Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emilio Gordoa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emilio Gordoa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 czerwca 2025

Spontaneous Live Series is also digital!


O cyklu płytowym Spontaneous Live Series, który dokumentuje koncerty, jakie odbywają się w ramach poznańskiego Spontaneous Music Festival, pisaliśmy na tych łamach tysiące razy, każdy tytuł odmieniając przez wszystkie przypadki. Jak do tej pory ukazało się piętnaście płyt kompaktowych, które zawierają rejestracje począwszy od pierwszej edycji imprezy w roku 2018, skończywszy na edycji siódmej w roku 2023. Nie jest żadną tajemnicą fakt, iż kolejne woluminy, te z koncertami z roku 2024, są już w procesie produkcji i zapewne w liczbie trzech zostaną wystawione na światowy poklask w pierwszym dniu kolejnej edycji spontanicznego festiwalu, która odbędzie się jak zawsze w pierwszy weekend października.

U progu 2023 roku wystartowała strona bandcapowa poświęcona omawianej serii płytowej, która stała się bezpośrednią inspiracją do stworzenia dodatkowej serii spontanicznych albumów z dźwiękami wprost z poznańskiego Dragon Social Club.

Albumy na nośniku fizycznym udokumentowały wiele wspaniałych koncertów. Trafiły na nie zarówno nagrania stale współpracujących składów improwizujących, jak i hołubionych na festiwalu tzw. składów ad hoc, czyli stanowiących pierwsze spotkania sceniczne muzyków. Pośród albumów znalazł się także zapis koncertu, w trakcie którego dekonstruowano (degenerowano) kompozycje polskich muzyków klasycznych do języka swobodnej improwizacji. Festiwalowe sety trwały na ogół 35-40 minut, ale zdarzały się też występy krótsze (choćby spontanicznie kleconych składów), które z racji swej długości nie były w pierwszym odruchu edytorskim desygnowane do produkcji. Pogłębiona analiza nagrań archiwalnych doprowadzała do konstatacji, iż w trakcie poznańskiej imprezy zarejestrowano mnóstwo krótszych koncertów, których jakość artystyczna zdecydowanie kwalifikowałaby się do ich upublicznienia. Z tych właśnie pobudek postanowiono powołać do życia tzw. podserię albumów dostępnych wyłącznie w formie digitalnej.

Na stronie www.spontaneousliveseries.bandcamp.com można je wszystkie odsłuchać, a także wejść w posiadanie plików elektronicznych. Ponad dwa lata funkcjonowania digitalnej SLS przyniosło siedem koncertowych rejestracji. Mają one delikatnie zmodyfikowaną grafikę w stosunku do serii na nośniku fizycznym, a ich symbole katalogowe zawierają literę D (jak digitalna).



 

Płyty oznaczone jako Spontaneous Live Series D01 i D03 zawierają nagrania z kwietnia 2019 roku. W Dragonie odbyła się wówczas tzw. Improwizowana Trzydniówka, która nie była określona mianem Festiwalu, ale nosiła wszelkie znamiona tego typu wydarzenia artystycznego. Oba albumy stworzyli niemal ci sami muzycy (z Półwyspu Iberyjskiego i Poznania), ale zawierają one diametralnie różne estetycznie improwizacje. Pierwsza, to koncert formacji Low Vertigo (znanej z czarno-czerwonej serii iberyjskiej Multikuti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej), która swe ciężkie, doom-metalowe improwizacje opiera na brzmieniu gitary basowej Gonçalo Almeidy, gitary elektrycznej Diego Caicedo oraz masywnym drummingu Vasco Trilli. Ta druga, w typowym zestawieniu ad hoc na kontrabas (tu znów Gonçalo Almeida), fortepian (Witold Oleszak) i dokładnie tę samą gitarę elektryczną (Diego Caicedo), zawiera subtelne, kameralne, wyjątkowo urokliwe improwizacje muzyków, których narzędziem pracy są nie tylko instrumenty, ale także panująca wokół cisza.

Albumy Spontaneous Live Series D02 i D04, to rejestracje poczynione na drugiej edycji Festiwalu, jaka miała miejsce w listopadzie 2018 roku. Obie to nagrania formacji, które śmiało możemy określić mianem working bandów. Mein Freund Der Baum, to międzypokoleniowe trio niemieckiego klarnecisty Rudiego Mahalla, szwajcarskiego gitarzysty Floriana Stoffnera i niemieckiej legendy europejskiej, improwizującej perkusji - Paula Lovensa. Warto podkreślić, iż dalece kameralne nagranie, o wyjątkowych walorach czysto artystycznych i brzmieniowych, jest także jednym z ostatnich koncertów, jakie zagrał Lovens, który od kilku lat jest już muzykiem na emeryturze, niepraktykującym występów publicznych. Dla odmiany album czwarty, to ekspresyjny, free jazzowy spektakl w wykonaniu dwóch Brytyjczyków wciąż jeszcze młodego pokolenia – saksofonisty Colina Webstera i perkusisty Andrew Lisle’a.

Piąty album digitalnej serii, czyli D05, to zapis koncertu specjalnego, jaki odbył się na zakończenie szóstej edycji festiwalu. Tym razem improwizowana scena Dragona była świadkiem wykonania … kompozycji, przygotowanej na zamówienie festiwalu przez katalońskiego gitarzystę Ferrana Fagesa. Minimalistyczny, pełen ciszy i zadumy utwór wykonał międzynarodowy Desarbres Ensemble w składzie: na saksofonach Tom Chant, Michał J. Biel i Mateusz Rybicki, na trąbce Carina Khorkhordina i na kontrabasie Àlex Reviriego. Muzycy zasiedli pośród publiczności, która stała się dzięki temu ważnym elementem spektaklu, albowiem każdym swym ruchem, czy oddechem współuczestniczyła w budowaniu ostatecznego kształtu nagrania.

Album Spontaneous Live Series D06 zawiera klasycznie festiwalową formację ad hoc: Gosia Zagajewska na wokalu, Paulina Owczarek na saksofonie altowym i Emilio Gordoa na wibrafonie i obiektach. Koncert ten miał miejsce w trakcie piątej edycji festiwalu w roku 2021. Jego spektrum dźwiękowe konsumowało nieskończone barwy brzmienia, estetyczną różnorodność i wyśmienite interakcje pomiędzy muzykami. Urok muzyki swobodnie improwizowanej w pełnej krasie.

Dotychczasowe portfolio digitalnej odsłony Spontaneous Live Series domyka edycja siódma. Album D07, to rejestracja ostatniego koncertu pierwszego dnia Spontanicznego Festiwalu roku 2023. Trio, które swą pierwszą płytę studyjną wydało w ramach iberyjskiej serii wydawniczej Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej, zagrało spektakularny koncert, na który złożyły się świetnie skomunikowane, głównie preparowane frazy saksofonu altowego Dona Malfona, jedynej w swoim rodzaju gitary Floriana Stoffnera i niezastąpionego w sytuacjach spontanicznych perkusisty Vasco Trilli.

 


Spontaneous Live Series D01: Low Vertigo (Diego Caicedo – g, Gonçalo Almeida – b, Vasco Trilla – dr), Improwizowana Trzydniówka, kwiecień 2019.

Spontaneous Live Series D02: Mein Freund Der Baum (Rudi Mahall – bcl, cl, Florian Stoffner – g, Paul Lovens – dr). Drumming Now! 2. Spontaneous Music Festival, listopad 2018.

Spontaneous Live Series D03: Gonçalo Almeida - db, Diego Caicedo – g, Witold Oleszak- p. Improwizowana Trzydniówka, kwiecień 2019.

Spontaneous Live Series D04: Colin Webster – as, Andrew Lisle – dr. Drumming Now! 2. Spontaneous Music Festival, listopad 2018.

Spontaneous Live Series D05: Desarbres Ensemble (Ferran Fages – kompozycja, Tom Chant – ss, Carina Khorkhordina – tp, Michał J. Biel – bs, Mateusz Rybicki – ts, Àlex Reviriego – db). Fast Forward 6. Spontaneous Music Festival, październik 2022.

Spontaneous Live Series D06: Gosia Zagajewska - v, Paulina Owczarek – as, Emilio Gordoa – vib, obj. Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival, październik 2021.

Spontaneous Live Series D07: Don Malfon – as, Florian Stoffner – g, Vasco Trilla – dr. Noise/ Silence 7. Spontaneous Music Festival, październik 2023.



piątek, 7 czerwca 2024

Zagajewska, Owczarek i Gordoa na szóstym albumie digitalnej edycji Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Nie tylko wtajemniczeni wiedzą, że pod szyldem Spontaneous Live Series kryje się zarówno cykl koncertowy organizowany przez Trybunę Muzyki Spontanicznej i poznański Dragon Social Club, jak i cykl wydawniczy, który publikuje nagrania zarejestrowane w trakcie Spontaneous Music Festival, jaki odbywa się w Poznaniu od roku 2018.

Cykl płytowy doczekał się jak do tej pory trzynastu edycji upublicznionych na nośniku fizycznym (na poręcznej płycie kompaktowej) oraz kolejnych pięciu, dostępnych na spontanicznym bandcampie jedynie w plikach elektronicznych. I to właśnie w ramach tej ostatniej sublablowej inicjatywie otrzymujemy teraz nowy album.



Pomieszczono na nim jeden z klasycznych festiwalowych składów, czyli formacji skleconej „ad hoc”, zatem pierwszego spotkania muzyków w danym zestawieniu personalnym. W trakcie ostatniego dnia piątej edycji spontanicznego festiwalu, który w roku 2021 zwał się przewrotnie „Are You Spontaneous?”, na scenie dragonowej wystąpiło trio – Małgorzata Zagajewska operująca głosem o nieskończonych możliwościach kreacji, Paulina Owczarek na dygoczącym z emocji saksofonie altowym, wreszcie gość z Berlina, choć Meksykanin, Emilio Gordoa, który z prostego urządzenia, jakim jest wibrafon, uczynił wówczas groźne narzędzie zbrodni, preparując glazurę instrumentu całą masą tajemniczych przedmiotów. Efekt tego spotkania zamyka się w secie, który trwa trzydzieści kilka minut i zdaje się nieść niepoliczalną ilość wrażeń, często mrocznych i spowitych brzmieniowymi tajemnicami.

A tak o owym koncercie napisano onegdaj na łamach Jazzarium.pl i jak zawsze symultanicznie, na szpaltach Trybuny Muzyki Spontanicznej:

„Wreszcie trzecie trio - Małgorzata Zagajewska (głos), Paulina Owczarek (saksofon altowy) oraz Emilio Gordoa (tym razem wibrafon, elektronika, obiekty). Kolejny spektakularny set festiwalu, budowany ludzkim krzykiem, dętym wrzaskiem i wibrafonowymi preparacjami, ale także subtelnymi frazami, konstruowanymi na pograniczu ciszy. Ekspresja artystów zaczynała swe życie tuż nad podłogą, po czym rozbijała sufit kilku kolejnych kondygnacji Dragona”.



Nagranie jest dostępne na spontanicznym bandcampie od piątku 7 czerwca. Z uwagi na swój digitalny charakter, nakład albumu jest niewyczerpalny. Zapraszamy na zakupy!

https://spontaneousliveseries.bandcamp.com/album/spontaneous-live-series-d06

Spontaneous Live Series D06: Gosia Zagajewska, Paulina Owczarek, Emilio Gordoa Live at 5th Spontaneous Music Festival, 2021 (Spontaneous Music Tribune, DL 2024). Gosia Zagajewska (głos), Paulina Owczarek (saksofon altowy) oraz Emilio Gordoa (wibrafon, obiekty). Nagrane 3 października 2021, Dragon Social Club, Poznań. Jedna improwizacja, 34 minuty.



piątek, 19 maja 2023

Müller, Doskocz & Gordoa in Aural Accidentals!


Jedną z konstytucji pewnego spontanicznego festiwalu, jaki odbywa się w Poznaniu od kilku już lat, jest łączenie na scenie muzyków krajowych i zagranicznych, którzy nie muzykowali ze sobą wcześniej w danej konfiguracji personalnej. Zadanie dla artystów zdaje się być wówczas banalnie proste - mają wyjść na scenę, głęboko spojrzeć sobie w oczy i improwizować.

Efektem skrupulatnej realizacji wspomnianej idei są dziesiątki intrygujących nagrań, jakie powstały na deskach Dragona i które w pewnej skończonej liczbie przypadków zostały także uwiecznione na twardych nośnikach mocy.

Dziś sięgamy po kolejny dowód rzeczowy w sprawie. Niemiec, Polak i Meksykanin z Berlina zagrali razem na piątej edycji owej zacnej imprezy dla impro-szaleńców. Z puzonem, gitarą elektryczną i werblem podłączonym do laptopa wyruszyli w podróż w nieznane. I jak to często bywa w przypadku składów ad hoc kleconych z artystów biegłych artystycznie i mających wyjątkowo otwarte głowy na nowe wyzwania i kooperacje, efekt dźwiękowy ich wspólnej pracy nie może dziś nie budzić rzęsistych oklasków, tak, jak to się zresztą stało w rzeczonym klubie, w sytuacji na żywo, trzeciego dnia października roku 2021.



 

Improwizowany spektakl z miejsca formuje się w zwarty dron elektroakustycznych dźwięków. Tworzą go gęsty, matowy drumming na werblu, puzonowe, głębokie westchnienia i strugi gitarowych, metalicznie brzmiących obcierek. Szorstka dynamika preparowanych fonii ma swoją specyfikę, którą smakowicie podkreśla tu syntetyczny background, jaki rodzi się za plecami muzyków. Wszystko ma swoje tempo, swój zasób mrocznych, ale definitywnie masywnych emocji. Po kilku minutach … sudden death! Cisza tuż potem pcha artystów w nowe rozdanie, które zdaje się być twórczym rozwinięciem poprzedniego pomysłu. Werbel okablowany mrokiem nie przestaje tu być podstawowym źródłem dynamiki. Na gryfie gitary piętrzy się jednak coraz więcej zjawisk prądotwórczych, a w tubie puzonu gorące powietrze generuje podwyższone ciśnienie. Narracja przechodzi w fazę spiętrzeń i rezonansu. Napięcie rośnie w tempie geometrycznym. Flow trzech staje się teraz jednym ciałem, gęstym strumieniem industrialnego post-ambientu, który kąsa pokrętną urodą i po pewnym czasie znajduje ukojenie w chmurze czerstwego szumu.

W potoku owego szumu dość sprawnie przekładamy kasetę na drugą stronę, a muzycy brną w mgłę improwizacji z jeszcze większym zacięciem dramaturgicznym. Werbel znów staje się siedliskiem niemal metafizycznego, stłumionego drummingu. Wokół niego krążą ochłapy dźwięków z gitary i rozgrzanego puzonu. Następuje teraz faza mechaniczna. Wentyle puzonu pracują, jak maszyna parowa, na gryfie gitary obróbka skrawaniem, a na werblu, osnute wokół rytmu, elektroakustyczne plamy zagęszczające ścieg improwizacji. Mechanika pisku, tarcia, stukania, ruchu suwnic przemysłowych. Narracja sięga drobnej kulminacji, po czym schodzi na nieco lżejszy poziom, jaki znamy z początkowej fazy koncertu. Gitara tonie teraz w strugach post-rockowych sprzężeń, werbel drży i pulsuje, puzon śpiewa i rechocze. Wielka maszyna hamuje jak parowóz. Dużo dzieje się w tle – szmery, szumy, post-dźwięki, małe chmury prądu, dęte pomruki, konająca syntetyka żywego werbla. Całość znów lepi się w jedno ciało - przypomina teraz uszkodzoną trafostację. Muzycy zdają się powoli szukać odpowiedniej metody na zakończenie. Puzon repetuje, gitara słucha własnego oddechu, werbel drga post-materią. Jeszcze tylko gong (z laptopa?) i opowieść gaśnie … śpiewem ptaków i ciszą oczekiwania na pierwsze oklaski.

 

Müller/ Doskocz/ Gordoa Aural Accidentals (Tripticks Tapes, Kaseta/DL 2023). Matthias Müller – puzon, Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Emilio Gordoa – werbel, elektronika. Nagranie koncertowe, 3 października 2021, 5th Spontaneous Music Festival, Dragon Social Club, Poznań. Dwie improwizacje, 28:33.



piątek, 29 lipca 2022

Gordoa, Malfon, Edwards & Narvesen! Substantial Myths! *)


Dziś zapraszamy na koncert międzynarodowego kwartetu, który swobodnie improwizował w austriackim Tirolu trzy lata temu. Jak zwykł mawiać Derek Bailey, tego typu improwizacja osiąga najwyższy poziom wtedy, gdy muzycy spotykają się ze sobą po raz pierwszy. W wypadku Meksykanina, Katalończyka, Anglika i Norwega mieliśmy do czynienia właśnie z taką sytuacją! Innymi słowy – nie mogło się nie udać! Na wstępie dodajmy jeszcze, iż narzędzia pracy artystów stanowiły wówczas wibrafon, saksofon, kontrabas i perkusja.



Początek koncertu, to jak maźnięcia włochatym pędzlem – saksofonowe zadęcia, smyczkowe rozbłyski, wibrafonowe i perkusjonalne smugi cienia. Długie i krótkie frazy, ale bez owijania w bawełnę - od początku z odpowiednią dozą agresywności, zadziorności i dobrych emocji. O wielu kwestach decyduje tu kontrabasista, jego zmysł dramaturgiczny, temperament i nieodparta chęć, by wszystko przebiegało z odpowiednia porcją dynamiki. Gdy pracuje w trybie pizzicato, narracja gna i szaleńczo się uśmiecha, gdy sięga po arco, opowieść zwalnia i nabiera brudnej, ale kameralnej zadumy. W obu sytuacjach świetne kwestie dopowiada wibrafonista, który zdaje się tu mieć tysiące twarzy. Wspiera perkusistę, kameralnie koloryzuje, a jak trzeba, przeistacza się w wielkie, preparujące każdą frazę zwierzę. Równie groźny wydaje się alcista, który wkłada do tuby różne tajemnicze przedmioty, a tembr jego śpiewu z rzadka nadaje się do usypiania niemowląt.

Improwizacja oczywiście faluje niczym wzburzony ocean. Pierwsze spowolnienie dopada muzyków już w okolicach 8 minuty. Szukają ciszy, preparują, imitują się wzajemnie, nie robiąc wszakże jakichkolwiek pustych przebiegów. Bywa, że w ułamku sekundy wszyscy zaczynają rezonować, aż nam uszy puchną z wrażenia! A potem jeszcze ocierają się o siebie i uprawiają industrialne wojny! Po 13 minucie na bezkresny, choć chwilowo spokojny ocean narrację wyprowadza onirycznie brzmiący wibrafon. Pomagają mu saksofonowe podmuchy zimnego powietrza, a także kontrabas, który bez trudu łapie frazy pizzicato i arco na jednym wdechu! Narracja szyta jest teraz krótkimi, rwanymi frazami, smakuje po parkerowsku, czyta się ją wyłącznie językiem Szekspira. Ekspresyjnie, zawadiacko, z rosnącym tempem i wirującymi emocjami. Pojawiają się też bardzo szybkie, separatywne ekspozycje każdego z muzyków, na tyle jednak enigmatyczne, iż nie śmiemy nazywać ich solówkami.

Na początku trzeciej dziesiątki minut muzycy toną w mrocznym oniryzmie. Preparacje, najpierw bardzo ciche, potem coraz głośniejsze. Głęboki smyczek i wibrafon, który brzmi jak trzęsące się perkusjonalia. Tym razem narracja nie dociera na jakiekolwiek wzniesienie, ale tuż przed 30 minutą kolejny raz zamienia się w popiół. Wszystko zdaje się tu piszczeć, skomleć i desperacko wzdychać. Muzycy ślą nam dźwięki, których źródła pochodzenia nie jesteśmy w stanie nawet się domyślać. Saksofon charczy (jeśli to on), smyczek piłuje struny (jeśli to on), a na poszarpanej glazurze wibrafonu ugniatane są nieznane obiekty (jeśli to one). Po chwili otrzeźwienia solową ekspozycję zaczyna saksofon. Przy okazji zdolni jesteśmy usłyszeć, iż to baryton. Reszta pracuje dronami i szuka płaskiej powierzchni podłogi. Deep & dark in prepare!

W połowie czwartej dziesiątki minut większość fraz zaczyna wpadać w kompulsywne powtórzenia. Smyczek ryje bruzdę w ziemi, a cała improwizacja pęcznieje, niczym ciasto na grubą pizzę. Opowieść łyka free jazzowy drive. Bas dyktuje warunki w zakresie dynamiki, charczący saksofon w zakresie ekspresji. Krótki epizod perkusji i kolejny powrót do kwartetu, który smakuje w języku filmowym, niczym napalm o poranku. Zbiorowa histeria czterech szalonych jeźdźców prowadzi ich na efektowny szczyt. Każdy z muzyków chce tu czymś się popisać, zostawić trwały ślad na festiwalowej scenie. Na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek, który nie tyle łagodzi obyczaje, co przełącza tryb narracji na bardziej jazzowy. Całość swinguje brudem za paznokciami i spoconymi karkami. Tempo zdaje się nieznacznie rosnąć, ale bystry smyczek-cerber czuwa nad losem tej szalonej, bezdyskusyjnie pięknej improwizacji.

 

Gordoa, Malfon, Edwards & Narvesen Substantial Myths (Fundacja Słuchaj!, CD 2022). Emilio Gordoa – wibrafon, Don Malfon – saksofon altowy i barytonowy, John Edwards – kontrabas oraz Dag Magnus Narvesen – perkusja. Koncert zarejestrowany 16 marca 2019 roku w trakcie Alte Gerberei/ Artacts Festival in St. Johann, Tirol, Austria.

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



piątek, 27 maja 2022

SoundScapes Festival # 3 Munich - 2021 Schwere Reiter! *)


Idea swobodnej improwizacji zasadza się na założeniu, iż muzycy spotykają się na scenie i bez wstępnych ustaleń grają, co im dusza dyktuje, czego wyobraźnia nie ogranicza, a uważne słuchanie partnera podpowiada. Historia gatunku zna wiele tradycji swobodnego muzykowania, zarówno kleconego ad hoc, jak i w formie dalece zorganizowanej (ta druga opcja, to choćby Company Dereka Baileya, czy Mopomoso Johna Russella, by daleko nie szukać). A rzeczywistość świata improwizacji tu i teraz potwierdza każdym swoim ujawnieniem celowość podobnego kształtowania procesu wspólnego muzykowania. Muzycy zbierają się na scenie w większej lub mniejszej liczbie, dobierają w pary, tria i czy większe formacje, a także improwizują pełnym składem, gdy najdzie ich taka ochota lub/i gdy poczują, iż są do tego mentalnie i artystycznie przygotowani.

Dokładnie na takiej zasadzie skonstruowana została impreza pod nazwą Sound Scape. Inicjatorem tego przedsięwzięcia jest fiński saksofonista (berliński rezydent) Harri Sjöström. Pierwsze spotkanie pod tym szyldem miało miejsce w Berlinie w roku 2013, kolejne w Helsinkach w latach 2016 i 2018 (te drugie usłyszeć można na podwójnym krążku Balderin Sali Variations, Leo Records 2020). Ostatnie jak dotąd spotkanie Dźwiękowego Krajobrazu miało miejsce w październiku roku ubiegłego, a dwupłytowy album, który właśnie omawiamy jest fonograficzną dokumentacją dwudniowego spotkania w Monachium.

Na scenie spotykamy czternastu muzyków, wyposażonych w cztery instrumenty dęte, dwa kontrabasy, dwa zestawy perkusyjne, skrzypce (z elektroniką), fortepian, gitarę, ćwierćtonowy akordeon, wibrafon i w ramach kreatywnego uzupełnienia tzw. live processing. Zasady organizacyjne w ramach tego festiwalu są stale i rygorystycznie przestrzegane – festiwal otwierają wszyscy muzycy, potem dzielą się na mniejsze grupy, by na koniec drugiego dnia znów zagrać pełnym składem. Uwaga! Każda improwizacja ma swoje ograniczenie – może trwać maksymalnie 15 minut. Na albumie dostajemy czternaście takich improwizacji, przy czym niektóre z nich być może zostały skrócone, tak by pomieściły się na dwóch kompaktowych dyskach. Tak, czy inaczej, przed nami ponad dwie i pół godziny efektownych improwizacji. Zapraszamy!

 


Zgodnie z regułami serii płytę otwiera nagranie 14-osobowej orkiestry. Pierwsze dźwięki płyną z cichych westchnień małych instrumentów, z mroku kameralnej, niemal neoklasycznej dyscypliny scenicznej. Armia akustycznych źródeł dźwięku osnuta jest poświatą elektroakustyki, będącej efektem pracy na kablach. Emocje na ogół głęboko jeszcze skrywane, incydentalnie znajdują światło dziennie i definitywnie zdobią początkową fazę improwizacji. Całość z czasem nadyma się i nabiera pewnej nierównomiernej dynamiki, ale skupienie i kreatywne zaniechanie także stanowią tu atrybuty aktywności muzyków. Rozbudowana sekcja rytmu, jeśli w tym wypadku można użyć takiego określenia, stwarza udaną bazę dla swobodnych dialogów w podgrupach. Szczególne aktywne wydają się być oba puzony, które chętnie wchodzą w dyskurs poznawczy z instrumentami strunowymi. Swoje czynią tu także dwie aktywne perkusje. Oto chamber, które po zrzuceniu gatunkowej skorupy zdaje się pięknieć z każdą sekundą. W środkowej części improwizacja tętni dynamicznym życiem, w dalszej skupia się raczej na drobiazgach, szyje narrację w podgrupach, nie stroni od zachowań typu call & responce. Na finał w rolę free jazzowego wichrzyciela wciela się pianista.

Zabawę w swobodną improwizację w mniejszych składach zaczynamy od tria gitary, fortepianu i perkusjonalii. Ciekawa opowieść, która w wartkie strumienie dźwiękowe wplata tłumione emocje. Piano w formie preparowanej i klawiszowej, leniwa jazzowa gitara i nerwowy pre-drumming osiągają tu po niedługim czasie poziom dalece ekspresyjny, zdobiony salwami niemal rockowych wydechów gitarzysty. Zaraz potem dostajemy się w wir działań dźwiękowych zgrabnego kwartetu – wibrafon, skrzypce, kontrabas i puzon. Drobne, preparowane frazy, garść czystych westchnień, trochę kameralnych pisków i dętych zaśpiewów, a wszystko skontrapunktowane aktywnym wibrafonem. Narracja nabiera pokrętnej dynamiki głównie za sprawą gęstego pizzicato kontrabasu. Gdy zbliży się do ciszy, moc krnąbrnych subtelności podsyła nam skrzypek, delikatnie umoczony w poświacie niezbyt jeszcze rozbudzonej elektroniki.

Kolejne dwa epizody, to duety. Pierwszy z nich, to jedna z najsmakowitszych improwizacji w całym zestawie! Akordeon i lekki saksofon! Ten drugi rozśpiewany, ten pierwszy wypuszczający drony niczym wielkogabarytowa tuba! Utuleni pięknym brzmieniem muzycy ruszają w tango i nie stronią od wyszukanej melodyki. Saksofon stawia na zadziorne frazy, akordeon puszcza oko i śmieje się od ucha do ucha. Doskonała improwizacja jeszcze zyskuje na jakości, gdy muzycy osiągają naprawdę ekspresyjny poziom dynamiki. Kolejny duet ma chyba za zadanie ukoić nasze rozhuśtane emocje. To klarnet i puzon w fazie ptasiego gaworzenia, w imitacyjnym marszu, realizowanym nie tylko na wdechu. Kameralna intryga dwóch samców nie stroniąca od akustycznych niespodzianek.

Po sporej dawce czystej akustyki czas na kwartet z procesorem dźwięku. I jeszcze dwie perkusje, i wibrafon. Prawdziwie elektroakustyczna przygoda. Najpierw garść subtelności, które lepią się w zgrabną pajęczynę powiązań - trochę rezonujących fraz i wibrafonowych preparacji. W drugiej fazie improwizacji muzycy skupiają się na post-perkusyjnych spiętrzeniach, tworząc nieoczywistą, oniryczną chmurę hałasu. Na finał pierwszego dysku znów duet, tym razem puzonu i skrzypiec, no i kolejne westchnienie zadowolenia recenzenta! Na początek imitacyjne półśpiewy z kameralnym rynsztunkiem, w duchu dość minimalistycznym, pięknie skąpane w elektronicznym backgroundzie, który delikatnie osiada na akustycznych frazach. A potem już same popisowe role, najpierw puzonu, potem skrzypiec. Na zakończenie mała eksplozja ekspresji – śpiew, krzyk i desperacja! Brawo!

Z radością przeskakujemy tymczasem na drugi dysk koncertowej dokumentacji z Monachium! Na początek większe gabaryty - dwa kwintety i jeden kwartet! Zaczynamy zmysłowym rozwinięciem duetu, który kończył dysk pierwszy – zatem puzon i skrzypce, a na dokładkę perkusja, kontrabas i saksofon. Zadziorne, niemal free jazzowe combo, które lubi kameralne emocje. Sporo ostrych wymian dźwięków, dęte strzały i strunowe riposty, a wszystko skąpane w nerwowym strumieniu całkiem dynamicznych fraz. Kolejnym kwintetem zjeżdżamy na samo dno! Dwa kontrabasy, klarnet basowy i dwa zagubione puzony w roli czerstwej wisienki na torcie. Drony i zamaszyste strugi pizzicato w chocholim tańcu bez uśmiechów. Z kolei zapowiadany kwartet, to efektowny powrót procesora, fortepian, skrzypce i saksofon. Początkowo dość filigranowo, potem zdecydowanie bardziej masywnie - preparowane frazy i rytmiczne podrygi. Najpierw emocje skaczą ku górze, potem toną w elektroakustycznym ambiencie. Finał zaś odtańczony zostaje z niemal filharmonicznym rozmachem.

Czas na chwilę oddechu? Zdecydowanie tak, w czym pomagają wibrafon i puzon. Garść preparacji tego pierwszego i dość minimalistyczna postawa tego drugiego. Emocje mamy tym razem wystudzone, ale dynamiczny wibrafon stara się ów stan rzeczy zmienić. Nie bez skutku! Dobrze zatem przygotowani wchodzimy w dynamiczny, niemal free jazzowy kwartet – kontrabas, perkusja, klarnet basowy i fortepian. Rozgrzane pizzicato, agresywne piano, dużo perkusjonalnych szczegółów i dęte podmuchy! Spory lądunek emocji zwinnie ugaszony tu zostaje spokojnymi preparacjami.

Szósta improwizacja drugiego dysku, to kolejna perełka w koronie! Gitara, akordeon i procesor - intrygujący zestaw, jeszcze lepsza muzyka! Opowieść zaczyna się w elektroakustycznym mroku, budowana dronami i drżeniem gitarowego gryfu. Zmiana goni tu zmianę - gitara od onirycznego ambientu po rockowe emocje, świetna robota live processing i akordeon, który zdaje się tu mieć nieskończoną ilość twarzy. A wszystko delikatnie podlane psychodelicznym sosem. Czas zatem na finał! Orkiestra tutti! Zaczynają nisko nad podłogą, basowymi dronami. W górze śpiewają dęciaki. Nerwowa atmosfera potrzebuje tu ekspresji i dynamiki! Obie charakterystyki pojawiają się w ułamku sekundy, ku powszechnej radości ogółu. Basy ryją strugę pizzicato, puzony lamentują, a reszta też nie trwoni czasu na zbędne frazy. Narracja przypomina tu wielkie, free jazzowe crescendo, które wspina się mozolnie na szczyt. Finałowe zejście w ciszę chyba jeszcze piękniejsze, zdobione tłumionymi, strunowymi frazami.

 

SoundScapes Festival # 3 Munich - 2021 Schwere Reiter (Fundacja Słuchaj!, 2CD 2022). Matthias Bauer – kontrabas, Lawrence Casserley – signal processing instrument, Floros Floridis – klarnet i klarnet basowy, Emilio Gordoa – wibrafon, Steve Heather – perkusja, instrumenty perkusyjne, Wilbert De Joode – kontrabas, Kalle Kalima – gitara, Veli Kujala – akordeon ćwierćtonowy, Libero Mureddu – fortepian, Dag Magnus Narvesen – perkusja, instrumenty perkusyjne, Giancarlo Schiaffini – puzon, Harri Sjöström – saksofon sopranowy, altowy i sopranino, Sebastiano Tramontana – puzon oraz Philipp Wachsmann – skrzypce i elektronika. Nagrane 1 i 2 października 2021 roku, Bayerische Rundfunk, Schwere Reiter, Monachium. Czternaście swobodnych improwizacji, łącznie 152 minuty i kilkanaście sekund.

 

*) Recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana

 

 

piątek, 29 października 2021

Discordian Community Ensemble! Builder’ Messe! GRIFF! Variations On No Particular Theme! Chołoniewski! The Short Story How to Compose the Improvisation!


Ukochana przez nas swobodna improwizacja nie jedno ma imię! Bywa formowana wedle pewnych scenariuszy, bywa precyzyjnie kontrolowana na etapie realizacji, bywa dyrygowana i zapisywana na kartkach papieru. Każda z tych form, jeśli tylko niesie ze sobą odpowiedni ładunek ekspresji, dźwiękowych emocji, tudzież strukturalnych niuansów, bywa na tych łamach skrzętnie omawiana i wpisywana do wielkiej księgi osiągnięć gatunku ludzkiego!

Dziś zapraszamy na nieco przewrotną i dość skromną zbiorówkę recenzji pięciu płyt, na których proces improwizacji został dość precyzyjnie zaplanowany. W każdym jednak przypadku, w dalece odmienny sposób. A zatem kompozycje, które skrupulatnie kreślą ramy aktywności muzyków improwizujących, czasem dzieła wręcz monumentalne, które prowadzą wieloosobowy ansambl przez meandry kreatywności kompozytora. Także pozornie swobodne improwizacje, które są wszakże na tyle istotnie ustrukturyzowane, że niemal można je nazywać kompozycją. Kolejna przygoda dnia dzisiejszego, to definitywnie swobodna improwizacja, łącząca wszakże na scenie instrumenty, które rzadko grywają w takiej konfiguracji i jeszcze żeniąca gatunki, które niespecjalnie się lubią, a zatem płyta, która także znajdzie swoje miejsce w zadanej tematyce. Na koniec ekspozycja solowa, która na etapie post-produkcji została zmiksowana na nowo, można zatem powiedzieć, iż stanowi improwizację skomponowaną ex-post.

Na liście miejsc i wykonawców zarówno nasi świetni znajomi (Barcelona! Berlin!), jak i artyści zupełnie nam nieznani, nie dość, że debiutujący na tych łamach, to jeszcze często zaliczani do grona muzyków klasycznych. Inny słowy, jak zawsze na Trybunie, wrzący tygiel dźwięków, emocji i dysonansów poznawczych! Zapraszamy na odczyt, potem odsłuch, wreszcie na płytowo-plikowe zakupy!

 


El Pricto/ Discordian Community Ensemble  Live At Mixtur Festival (Discordian Records, DL 2021)

Naszą szaloną marszrutę zaczynamy oczywiście w Barcelonie, mając do dyspozycji kompozycje i orkiestrę pod zacnym kierownictwem El Pricto! Na program koncertu składają się dwie pozycje. W pierwszej kolejności utwór Life Metallic skomponowany na potrzeby nowego instrumentu Vasco Trilli (Russian Flat Bells), nastrojonego w tonacji podobnej do tej, jakiej używał Witold Lutosławski w kompozycji Musique Funebre. W dalszej kolejności kilkuczęściowa kompozycja Rumore-forme, inspirowana dokonaniami włoskiego artysty malarza i twórcy noise Luigi Russolo (muzycy wykonują, co do zasady, wyłącznie atonalne dźwięki, które przypominać mają brzmienia własnoręcznie wykonanego instrumentarium tego artysty). Jesteśmy na festiwalu Mixtur w Barcelonie, jaki odbywał się … niespełna cztery tygodnie temu (uroda cyfrowych realizacji płytowych bywa niezaprzeczalna!). Na scenie Discordian Community Ensemble w składzie: Pablo Selnik – flet, El Pricto – klarnet, Tom Chant – saksofony, Pope – trąbka, Vicent Muñoz – tuba, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne, Diego Caicedo – gitara elektryczna oraz Àlex Reviriego – kontrabas. Całość składa się z sześciu części i trwa 44 minuty.

El Pricto nie byłby sobą, gdyby najnowszą produkcję swej sztandarowej formacji nie skonstruował dalece przewrotnie. Najpierw zabiera nas do rajskiego ogrodu, pełnego pięknych, niemal filharmonicznych fraz i specyficznej krainy łagodności. Ów utwór wprowadzający, to przysłowiowe miłe złego początki. Albowiem pięcioczęściowa kompozycja inspirowana Russolo, to doprawdy prawdziwa symfonia noise music, budowana prze armię instrumentalistów, którzy zajmują się niemal wyłącznie preparowaniem dźwięków. Efekt, co oczywiste w wypadku tego wyjątkowego artysty, jest doprawdy wyśmienity!

Słowo się rzekło, pieśń otwarcia budowana jest przez rosyjskie dzwonki, które kreują szklisty rezonans, chłonący łagodne, dęte frazy. Narracja przypomina ceremonię zaprzysiężenia kolejnego niepotrzebnego boga. Całość pobrzmiewa nowoczesną klasyką (wysoko zawieszonym smyczkiem na gryfie kontrabasu także!), narasta jak burza, a gaśnie bladym świtem niespodziewanego poranka. Po garści oklasków DCE rusza na wojnę! Szumy, szmery, dęte wyziewy, drżące talerze – matowe błyskawice na czarnym niebie! W strudze brudu, która brnie w kierunku hałasu, pojawiają się także gitarowe sprężenia i dynamizujący akcję mały drumming. Kolejny epizod otwiera gitara i kontrabas. Instrumenty dęte rzeżą, niczym suchotnicy w drodze na Golgotę, a narracja gęstnieje, jak lawa, która nie znajduje ujścia. Ów akustyczny noise reasumuje tu chmura perkusjonalnych niespodzianek Trilli. Następna część, to jakby krok dalej w kreatywnym dewastowaniu dźwięków – niemal black-metalowe wyziewy dęciaków, chrobot gitary, burczenie tuby i nerwowe epizody na werblu. Po chwili smyczek kontrabasu buduje wzniesienie, po którym suną pozostałe instrumenty, obleczone chmurą soczystego hałasu. Emocje pikują, niczym zestrzelone myśliwce. Zaraz potem, i tak już gęsta narracja jeszcze zacieśnia szyk bojowy! DCE pracuje tu niczym zepsuta maszyna tkacka - post-industrialna symfonia brudnych, lepkich fraz, z pokrętną dynamiką, noise’owymi kulminacjami i kolejnym szczytem zbudowanym na barkach kontrabasu. Finał części czwartej (a piątego traku na płycie), to prawdziwy ostrzał artyleryjski, ale to tylko wstęp do ostatniej, ponad 12-minutowej epopei. Tu mamy już chyba wszystko, całą plejadę post-akustycznych dźwięków - perkusjonalne zdobienia, ostre jak brzytwa, dęte skoki mocy, gitarowy wstęp do krainy hałasu, kontrabasowe poślizgi, wreszcie histeryczne półdźwięki z trąbki i tuby. Opowieść znów staje się niebywale gęsta, ale znajduje się w niej miejsce na oddech i czerstwą nostalgię. Akcja zmienia się jak w kalejdoskopie (ach, ten Pricto!), chwilami sięga ściany dźwięku - wielka maszyna ssąco-tłocząca, boleśnie piękna, dotkliwie rezonująca. Wybrzmiewa długo, aż zetknie się z ciszą, którą zmącą brawurowe oklaski publiczności.

 


Calum Builder  Messe (You are where you need to be) (ILK Music, LP 2021)

Pozostajemy w obrębie muzyki definitywnie komponowanej, która stanowi pretekst dla zjawisk w pewnej mierze improwizowanych. Przed nami 21-osobowy ansambl, który udźwiękowi kompozytorski zamysł Caluma Buildera (saksofon altowy, także dyrygentura). Wraz z nim - w okolicznościach obiektu sakralnego w Danii - kolejnych sześciu saksofonistów: Cosimo Fiaschi (sopran), Albert Cirera (sopran), Jonas Engel (alt), Miguel Crozzoli (tenor), Nana Pi Larsen (tenor), Michał Biel (baryton); następnie, także siedmioosobowa sekcja wokalna: Therese Aune (sopran), Susana Nunes (sopran) Thea Wang (alt), Lucie Szabová (alt), João Neves (tenor), Kenneth Reid (tenor), Josh Herring (bas); wreszcie siedmioosobowa sekcja kontrabasów: Jesper Nordberg, Asger Thomsen, Mark Gregersen, Piotr Dubajko, Aurelijus Užameckis, Tomo Jacobson oraz Rafał Różalski. Kompozycja Messe składa się z siedmiu części (niczym siedem dni tygodnia!), trwa 40 minut i jest nieprzerwanym strumieniem dźwięków.

Koncert otwiera sekcja wokalna. Damsko-męski wielogłos śpiewa pieśń sakralną, która inauguruje ceremonię nabożeństwa (cokolwiek to znaczy, w zadanym kontekście muzycznym). Czyste, niemal dziewicze frazowanie zostaje tu skomentowane kawalkadą poirytowanych strunowców, tudzież lekką, nieco czupurną watahą dętych. Opowieść narasta zgodnie z wolą kompozytorską i prowadzi nas do ceremonialnego wyniesienia, które oznajmia pojedynczy dźwięk gongu. Definitywnie uczestniczymy we mszy, nie wiemy do końca, ku czyjej chwale. Głosy zdają się płynąć do nas z samej ciszy, zdobione odgłosami życia, jakie niewątpliwie toczy się obok zadanej struktury muzycznej. Budowany starannie, jakże efektowny wielogłos zdaje się być po czasie wzbogacany dźwiękami sekcji dętej. Wszelkie frazy lepią się do siebie, sprawiając wrażenie, jakby powstawały w jednym, wielkim gardle. Opowieść znów wspina się na szczyt, znów jakże błyskotliwym crescendo. Z czasem odnosimy wrażenie, iż rozśpiewane glosy zaczynają brzmieć niczym instrumenty dęte, i tak dzieje się w rzeczy samej! Saksofonowe podmuchy połykają wokalne frazy, kreując rytuał niepokoju, mroku, a nawet strachu. Oniryczny lot reeds, z gasnącymi frazami głosowymi, zostaje znienacka skomentowany piskiem strun wprost z kontrabasowych gryfów. Oto bodaj pierwszy moment tej niebywałej ceremonii, gdy strumień dźwiękowy tworzony jest przez wszystkich uczestników spektaklu. Tempo dalece nieśpieszne, emocje wszakże czerstwe i namacalne. Całość efektownie pulsuje, aż do osiągnięcia ciszy, którą anonsuje gong.

Po nanosekundzie odpoczynku wędrowcy ruszają w dalszą drogę. Najpierw struny, które dynamicznie riffują, jakby wszyscy szli tu na krwawą wojnę! Głosy zaczynają prowadzić nerwowe rozmowy w pełnej trwodze. Sekcja dęta stawia stemple, niczym gromy z jasnego (a może raczej mrocznego) nieba! Po strunach falują emocje godne wszelkiej maści klasyków noir music. Dość szybko odnajdujemy się w piątej części koncertu, w trakcie której władanie sceną znów przejmują wokaliści. W ten niesamowity wielogłos wkrada się stopniowo nieco afektowana nerwowość. Niemal niespostrzeżenie anielski chór przepoczwarza się tu w diabelski orszak krnąbrnych złoczyńców. Strunowce i dęte tylko na to czekają! W ułamku sekundy przejmują dowodzenie spektaklem. Głosy powoli milkną ustępując miejsca tajemniczej melodii, która zdaje się koić zarówno nerwy, jak i rany. Basowy zjazd do samego dołu zwiastuje zaś nastanie ostatniej części. Tu małe rozdroże - muzycy szukają nowych fraz, preparują dźwięki, ciężko oddychają, jakby nagle znaleźli się w obszarze, który kompozytor przeznaczył na całkiem swobodne improwizacje. Bez zbędnych wszakże ceregieli, na powrót lepią się w jeden strumień dźwiękowy. Narracja schodzi niżej na kolanach i zaczyna przeobrażać się w kompulsywny lament dętych, strunowych i głosowych fraz. Jeszcze tylko kilka saksofonowych, separatywnych westchnień i ostatnia prosta, którą kreują wszyscy muzycy – Orchestra, Tutti!

 


Ingrid Schmoliner/ Adam Pultz Melbye/ Emilio Gordoa  GRIFF (Inexhaustible Editions, CD/LP 2020)

Po dwóch większych składach, nasze zainteresowanie redukujemy do zestawu trzyosobowego. Nagranie z niemieckiego Moers, z kwietnia 2019 roku, zarejestrowane w okolicznościach studyjnych, powstało z woli i mocy sprawczych następujących muzyków: pianistki Ingrid Schmoliner, kontrabasisty Adama Pultza Melbye’ego oraz wibrafonisty Emilio Gordoi. Składa się z pięciu części, które trwają łącznie prawie 54 minuty.

Muzyka tria – zadekretowana jako all music by the musicians - powstała wedle oglądu recenzenta w drodze skomponowanej improwizacji, która ma swoją z góry zadaną strukturę narracyjną, najczęściej kreowaną przez pianistkę. W każdej z pięciu części Ingrid rysuje dramaturgiczny szkielet utworu i konsekwentnie utrzymuje go przy życiu. Jakby dla niepoznaki, utwór otwarcia początkowo jest efektem pojedynczych szarpnięć na struny kontrabasu. Na repetytywny dźwięk piano czekamy do połowy trzeciej minuty, a na pierwsze frazy wibrafonu kolejne dwie i pół minuty. Muzycy maszerują jak wojsko, akordy brzmią coraz donośniej, ale w pewnym momencie narracja zaczyna tracić swoją linearność i rozmazuje się, niczym obraz nieregularnie bijącego serca na kardiogramie. W drugiej części utworu artyści całkiem swobodnie improwizują, ale na koniec zdają się powracać do rytmu początkowego. Kolejna historia już całkowicie spoczywa na barkach pianistki. Wypuszcza ona dwa szybkie strzały z klawiatury i zasłuchuje się w ciszy. Po chwili dołącza pulsujący bas, a na dźwięki wibrafonu (tym razem, to delikatne dzwoneczki), znów musimy trochę poczekać. Narracja płynie spokojnie, nabiera cech medytacyjnych, ale artyści raz za razem podsyłają nam perełki brzmieniowe, w czym celuje Gordoa.

Utwory trzeci i czwarty budowane są na solidnej postawie rytmicznej. Oczywiście tą, która machinę dynamiki wprawia w ruch jest pianistka. Obie impro kompozycje zdają się być intrygującymi wariacjami na temat Different Trains Steve’a Reicha. Piano repetuje, wspiera go burczący kontrabas, który nie waha się sięgnąć po smyczek, z kolei wibrafon stawia na bardziej delikatne, ale nieczyste, preparowane frazy. Całość z czasem, mimo zadanej struktury rytmicznej (medytacyjnej!), rozpływa się, rozwarstwia, jak ciasto krojone w poprzek linii brzegowej. Ważnym elementem utworu wydaje się być warstwa brzmieniowa, szczególnie wibrafonu, który chwilami nabiera niezwykle siarczystego tembru, przez co całość narracji smakować zaczyna akustycznym post-industrialem. W czwartej opowieści pianistka zaczyna od dźwięków preparowanych, ale echo klasyka minimalizmu dopada ją po niedługim czasie. Nerwowy meta rytm, basowe pulsacje i akcenty percussion wprost ze sztabek wibrafonu dyktowane w niezłym tempie - improwizacja zdaje się kręcić się niczym kolorowy kalejdoskop, zaskakując nas każdą pętlą narracyjną, z czasem nabierając na poły syntetycznego brzmienia. Na finałową opowieść (o której nie wspomina okładka płyty) czekać musimy przy dwuminutowym akompaniamencie ciszy. Muzyka powraca i sprawia wrażenie dalece interesującej repryzy pierwszego utworu. Powtarzane frazy, gra ciszą, medytacyjny dystans na froncie dźwięku. Ów muzyczny dead man walking wiedzie nas na skraj tej doprawdy niezwykłej płyty. Końcowe frazy kreowane są przez narowisty smyczek, zdystansowaną klawiaturę i tajemnicze rytuały wibrafonu. Brawo!



Maneri/ Kalmanovitch/ Jacobson/ Osgood  Variations On No Particular Theme - Part 1 (Gotta Let It Out, LP 2021)

Kolejna płyta w dzisiejszym zestawie najbliższa jest swobodnej improwizacji, ale skonstruowana została na tyle przewrotnie, iż świetnie pasuje do kompozytorskiego szlaku naszej podróży. Oto na scenie spotykają się dwie bardzo kameralnie nastawione do świata altówki, frazująca definitywnie jazzowo perkusja i wielowymiarowy kontrabas, który równie dobrze snuje tu smyczkowe improwizacje, jak i swinguje wedle zadanej estetyki. Także tytuł płyty sugerować może, iż ta kwartetowa opowieść ma w sobie zaszytą pewną konceptualną myśl. W roli orędowników free chamber – altowioliniści Mat Maneri oraz Tanya Kalmanovitch, w roli jazzowych wichrzycieli – Kresten Osgood na perkusji i sprawca całego zamieszania - Tomo Jacobson na kontrabasie. Nagranie studyjne powstało w miejscu zwanym The Village Recordings, w nieokreślonym czasie, a składa się z pięciu improwizacji, które trwają łącznie 35 minut.

Pierwsza część nagrania sprawia wrażenie pewnej gry rozpoznawczej. Altówki posadowione na przeciwległych flankach rzewnie łkają, podśpiewują, zalotnie mrużą oczy. Kontrabas z trybie pizzicato i koherentna, synkopująca perkusja budują zaś bazę dla dalszych improwizacji. Kameralne westchnienia wpadające w melodyjne turbulencje i dynamiczny, czupurny bas oparty na rytmicznych frazach perkusji. W drugiej części na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek. Improwizacja zyskuje na urodzie, choć jeszcze silniej rysuje się tu ów estetyczny dysonans, który kreuje już teraz sama perkusja. Post-barok zatopiony w zwinnym drummingu trwa w najlepsze! Trzy strunowce pięknie lepią tu w jeden dronowy pomruk, który po niedługiej chwili efektownie gaśnie niemal do pojedynczych dźwięków. Improwizacja odradza się w bólach – skowycie strun, zmysłowych preparacjach, krótkich, rwanych ochłapach fonii.

Trzecia część trzyma dysonansowy klimat. Rzewne opowieści altówek niesione są na dramaturgiczny szczyt masą i energią sekcji rytmu. Szczególnie efektownie frazuje tu kontrabas, który zdaje się być w tej części bystrym przewodnikiem stada. Jego dynamiczne expo zostaje efektownie skomentowane poirytowanymi frazami altówek. W części czwartej kwartetowy koncept definitywnie osiąga swoją najwyższą wartość. Najpierw smyczek kontrabasu żłobi brudzę w ziemi i rzęzi. Altówki podejmują wyzwanie i post-barokowe trio płynie w bezmiarze mrocznej komnaty. Perkusja wytrwale gra swoje, budując kolejny dysonans estetyczny. W tej fazie nagrania flow najpierw szuka dynamiki, potem raz za razem zbacza z obranej drogi, łyka pełne garście niepokoju i robi się interesująco nerwowy. Instrumenty drżą i tańczą niczym baletnice na tafli kruszącego się lodu. A zaskoczeń cały czas przybywa – choćby wtedy, gdy nagle altówki frazują pizzicato, a kontrabas zagłębia się w meandrach kompulsywnych preparacji. Finał płyty stawia na minimalizm – echo, rezonujące talerze, mroczna akustyka melodyjnych smyczków. Improwizacja dogasa jak świece na delikatnym wietrze. Perkusyjny werbel zdaje się milczeć, podkreślając ideologiczny triumf swobodnej kameralistyki.

 


Tomek Chołoniewski  Music To Make Your Body Suffer (Bocian/ Bołt/ CD 2021)

Solowa płyta przedwcześnie zmarłego perkusisty z Krakowa, to kolejny przyczynek do dyskusji o komponowaniu procesu improwizacji, tu wszakże dokonywanego niemalże wspak. Najpierw był koncert, w trakcie ubiegłorocznej, pandemicznej jesieni, w ramach lokalnych obchodów odwołanej Krakowskiej Jesieni Jazzowej. Ów występ Tomka można obejrzeć na dołączonym do zestawu nośniku DVD. My jednak skupiamy się na ścieżce audio. Wedle opisu płyty muzyk zmiksował nagranie live i dokonał niejako re-kompozycji improwizowanego materiału. Na krążku CD słuchamy go w pięciu częściach, które trwają 26 minut z sekundami.

Chołoniewski świetnie buduje dramaturgię swojego live-impro-mixu, dba o detale, stosuje bardzo szeroką paletę artystycznych środków wyrazu. Zaczyna tajemniczymi dźwiękami smyczka, chmurą rezonujących talerzy, aurą czerstwej, ale jednocześnie zwiewnej elektroakustyki. Dronowe smugi i metaliczne inkrustacje, pełne wzlotów i upadków na kolana. Ów bogaty flow brzmi niczym dark ambient przepuszczony przez maszynkę do mielenia mięsa, pełny preparowanych i zgrzytliwych fraz. W kolejnej części muzyk buduje chmurę innego rodzaju ambientu, która wisi nad głowami, niczym obłok radioaktywnych zanieczyszczeń. Szuka zadry i prowadzi nas na skraj noise’owej estetyki. W trzeciej części zdaje się, że wspólnie dotykamy sacrum. Dramaturgiczne wyniesienie, pełne rezonujących odgłosów, a potem głęboki skok w industrialne profanum, skrzeczące preparowanymi dźwiękami nieznanych przedmiotów, które prawdopodobnie znalazły się na glazurze werbla.

Część czwarta, to kwintesencja mixu – kroki na scenie, ludzkie odgłosy, w tle post-industrialny hałas. Po czasie muzyk opuszcza na te foniczne igrzyska chmurę ambientu, niczym płaszcz czarnoksiężnika. Narracja schodzi w ciszę, a potem odradza się wyłącznie elektroakustycznymi dźwiękami. Ostatnia część, dla kontrastu, zdaje się skupiać na żywych, akustycznych frazach. Small drumming po metalicznych miseczkach, preparacje, ugniatanie przedmiotów na perkusyjnych akcesoriach. W trakcie utworu znów pojawia się fala ambientu, tym razem dość mrocznego. Finałowa ekspozycja w pełni akustycznych prac na szumiącej powierzchni werbla i tomów domyka ów intrygujący spektakl jakże nieoczywistych figur dźwiękowych.

 



wtorek, 5 października 2021

5. Spontaneous Music Festival! The report from the improvised history!


Tegoroczna edycja poznańskiego święta muzyki improwizowanej odbywała się po hasłem jakże retorycznego pytania Are You Spontaneous?. W klubowej scenerii Dragon Social Club, w trakcie pierwszych trzech dni tegorocznego października, pytanie takie zadawali sobie wszyscy – muzycy, organizatorzy, po części zapewne także publiczność. Być może w odniesieniu do tej ostatniej grupy warto zadane w tytule imprezy hasło ponawiać przy każdej nadarzającej się okazji. Po prawdzie, poznański Dragon zapełnił się widownią po brzegi swoich przestrzennych możliwości jedynie w trakcie sobotniego koncertu.

Na owo pytanie z pewnością celująco odpowiedzieli wszyscy muzycy, jacy wystąpili na Festiwalu. Tym razem było ich szesnaścioro, do Poznania dojechali wszyscy i swą piękną sztuką udowodnili, iż muzyka improwizowana zdaje się być wartością niezbywalną i jak zawsze niebywale piękną. Tegoroczna edycja w przeważającej części była dalece kameralna, nie stroniła wszakże od eksperymentów, zaskakiwała na każdym kroku i wydaje się, że nie pozostawiała nikogo obojętnym na oddziaływanie szalonych niekiedy dźwięków generowanych na scenie Dragona.

Niżej podpisany z oczywistych względów nie będzie wypowiadał się o stronie organizacyjnej tego przedsięwzięcia, jakkolwiek nie sposób nie zaznaczyć, iż impreza, która po raz kolejny nie dostąpiła zaszczytu otrzymania wsparcia finansowego od włodarzy miasta, tudzież instytucji przeznaczonych statutowo do wspierania inicjatyw kulturalnych, znów się odbyła i sam ów fakt zdaje się być wartością samą w sobie.

 


Trzy dni pełne spontanicznej muzyki, jedenaście koncertów, goście z Portugalii, Niemiec, Francji i Polski, to niebywała sekwencja zdarzeń. Postarajmy się w kilku harcerskich słowach opowiedzieć, co działo się na deskach Dragona od 1 do 3 października 2021 roku.

Festiwal otworzył solowym występem na gitarze elektrycznej Marcelo Dos Reis. Jego set miał mocne, dynamiczne otwarcie, takież zakończenie i cały imponujący środek, danie główne, w trakcie którego muzyk preparował instrument, szukał nowych, intrygujących fraz i dźwięków. Zdaje się, że wszystko, co sobie Portugalczyk zaplanował, zostało perfekcyjnie zrealizowane. Równie precyzyjny i równie emocjonalny był kolejny koncert. Copy of pianodrum, czyli Anna Jędrzejewska na fortepianie i Wojtek Kurek na perkusji. Muzycy stawiali na spokojne, chwilami kontemplacyjne interakcje, z rzadka wpadali w kompulsywną ekspresję, a każda wykreowana przez nich sytuacja sceniczna, improwizowane zderzenie dźwięków miało swoją dramaturgiczną przyczynę i efektowny skutek.

Finał pierwszego dnia festiwalu konsumował personalnie wszystkich muzyków, którzy dotarli tego dnia do Poznania. Wspominana wyżej trójka muzyków, już po pierwszym występie oraz pięciu kolejnych artystów – Witold Oleszak na fortepianie (tym razem Jędrzejewska operowała akcesoriami elektronicznymi), Paweł Doskocz na gitarze elektrycznej, Michał Giżycki na klarnecie basowym, Ostap Mańko na skrzypcach oraz Guilherme Rodrigues na wiolonczeli. To właśnie portugalski muzyk był tu w pewnym stopniu kluczową postacią, albowiem wspomniany oktet, to po części reinkarnacja jego berlińskiego składu Red List Ensemble. Muzycy nie korzystali wszakże z jakichkolwiek notacji, powiedzieli do siebie ledwie kilka słów przed występem. Sam Guilherme w zasadzie wskazał tylko na jeden ważny aspekt luźno zaplanowanej improwizacji – wszyscy mamy się intensywnie słuchać! Efekt był wszakże wspaniały. Ośmioro muzyków grało wedle wewnętrznego porządku, nigdzie niezapisanego - dźwięki płynęły gęstym strumieniem prosto z ich zwojów mózgowych, splecionych niebywale intensywną, artystyczną empatią. Improwizacja początkowo stawiała na kameralne frazy, na pewien minimalizm, ale wielokrotnie w trakcie 35-minutowego seta uciekała w efektowne, gorące, niemal ogniste erupcje emocji.



Festiwalowa sobota zaczęła się od trzęsienia ziemi, a potem było jeszcze goręcej. Wedle spontanicznych reguł tej imprezy – najpierw składy „ad hoc”, a zatem złożone z muzyków, którzy grali ze sobą po raz pierwszy. Na początek taki oto kwartet - Paulina Owczarek na saksofonie altowym, Peter Orins na perkusji, Matthias Müller na puzonie i Witold Oleszak na fortepianie. Muzycy ci znają się dobrze, grali ze sobą w kilku układach duetowych, ale nigdy w takim kwartecie. Koncert wyniósł publiczność do samego nieba swoją swobodną, kosmicznie rozhulaną improwizacją. Co najbardziej intrygujące, szczególnie zazębiające się akcje biegły wprost od dwójki muzyków, którzy spotkali się na scenie z pewnością po raz pierwszy – od perkusisty i pianisty. Kolejny kwartet „ad hoc” stworzyli – Małgorzata Zagajewska (głos), Guilherme Rodrigues, Paweł Doskocz (tym razem gitara akustyczna) oraz Christian Marien (perkusja). Ten set rozbijał się czasami na duetowe ekspozycje, z jednej strony uciekał w niemal folk rockową estetykę, z drugiej świetnie topił się kameralistyce wiolonczeli i minimalistycznej perkusji.

Kolejny koncert, to francuskie trio TOC – w ramach dużej rekontry! Stały, wieloletni skład, głośna, eklektyczna, psycho-rockowa propozycja. Jeremy Ternoy (piano Fendera, także basowe, elektronika), Ivann Cruz (gitara elektryczna) i Peter Orins (perkusja) dali nam niesamowitego kopniaka prosto w cztery litery! Z pewnością jeden z najgłośniejszych, ale też - być może - jeden z najlepszych koncertów w historii spontanicznego festiwalu. Duch rozimprowizowanego The Doors unosił się nad sceną, a muzycy grali frazy godne wszystkich szalonych idoli naszej młodości, przesycone jakże adekwatną kwasowością brzmienia.

Dzień drugi spontanicznego festiwalu wieńczyła kolejna orkiestra, złożona z muzyków zaproszonych do Poznania. Tym razem miała ona jednak głównego kreatora, człowieka, który ów spektakl zaplanował w najdrobniejszych szczegółach – Witolda Oleszaka. Jego „Graphic Music For Chamber Orchestra”, to notacje graficzne dla każdego z muzyków, zegar, który odmierza czas i pięć utworów, z których każdy trwał dokładnie tyle, ile zaplanował kompozytor. Na scenie zasiedli, od lewej patrząc – Marcelo Dos Reis (gitara akustyczna), Ostap Mańko (skrzypce), Anna Jędrzejewska (fortepian), Guilherme Rodrigues (wiolonczela), Wojtek Kurek i Christian Marien (instrumenty perkusyjne), Matthias Müller (puzon) oraz Paulina Owczarek (saksofon altowy). Pierwszy utwór trwał 8 minut, a muzycy mieli dokładnie tę samą notację graficzną przed sobą. W kolejnym zaś... każdy miał inną. Muzycy z każdą sekundą poznawali się wzajemnie (ale nie mieli reagować na siebie), realizowali zadania siedzącego przed nimi kompozytora, który incydentalnie przekazywał im gestami swoje uwagi, cierpliwie czekali na finałowy utwór, dokładnie 16-minutowy, który zdawał się stwarzać im nieco większą swobodę wykonawczą. Efekt był piorunujący, choć my z drugiej strony sceny, nie do końca wiedzieliśmy, ile w tym było zamysłu kompozytora, ile samodzielnych kreacji improwizatorów.



Festiwalowa niedziela oferowała aż trzy składy „ad hoc”, wszystkie w formule trzyosobowej, każdy inny od pozostałych na tyle istotnie, na ile pozwala … sztuka swobodnej improwizacji.  Najpierw dronowa zabawa w elektroakustykę – Paweł Doskocz (gitara elektryczna), Matthias Müller (puzon) oraz nowy gość festiwalowy – Emilio Gordoa (perkusyjny werbel, rozbudowane akcesoria elektroniczne, ale i przedmioty niemal domowego użytku). Muzycy budowali napięcie bardzo skrupulatnie, ale w sposób na tyle zdyscyplinowany, iż nie musieli sięgać po atrybuty noise, by istotnie przykuć naszą uwagę. Dużo większe znaczenie miała dla nich z pewnością narracyjna konsekwencja. Kolejne trio zaprowadziło nas do krainy zmysłowej free chamber music – Anna Jędrzejewska (fortepian), Marcelo Dos Reis (gitara akustyczna) oraz Guilherme Rodrigues (wiolonczela). Mistrzowska dramaturgia, fantastyczne, akustyczne brzmienia, no i ten błysk narracyjnej perfekcji, szczególnie ze strony pianistki. Wreszcie trzecie trio - Małgorzata Zagajewska (głos), Paulina Owczarek (saksofon altowy) oraz Emilio Gordoa (tym razem wibrafon, elektronika, obiekty). Kolejny spektakularny set festiwalu, budowany ludzkim krzykiem, dętym wrzaskiem i wibrafonowymi preparacjami, ale także subtelnymi frazami, konstruowanymi na pograniczu ciszy. Ekspresja artystów zaczynała swe życie tuż nad podłogą, po czym rozbijała sufit kilku kolejnych kondygnacji Dragona.

Finał piątego spontanicznego festu zaczął się tuż przed godziną 22-ą czasu środkowoeuropejskiego. Na scenie świętujący swoje 15-lecie duet Superimpose - Matthias Müller (puzon) oraz Christian Marien (perkusja). Bijąca stopa bębna basowego, pierwsze pomruki buchającego zimnym powietrzem puzonu. Narracja budowana niczym piramida kart, wymagająca ogromnej precyzji, ale nienarażona na katastrofę. Po 20-25 minutach, w trakcie trwającej nieprzerwanie improwizacji, niemal niespostrzeżenie do duetu dołączyli - Marcelo Dos Reis (gitara elektryczna) oraz Witold Oleszak (fortepian). Dwaj ostatni weszli do świata Superimpose, jakby byli jego częścią całe piętnaście lat, a może i dłużej. Przynieśli dodatkową porcję własnych dźwięków, o niemal metafizycznej kruchości, ale definitywnie nieśmiertelnych. Wspaniały koncert, gigantyczne zwieńczenie trzech dni ciężkiej pracy, po obu stronach sceny. Do zobaczenia za rok!

 

Zdjęcia własne Pana Redaktora, bez praw autorskich


piątek, 10 września 2021

Are You Spontaneous? 5. Spontaneous Music Festival 2021 - kick off at October 1st!


“Spontaneous representing a challenge because life seems to dictate that you are not supposed to be spontaneous … to be that honest

John Stevens, współzałożyciel i główny twórca Spontaneous Music Ensemble

 

Czy jesteście spontaniczni? Czy jesteśmy spontaniczni? To pytanie, jakie zadają nam i sobie organizatorzy piątej edycji Festiwalu Muzyki Spontanicznej, jaki odbędzie się w poznańskim Dragon Social Club od 1 do 3 października 2021 roku.

Na wyżej postawione pytanie będą szukali odpowiedzi także muzycy zaproszeni na Festiwal. Tych razem będzie ich piętnastu, przybędą z różnych zakątów Europy i Polski, wyposażeni w najprzeróżniejsze atrybuty - tysiące wad i setki tysięcy zalet. Jako ludzie, jak muzycy, jako współtowarzysze trzydniowej, improwizowanej podróży po bezdrożach muzyki szalonej, jedynej w swoim rodzaju, muzyki, która ze wszystkich sztuk świata być może ma najmniejszy problem z twierdzącą odpowiedzią na pytanie zadane w tytule tegorocznej edycji Festiwalu.



Poznańska impreza po raz kolejny nie proponuje nam znanych nazwisk, wciąż bowiem szuka powiewu młodości, posmaku nieokreśloności, odrobiny wspomnianego już szaleństwa, wszystkiego, co nowe i zaskakujące. W tym roku szczególnie stawia na społeczny charakter relacji na muzycznej scenie Dragona. Zatem nade wszystko składy ad hoc, czyli pierwsze spotkania muzyków i specjalne projekty festiwalowe, które mają dokładnie taki sam cel – budować nowe relacje międzyludzkie, szukać synergii wynikającej ze spotkania muzyków, który choć nie znają się zbyt dobrze, mają na tyle otwarte głowy i są na tyle kreatywni, iż efekt takiego spotkania może wyłącznie zachwycać. 

Trybuna Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, główni prowodyrzy kolejnego spontanicznego incydentu festiwalowego, w pierwszej kolejności zapraszają nas na dwa duże projekty muzyczne, przygotowane specjalnie na potrzeby tego wydarzenia. Pierwszy z nich poprowadzi (a może lepiej powiedzieć - zainspiruje do działania i sam weźmie w nim udział jako instrumentalista) portugalski wiolonczelista Guilherme Rodrigues. Ten pomysł będzie próbą przetransferowania berlińskiego projektu Red List Ensemble na ziemię poznańską. Wieloosobowy ansambl złożony będzie ze wszystkich muzyków, jacy obecni będą pierwszego dnia festiwalu i swoim koncertem tenże dzień zakończy. Dodajmy, iż portugalski wiolonczelista będzie obecny na scenie Dragona przez wszystkie dni festiwalowe.

Z kolei drugi dzień festiwalowy zwieńczy koncert specjalnego projektu poznańskiego pianisty Witolda Oleszaka. Muzyk na tę okoliczność przygotowuje notację graficzną, wedle przykazań której improwizować będą pozostali muzycy, a której szczegóły owiane są na razie tajemnicą. Tu również skład orkiestry zostanie skompilowany z muzyków, którzy tego dnia będą obecni na scenie Dragona. W tym wypadku być może będzie to skład nawet kilkunastoosobowy.

Ostatni dzień festiwalowy także będzie miał swoją dramaturgiczną kulminację. To jubileuszowy koncert formacji Superimpose, którą tworzą muzycy berlińscy – puzonista Matthias Muller i perkusista Christian Marien. Artyści świętują w tym roku 15-lecie działalności, a ich specjalny poznański koncert uświetnią swoją obecnością także Witold Oleszak i portugalski gitarzysta Marcelo Dos Reis.

To właśnie rzeczony Portugalczyk będzie kolejną atrakcją festiwalowej trzydniówki. Zagra każdego dnia, zarówno w składach ad hoc, wspomnianych wyżej orkiestrach, jak i wystąpi solo, prezentując swój nowy, dość awangardowy, jak na kanony muzyki spontanicznej (albowiem po części komponowany) projekt Glaciar. Dodajmy, iż to wydarzenie otworzy cały Festiwal.

W trakcie drugiego dnia festiwalu zagra francuskie trio TOC, które tworzą – Jeremy Ternoy (piano elektryczne), Ivann Cruz (gitara) i Peter Orins (perkusja). Francuzi kochają psychodelię, dobrego rocka, ale nade wszystko uwielbiają improwizować. Ich występ z pewnością będzie najgłośniejszym momentem imprezy.

Grono gości zagranicznych uzupełni, w trakcie ostatniego dnia festiwalu, meksykański perkusista i wibrafonista Emilio Gordoa. Jedno z najgorętszych nazwisk młodej europejskiej sceny improwizowanej, muzyk rezydujący na stałe w Berlinie, zaprezentuje się w dwóch składach ad hoc.

Zaprezentowany wyżej, jakże intrygujący zestaw muzyków zagranicznych uzupełnią na festiwalowych deskach Dragona muzycy polscy - reprezentanci i reprezentantki szeroko rozumianej sceny eksperymentalnej oraz improwizowanej, młoda fala muzyków awangardowych z bogatym już dorobkiem artystycznym oraz uznaniem na lokalnej i zagranicznej scenie. Obok wspominanego Witolda Oleszaka zagrają: Paulina Owczarek (saksofony), Anna Jędrzejewska (fortepian), Małgorzata Zagajewska (wokal), Wojtek Kurek (perkusja), Michał Giżycki (saksofon i klarnet basowy) oraz Paweł Doskocz (gitara). Muzycy zaprezentują się zarówno w składach ad hoc, jak i będą ważnymi uczestnikami dużych projektów orkiestrowych.

 

Piątek 01.10.

19.00 Marcelo Dos Reis – solo performance

20.00 Copy Of Pianodrum

21.00 Guilherme Rodrigues’ Red List Ensemble – spontaneous edition


Sobota 02.10.

18.00 Ad Hoc Quartet

19.00 Ad Hoc Quartet

20.00 TOC

21.00 Witold Oleszak’ Graphic Music For Chamber Orchestra


Niedziela 03.10.

18.00 Ad Hoc Trio

19.00 Ad Hoc Trio

20.00 Ad Hoc Trio

21.00 The Superimpose’ Birthday Party


Link do filmu promocyjnego:

https://youtu.be/mMF25jYo1fA

Spontaneous Music Festival: https://www.facebook.com/spontaneousmusicfestival/

Wydarzenie: https://www.facebook.com/events/250719357053535/?ref=newsfeed

Dragon Social Club: https://www.facebook.com/KLUB.DRAGON.POZNAN/

 

Patroni medialni: Jazzarium.pl, Polish-Jazz

 

Bilety do nabycia na:

https://www.kupbilecik.pl/

Karnet 140 zł - https://tiny.pl/9t15j

Bilet na dzień I 50 zł - https://tiny.pl/9t15j

Bilet na dzień II 60 zł - https://tiny.pl/9tnml

Bilet na dzień III 60 zł - TBA

 

wtorek, 17 sierpnia 2021

MOVE in Moers! *)


Miasteczko Moers, położone w zachodniej części Niemiec, pozostawałoby zapewne do końca doczesnego świata jednym z wielu małych miejscowości mało atrakcyjnego turystycznie Zagłębia Ruhry, gdyby nie fakt, iż od kilkudziesięciu lat odbywa się tam bodaj najbardziej znany w tej części świata festiwal muzyki jazzowej i improwizowanej.

Szyld jazzowego Woodstock zdaje się być niemal zawsze gwarantem jakości, a przynajmniej emocji, jakie towarzyszą nam, gdy w dłoniach ląduje płyta, którą zdobi nazwa Live in Moers. Znamy ich setki, a te z podobizną Anthony’ego Braxtona kochamy najszczególniej.

Jeśli zatem do naszego odtwarzacza trafia płyta zatytułowana Move In Moers nie możemy przejść obok niej obojętnie. Jest jeszcze jeden powód, dla którego nie powinniśmy tego robić – to po prostu wyśmienite nagranie!

Na kolejnej edycji Festiwalu Moers meldujemy się dokładnie 8 czerwca 2019 roku. Na scenie międzynarodowy, wielopokoleniowy kwintet Move w składzie: Achim Kaufmann – fortepian, Adam Pultz Melbye – kontrabas, Dag Magnus Narvesen – perkusja, Emilio Gordoa – wibrafon oraz last, but not least, Harri Sjöström – saksofon sopranowy i sopranino. Panowie będę swobodnie improwizować (być może przy wsparciu werbalnych predefinicji, poczynionych przed koncertem) przez 42 minuty ze sekundami, ani przez moment nie przerywając strumienia dźwiękowego. Nagranie dostarcza krajowa Fundacja Słuchaj! na jakże poręcznym dysku kompaktowym.



Koncert zaczyna się bardzo kolektywną wymianą uprzejmości – delikatnie, z wyczuciem, z posmakiem lepszej wersji estetyki kojarzonej z monachijskim ECM. Swobodnie roztańczony, mały saksofon, kontrabas traktowany smyczkiem, zwinna, drobna perkusja i garść fake sounds płynących z terytorium opanowanego przez wibrafon. Open jazz in the front of improvisation! Jest i nerw kameralistyki, zaplątanej w zwoje bardzo swobodnych akcji i pełnych niuansów reakcji. Brzmienie instrumentów na ogół czyste, a jeśli preparowane, to w dalece ograniczonym zakresie. Piano płynie z klawiatury, saksofon snuje melodyjne frazy, wszystko wszakże dzieje się pod dyktatem dyscypliny i odpowiedzialności za każdy dźwięk. Intensywność gry oczywiście faluje, co pewien czas muzycy docierają na mały szczyt, ale równie szybko schodzą z niego wprost w objęcia małych wspaniałości post-jazzu.

W dalszej części koncert raz za razem dostarcza nam momentów, które koniecznie należy odnotować w kajecie recenzenta. Po 10 minucie, to bystry dialog fortepianu i wibrafonu, potem solo tego pierwszego wsparte perkusjonaliami, fajerwerki rezonujących talerzy, wreszcie faza błyskotliwych short-cuts ze świetnymi akcjami face to face. Tuż przed upływem 25 minuty koncertu ciekawy kontrapunkt proponuje kontrabasista, który na moment intrygująco brudzi swój sound. Tuż obok wibrafon i perkusjonalia budują wspólny front zdarzeń, a w tle zaczyna pobrzmiewać coś na kształt melodiki (nie wiemy za czyją przyczyną). W ramach kolejnych atrakcji muzycy fundują nam duet saksofonu i wibrafonu, świetnie kontrapunktowany przez pianistę, który nie gra tu wiele, ale zawsze idealnie wkleja się w kontekst dramaturgiczny. Tuż przed upływem drugiego kwadransa znów kontrabas mąci spokój narracji - pracując w trybie pizzicato podrywa kwintet do niemal free jazzowego lotu. Proces wybrzmiewania skrzy się plejadą rezonujących dźwięków, generowanych prawdopodobnie przez wszystkich uczestników spektaklu.

Bez zbędnej zwłoki muzycy przechodzą teraz do krótkiej fazy preparacji. Każdy dokłada tu swoje, nawet saksofonista zdaje się coś energicznie ugniatać tuż przed mikrofonem odsłuchowym. Zaraz potem artyści serwują kilka definitywnie czystych fraz, których aurę znów mąci na powrót brudny sound kontrabasu. Nim muzycy postanowią szyć ostatnią pętlę narracji dostajemy jeszcze bystry duet fortepianu i saksofonu. Na zakończenie dynamika koncertu rośnie - cały kwintet efektownie pnie się ku górze, wieńcząc koncert eksplozją z fajerwerkami. Burzliwe oklaski po ostatnim dźwięku wydają się zatem dalece uzasadnione.

 

*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana, u progu tegorocznego lata