. Pierwsza z nich przypomina pijanego walczyka, granego rwanymi dźwiękami, gdzie dużo dobrego wnosi nieoczywiste frazowanie kontrabasowego smyczka. W ostatniej odsłonie powraca tajemnicze piano, z którym duet tworzy rozochocony saksofon. Rozhuśtane zakończenie, to także dzieło dobrze usposobionej sekcji rytmu, znów łaskotanej po piętach niebanalną elektroniką.

  



Dooom Orchestra Our Sea Lies Within II (Aut Records, CD 2025)

Onara Swamp Hall, Tombolo, lipiec 2023: Francesco Cigana – perkusja, instrumenty perkusyjne, obiekty, Nina Baietta – głos, Jacopo Giacomoni – saksofon altowy, Francesco Salmaso – saksofon tenorowy, Agnese Amico – skrzypce, Francesca Baldo – skrzypce, Enrico Milani – wiolonczela, Sirio Nagro – gitara elektryczna, obiekty, Andrea Zerbetto – fortepian, Riccardo Matetich - tabla, obiekty, instrumenty perkusyjne, Marco Valerio – bas elektryczny oraz Andrea Davì – perkusja. Osiem utworów, 35 minut.

Z włoską orkiestrą o jakże intrygującej nazwie spotykamy się po raz drugi, ale sięgamy po nagrania dokładnie z tej samej sesji poczynionej w roku 2023. Znów to więcej niż ciekawa porcja dźwięków podana przez dwunastoosobowy ansambl, w którym dominują instrumenty strunowe, zarówno te z prądem, jak i akustyczne. Szefem przedsięwzięcia jest tu perkusista, zatem nie dziwi także znaczący udział drums & percussions. Osiem zgrabnie udramatyzowanych opowieści trwa niewiele ponad dwa kwadranse, warto zatem pochylić się nad każdą frazą.

Otwarcie albumu grane jest kolektywnie, niemal rytualnie, z dużą dozą aylerowskiej melodyki. Kolejne dwa utwory są połączone i pokazują jak duży skład płynnie przechodzi od post-kameralnej pianistyki i dętych westchnień do free jazzowego hałasu. Podobna sytuacja ma miejsce w łączonych utworach szóstym i siódmym. Tu muzycy najpierw skrupulatnie budują soczyście brzmiący, strunowo-wokalny dron, który smakuje wręcz balladowo, a potem po kolejny raz popadają w sidła free jazzu i cytują radosne, ale jakże elegijne frazy Alberta Aylera. W obraz całości świetnie wpisują się pozostałe utwory, bardziej filigranowe, budowane z troską o każdą frazę. Z kolei samo zakończenie przypomina męczeńską modlitwę i smakuje muzyką dawną. Ostatnia prosta, to jednak masywny … dooom!

 


Schneider Serries Schneider Serries #2 (Schneider Collaborations, CD 2025)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, sierpień 2024: Dirk Serries - gitara oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Sześć utworów, 33 minuty.

Najwyższy czas trochę pohałasować! I to w dobrym towarzystwie! Jak świetnie wiemy, belgijski gitarzysta Dirk Serries ma tysiące artystycznych twarzy, ale dość rzadko używa swego instrumentu, by zgłębiać niuanse soczystego … impro noise’ rocka! Najlepszym partnerem w tych niecnych zabawach bywa niemiecki drummer Jörg A. Schneider. Zgodnie z tytułem albumu, to ich drugie spotkanie, tym razem studyjne. Przynosi sześć muzycznych petard w sam raz na post-sylwestrowe rozkołysanie.

Schemat poszczególnych utworów jest podobny – wątek inicjuje sfuzzowana, charcząca gitara, która zdaje się stać w miejscu i wyć z dna piekła po dżdżysty nieboskłon. Wokół niej tańczy perkusja, silna, masywna, kłębiąca się w sobie, rzadziej wpadająca w typowy, rockowy galop. Brzmienie jest szorstkie, niekiedy wręcz siarczyste, a w toku narracji nie brakuje fałszywych fraz i nietonalnych sprzężeń. Najciekawiej jest chyba w trzeciej odsłonie, gdy introdukcja gitary przypomina gęsty dark ambient, a cała opowieść wydaje się dzięki temu nieco lżejsza. Po czwartej, definitywnie dynamicznej przebieżce, w piątej muzycy znów toną w mrocznej mgle. Gitara frazuje tu chyba najgłośniej, ale jej flow ucieka w silny pogłos. Na plamach siarczystego ambientu bazuje też ostatnia opowieść. Dużo w niej perkusyjnych przełomów i wyrafinowanej psychodelii. Jest też kilka istotnych zagęszczeń i drobnych eksplozji.

 


Christian Marien Quartett Beyond the Fingertips (MarMade Records, CD 2025)

Emil Berliner Studios, Berlin, maj 2025: Tobias Delius – saksofon tenorowy, klarnet, Jasper Stadhouders – gitara, Antonio Borghini – kontrabas oraz Christian Marien – perkusja. Jedem utwór łaczący kilka wątków, 33 minuty.

Jeśli mamy ochotę na rasowy jazz ze zgrabnie zarysowanymi tematami i wytrawnymi improwizacjami splątanymi soczystymi, swingującymi synkopami, to kwartet Mariena zaspokaja te potrzeby w stopniu zdecydowanie ponadnormatywnym. Osiem opowieści połączono tu w dwie long-distance story i nagrano za pierwszym podejściem w niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy rozpoczynają swoją podróż dalece tanecznym krokiem. Pierwszy temat wydaje się radosny, podszyty funkującą gitarą, upstrzony okruchami swingu. W dalszej fazie ów temat jest ogrywany rytmicznie, a potem następuje faza rozwichrzonych, bardzo swobodnych improwizacji, zarówno kolektywnych, jak i solowych. W tak zwanym międzyczasie mamy kameralne interludia, pozbawione na ogół warstwy perkusyjnej oraz wyjątkowo smakowite preparacje, szczególnie kontrabasu i gitary. Druga historia, także podzielona na cztery odcinki, zaczyna się dość spokojnie ze znaczącym udziałem kontrabasowego smyczka. W tej części albumu gitara brzmi akustycznie, a frazy perkusji łapią niebanalne metra. Fazy improwizacji są więcej niż udane, niekiedy szyte plejadą drobnych, niemal filigranowych fraz. Sam finał płyty bogaty jest w interakcje, ale nie emanuje nadmiernymi wybuchami ekspresji. Szczególnie podobać się może tanecznie frazujący smyczek.

 


A Part (Thierry Waziniak, Marie Takahashi, Baptiste Vayer) Muted Songs (Intrication Label, CD 2024)

Czas i miejsce akcji nieznane: Thierry Waziniak – perkusja, elektronika, Marie Takahashi – altówka oraz Baptiste Vayer – głos, gitara. Cztery utwory, 45 minut.

Losy tego francuskiego labelu śledzimy na bieżąco, także dokonania perkusisty, który owe wydawnictwo koordynuje artystycznie. Tym razem trafiamy na nagranie definitywnie niezwykłe. Stanowi o tym zarówno skrzętna robota drummerska, jak i ta strunowa, czyniona na altówce i gitarze, w pierwszym utworze wparta także głosowo. Album zawiera cztery improwizacje – każda jest inna, na ich bazie bez trudu zbudować można cztery oddzielne albumy.

Pierwsza opowieść pleciona jest ze strzępów dźwięków - prawdziwie filigranowa, bazująca na interakcjach, śmiała kontynuacja wielkiej spuścizny Spontaneous Music Ensemble Johna Stevensa. W fazie schyłkowej, wsparta elektroniką i prądem, staje się masywna, smakuje rockiem na drobnym przesterze. Druga historia osnuta jest wokół dark ambientowej bazy. Pięknie narasta, jeszcze efektowniej popada w medytację. Ale i tu fala elektroniki niweczy niuanse dotychczasowej narracji. Trzecią opowieść otwierają zgrzytające z zimna struny altówki. Z czasem w potoku coraz powabniejszych fonii pojawia się zarówno gitarowa ekspresja, jak i wystudzone zdobienia. Jeśli którykolwiek z wątków tego wielobarwnego albumu niekoniecznie winien być rozwijany, to czwarta część, której w początkowej fazie brakuje dramaturgii. Szczęśliwie pod koniec flow zyskuje pewną linearność, co sprawia, że finał płyty także wart jest skupionego odsłuchu.

 


Jon Lipscomb & Johannes Nästesjö Nästy Lips Vol III (Bandcamp’ self-release, DL 2025)

Czas i miejsce akcji nieznane: Jon Lipscomb – gitara oraz Johannes Nästesjö - upright bass. Dwie improwizacje, 32 minuty.

Jedni z naszych faworytów na szwedzkiej scenie free impro (choć ten pierwszy, to Amerykanin) w duetowym, niekiedy dość eksplozywnym starciu. Nie wiemy, gdzie powstało nagranie i jakimi metodami zostało zarejestrowane, brzmi wszakże definitywnie punkowo, dzięki czemu przykuwa naszą uwagę w stopniu podwójnym. Dwa kwadranse takiego impro mięcha nie mogą ujść niczyjej uwadze.

Początek nagrania jest spokojny, szyty minimalistycznym pizzicato basu i plamami prądu z nagrzewającej się gitary. Muzykom najbliżej chyba do swobodnej kameralistyki inspirowanej post-jazzem. Dobrze czują się w sytuacji dynamicznej, ale i w leniwym pochodzie prezentują się okazale. W ósmej minucie na scenie pojawia się smyczek i staje się od razu elementem najbardziej kreatywnym. Narracja nabiera wewnętrznego rytmu, wpada w delikatny trans, a z gitary leje się stonowana psychodelia. Po krótkiej fazie zadumy artyści zagłębiają się w ciszy i być może ten moment, to ich najlepsze chwile tamtego wieczoru. Na starcie drugiej części szarpią za struny, popadają w kameralne boleści, ale też skowyczą mocą post-jazzu. Smyczek znów rozdaje karty, a całość zdaje się być równie post-barokowa, jak i krwiście … rockowa. Po niedługiej fazie brzmieniowych eksperymentów, w okolicach dziewiątej minuty, muzycy stopują i rozglądają się wokół, jakby szukali tablicy z napisem koniec. Gitarowe flażolety i szum z gryfu basu, to ostatnie fonie ich spektaklu.

 


Trio Carbon (Mia Zabelka/ Ola Rzepka/ Łukasz Marciniak) Black Heart (Setola di Maiale, CD 2025)

Przestrzeń Muzyki Współczesnej Hashtag Lab, Festiwal Ad Libitum, Warszawa, wrzesień 2024: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Ola Rzepka – preparowane piano oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Jeden utwór, 29 minut.

Niezmiernie miło jest wspominać udany koncert odsłuchując jego dokumentację fonograficzną na trwałym nośniku fizycznym. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku nagrania pewnej austriackiej skrzypaczki i polskiego duetu, który zwykł używać nazwy handlowej Perforto. Koncert był krótki, takaż jest ta płyta, warto zatem skupić się na każdej frazie.

Artyści pierwsze akcje kleją z filigranowych dźwięków. Każdy zdaje się w coś uderzać, razem tworzą perkusjonalną symfonię otwarcia. Pojawiają się pierwsze preparacje piana i skrzypiec, z gitary sączy się strużka prądu, a całość przypomina brudne, jakże grzeszne post-chamber. Po sześciu minutach muzycy łykają porcję gorącego powietrza i nabierają masy. Wciąż skupiają się na drobiazgach, ale produkują coraz więcej dźwięków w jednostce czasu. W okolicach trzynastej minuty pojawia się głos, a gitara komentuje ów fakt porcją post-rockowej psychodelii. Na chwile schodzą w mrok, po czym znów wystawiają gorejące twarze ku słońcu. Kołyszą się na wdechu, medytują, ale cały czas dorzucają do ognia zaskakujące frazy. Już po upływie dwudziestej minuty dają kilka razy do wiwatu, po czym zaczynają spoglądać w stronę napisów końcowych. Jeszcze tylko mocny, kilkudziesięciosekundowy wydech i czas na zasłużone oklaski.

 


Spinifex Maxximus (TryTone Records, CD 2025)

Czas i miejsce nagrania nieznane: Tobias Klein – klarnet basowy, saksofon altowy, Bart Maris - trąbka, John Dikeman – saksofon tenorowy, Jasper Stadhouders - gitara, Gonçalo Almeida - kontrabas, Philipp Moser – perkusja oraz gościnnie Jessica Pavone - altówka, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, Evi Filippou – wibrafon, instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 70 minut.

Ze Spinifexem jesteśmy na dobre i na złe od lat, zwłaszcza od momentu ich fantastycznego koncertu na spontanicznym wydarzeniu w zachodniej Polsce. Albumy wydają regularnie, czasami poszerzając skład i nazywając się Spinifex Maxximus. Do nagrania najnowszej płyty doprosili dalece kameralnie usposobione towarzystwo, stąd i muzyka formacji uległa pewnemu przeobrażeniu. Nie jest krwiście jazz-rockowa, bywa częściej zadumana i melancholijna. No i nasz ulubiony portugalski artysta gra tym razem na kontrabasie, nie zaś na gitarze basowej.

Album zawiera wyłącznie wielominutowe kompozycje, które usiane są narracyjnymi i improwizacyjnymi zdobieniami, niczym komnaty Wersalu za czasów Ludwika XIV. Utwór otwarcia pachnie nawet trzecim nurtem, ale puenta zdaje się być free jazzowa. Na etapie dojścia podobać się mogą mnożące się, jakże kolektywne improwizacje. W drugim utworze warto zwrócić uwagę na dynamiczny, funkowy początek, z kolei w trzecim na świetnie wypolerowane ostrze kontrabasowego smyczka. W czwartej szczególnie lśni finałowy galop ozdobiony świetną ekspozycją gitary, a w piątej, odrobinę zbyt długiej opowieści, introdukcja smakuje wyrafinowanym dark chamber. Wreszcie finałowa kompozycja, tu kontrabasisty, dająca przewrotnym tytułem przyzwolenie na granie fałszywych nut, udanie podsumowuje ten niekiedy przeładowany pomysłami album. Szczególnie podobać się może jego zakończenie, które przywołuje w pamięci uroczo pogmatwaną rytmikę Ghost Trance Music Anthony’ego Braxtona.

  


Jérémie Ternoy Trio Survol à basse altitude (Circum-Disc, CD 2025)

Studio-Ronchin, maj 2025: Jérémie Ternoy – fortepian, Nicolas Mahieux – kontrabas oraz Charles Duytschaever – perkusja. Sześć utworów, 43 minuty.

Na koniec dzisiejszej przygody z nowościami album artysty, który od lat współtworzy wyśmienite trio TOC, gdzie na ogół grywa na elektrycznych instrumentach klawiszowych, siejąc psychodeliczne spustoszenie. Tu zaglądamy do albumu jego autorskiego tria, które stylistycznie sadowi się na obrzeżach jazzu środka. Z punktu widzenia wielbicieli soczystego free impro, to pozycja trochę zbyt przewidywalna, jakkolwiek może ona zadowolić fanów The Necks, do którego udanie nawiązuje szczególnie w dwóch pierwszych utworach.

Rzeczony początek albumu, to rytm szyty perkusyjnymi szczoteczkami, neoklasyczną melodyką piana i czupurnym kontrabasem, który chętnie staje w poprzek narracyjnej praworządności. Zdaje się, że często stosowana tu progresywna motoryka basu i perkusji, to jeden z ciekawszych walorów tego tria. Zdecydowanie więcej oczekiwalibyśmy od lidera, kompozytora i pianisty. Ten zdaje się czerpać radość z pławienia się w odmętach łagodnych melodii i niewyczerpujących, solowych ekspozycji. Dwa pierwsze utwory budzą tu doprawdy duże nadzieje, z kolei dwie ostatnie post-ballady grzebią je w muzycznym banale.

 

 


wtorek, 18 lutego 2025

The February’ Round-up: Saarbrücken! Hémisphère! Confidence of One! Corps et Biens! Binus! Fix it! Just Friends! Krew! Świtanie! Other Worlds!


Minęła połowa lutego, a my wciąż nie zdołaliśmy wygrzebać się z albumów, jakie ujrzały światło dzienne w dawno minionym roku 2024. Na potrzeby kolejnej, comiesięcznej zbiorówki recenzji nazbieraliśmy dziesięć świeżynek z muzyką improwizowaną - od free jazzu poczynając na kompulsywnym synth&drums kończąc.

W tak zwany międzyczasie czeka ogrom swobodnej improwizacji, która lubi brudne i tłuste dźwięki, trochę eksperymentów i ekspozycji na poły konceptualnych, wreszcie garść jazzu i nuta folku. Wystartujemy w niemieckim Saarbrücken, ale po portugalsku i amerykańsku, potem przeniesiemy się do Szwecji, pobędziemy czas jakiś na ziemi niczyjej, kolejne tropy odnajdziemy w Zjednoczonym Królestwie oraz Serbii, wreszcie kilka istotnych chwil spędzimy w okopach matki-polki, by dokonać żywota w całkiem nam bliskiej Holandii.

So, welcome to heaven and hell of improvised music!



 

Luís Lopes Humanization 4tet Saarbrücken (Clean Feed, CD 2024)

Saar Free Jazz Fest, Saarbrucken, październik 2021: Luís Lopes – gitara elektryczna, Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Aaron Gonzalez – kontrabas oraz Stefan Gonzalez – perkusja. Trzy utwory, 44 minuty.

Piąta płyta Humanization 4tet niczym nie zaskakuje, ale to być może największa jej siła. Zawiera trzy kilkunastominutowe ekspozycje, z których każda jest sumą kilku wątków, zarówno tematów podpisanych przez Lopesa, jak i barwnych, świetnie wkomponowanych w to melodii Arthura Blythe’a. Wszystko polepione w dynamiczne, pełne ekspresji, free jazzowe songi, których naczelną wartością są doskonałe improwizacje, zarówno solowe, jak i kolektywne (te drugie w przewadze). Mieliśmy okazję gościć ten kwartet w Dragonie, w trakcie tej samej trasy. Zdaje się, że niemiecki koncert jest jeszcze lepszy.

Otwarcie albumu jest dynamiczne, usiane szorstkimi, ekspresyjnymi akcjami gitary i saksofonu, pięknie osadzonymi na gęstej, tłustej sekcji rytmu, która nie notuje pustych przebiegów. Coś na kształt tematu pojawia się tu dopiero po pięciu minutach. Improwizacje są krótkie, świetnie posadowione w dramaturgii całości. Gitarzysta nie szczędzi nam rocka, saksofonista ekspresji fire music. Drugi utwór w fazie początkowej bazuje na dysonansie dynamiki – leniwy marsz saksofonu i gitary, nieco bardziej żwawa akcja basu i perkusji. Ekspresja faluje – od delikatnych, balladowych fraz, po wybuchy soczystego free. Jeszcze przed upływem dziesiątej minuty muzycy wchodzą w dynamiczny tryb posiłkując się tematem Blythe’a, a improwizację do poziomu nieba wynosi saksofonista. Trzecią odsłonę koncertu inicjuje urocza, free jazzowa melodia klasyka. Swoje kilka chwil ma basista, który soczyste solo okrasza głosem i ponownie ekspresyjny saksofonista. Finał albumu należy do gitarzysty, który spowalnia opowieść, łapie mnóstwo psychodelii i wprowadza kwartet w dubowe, rozhuśtane klimaty.




Paul Jarret, Karin Johansson & Donovan Von Martens Hémisphère (Havtorn Records, CD 2024)

Skogen Studio, Österbymo, Szwecja, czas nieznany: Paul Jarret – gitara, także preparowana, Karin Johansson – fortepian, także preparowany oraz Donovan Von Martens — kontrabas. Trzynaście utworów, 52 minut.

Na ten francusko-szwedzki album warto zwrócić szczególną uwagę. Sytuacja jest tu z trybunowego punktu widzenia ulubiona – bliżej nam nieznani artyści (poza pianistką) serwują prawdziwy improwizowany smakołyk. Trzynaście swobodnych akcji, ogrom barwionych mrokiem dźwięków preparowanych, a wszystko szyte intrygującą dramaturgią, każdorazowo nasączoną wewnętrzną, nerwową rytmiką. Nie sposób przy tej muzyce zmrużyć oko.

Rozdygotane akcenty percussion (zapewne ze strun), zapracowany smyczek, frazy z klawiatury i wnętrza pudła rezonansowego, wreszcie wybudzająca się z głębokiego snu gitara, to elementy składowe, które łapią wspólny, rytmiczny mianownik i w pocie czoła budują zgrabną opowieść. W jej kolejnych epizodach pojawiają się filigranowe, gitarowe sprzężenia, rezonujące, metaliczne zgrzyty, akustyczne trzaski, tudzież minimalistyczne plamy piana. Szmer dramaturgicznego niedopowiedzenia zdaje się wszystko spajać w naturalny ciąg przyczynowo-skutkowy. Okazjonalnie artyści frazują czystym tembrem (w czwartej, siódmej i ósmej odsłonie), niekiedy łapią w szprychy drobiny amplifikacji (gitara w dziewiątej części?). Zdaje się, że szczególnym pięknem emanują w dwunastej opowieści – struny rezonują, z dna piano dochodzą mroczne westchnienia, a smyczek lepi wszystko w nisko osadzony dron. Album wieńczy szemrana ballada, szyta dźwiękami dobywanymi z przestrachem, drżącymi powtórzeniami i klarownie wypowiedzianymi słowami pożegnania.



 

Mia Zabelka, Tungu & Stefan Strasser The Confidence of One Swimming Against the Current (FMR Records, CD 2024)

Czas i miejsca akcji nieznane: Mia Zabelka – skrzypce, głos, elektronika, Stefan Strasser – syntezator, piano, gitara elektronika oraz Tungu/ Sergiy Senchuk - field recordings, bas akustyczny, głos, sample. Siedemnaście utworów, 58 minut.

Wszystko wskazuje na to, iż nagranie to powstało w trzech różnych miejscach i momentach naszej ciężkiej rzeczywistości. Każdy z artystów wyprodukował spore porcje dźwięków, a całość polepiono i zmasterowano w Ukrainie. Efekt końcowy wydaje się przedziwny. Pierwsza połowa albumu definitywnie przeładowana jest treścią, a ponadgatunkowy tygiel zdarzeń przyprawiać może o zawrót głowy. Jednakże po dziesiątym utworze muzycy zdejmują nogę z gazu, tłumią emocje, ograniczają artystyczne środki wyrazu i nagle nagranie łapie klimat, intrygującą dramaturgię i zdaje się zadowalać nawet najbardziej wybredne gusta.

Pośród pierwszych kilku utworów po brzegi nasyconych elektroniką, pulsem syntetycznej perkusji i niemal post-industrialnym zgrzytaniem zębami uwagę przekuć może nade wszystko szósta opowieść. W jej centralnym punkcie posadowiona zostaje skrzypaczka i jej niepowtarzalne, silnie preparowane frazy. Dobrze konstruowane, oniryczne tło tylko wzmaga efekt końcowy. Rzeczone, wytłumione, post-ambientowe tło powraca w utworze dziesiątym, zdominowanym jeszcze przez rozbrykaną elektronikę i elektrykę. W kolejnych częściach znów pojawiają się preparowane skrzypce, słyszymy coraz więcej intrygujących wątków elektroakustycznych. Jeśli nawet pasma syntetyczne wracają na front, podawane są z umiarem i dbałością o relacje z pozostałymi dźwiękami. Szczególnie podobać się może odcinek piętnasty, szyty ze strzępów fonii i doposażony minimalistycznym pianem. W kolejnej odsłonie akcje kreują pijackie śpiewy, które zdają się przedrzeźniać syntetyczną rzeczywistość. Finał albumu jest delikatny, w dużej mierze akustyczny, urokliwie repetytywny.



 

MouthWind Corps et Biens - Hommage à Robert Desnos (Creative Sources, CD 2024)

Lawrence’s studio, Oxford, listopad 2023: Jean-Michel Van Schouwburg – głos oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Piętnaście utworów w siedmiu rozdziałach, 55 minut.

Corps et Biens, to album szczególny. Brytyjczyk Lawrence Casserley w swoim długim i jakże legendarnym życiu artystycznym performował dźwięki live processing wielu instrumentów i formacji, ale niezwykle rzadko czynił to mając na pulpicie wyłącznie ludzki głos. Ten ostatni dostarcza tu belgijski wokalista, artysta głosowy Jean-Michel Van Schouwburg, który także pretendować może do miana legendy gatunku, przynajmniej w wymiarze kontynentalnym. Album podzielono na piętnaście epizodów, uformowanych w siedem rozdziałów, a literacką inspiracją uczyniono poezje Roberta Desnosa. Definitywnie warto wczytać się w to nagranie!

Spektrum możliwości głosowych Belga zdaje się być równie rozlegle, jak jego kreatywność. I co może najistotniejsze, co sytuuje artystę poza standardem głosowych improwizatorów, to jego niebywałe poczucie humoru, dystans do siebie, artystyczna frywolność. Muzyk wydaje dźwięki całym ciałem, którego gardło i struny głosowe są ledwie efektownym zwieńczeniem. Mówi do nas, śmieje się, parodiuje, gdacze niczym Kaczor Donald, rzęzi, rży, zdolny jest naśladować każde zwierze. Sepleni, mruczy, podśpiewuje przy goleniu, buduje ambientowe wokalizy, intensywnie wącha zapachy przyrody i bzyczy niczym pszczoła. W tym szaleństwie świetnie odnajduje się Casserley, który wydaje się muzykiem wprost stworzonym do elektronicznej dekonstrukcji głosu. Świetnie wiemy, że Brytyjczyk snuje także swoje, separatywne opowieści - delikatne, ulotne, równie oniryczne, jak tajemnicze. Pozostaje jeszcze warstwa literacka tego smakowitego albumu, której eksplorację pozostawiam bardziej zaawansowanym, tudzież dysponującym czasem słuchaczom.




Ilia Belorukov & Sara Zlanabitnig Binus (kuda-org, DL 2024)

Novi Sad/ Sremski Karlovci, Serbia, czerwiec 2024: Ilia Belorukov – syntezator modularny, fluteophone oraz Sara Zlanabitnig – flety (inside & feedback), field recordings. Pięć utworów, 31 minut.

Instrumenty dęte, na ogół preparowane, garść nagrań terenowych i umiejętnie wykorzystywana elektronika analogowa, to elementy składowe tego albumu. Krótkiego, świetnie skonstruowanego, pokazującego, iż łączenie brzmień akustycznych i syntetycznych może być niebywale przyjemne dla ucha. Owe pięć improwizacji nagrano w trakcie aż trzech spotkań, w różnych okolicznościach przestrzennych. Nie zmienia to faktu, iż wszystko tu do siebie pasuje.

Pierwsza opowieść formuje się w dron inicjowany przez syntezator, ale lepiony także z odgłosów miasta, bijącego dzwona i flecich kołysanek. Czy tak mógłby brzmieć post-nowoczesny, wielkomiejski folk? W kolejnej części panuje oniryczna flauta, którą buduje zarówno subtelny modular i preparacje na flecim korpusie. Z czasem ta upiorna kołysanka zdaje się szukać warstwy rytmicznej. W opowieści trzeciej flet wpada w mantrę, z kolei syntetyka z drobnego pyłku na żakiecie staje się zgrzebnym inicjatorem rosnącej intensywności. Czwarta część, to nerwowa rytmika, zadziorne frazowanie i kojąca puenta poprzedzona flecią akupunkturą. Na starcie finałowej improwizacji można odnieść wrażenie, iż znajdujemy w kaczym stawie. Głosy natury są tak swojskie, a śpiew fletu kojący, iż akcja modularnego na etapie rozwinięcia wydaje się zupełnie zbyteczna.




Ilia Belorukov & Lauri Hyvärinen Fix it if it ain't Broken (NUNC.,DL 2024)

Novi Sad, Serbia, październik 2023: llia Belorukov – syntezator modularny, Lauri Hyvärinen – gitara elektryczna, przetworniki. Pięć utworów, 37 minut.

Kolejne spotkanie z improwizacjami Belorukova pozbawione jest brzmień akustycznych. Z jednej strony syntezator modularny, z drugiej gitara elektryczna, a raczej jej elektryczne i elektroniczne przetworzenia. Gęsty, muskularny i głośno dostrojony album.

Jeśli pierwszą improwizację moglibyśmy określić mianem swobodnej wymiany myśli, to drugą z pewnością bokserską wymianą ciosów. Gitarowe pick-upy vs. gęsto okablowany modular - ów pojedynek znamionuje moc niszczenia narracyjnych subtelności. Bywa, jak w części trzeciej, iż w tej walce syntezator może znaleźć się na pozycjach silnie defensywnych. Szczęśliwie dla mniej przygotowanego odbiorcy, jeszcze w tej odsłonie albumu jesteśmy w stanie dosłyszeć frazy definitywnie gitarowe, które stanowią udane wprowadzenie do czwartej improwizacji. Ta pulsuje głębią mroku, a drobne zgrzyty i ukąszenia łączą się w jednolity strumień narracji, który z czasem intrygująco stygnie, nabierając niemal akustycznego brzmienia. Końcowy epizod sprawia wrażenie albumowe résumé. Muzycy pokazują tu zarówno swojego subtelne oblicze, jak i pazury prawdziwych noise’ killerów.



 

Anna Gadt, Michał Giżycki & Cyprian Pakuła Just Friends (TORF Records, DL 2024)

SPATiF, Warszawa, lipiec 2024: Anna Gadt – głos, efekty, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon sopranowy oraz Cyprian Pakuła – perkusja. Trzy improwizacje, 46 minut.

To pierwsze spotkanie artystów w tym składzie i już wiemy, że nie ostatnie! Swobodnie improwizowana opowieść, dramaturgicznie skoncentrowana na dialogu wokalistki i klarnecisty basowego (w ostatniej opowieści – saksofonisty sopranowego), a zgrabnie osadzona na pulsie jazzowej perkusji. Album, to trzy historie, z których ta środkowa konsumuje dokładnie połowę koncertu. 

Po chwilach typowej dla formacji skleconych ad hoc gry inicjacyjnej, trio bierze się do pracy i formuje linearną opowieść, która szczególnego blasku nabiera w sytuacjach bardziej dynamicznych. Dodajmy, iż w fazach leniwego spowolnienia także nie przestaje przykuwać uwagi. Szerokie spektrum wokalistyki odnajduje tu doskonałego partnera w równie horyzontalnej kreatywności klarnecisty. O dobry nastrój obojga dba drummer, który trzyma rytm i udanie zdobi momenty artystycznego zawahania. W chwilach, w których wokalistka sięga po tzw. efekty, narracja nabiera posmaku fussion. Druga, najbardziej rozbudowana improwizacja zaczyna się od ekspozycji solowej Anny, którą na jazzowe ścieżki naprowadza Cyprian, a dętego błysku dodaje Michał. Po efektownym spiętrzeniu, mniej więcej w połowie utworu muzycy wchodzą do strefy leniwych eksperymentów, by ten fragment koncertu spuentować porcją zmyślnych, na poły melodyjnych interakcji. W końcowej odsłonie pojawia się anonsowany saksofon sopranowy. Tu opowieść najpierw kołysze się na falach wystudzonego oceanu, potem niesiona mocą wokalnych efektów osiąga stadium free, by zwieńczyć koncert perkusyjną solówką.



 

Piotr Damasiewicz & Kuba Wójcik Krew (L.A.S., CD 2023)

OFFCZART, maj 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, głos oraz Kuba Wójcik – gitara, elektronika. Trzy utwory, 34 minuty.

Potraficie wyobrazić sobie dźwięk, jaki wydaje krew krążąca w naszych żyłach? Czy to struga szeleszczącej wilgoci, czy raczej demoniczny, masywny dron jakże żywej syntetyczności? Damasiewicz i Wójcik postarali się wyjść naprzeciw naszym niezdefiniowanym wyobrażeniom.

Barwiony elektroniką, drżący strumień fonii nadpływa z mrocznej strony. W jego wnętrzu kłębi się mnóstwo mikrozdarzeń – czasami przypominają one frazy gitary, zdeformowanej trąbki, czy głosu, być może ludzkiego. Warstwy syntetyczne także wiodą tu aktywne życie. Opowieść systematycznie narasta, a pod koniec pierwszej części zostaje przyozdobiona elektroakustycznymi wtrętami, które prawdopodobnie są dźwiękami szpitalnej aparatury do przetaczania krwi. Po krótkim interludium z ciszą, dźwiękami rzeczonej aparatury i smyczka (?) narracja śmiało wchodzi w drugą, decydującą fazę. Oniryczne tło wypycha na front silnie syntetyczną strugę fonii. Zza mgły elektroniki po czasie wyłania się nerwowa gitara, głos i trąbka. Ta ostatnia najpierw charczy jak kołujący śmigłowiec, potem ucieka w echo i śpiewa. Zakończenie śmiało zasługuje na miano demonicznego. Oto nasze największe dobro, które pachnie mrokiem i strachem.



 

Piotr Damasiewicz Into the Roots Świtanie (L.A.S., CD 2024)

Polskie Radio Studio S4, Warszawa, marzec 2023: Piotr Damasiewicz – trąbka, organy, głos, instrumenty perkusyjne, Zbigniew Kozera – kontrabas, guimbri, Paweł Szpura – perkusja, Michał Żak – shawm, drewniany flet poprzeczny, hammered dulcimer, Katarzyna Karpowicz – koto, Alicja Krzeszowiak i Kamila Krzeszowiak – głosy, Paulina Kaźmierczak – głos, skrzypce, Krzysztof Ryt – pięciostrunowa altówka, Marek Ryt – bagpipes, fife, rożek francuski. Siedem utworów, 40 minut.

Damasiewicz zostaje z nami, ale jak to bywa w przypadku tego muzyka, gatunkowy klimat zmieniamy o sto osiemdziesiąt stopni. Uciekamy w estetyką folkową, które jest tu raczej metodą twórczą, a nie celem samym w sobie, raczej inspiracją do odbywania improwizowanych podróży niż budowaniem kolejnych jazzowych edycji folkowych evergreenów.  

Pierwsze trzy utwory stanowią dramaturgiczną całość. Od folkowej, melodyjnej introdukcji z psychodeliczną puentą, po świat transowej narracji bazującej na intensywnym brzmieniu organów. Do tego swobodne wokalizy i soczyste, dęte inkrustacje. Jeśli flet rozrywa tu początkową ludyczność, to trąbka koi emocje i szuka integracji. W warstwie etnicznej nie trudno dosłyszeć, iż dziarskie Tarty spoglądają tu w stronę dalekiej Japonii i równie odleglej Afryki. Kolejne dwa utwory kojarzą folkowy blask porannej zorzy i post-jazzową, improwizowaną opowieść. Ostatnie dwie części przenoszą nas w klimat transowej, ponadgatunkowej ekspozycji. Szóstą odsłonę świetnie unerwia perkusista, siódmą z kolei buduje niskie brzmienie organów i kontrabasowy groove. Finał pełen jest taneczności i melodyki, bystrze kontrapunktowanej psychodelicznym spleenem organów.




Dead Neanderthals Other Worlds (Bandcamp’ self-released, LP/DL 2024)

White Noise Studio, Holandia, czas nieznany: Otto Kokke – syntezator, saksofon oraz Rene Aquarius – perkusja. Siedem utworów, 32 minuty.

Dokonania tej pary Holendrów śledzimy od zawsze, szczególnie ich tradycyjne, sylwestrowe ep-ki. Ostatnia z nich, nad wyraz rozbudowana jak na krótki metraż, doczekała się nawet edycji winylowej. Nagranie to z pewnością zaliczyć możemy do … najłagodniejszych przejawów brutalnego, brzmieniowego konceptualizmu, jaki uprawiają Kokke i Aquarius już od półtorej dekady. Cieszy jak zawsze, tym razem zaprasza także do tańca i gry w skojarzenia z muzyką … dyskotekową lat 70. i 80. ubiegłego stulecia.

Album jest tu nieprzerwanym strumieniem dźwiękowym, podzielonym na odcinki dyktowane tempem frazowania perkusji. Syntezatorowe otwarcie jest ciepłe, melodyjne, choć mroczne. Potem do akcji wkracza 2stepowa perkusja, który szyje ścieg godny zarówno ekspresji rocka, jak i dynamicznego electro. Oto new death disco, które smakuje estetyką muzyki tanecznej sprzed pół wieku. Kolejne, mroczne interludium poprzedza perkusyjny step, który jest spokojniejszy, jeszcze bardziej uwypuklający melodykę syntezatora, niespodziewanie wtłaczającą nas do kolejnej, tu już definitywnie noworomantycznej dekady. W czwartej części muzycy podkręcają tempo, a brzmienie syntezatora czynią bardziej szorstkim. W kolejnej puentę dyskusji narracyjnej stanowi melodyjna ekspozycja saksofonu, delikatnie schowanego w pogłosie. Ostatni epizod tego szaleństwa przynosi pasmo basowe, które nadaje całości silnie rockowy posmak, mimo braku gitarowego instrumentarium.

 

 

wtorek, 3 grudnia 2024

The November/ December’ Round-up: MYL! Belorukov & Džukljev! LBB! Serries in duos! Guy & Mazur! Hyvärinen & Kääriäinen! Olsson! Sly & The Family Drone! Kensho!


Zapraszamy na ostatnią w tym roku zbiorówkę recenzji! Łączone wydanie listopadowo-grudniowe przynosi dziesięć albumów tradycyjnie utrzymanych w estetyce od sasa do lasa!

Tym razem dyktat swobodnej improwizacji będzie bezdyskusyjny. Unikając jazzowych naleciałości (acz nie bez wyjątków) odpłyniemy w bezkres elektroakustyki i instrumentalnych preparacji ze szczególnym uwzględnieniem gitar i instrumentów pochodnych. Ten zestaw recenzji zwieńczymy post-elektroniczną grą w dwa ognie i ekstremalnie wycofaną, minimalistyczną, predefiniowaną improwizacją.

Naszą podróż zaczniemy w Skandynawii (ale bez udziału Skandynawów), potem odwiedzimy serbski Nowy Sad, Francję, Niemcy, Belgię, zahaczymy o Kraków i Helsinki, naładujemy baterie ponownie odwiedzając Skandynawię (tym razem z udziałem Skandynawów), zahaczymy o Zjednoczone Królestwo, by ostatecznie umrzeć snem sprawiedliwego w dalekim Tokio.

So welcome to heaven and hell of multi-coloured improvisation!



 

MYL Trio (Mia Zabelka, Yoko Miura, Lawrence Casserley) Parallel Universes (Setola di Maiale, CD 2024)

Göteborg/ Sztokholm/ Ostrawa, wrzesień 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, Yoko Miura - fortepian, melodika oraz Lawrence Casserley - signal processing instrument. Sześć improwizacji, 58 minut.

Na dobre otwarcie danie wyjątkowo smakowite! Minimalistyczne, nasączone post-klasycznym sznytem piano, ekstremalnie kreatywne skrzypce doposażane głosem i realizowana na żywo elektronika, która kreuje narrację, ale też transponuje akustyczne frazy na język onirycznej, migotliwej syntetyki. Album konsumuje fragmenty dwóch szwedzkich koncertów tria i kilkuminutowy encore zarejestrowany w Ostrawie.

Pierwszy fragment trwa kwadrans i jest efektownym wprowadzeniem do świata zbilansowanej elektroakustyki. Oniryczna aura, niespieszność, ale też głęboko zakorzeniona wola tworzenia czegoś zaskakującego. Pianistka, to ocean nostalgii, skrzypaczka - bezkres kreatywności, a elektronik – dramaturgiczny rozmach. Pieczołowicie budowana opowieść w fazie wielominutowej finalizacji zapewnia intrygujące spiętrzenie. Kolejne dwie historie są nieco krótsze – ta pierwsza, to rodzaj zabawy z rozkołysanym rytmem, ta druga, lepiona z drobiazgów, zdaje się bazować na dysonansie wystudiowanego piana i zjednoczonych sił skrzypiec oraz live processingu. Czwarta część, najdłuższa w zestawie, to crème de la crème albumu. Delikatny start, nerwowe, rytmiczne rozwinięcie, kreatywny minimal w fazie uspokojenia, a w ramach puenty dodatkowy instrument (melodika) i wejście na poziom intensywnej … medytacji w klimatach AMM. Utwór piąty przynosi dramaturgiczny spokój i garść brzmieniowych niespodzianek, z kolei finałowa opowieść, mimo, iż stanowi koncertowy bis, generuje mnóstwo emocji – od elektronicznych wiwatów, przez skrzypcowe mikro eksplozje, po preparowany falling down z udziałem melodiki.



 

Ilia Belorukov & Marina Džukljev Everything Changes, Nothing Disappears (Acheulian Handaxe, DL 2024)

MSUV, Nowy Sad, Serbia, od grudnia 2002 do lutego 2024: Ilia Belorukov – saksofon altowy, obiekty oraz Marina Džukljev – fortepian, preparacje. Siedem improwizacji, 40 minut.

Ilia i Marina, to artyści, których na tych łamach cenimy i staramy się często o nich pisać. Ten album, to bodaj ich pierwsze wspólne nagranie. Saksofonista, którego znamy także ze świata elektroakustycznego eksperymentu, tu stawia na konkret. Albo jest free jazzowym potworem, albo wysublimowanym preparatorem. Z kolei pianistka zdaje się mieć tysiące twarzy, ale w każdej z nich jest definitywnie przekonywująca. Świetnie radzi sobie zarówno na rozgrzanej klawiaturze, jak i w głębokich odmętach pudla rezonansowego. I jeszcze sygnalizuje wyjątkowo wyczulony zmysł rytmiczny. Innym słowy – świetny album! Spójny, doskonale skonstruowany, choć jest sumą kilku improwizowanych spotkań.

Początek jest minimalistyczny i bazuje na metalicznym rezonansie. Narracja urokliwie pęcznieje, niesiona równym, doboszowym rytmem pianistki. Drugi epizod, to free jazzowy wrzask. Emocje w dętej tubie świetnie tu korelują z narracją piana, realizowaną from inside to outside. Trzecia opowieść jest neurotyczna, pachnie dalekim wschodem, rysowana najgłębszymi strunami piana i saksofonowym bezdechem. Kolejna opowieść także pozbawiona jest dynamiki, ale kasą jeszcze większą urodą. To oniryczna ballada, matowo brzmiąca, sycona minimalistyczną repetycją. Piątka, to kłęby kurzu unoszące się nad free jazzowym pogorzeliskiem. To sekwencja instynktownych preparacji, realizowanych na ekstremalnie połamanej rytmice. Przedostatnia historia sięga po jazz, ale tylko po to, by jego idee zdeptać energią drapieżnej, silnie unerwionej improwizacji. Album wieńczy mroczna, definitywnie piękna koda, osadzona na post-rytmicznych preparacjach strun i dętej tuby.



 

Lenglet/ Bodart/ Bramnk L'humeur des non jours (Circum-Disc, CD 2024)

La malterie, Lille, czerwiec 2023: Philippe Lenglet – gitara akustyczna, elektronika, Samuel Bodart – fortepian preparowany oraz Falter Bramnk – instrumenty perkusyjne, preparacje. Dziewięć improwizacji, 55 minut.

Trójka mniej rozpoznawalnych francuskich improwizatorów upichciła wielominutową improwizację, która warta jest przynajmniej kilku skupionych odsłuchów. Narracja bazuje na dźwiękach preparowanych, podana w dziewięciu częściach ma zgrabnie udramatyzowany ciąg przyczynowo-skutkowy. Ostry, wyrazisty początek, fazę rozbudowanych medytacji i garść eksperymentów w końcowych utworach. Nazwiska muzyków zapisujemy w naszych kajetach grubym flamastrem!

Zgodnie z anonsem dwie pierwsze improwizacje stawiają nas do pionu. Otwierane na raz, wyraziste ekspozycje, rodzaj permanentnie tłuczonej akustyki gitary, piana i instrumentów perkusyjnych. Muzycy świetnie na siebie reagują. Nawet w sytuacjach dynamicznych wyczuleni są na niuanse brzmieniowe, zdolni do riposty w każdym momencie. Począwszy od trzeciej odsłony ich opowieści stają się leniwe, rozwarstwione, osadzone w aurze niedopowiedzenia. Bywają teraz delikatni, dobrze czują się w mroku, w poświacie subtelnego rezonansu. Chętnie wchodzą w strefę minimalizmu, choć incydentalnie przejawiają skłonności do dynamizowania narracji. Ich piąta historia karze zadać pytanie o definicję muzyki konkretnej. W kolejnej części ich egzystencjalny dygot z jednej strony tonie w echu, z drugiej nabiera lokalnej intensywności. Dwie końcowe opowieści, w tym szczególnie ta najdłuższa, przedostatnia, to obszar poszukiwania nowych rozwiązań. Dostajemy garść dźwięków, których pochodzenia nie jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać. Muzycy korzystają zapewne z elektroniki - brzmienie ich instrumentów wydaje się amplifikowane. Chętnie sięgają po smyczki, a arsenał metod preparowania rośnie z każdą chwilą. Ostatnia prosta przynosi drobne spiętrzenie, jakby artyści chcieli nas wybudzić nim wydadzą ostatni dźwięk.



 

Schneider & Serries Schneider Serries (Schneider Collaborations, LP 2024)

The Loundry Room, Hückelhoven, Niemcy, czerwiec 2023: Dirk Serries – gitara elektryczna oraz Jörg A. Schneider – perkusja. Pięć improwizacji, 36 minut.

Belgijskiego gitarzystę Serriesa znamy na tych łamach doskonale – zarówno jak wrażliwego, improwizującego akustyka, jak i dark-ambientowego elektryka. Tu, w duecie z niemieckim perkusistą Schneiderem, mamy niepowtarzalną okazję poznać go jako instrumentalistę niemalże noise rocka. To z pewnością jeden z jego najgłośniejszych albumów.

Pierwsza odsłona albumu świetnie dokumentuje fakty zasugerowane zdanie wcześniej. Noise rockowa gitara skulona w kłębie post-bluesa wraz z samonapędzającą się maszyną circle drums systematycznie buduje tu ścianę dźwięku. To także rodzaj prog-rocka w stanie agonii, w chmurze dogorywającej psychodelii. Kolejny utwór pogłębia ów stan, ciekawie balansując pomiędzy ginącą melodią i kreatywnym hałasem. Ta część albumu przywołuje w pamięci nagrania Fear Falls Burning, ale zagubione w nieznośnym upale południowego Texasu, zatopione w magmie repetycji. Trzecią część wypełnia płonąca gitara hard-rocka, a kumulujący się wokół niej drumming dopełnia miana power duo. W czwartym epizodzie Serries przypomina epigona ambientu, dla którego jedynym ratunkiem jest ucieczka w psychodelię. W ostatniej części jego gitara wpada w wieczną pętlę powtórzenia. Jej brzmienie zagęszcza się z każdą sekundą, skutecznie tłamsząc melodykę, choć samo frazowanie wydaje się najłagodniejsze z możliwych.



 

Christian Vasseur & Dirk Serries Floating Similarities (Creative Sources, CD 2024)

Kapel Oude Klooster, Brecht, styczeń 2024: Christian Vasseur – siedmiostrunowa gitara klasyczna, strojona ćwierćtonowo, głos oraz Dirk Serries - archtop guitar. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Teraz dla odmiany zanurzymy się w bezkresie gitarowej akustyki. Serries przesiada się na swój ulubiony archtop, a jego partner Vasseur sięga po instrument klasyczny, ale stroi go dalece nietypowo. Efekt jest więcej niż udany – bystra dramaturgia, moc soczystego brzmienia i niczym nieskrępowana kreatywność, na koniec ubarwiona efektownymi wokalizami.

Muzycy zdają się tu toczyć batalię o najpiękniejszy dźwięk, a zaczynają ją od smyczkowego frazowania. Jedna gitara śpiewa, druga rzęzi jak gruźlik. Moc kreacji jest z nimi w każdym momencie, zarówno wtedy, gdy cedzą dźwięki w trybie minimalistycznymi, jak i wtedy, gdy ekspresja niesie ich na wysokie wzgórze. Lubią rytm, potrafią być naprawdę delikatni, ale nie przestają kąsać ciętymi ripostami. W trzeciej odsłonie śpiewają razem rozdygotaną mantrę, w części kolejnej pachną onirycznym post-bluesem, nie bez autoagresji, by w epizodzie piątym pieścić struny, poszukiwać zjawisk definitywnie post-akustycznych i ostatecznie popaść w intrygującą repetycję. W części szóstej artyści koncentrują się na dźwiękach preparowanych. Najpierw szemrają po kątach, potem nabierają dynamiki i sieją zamęt. Ostatnia improwizacja jest tą najdłuższą i mieni się wszystkimi kolorami tęczy. Flażolety, drobne szarpnięcia, brzmienia niemal gamelanowe, a w ramach reasumpcji wokaliza mezuina, niesiona bystrym rytmem.



 

Barry Guy & Rafał Mazur Harmony in Diversity (Not Two Records, LP 2023)

Alchemia, Kraków, listopad 2021: Barry Guy – kontrabas oraz Rafał Mazur – akustyczna gitara basowa. Osiem improwizacji, 36 minut.

Spotkanie perfekcyjnie brzmiącego kontrabasu i akustycznej gitary basowej, do tego w takim personalnym wykonaniu, nie mogło nie stać się czymś wyjątkowym. Artyści świetnie ze sobą kooperują, doskonale się słuchają, a ich instrumenty bystrze interferują, ale chyba największym zaskoczeniem jest fakt, iż kontrabas i akustyczna basówka potrafią brzmieć na tyle bliźniaczo, że nie zawsze jesteśmy pewni, który z instrumentów odpowiada za dany dźwięk. Muzycy prezentują nam osiem improwizacji, z których ledwie trzy przekraczają pięć minut. Zatem forma, dramaturgia, zapewne także selekcja materiału, to elementy, nad którymi także warto się tu pochylić.

Od startu emocji nie brakuje. Początek tkany jest z drobnych fraz, gdzie arco może oznaczać subtelne szarpnięcie za struny, a rozśpiewane pizzicato maźnięcie zamaszystym pędzlem. To lekko udeptany post-barok, tudzież kameralny post-jazz, niesiony intuicją i kreatywnością jednego muzycznego ciała, rozsiewającego często dźwięki brzmiące imitacyjnie. Muzycy szczególnie dobrze czują się w momentach wzrostu dynamiki i intensywności przekazu. Precyzja wykonania trzyma ich temperament w ryzach, ale i tak wokół każdego unoszą się tumany kurzu. W drugiej części ich wspólne arco śpiewa, a na etapie rozwinięcia pojawia się mnóstw szumów i szmerów. Swoją rolę odrywa tu podskórna warstwa rytmiczna, choć jej linearność bywa zmyślnie komplikowana. Szczególną jakość wnosi czwarta, ponad dziesięciominutowa opowieść. Na jej starcie artyści wydają się agresywni, rozgrzani do czerwoności. Dociskają struny, uderzają w pudła rezonansowe, ale potem zanurzają w gęstwinie preparowanych fraz. Słyszymy delikatne flażolety i niedźwiedzie pomruki, mroczne westchnienia i plamy rezonansu. Ostatnie cztery improwizacje trwają łącznie krócej niż ich poprzedniczka. Dużo w nich drobnych akcji i zaskakujących wolt dramaturgicznych. Perkusjonalne zrywy, melodyjne interwały, post-barokowe zjazdy i podjazdy. Wszystko w kongenialnej komunikacji.



 

Lauri Hyvärinen & Jukka Kääriäinen Pulled Apart by Horses (Bokashi Records, CD 2024)

Helsinki, od grudnia 2023 do stycznia 2024: Lauri Hyvärinen i Jukka Kääriäinen – gitary elektryczne. Pięć improwizacji, 34 minuty.

Naszą gitarową przygodę kontynuujemy w Helsinkach. Na scenie dwóch tamtejszych gitarzystów i zapewne kilogramy przetworników, wzmacniaczy i tego wszystkiego, co służy do stymulowania brzmienia gitary elektrycznej. Efekt pracy artystów jest więcej niż imponujący, choć momentami można odnieść wrażenie, że narzędzie pracy jest tu ważniejsze niż efekt końcowy. Finowie wiedzą jednak, co to umiar, dbają o komfort naszych narządów słuchu, zatem koński album zdecydowanie polecamy, nie tylko dlatego, iż jego odsłuch zajmuje niewiele ponad dwa kwadranse.

Muzycy od startu nie kryją, iż wiele ich akcji bliskich będzie miana hałasu – improwizacje nieustannie sycą przesterami, sprzężeniami, spiętrzeniami i dość syntetycznie brzmiącymi grzmotami. Ich palce są wyjątkowo zwinne, a wzmacniacze ogniste. Na obu flankach narracji nie brakuje ciekawych i zaskakujących brzmień, w czym wiedzie prym lewa strona. Tego typu zjawisk artyści nie skąpią nam szczególnie na początku drugiej i trzeciej części. Za pierwszym razem kroczymy po dnie zamulonego jeziora, za drugim drgamy i dajemy się wieść dubowej poświacie. Efektem każdej z tych akcji jest zdrowa porcja noise guitars na etapie rozwinięcia. Muzycy wskazują nam kilka konotacji gatunkowych, ale jeśli do którejś jest im najbliżej, to zapewne do post-rockowej. W części trzeciej nie szczędzą nam martwych plam ambientu i posmaku post-industrialu. Czwarta odsłona zdaje się być tą najbardziej dynamiczną, pełną dobrej energii i szczypty psychodelii, budowaną także post-gitarowymi pasmami, które brzmią niczym noworomantyczny syntezator. Ostatnia, najkrótsza opowieść, to kłęby gitarowych nerwów, brak zgody na ciszę, prawdziwa burza z piorunami.




Henrik Olsson Hand of Benediction II (Barefoot Records, CD 2023)

Miejsce i czas nieznane: Henrik Olsson – gitara elektryczna, syntetyczne przetworniki, Egil Kalman – syntezator modularny, Jeppe Skovbakke – bas elektryczny oraz Rune Lohse – perkusja. Piętnaście utworów, 40 minut.

Ile dramaturgicznych pomysłów i zasobów niespożytej energii można pomieścić na albumie trwającym niespełna trzy kwadranse? Wedle Henrika Olssona – nieskończenie wiele! Niestygnący temperament, iście zornowska dezynwoltura, nieustanna zmienność akcji i niewyczerpalna, artystyczna bezczelność. Tym karmi się druga edycja Hand Of Benediction – instrumentalnie poszerzona w stosunku do jedynki o syntezator modularny. Oto muzyka, która nie bierze jeńców!

Start mówi tu wiele – połamany, punkowy rytm, roztańczona, ribotowska gitara, czerstwy śpiew syntezatora i elektryczny bas sunący rockowym krokiem. Mimo narracyjnego szaleństwa całość jest ścisłe zaprogramowana, a porcje czasem dalece swobodnych improwizacji dopasowane do struktury i poziomu emocji danego epizodu. Z jednej strony funkowe rytmy, z drugiej intrygujące plamy syntezatora (choćby intro do szóstej opowieści), który wnosi do HOB nowy, niekiedy zagadkowy, ale zawsze wartościowy element. W tej grze wszystko jest możliwe, a nawet wskazane. W ósmej opowieści mamy dyskotekowy motyw syntezatora, funkowy bas, zmutowany hard-rock gitary i perksyjne kłęby dymu. Za każdym rogiem czai się tu niespodzianka – brzmieniowa lub dramaturgiczna, albo obie na raz. W jedenastym epizodzie dopada nas prawdziwie rockowe solo gitary, a w dwóch ostatnich piosenkach dominuje free jazzowa perkusja, której definitywnie po drodze ze srogo usposobionym syntezatorem.



 

Sly & The Family Drone Moon is Doom Backwards (Self-released, LP/DL 2024)

Larkins Farm, wrzesień 2021: James Allsopp – reeds, klarnet basowy, Kaz Buckland – perkusja, elektronika, reeds, Matt Cargill – elektronika, głos, instrumenty perkusyjne, Ed Dudley – elektronika, głos oraz Will Glaser – perkusja, elektronika. Siedem utworów, 33 minuty.

Ten brytyjski band zwykliśmy uważać za dość szaleńcze combo. Rytm, niewyczerpalne złoża ekspresji i spore porcje hałasu, to atrybuty ich dotychczasowych, niezwykle energetycznych performansów. Na nowym albumie Sly pokazują spokojniejsze oblicze. Introdukcje pierwszych sześciu utworów są wyważone, nawet odrobinę liryczne, a moc ich rytmicznej artylerii ukryta jest na backstage’u. Dopiero po kilku minutach polirytmiczne perkusje wchodzą do gry, a wtedy można już tylko tańczyć lub uciekać.

Na starcie pierwszej opowieści pulsuje elektronika, słyszymy perkusyjne talerze i ciepły tembr dęciaka. Po kilku minutach ta odsłona Księżyca nabiera znamion post-jazzowego hippie trip. Każda kolejna introdukcja szyta jest innym ściegiem – czasami to rwane, post-elektroniczne pulsacje, doposażone saksofonem zanurzonym w chmurze pogłosu, innym razem, to plama rezonansu, która napotyka na akustyczne frazy, zagubione w przestrzeni kosmicznej. Bywa, że grę inicjuje tu dęciak, wokół którego panoszy się syntetyka, ścieląc pasmo, po którym za moment przetoczy się rozwarstwiony, wielopłaszczyznowy rytm. Utwór szósty rozpoczynają dzwonki, suche podmuchy saksofonu i elektroniczny szmer backgroundu. Uśpione przez całą ekspozycję perkusje budzą się do życia dopiero w ostatniej, dwuminutowej opowieści. Tu króluje stary Sly - krzyczy, dmie, urokliwie hałasuje w pierwotnym rytuale tańca.



 

Taku Sugimoto, Masahiko Okura, Wakana Ikeda & Pere Xirau 見性 kensho (Blu-Rei Records, Kaseta 2024)

Ftarri, Tokyo, lipiec, 2024: Taku Sugimoto – gitara, Masahiko Okura – klarnet, Wakana Ikeda – flet oraz Pere Xirau – glockenspiel. Dwie kompozycje, 37 minut.

Kataloński perkusista i perkusjonalista Pere Xirau od pewnego czasu spędza wiele chwil w dalekiej Japonii. Dużo tam muzykuje, a efekt jednego ze spotkań prezentuje w lokalnym (ze swojego punktu widzenia) labelu na przaśnej kasecie magnetofonowej. Obie jej strony zawierają rozbudowane kompozycje konsumujące dźwiękowe plamy gitary, klarnetu, fletu i perkusjonalii poprzedzielane niekończącymi się buforami ciszy. Nagranie ma definitywnie medytacyjny charakter, wynosi ideę minimalizmu do rangi sztuki wysokiej, a nade wszystko uczy cierpliwości – po obu zresztą stronach sceny.

Atrybuty nagrania wylistowane w poprzednim zdaniu szczególnie dobitnie prezentuje strona pierwsza. Tworzą ją pojedyncze frazy fletu i klarnetu, mikro dźwięki z gitary i równie rozlegle w czasie porcje metalicznie brzmiących dźwięków glockenspiel. W początkowej fazie nagrania cisza trwa tu z pewnością dłużej niż ekspozycja instrumentalna. Ta ostatnia na ogół lepi się w krótkotrwały dron realizowany wspólnie przez wszystkich uczestników spektaklu. Wraz z upływem czasu można odnieść wrażenie, że w strudze leniwej narracji pojawiają się nowe, drobne elementy, na ogół z obszaru, za który odpowiedna Xirau. Mantra ciszy, oddechu i wyczekiwania nie ma tu realnego końca. Druga strona kasety zdaje się być odrobinę bardziej … dynamiczna. Porcje ciszy są krótsze, zdarza się, że partie instrumentalne następują jedna po drugiej bez pauzy. W dalszej fazie ekspozycji bywa, że Katalończyk realizuje coś na kształt drummingu. Sam finał grany jest na jednym, dość długim, jak na kanony tego nagrania, posuwistym wydechu.

 

 

piątek, 24 listopada 2023

The November’ Round-up: The Beholder's Share! The Bridge! Flora! Almost Invariably! Zyft! Zabelka! Gucik & Kravos! Builder & Choboter!


Listopadowa zbiorówka świeżych recenzji jeszcze świeższych płyt gotowa do czytania! To edycja o dużym ciężarze gatunkowym, pełna zacnych i jakże rozpoznawalnych w świecie muzyki improwizowanej nazwisk. Obok nich znajdziemy także pokaźne grono naszych dobrych znajomych z południowo-zachodniego krańca Europy, i jak zwykle przy tej okazji, kilka nowych person do zapamiętania!

Będzie dużo jazzu w jak najbardziej swobodnym wydaniu, zarówno akustycznych zabaw, jak i psychodelicznych tripów godnych klasyki fussion, będzie kilka oceanów improwizacji wyzwolonej ze wszelkich ram gatunkowych, a także odrobina post-jazzowej kameralistyki.

Nasza marszruta zaczyna się w Londynie. Potem zagramy pod dyktando naszych ulubionych improwizatorów z Półwyspu Iberyjskiego, nie bez przestrzennych akcentów polskich, a zaraz po nich pojawi się wątek amsterdamski i austriacki, ten drugi także w akcentami zamorskimi. Na koniec dwa międzynarodowe duety – pierwszy zakotwiczony w Łodzi, drugi w Kopenhadze.

So, welcome to heaven & hell of improvised music!




Alex Bonney/ Paul Dunmall/ Mark Sanders The Beholder's Share (Bead Records, CD 2023)

Sansome Studios, Londyn, listopad 2022: Alex Bonney – trąbka, syntezator modularny, laptop, Paul Dunmall – saksofony oraz Mark Sanders – perkusja. Trzy improwizacje, 40 minut.

Brytyjskie spotkanie trzech muzycznych pokoleń, ubrane w szaty swobodnie improwizowanego jazzu, intryguje nie tylko z uwagi na klasę muzyków i dramaturgię, ale także wyjątkowo udane łączenie brzmień syntetycznych z akustyką dwóch dęciaków i perkusji. Każda z trzech opowieści budowana jest na starcie przez syntezator modularny i elektronikę, które aranżują przestrzeń ambientowym tłem i sekwencją drobnych, syntezatorowych plam. Dodajmy, iż ów background pozostaje z muzykami na ogół do końca danej ekspozycji. Dopiero na tak przygotowany grunt wchodzi trąbka i czyni interesujące dialogi z saksofonem, wsparte na niebywale kompetentnym drummingu.

Początek nagrania jest prowadzony w wolnym tempie. Elektronika buduje mroczne tło, saksofon snuje melodie, a perkusja formuje stelaż narracji. Smak post-fussion pojawia się dość szybko, choć sama trąbka wydaje pierwsze dźwięki dopiero po upływie kilku minut. Z czasem muzycy osiągają stan stabilnego, nieprzeładowanego emocjami free jazzu. Drugą opowieść otwiera drummer, który inicjuje delikatny rytm. Wokół niego snują się plamy syntetyki i saksofonowe preparacje. Wraz z upływem minut narracja nabiera tempa. W połowie wielominutowej improwizacji muzycy zdają się opadać na samo dno. Przez moment słyszymy jedynie czysto brzmiące dęciaki. W dalszej części nagrania dużo do powiedzenia ma kreatywny perkusista, ale trzeba zauważyć, iż warstwa syntetyczna nie ogranicza się jedynie do budowania tła. Podobnie rzecz się ma w trzeciej odsłonie, gdy kreatywność Bonneya koncertuje się na brzmieniach nieakustycznych. Narracja ma tu wiele twarzy, bywa pokrętna, oniryczna, tajemnicza, bywa też ekspresyjna, stymulowana świetną robotą Sandersa. Finał należy do Dunmalla, który sięga po saksofon sopranowy i nadaje całości jakże dla niego charakterystyczny, post-folkowy sznyt.



The Bridge (Rodrigo Amado, Alexander von Schlippenbach, Ingebrigt Haker Flaten, Gerry Hemingway) Beyond the Margins (Trost Records, CD 2023)

Pardon To Tu, Warszawa, październik 2022: Rodrigo Amado – saksofon tenorowy, Alexander von Schlippenbach – fortepian, Ingebrigt Haker Flaten – kontrabas oraz Gerry Hemingway – perkusja, głos. Trzy improwizacje, 56 minut.

Kolejne – po kwartecie This Is Our Language - międzynarodowe spotkanie mistrzów gatunku zaaranżowane i poprowadzone przez portugalskiego tenorzystę. Choć wiemy z wielu historii, że nazwiska same nie grają, a zaawansowani wiekowo artyści potrafią muzykować na pół gwizdka, przywary te nie dotyczą kwartetu The Bridge! Prawie godzinny zapis koncertu z Warszawy sprzed roku, to kosmiczna jakość free silnie osadzonego w jazzowym idiomie. Całość składa się z czterdziestominutowego seta głównego i dwóch, ponad siedmiominutowych encores.

Faza otwarcia trwa ledwie kilka chwil. Kwartet bez zbędnej zwłoki wpada w strumień kolektywnych improwizacji, które przebierają różne formy, ale stronią od czysto solowych ekspozycji. Świetna komunikacja i bystre interakcje tworzą tu niebywały koloryt. Nie brakuje udanie porcjowanego swingu i melodii, ale nade wszystko free jazzowej ekspresji, którą dostarczają tu wszyscy. W połowie seta ma miejsce kameralne interludium (ze smyczkiem na kontrabasie), a kolejna wspinaczka na free jazzowy szczyt wiedzie bardziej krętą, wyboistą drogą i wydaje się być jeszcze bardziej urokliwa. Improwizacja incydentalnie prowadzona jest w trio, ale tym, który milknie nie jest bynajmniej niemiecki pianista, ale prawie trzy dekady od niego młodszy portugalski saksofonista. Oczywiście wyborną robotę czyni tu sekcja rytmu, która rzadko wychodzi z roli akompaniatora, znajduje jednak kilka znaczących chwil tylko dla siebie. Dwie dodatkowe improwizacje także skrzą się melanżem udanych akcji. Pierwszy epizod nabiera dynamiki z woli saksofonisty, a gaśnie kreatywnością pianisty. Druga dogrywka startuje z pozycji post-swingowej ballady, ale eksploduje prawdziwie aylerowskimi emocjami, jest bowiem rodzajem repryzy nieśmiertelnego Ghosts. Szczególnie zjawiskowy jest dronowy finał, zdobiony wokalizami perkusisty.



 

Marcelo dos Reis Flora (JACC Records, CD 2023)

Blue House Studio, Portugalia, maj 2023: Marcelo Dos Reis – gitara i kompozycje, Miguel Falcão – kontrabas oraz Luis Felipe Silva – perkusja. Sześć utworów, 41 minut.

Marcelo Dos Reis sprawia wrażenie artysty, który w ostatnich latach przesunął ciężar zainteresowań z muzyki swobodnie improwizowanej na ekspozycje ubrane w kształtne i powabne kompozycje własne. Najpierw był precyzyjnie skonstruowany album solowy, potem dobrze zaaranżowany duet z Luisem Vicente, teraz muzyk z Coimbry proponuje nam autorskie trio, wykonujące kompozycje, które śmiało możemy określić mianem jazz-rocka! Ów trend nie budzi może nadmiernego entuzjazmu pośród zwolenników free impro, ale przyznać trzeba, że wszystko, czego tknie się Marcelo jest najwyższej jakości.

Pierwsza piosenka ma tu rockowy sznyt, niemal taneczny, acz nasączony jazzem rytm i niewyczerpane zasoby melodii. Zdobią ją efektowna solówka gitarzysty, realizowana na dużej dynamice. Druga i trzecia kompozycja są połączone. Opowieść zaczyna się dwustrumieniową gitarą, zaczerpniętą z duetowej płyty z Vicente. Ambient w tle i swobodna, na początku łagodnie frazująca gitara, której towarzyszy równie precyzyjny motyw basu. Na tym tle swoje małe przełomy realizuje perkusja, a całość pretenduje do miana post-ballady w stanie nieważkości. Po rozwinięciu w rockowy, tudzież jazz-rockowy motyw całość przypomina nagrania Mahavishnu Orchestra i piękne lata 70. ubiegłego stulecia. Czwarta część sprawia wrażenie komentarza do drugiej kompozycji, ma podobną strukturę, wieńczy ją jednak dość ekspresyjne zakończenie. W przedostatnim utworze sekcja rytmu pracuje niemal funkowo. Dynamiczna, na poły taneczna ekspozycja mieni się tu wieloma kolorami, pośród których znów doszukać się można klimatów fussion sprzed niemal pół wieku. Ostatnia opowieść startuje w estetyce bluesowej. Zgrabnie uformowany, wytłumiony motyw idealnie wpisuje się w konwencję farewell song. W drugiej fazie nagrania emocje biorą jednak górę, a melanż jazzu i rocka spina album niebanalną klamrą stylistyczną.



 

Almost Invariably (Luciano Bagnasco, José Lencastre, João Valinho) Almost Invariably (Bandcamp’ self-released, DL 2023)

Estúdio Namouche, Lizbona, styczeń 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy, Luciano Bagnasco – gitara oraz João Valinho – perkusja. Pięć improwizacji, 32 minuty.

Hiszpański Argentyńczyk i para Portugalczyków w post-jazzowym tańcu, który syci się mnóstwem ponadgatunkowych inspiracji. Lubimy takie sytuacje, a nagrania całej trójki śledzimy na tych łamach na bieżąco. Synkopowana estetyka jest tu jedynie punktem wyjścia, bowiem kreatywność muzyków, umiejętność budowania dramaturgii i zdolność kooperacji sprawiają, iż całe nagranie mieni się wyjątkowo efektowną paletą barw.

Słowo się rzekło, otwarcie albumu płynie spokojną strugą lekkiej, jazzowej gitary, masą śpiewnego saksofonu i dobrze konstruowanej narracji drummingowej. Artyści nie idą jednak w tango, szukają ciekawszych dźwięków, preparują i interferują. Już na początku drugiej odsłony gitarzysta włącza mroczny, ambientowy tryb, a narracja nabiera dalece nieoczywistego wymiaru. Swobodna, dość leniwa opowieść szyta jest jednak nerwowym pulsem perkusji, a z czasem nabiera mocy niemalże free jazzowej. Emocje rosną tu wraz z każdym pokonanym kilometrem. W trzeciej części energia wewnętrzna tria zdaje się systematycznie przybierać na wartości. Dynamiczna gitara łapie post-rockowe fluidy, dubowe echa i psychodeliczne naleciałości. Saksofon dba o linearność narracji i odpowiednia dawkę melodyki, nie szczędząc nam oryginalnych przedechów, a perkusja klei wszystko w zwartą całość. Czwarta opowieść delikatnie tonuje emocje, płynie od gęstej post-ballady do open-jazzowej, melodyjnej ekspozycji. Końcowa improwizacja świetnie reasumuje cały album. Na starcie mieni się bystrymi preparacjami, potem formuje w efektowny dron i łapie zarówno dubowe, jak i post-bluesowe zdobienia. Akcja goni tu akcję, a ostatnia prosta kipi od niebywałych emocji.



 

Zyft (Henk Zwerver, Ziv Taubenfeld, Maya Felixbrodt) Triangle Moments (Creative Sources, CD 2023)

Splendor, Amsterdam, czerwiec 2023: Henk Zwerver – gitara akustyczna, Ziv Taubenfeld – klarnet basowy oraz Maya Felixbrodt – altówka. Sześć improwizacji, 37 minut.

Swobodna improwizacja, które czerpie inspiracje z wielu źródeł, która zaskakuje zarówno dramaturgią, jak i brzmieniowymi subtelnościami, zdaje się być każdorazowo zbiorem wyjątkowo atrakcyjnych dźwięków. Drugi album międzynarodowego (i jakże wielopokoleniowego) tria Zyft idealnie wpisuje się w ów model.

Artyści zaczynają swą podróż z dużym ładunkiem energii, sycąc improwizację pewną drapieżnością, czy wręcz hałaśliwością – oto prawdziwe free chamber na sterydach! Narracja zdaje się być efektownie rozkołysana, frywolna, pełna emocji i niemal wirtuozerskich popisów instrumentalnych. W tym tyglu zdarzeń gitarzysta przemyca nam kilka bystrych, post-klasycznych fraz. Druga opowieść budowana jest drobnymi, rwanymi dźwiękami, ma swoją taktyczną dynamikę, ale bywa też mroczna i zamyślona. Muzycy panują nad ekspresją, ale definitywnie lubią puszczać wodze fantazji i wpadać w niemal chocholi taniec. W trakcie długiej narracji jest tu miejsce na urokliwe preparacje violi, strunowe pląsy gitary i klarnetowe pojękiwania. W następnej części pojawiają się kolejne nowe elementy – drony, smyczkowe akcje na gryfie gitary i bolesne śpiewy altówki. Na koniec tego fragmentu narrację tworzą wyłącznie strunowce, a całość smakuje neoklasycznie. Podobnie brzmi część czwarta, w całości pozbawiona brzmienia klarnetu, doposażona jednak akcentami perkusjonalnymi. Dla opisu piątej odsłony śmiało możemy ukryć określenia post-barok, a nawet post-renesans - wszystko wszakże skapane jest tu w nieskończonej kreatywności muzyków. Końcowa improwizacja bazuje na minimalistycznej gitarze, delikatnie roztańczonym klarnecie i kolejnych akcentach percussion, tym razem prawdopodobnie realizowanych rękoma altowiolinistki. Ostatnia prosta, to plemienny rytuał dźwięku – drobne frazy z wielu źródeł połączone swobodnym tańcem, wieńczącym jakże piękną podróż.



 

Mia Zabelka feat. Alain Joule & Tracy Lisk Duos (Setola Di Maiale, CD 2023)

Klanghaus Untergreith/ Sankt Johann, Espace/ Montreal, Dauphin Street Studio/ Philadelphia, maj 2023: Mia Zabelka – skrzypce, głos, kompozycje oraz Alain Joule - violoncello z perkusjonalnym rozwinięciem, kompozycje (utwór pierwszy) i Tracy Lisk – perkusja, instrumenty perkusyjne, kompozycje (utwór drugi). Dwa utwory, 53 minuty.

Austriacka skrzypaczka, kompozytorka i improwizatorka, chętnie korzystająca z własnego głosu, jest ważną postacią europejskiej sceny muzyki eksperymentalnej od dawna. Swoje wydawnictwa upublicznia jednak niezbyt często, zatem nad każdą propozycją pochylamy się z należytą uwagą. Nowa płyta jest zbiorem dwóch duetów w sytuacjach koncertowych (podwójne miejsca ich rejestracji nie do końca są tu zrozumiałe) i przynosi wyjątkowo pokaźną porcję ekspresyjnych, dość jednak hałaśliwych improwizacji. Brzmienie obu koncertów jest definitywnie punkowe, ale nie wiemy, czy to efekt jakości nagrania, czy też … masteringu Lasse Marhauga, który lubi brud i noise.

Pierwszy duet, to taniec dwóch instrumentów strunowych, przy czym zestaw Alaina Joule jest doposażony perkusjonalnie. Brudne brzmienie, pokaźny ładunek ekspresji, gęsta, interaktywna narracja i kilka definitywnie noise’owych incydentów. Oba strunowce sprawiają wrażenie, jakby były amplifikowane, przez co opowieść nie jest pozbawiona quasi rockowych naleciałości, choć jednocześnie nie stroni od post-barokowych uniesień. Gdy Zabelka sięga po wokal, wydaje się, że przepuszcza go przez jakieś urządzenie elektroniczne. W dalszej fazie tej części albumu muzycy zdają się wkładać w swoje wypowiedzi odrobinę więcej melodyjności i subtelności. Druga improwizacja prowadzona jest w towarzystwie pełnowymiarowego zestawu perkusyjnego. Mimo, iż obraz całości nie przestaje nosić znamion hałasu, opowieść wydaje się bardziej przyswajalna fonicznie. Także głos skrzypaczki jest tu bardziej czysty, choć równie ekspresyjny – czasami przypomina scat, innym razem zdeformowany beat box. Perkusja czasami płynie rockowym szlakiem, bywa też bliska emocji free jazzu. Narracja w wielu momentach sprawia wrażenie bokserskiej wymiany ciosów. Emocji mamy tu doprawdy mnóstwo.



 

Jakub Gucik & Tilen Kravos Infuzja (Antenna Non Grata, CD 2023)

Ignorantka, Łódź, Lipiec 2022: Jakub Gucik – wiolonczela oraz Tilen Kravos – gitara elektryczna. Cztery improwizacje, 48 minut.

Łódzka Ignorantka i jej piwniczna scena, to miejsce spotkania polskiego wiolonczelisty i słoweńskiego gitarzysty, dodajmy, w trakcie jednego z bardziej upalnych dni ubiegłorocznego lata. Spotkania z założenia improwizowanego, nastawionego na wymianę dźwięków nasyconych dużymi porcjami ekspresji. Choć to gitara jest tu amplifikowana, bywa, że z natury akustyczna wiolonczela jest instrumentem głośniejszym i bardziej temperamentnym. W każdym razie blisko pięćdziesięciominutowy koncert wypełnia sporo dobrych emocji i ciekawych zwarć w półdystansie.

Już na starcie muzycy sycą narrację dużym ładunkiem mocy. Rockowe wiosło wiolonczeli płynie po gęstej strudze czerstwego ambientu gitary. Improwizacja ma wyjątkowe szerokie spektrum dźwiękowe, od basowej podłogi po dubowy sufit. Muzycy bardzo chętnie wchodzą w dialog, który często bywa tu serią efektownych kuksańców. Na zakończenie pierwszego epizodu dostajemy garść fraz preparowanych. W podobnym klimacie budowany jest początek drugiej odsłony koncertu. Narracja przybiera tu szaty na poły taneczne - gitara dostarcza strzępy jazzu i bluesa, cello nie stroni od post-barokowych zdobień. Po fazie tłumienia i rozkołysania, opowieść wraca do ekspresji rocka i delikatnie zanurza się w psychodelii. Część trzecia jest bardziej mroczna, odrobinę minimalistyczna. Gucik sięga tu po tryb pizzicato, potem płynie rozśpiewanym arco, co Kravos konkluduje siłą dobrego rocka. Całość dogorywa w mroku ambientu. Czwarta historia, podobnie jak druga, bazuje na pewnej ulotnej rytmice. Trochę fraz imitacyjnych, garść preparacji, szczypta zdrowej psychodelii. Natrafiamy też na całkiem hałaśliwe interludium. Bo tego wieczoru w Ignorantce post-barok zbliżył się do noise-rocka na wyciagnięcie ręki.



 

Calum Builder & Matt Choboter Locusts and Honey (ILK Records, CD 2023)

St. Augustines Church, Kopenhaga, jesień 2020 (?): Calum Builder – saksofon oraz Matt Choboter – fortepian. Dziewięć utworów, 37 minut.

Dzisiejszą marszrutę kończymy w obiekcie sakralnym w Kopenhadze. Delikatnie brzmiący saksofon sopranowy Buildera płynąć tu będzie szeroką strugą pogłosu, a w rolę bystrego interlokutora wcieli się Choboter i jego niebanalny fortepian, traktowany naprzemiennie metodą inside i outside. Dwaj artyści z różnych części świata, zakotwiczeni w stolicy Danii, wtedy otoczeni drutem lockdownu, budują dramaturgię spektaklu z niebywałą precyzją. I bywa, że największe emocje wzbudzają w sytuacji, gdy decydują się pozostawić niektóre dźwięki w sferze ciszy.

Album otwiera fortepianowa introdukcja, budowana zarówno na klawiaturze, jak i gołych strunach. Oniryczna, odrobinę rytmiczna narracja napotyka na romantyczny śpiew saksofonu. Zaraz potem dęciak zdaje się wpadać w stan trwogi, którą implikuje preparowane piano. W kolejnej części saksofonista otwiera szeroko oczy i płynie głębokim, sakralnym oddechem. Post-barokowe początki są tu zaczynem bardzo ekspresyjnego rozwinięcia. Piano pozostaje w roli komentatora. Czwarta część stoi dysonansem – piano dobywa frazy jakby z głębi ziemi, saksofon tańczy w chmurach. Mroczny minimalizm versus post-folkowa melodyka. Piąta historia zdaje się być repryzą drugiej, z kolei szósta nasycona jest melancholijnymi frazami z klawiatury. Saksofon pojawia się tu jedynie na czas puenty. Siódma opowieść należy z kolei niemal wyłącznie do dęciaka. Taniec wokół własnej osi, tajemnicza wokaliza (pianisty?) i nad wyraz dużo kreatywności. W odsłonie przedostatniej mroczne, minimalistyczne piano najpierw budzi trwogę, potem sprawia, iż barwa saksofonowego strumienia robi się wyjątkowo matowa. Na zakończenie podróży muzycy jakby zyskiwali drugie życie. Ich improwizacja zdaje się być bardziej żwawa, intrygująco zagęszczona rozśpiewanymi frazami obu instrumentalistów.