Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ingebrigt Haker Flaten. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ingebrigt Haker Flaten. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 maja 2026

The Relative Pitch’ fresh four: Warelis! Roberts & Brice! Quagmire & Bothen! Foster, Weber & Griener!


Cztery premiery w miesiącu to edytorski rytuał nowojorskiego The Relative Pitch Records. Na tych łamach, mimo usilnych starań całej jednoosobowej redakcji, nie dajemy rady opisać adekwatnymi słowami każdego wydawnictwa. Ale przynajmniej się staramy.

Dziś czas na trzy nowości majowe i jedną kwietniową. Przed nami duża porcja soczystego jazzu, zarówno komponowanego (Marta Warelis!), jak i swobodnie improwizowanego (uwaga szczególnie na Skandynawów!). Kilka znanych nazwisk, mnóstwo dobrego grania, a każdy album dostarczony w formie poręcznego dysku kompaktowego. Welcome bardzo gorąco!

  


Marta Warelis Still Life with Lemons

Bimhuis, Amsterdam, październik 2024: Marta Warelis – fortepian, syntezator, kompozycje, Ben LaMar Gay – trąbka, elektronika, Ab Baars – klarnet, saksofon tenorowy, Karen Ng – klarnet, saksofon altowy, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Frank Rosaly – perkusja, gongi. Sześć utworów, 49 minut.

Nasza ulubiona polska pianistka jest rezydentką amsterdamskiej sceny free jazz/ free impro od ponad dekady. Ale dopiero teraz zaprezentowała się jako band leaderka, kompozytorka, artystka, która wraz z piątką przyjaciół zagrała koncert firmowany jedynie swoim imieniem i nazwiskiem. Trzy instrumenty dęte incydentalnie inkrustowane elektroniką, kuta żelazem sekcja rytmu, wreszcie ona sama na fortepianie i syntezatorze. Opowieść w sześciu odcinkach warta każdej sekundy naszej wzmożonej uwagi.

Nagranie otwiera samotna, minimalistyczna ekspozycja Warelis na fortepianie, która zdaje się konsumować wszelkie walory jej twórczości w tym obszarze. Sekcja rytmu wchodzi do gry po trzech minutach, potem swoje dokładają radośnie i swobodnie usposobione dęciaki. Opowieść niesie basowy groove i wszechobecna melodia. Druga odsłona ma bardziej kameralny charakter, pojawia się smyczek i akcje inside piano. Trzecia silniej sytuuje się estetyce post-jazzu, a w momencie kulminacji godna jest miana fire music. W czwartym utworze otrzymujemy coś w rodzaju elektroakustycznej medytacji, w piątej zaś trzyminutowy dialog dwóch klarnetów. Album zamyka rozbudowana kompozycja inicjowana perkusjonaliami i inside piano, rozwijana smutną melodyką ballady, a finalizowana post-aylerowskim, free jazzowy tańcem, w wysokim, definitywnie bardziej optymistycznym locie.

  


Cath Roberts & Olie Brice Setpieces

s10c, SET Lewisham Retail Park, London, styczeń 2025: Cath Roberts – saksofon barytonowy i altowy oraz Olie Brice – kontrabas. Sześć, 37 minut.

Przed nami danie definitywnie pure jazzowe. Saksofon barytonowy do pary z kontrabasowym arco lub saksofon altowy z kontrabasowym pizzicato. Także drobna dawka wariantów mieszanych. Dwie świetnie nam znane postaci londyńskiej sceny jazzowej, tej szczególnie swobodnie improwizowanej. Bez specjalnych fajerwerków, z dbałością wszakże o odpowiednią dramaturgię i dobrą zabawę.

Jazzowy, zadziorny baryton w konfrontacji z kameralnie usposobionym, kontrabasowym smyczkiem otwiera album, a w części trzeciej zgrabnie go kontynuuje. Taki duet potrafi kąsać, a elementem dominującym bywa niespodziewanie drugi z instrumentów. Kolejna improwizacja baritone & arco wydaje się jeszcze ciekawsza, bardziej nasączona emocjami i zaskakująco melodyjna. W utworze drugim i piątym ma miejsce anonsowane spotkanie altu z jazzowym pizzicato. W tej konwencji angielski duet sprawie wrażenie mniej wyrazistego, bardziej przewidywalnego. W pozostałych dwóch odsłonach baryton zmaga się z szarpanym kontrabasem. Tu artyści generują jeszcze większą porcję melodii, szczególnie w tubie dużego dęciaka. Finałowa improwizacja jest balladą, w trakcie której barytonowe frazy na wdechu moszczą się na drgających strunach kontrabasu i kreują zaskakującą jakość.

 


Quagmire & Christer Bothén Rörane

Rörane Studio, Bottna, Szwecja, czas nieznany: Christer Bothén – klarnet basowy i kontrabasowy oraz Quagmire: Nina de Heney – kontrabas, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, cytra oraz Henrik Wartel – perkusja. Pięć utworów, 38 minut.

Ten szwedzki impro meeting zdaje się przynosić największą w zestawie relatywnych nowości radość z odsłuchu. Preparowane piano i perkusjonalia, dużo dawka niskich, kontrabasowych częstotliwości, mroczne tło i zmysłowe westchnienia najcięższych odmian klarnetu. Śmiało wchodzimy do tej pieczary dźwięków i kompletnie nie mamy ochoty na drogę powrotną.

Pierwsza improwizacja trwa prawie dwadzieścia minut i definitywnie konstytuuje wartość artystyczną albumu. Pomruki klarnetu kontrabasowego, szorstkie plamy inside piano, matowy blask talerzy i dudniące struny kontrabasu lepią się w dron, nerwowo rozkołysany, incydentalnie unoszący się ku górze siłą narracji z fortepianowej klawiatury. W połowie nagrania improwizacja nabiera post-jazzowego, a potem kameralnego posmaku. I jeszcze wisienka na torcie – melodyjny dialog klarnetu i kontrabasowego smyczka w ramach wyrafinowanej puenty. O połowę krótsza druga improwizacja kontynuuje budowanie mrocznego, preparowanego post-ambientu. Całość drży, ale jest też doposażona w ulotną i zaskakującą dynamikę. Trzy kolejne odsłony albumu trwają po mniej więcej cztery minuty i stanowią kolejne dowody w sprawie. Dwa pierwsze utrzymane są w estetyce dronowej, ale wydają się jeszcze bardziej nerwowe – artyści dygoczą tu z zimna i trwogi (co udanie podkreśla brzmienie cytry). Ostatni utwór bardziej przypomina linearną, post-jazzową ekspozycję, z klarnetem basowym w roli wiodącej na etapie rozwinięcia i definitywnie samotnej (jakże minimalistycznej) na etapie finalizacji.

  


Michael Foster, Christian Weber, Michael Griener Selections from the Gutter

Alte Kita Schöneweide, Berlin, maj 2025: Michael Foster – saksofony, Christian Weber – kontrabas oraz Michael Griener – perkusja. Sześc utworów, 62 minuty.

Na zakończenie dzisiejszego przeglądu nowojorskich nowości czas na soczysty, swobodnie improwizowany jazz, któremu etykietę free przyszyć można bez ryzyka popełnienia błędu. Amerykański saksofonista w towarzystwie niemieckiego kontrabasisty i perkusisty (nazwiska świetne znane Czytelnikom tych łamów) snują sześć rozbudowanych opowieści, improwizując kolektywnie, stawiając dobro ogółu ponad partykularne interesy, niosąc dużą jakość niemal w każdej frazie. Wszystko tu świetnie trybi pod względem dramaturgicznym, może jedynie samo nagranie – biorąc pod uwagę jego intensywność – jest odrobinę zbyt długie.

Saksofonista najczęściej pokonuje tu drogę od szorstkiego, preparowanego otwarcia przez ekspozycję melodii, po niekiedy free jazzowy szczyt (jak choćby w czwartej, najbardziej intensywnej odsłonie). Kontrabasista z kolei sieje ferment niemal na każdym kroku. Frazuje jazzowym pizzicato, ale równie często sięga po smyczek czyniąc dużo dobrego zarówno w wymiarze kameralnym, jak i post-jazzowym. Jego styl gry znamionuje permanentna zmienność. Perkusista rzadziej wychodzi na front, ale zawsze jest na miejscu, świetnie trzyma flow, choć jego rola nie kończy się na budowaniu szkieletu drummingowego. Wyłączając trzecią, ledwie dwuminutową opowieść, wszystkie pozostałe to dramaty z intrygującą inauguracją, zwinnym rozwinięciem, post-kameralnym interludium i zmysłowym, niekiedy bardzo energetycznym zakończeniem. Na szczególną uwagę zasługuje piąta część, która początkowo szyta jest drobnym, niemal filigranowym ściegiem granym na wydechu, potem nabiera niezbędnego rozmachu, a spuentowana zostaje paradą selektywnych short-cuts.

 

 

 

wtorek, 1 lipca 2025

The Relative Pitch’ spring outfit: Exhaust! Hyperboreal Trio! Cimini! Sanchez!


Lato wystartowało z kopyta, czas zatem najwyższy, by sięgnąć po … wiosenne premiery jakże płodnego The Relative Pitch Records. W kwietniu i maju nowojorski label zrealizował osiem produkcji, z których do wnikliwego omówienia wybieramy cztery. Wszystkie, jak zawsze, dostępne są w poręcznym formacie dysku kompaktowego.

Najpierw na recenzencki warsztat weźmiemy dwa post-jazzowe albumy zrealizowane w składach trzyosobowych, w których wodzirejskie, saksofonowe role pełnią Panie – jedna z Argentyny, druga z Danii. Potem sięgniemy po dwa albumy solowe, bardziej eksperymentalne – tu w roli podmiotu wykonawczego znów Panie – w pierwszej kolejności Amerykanka, potem Argentynka. Duże emocje przed nami, so welcome!



 

Camila Nebbia, Kit Downes & Andrew Lisle Exhaust

Morphine Raum, Berlin 2023: Camila Nebbia – saksofon tenorowy, Kit Downes – fortepian oraz Andrew Lisle – perkusja. Sześć improwizacji, 40 minut.

To trio, konsumujące gorące nazwiska na europejskiej scenie muzyki kreatywnej, gościliśmy w Polsce pod koniec marca. Album, który dociera do nas kilka tygodni później potwierdza wszelkie walory tej trójki. Swoboda działania, mistrzowski warsztat, dobra kontrola emocji, definitywnie zróżnicowane i niebanalne frazowanie. To album, którego nie sposób nie polubić, choć po prawdzie niczego wielkiego nie odkrywa.

Po swobodnym, niezobowiązującym, jakże jazzowym otwarciu, muzycy w drugiej, najdłuższej opowieści odbywają intrygującą drogę od mrocznej ballady do krwistego free jazzu. Droga powrotna wiedzie przez klasycznie brzmiący duet perkusji i piana, a jej koniec znów płynie strugą mrocznej ballady, okraszonej blaskiem rezonujących talerzy. W kolejnej odsłonie ponownie leniwy, mroczny start z Nebbią w roli głównej, która zbiera frazy z samego dna, a po nim jakże intrygujący rozbłysk, niesiony nerwowym, niepowtarzalnym drummingiem Lisle’a. Czwarta opowieść jest filigranowa, lepiona z drobiazgów, ale bodaj najpiękniejsza na całym albumie. W ostatnich dwóch opowieściach odnajdujemy sporo dynamicznych, post-jazzowych, ale i post-klasycznych fraz ubranych w zwinne, niebanalne opowieści. W tej pierwszej bywa bardzo śpiewnie i niekiedy dość łagodnie. W tej drugiej nade wszystko zadziornie, niemal free jazzowo. Improwizacja zaczyna się wprawdzie w katakumbach cool-jazzu, ale kończy na ostatnim piętrze nowojorskiego loftu.



 

Emmeluth, Håker Flaten & Filip Hyperboreal Trio

Northern Studios, Trondheim, Norwegia, maj 2023: Signe Emmeluth – saksofon altowy, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Axel Filip – perkusja. Siedem improwizacji, 43 minuty.

Kolejne trio także twardo stąpa po post-jazzowym gruncie. Zadziorna, nerwowa, ciągle gotowa do ataku saksofonistka, kontrabasista szyjący raz za razem kolejne pętle ciekawej narracji i wszędobylski perkusista, która pełni tu nie tylko rolę odpowiedzialnego za dynamikę i domykanie wątków. Wartka opowieść nie ma słabych punktów, jakkolwiek wraz z rozwojem sytuacji dramaturgicznej wydaje się zbyt często powielać pomysły i rzadko urozmaicać środki artystycznego wyrazu.

Pierwsza improwizacja konsumuje wszelkie atrybuty, jakimi obdarzyliśmy muzyków w preambule recenzji. Połamany tembr saksofonu, zwinna perkusja i kontrabas, który rządzi i dzieli, ale nie zawłaszcza nadmiernie przestrzeni narracji. A wszystko grane na „k” - kolektywnie, kompulsywnie i koherentnie. W kolejnych opowieściach nie brakuje smaczków, niebanalnych introdukcji, niekiedy prowadzonych indywidualnie. Pod stopą kontrabasu mości się dużo swingu, a w ustach artysty pomrukiwania i drobnego gadulstwa. Muzycy rzadziej pochylają się na drobiazgami i preparują, ale jeśli już to czynią, jak w czwartej opowieści, jest więcej niż dobrze. Szósta improwizacja trwa tu trzynaście minut, ma swoją dramaturgię, ale jest przegadana, nieco przewidywalna, bez błysku kreatywności. Intryguje samo zakończenie płyty. Rodzaj walczyka, może martwego bluesa, która na etapie finalizacji szczęśliwie nabiera wigoru i udanie puentuje cały album.



 

Amy Cimini See You When I Get There

Studio A, UC San Diego, maj 2022: Amy Cimini – altówka. Pięć improwizacji, 36 minut.

Amerykańska altowiolinista zabiera nas tu w niesamowitą podróż. Jako rzecze sieć globalna, Cimini ma niemal ćwierćwiekowe doświadczenie w uprawianiu rockowej psychodelii i świetnie je wykorzystuje w trakcie niedługiego, bystrze unerwionego i bardzo emocjonalnego seta. Pełna rekomendacja!

Pierwsza piosenka trwa ponad jedenaście minut i doskonale wprowadza nas w klimat nagrania. Najpierw parada riffów, które toną po kolana w pogłosie, bo swoje robi tu dobrze sparametryzowana amplifikacja. Narracja w schemacie down and up nasączona jest kwaśnym posmakiem i udekorowana post-rockową ekspresją. Samą zaś puentą … post-barokowe śpiewy. Druga opowieść przypomina delikatne drgania tektoniczne. Smyczek ślizga się po strunach i łapie melodykę. Potem artystka szarpie za struny i szuka post-klasycznej elegancji, wreszcie ucieka w mroczne, pulsujące preparacje. Kolejna odsłona dramatu przypomina śpiewy o mglistym poranku. Post-melodyjne lamenty nabierają tu tajemniczej intensywności, a potem brudu w szprychy. W czwartej historii struny zdają się mieć więcej prądu i delikatnie skwierczą. Tu narracja nabiera intrygującego, perkusjonalnego anturażu i kona w szumie wydychanego powietrza. Ostatni utwór także niesiony jest niebanalną rytmiką. Altówka skacze jak pasikonik po zroszonej deszczem łące. Ta urokliwa, minimalistyczna ballada niesie jednak na plecach mrok i niemal egzystencjalną trwogę. Na ostatniej prostej powracają riffy, które spinają całość dramaturgiczną klamrą.



 

Paula Sanchez Pressure Sensitive

Berno, Szwajcaria, styczeń 2021: Paula Sanchez – wiolonczela, celofan, modulator pierścieniowy. Sześć improwizacji, 31 minut.

Zabawne, że wiolonczela i celofan brzmią po angielsku bardzo podobnie. Ta koincydencja w kontekście albumu Argentynki nie jest chyba przypadkowa. Artystka zabiera nas bowiem na półgodzinną wyprawę, w trakcie której serwuje masywną porcję preparowanych dźwięków, związanych zapewne z pocieraniem strun wiolonczeli celofanem. A na dokładkę drobny modulator. Jest naprawdę groźnie - to eskapada dla wyjątkowo wytrwałych i odpornych słuchaczy. Sam tytuł albumu mówi wszak bardzo wiele.

Intensywny szmer z głębokiej krypty, to pierwsze fonie, jakie docierają do naszych uszu. To dron brudu, kurzu i mechanicznego cierpienia. Smyczek, zapewne do pary z syntetyczną materią, zrywają ze strun wszystkie żywe warstwy – do gołej skóry, rzekłby niewprawiony chirurg. O tych jakże sound-artowych akcjach Pauli powiedzieć, że to preparacje, to jakby nic nie powiedzieć. Może odnieść wrażenie, że każdy dźwięk ma tu kolor krwi. W trzeciej odsłonie to już chyba tylko zgrzyt i pisk. W czwartej opowieści przez moment docierają do nas strzępy żywych, by nie rzec prawdziwych dźwięków wiolonczeli. A może to jedynie efekt zmęczenia receptorów słuchu. Efekt fonicznej grozy buduje także coraz bardziej mroczne echo. W piątej części wydaje się, że artystka przeniosła się do większej przestrzeni. Ale definitywnie industrialne cierpienie trwa bez ustanku. Ostatnia akcja zdaje się wyjątkowo dłużyć. Być może ten bardzo przecież krótki album powinien nieść w sobie choćby źdźbło ratunku. Jakiś dźwięk, który daje nadzieję.

 

 

piątek, 11 kwietnia 2025

Ignaz Schick in Zarek’ Collection: two trios and two duos!


Niemiecki multi-instrumentalista Ignaz Schick, to artysta, którego kojarzymy – przynajmniej w ostatnich latach - z elektroniką realizowaną na żywo, gramofonami i samplerami. Być może nie wszyscy wiedzą, iż jego bazowym/ prymarnym instrumentem jest saksofon. Zapewne nie wszyscy też wiedzą, iż muzyk prowadzi całkiem intrygujący, berliński label Zarek.

Dziś wszystkie te niedoskonałości poznawcze nadrabiamy. Przed nami cztery albumy Zarek z lat 2023-24, na których poznamy wszelkie dostępne oblicza artystyczne Schicka – bystrego elektronika, jazzowego i freejazzowego saksofonistę, wreszcie muzyka, który obie te estetyki łączy w gęstą magmę improwizacji, realizowaną w czasie rzeczywistym i bez post-produkcji, co w wypadku tego typu przedsięwzięć jest zastrzeżeniem istotnym i z pewnością determinującym nasz ogląd sprawy.  

W poniższej opowieści odczytamy/ usłyszymy Ignaza w akustycznym trio, elektroakustycznym duecie i trio, wreszcie w duecie z legendą chicagowskiej black music, który połączy soczystą, wielobarwną akustykę z kreatywną elektroniką.



 

Ignaz Schick/ Ingebrigt Håker Flaten/ Oliver Steidle The Cliffhanger Session (CD 2024). Ignaz Schick – saksofon altowy i barytonowy, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Oliver Steidle – perkusja, instrumenty perkusyjne. Ausland, Berlin, kwiecień 2023. Dwa utwory, 49 minut.

Trio zarejestrowane w berlińskim Ausland dwa lata temu, to jedyna w pełni akustyczna ekspozycja w omawianym zestawie. Dwie rozbudowane, open-jazzowe improwizacje wiedzie na zatracenie najpierw saksofon altowy, potem barytonowy. Swoboda, dobra komunikacja i sporo kreatywnej zabawy. Dodajmy, iż kolejne dwie odsłony tego muzycznego spotkania także zostały upublicznione i dostępne są na najnowszym albumie inicjatywy Zarek.

Twardy bas, lekka perkusja i zalotny, rozśpiewany saksofon, to aktorzy gemu otwarcia. Kolektywny flow budują dźwięki umiejętnie rozsiane po spektrum narracji, dobrze skomunikowane, pozostawiające dużo przestrzeni na swobodne, solowe ekspozycje. Najpierw czyni je kontrabasista z udanym, smyczkowym interludium, potem lewitujący perkusista. Saksofonista ma w tej sytuacji scenicznej szerokie odium możliwości i dobrze z niego korzysta. Bywa, że delikatnie przesładza i zbyt kurczowo trzyma się estetyki balladowej, ale na etapie finalizacji nie odpuszcza. Para nie idzie tu w gwizdek i soczysty free jazz wypełnia przestrzeń foniczną nagrania gorącym strumieniem emocji. Pachnie melodyjnym Aylerem, co raduje wszystkich, bo obu stronach sceny.

Druga improwizacja jest nieco krótsza, zdaje się, że nieco silniej unerwiona i ciekawsza w ujęciu brzmieniowym, między innym dzięki użyciu saksofonu barytonowego. Otwarcie jest spokojne, wręcz liryczne, rozwinięcie ogniste i pełne dramaturgicznych smaczków, taneczne i bardzo swobodne. Na etapie wystudzenia narracja wpada w delikatny trans, nie unika błysku talerzowego rezonansu, zaś w trakcie mięsistej finalizacji syci się zapachem hemphilowskiego post-bluesa.



 

Ignaz Schick & Oliver Steidle ILOG3 (CD 2023). Ignaz Schick - turntables, sampler, pitch shifter/looper oraz Oliver Steidle – perkusja, instrumenty perkusyjne, sampler, live-electronics. Studio Zentrifuge, Berlin, październik 2021. Jedenaście utworow, 58 minut.

Wielostrumieniowa elektronika i żywa, niekiedy kompulsywna perkusja. Tysiące barw, tyleż pomysłów i zwrotów dramaturgicznych, dużo masy, sporadyczne plamy onirycznego ambientu. Dobrze się tego słucha, choć bywa, że głowa odbiorcy wydaje się przeciążona nadmiarem wydarzeń.

Pięć pierwszych opowieści tworzy jeden strumień dźwiękowy, czego ta pierwsza trwa ponad dwanaście minut. Od początku dramaturgię buduje rytm, będący dziełem głównie żywej perkusji, nie bez wszakże udziału warstwy syntetycznej. Przypomina rodzaj zdeformowanego tańca w estetyce bliskiej niekiedy power-electronic z elementami noise. W tle udanie panoszy się mroczny, szorstki ambient. Pojawiają się ukradkowe melodie, całe plejady elektronicznej usterkowości, które nie jest wszakże w stanie zdominować mocy żywej perkusji, przynajmniej w fazie początkowej albumu. W piątej części flow nabiera intrygującej, elektroakustycznej polirytmiczności.

Druga część płyty składa się z sześciu odcinków, które na ogół łączą się w podwójne ścieżki. Akcja wciąż nabiera rumieńców, śmiało zasługując na pokrętne miano drum’n’noise, a unoszący się nad tyglem wydarzeń post-industrialny taste zdaje się już być stałym elementem gry. Przez moment można odnieść wrażenie, że żywa perkusja poddawana jest live processingowi, ale nie ma na to niezbitych dowodów. Łamane frazy bywają tu podsycane brzmieniem charakterystycznym dla organów Hammonda, a perkusja bez trudu pochodzi w parkietowy 2step. Dopiero dwa ostatnie epizody przynoszą trochę ukojenia. Gęsta magma dźwięków nabiera krautrockowej barwy, a w finałowej rozgrywce przypomina dogrywający po ataku nuklearnym, zapomniany kosmodrom. Opowieść umiera w aurze migotliwego dark ambientu. 



 

Ernst Bier/ Gunnar Geisse/ Ignaz Schick Hawking Extended (CD 2023). Ignaz Schick – saksofon altowy, turntables, sampler, Gunnar Geisse - laptop guitar, instrumenty wirtualne oraz Ernst Bier – perkusja, wave drum, elektronika. Bonello Studio, Berlin, maj 2018. Dziesięć utworow, 64 minuty.

Kolejna propozycja Schicka jest jeszcze bogatsza zarówno w aspekcie instrumentalnym, dźwiękowym, jak i dramaturgicznym. Liczba pomysłów w jednostce czasu bywa tu równie imponująca, jak i przerażająca. Album dostarcza bardzo szerokie spektrum instrumentalne, z których znacząca część ma wymiar wirtualny, jest efektem permanentnego stosowania sampli, a także kreatywnego wykorzystywania elektroniki.

Początek płyty zdaje się mieścić w klimatach post-jazzu, nie bez drobnych, etnicznych naleciałości. W dalszej fazie albumu akcja nabiera rumieńców. Saksofon często szuka okazji do free jazzowych przebieżek, a warstwa elektroniczna tworzy demoniczne i nasycone samplami tło, wchodzi też w bystre interakcje z żywą perkusją. Dodajmy, iż warstwa syntetyczna nieustannie komentuje akustyczne frazy lub zmyślnie je dekonstruuje. Wielopalczaste trio potrafi brzmieć niczym wielka orkiestra symfoniczna w momencie ewakuacji z płonącej filharmonii. Bywa, że opowieść ucieka w zwinną drum’n’bassową estetykę (choćby w piątej odsłonie), czy też przypomina słynną The Blues Series zawiadywaną dwie dekady temu w Nowym Jorku przez Matthew Shippa (w części szóstej). Z kolei w siódmej części muzycy śmiało sięgają po równie wiekową estetykę click’n’cuts. W końcowej fazie albumu nie brak niespodzianek – słyszymy trąbkę, tablę, tudzież swingujący saksofon. Ostatnia opowieść udanie reasumuje ten dość nierówny album. Saksofon ucieka w krwisty free jazz, udanie interferuje z perkusją i syntetycznie brzmiącą linią basu, dzięki czemu emocjonalna, silnie unerwiona narracja osiąga szczęśliwe zakończenie.



 

Douglas R. Ewart & Ignaz Schick Now Is Forever (2CD 2023). Douglas R. Ewart – saksofon sopranowy i altowy, rożek angielski, flety bamboo, didjeridoo, dzwonki, głos oraz Ignaz Schick - turntables, sampler, looper/pitch shifter, live-sampling, Indonesian oscillator box. Studio Z, Minneapolis/ USA, wrzesień 2017. Pięć utworow, 113 minut.

Przy okazji ostatniego spotkania z Ignazem opuszczamy Berlin i przenosimy się dalekiego Minneapolis, by na niemal dwie godziny pozostać w towarzystwie Niemca (tym razem bez akcentów w pełni akustycznych) i legendy rytualnej black music, Douglasa R. Ewarta, który przy użyciu bogatego instrumentarium dętego oraz głosu przeprowadzi nas przez meandry długiej, niekiedy medytacyjnej, okazjonalnie bardziej unerwionej opowieści. Album balansuje między wystudiowanym słuchowiskiem słowno-muzycznym, a zdecydowanie bardziej intrygującym, dobrze udramatyzowanym, niemal spirytualnym spektaklem żywego i syntetycznego. W wielu momentach oba te pozornie antagonistyczne światy fonii potrafią wchodzić w intrygujące koincydencje.

Na pierwszy album składają się trzy ponad dwudziestominutowe opowieści. Gdy narracja toczy się wokół akustyki żywych dęciaków, delikatnie oplatanych elektroniką, niekiedy ze smakowitym, ambientowym posmakiem, nasza radość z odsłuchu jest znacząca. Gdy syntetyka przejmuje dowodzenie bywa już różnie. W drugiej fazie pierwszej części Ewart rozpoczyna swoją długą, gadaną opowieść, która trochę nie potrzebnie staje się wątkiem głównym pierwszego dysku. Dużo ciekawszy jest drugi dysk. Opowieść koncertuje się tu na dźwiękach, zupełnie unika warstwy werbalnej, w długich fragmentach budowana jest niemal wyłącznie akustycznym instrumentarium, łącznie z indonezyjską skrzynką. Ewart sięga m.in. po didjeridoo i flet, które umieszcza w coraz bardziej intrygującym środowisku elektro-akustycznym. Szczególnie efektowna jest ostatnia, ledwie jedenastominutowa narracja. Dużo w niej dźwięków dętych i strunowych, także odrobina tajemniczej amplifikacji i akcenty perkusjonalne. Melodia, posmak ethno i ledwie mikroślady elektroniki. Podróż definitywnie kończymy w oparach medytującej black music.



 

wtorek, 5 stycznia 2021

Nate Wooley in the triple edition! Seven Storey Mountain! NOX! Icepick!


W ostatni dzień paskudnego roku 2020 Trybuna Muzyki Spontanicznej wylistowała 66 powodów, dla których – mimo wszystko! – warto ów dwunastomiesięczny period zapamiętać! Na liście wyróżnionych płyt znalazły się trzy, w których udział sprawczy pewnego amerykańskiego trębacza był więcej niż kluczowy.

Albumy te nie zostały dotychczas zrecenzowane (czas Pana Redaktora nie jest z gumy!), zatem dziś nadrabiamy tę drobną, acz jakże istotną zaległość i zapraszamy na odczyt, tudzież odsłuch trzech doskonałych płyt Nate’a Wooleya. Pierwsza, to jego autorski, rzecz można flagowy projekt, czyli szalona koncepcja Seven Storey Mountain*). Zaraz potem pewien litewski, jednorazowy kwartet, a na koniec trio, które nie gra ze sobą zbyt często, ale mimo to, możemy już cieszyć się jego trzecią płytą.

 


Nate Wooley  Seven Storey Mountain VI (Pyroclastic Records, CD 2020)

Pod koniec listopada 2019 roku, w miejscu zwanym Oktaven Audio, Nate Wooley (trąbka, amplifikator, kompozycja) zebrał trzynastu muzyków, by wykonali szóstą edycję jego Siedmiopiętrowej Góry. Oto oni: Samara Lubelski oraz C. Spencer Yeh (skrzypce), Chris Corsano, Ben Hall oraz Ryan Sawyer (perkusje), Susan Alcorn (pedal steel guitar), Julien Desprez oraz Ava Mendoza (gitary elektryczne), Isabelle O’Connell oraz Emily Manzo (instrumenty klawiszowe), Yoon Sun Choi, Mellissa Hughes oraz Megan Schubert (głosy). Szósta edycja Seven Storey Mountain, to tradycyjnie jeden trak, który zaczyna się w ciszy i tamże kończy swą podróż, po drodze ryjąc nam berety emocjami rzadko spotykanymi na niwie muzyki improwizowanej. Trwa 45 minut i jedną sekundę.

Ceremonia otwarcia spektaklu przypada w udziale chórowi kobiecych głosów. Panie mruczą melodyjnie, niczym feministyczny odłam zakonu krzyżackiego, który za moment wyruszy na meta religijne, wojenne łowy. W roli skromnego akompaniamentu frazy z gitary. W tle zaczyna się jednak rodzić życie dużego, orkiestrowego potwora. Samo zło zdaje się iść od strony elektroakustycznych świergotów, mikro przesterów i plastrów ambientu. Pojawia się piano i akcenty perkusjonalne, ale sama podróż, jak na razie, odbywa się we względnej harmonii, w dość łagodnej tonacji. Po wybiciu 7 minuty szczoteczki rozbudowanej sekcji perkusyjnej zaczynają kreować pewien rodzaj dynamiki. Atmosfera wokół nich zaczyna robić się coraz bardziej nerwowa. Efekt wzmacniają pierwsze pasaże z keyboardów, które snują wątki niemal fussion-jazzowe, ale bez eskalowania poziomu głośności. Narracja krok po kroku zaczyna wspinać się na Siedmiopiętrową Górę. Żmudna to, ale efektowna wspinaczka. O emocje dbają przede wszystkim skrzypce i gitary, wyposażone w dużą moc energii elektrycznej i adekwatny pogłos. Opowieść nabiera kwasowości i posmaku niemal transowej psychodelii. Wielobarwny kalejdoskop dźwięków, jednak nie bez onirycznej poświaty. Niektóre wątki rozbłyskują, inne pętlą się i obumierają.

Po upływie 18 minuty zaczyna się już mała wojna światów – perkusje wybijają jednostajny rytm, ale na dalszym planie wszystko wydaje się być już wyzwolone z jarzma koncepcji kompozytorskiej. Gitary kołyszące się na przetwornikach, tajemnicze głosy, szumiące warstwy usterkowych fonii, nerwowe podrygi z klawiatur – wszystko to ubarwia flow, ale jednocześnie sprawia, iż całość jakby rozłaziła się w szwach. Do ognia dokładają perkusje, zaś gitary i skrzypce tańczą wokół własnej osi, swawolą, skaczą i z piskiem upadają na samo dno. Plejada drobnych incydentów kipi niczym gotująca się woda. Makrokosmos wielkiej góry eksploduje – dynamiczne, ostre frazy, chwilami nawet drapieżne, ale schowane jakby za mgłą. W 25 minucie flow niebezpiecznie zbliża się już do ściany dźwięku. Wszyscy muzycy eskalują swoje poczynania, robi się naprawdę ogniście. Gitary i skrzypce toczą kolejną wojnę w złej sprawie. Krzyki, wrzaski, prawdziwy heart attack in fussion-psycho-noise, który nie jest jednak wyłącznie hałasem, ma bowiem swoją egzystencjalną, jakże bolesną poświatę.

Pora okiełznać to wspaniałe szaleństwo! Wraz z wybiciem 34 minuty jako pierwsze milkną perkusje. Tło niezmiernie pulsuje, nabiera ambientowej szklistości, klawisze płynną wąską strugą. Strzępy gitarowych fraz, coś śpiewa na ultrapogłosie, może to trąbka. Chmura oniryzmu spowija scenę i nie pozwala na bezpieczną ucieczkę z pola bitwy. Wraz z 37 minutą powraca chór kobiet, które snują wokalizy na silnym pogłosie. Powraca początek - diabelska repryza, siła wiecznego powtórzenia. Łagodne piano tworzy klimat refleksji, a głosy zaczynają śpiewać finałową pieśń z tekstem. Głosy multiplikują się - samokopiująca orgia zakończenia. You can’t scare me…, You can’t scare me

 


Nate Wooley / Liudas Mockūnas / Barry Guy / Arkadijus Gotesmanas  NOX (NoBusiness Records, LP 2020)

Na osi czasu pozostajemy w trakcie ciepłej jesieni 2019 roku. Przenosimy się wszakże na Litwę, na cykliczną imprezę Improdimensija, która odbywa się w Wilnie. Na scenie odnajdujemy fantastycznie zapowiadający się kwartet w składzie: Nate Wooley (trąbka), Liudas Mockūnas (klarnet kontrabasowy, saksofon sopranowy i tenorowy), Barry Guy (kontrabas) oraz Arkadijus Gotesmanas (perkusja i instrumenty perkusyjne). Na czarnym krążku, dokumentującym ów intrygujący koncert, znalazły się trzy swobodne improwizacje, które trwają łącznie prawie 36 minut.

Kwartet zaczyna koncert małymi frazami, typowymi dla improwizacji składu stworzonego ad hoc, mających za zadanie rozpoznanie dyspozycji partnerów i warunków zewnętrznych spektaklu. Narracja spoczywa na barkach kontrabasu, saksofon sopranowy i trąbka śpiewają zgodnie na stronie, a całość spinają perkusjonalne błyskotki. Opowieść z czasem zagęszcza się, ale muzyka nie traci walorów typowych dla pięknego, zmysłowego post-chamber. W ramach wisienki na torcie tej części płyty rozgrzane pióro recenzenta odnotowuje świetne szczytowanie sopranu. W ramach komentarza trochę brudu na ustniku trąbki i wzrost dynamiki perkusji. W okolicach 9 minuty na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek i wraz z perkusjonaliami kreśli skromne, ale urocze expo w ducie. Tuż potem natrafiamy na równie efektowne duo dęciaków (przy okazji sopran zostaje zastąpiony przez tenor!). Na koniec pierwszej, niedługiej strony winyla muzycy najpierw wpadają w drobną, ale jakże ognistą kipiel, potem zaś w ramach rozbiegówki bawią się w bystre pytania i odpowiedzi.

Otwarcie kolejnej improwizacji przypada w udziale perkusjonaliom i dzwoneczkom wprost ze świątecznej choinki. Bas ogranicza się do skromnych szarpnięć za struny. Trąbka pojawia się po kilkudziesięciu sekundach ze śpiewem na ustach. Jakby w kontrze, ale dopiero po 5 minutach, do gry wchodzi masywny klarnet kontrabasowy. Wyjątkowo urodziwe slow motion stawia każdy krok z dużą rozwagą dramaturgiczną. Znów świetny moment notuje Liudas, a smyczek Barry’ego równie skutecznie dba o wzrost dynamiki. Emocje rosną, a Nate decyduje się na bardziej jazzowe frazowanie (szczoteczki Arkadijusa okazują się bardzo pomocne w budowaniu narracji). Klarnet przywraca na moment do życia cały kwartet, po czym już samotnie, ale jakże precyzyjnie gasi płomień narracji. Ostatnią, najkrótszą część koncertu otwierają dęciaki (odnotujmy powrót tenoru). Sekcja rytmu szybko doskakuje im do gardeł, a całość opowieści stawia na dynamikę. Dobre tempo sprzyja bystrym interakcjom, zwłaszcza pomiędzy trąbką, a saksofonem. W tak zwanym międzyczasie muzycy serwują nam kolejny odcinek pytań i odpowiedzi, kreowany przez smyczek kontrabasu.  Na zakończenie koncertu wszyscy zdają się tańczyć i swawolić bez umiaru. Frywolność godna największych mistrzów! Brawo!

 


Icepick  Hellraiser (Astral Spirits, LP 2020)

Pod wskazaną wyżej nazwą własną kryje się trzech świetnie nam znanych muzyków: Nate Wooley (trąbka), Ingebrigt Haker Flaten (kontrabas) oraz Chris Corsano (perkusja). Artystów zastajemy w sytuacji koncertowej (Chicago, luty 2018 roku). Znów trzy swobodne improwizacje umieszczone na winylowej płycie, łączny czas niespełna 35 minut.

Muzycy znają się świetne, a zatem bez wstępnych amorów rzucają się w wir niemal freejazzowej improwizacji. Całuśna, agresywna, ale jednocześnie rozśpiewana trąbka, kontrabas i perkusja stawiające stemple mocy, ale i zdolne do szeptu i stąpania na palcach. Nate tryska energią i emocjami, idzie na sto procent i nie chce się zatrzymać! A recenzentowi pozostaje jedynie wymienianie określeń na literę k – kolektywnie, kreatywnie, kompaktowo, kompulsywnie… Narracja przyspiesza i natychmiast spowalnia, bije po twarzy, by zaraz potem głaskać po skroni. Trąbka raz hałasuje na granicy acoustic noise, innym razem śpiewa przez zaciśnięte wargi. Kontrabas pozwala sobie na szybkie expo solo, a perkusja wszystkim, co wpada w ręce drummera lub zaświta w jego głowie, jest w stanie kreować nowe rozwiązania. Druga improwizacja rodzi się na glazurze rezonujących talerzy. Na stronie kwili cicha, łagodna trąbka. Bas wchodzi do gry po upływie ponad dwóch minut. Slowly & melancolic motion powoli nabiera kantów i zadziorów. Chris ciągnie w kierunku free jazzu, Nate śpiewa i zdaje się mieć ochotę na każde rozwiązanie, a Ingebrigt umiejscawia szaleństwa partnerów w bruździe czerstwego bluesa! Na finał części jeszcze drobna przebieżka bez trąbki i solo perkusji.

Druga strona winyla w jednym traku. Zaczyna ją smyczek, wokół którego podryguje perkusja, a trąbka preparuje na stronie. To tu swoje pięć minut, a może i całą wieczność, dostaje Nate i używając głosu, a także wentyli swojego rozgrzanego blaszaka wynosi narrację tria na absolutne szczyty. Bystra perkusja i repetujący bas ścielą mu drogę chwały samymi smakołykami. Raz zwalniają, raz pędzą na złamanie karku. Gasną, by zaraz powstać z kolan. Same cuda! W okolicach 12 minuty to szaleństwo musi znaleźć swój kres. Spore wytłumienie emocji, chwila refleksji, ale także małe rozdroże dramaturgiczne (bo cóż można zagrać po czymś takim!). Rozchełstana śpiewem trąbka zdaje się budować nowy wątek, nie stroni od repetycji i czeka na partnerów. Drummer nie daje się długo zapraszać do tanga. Kreuje rytm, niemal hard-bopowy, podsyca emocje, a potem równie zgrabnie odnajduje zakończenie, nie bez udziału wciąż rozśpiewanej trąbki.

 

*) po więcej szczegółów dotyczących koncepcji kompozytorskiej redakcja odsyła do recenzji poprzedniej części Seven Storey Mountain.

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/06/nate-wooley-siedmiopietrowa-gora-ksiega.html

 

piątek, 11 maja 2018

Nate Wooley lives in Europe!


Nate Wooley, absolutny faworyt redakcji, jeśli chodzi o improwizującą trąbkę po drugiej stronie Atlantyku, zdaje się, że zamieszkał już w Europie.

Tak się bowiem składa, iż dwie jego najnowsze i bodaj jedyne w tym roku wydawnictwa, nie dość, że zostały nagrane w Europie i z muzykami europejskimi, to jeszcze upublicznione zostały przez wydawców z tej strony Wielkiej Wody. Baa, jedna nawet ukazała się w Polsce!

Niezwłocznie zajrzyjmy do środka, bo zdecydowanie warto!




Nate Wooley & Torben Snekkestad ‎ Of Echoing Bronze (CD, Fundacja Słuchaj!, 2018)‎

Lipiec 2015 roku, jesteśmy w Kopenhadze, w ramach inicjatywy estradowej Koncert Kirken – Blågårds Plads. Na scenie dwóch muzyków: Nate Wooley na trąbce i Torben Snekkestad na saksofonie sopranowym i na trąbce. Panowie na okładce płyty sugerują, iż będą grać własne kompozycje. Przy bliższym jednak zapoznaniu się z muzyką, szczęśliwie okazuje się, iż... będą całkowicie swobodnie improwizować. Trzy fragmenty, 47 i pół minuty.

Of Echoing Bronze. Muzycy zaczynają swoją podróż z samego dna ciszy. Spokojne potoki szumiących meta dronów. Torben płynie po falach, Nate ślizga się po szkle. Macają się, jak ssaki w trakcie rui. Uroda sonorystyki współczesnej w pełnym rozkwicie. Sopran brzmi zupełnie nieziemsko, niemal jak połączenie saksofonu i trąbki. 4 minuta, to pierwsze narastanie, pierwsza błyskotliwa konfrontacja na niebotycznie wysokim poziomie. Tuż potem dialog urywanych fraz, toczony w absolutnie genialnych akustycznie okolicznościach koncertowych. Misternie tkana, mistrzowska narracja. Precyzja, dokładność, dosadność. W 11 minucie Nate ponownie popada w błyskotliwy dron. Torben na moment aż milknie z wrażenia. Wybitna muzyka do użytku słuchawkowego. Ileż piękna kryje się za zasłoną ciszy. 15 minuta, to z kolei rozmowa dwóch trąbek, pełna wyszukanych zdarzeń niemal elektroakustycznych, która trąci wręcz geniuszem. Cuda gonią cuda! I jakie wybrzmienie!?!

Breath Droplets. Kolejny krok w głąb ciszy. Stroszymy uszy, by jakakolwiek fonia docierała do nas. Kolejna porcja niebywałych dźwięków! Znów Torben jakby bardziej kanciasty, Nate bardziej płynny, kropelkowy. Kolejny krok w kierunku sonorystycznego absolutu. Gdy dobrze się wsłuchasz, usłyszysz rzeczy niemożliwe! Kawalkada wielobarwnych szumów, post elektronika, meta akustyka. Elementy kreatywnego field recordings? Ktoś coś upuścił? Na scenie, czy na widowni? Wszystko to wspiera genialnych improwizatorów. Ferria barw, ferria najprzeróżniejszych płaszczyzn sonoryzmu. 11 minuta – coś na kształt eskalacji, doskonale skonstruowanej, jeszcze lepiej wytłumionej. 14 minuta… cisza. Jakby start nowej, wyjątkowo urokliwej, śpiewnej opowieści sopranu. Krótki epizod solowy. Trąbka powraca i także ma na końcu języka szczyptę melodii i nostalgii. Dialog szekspirowskich kochanków w Weronie, o poranku. Klimat przesiąknięty wysokimi rejestrami, pełny przepięć akustycznych. 18 minuta, to brudna, piękna ekspozycja na dwie separatywne trąbki. Jakże brzmienie tego instrumentu może być złożone i różnorakie…

Luster. Głośniej, dynamiczniej! Ekspresja finału drugiej części nie poszła na marne! Kolejna odsłona sonorystycznej nieskończoności. Torben błyskotliwie szuka oniryzmu w tubie sopranu, poszukuje rytmu pomiędzy dyszami. Dron Wooleya (what a game!) w drodze w głąb ciszy, ku ukojeniu na sam finał koncertu. Muzycy eksplodują urodą swych dźwięków, wciąż są nieprzewidywalni, precyzyjni, kosmicznie niepowtarzalni. Na ostatniej prostej pocałunki z ciszą! Doskonała płyta!




Teun Verbruggen/ Jozef Dumoulin/ Nate Wooley/ Ingebrigt Håker Flaten ‎ KaPSalon (LP, Rat Records/ Werkplaats Walter/ Off, 2018)

Nagranie koncertowe z Jazz Middelheim, z roku 2014. Kwartet w składzie: Teun Verbruggen – perkusja i obiekty, Jozef Dumoulin – piano Fendera, Nate Wooley – trąbka, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas. Trzy fragmenty, 27 i pół minuty. (Od red. – płytę tytułujemy czterema nazwiskami, na okładce wszakże nie ma jakichkolwiek napisów, a na stronie wydawcy płyta jest firmowana jedynie nazwiskiem belgijskiego perkusisty). Brak znamion komponowanego materiału.

First. Dynamiczny, interaktywny free jazz na kwartet z trąbką i pełną sekcją rytmiczną. Kolektywnie, gęsto, nad wyraz intensywnie. Demokratyczny artystycznie status kwartetu nie pozwala wskazać muzyka, czy muzyków dominujących w narracji. Wszakże Wooley nie może nie zostać uznany za postać tu jednak dominującą. Tak w dostępie do przestrzeni fonicznej, jak w zakresie wkładu w efekt finalny (choćby jazzowe, wykwintne, niemal mainstreamowe solo, 5-6 minuta). Świetny pianista, choć bez preparacji. 11 minuta wyznacza gęstą eskalację. Na koniec nawet szczyptę swingującą. Posmak jazzu jest jednak zmyślnie łamany przez trąbkę i kontrabas.

Second. Ciąg dalszy free jazzowego flow, które silnie eksponuje trębacza. Kolejne solo, pozbawione jednak atrybutów sonorystycznych, na tle gęstej jak olej gry sekcji.

Third. Znacznie spokojniejsze frazowanie. Kontrabas na smyku, trąbka w dronie, błyskotliwie expose piana. Ze wszechmiar urokliwe. Wytrawny, precyzyjny jazz z podwieszonym sonorystycznie Wooleyem (zdecydowanie najlepszy moment tej bardzo krótkiej płyty). Oklaski!



wtorek, 8 listopada 2016

Mats Gustafsson & NU Ensemble – w poszukiwaniu utraconego czasu, czyli poznański wieczorek koncertowy


Poważny koncert muzyki improwizowanej w matczynym Poznaniu! Aż chciałoby się zakrzyknąć z radości. Tak, udało się! Muzycy dojechali (prawie wszyscy), publiczność też (choć kompletu nie było)!

Trybuna rzec jasna pilnie zameldowała się w sobotni wieczór w Scenie na Piętrze i ochoczo krzyknęła na powitanie: Obecny!!!!!

Duży skład Matsa Gustafssona - NU Ensemble - jest w trakcie europejskiej trasy (też brawa za przedsięwzięcie, na pewno kosztowne), z której aż sześć dni przypada na nasz piękniutki kraj, albowiem poza dniem poznańskim, są także trzy dni krakowskie i dwa warszawskie.

Dwunastoosobowy zespół szwedzkiego saksofonisty ma stosunkowo krótką historię, a jej otwarcie stanowiła niewątpliwie kilkudniowa rezydencja w Krakowie, lat temu trzy (paręnaście lat wstecz skład o bliźniaczej nazwie Nu-Ensemblen, popełnił krążek Hidros One, jakkolwiek muzycznie to była trochę inna przygoda). Dokumentacja krakowskiej bytności znalazła się na wyjątkowym wydawnictwie Not Two Records Hidros6, składającym się z 5 CD, dwóch winyli i jednego DVD (dźwięki z czarnych płyt doczekały się po pewnym czasie także edycji kompaktowej). Parę ciepłych słów zostały tej perełce edytorskiej poświęcone i na tych łamach (była to wówczas prymalna forma Trybuny, drukowana w m/i magazynie, obecnie dostępna w poście nr 2, ze stycznia br.).




W dżdżysty, listopadowy wieczór NUE dotarł do Poznania w nieco okrojonym i personalnie zmodyfikowanym składzie, w stosunku do owej rezydencji z roku 2013. Zabrakło klarnecisty i saksofonisty, przy okazji najstarszego członka grupy, Christera Bothena, który zaniemógł chorobowo. W miejsce Petera Evansa (trąbka) mieliśmy okazję obejrzeć Andersa Nyqvista (także trąbka), zaś zjawiskową wokalistkę Stine Janvin Motland zastąpiła jej koleżanka, znana m.in. z Fire! Orchestra, Mariam Wallentin. Ponadto w składzie odnaleźliśmy już samych znajomych, muzyków znanych nam doskonale nie tylko z występów u boku Gustafssona. A zatem: Joe McPhee (saksofon, trąbka), Agusti Fernandez (piano i organy), Kjell Nordeson (perkusja i wibrafon), Per Ake Holmlander (tuba), Jon Rune Strom (kontrabas), Ingebrigt Haker Flaten (gitara basowa), Paal Nilssen-Love (perkusja) i dieb13 (gramofony). A postać tu najważniejsza, czyli Mats Gustafsson, poza dyrygowaniem całym przedsięwzięciem, grał na saksofonie barytonowym.

Wieczorek poznański został podzielony na dwa sety. W pierwszym zaprezentowano trzy mikrokoncerty w podgrupach, zaś w drugim NUE wykonał kompozycję Matsa Knockin’.

Po kolei zatem… O godzinie mniej więcej 20.20, już po zapowiedziach organizatorów i Matsa, na scenie pojawiło się trzech muzyków – Nyqvist, Holmlander i dieb 13. Przez około 10 minut dwaj pierwsi czyścili dysze swoich blaszaków, a ten trzeci celebrował trzaski czarnych płyt, które z kocią zwinnością umieszczał na talerzach gramofonów. Pokaz sonorystyki był akustycznie bardziej niż smakowity, jakkolwiek w formie koncertowej rozbiegówki odrobinę mało … dynamiczny. Dodatkowo publika nie była jeszcze należycie skupiona.

Po chwili drugi podset seta pierwszego, czyli wibrafon, przy nim Nordeson i … kompozycja Omar II, autorstwa Franco Donatiego. Ponieważ w warstwie muzycznej ten minirecital nie niósł ze sobą nic frapującego (chciałem powiedzieć, że się nudziłem!), to w jego trakcie zajmowały mnie przede wszystkim częste zmiany pałeczek przez Kjella, co istotnie dramatyzowało ten kompozytorski incydent.

Po chwili krótszej niż moment, na scenie zameldowała się dwójka najbardziej wyrazistych artystycznie członków NUE, czyli Joe McPhee i Mats Gustafsson na saksofonach. Skupiona, wrażliwa na czułe interakcje, wymiana sonorystycznych pomysłów nie trwała niestety zbyt długo i co było atutem solowego wibrafonu, nie stało się przywarą tego niezwykłego duetu. Dlaczego tak krótko!!!?!

Przerwa toaletowa, ewentualnie zakupowa (Scena na Piętrze wciąż nie doczekała się baru….), a tuż po niej, czas na danie główne. Rozbudowana kompozycja Knockin’, stworzona przez Gustafssona w hołdzie i z inspiracji muzyką i tekstami Little Richarda (uwaga dla młodszych – gwiazda muzyki rock’n’rollowej wiele lat świetlnych temu). Jeśli mnie pamięć nie myli, Mały Rysiek był ulubionym wykonawcą Mamy Matsa i jego muzyka tworzyła rzeczywistość foniczną domu rodzinnego saksofonisty.

Jakże inspirująca i generująca wiele rolek papieru z zapisem dramaturgicznym kompozycji, może być prosta i komunikatywna muzyka rockowa, wiedzą Ci, którzy znają Knockin’ z wielopakowego wydawnictwa Not Two. Niemniej kluczowa w powstawaniu dzieła Matsa była też warstwa werbalna muzyki Richarda. Powiem więcej, w mojej ocenie, to właśnie teksty, na bazie których improwizuje wokalistka, są kluczem do właściwego zrozumienia idei kompozytorskiej Gustafssona. Podprogowe doświadczenia akustyczne z dzieciństwa w służbie muzyki improwizowanej? Why not…

Choć do wykonania Knockin’ potrzeba armii wybitnych improwizatorów (a takich mieliśmy na scenie), to najistotniejsza rola w tym dziele przypada wokalistce. Trzy lata temu w Krakowie, drobna i niewinna Stine Janvin Motland zrobiła z tego prawdziwe arcydzieło wokalistyki i improwizacji. Stosując przeróżne techniki wokalne wyniosła wówczas wykonanie Knockin’ na poziom, któremu w sobotę … nie sprostała niestety Mariam Wallentin. To wokalistka o innych parametrach głosowych, sprawdzająca się w innej estetyce. Jej śpiewne eksploracje na płytach Fire! Orchestra są wyśmienite, tu jednak, na poznańskiej scenie, Mariam nie uniosła poziomu moich oczekiwań. Fantastycznie wyglądała (trzy dekady temu w takiej estetyce ubierały się moje koleżanki z klasy, gdy wybierały się na dyskotekę, beze mnie - dodajmy!), była aktywna, dzielnie walczyła na scenie z gramaturą tekstu, trafnie wgryzała się w niuanse Gustafssonowskiej transkrypcji wokalnych pomysłów Małego Ryśka. Nie zawsze jednak przebijała się przez brzmienie grupy i nie była należycie eksponowana przez mistrza ceremonii.




Cały koncert był frapującą przygodą, nie brakowało w nim momentów ekscytacji, wszakże czegoś mi w sobotę zabrakło. Może większej porcji szaleństwa w indywidualnych popisach, może mniejszej dozy aranżacji przestrzeni dźwiękowej i ręcznego sterowania emocjami muzyków przez Matsa. A być może, znana mi świetnie wersja Knockin’ sprzed trzech lat, zbyt wysoko podniosła poprzeczkę całemu NUE.

Nie wszystkie jednak koncerty, tudzież ich werbalna dokumentacja w formie luźnej relacji, muszą być kończone w pozycji na kolanach. Wieczorek koncertowy dał mi swoją porcję radości i ani chwili nie uważam za bezpowrotnie straconą. Może tylko jeszcze silniej zatęskniłem za Stine Janvin. Poczekam na inną okazję.

Uzupełnieniem prawie 150 minut spędzonych w Scenie na Pietrze, było jam session, zorganizowane w pobliskim Dragonie. Wasz recenzent był dzielny i wytrzymał na nim jeszcze kolejne półtorej godziny, dzięki czemu miał okazję zaobserwować, jak wyciszona i skupiona narracja krajowego, improwizującego tria Bachorze, rozbudowana o norweską sekcję rytmiczną Strom/Nilssen-Love przekształca się we freejazzową petardę, niebiorącą jeńców. Cała kamienica zadrżała, a orgazm był udziałem wielu!

Podziękowania dla Marka za czujne towarzystwo!


Ps. Fotografie z koncertu własnego autorstwa.