Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Ward. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Ward. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 grudnia 2025

Company lives! Improvised London strikes again!


Wasz dzielny trybunowy reporter dotarł w połowie grudnia do Londynu, albowiem tam właśnie (w Cafe Oto, bo gdzieżby indziej!) miała miejsce dwudniowa celebracja dwudziestej rocznicy śmierci jednego z ojców założycieli swobodnej improwizacji, brytyjskiego gitarzysty Dereka Baileya. Dodajmy, iż dzień wcześniej odbyła się także projekcja filmu o muzyku, a dzień później koncert dodatkowy. Dwa dni wcześniej nasze reporterskie macki zaliczyły także kolejną edycję duetowego impro-meetingu BRÅK, jaki odbywa się w uroczym barze piwnym waterintobeer w południowym Londynie.

Skupmy się wszakże na Baileyu! O jego wkład w ukształtowanie idiomu freely improvised music toczą się od lat dyskusje, ale dotyczą jedynie stopnia wpływu koncepcji artystycznych gitarzysty na rozwój gatunku (innymi słowy, czy był najważniejszy, czy może równie ważny jak John Stevens, czy Evan Parker). Jedno w każdym razie dyskusji nie podlega – idea improwizowanych spotkań artystów i łączenia ich w składy, w których spotykali się ze sobą na scenie po raz pierwszy, to definitywnie modus operandi wybitnego improwizatora i zjawisko, które na stale zapisało się jako metoda twórcza muzyki swobodnie improwizowanej. Bailey takie spotkania zaczął organizować w drugiej połowie lat 70. i kontynuował niemalże do końca swych dni, a przynajmniej do początkowych miesięcy trzeciego tysiąclecia. Nazywał je Company, i tak też została nazwana impreza, która uświetnić miała dwudziestą rocznicę jego śmierci.

 


Za kształt artystyczny przedsięwzięcia odpowiedzialni byli muzycy, którzy wielokrotnie w spotkaniach Company brali udział – John Butcher i Mark Wastell. Do udziału w improwizacjach zaprosili oni grono artystek i artystów, zarówno tych uznanych i doświadczonych we współpracy z Baileyem, jak i tych młodszych, których dane personalne nie są nadmiernie przegrzane na londyńskich plakatach koncertowych. Zwał, jak zwał, tym razem Company stworzyli: Khabat Abas (wiolonczela), Julia Brüssel (skrzypce), John Butcher (saksofony), Teresa Hackel (flety, recorders), Charles Hayward (perkusja), Petra Haller (tap dance), Pat Thomas (fortepian, elektronika), Matt Wand (elektronika), Alex Ward (gitara elektryczna, klarnet) oraz Mark Wastell (instrumenty perkusyjne).

Mniej więcej godzinę przed pierwszym dźwiękiem muzycy zebrali się w kręgu i wówczas Mark Wastell przedstawił im zasady koncertu – artyści będą wywoływani na scenę przez konferansjera i dopiero wtedy dowiedzą się z kim będą za moment grać. Każda improwizacja będzie trwała około piętnastu minut, a zestaw dwóch kolejnych improwizujących składów stworzy jeden koncertowy set. Każdy dzień składać się będzie z trzech setów, czyli łącznie publiczność Cafe Oto obejrzy dwanaście improwizujących składów. Dodajmy, iż parytet będzie pilnie strzeżony – każdy z artystek i artystów wystąpi na scenie dwa razy dziennie, każdorazowo w innym towarzystwie.

  



Pierwszego dnia imprezy wysłuchać nam było dane dwóch duetów, jednego trio, dwóch kwartetów i na finał kwintetu. Dnia drugiego z kolei - jeden duet, trzy tria, kwartet i znów na zakończenie kwintet. Próżno wyróżniać pośród nich te najciekawsze, albowiem każda kilkunastominutowa improwizacja na to miano zasługiwała. Oczy i uszy kierowaliśmy często na kobiecą część składu Company, gdyż dla niżej podpisanego były to pierwsze spotkania sceniczne z artystkami. Każda z nich wnosiła do wizerunku wydarzenia mnóstwo jakości, wszystkie one wchodziły w wyśmienite interakcje ze starszymi kolegami. Może jedynie, od czasu do czasu, brakowało im odrobiny brawury, tudzież śmiałości, by weteranom gatunku postawić jeszcze wyższe wymagania. Szczególnie udanie prezentowała się na scenie Cafe Oto skrzypaczka Julia Brüssel, która balansowała pomiędzy post-klasyczną melodyką, zwinnymi preparacjami i frazami amplifikowanymi całkiem pokaźną skrzyneczką przetworników, szczególnie przydatną w momentach, gdy partnerzy nie szczędzili mocy i nieakustycznych środków wyrazu. Taka sytuacja miała miejsce choćby w trakcie ostatniego odcinka dwudniówki, który realizowali Thomas (na elektronice), Butcher (na sopranie), Wand (na elektronice), Hayward (na perkusji) i rzeczona Brüssel. Na wyjątkową uwagę zasłużyły dwa składy różniące się poziomem intensywności od innych ekspozycji – duet preparowanego fortepianu Thomasa i wielkich, rezonujących talerzy Wastella oraz minimalistyczne trio z udziałem elektrycznej gitary Warda, elektroniki Wanda i fletów Hackel. Truizmem należy określić fakt, iż każdorazowa obecność na scenie Butchera, naprzemiennie z tenorem i sopranem, gotowała serca miłośników free impro. Tejże sceny choćby na moment nie opuszczał duch i słowa samego Baileya, które zabawnie wplatał w zapowiedzi kolejnych improwizacji Stewart Lee.

  


W uzupełnieniu raportu ze sceny Cafe Oto dodajmy, iż w przeddzień imprezy odbyła się premiera filmu dokumentalnego Iana Greavesa „So Watt Special: Derek Bailey - New Sights, Old Sounds”. Materiał zawierał dużo nagrań archiwalnych, a także garść słowa mówionego, podkreślającego bardzo specyficzne poczucie humoru i artystyczną bezkompromisowość gitarzysty, która niekiedy okazywała się po prostu szczerością i prostolinijnością jego werbalnego przekazu. Londyńską celebrację podsumował zaś środowy koncert dodatkowy w clubie Vortex, gdzie improwizowali Thurston Moore na gitarze i Mark Wastell na perkusji, do których po mniej więcej dwudziestu minutach dołączył Alan Wilkinson na saksofonie altowym. Muzycy rozpoczęli w dalece post-psychodelicznym duecie, niemal onirycznym w klimacie, by po rozwinięciu w trio popaść w urokliwe spazmy free jazzu.

 


Londyński pobyt Trybuny, to nie tylko uczestnictwo w baileyowskim święcie. W sobotę 13 grudnia Wasz wysłannik gościł na kolejnej edycji festiwalu BRÅK, w trakcie którego na małej scenie baru piwnego w Brockley wystąpiły jak zawsze trzy duety. Najpierw improwizowali Tom Challanger na saksofonie tenorowym oraz Alex Bonney na trąbce, potem John Butcher na saksofonie tenorowym i sopranowym oraz Colin Webster na saksofonie barytonowym, wreszcie Tom Ward na klarnecie, flecie i saksofonie altowym oraz Will Graser na floor percussion. Każdy set był definitywnie smakowity, szczególnie ten środkowy, w którym szyki zwarli przedstawiciele dwóch pokoleń wybitnych londyńskich saksofonistów.

 

 Zdjęcia własne, nieobjęte prawami autorskimi:

1) Alex, John i Matt

2) Teresa

3) Julia, Charles, John i Matt

4) John i Colin



 

piątek, 28 marca 2025

The March’ Round-up: The Unreal Book! Ligand! Eyre! Wirksam! Into the Dark! Mutants In Siberia! Live in Bemma Bar! Transformations II!


Rzutem na taśmę zdążyliśmy z comiesięczną zbiorówką świeżych recenzji płytowych! Tym razem przed obliczem czytaczy i słuchaczy stawiamy osiem nowych albumów – siedem tegorocznych i jedną zgubę z końca roku poprzedniego. W ujęciu stylistycznym, jak zwykle lekkostrawny groch z kapustą, w wymiarze personalnym raczej bez specjalnych zaskoczeń – głównie dobrze nam znami i równie lubiani artyści i artystki z całego świata.

Podróż zaczniemy w ukochanej Barcelonie, potem czeka nas podwójna wizyta w Zjednoczonym Królestwie, takaż sama w Berlinie, a w dalszej kolejności – Praga, Wrocław i Toruń. W ujęciu gatunkowym na ogół będziemy swobodnie improwizować, choć zaczniemy od niekończącej się Nierealnej Księgi słynnego El Pricto. Będzie sporo elektroniki, trochę kameralistyki i szczypta spirytualnych post-perkusjonalii. What ever you want! Welcome to heaven and hell of improvised music!



 

El Pricto/ Discordian Community Ensemble The Unreal Book at LEM Festival (Discordian Records, DL 2025)

Nocturna Discordia #404, Soda Acústic, Barcelona, październik 2024: Ilona Schneider – głos, Pablo "Pope" Volt – trąbka, Edu Pons – saksofon sopranowy, Liba Villavecchia – saksofon altowy, Luis Erades – saksofon tenorowy, Diego Caicedo – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – bas elektryczny, Vasco Trilla – perkusja oraz Prictopheles – dyrygentura, notacja graficzna. Dziesięć utworów, 46 minut.

Flagowy okręt barcelońskiej sceny muzyki kreatywnej na szerokich falach wzburzonego oceanu! Kolejny epizod neverending story spod pióra niesamowitego El Pricto. Kompozytor oczywiście w roli dyrygenta, a pod jego batutą soczysty oktet muzyków niemal trzech pokoleń barcelońskich improwizatorów – z głosem, silną frakcją dętych i bardzo elektryczną sekcją rytmu. Narracja, jak to często bywa w przypadku tej odnogi twórczości Wenezuelczyka, rozsypana na drobne kawałki, niczym pęknięta szyba, w klimatach bardzo zornowskich, takie Naked City z turbodoładowaniem. Dziesięć dobrze udramatyzowanych epizodów, tysiące akcji, mnóstwo zabawy i garść parateatralnych gagów z inwokacją do jedynej Eris! Nie sposób uronić tu choćby sekundy.

Radosne okrzyki i rockowe przełomy, dynamiczne zjazdy i efektowne podskoki, stempel na stemplu, ciało przy ciele – ognisty free jazz, która zna całą historię muzyki na pamięć, po prostu DCE! Klimat zmysłowej nadekspresji prezentuje tu większość utworów, które trwają na ogół od dwóch do czterech minut. W trakcie tych bardziej spokojnych epizodów (choćby drugi, czy siódmy) dominuje szemrana, preparowana rzeczywistość foniczna, dostojny krok i nad wyraz soczyste wydechy dętych i wokalistki o operowej skali głosu. Ale i tu zaskakująca porcja halsu nie jest zjawiskiem niemożliwym. Utwory czwarty i dziewiąty, to najdłuższe opowieści, ponad ośmiominutowe. Nie brakuje w nich zatem przestrzeni na ekspozycje saksofonistów, niekiedy jazzowe, a nawet swingujące, czy salwy heavy rockowej gitary i równie mięsistego basu. W siódmej opowieści po rozbudowanych akcjach instrumentalnych nagle odnajdujemy się na deskach teatralnych – muzycy rozmawiają, dyskutują, przekrzykują się, a perkusista wybucha charakterystycznym dla niego śmiechem. W dziewiątej odsłonie mamy werbalną inwokację do diskordiańskiej bogini w wykonaniu samego El Pricto. Warstwa muzyczna ma tu swoją repetytywną dramaturgię. Zwarte, soczyste ekspozycje saksofonistów, wokalistki i gitarzysty są efektownie kontrapunktowane podmuchem całej orkiestry. Końcowa opowieść, to rockowe resume – gęsta, radosna, zawadiacka opowieść cięta na drobne kawałki niewyczerpalną kreatywnością kompozytora i dyrygenta. Salve Eris!




Tom Ward & Adam Fairhall Ligand (Raw Tonk, Kaseta 2025)

Chestnut End, Anglia, czerwiec 2022: Tom Ward – saksofon altowy i tenorowy, klarnet basowy oraz Adam Fairhall - Hammond C3. Osiem improwizacji, 41 minut.

Pierwsza dziś brytyjska płyta, to opowieść z cyklu kreatywny jazz nie jedno ma imię. Saksofon i organy w jakże kompetentnych rękach artystów, których cenimy i o których lubimy pisać. Swobodne improwizacje tkane z różnym poziomem intensywności, dużo jakości i umiejętnie kreowanych splotów dramaturgicznych. Pierwsze cztery epizody trwają po 7-8 minut, cztery kolejne, to krótsze narracje.

W pierwszej fazie albumu w grze uczestniczy saksofon altowy. Samo otwarcie jest spokojne, wyważone, niemalże balladowe. Od drugiej opowieści zaczynają się prawdziwe emocje. Ciepły i wystudzony Hammond wchodzi teraz w intensywne zwarcia z dęciakiem, a muzycy zgrabnie dawkują nam kolejne stadia free jazzowego wtajemniczenia. Frazują na tym etapie zarówno krótkimi, zaczepnymi akcjami, jak i dronowymi, na poły ambientowym reasumpcjami. Te ostatnie dobitnie podkreślają urodę czwartej improwizacji, w trakcie której słyszymy brzmienie … klarnetu basowego (choć albumowe credits o tym nie wspomina). Cztery kolejne opowieści, te krótsze, to już królestwo saksofonu tenorowego. Najpierw półtorej minuty nerwowej, połamanej melodyki z obu stron, potem garść post-jazzowych zaczepek, lepionych zarówno z czystych, jak i delikatnie preparowanych fraz, podanych w dość leniwym tempie. Siódma improwizacja, to albumowy szczyt nasączony saksofonowymi skrzepami, siarczystym brzmieniem organów i adekwatnymi dla free jazzu emocjami. Końcowa opowieść, to oddech szumiącej ciszy. Łagodna, choć podszyta nerwowością, pożegnalna ballada.



 

light.box + Tom Challenger Eyre (Bead Records, CD 2025)

City University, luty 2024: Alex Bonney – trąbka, elektronika, Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa, elektronika oraz Tom Challenger – saksofon tenorowy. Sześć improwizacji, 48 minut.

Jazzowy, tudzież post-jazzowy saksofon skąpany w gęstym strumieniu elektroniki, z której incydentalnie wyłaniają się frazy trąbki i gitary basowej. Album na swoje otwarcie, niemal epickie zakończenie, a pomiędzy nimi treść główną, która podzielona na cztery podrozdziały stanowi przyczynek do dyskusji o walorach improwizacji zdominowanej przez brzmienia syntetyczne.

Słowo się rzekło, album otwiera strumień usterkowej elektroniki, budowany także basowymi sprzężeniami. W takich okolicznościach do życia budzi się saksofon, który płynie spokojnym, jazzowym tembrem. Z kolei otwarcie czteroczęściowej fazy zasadniczej, to być może najciekawsza odsłona albumu. Słyszymy czyste frazy trąbki, a po chwili saksofonu. Formuje się ciekawy dialog, który zostaje rozsiany po całym spektrum narracji bystrze redagowanym live processingiem i wspomagany frazami żywej basówki. Całość lepi się z czasem w gęsty, szorstki ambient, a emocje kreuje tu także bas, który topi się w narastającej fali elektroniki. Po trwającym niespełna sto sekund interludium, które przypomina tybetańską medytację, narracja osiąga fazę, którą definiuje zarówno posmak dekonstruowanego rocka, jak i post-jazzowe brzmienia syntetyczne, nieuchronnie kojarzące się z dokonaniami Nilsa Petera Molvaera. Wątek części głównej albumu uzupełniają czyste, melodyjne frazy saksofonu intrygująco skorelowane z basowym fuzzem. Albumowa puenta trwa dziesięć minut i przynosi sporo nowych elementów. Elektroakustyczne szmerowisko i mroczna poświata ambientu budują tło, na którym rozgrywa się akcja główna – dialog saksofonu i basu, który systematyczne nasączany jest elektroniką. Na ostatniej prostej nie brakuje melodii kontrapunktowanej elektronicznym zgrzytaniem zębami.



 

Niklas Fite & Axel Dörner Wirksam (Bandcamp’ self-released, CD 2025)

Studioboerne45, Berlin, luty 2019: Niklas Fite - gitara, banjo oraz Axel Dörner – trąbka, elektronika. Dwie improwizacje, 50 minut.

To nagranie przeleżało się na twardym dysku całe sześć lat, ale zdecydowanie warto było czekać. Młody Szwed i doświadczony Niemiec wchodzą tu w szranki intrygującego boju improwizacyjnego. W jego trakcie walka bywa niekiedy odrobinę nierówna, albowiem akustyczna gitara lub banjo w zetknięciu z trąbką podłączoną pod elektronikę dużej mocy nie ma wielu argumentów w bardziej zmasowanej akcji scenicznej. Gdy wszakże moc ustępuje miejsca kreatywności, wrażliwości na brzmienie i niuanse dramaturgii, improwizacja osiąga poziom godny naszej najwyższej uwagi.

Album składa się z dwóch ponad dwudziestominutowych opowieści. Spokojny początek, to banjo i czyste frazy trąbki uwikłane w elektroakustyczny rozgardiasz. Wyważone wymiany zdań i plamy … white noise. Drobne intensyfikacje i lubieżne rozkołysania. Nie brakuje brzmień preparowanych, zgrzytów, bolesnych obtarć i soczystych szorowanek – tu każdy dokłada adekwatne porcje emocji. Bywa, że muzycy patrzą sobie prosto w oczy, bywa, że giną na froncie dysonansu. Pierwszą historię wieńczy urokliwy passus solowy Szweda, pięknie spuentowany wystudzoną trąbką Niemca. Początek drugiej trzyma się owej zrównoważonej narracji. Tym razem słyszymy gitarę, a arsenał elektronicznych środków wyrazu zdaje się nieść sporo intrygujących niespodzianek. Opowieść ma swoją fazę rozdygotanego ambientu, a także momenty intensywnych zwarć i post-akustycznych pyskówek. Popada w dramaturgiczny umiar, ale i sięga po plastry hałasu, a nawet na poły taneczne electro. Znów podobać się może samo zakończenie, które bazuje na akustycznym konsensusie, pięknie obranym w repetującą narrację.



 

Evil Joe Into the Dark (Ma Records, CD 2024)

Kühlspot Social Club, Berlin, 2023: Edith Steyer – klarnet, Vojta Drnek – akordeon oraz Kellen Mills – gitara basowa. Sześć utworów, 33 minuty.

Owa niemiecko-czesko-amerykańska kooperacja definitywnie nosi znamiona oryginalnej. Niebanalny zestaw instrumentalny, kameralna estetyka, którą rozsadza ponadgatunkowa kreatywność, wreszcie intrygujące koincydencje brzmieniowe i dramaturgiczne. Bywa, że brakuje w niej nieco ekspresji, ale to zdaje się być zaplanowanym elementem tego muzycznego konceptu.

Pierwsza opowieść przypomina spacer po mrocznym lesie. Swobodne ruchy, głowy otwarte na nowe wyzwania, naturalna powolność w dobrze skomunikowanych akcjach zaczepnych. W drugiej odsłonie artyści dodają nieco melodii i dłuższych, bardziej rozkołysanych fraz, w trzeciej także samej radości ze wspólnego muzykowania i pewnej znów całkiem naturalnej taneczności. W kolejnych trzech opowieściach jest jeszcze ciekawiej. W czwartej mamy wrażenie obcowania z nagraniami terenowymi, które oplata smutna melodyka zastygłej chwili. Szmery, drżenia, powłóczyste dźwięki towarzyszą nam także w piątej opowieści, która przynosi garść bolesnych fraz, trochę nerwowych ruchów i zaskakująco melodyjną fazę rozwinięcia. Nie brakuje dźwięków preparowanych, szczególnie ze strony klarnecistki i ekspresji dynamicznego zakończenia. Ostatnia improwizacja zdaje się być jeszcze precyzyjniej … zaplanowana. Dużo brudnych dźwięków płynie tu z gitarowych pick-upów, sporo strwożonych śpiewności dostarcza klarnetu, wciąż dużo zaskakujących brzmień niesie semantyka akordeonu. Ostatnia prosta wynosi opowieść na efektowe wzgórze, stanowiąc zgrabną reasumpcję albumu.



 

Joke Lanz & Petr Vrba Mutants In Siberia (Circum-Disc, CD 2025)

Punctum, Praga, 2023: Joke Lanz - turntables, głos oraz Petr Vrba – trąbka, elektronika. Dwanaście utworów, 38 minut.

Gramofony, okazjonalny głos, trąbka i elektronika budują tu barwną, niekiedy power noise’ową ekspozycję, która śmiało pretenduje do miana eksperymentalnej, improwizowanej elektroniki, ale też zaskakująco często sięga po atrybuty … inteligentnej muzyki tanecznej, czyli estetyki wykutej na przełomie milenium i identyfikowanej świetnie rozpoznawalnym skrótem IDM.

Elektroakustyczny chaos, jaki towarzyszy muzykom na starcie dość szybko zostaje uformowany w ciąg zdarzeń, które mają odpowiednią ekspresję, swój rytm, nieco pokrętną linearność i dobrze ukonstytuowaną dramaturgię. Ekscesom fonicznym towarzyszy także głos, który czasami recytuje, innym razem krzyczy. Muzycy generują dużo fraz w jednostce czasu, pilnując by akcje zaziębiały się i wchodziły w dyskurs poznawczy. Raz po raz w grze pojawiają się akustyczne frazy trąbki, którym towarzyszy oniryczna, mglista narracja sfery syntetycznej, ciętej zazwyczaj ostrym skalpelem na wyjątkowo krótkie interwały, co przypomina kolejną estetykę kojarzoną z elektroniką millenialną, czyli słynne cięcia i klejenia. W połowie albumu muzycy wrzucają do tygla zdarzeń więcej akcentów rytmicznych, a zdefiniowane w preambule recenzji skojarzenie z IDM zaczyna nabierać rumieńców. Dodajmy, iż w ósmym epizodzie pojawia się wysamplowany głos, który recytuje polityczny tekst, jaki znamy z płyty … punkowego Dead Kennedys sprzed czterech dekad. Ostatnie trzy utwory wydają się nieco spokojniejsze, wciąż nerwowe i podszyte kreatywnością, ale bardziej swobodne, budowane ze świadomością, iż album dobiega końca. Dodajmy, iż poczucie pokrętnego rytmu i skłonność do repetycji nie opuszcza muzyków do ostatniej sekundy albumu.

 


Shepherds of Cats & Vj Pietrushka Live at Bemma Bar (Antenna Non Grata, CD 2025)

Bemma Bar, Wrocław, wrzesień 2023: Adam Webster – wiolonczela, głos, Aleksander Olszewski – etniczne instrumenty perkusyjne, Dariusz Błaszczak – syntezator modularny, sampler, Jan Fanfare – gitara, preparowane ukelele, looper oraz Vj Pietrushka - live cameras, video processing. Improwizacja w czterech częściach, 38 minut.

Brytyjsko-wrocławscy Pasterze Kotów, których dokonania śledzimy od zarania ich pomysłu na swobodną improwizację, czerpiącą inspirację z nieskończonej liczby gatunków, stylistyk i estetyk, dostarczają nam album koncertowy, ulepiony w jedną kompaktową ścieżkę, ale stworzoną z czterech opowieści połączonych prawdziwe punkowymi, nie do końca subtelnym metodami edytorskimi. Dodajmy, iż wrocławski koncert miał także, tradycyjnie dla Kotów, warstwę wizualna, ale tej na rzeczonym albumie możemy się jedynie domyślać.

Pierwsze osiemnaście minut koncertu, to linearna, uformowana w leniwą strugę reaktywnych improwizacji opowieść, osadzona na brzmieniu wiolonczeli i gitary, udanie uzupełniana poświatą nieinwazyjnego syntezatora modularnego i akcji perkusjonalnych, których raz po raz zmieniają szyk narracji. Nie brakuje brudnych i zakurzonych fraz, a tempo bywa zmienne. W trakcie drugiego epizodu muzycy dostarczają więcej ekspresji i tropów gatunkowych, które perfekcyjnie gubią, niczym zbieg uciekający przed obławą tłustych policjantów. Wokalno-instrumentalna, krocząca opowieść zdaje się wieść intrygująco taneczne życie wewnętrzne, okazjonalnie pachnie rockiem, niekiedy kameralną psychodelią, a po kolejnym stoppingu przepoczwarza się w bardziej mroczną, dość stonowaną pulsację. Po pewnym czasie narracja gęstnieje, a jej rockowa powłoka próbuje wyrwać się z uwięzi, ale grzęźnie w defensywnej motoryce upalonego post-bluesa. Pod finałową, oniryczną flautę podprowadza nas intrygujący fragment budowany skłębionymi perkusjonaliami i zaskakująco czysto frazami strunowymi, które łapią od dawna skrywaną melodykę. Pożegnalna opowieść gaśnie nagle, ucięta dość tępym skalpelem.



 

Rafał Iwański Transformations II (Antenna Non Grata, CD 2025)

Studio Eter, Toruń, lipiec - listopad 2024; Rafał Iwański – sanzas, kalimba, sanzula, grzechotki, patyki deszczowe, dzwonki, przedmioty metalowe, rurki sprężynowe, rura wah-wah, bęben obręczowy, okaryna, flety, piszczałki, automat perkusyjny, efekty, nagrania terenowe. Jedenaście utworów, 51 minut.

Rafał Iwański, multiinstrumentalista, którego słusznie kojarzymy z takimi formacjami, jak Innercity Orchestra, czy Alameda 5, dostarcza swoją kolejną solową płytę. Bazuje ona w równym stopniu na dźwiękach instrumentów perkusyjnych, jak i strunowych, udanie sięga także po brzmienia post-akustyczne i syntetyczne, budzące w głowie recenzenta, nie pierwsze w trakcie dzisiejszej zbiorówki, skojarzenia w dumną historią wartościowej elektroniki ostatnich trzech dekad.

Pierwszą opowieść buduje dysonans mrocznego tła i lżejszych od powietrza perkusjonalii i instrumentów strunowych. Pojawia się ledwie zasugerowana rytmika, która wszakże potęguje nastrój wyciszonej medytacji. W kolejnych utworach Iwański mnoży wątki, dodaje odrobinę dalekowschodniego posmaku i gamelanowej filigranowości, a w sferze kreowania warstwy rytmicznej sięga po atrybuty syntetyczne osiągając efekt, którym śmiało może wzbudzać skojarzenia z estetyką IDM. Nie stroni od onirycznych, wystudzonych interludiów, czy etnicznych naleciałości (niczym Samarpan Sławka Kulpowicza sprzed czterech dekad!), ale nie przestaje forsować estetyki tanecznej. Sięga po minimalistyczny deep beat charakterystyczny dla post-techno, który w utworze dziewiątym barwi dubową poświatą, dzięki czemu ów fragment definitywnie umieszczamy w roli albumowego crème de la crème. Przedostatni epizod nasączony zostaje mglistym, łagodnym ambientem, którego narodziny poprzedzone są dźwiękami żywej, czystej, medytującej przyrody. Album wieńczy dwuminutowa koda. Wieje zaskakująco mroźny wicher, szczęśliwie ciepły ambient zaczyna rozpościerać się na bezchmurnym niebie.

 

 

piątek, 25 października 2024

Martina Verhoeven Invites!


Ledwie tydzień temu omawialiśmy na tych łamach nagranie ośmioosobowego Large Ensemble Colina Webstera, zarejestrowane w londyńskim Cafe Oto w październiku ubiegłego roku. Teraz cofamy się w czasie o trzy miesiące i na tej samej scenie spotykamy tentet firmowany nazwiskiem belgijskiej pianistki Martiny Verhoeven.

Zauważmy, iż w ujęciu personalnym aż pięciu muzyków uczestniczyło w obu nagraniach – Colin Webster, Cath Roberts, Dirk Series, Charlotte Keeffe i Andrew Lisle. W tentecie Martiny poza nią samą spotykamy jeszcze Daniela Thompsona, Benedicta Taylora, Toma Warda i Toma Jacksona. Dobrze zapamiętany z zeszłotygodniowej pogadanki free jazzowy ansamble Webstera został tu poszerzony o zaciąg definitywnie free chamber (altówka, gitara akustyczna, klarnety, flet). I taka jest dwusetowa ekspozycja formacji Martiny – dużo w niej free jazzu, ale i pełne garście wysmakowanej kameralistyki. Na prawie 70 minut oddajmy się temu strumieniowi dźwiękowemu.



 

Zgodnie z nakreśloną w preambule recenzji dwubiegunowością, koncert otwarty zostaje w aurze kameralnej (drobne frazy w pobliżu ciszy, mroczne, acz leniwe i wystudzone), by już po kilku minutach płonąć ogniem free jazzu. Z jednej strony barytonistka i alcista w roli szalbierców ekspresji, z drugiej altowiolinista, klarnecista i flecista po stronie kojących emocje. Jakby po środku tych pozornie przeciwstawnych frakcji dwaj różnobarwni gitarzyści i pianistka, która czuwa nad dramaturgią, a jeśli trzeba dolać oliwy do ognia, czyni to z dalece post-klasyczną nutą. W fazie kameralnej narracja skrzy się ogromem akustycznej urody altówki, gitary, niekiedy także trąbki. W fazie free jazzowego wulkanu do ognia dokładają tu wszyscy, nie sposób wszakże nie podkreślić roli gitary elektrycznej i silnie unerwionej perkusji. Niezależnie wszakże od poziomu zadanej ekspresji, każdy z uczestników spektaklu wchodzi z partnerami w wyłącznie udane interakcje. Nim ponad 26-minutowy set pierwszy dokona swojego żywota, artyści dostarczą nam jeszcze moc różnorodnych zdarzeń – fazę cmokającej ciszy, ekstatyczny duet altówki i gitary akustycznej, wreszcie kilka kolejnych akcji piana, które w tym tyglu niekończących się akcji i reakcji zdaje się dysponować najbardziej rozbudowanym arsenałem środków wyrazu.

Drugi set trwa ponad 40 minut i przynosi jeszcze większą porcję emocji i silnie kontrastujących ze sobą faz. Ognisty, kompulsywny początek wydaje się pewnym zaskoczeniem. Piano pachnie tu Schlippenbachem, akcje dętych mocą kolejnej reinkarnacji Machine Gun. Równie zaskakujące jest szybkie wytłumienie wprost w objęcia permanentnie kreatywnej altówki. Chwila ballady, a zaraz potem struga post-aylerowskich melodii. W tej fazie koncertu pianistka powraca z post-klasycznym sznytem, z kolei gitarzyści raz po raz szyją ściegiem, którego byśmy się po nich nie spodziewali. Z tym ostatnimi często po drodze ma trębaczka, która chyba najczęściej staje okrakiem na najważniejszej tego wieczoru dychotomii – chamber/ free jazz! Po upływie kwadransa improwizacja wspina się na jeden z bardziej ekspresyjnych szczytów, a na etapie falling down przypomina watahę rannych kojotów po przedawkowaniu. I znów kilka chwili wystarczy, by z plejady separatywnych półokrzyków uformować free jazzowy lej gorącej lawy, który zastygnie po niedługiej chwili w martwej melodii. Ostatni kwadrans koncertu, to prawdziwa huśtawka nastrojów. Gdy już widać kameralną finalizację, nagle z szeregu wypada kolejny muzyk i rwie ansambl do lotu (brawo saksofon altowy!). Z kolei fazy kameralnych podmuchów zimnego powietrza (brawo altówka!) w ułamku sekundy potrafią skrzyć się nowymi emocjami. Ostatecznie tentet umiera po podwójnym pokonaniu dużego wzniesienia. Perfekcyjne ugaszony flow wpada wprost w deszcz rzęsistych oklasków, których na albumie jednak nie słyszymy.

 

Martina Verhoeven Invites (Bandcamp’ self-released, CD 2024). Andrew Lisle – perkusja, Benedict Taylor – altówka, Cath Roberts - saksofon barytonowy, Charlotte Keeffe – trąbka, Colin Webster – saksofon altowy, Daniel Thompson – gitara akustyczna, Dirk Serries – gitara elektryczna, Martina Verhoeven – fortepian, Tom Jackson – klarnet oraz Tom Ward – klarnet basowy, flet. Nagranie koncertowe, Cafe Oto, Londyn, lipiec 2023. Dwie improwizacje, 70 minut.




piątek, 22 września 2023

The September’ Round-up: Jeito de Ferver! Corrosion! Mistério in Lisbon! Uragano! Loka, Deva & Citta! Spiritual Drum Kingship! Solot! Embalse!


Wakacje mają swoje prawa, zatem w sierpniu musieliśmy się obyć bez naszej ulubionej, comiesięcznej zbiorówki świeżych recenzji. Lato jednak przeszło do dumnej historii ludzkości, zatem z ochotą powracamy do naszej tradycji.

Dziś osiem (ale w sumie dziesięć) nowych albumów z muzyką improwizowaną! Jak zwykle mieszanka stylów, zróżnicowane poziomy ekspresji, na ogół wszakże podobna, wysoka jakość samego muzykowania. Z geograficznego punktu widzenia typowy world trip! Najpierw po szwajcarsku i austriacku, ale w barwach portugalskich, potem ciąg dalszy wątku zachodnio-iberyjskiego z brytyjskimi i polskimi dodatkami. Dwie kolejne plyty, to produkcje w pełni krajowe, choć jedna wydana w … Australii.  Tuż potem dwie ekspozycje perkusyjne – pierwsza duńsko-amerykańska, druga katalońska. A na finał urokliwa wycieczka do Argentyny!

W ujęciu stylistycznym, tudzież estetycznym zaczniemy od elektroakustycznego eksperymentu, potem będzie sporo post-jazzu, ale zawsze dość swobodnie improwizowanego, pojawi się także lawina dźwięków preparowanych. Zakończymy w klimatach delikatnie kameralnych, choć niepozbawionych eksperymentów dźwiękowych. Na liście płac mnóstwo nowych nazwisk, jak zawsze wartych zapamiętania, także kilku świetnych znajomych i parę jazzowych legend! So, welcome to heaven and hell of improvisation!



 

Thomas Rohrer/ Andreas Trobollowitsch/ Sainkho Namtchylak  Jeito de Ferver (Sonoscopia, LP/DL 2023)

Sumiswald i Poschiavo, 2021/22:Thomas Rohrer - rabeca, saksofon sopranowy, rekompozycja (1), Andreas Trobollowitsch – mechaniczne turntables własnej budowy, rekompozycja (2, 3, 4, 5, 6) oraz Sainkho Namtchylak – głos (2,4). Sześć utworów, 28 minut.

Na początek dalece tajemnicza przygoda elektroakustyczna. Szwajcar i Austriak z gościnnym udziałem legendy improwizowanej wokalistyki w krótkiej, dość enigmatycznej podróży, która nosi znamiona improwizacji, choć albumowe credits mówi nam o … rekompozycjach. Czy należy przez to rozumieć wyłącznie działania post-produkcyjne, czy też inne cuda technologicznej współczesności, do końca nie wiemy, ale nie ma to jakiegokolwiek znaczenia. Niespełna dwa kwadranse Jeito de Ferver godne są bowiem definitywnego polecenia!

Otwarcie albumu lepi się z elektroakustycznych szmerów i szelestów, którym towarzyszy plejada drobnych, ale definitywnie mechanicznych fonii tworzących delikatnie post-industrialny klimat. W tle płynie rezonujący ambient, który zresztą będzie tu stałym elementem gry. Druga opowieść wydaje się być bardziej akustyczna, a nade wszystko zdobi ją szept, a właściwie szczebiot wokalistki. Cała ekspozycja przypomina gęste fale radiowe średniej długości. W kolejnej narracji panuje oniryczny mrok. Szmery, jakby smyczkowe zawodzenia, ale także głęboki, matowy beat budują tu opowieść, która skrzy się pewną syntetycznością i tajemniczą melodyką. W czwartej odsłonie powraca Sainkho, definitywnie przybrana w demoniczne szaty złowrogiej szamanki. Towarzyszy jej post-perkusyjny dub i chmura elektroakustycznych fonii. Wokalistka zaczyna rzęzić i skrzeczeć, a potem śpiewać, warstwa instrumentalna sięga zaś po industrialne brzmienia. Piąta część wydaje się być początkowo dość niesyntetyczna, jakby silniczki elektryczne tańczyły na metalowej powierzchni. Pracuje mroczne echo, słyszymy też dźwięki przypominające smyczek na strunach kontrabasu. Owo foniczne śmieciowisko jest tu wyjątkowo urokliwe, dodatkowo zatopione w szarym ambiencie. Finałowa opowieść przypomina, iż jeden z muzyków korzysta tu z saksofonu! Dęte, zmutowane frazy wyłaniają się lękliwie z post-industrialnego drona. Tło narracji pulsuje, front drży i wzdycha. Post-melodyjne odgłosy wieńczą to niezwykłe nagranie.



 

Tavares/ Trocado/ Ward  Corrosion (Carimbo Porta-Jazz, CD 2023)

20to20k studios, Portugalia (?), luty 2022: Tom Ward – flet, saksofon altowy, klarnet, głos, Nuno Trocado – gitara, elektronika, Sérgio Tavares – kontrabas, głos. Dziewięć utworów, 49 minut.

Portugalsko-brytyjskie trio bez nazwy własnej gości u nas po raz drugi. Korozja, to ciekawe połączenie akustycznych brzmień kontrabasu i instrumentów dętych z gitarą elektryczną zaplątaną w elektronikę. Sporo kameralnych sytuacji, ale i zgrzytliwych, emocjonalnych porcji post-jazzu. Duża brawura wykonawcza, brak stylistycznych zahamowań. Z wyłączeniem kilku zbyt przesłodzonych sekund, mnóstwo smakowitej improwizacji.

Od okrzyków na starcie, po studzący ambient gitary i kontrabasowe pizzicato na sam koniec. W pierwszej opowieści podobać się może elektronika, która wplata się pomiędzy akustyczne frazy, momentami sprawiając wrażenie, jakby uprawiała live processing. Swobodna kameralistyka, wolna od z góry zaplanowanych scenariuszy, syci się tu brzmieniem klarnetu. W drugiej odsłonie pojawia się flet i dużo rytmicznych konstrukcji dramaturgicznych, kierujących opowieść w objęcia post-jazzu. Trzecia i czwarta narracja zwraca naszą uwagę na dźwięki preparowane, na ogół klarnetu, które efektownie błyszczą w syntetycznej poświacie pełnej echa. W kolejnej części pojawia się zabrudzony alt, który wije się wokół agresywnych fraz gitary i nieco zaborczego smyczka kontrabasowego. Narracja jest tu nerwowa, zdaje się stać u progu free jazzu. Szósta opowieść jest najdłuższa, każdy z muzyków dokłada do niej nowe elementy. Ciekawie pracują gitarowe pick-up’y, smyczek kąpie się w post-baroku, a największe emocje budzi spazmatyczny flet. Z kolei kontrabasowe pizzicato szuka jazzowych inklinacji. Ostatnie trzy utwory bardziej nakierowane są na kameralne wydarzenia, choć w części siódmej nie sposób nie docenić rockowych emocji gitarzysty. W tej fazie albumu bywają momenty delikatnie przesłodzone, ale końcowe, preparowane dźwięki smyczka i fletu w poświacie elektroniki rekompensują te drobne ambiwalencje.



Andrzej Rejman & José Lencastre  Mistério in Lisbon (Bandcamp’ self-release, DL 2023)

Namouche Studio, Lizbona, marzec 2023: José Lencastre – saksofon altowy i tenorowy oraz Andrzej Rejman – fortepian. Osiem utworów, 36 minut.

Nieco zaskakujące, także dla samych muzyków, lizbońskie, improwizowane spotkanie polskiego pianisty i portugalskiego saksofonisty. Muzycy od pierwszej sekundy nagrania łapią tu świetny kontakt. Swój spacer po portugalskiej stolicy najpierw prowadzą spokojnym, rozważnym krokiem i ślą nam sześć urokliwych migawek. Potem, w dwóch ostatnich improwizacjach, które w wymiarze czasowym stanowią połowę albumu, dają już naprawdę do wiwatu. Improwizacja nieskomplikowana, melodyjna, ale jakże emocjonalna i wartościowa artystycznie.

Pierwsza opowieść prowadzona jest w wolnym, minimalistycznym trybie, pełna nostalgii i lizbońskiego saudade. W drugiej części muzyczne rozmyślania przyjmują formę dalece taneczną. W trzeciej pojawiają się zadziorne, bardziej masywne frazy. Saksofonista wskazuje na jazzowy kierunek, który pianista podejmuje w oka mgnieniu. W czwartej i szóstej improwizacji artyści brną w dźwięki preparowane, urokliwe inside piano i rezonujące, dęte wyziewy. W części piątej z kolei na ekspresyjne salwy pianisty saksofonista odpowiada spokojem i wytrawną melodyką. Potem już czas na dwie ostatnie, rozbudowane ekspozycje. Pierwsza z nich kipi emocjami pełnokrwistego free jazzu. Budowana pieczołowicie, zaopatrzona w melodię i niezbędną dynamikę, wreszcie niekończące się emocje w tubie saksofonu. Finałowa opowieść w pierwszej fazie zdaje się być typową farewell song, pełną klasycznego piękna fortepianu i smutnej melodyki saksofonu. Zakończenie wszakże zaskakuje. Muzycy wspinają się na efektowne wzniesienie, których w Lizbonie nie brakuje i sycą swoją improwizowaną opowieść prawdziwą brawurą!



 

Perforto  Uragano (Ramble and Torto Editions, CD 2023)

Bydgoszcz, listopad 2022: Ola Rzepka – fortepian preparowany oraz Łukasz Marciniak – gitara elektryczna. Sześć utworów, 38 minut.

Preparacje grand piano czynione dłońmi artystki, która jest też perkusistką zdają się gwarantować duże emocje i intrygującą amplitudę dźwięków. Jeśli dodamy do tego gitarzystę, który równie dobrze czuje się w roli scenicznego freelancera, jak i skupionego kompozytora i dramaturga, otrzymujemy miksturę improwizowanych zdarzeń fonicznych, obok której nie sposób przejść obojętnym. Duet Perforto poznaliśmy w wersji koncertowej w poznańskim Dragonie ubiegłej jesieni. Dziś zanurzamy się w efekty ich studyjnej pracy.

Pierwsze dwie improwizacje stawiają nas do pionu intensywnością, akustyczną brawurą i plejadą brzmieniowych detali, budujących jakość ekspozycji. W pierwszej odsłonie pianistka uderza w struny w rytmie bijącego serca, w drugiej owe struny po prostu demoluje. Posmak post-industrialu, to naturalna kolej rzeczy, ale swoje dokłada tu także gitarzysta, który z jednej strony jest kolejnym uczestnikiem strunowego drummingu, z drugiej generuje smugi rockowych powtórzeń i pewną ukrytą taneczność. W trzeciej części chwila oddechu – minimalistyczny rytuał budowania filigranowej ekspozycji. Z czasem formuje się ona w efektowne crescendo zapętlonej gitary i piana brzmiącego niczym wielka orkiestra perkusyjna. W czwartej odsłonie jakby odrobinę spokojniej. Rozhuśtane frazy inside piano i gitarowy post-ambient, który przeobleka się w preparowane dźwięki szukające hałasu. Piąta narracja trwa ponad dziesięć minut i budowana jest rytmicznym szarpaniem i uderzaniem w struny. Siła powtórzenia i konsekwencja obranej strategii narracyjnej skutkują tu zjawiskową, mantryczną ekspozycją, która brzmi niczym zatopiony gamelan, która ani przez moment nie traci sił witalnych. Po takich emocjach pieśń pożegnania nie może nie być rodzajem ballady. Z jednej strony ambient gitary, z drugiej czarne klawisze fortepianu, którego struny kłębią się pod ciężarem przedmiotów, jakie znalazły się nieprzypadkowo w pudle rezonansowym. Minimal step till to death.



 

Michał Giżycki & Piotr Dąbrowski  Loka, Deva & Citta (Torf Records, 3xDL 2023)

Bydgoszcz, Poznań, Warszawa, lipiec i wrzesień 2022: Michał Giżycki – saksofon sopranowy (Loka), saksofon tenorowy (Deva), klarnet basowy (Citta) oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Sześć improwizacji, 114 minut.

Trzy koncerty (w tym dwa jednego dnia!), trzy różne instrumenty dęte w konfrontacji z rytualnym drummingiem. W takim zestawie instrumentalnym szukać moglibyśmy estetyki free jazzowej i po prawdzie incydentalnie ją odnajdujemy, wszakże muzykom, w kontekście całości prawie dwóch godzin swobodnego improwizowania, bliżej do tybetańskich medytacji i całkiem naturalnej w tym wypadku nieśpieszności dramaturgicznej.

Loka bazuje na saksofonie sopranowym. Po krótkim intro perkusisty następuje filigranowe i dość żwawe otwarcie. Muzycy szybko toną jednak w ciszy i zdają się wykazywać odrobinę dramaturgicznego niezdecydowania. Od czasu do czasu podejmują próby wyrwania się z jarzma duetowej narracji. Saksofonista czyni tu wiele, by wzniecać ogień - swobodnie tańczy, stosuje oddech cyrkulacyjny, lamentuje jak kot. Perkusista wycofany, podejmuje dużo ciekawych wątków, ale niekiedy porzuca je w pół zdania. Deva, to saksofon tenorowy. Początek seta delikatnie lewitujący – cyrkulacja, drony i rodząca się energia wewnętrzna, która skłoni ostatecznie muzyków do większej aktywności. Narracja jest tu bardziej zwarta, ma mniej przestojów. Pojawia się smakowita porcja free jazzu na modłę aylerowską, a potem nawet swingu. Środkowa część seta zdominowana jest przez delikatne perkusjonalia. Po niej następuje najdłuższa w zestawie faza rasowego free jazzu – eksplozje soczystego tenoru i emocjonalny drumming. Dogrywka drugiego koncertu toczy się w estetyce farewell song – małe melodie, drobne kontakty perkusyjnej pałeczki z krawędziami werbla. Wreszcie Citta, czyli klarnet basowy. Nieśpieszny początek z dużą porcją talerzy i melodyjnego dęciaka, ukochane igraszki z ciszą i nieśmiałe poszukiwania emocji free jazzu. W drugim, nieco dłuższym secie huśtawka nastrojów. Wydaje się, że muzycy najprzyjemniej czują się jednak w okolicach ciszy, nawet w incydentach solowych. Pod koniec koncertu dają nam wszakże więcej emocji, także za sprawą figlarnego gardłotoku perkusisty.



 

Kresten Osgood/ Bob Moses/ Tisziji Muñoz  Spiritual Drum Kingship (Gotta Let it Out, CD 2023)

Sound of Music Studios, Richmond, Virginia, czerwiec 2022: Kresten Osgood – perkusja, Bob Moses – perkusja oraz Tisziji Muñoz – gitara. Cztery utwory, 44 minuty.

Dwie free jazzowe perkusje, za ich sterami dwie legendy gatunku, każda w swoim wymiarze i improwizująca, rockowa gitara elektryczna pod jurysdykcją kolejnej ważnej postaci historii gatunku, choć po prawdzie, z tej strony Łaby, jakby mniej rozpoznawalnej. Baza dla wybuchowej, ekspresyjnej, nawet psychodelicznej płyty jest tu niemała. Efekt wszakże nie powala na kolana, jakby pomysłu na więcej niż jedną improwizacje zabrakło, a może po prostu nasze oczekiwania były w tym przypadku zbyt duże.

Każda z improwizacji trwa tu kilkanaście minut, każda ma swoją introdukcję, rozwinięcie, środkową fazę perkusyjnego duetu i na ogół ekspresyjną kodę. Pierwszą otwiera gitarzysta, który brzmi melodyjnie, z nutą pewnej rockowej gotyckości. Perkusiści wchodzą do gry stopniowo, dawkują emocje, ale prowadzą dość spójną, chwilami imitacyjną narrację. Finał tej części plyty wydaje się być szczytem ekspresji tego tria. W drugiej opowieści pojawia się nieco afrykańskiego posmaku, zarówno we grze gitarzysty (zwłaszcza na początku), jak i polirytmicznych perkusji w części duetowej. Na starcie trzeciej części znów dużo ognia na gryfie gitary, która w dalszej fazie nagrania serwuje nam odrobinę preparacji, realizowanych trochę nie w tempie perkusistów. Z kolej w części ostatniej gitara najpierw pachnie post-klasyką, potem zaś stonowanym Hendrixem. Gra perkusistów typowa dla wszystkich improwizacji. Prowadzą linearną narrację, silnie w sobie zasłuchani, ale mało kreatywni, zwłaszcza na dłuższym dystansie.



Ramon Prats  Solot (Sirulita Records, CD 2023)

Estudis Ground, Cornellà del Terri, Girona, kwiecień 2023: Ramon Prats – perkusja, instrumenty perkusyjne. Pięć utworów, 40 minut.

Jeden z naszych ulubionych katalońskich drummerów, po latach muzykowania w duetach (choćby kilkunastoletni Duot z Albertem Cirerą!) i większych składach free jazzu, czy też swobodnej improwizacji, doczekal się w końcu albumu solowego. Nagrany na raz, jednym ciągiem dźwiękowym, który na potrzeby wydawnictwa płytowego został pokrojony na pięć odcinków specjalnych. Prats nie sili się tu na wymyślne preparacje, budowanie wielowarstwowych opowieści, czy też uszczęśliwianie drummingowej narracji dodatkowymi instrumentami. Stawia na proste rozwiązania, na jakość brzmienia standardowego zestawu perkusyjnego i swoją niezaprzeczalną kreatywność. Oczywiście wychodzi z tego zadania zdecydowanie obronną ręką.

Ramon buduje perkusyjną opowieść spokojnie, skrupulatnie i konsekwentnie. Zaczyna od ugniatania przedmiotów na werblu, której to czynności nadaje pewną powtarzalność. Liczy krawędzie werbla i tomów, sprawdza giętkość talerzy. Kreuje lekką, ale dynamiczną narrację, po czym zwalnia, ale stawia na moc i dopiero po tej sekwencji zdarzeń flow przyjmuje w pełni drummingowe oblicze. Kolejne fazy linearnej narracji, to efektowna brzmieniowo ekspozycja talerzowa, potem pełna blasku mała gra na perkusjonalnych akcesoriach, wreszcie przejście w stadium drobnych, delikatnych preparacji. Po tych wydarzeniach artysta wraca do dynamicznego, ale znów lekkiego frazowania. Na początku czwartej części najpierw się uspokaja, potem wspina na ekspresyjny szczyt, a następnie stygnie w blasku drżących talerzy. Zatapia się w echu, szuka mrocznych, głębokich fraz. Skupia się na drobiazgach, szuka suspensu, by na końcowym odcinku zdecydowanie zagęścić opowieść i zbudować emocje dzięki dużej ilości małych, metalicznych przedmiotów, dygoczących na werblu w ślad za drummingową ekspozycją. Jeszcze tylko końcowe spiętrzenie i można gasić światło.



Angles/ Kaegi  Embalse (Neue Numeral, DL 2023)

Auditorium of the Urquiza Library, Río Tercero, Córdoba, Argentyna, wrzesień 2022: Silvia Angles - preparowane piano, obiekty, field recordings, sample, głos, Julio Kaegi – trąbka, głos oraz Evangelina Arce – flet, melodica, głos. Trzynaście utworów, 45 minut.

Muzyka improwizowana z dalekiej Argentyny cieszy się na tych łamach dużą popularnością, nie mniejszą niż mistrzowskie wyczyny kopaczy z tamtej części świata. Zawsze dużo jakości i każdorazowo element taktycznego zaskoczenia. Dziś spotkanie nad wyraz kameralne, dość swobodnie improwizowane (acz pewnie dobrze zaplanowane), gdzie pomiędzy instrumentalne i niekiedy głosowe frazy wplecione są nagrania terenowe. Całość pocięta jest na kilkanaście odcinków. Czasami wtręty field recordings wydają się tu być zbyt nachalne, ale jak całość, trwająca trzy kwadranse opowieść z Cordoby, dobrze koi nasze zszargane rzeczywistością lokalną zmysły.

Pierwsze kilka części argentyńskiego opowiadania zdaje się być nieprzerwanym ciągiem zdarzeń akustycznych fortepianu, trąbki, fletu, a także odgłosów szumiącego oceanu. Spokojne suspended free chamber, które syci się zarówno czystymi frazami, jak dźwiękami preparowanymi. W dalszej części płyty fragmenty field recordings często są wprowadzeniem do danego utworu. Są to uliczne rozmowy, medytacyjne recytacje, czy też odgłosy miasta. Czasami improwizowane frazy instrumentalne zdają się tu być inspiracją dla kolejnych projekcji nagrań terenowych. Te ostatnie w kontekście chwilami abstrakcyjnego muzykowania nabierają pewnej melodyki, nawet taneczności, ale też niemal filozoficznej zadumy. W tych meta akustycznych koincydencjach jest dużo przypadku, pewnej dramaturgicznej umowności. Z drugiej wszakże strony albumowi jako całości brakuje linearnej narracji i pewnej konsekwencji w budowaniu napięcia. Płyta bywa chwilami dość relaksacyjna, ale jej pozorny spokój bywa burzony salwami ekspresji trąbki, tudzież inside piano. Bywa, że w momencie dużej ekspozycji field recordings nagranie przypomina nerwowe, niespokojne słuchowisko radiowe. W drugiej części albumu poza trębackimi salwami podobać się może śpiew i kocie mruczenia, podpierane abstrakcyjnymi frazami fortepianu.



piątek, 6 stycznia 2023

The January’ Round-up: Wallace! Stopmobil! Spinningwork! Duet Obustronny! Luchansky & Ovchinnikov! MUC! Lamp Of(f)! Bröndum & Gärdin! Yom Gagatzi!


W nowy rok wchodzimy z przytupem! Minęło ledwie kilka dni z nową datą, a już czeka na Was świeża, pachnąca zbiorówka recenzji płyt z naszą ukochaną muzyką improwizowaną! Dziś na redakcyjnej patelni dziewięć smakowitych dań - niemal wszystkie datowane oczywiście na szalony rok miniony, ale czeka na nas też jedna produkcja z datą 2023!

Rozstrzał stylistyczny, jak to na trybunowej zbiorówce na ogół bywa, kosmiczny – dźwięki trudne do ogarnięcia jednym uchem, intrygujące, stawiające pytania o granice gatunków i bezkreśnie ponadnarodowe!

Zaczynamy dwiema pozycjami, które ledwie kilka dni temu zostały okrzyknięte jednymi z 50 Powodów, Dla Których Warto Zapamiętać rok 2022! Nie wymagają zatem jakichkolwiek dodatkowych rekomendacji. Pierwsza płynie do nas z Brooklynu, druga z dalekiego Buenos Aires. Potem czas na free jazz z Newcastle, swobodną, post-jazzową improwizację z Warszawy i garść bardzo swobodnie improwizowanych dźwięków z Sankt Petersburga. W tzw. dalszej kolejności czekają – swobodna kameralistyka z Monachium, jazz z Groningen, elektroakustyczna improwizacja ze Sztokholmu, wreszcie splitowy winyl z Jerozolimy, który nie trzyma już definitywnie jakichkolwiek ram gatunkowych i estetycznych. Zatem witamy w piekle pięknej improwizacji! Obyśmy tam zostali przez cały, jakże siermiężnie zapowiadający się rok 2023!



 

Eli Wallace  Pieces & Interludes (Infrequent Seams, CD/LP 2022)

Brooklyn, Nowy Jork, czas akcji nieznany: Eli Wallace – fortepian, także preparowany. Dwa utwory (kompozycje i improwizacje), 47 minut.

Nowojorski pianista na swoją pierwszą solową płytę przygotował cztery tzw. kawałki i trzy interludia. Zgrabnie wszystko polepił w dwie długie opowieści, oblał sosem swojej bezgranicznej kreatywności i postawił słuchacza przed drobnym dylematem – czy bardziej zachwyca tu bezmiar dźwięków preparowanych, których arsenał pod palcami Wallace’a zdaje się nie mieć granic, czy też definitywnie ujmuje konstrukcja dramaturgiczna całości, którą czyta się jak literacki strumień świadomości lub ogląda jak perfekcyjnie zrealizowany thriller, budzący emocje od pierwszej do ostatniej sekundy. Tego muzyka znamy już z kilku wyśmienitych produkcji, ale tym albumem jednak nas zaskoczył. W kategorii prepared piano solo (mimo niebywałej, kobiecej konkurencji!), bez wątpienia killer roku!

Pierwsza historia trwa tu ponad 27 minut. W jej fazie początkowej drżenie basowych strun, przypominające gitarowy motyw, buduje rytmiczną pętlę, na której osadza się cała narracja. Muzyk kreuje także rozbudowane, mroczne tło, które ściele się preparowanymi, krótkimi frazami. Wszystko lepi się tu w dudniący, nerwowy dron, który smakuje post-industrialnie, przypomina małą burzę z piorunami. Potem odzywa się masywny dzwon, którego brzmienie bliskie jest przesteru i przenosi nas w obszar szeleszczącego rezonansu. Artysta w akustyce fortepianu odnajduje teraz frazy brzmiące na poły syntetycznie. Jego struny niekiedy wręcz śpiewają. Faza pierwszego interludium ma delikatny posmak ambientu, muzyk korzysta także z klawiatury, ale wcale nie łagodzi zbudowanych do tej pory emocji. Stawia na strunach lub w ich pobliżu przedmioty, które drżą lub wprawiają w drżenie owe struny, a wszystko przypomina kamyszki tańczące w metalowej misce. Strumień nowego wątku muzyk buduje z drobiazgów, które lepi w zwoje nerwowych fraz. Jego machina dźwięku przypomina teraz rozbudowany, wielopoziomowy zestaw perkusjonalny, którego dzieło kona w oparach matowego echa, zupełnie nie z tej części realnego świata. Druga historia trwa około 20 minut. Jej początek, to niemal dewastacja fortepianowych strun. Wszystko doposażone jest tu w metaliczne echo, ucieka w mrok, syczy i rezonuje, przypomina pracujące suwnice kolejowe. Pod koniec siódmej minuty nagła zmiana nastroju – rytmiczne inside & outside piano brzmi niczym zepsuty klawesyn. Ów jakże psychodeliczny post-barok przechodzi potem w fazę minimalizmu, a na finał muzyk powraca do narracji perkusjonalnej. Szepcze nam do ucha - fortepian, to taka śpiewająca perkusja.



 

Stopmobil  La máquina de fabricar caprichos (Discordian Records, DL 2022)

Estudio Libres, Buenos Aires, sierpień 2022: Jorge Torrecillas – saksofon altowy i tenorowy, Luciano Bagnasco – gitara elektryczna, Carolina Rizzi – fortepian, Omar Grandoso – fortepian, Pablo Vazquez – kontrabas oraz Marcelo von Schultz – perkusja. Dziewięć improwizacji, 52 minuty.

Barceloński Discordian powraca po kilkumiesięcznej przerwie nagraniem doprawdy wyśmienitym! Swobodnie improwizujący, argentyński sekstet w dość niestandardowym zestawie instrumentalnym (dwa fortepiany!) buduje tu post-jazzową, wolną od gatunkowych naleciałości narrację, która w wielu momentach intrygująco kojarzy się z epokowym Karyobin Spontaneous Music Ensemble. Skupiona, piękna opowieść, która nie szuka dzikiej ekspresji, woli długie, nocne rozmowy o domniemanym szczęściu.

W pierwszej opowieści zachwyca nas nastrój delikatnego wstępu i moc rozwinięcia, nie bez udziału kameralnego smyczka. To tu gitara brzmi nad wyraz baileyowsko i budzi intrygujące skojarzenia z klasykiem. W drugiej odsłonie gitara schodzi na pozycje post-ambientowe, a narracją rządzą drobne, preparowane frazy pozostałych uczestników podroży. Trzecią część otwierają symultanicznie improwizujące fortepiany. Swobodna, dość leniwa narracja ma tu momenty ekspresyjnych wolt, by na koniec posmakować wytrawnego free jazu. Następna część od razu skacze w ogień emocji! Ostra jazda ze smyczkiem! Piąta improwizacja na zasadzie kontraktu, to ocean drobnych, preparowanych fraz. Z kolei szósta odsłona znów kąpie się w przeręblu free jazzowych namiętności. Saksofon krzyczy na froncie, rwie włosy z głowy, ale improwizacja niepodziewanie skacze w głęboką ciszę. Po chwili znów eksploduje, by za moment zgasnąć. Takie to up & down kreuje tu dramaturgię całości, którą wieńczy kameralny śpiew piana i kontrabasu. W siódmej opowieści oddychamy oparami dźwiękowych subtelności ze strony każdego z instrumentów. Z kolei ósma improwizacja, to jedna z perełek zestawu. Na starcie trochę drobnych, ale nerwowych fraz, potem władanie narracją przejmuje smyczek, które śle zarówno długie, jak i krótkie meta melodie. Powolny, niemal śmiertelny kolektyw szumów, strunowych szorowań i dętych westchnień mieni się nie tylko czarno-białymi barwami. Ostatnia część dość długo trzyma się kameralnego sznytu – preparowane fortepiany, smyczek, dęte i gitarowe ornamenty. Ale wszystko do czasu – zakończenie albumu kipi od emocji, które gotują nam pianiści.

 


Tom Ward/ Cath Roberts/ Olie Brice/ Johnny Hunter  Spinningwork (New Jazz and Improvised Music Recordings, CD 2022)

The Black Swan, Newcastle, wrzesień 2021: Tom Ward – saksofon altowy, Cath Roberts – saksofon barytonowy, Olie Brice – kontrabas oraz Johnny Hunter – perkusja. Sześć kompozycji, 52 minuty.

Brytyjski free jazz młodego (może już trochę średniego) pokolenia ma się świetnie! Kwartet, jaki napotykamy na tym albumie, to artyści, którzy wspaniale czują się w ogniu improwizacji, ale na ogół lubią ją prowadzić w oparciu o pewne scenariusze (tu akurat nazywane kompozycjami, których autorstwem muzycy dzielą się dość kolektywnie). Pomysły mają przeróżne – czasami kreują coś na kształt tematu, który zdaje się być głównie pretekstem do skoku w żar improwizacji, innym razem nadają utworowi pewną strukturę dramaturgiczną, która sprawia, iż ekspozycja dzieli się na naprzemiennie kreowane, duetowe pasma ekspresji. W ramach reasumpcji nie sposób wszakże nie zauważyć, iż całe nagranie kipi od emocji i mniej lub bardziej spektakularnych improwizacji.

Pierwszy utwór zaczyna się bardzo kameralnie. Dęte grają rozpoznawcze, na poły melodyjne dźwięki, a sekcja rytmu buduje podwaliny pod dalszy rozwój narracji. Po kilku pętlach wszyscy z gracją wchodzą w fazę kolektywnych, tudzież solowych improwizacji, a kończą utwór meta relaksacyjnymi, jakże kameralnymi wytłumieniami. Druga część dzieli się na wspomniane wcześniej duety. Najpierw kontrabas z altem, potem perkusja z barytonem i perkusja z kontrabasem, a na koniec bystry dialog dęciaków. W trzeciej opowieści pojawia się smyczek, a dronowa narracja płynie w kłębach mroku. Po serii westchnień kwartet przebiera free jazzowe barwy i dzieli się swoimi wybuchowymi emocjami. Czwarta odsłona realizowana jest bardzo kolektywnie, czuć w niej posmak swingu i melodyjności obu saksofonów, płynących swobodnym strumieniem na łamiącym się rytmie kontrabasu i perkusji. A stempel jakości stawia tu zdecydowanie baryton. Piąta kompozycja opowiada o tym, jak zmysłowe chamber saksofonów, oparte o rozśpiewany smyczek, szuka jazzu. Gdy kontrabas przejdzie w tryb pizzicato, narracja rusza w improwizowaną podróż. Dużo dzieje się tu znów w podgrupach, a narrację spina powrót smyczka. Finałowy utwór stawia na dynamikę, emocje i wyjątkowo soczyste improwizacje. Ekspresyjny, post-rockowy wstęp, duetowa eksplozja free jazzu na alt i perkusję, wreszcie fikuśne interludium na baryton i kontrabas pod smyczkiem. Artyści do ostatniego dźwięku trzymają tempo, wyjątkowo udanie reasumując ów jakże smakowity album.



 

Anna Jędrzejewska & Piotr Dąbrowski  Duet obustronny (Torf Records, DL 2022)

Miejsce nieznane (Warszawa?), sierpień 2022: Anna Jędrzejewska – fortepian oraz Piotr Dąbrowski – perkusja. Cztery improwizacje, 58 minut.

Duet obustronny, to nie pierwsze już spotkanie Jędrzejewskiej z perkusistą - świetnie pamiętamy choćby Copy of Pianodrum. Tym razem na jej artystycznej drodze staje Dąbrowski, a ich wspólne muzykowanie nastawione jest na estetykę open jazzową. W wielu momentach wydaje się być dalece post-klasyczne, chwilami syci się porcją ognistych emocji, w innym momentach ucieka w niemal post-rockową melodykę. Narracja wydaje się być odrobinę przegadana w swej fazie schyłkowej, a to, co najlepsze prawdopodobnie dzieje się w trakcie pierwszej improwizacji, najdłuższej na albumie, trwającej prawie dwadzieścia minut.

Skupiony początek inside piano i szeleszczących perkusjonalii dość szybko zyskuje formę klawiszowej narracji, którą wspiera subtelny drumming. Muzycy pracują na dużej swobodzie, donikąd nie gonią, zdają się czerpać radość z każdej chwili wspólnego muzykowania. Ich flow bywa przyozdabiany post-rytmicznymi krzywiznami, incydentalnie nabiera post-romantycznego posmaku i dramaturgicznej zadumy. Szczypta minimalizmu, narracyjna powściągliwość i dobrze skrywana nerwowość sprzyjają budowaniu jakości całej improwizacji, nawet w fazach bardziej dynamicznych, tudzież z lekka tanecznych. Druga opowieść wydaje się być nastawiona na działania bardziej energiczne. Najpierw prym wiedzie tu perkusista, który szyje grubym ściegiem. Potem stery narracji przejmuje pianistka, która buduje bogatą w wydarzenia improwizację, dość konsekwentnie stawia na melodię i rytm, śmiało sięgając po estetykę godną najlepszych dokonań Radiohead. Początek trzeciej odsłony wiele obiecuje. Rozbudowane plamy dźwiękowego inside piano, rezonujące talerze i ciekawy suspens dramaturgiczny. Opowieść formuje się w zgrabną kołysankę, której daleko jednak do niewątpliwie oczekiwanego wzrostu dynamiki. Na zakończenie pianistka sięga po neoklasyczne frazy, których niebanalna uroda zdaje się łagodzić drobne ambiwalencje recenzenta. Ostatnia improwizacja budowana jest z drobiazgów. Przesycona smutkiem, ale również porcjami zadumanych uśmiechów, znów z post-klasycznym sznytem, na końcu zdobiona delikatnie preparowanymi dźwiękami fortepianu.



Vladimir Luchansky & Vitaliy Ovchinnikov  Language Of Mismatch (Extra Notes, Kaseta/DL 2022)

Vavilov Loft, Sankt Petersburg, lipiec 2022: Vladimir Luchansky – saksofon altowy oraz Vitaliy Ovchinnikov – gitara elektryczna, obiekty. Trzy improwizacje, 36 minut.

Duet saksofonu i gitary z niewielką domieszką elektroakustycznych wtrętów, będących efektem użycia tzw. obiektów, to przykład swobodnej improwizacji, która balansuje na granicy naprawdę wysokiej oceny, ale miewa momenty, gdy luki w kreatywności stara się uzupełniać jazzowym, dość schematycznym frazowaniem. Nie zmienia to faktu, iż początek tego niedługiego albumu obiecuje naprawdę wiele, a garść dobrych konotacji z najlepszymi, brytyjskimi wzorcami gatunkowymi stanowić może podwaliny pod udaną przyszłość duetu z Sankt Petersburga.

Gitarowe frazy z domieszką elektroakustyki i smukłe, na poły preparowane wydechy z tuby saksofonu, to aura pierwszej improwizacji. Brzmienie obu instrumentów jest dość surowe, ale świetnie sprawdza się w praktyce, zwłaszcza w kilku bardziej ekspresyjnych momentach. Czuć sznyt brytyjskiego free improv, dużą swobodę w kreowaniu narracji, a muzycy udowadniają także, iż są w stanie kleić intrygującą opowieść z samych drobiazgów. Zakończenie utworu zwiastuje nadejście jazzu, szczęśliwe jest ono jednak wyciszone. W drugiej odsłonie muzycy jeszcze bardziej skupiają się na dźwiękowych subtelnościach, świetnie na siebie reagują, niemal w formule call & responce, bogacąc improwizację elementami szorstkiego ambientu gitary i saksofonowymi zaśpiewami. Najpierw szukają u siebie różnic, potem łączą się w imitacyjnym strumieniu narracji, który żyje ciągłymi zmianami. W trzeciej opowieści frazowanie gitary jest bardziej przewidywalne, silnie nasączone jazzem, a oddechy saksofonu w wolnych tempach też nie wróżą niczego ciekawego. Szczęśliwie ta faza nagrania ma swoje free jazzowe spiętrzenie, kilka bardziej dynamicznych przebiegów, dzięki którym odbiorca bez trudu dociera do końca albumu.



MUC Chamber Art Trio  Resilient Perspectives (...A Real Fact) (FMR Records, CD 2022)

arToxin, Monachium, grudzień 2021: Udo Schindler – saksofon altowy, sopranino, klarnet basowy, Sebastian Gramss – kontrabas oraz Gunnar Geisse - gitara laptopowa (w utworach 1, 2 i 4). Pięć improwizacji, 52 minuty.

Niemiecki multiinstrumentalista dęty Udo Schindler śmiało pracuje na miano jednego z najpłodniejszych improwizatorów współczesnej Europy. Redakcyjne pióro nie jest już od dawna w stanie nadążać za kolejnymi produkcjami, ale od czasu do czasu zdarza nam się pochylić nad jego nowym nagraniem. Dziś trio znane z portfolio artysty (choć tym razem pod nazwą własną), które zabiera nas na frapującą podróż po meandrach swobodnie improwizowanej kameralistyki. Emocji jest sporo, ale nie brakuje, jak to często na albumach Schindlera, momentów delikatnie przegadanych. Nagranie sieje wszakże dużo artystycznego fermentu, zwłaszcza w momentach, gdy z laptopowej gitary płyną dźwięki … wielkiej orkiestry symfonicznej, tudzież zgrabne, fortepianowe pasaże.

Początek koncertu dobrze wprowadza nas w kameralny klimat i w pełni uzasadnia nazwę własną formacji. Drgające struny, prychające dysze i sporo niespodzianek brzmieniowych ze strony gitary. Kontrabas pracuje w obu trybach, ale częściej korzysta z dobrodziejstw techniki arco, saksofony i klarnet sięgają zarówno po frazy śpiewane, jak i drobne, nienachalne preparacje, a gitarowe sample zdolne są tu zaproponować każdy dźwięk. Pierwsza improwizacja zdaje się być szczególnie udana, gdy muzycy idą na wymianę krótkich, rwanych fraz lub gdy tempo intrygująco rośnie. W drugiej części Schindler najwcześniej korzysta z klarnetu basowego, przez co opowieść nabiera bardziej mrocznego klimatu. Gitara dba o emocje, raz frazuje jak … gitara, innym razem jak klawesyn lub matowo brzmiący fortepian. W trzeciej i piątej odsłonie improwizacja prowadzona jest tylko przez saksofon i klarnety do pary z kontrabasem, który nie stroni od jazzowego pizzicato. Pod nieobecność wszechmogącej gitary bywa, że improwizacja traci tu ducha walki, ale na sam koniec śle nam dużo dobrego za sprawą kontrabasowego smyczka i melodyjnego saksofonu altowego. Z kolei w części czwartej, granej pełnym składem, dobrych emocji jest chyba najwięcej. Smyczek rwie włosy z głowy, gitara zionie niemal rockową ekspresją, a w tubie dętego instrumentarium pojawiają się jakieś przedmioty, dzięki czemu całe trio charczy jak stado gruźlików, a narracja toczy się między hałasem, a mroczną ciszą.



 

Lamp Of(f)  Too Much Light For My Eyes (ZenneZ Records, CD 2022)

PCC Studio oraz Il Sole in cantina, Groningen, Holandia, czas akcji nieznany: Stanimir Lambov – gitara, fx, kompozycje, Gabriele Bertossi – gitara basowa, kompozycje oraz Ruggero Di Luizi – perkusja, instrumenty perkusyjne, kompozycje. Jedenaście utworów, 49 minut.

Z gitarzystą Stanimirem Lambovem zetknęliśmy się przy okazji jednej z jego poprzednich płyt, silnie osadzonej w estetyce post-rockowej i ambientowej. Tym razem przed nami trio, którego nazwa zdaje się być parafrazą jego nazwiska, a którego muzyka zakotwiczona jest w łagodnym, jazz-rockowym idiomie. Materiał zgromadzony na albumie bazuje na kompozycjach własnych, które sięgają także po cytaty z synkopowanej klasyki. Muzycy na każdym z utworów pozostawiają piętno własnej kreacji, ale album jako całość nie jest porcją dźwięków, która szczególnie intryguje. Jazz środka dla mniej wymagających? To chyba dobry kierunek myślenia.

Początek płyty, to kilkudziesięciosekundowe nagranie w formie dynamicznej, rockowej piosenki. Potem narracja wkracza w obszar jazz-rockowej łagodności, balladowych temp i …. całkiem udanych ekspozycji solowych. Nie sposób nie dodać, iż każdy dźwięk podany tu jest z dużą dbałością o brzmienie. Szczególnie dobitnie słyszymy to w trakcie czwartego utworu, gdy Lambov sięga po gitarę akustyczną, a temat, to niemal klasyczna bossanova z Copacabany. Także utwory piąty, ósmy i dziewiąty brzmią zupełnie jak jazzowe klasyki, ale co ciekawe, lista kompozytorów na okładce albumu nie wykracza poza nazwiska muzyków tworzących trio. Szósta część jest dość nietypowa, buduje ją kobiecy głos recytujący po francusku i ambientowe pasma gitary, a całość przypomina soundtrack do melodramatycznego filmu. W siódmej odsłonie odnotowujemy udane improwizacje realizowane na sporej dynamice. W części dziesiątej intryguje nas rockowe otwarcie - niestety po paru pętlach dynamika siada, a słodycz post-ballady zaczyna wieść prym. Kończąca album jedenasta kompozycja, to minuta z sekundami, wypełniona funkowym motywem i rapowanym tekstem.



 

Lars Bröndum & Per Gärdin  Fractal Symmetry, Hum and Toot (Bandcamp’ self-released, DL 2022)

Fylkingen oraz Elektronmusikstudion, Sztokholm, 2022: Per Gärdin – saksofony oraz Lars Bröndum - syntezatory modularne, theremin, organy oraz inne urządzenia elektroniczne i elektryczne. Trzy utwory, 60 minut.

Wbrew sugestiom płynącym z preambuły dzisiejszej zbiorówki, duet szwedzkich improwizatorów nie proponuje nam elektroakustycznych zabaw w okolicach ciszy. Przed nami gęsto nasycony dźwiękami flow brzmień elektronicznych, podawanych w intrygujących konfiguracjach rytmicznych i brzmieniowych, świetnie skorelowany z akustycznymi strumieniami saksofonowych improwizacji. Te ostatnie płyną na ogół spokojnymi pasażami, ale chętnie wchodzą też w bystre interakcje ze światem kreatywnej elektroniki. Być może ten album jest odrobinę za długi, ale jak mawiają niektórzy - nie ma zbyt dużych lub zbyt małych obrazów malarstwa współczesnego.

Początek pierwszej improwizacji (każda trwa tu kilkanaście lub więcej minut) należy do dwóch syntetycznych wątków – jeden snuje się ambientowym strumieniem, niekiedy dość mrocznym, drugi skwierczy małymi, elektroakustycznymi usterkami. Na tym tle ściele się flow saksofonu sopranowego, który pracuje na dużej swobodzie. Linearna narracja ma tu swoje całkiem efektowne spiętrzenie w środkowej części utworu, a przygasa w płomieniach kojącego chill-outu. Druga improwizacja najpierw skupia się na drobnych, niekiedy filigranowych frazach saksofonu i dość stabilnej porcji płynnej elektroniki. Ta ostatnia śle nam sporo mrocznych klimatów, szczególnie w drugiej części ekspozycji. Po pewnym czasie w strukturze narracji pojawia się rytm, który zdaje się dodawać siły eksplozywnej wypowiedzi saksofonu altowego. Trzecia, najdłuższa część rozwija się dość leniwie, początkowo w klimatach wręcz onirycznych. Sopran pracuje we własnym, dość spokojnym tempie, a elektronika snuje się wokół niego i delikatnie pulsuje - rozrasta się na szerokość, podczas gdy dęciak raczej wspina się na palce. Tym razem środkowa część ekspozycji przenosi nas w okolice bliskie ciszy. Po upływie kwadransa, skrupulatnie budowana opowieść zaczyna kierować się na drobny szczyt. Zakończenie albumu jest z jednej strony bardzo śpiewne i melodyjne, z drugiej rozkołysane powłoką elektronicznego rytmu.



 

Yom Gagatzi/ The Institute of Ongoing Things  Yom Gagatzi/ TIOOT (Raash Records, LP 2023)

Jerozolima (prawdopodobnie), 2011 (strona pierwsza): Uri Katzenstein – głos, instrumenty dmuchane i perkusyjne, Binya Reches – elektronika, bas, Ohad Fishof – instrumenty obręczowe i klawiszowe, głos oraz 2018 (strona druga): Binya Reches – zither i elektronika, Ishai Adar – maszyny dźwiękowe, obiekty, dzwonki i syntezator, Ohad Fishof – elektronika, obiekty dźwiękowe, flet i głos. Odpowiednio sześć i cztery utwory, łącznie około 45 minut.

Album poświęcony jest przedwcześnie zmarłemu Uri Katzensteinowi, jerozolimskiemu artyście wielu proweniencji (architektowi, twórcy filmowemu, muzykowi). Pierwsza strona czarnego krążka zawiera nagrania z jego udziałem z roku 2011, zmiksowane współcześnie. Druga zaś strona, to dźwiękowy materiał przygotowany na okoliczność wystawy/ ekspozycji podsumowującej jego dorobek artystyczny, jaka odbyła się w Amsterdamie, a której Uri nie dożył, albowiem zakończył ziemskie życie na dwa miesiące przed jej otwarciem. O ile pierwsza część nagrania jest wydarzeniem czysto muzycznym, elektroakustycznym, niezwykle bogatym w wydarzenia, o tyle część druga, to raczej performance, słuchowisko, słowno-dźwiękowy tribute dla zmarłego.

Nagranie z roku 2011, to na poły improwizowana, elektroakustyczna opowieść budowana w dużej mierze strumieniami syntetycznych dźwięków, które sycą się estetyką post-electro, odrobiną elektroniki usterkowej i ambientowej. Narracja bywa ciekawie inkrustowana dźwiękami bardziej żywego akcesorium, takiego jak bas, perkusjonalia, instrument dęty, czy gitara (choć ta ostatnia nie pojawia się w albumowym credits). W nagraniu nie brak także wokali i wokaliz, a w części końcowej także sporej ekspozycji w klimatach ethno, której brzmienie przypomina góralskie kobzy. Całość bywa gęsta, trochę kalejdoskopowa, niekiedy przeładowana pomysłami. Druga strona winyla jest dużo spokojniejsza, sporo w niej onirycznego klimatu. Początek należy do damskiego wielogłosu, potem pojawia się głos męski, który recytuje tekst o zmarłym, a być może także teksty jego autorstwa. Opowieść budowana jest bardzo pieczołowicie, składa się zarówno z fraz post-elektronicznych, jak i post-akustycznych. W drugiej fazie tej części albumu artyści budują całkiem zgrabną, elektroakustyczną narrację, która gubi zamysł pośmiertnego capstrzyku i zaczyna formować się w interesującą opowieść czysto muzyczną. Nie brakuje w niej slapstickowych fraz, brzmień organowych, a także intrygującej powłoki rytmicznej.