Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Swell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve Swell. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 sierpnia 2024

Steve Swell & Elisabeth Harnik! Welcome to the Troposphere!


Ich pierwsze spotkanie w duecie Fundacja Słuchaj! ujawniła jesienią czasów pierwszego lockdownu, a zawierało ono nagranie pianistki i puzonisty z roku 2019, zarejestrowane w Austrii. Dziś Harnik i Swell wracają z nagraniem koncertowym – tym razem monachijskim, poczynionym w roku 2022. Wydawca jest ten sam, muzycy też, a chemia i jakość interakcji w obrębie dwuosobowego ensemble definitywnie na krzywej wznoszącej.

Koncert trwa kilka chwil ponad godzinę zegarową. Set zasadniczy dzieli się na osiem improwizowanych opowieści, a całość wieńczy niespełna 5-minutowy encore.




Konstrukcja dramaturgiczna większości ekspozycji jest tu podobna. Artyści zaczynają od porcji mniej lub bardziej błyskotliwych preparacji inside piano i puzonu, który wydaje dźwięki nie tylko tubą i wentylami, ale także całym korpusem (niewykluczone, że przy użyciu dodatkowych, metalowych obiektów). Po kilku krótszych lub dłuższych akcjach inicjacyjnych narracja nabiera dynamiki i niekiedy całkiem free jazzowego anturażu. Pianistka śmiało wtedy pracuje na gęstej, dynamicznej klawiaturze, puzonista chętnie zaś sięga po czystsze frazy, ochocza śpiewa i deliberuje w typowej dla siebie melodyce.

Pierwszy utwór w tak nakreślonym scenariuszu wydaje się być szczególnie urokliwy, albowiem pianistka frazuje bardzo minimalistycznie, a pomiędzy akcjami inside & outside umieszcza także niemal post-klasyczne faktury dźwiękowe. O ile w pierwszej opowieści Harnik i Swell są usytuowani dość daleko od jazzu, o tyle w drugiej, na etapie rozwinięcia, chętnie sięgają po emocje dane free jazzowej ekspozycji. Trzecia odsłona na tle poprzedniczek wydaje się bardziej agresywna, silniej kompulsywna już na etapie wstępnej rozgrywki. Z kolei w czwartej części muzycy sycą narrację większym spokojem, pewną meta relaksacją. Mrok czarnych klawiszy i matowy tembr puzonu potrzebują tu specyficznego post-rytmu, by zewrzeć szyki i wylać się na szeroką wodę bardziej jazzowej improwizacji.

W kolejnej części Harnik powraca do idei minimalizmu, pojawiają się akcenty perkusjonalne, zarówno na strunach piana, jak i zapewne korpusie puzonu. Tu, na etapie rozwinięcia, artyści chętniej szukają ciszy i specyficznej melancholii, nie gonią za emocjami free jazzu. W podobnym klimacie startuje szósta opowieść, ale jej puentą jest iście taylorowska eksplozja pianistki i wyjątkowo rozśpiewane feerie puzonowe. Przedostatnia część koncertu, zgodnie z tytułem jest wytłumioną, szelmowską balladą. Melodia rodzi się tu zarówno wewnątrz pudła rezonansowego piana, jak i na wyjątkowo ciepłych klawiszach. Melodyka puzonu wydaje się być intrygująco zalotna. Ostatni utwór zasadniczej części koncertu stawia na niespodzianki, sporo w nim fraz preparowanych i nie ma on bynajmniej charakteru pożegnalnego. Muzycy zdają sobie sprawę, że bis jest nieunikniony. Końcowe dźwięki znów przypominają nam o dużym potencjale post-klasycznym pianistki.

Sam bis także wydaje się być pewnym zaskoczeniem. W fazie startu jest dalece minimalistyczny, pełny drobnych preparacji, zapewne z udziałem dodatkowych przedmiotów wydających dźwięki. W fazie końcowej przybiera postać bardziej taneczną, ale i odrobinę wystudiowaną, wszak to już definitywny koniec koncertu.

 

Steve Swell & Elisabeth Harnik Welcome to the Troposphere (FSR Records, CD 2023). Steve Swell – puzon oraz Elisabeth Harnik – fortepian. Nagranie koncertowe, Offene Ohren, Monachium, kwiecień 2022. Dziewięć utworów, 63 minuty.

 

*) recenzja powstała dla jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



piątek, 20 października 2023

The Relative Pitch Records’ fresh outfit: Parker! Swell! Allemano & Dörner! Gjerstad & Shipp! Colonna! Foster!


Nowojorski The Relative Pitch nie odpuszcza w generowaniu nowych sytuacji wydawniczych choćby na ułamek sekundy! Nowe albumy leją się jak z rogu obfitości, a twarde dyski recenzenckich komputerów trzeszczą w szwach.

W okresie od czerwca do połowy października label dostarczył piętnaście nowych płyt z muzyką improwizowaną, a w stadium pre-order czekają już cztery nowości listopadowe.

Jednoosobowej redakcji Trybuny Muzyki Spontanicznej trudno jest ogarnąć słowem tak dużą porcję muzyki, nawet, gdy jest ona w skończonej liczbie przypadków naprawdę interesująca. Zatem dziś pochylamy nad sześcioma płytami, tymi, obok których nie sposób przejść bez słowa komentarza - solowymi dokonaniami Evana Parkera (sprzed lat!) i Steve’a Swella, dwoma smakowitymi duetami – jednym kanadyjsko-niemieckim, drugim norwesko-amerykańskim, wreszcie pewnym włoskim kwartetem i amerykańskim trio. Tym albumom poświecimy dziś sporo miejsca. Pod koniec zaś tekstu nastąpi szybkie wylistowanie pozostałych dziewięciu albumów, które są już po światowej premierze (niektóre opatrzymy słowem komentarza).

So, welcome!



 

Evan Parker NYC 1978

Environ, Nowy Jork, październik 1978. Evan Parker – saksofon sopranowy i tenorowy. Sześć improwizacji, 68 minut.

Po niepublikowane nagranie koncertowe boga swobodnej improwizacji sięgamy niemal dokładnie 45 lat po jego rejestracji w nowojorskim klubie Environ. Wiosną tamtego roku Parker wydał wiekopomne Monoceros, jesienią koncertował w Ameryce Północnej. W połowie października odnajdujemy go w doskonałej formie, jego saksofon sopranowy (incydentalnie także tenorowy) brzmi wyjątkowo soczyście, a sama rejestracja została zrealizowana naprawdę porządnie, jak na kanony analogowych lat 70. ubiegłego stulecia. Pisaliśmy już na tych łamach, iż Parker wielokrotnie zmieniał historię gatunku, ale być może jego największy wkład w rozwój swobodnej improwizacji, to właśnie nagrania solowe, szczególnie te sopranowe. Reasumując – NYC 1978, to jedna z najważniejszych płyt ostatnich lat, niezależnie od tego, jak długo musieliśmy czekać na opublikowanie tego nagrania. 

Na nowojorski koncert składają się cztery kilkunastominutowe epopoje sopranowe i dwa kilkuminutowe interludia na tenorze. Pieśń otwarcia, to parkerowski klasyk – cyrkulacyjny oddech wprawia jego sopran w opętańczy taniec, który zdaje się nie mieć początku, ani tym bardziej zakończenia. Sound jest głęboki, delikatnie zabrudzony. Owa mantra nieskończoności dźwięku staje się udziałem Anglika także w dalszej części koncertu, ale tu, na jego starcie, jest szczególnie intensywna. Z kolei w trzeciej części sopranowa opowieść początkowo powstaje z krótkich, niemal urywanych fraz. Muzyk rysuje małe pętle, którym nadaje dość chropowaty sound, a na finał wpada w oddech cyrkulacyjny brzmiąc niemal post-barokowo. Piąta odsłona jest wyjątkowo filigranowa, budowana na dużej wysokości i niebywałej dynamice. W drugiej fazie tej improwizacji Parker na chwile przystaje, coś tam do siebie gada i znów rusza w tango. Ostatnia improwizacja przypomina spacer pasikonika po polnej łące. Delikatna, stepowa opowieść nabiera wszakże rumieńców dzięki melodyjności i rosnącej intensywności. Na zakończenie muzyk sięga po cyrkulację, którą wieńczy sekwencją luźnych oddechów. Dwie improwizacje na saksofonie tenorowym budowane są drobnymi frazami (część druga) lub ekspozycjami bardziej masywnymi, dronowymi (część czwarta). Zdaje się, że dają muzykowi niezbędne chwile wytchnienia pomiędzy sopranowymi eksplozjami.



 

Steve Swell For Rhina P. Espaillat

Czas i miejsce akcji nieznane: Steve Swell – puzon i trąbka kieszonkowa. Osiem improwizacji, 41 minut.

Solowa płyta amerykańskiego puzonisty powstała jak najbardziej współcześnie, choć nie wiemy dokładnie kiedy. Przynosi osiem wyjątkowo zgrabnych i dobrze zaplanowanych improwizacji. Ta pierwsza trwa ponad 18 minut i jest tu daniem głównym, pozostałe siedem udanie ją uzupełniają. Dodajmy, iż niezależnie od stosowanych technik wydobywania dźwięku z instrumentu dętego, blaszanego, Swell perfekcyjnie dba o dramaturgię, a każda jego ekspozycja ma swój rytm i dalece linearną, przemyślaną narrację.

Pierwsze kilka minut improwizacji otwarcia można określić mianem ciężkich narodzin pierwszego dźwięku puzonu. Szumiące powietrze, które łapie rezonans drżącej tuby, ciężko pracujące wentyle i oddychający muzyk, który co pewien czas wpada w dłuższy, na poły cyrkulacyjny oddech. Swell pierwsze bardziej śpiewne, zwarte frazy ze szczyptą melodii, wydaje po upływie siódmej minuty. Każda decyzja artysty, każdy wydobywany dźwięk ma tu swoje miejsce i jest realizowany z dużą pieczołowitością. Od nostalgicznych westchnień po taneczne, melodyjne podrygi, ze sporą wszakże porcją efektownie preparowanych fraz. Kolejne siedem improwizacji trwa po kilka minut i zdaje się prezentować różne stadia dekonstrukcji puzonowych odgłosów. Najpierw, to improwizacja dalece mechaniczna, jakby coś w tubie było precyzyjnie ugniatane. W kolejnej części tuba jest już zamknięta, a instrument jęczy w bólach. W części czwartej pojawiają się akcenty perkusjonalne i pocieranie metalu o metal. W części piątej garść matowych śpiewów … kieszonkowej trąbki. W części szóstej plejada szumów i przedechów, jakby ktoś zaciskał pętlę na szyi artysty. Przedostatnia opowieść smakuje post-industrialnie, wszystko w niej ze sobą rezonuje. Końcowa improwizacja chce być łabędzim śpiewem, ale skutecznie zablokowana tuba wydaje bukiety zmęczonych, spreparowanych odgłosów. Półśpiewne szemranie domyka ten jakże wyśmienity album.



 

Lina Allemano & Axel Dörner Aphelia

Studioboerne45, Berlin, wrzesień i listopad 2019: Lina Allemano – trąbki oraz Axel Dörner – trąbki. Osiem kompozycji/ improwizacji, 46 minut.

Berlińskie spotkanie trąbek, to chyba coś więcej niż dialog. Albumowe credits używa liczby mnogiej zarówno w odniesieniu do instrumentarium Kanadyjki, jak i Niemca, co więcej, wnikliwy odsłuch nagrania definitywnie pozwala stwierdzić, iż w wielu momentach narracji słyszymy więcej niż dwie trąbki. Samo nagranie broni się tu każdym dźwiękiem, choć zdaje się, że w wielu momentach zostało precyzyjnie zaplanowane i niekiedy odegrane jak spod batuty. Improwizacja oczywiście króluje, ale nie tylko ona stanowi tu o jakości trębackiego szczytu.

Początek nagrania zdaje się być odegrany wedle precyzyjnego scenariusza. Dwie, a nawet trzy trąbki płyną tu wspólnym strumieniem o niemal orkiestrowej sile rażenia, momentami brzmiąc niczym dekonstrukcja słynnego Concerto de Aranjuez. Utwór kończy wielosekundowa cisza, która jest częstym zabiegiem dramaturgicznym na tej płycie. Dwa kolejne utwory (połączone) bazują na dźwiękach preparowanych. Każda z trąbek frazuje teraz inaczej - jedna bywa sucha, inna wilgotna, jedna pracuje na wentylach, inna kreuje bardziej mechaniczne sytuacje foniczne. Pojawiają się także nieśmiałe akcenty perkusjonalne lub frazy przypominające syreny alarmowe. Kolejne dwie ekspozycje (także połączone), to niemal zwierzęca symfonia wyjców i kojotów, spuentowana strumieniami szumów i dronów. Druga z tych opowieści trwa wiele minut i w swej końcowej fazie syci narrację wieloma smaczkami brzmieniowymi. Artyści wchodzą tu niekiedy w bardzo gwałtowne interakcje. Opowieść piątą wieńczy trzyminutowe pasmo ciszy. Część szósta jest wysoko zawieszonym dronem, który przypomina nalot dywanowy, z kolei dwie ostatnie odsłony powracają do koncepcji preparowania dźwięku. Oba odcinki wyposażone są w dużą dawkę ekspresji – pierwszy karmi się tu dźwiękiem, drugi nieskończonymi pokładami szumów.



 

Frode Gjerstad with Matthew Shipp We Speak

Park West Studios, Brooklyn, Nowy Jork, listopad 2022: Frode Gjerstad – saksofon altowy, Bb clarinet oraz Matt Shipp – fortepian. Osiem improwizacji, 46 minut.

Norweski saksofonista i klarnecista, muzyk wielu talentów, wieloletni partner Johan Stevensa, swoje 75. urodziny świętował m.in. w Nowym Jorku. W pewnym zacnym studiu nagraniowym dokonał definitywnie udanej sesji nagraniowej w towarzystwie jakże uznanego pianisty z tamtych ziem. Dziś nagranie trafia w nasze ręce i uszy, a dwie konstatacje winny paść jeszcze przed umówieniem zawartości krążka We Speak. Po pierwsze - dawno nie słyszeliśmy Gjerstada w tak dobrej formie, po drugie - po raz kolejny możemy przekonać się, iż pianistyka Shippa bywa nieznośnie powtarzalna.

W trakcie sesji Frode częściej sięga po saksofon altowy. Bywa w tych sytuacjach bardzo kreatywny, bazuje na świetnym, nieco chropowatym brzmieniu, jest zadziorny, udanie prowokuje Matta do masywniejszych ekspozycji, a duetowa improwizacja nabiera free jazzowego sznytu. Gdy w grze uczestniczy klarnet, opowieści częściej nabierają kameralnego charakteru. Pianista, jak to ma w zwyczaju, nie stroni od post-klasycznych pasaży, które stosuje równie chętnie, jak intensywne przebieżki po czarnej stronie klawiatury. Warto podkreślić, iż w trakcie dłużnych narracji, jak choćby w części czwartej, norweski muzyk sięga zarówno po saksofon, jak i klarnet. Szósta improwizacja sprawia wrażenie zbudowanej na dużych emocjach i w pełni kolektywnej. Muzycy są tu wyjątkowo czujni, a pianistyczna narracja intrygująco mroczna. Najspokojniejszą częścią płyty wydaje się siódma improwizacja, w której powtarzalność pianistycznych fraz wydaje się być dość dotkliwa. Ostatnia improwizacja skutecznie kruszy jednak ambiwalencje recenzenta. Jest gęsta, rozkrzyczana, świetnie podsumowana altowymi lamentami i zasadnymi dramaturgicznie repetycjami piana.  



 

Colonna, Marraffa, Spera & Zanotti Red Planet

Area Sismica, Forli, Włochy, lipiec 2020: Marco Colonna – saksofon barytonowy i sopranowy, Edoardo Marraffa – saksofon tenorowy i altowy, Fabrizio Spera – perkusja, instrumenty perkusyjne, smyczek oraz Marco Zanotti – perkusja, instrumenty perkusyjne, kalimba. Pięć improwizacji, 59 minut.

Czterech włoskich artystów, wedle słów wydawcy w ramach pierwszego spotkania w tym układzie personalnym, odnajdujemy tu w swobodnej, post-jazzowej improwizacji zrealizowanej tuż po pierwszym covidowym lockdownie. Dwaj saksofoniści na wysokim poziomie kreatywności, zarówno w układzie duetowym, jak i solowym oraz dwaj perkusiści z dalece rozbudowanym zestawem instrumentalnym, niekiedy zbyt zapatrzeni w rytm i linearność swoich ekspozycji. Koncert, na który składa się set główny (trzy części w jednym strumieniu, czwarta w ramach dogrywki) i bis, toczy się na różnych poziomach intensywności. Od free jazzu do niemal post-folkowych ekspozycji. Z czwórką Włochów warto zatem spędzić czas od pierwszej do ostatniej sekundy albumu Red Planet.

Pierwsze trzy części koncertu trwają tu pełne 40 minut. Start jest spokojny, ze wszystkim elementami tzw. gry rozpoznawczej. Czuć rytuał rytmicznej narracji, którą kreują wszyscy uczestnicy spektaklu i duże skupienie ze strony dęciaków w zakresie wyznaczania nowych ścieżek i ciekawych zakrętów. Muzycy równie dobrze czują się w post-rytmicznych medytacjach, jak i w dynamicznych, niemal ognistych pasażach. W pierwszej części o wielu sprawach (także rytmicznych) decyduje tu saksofon barytonowy, w części drugiej prym zdaje się wieść saksofon sopranowy, który syci improwizację dużą dawką melodyki. W części trzeciej muzycy tracą dynamikę i sięgają do akcenty post-folkowe. Perkusiści chętnie budują tu dźwięki preparowane, nie gubiąc przy tym struktury rytmicznej całej ekspozycji. Na koniec tej części w muzyków wstępuje duch niemal colemanowskich, free jazzowych emocji. Z kolei w części czwartej improwizacja nabiera niekiedy brotzmannowskiego temperamentu. Bis, to typowa farewell song, zbudowana na delikatnym rytmie, pokreślonym brzmieniem kalimby. W ramach podsumowania dużo dobrego spotyka nas ze strony obu saksofonistów.




Michael Foster's The Ghost Vanished Pleasures

Pioneer Works, Red Hook, Brooklyn, Nowy Jork, styczeń 2023: Michael Foster – saksofon tenorowy i sopranowy, Jared Radichel – kontrabas oraz Joey Sullivan – perkusja, instrument perkusyjne. Dziewięć utworów, 66 minut.

Kolejna mocna pozycja w letnich premierach RPR! Post-jazzowe trio, które z jednej strony świetnie radzi sobie w swobodnych improwizacjach, wypełnionych mnóstwem preparowanych smakołyków, z drugiej jest w stanie konstruować bystre, nieprzegadane improwizacje mając na wejściu temat z melodią i zgrabnym pomysłem dramaturgicznym. Do tego dodać winniśmy świetny warsztat każdego z artystów i dużą kreatywność w sferze improwizacji. Szczególnie podobać się może kontrabasista, który wiele narracji, nawet tych ognistych, free jazzowych prowadzi na smyczku. Tytuł płyty nawiązuje do filmu Dereka Jarmana, okładka zaś stanowi deklarację lidera tria, co do jego sympatii dla undergroundowego ruchu gejowskiego. Nie ma to z punktu widzenia muzyki dużego znaczenia, ale sprawia, że Foster zdaje się być autentyczny w tym, co robi, nie tylko jako bardzo dobry instrumentalista.

Album otwiera swobodna improwizacja, pełna intrygujących dźwięków, uformowana w efektowne crescendo. W drugiej opowieści mamy z kolei śpiewny temat podany przez alt i bas, wyprowadzony na efektowną, free jazzowa prostą. Trzecia narracja zdaje się łączyć walory i stylistyki dwóch pierwszych utworów. To bystre free bazujące na kameralnie usposobionym smyczku kontrabasowym. Kolejne dwa odcinki otwiera kontrabasista, za każdym razem stosując odmienne środki wyrazy. Muzycy świetnie się tu czują w formule post-balladowej, której atrybuty gubią w procesie kolektywnej improwizacji. W kolejnych opowieściach przeplatają się wątki preparowanych, swobodnie kreowanych sytuacji i melodyjne tematy, ukrwione mocą wzajemnych interakcji. W najdłuższej, ósmej części mamy wszystko, co na tym albumie najlepsze. Szczególnie podobać się tu może post-barokowa ekspozycja kontrabasu. Saksofonista porcjuje nam emocje wyjątkowo udanie, bywa równie wyrazisty na tenorze, jak i na sopranie, któremu potrafi nadać prawdziwie dziką ekspresję. Album wieńczy pożegnalna opowieść, toczona w pogrzebowym tempie, ale nasycona dużą porcją saksofonowych szumów, a potem post-aylerowskich melodii i post-barokowych zdobień smyczka. No i drummer, o którym piszemy najmniej, bo on zawsze jest tam, gdzie być powinien.

 

*****

Pośród pozostałych premier lata i wczesnej jesieni dostrzegamy album szwedzkiego duetu bBb, prowadzonego od pewnego już czasu przez saksofonistę Martina Küchena i puzonistę Ola Rubina. Album zwie się Animal Quotes i przynosi porcję improwizowanych dźwięków podaną w sposób dalece performatywny. Szwedzi świetnie się tu bawią, nam trochę brakuje dramaturgii, ale trzeba przyznać, że w stosunku do poprzednich nagrań duetu, album pod względem brzmieniowym zrobiony jest bardzo porządnie.

Kolejny duet, to spotkanie saksofonistki Silke Eberhard i pianistki Céline Voccia. Płyta nazywa się Wild Knots i przynosi siedem zgrabnych improwizacji, którym bliżej do free jazzu niż zadumanej kameralistyki, choć opowieść przynosi mnóstwo dramaturgicznych subtelności.

Duet rodzinny Dietrichów Catch the Leaves, to spotkanie saksofonisty Dona i jego córki, wiolonczelistki Camille. Nagranie, to niespodziewanie spora porcja hałasu, co jest skutkiem zarówno metod wydobywania dźwięków przez muzyków, jak i bardzo bootlegowej jakości samego nagrania.

Z kolei kwartet dowodzony przez pianistkę i kompozytorkę Yvonne Rogers (Seeds), to nagranie bardzo bliskie jazzowego main-streamu i przeznaczone dla mniej wymagającego odbiorcy. W składzie poza liderką odnajdujemy tu kontrabasistę, perkusistę i wokalistkę.

Pozostałe albumy w omawianym dziś zestawie nowości, to solowe improwizacje. Wszystkie one prezentują młodych, bardzo mało znanych artystów z całego niemal świata. Każdy z nich wymaga być może jeszcze artystycznego szlifu i obycia w świecie totalnej improwizacji, tudzież w bezkresie kreowania dźwięków coraz bardziej wymyślnymi technikami rozszerzonymi, ale doprawdy każdy z prezentowanych albumów godny jest naszej uwagi. Nam najbardziej przypadł do gustu klarnetowy spektakl, pełen zadziornych fraz i bystrych preparacji, w wykonaniu Madison Greenstone, zatytułowany bardzo zasadnie Resonance Studies in Ecstatic Consciousness. Pozostałe albumy, to saksofonistka Kyle Jessen (Primitive), kolejna saksofonistka, tu dodatkowo wspierająca się feedbackiem, Camila Nebbia (Una ofrenda a la ausencia), multiinstrumentalistka Maria Valencia (Compendio de Alofonías Abisales) oraz trębacz Benjamin Vergara (The Impossibility of a Single Sound).  



 

wtorek, 19 września 2023

Swell, Tokar & Kugel For The People Of The Open Heart!


Spotkanie doskonałego amerykańskiego puzonisty Steve’a Swella z jedną z bardziej rozpoznawalnych i zgranych, europejskich sekcji rytmicznych, czyli Tokar-Kugel, nie mogło nie zakończyć się pełnym sukcesem. W tym zakresie nie ma zatem zaskoczenia, jest nim raczej fakt, jak wyśmienicie zrealizowali tu swoje zadanie ukraiński kontrabasista i niemiecki perkusista. Muzyczna elokwencja, precyzja każdego ruchu, dynamika, niesamowity groove godny porównania do pracy zamorskiego pierwowzoru, czyli Parker-Drake, wszystko to sprawia, że puzonista ma tu w zasadzie proste zadanie do wykonania – swobodnie płynąć na fali strumienia dźwiękowego kontrabasu i perkusji. Czyni to wszakże w wyjątkowo urokliwy sposób, zatem efekt całości po prostu rzuca nas na fale rozszalałego oceanu wspaniałej muzyki improwizowanej.

Opowieść dla ludzi o otwartych sercach zdaje się posiadać prawdziwie hitchcockowskie otwarcie. Najpierw trzęsienie ziemi, a potem jest jeszcze ciekawiej! Sprawdźmy szczegóły.



 

Pierwsza opowieść trwa ponad jedenaście minut i zdaje się konsumować wszelkie walory artystyczne albumu. Trio startuje na raz, z przełomami masywnego kontrabasu, zwinną perkusją i rozkrzyczanym od pierwszej sekundy puzonem. Skalista narracja nabiera tempa bez nadmiernego pośpiechu. Czasami popada w drobne didaskalia, ale nie traci mocy, nawet, gdy kilka zgrabnych kwestii dopowiada tu kontrabasowy smyczek. Pętle sekcji rytmu systematycznie gęstnieją, ale puzon nie odpuszcza choćby na ułamek sekundy. Pośród intensywnych podmuchów wspaniałości gemu otwarcia warto jeszcze odnotować passus perkusjonalnych zdobień Kugela oraz puzonowe preparacje budowane na delikatnym drummingu. Drugą część inicjuje perkusja, która w oczekiwaniu na przebudzenie kontrabasu pracuje jedynie przy akompaniamencie puzonu. Po chwili muzycy łykają tanecznego bakcyla i ruszają w kolejne zmysłowe tango. Trzecią opowieść otwiera dla odmiany puzon, który urokliwie preparuje. Podobny tryb pracy przyjmują pozostali, dzięki czemu ten fragment albumu śmiało zaliczyć możemy do tych pozornie wystudzonych, wysyconych licznymi plamami rezonansu. Kolejna opowieść w swej pierwszej fazie kontynuuje wątek dźwięków preparowanych. Gdy wydaje się, że cisza jest blisko, sekcja włącza autopilota i odpływa w przestworza kosmicznego groove.

Początek piątej opowieści należy do puzonu. Tu historia klei się z drobnych, urywanych fraz, pojawia się także smyczek i prawdziwie post-barokowe ornamenty. Swoje dokłada Kugel świecąc mocą perkusjonalnych akcesoriów. Po serii kilku rozhuśtanych i incydentalnie wystudzonych opowieści, szósty utwór swoją dynamiką rzuca nas na kolana. Od startu gęsty, siarczysty groove sprawia, iż narracja gna na złamanie karku. Kugel ma tu swoje solo, a Swell niespodziewanie sięga po flet, którym bez trudu podsyca płomień narracji. Taneczne, silnie stymulowane tempo rodzi kolejne emocje, a powrót puzon tylko dopełnia obrazu jednej z kluczowych, prawdziwie ognistych pieśni albumu. Siódma część początkowo zapowiada się na post-bluesową balladę, ale wraz z rozwojem sytuacji dramaturgicznej urokliwie przeistacza się we free jazzowy marsz. Ostatnie dwa utwory nie studzą emocji, serwując nam kolejne porcje melodii i tanecznego szyku. Ekspresja przyjmuje tu wysokie wartości, a perkusista zdaje się wpadać w trudną do opanowania furię. Finałowa narracja na starcie sprawia wrażenie delikatnie relaksującej, ale to tylko pozory. Nie ma tu pustych przebiegów do samego końca. Puzon rozgadany, jak przekupka na targu rybnym, kontrabas i perkusja, wielcy malarze twardych, wybuchowych pętli.

 

Steve Swell/ Mark Tokar/ Klaus Kugel For The People Of The Open Heart (Fundacja Słuchaj!, CD 2023). Steve Swell – puzon, flet, Mark Tokar – kontrabas oraz Klaus Kugel – perkusja. Nagrane w lutym 2020 roku, Evinger Schloss, Dortmund, Niemcy. Dziewięć utworów, 59:20.


*) niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana



wtorek, 27 grudnia 2016

Nate Wooley – Chorał polifoniczny


Jakżeby inaczej zwieńczyć pierwszy rok egzystencji Trybuny w sieci globalnej i setną już opowieść tu zamieszczaną, jeśli nie kolejną doskonałą płytą w dorobku Nate’a Wooleya, wyjątkowego trębacza, a także istotnego innowatora w zakresie podejścia do generowania dźwięku z prostego instrumentu dętego, blaszanego.

Doskonale się zatem składa, bo najnowsza płyta nowojorczyka świetnie wpisuje się w ów wątek innowatorski. Płyta zawiera muzykę na dwie akustyczne trąbki, nagrane w wersji live, czyli ewidentnie na żywo. Jednakże muzyków w procesie tworzenia przestrzeni akustycznej koncertu, wspiera specjalna, ośmiokanałowa instalacja. Stworzona ona została przez Wooleya na potrzeby Knockdown Center’s Auditorium Series. Czymkolwiek nie byłaby, zarówno ta inicjatywa, jak i owa zmyślna instalacja, z punktu widzenia słuchacza, zanurzającego się w dźwięki zawarte na płycie, nie ma to większego znaczenia. Dodajmy, iż drugim trębaczem jest tu Peter Evans, a całość nagrał, a potem zmiksował Jake Nussbaum. Trudno nam z perspektywy domowego zacisza ocenić poziom ingerencji w/w osobnika w materiał muzyczny na etapie postprodukcji. Ten wątek też proponuję dziś pominąć. Nie jesteśmy wszak w filharmonii, nie jesteśmy tym bardziej znudzonymi odbiorcami, pozbawionej wszelkich emocji muzyki współczesnej, byśmy musieli wspaniałą muzykę obudowywać tomem wyjaśnień, inspiracji kompozytorskich, czy opisu procesu wykonawczego. Przed nami Polychoral, niespełna 46-minutowa opowieść, podana w jednym traku i wydana przez belgijską oficynę MNOAD na srebrnym krążku, w limitowanym nakładzie.




Polifoniczny chorał rozpoczyna czysty, akustyczny dron, generowany przez dwie (?) trąbki. Brzmienie jest krystalicznie szkliste, a w głowie przemyka całkowicie zbędna myśl, by zapytać o szczegóły procesu wykonawczego. Puśćmy wodze fantazji. Ta podniebna akustyka wiedzie nas ku nieokreślonemu, w zupełnym oderwaniu od rzeczywistości. Słyszymy chór składający się z niezliczonej ilości głosów, który ma całkowicie nieludzki wymiar, docierają do nas dźwięki muzyki organowej, która ewidentnie nie ma cielesnej powłoki.

Jeśli chcielibyśmy w tym właśnie momencie otworzyć kajet recenzenta i odnieść Polychoral do innej, podobnej produkcji Wooleya (wtedy na trąbkę solo) The Almond, to ta muzyka, zwłaszcza na wstępnym etapie płyty, jest zdecydowanie bardziej delikatna, wręcz ulotna. Jeśli szukamy porównania do innej płyty duetu Wooley/ Evans (choćby High Society), to nie uświadczymy tu elektroniki, ani specjalnych amplifikacji. Żywa muzyczna struktura wiedzie nas za nos, budując swą narrację przez antynomie cicho-głośno, czy pojedynczy dźwięk-wielogłos. Muzyka jest monotonna, ale to przykład braku zwrotów dramaturgicznych, którego efektem jest rosnący poziom koncentracji po obu stronach sceny. Jeśli tylko starczy nam dziecięcej wyobraźni, poczuć się możemy częścią soundtracku do niepowstałej jeszcze części Gwiezdnych Wojen.

Gdy towarzyszący nam od pierwszej sekundy dron, ostatecznie wybrzmi, dostajemy się w wir skromnej wojny na trębackie przedechy (doświadczamy tego mniej więcej w 17 minucie). Po krótkiej chwili dron wraca, ale ma bardziej … anielską charakterystykę. Przekora doskonałych muzyków karze w tym miejscu postawić stempel przesteru. I tak się dzieje w istocie, dzięki czemu popadamy w delikatny dysonans poznawczy. To jest wszak żywa muzyka i ta oczywista konstatacja skutecznie buduje podwaliny pod nasz końcowy entuzjazm. Atmosfera koncertu z każdą chwilą robi się mniej anielska i ciekawie gęstnieje. W zaułkach dostrzegamy uśpione demony, które tylko czekają na moment swojego zaistnienia. Brzmienie instrumentów systematycznie się brudzi, a akustyczne, czyste dźwięki obu trąbek przesuwają się jakby na drugi plan, za kotarę pogłosu, atakując nasze receptory słuchu z oddali (30 minuta). Dźwięk się multiplikuje i mamy wrażenie, że trąbki zostały sklonowane (osiem kanałów robi swoje!). Znów dopada nas myśl, by dowiedzieć się, jak powstają takie akustyczne historie, ale boimy się postawić znak zapytania. Wielka orkiestra symfoniczna nieistniejącego radia publicznego gra multifoniczny, diabelski chorał, niczym nieuzasadniona nadzieja na przetrwanie dla tych, którzy genetycznie są jej pozbawieni. Tajemnicze głosy z offu, niczym stukot upadłych aniołów, bezskutecznie szukających swojej golgoty, drapią nas po karku. Na drodze stają nam kolejne akustyczne cuda – pokrętny bit (?), coś pulsującego, co próbując niszczyć membrany naszych uszu wysoką amplitudą drgań, po chwili przepoczwarza się w dron, który ma za zadanie stłamsić równomierny dotąd oddech słuchacza. Jakbyśmy zaczynali nową opowieść. Postaci niby takie same, ale narrator próbuje zaproponować nowy wymiar dla tej podróży. Spokój, jaki nas dopada jest jednak pozorny, to raczej defekt poznawczy, budujący lęk przed nieznanym. Czas uzmysłowić sobie jednak, dość oczywisty w sumie fakt, że wystawieni jesteśmy na pastwę … jedynie dwóch trąbek i pewnej tajemniczej, ośmiogłowej instalacji. Wooley i Evans, niczym krwiożerczy demiurgowie, prowadzą nas na skraj akustycznej nieoczywistości. Pulsacje, zmiany narracji intensyfikują nasze doznania. Finał koncertu zostawia nas zupełnie samych, z długą kolejką znaków zapytania, które pozwalają na obranie jedynie słusznego kierunku… Play It Again!!!!


****

Nate Wooley każdą swoją nową płytą podkreśla oczywistość tezy, iż jest jednym z najwybitniejszych współczesnych muzyków improwizujących. Niewątpliwie zaś w kategorii twórcze eksploracje możliwości sonorystycznych trąbki dzierży berło króla i nic nie wskazuje na to, by sytuacja ta w najbliższych latach mogła ulec zmianie.

Nie mniejszą radość niż obcowanie z nowościami Wooleya, sprawia także Panu Redaktorowi śledzenie starszych płyt, do których dotąd nie udało się dotrzeć. Dziś z niekłamaną radością chciałbym zarekomendować formację Blue Collar. Dekadę temu z okładem, w trakcie dwóch edytorskich ujawnień, tworzyła ją trójka muzyków. Doskonały nowojorski puzonista Steve Swell, japoński perkusjonalista Tatsuya Nakatani, no i nasz bohater na trąbce. Pierwszy krążek nosi tytuł Is An Apparition, a wydał go włoski label Rossbin, drugi zaś to Lovely Hazel, który dociera do nas dzięki kanadyjskiemu Public Eyesore (też stykacie z nazwami tych wytwórni po raz pierwszy?).




To drugie wydawnictwo przynosi dziewięć zwartych opowieści w czystej estetyce free improv, zatytułowanych wyłącznie przy użyciu cyfr. Niewiele wiadomo o samym nagraniu, co najwyżej domyślamy się, że powstało w warunkach studyjnych (w każdym razie bez oklasków). Swell i Wooley dokonują tu sonorystycznych cudów, iskrzy między nimi, nie brakuje konwulsyjnych przepięć energetycznych (dodajmy – całkowicie akustycznych). Japończyk drepta trochę z boku i raczej trzyma się swojego terytorium, udanie komentując szaleństwa dęciaków. Gdy w niektórych fragmentach stara się istotniej sygnalizować swoją obecność, a nawet próbować przejmować inicjatywę (rytm?), atmosfera całości spada o kilka kondygnacji, ale i tak trzyma się zdecydowanie nad ziemią i cieszy ucho od pierwszej do ostatniej minuty. Jeśli jakimś cudem znajdziecie się w pobliżu tego krążka, kupcie koniecznie i zróbcie kopię wszystkim znajomym!

Kończąc dzisiejszą opowieść, trzeba koniecznie zasygnalizować kolejną nową płytę Nate’a Wooleya. Tym razem będzie to trio z udziałem Chrisa Corsano (perkusja) i Sylvie Courvoisier (fortepian). Ukazała się ona dzięki Relative Pitch Records, a nosi tytuł Salt Task. Zapewne tuż po nowym roku, płyta ta do mnie dotrze i wtedy trochę o niej porozmawiamy.


Podziękowania dla Krzysztofa za umożliwienie odsłuchu omówionych dziś płyt. Liczymy na krótki komentarz w kwestii tajemniczej, 8-kanałowej instalacji, która wsparła w  istotny sposób finalny efekt Chorału Polifonicznego.



piątek, 16 września 2016

Sabir Mateen – Kolektywna Czwórka plus skromne resume pod pretekstem urodzin


Główny bohater doskonałego filmu Paolo Sorrentino Wielkie Piękno, znany włoski literat, w trakcie przyjęcia z okazji 65-urodzin, podsumowując poziom swojej życiowej motywacji, rzekł tymi słowami: W moim wieku nie mam już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mi przyjemności.

Sabir Mateen, doskonały amerykański saksofonista, klarnecista i flecista, nie dość, że kilka miesięcy temu osiągnął ów wspaniały rok życia, to jeszcze wydał właśnie w naszym prześmiesznym kraju całkiem smakowitą, freejazzową petardę! Przy okazji, rzucając okiem na jego dotychczasowy, niezbyt zresztą bogaty, dorobek artystyczny, odniosłem wrażenie, że dewizę życiową włoskiego literata, stosuje on od dawien dawna.

Rzeczony krążek, to Collective Four (ForTune, 2016), czyli zgodnie z nazwą, połączone siły saksofonów, klarnetów i fletów Sabira Mateena, puzonu Conny Bauera, kontrabasu Marka Tokara i perkusji Klausa Kugela. Zawiera dokumentację foniczną koncertu, jaki kończył sześcioprzystankową trasę kwartetu po naszym kraju, a miejsce miał w Lublinie, w grudniu roku ubiegłego*).




Ponad siedemdziesięciominutowe nagranie, podane w trzech odcinkach, zaprasza nas do bezgranicznego oceanu modelowego wręcz free jazzu. Zatem odpowiedni poziom ekspresji, luźno zadzierzgnięty scenariusz improwizacji, bez nutek, w oczywisty sposób sygnalizujących przebieg wydarzeń, wreszcie kompetentni wykonawcy. Ta czwórka dorosłych mężczyzn o dużej rozpiętości wieku (sekcja dęta śmiało mogłaby być ojcem kontrabasisty), zapewne grała ze sobą na tej trasie po raz pierwszy w życiu, ale że krążek zawiera szósty ich wspólny występ, fakt ten nie wpływa w żaden sposób na jakość muzyki. Oczywiście w tych okolicznościach nie oczekujemy od muzyków naszych ulubionych niewyczerpalnych pokładów synergii, ani kosmicznej telepatii, ale od początku do końca band działa sprawnie i przynosi moc artystycznych wrażeń.

Królem polowania jest tu bez dwóch zdań Sabir Mateen, który prowadzi grę, wspaniale improwizuje na kilku instrumentach (które wciąż zmienia w trakcie grania) i udanie inspiruje kolegów do kolektywnych przepychanek. Bauer udanie kreśli puzonowy background dla popisów saksofonisty, rzadziej biorąc proces improwizacji wyłącznie we własne ręce. Doskonale funkcjonuje sekcja ukraińsko-niemiecka. Zawsze jest na czas, świetnie trzyma w ryzach rytm dźwiękowych galopad. Kugel jest fachmanem dużego sortu i w wielu miejscach na mapie współczesnego free udanie znaczył teren. Tu nie jest inaczej. Czujny i punktualny, zwarty i gotowy na każde wydarzenie na scenie. Tokar, w sumie dzieciak w tym gronie (ledwie po 40-ce), w wielu fragmentach pięknie komentuje wyczyny dęciaków, precyzyjnie kooperuje z drummerem i jeszcze, gdy sytuacja dramaturgiczna tego wymaga, sięga po smyczek i robi urocze tło dla spokojniejszych pasusów Mateena na flecie lub klarnecie, czy też wyciszonych eskalacji puzonu Bauera. Smaczkiem nagrania są poetyckie recytacje Mateena, podawane w oparach delikatnej i wyciszonej improwizacji Tokara.


*****

Oczywiście osoba Sabira Mateena zawróciła mi na powrót głowę, dzięki nowemu wydawnictwu legendarnej nowojorskiej formacji Test, o której pisałem nie dalej, jak kilka dni temu. Tamże dyskografię grupy oraz istotną moc sprawczą Sabira w tejże kolekcji, podkreśliłem i skutecznie – mam nadzieję – uzasadniłem. Teraz zatem drobny przegląd innych, ciekawych płyt w dorobku muzyka. Jak już wcześniej wspomniałem, nie jest on zbyt obszerny, zatem objętość tego tekstu nie powinna przekroczyć dziesięciu tysięcy znaków. Innym słowy, istnieje spora szansa, iż czytając z ekranu będziecie w stanie zrozumienia aż do samego jego końca.

Pozycje fonograficzne, w których nazwisko Mateen pada przynajmniej w roli co-leadera, zaczynają się w zasadzie dopiero w okolicach połowy lat 90. ubiegłego stulecia. W poprzedniej dekadzie Sabir rezydował w Los Angeles i grywał głównie w sextecie Horace’a Tapscotta. Dopiero przeprowadzka do Wielkiego Jabłka, na przełomie dekady (?), sprawiła, iż Mateen odnalazł się scenie freejazzowej, przy okazji, co rusz napotykając na przyjazne mu dusze i okazje na konstruktywny dżob.

Z dzisiejszej perspektywy trzeba chyba uznać, iż terminowanie w ulicznym szaleństwie pt. Test było znaczącym i niezwykle istotnym doświadczeniem dla tego muzyka. Jak wiemy z poprzedniej opowieści, pierwszy krążek firmowany nazwą Test pojawił się dopiero w roku 1998. Pamiętamy także o ciekawym, zarówno z punktu widzenia muzycznego, jak i socjologicznego, dworcowym duecie z Tomem Bruno Getting Away With Murder.




Wcześniej, bo już jesienią 1995, powstał bardzo ciekawy materiał studyjny, który opatrzony został tytułem wykonawczym One World Ensemble. Grupę stworzyli, obok Sabira Mateena, jego lustrzane obicie z Test, czyli Daniel Carter, a także pianistka Yuko Fujiyma, kontrabasista Wilber Morris i perkusistka Susie Ibarra (nawet mniej opętanym nowojorskim freejazzem nazwiska te mówią naprawdę dużo). Płyta zwie się Breathing Together (Freedom Jazz, 1997), a jej tytuł mówi prawie wszystko o muzyce tam zawartej. Swobodna, silnie jazzowo ukorzeniona, improwizacja w nieśpiesznych tempach i nostalgicznych skalach. Ale skoro gra na niej Mateen, możemy być pewni, że poziom ekspresji będzie istotnie wysoki.




Okres wokół milenijnego przesilenia i problemu roku 2000, owocuje w dyskografii Mateena kilkoma znaczącym spotkaniami z weteranem free jazzowego bębnienia, Sunny Murrayem. Efekt fonograficzny, to aż trzy krążki – najpierw duet We Are Not At The Opera (Eremite Records, 1998), potem zaś dwie części opowieści Perles Noires Vol. 1 i 2 (Eremite Records, 2005). Od razu należy zaznaczyć, że płyty pod względem autorskim przypisane są perkusiście (przy czym pierwsza, to… Sunny Murray with Sabir Mateen), jednakże muzyka na nich zawarta jest na tyle swobodną improwizacją, a sprawczy udział Sabira istotnie znaczący, iż śmiało mogłyby one zostać podpisane nazwiskami obu muzyków (choć na tej drugiej utwory opisane są jako kompozycje lidera, jest nawet evergreen Ornette Colemana). Warto dodać, że smaczku wydawnictwu Perles Noires dodaje udział osób trzecich – w pierwszej części są to Dave Burrell (piano), Louis Belogenis (sax) i Alan Silva (bas), w drugiej zaś Oluyemi Thomas (klarnet basowy, sax) i John Blum (piano). Nie grają oni jednak razem –  na dyskach mamy duety, tria i kwartet. O ile te pozycje polecam z całą stanowczości, jako przykłady konkretnie wartościowego free, o tyle mniejszym entuzjazmem darzę płytę nieoperową, gdyż brzmi ona, jakby właśnie w wielkiej sali operowej została nagrana – perkusja jest zbyt głośna i płynie na zniekształconym pogłosie, zaś dęciaki Mateena są słabo słyszalne.

Pozostając przy wątku współpracy z perkusistami, nie możemy nie wspomnieć o fantastycznym duecie Mateena z Hamidem Drake’em Brothers Together (Eremite Records, 2002). O tej płycie miałem już okazję pisać dekadę temu, a dziś te kilka słów, podsumowujących jakże energetyczny i wręcz mistyczny projekt, odnajdziecie w archiwum Trybuny, w zakładce Vivo Fiendly Improvised.  Koniecznie trzeba też podkreślić znaczący udział Sabira w autorskiej i równie jak powyższy duet, doskonałej płycie Hamida Bindu (Rouge Art, 2005). Cztery kosmiczne dęciaki (także Daniel Carter, Greg Ward i Ernest Dawkins) zderzone z plemiennym drummingiem Drake’a ponad dziesięć lat temu skutecznie zryły mi beret i istotnie przewartościowały podejście do free jazzu. Majstersztyk!



Utyskując nad wątłością autorskich, czy też współautorskich, dokonań Mateena w wieku 65 lat, należy przewrotnie zauważyć, że zasoby tej muzyki byłoby jeszcze szczuplejsze, gdyby nie… Marek Winiarski i jego nieocenione Not Two Records. W katalogu tej krakowskiej wytwórni doliczyłem się bodaj dziesięciu tytułów z udziałem amerykańskiego saksofonisty! Przywołajmy na początek te z Sabirem w roli tytułu wykonawczego: duet z Matthew Shippem Sama (2009), kwintet z udziałem m.in. Frode Gjerstada i Steve’a Swella Sound Gathering (2010), duży skład z autorską muzyką komponowaną The Sabir Mateen Jubilee Ensemble (2012), trio z Michalem Bisio i Whitem Dickeyem Understory (2013), wreszcie wspólny występ z triem Ferrian/ Pissavini/ Quattrini The uneXpected (2013). Do tego zestawu winniśmy dodać udział saksofonisty w formacjach Steve’a Swella Slammin’ The Infinite i Rivers Of Sound, skutkujące łącznie aż czterema krążkami w katalogu NT (można się jedynie spierać, która z nich jest doskonalsza), a także równie smakowity koncert formacji Frode Gjerstad/ Paal Nilssen-Love Project Hasselt (2013), który nie byłby tak frapujący bez drżących i co rusz eksplodujących dęciaków Mateena.




Jeśli na moment zostaniemy jeszcze przy dokonaniach naszego dzisiejszego bohatera w roli muzyka istotnie wzmacniającego efekt końcowy, ale niewymienionego z imienia i nazwiska na okładce krążka, należy z całą bezwzględnością wskazać doskonałe płyty kwartetów Marka Whitecage’a, innego wspaniałego saksofonisty z tamtej strony Atlantyku – myślę tu przede wszystkim o Other Quartet Consensual Tension (CIMP, 1998) i … Other Other Quartet Reserach On The Edge (CIMP, 1999). Przy odsłuchu obu płyt ślinię się obficie także dzięki różnym, ale jakże fascynującym sekcjom rytmicznym (na pierwszej Joe Fonda/ Harvey Sorgen, na drugiej Chris Dahlgren/ Jay Rosen).




Wracając do autorskich płyt Mateena – odnajdziemy w jego dyskografii trio (Divine Mad Love, Eremite, 1997), kwartet (Other Places Other Spaces, Nu Bop, 2008), a także kwintet (Secrets Of When, Blue Regard, 2001). Zaś naszą dzisiejszą opowieść zakończymy… formacją o bardzo długiej nazwie, którą wszelako należy koniecznie zapamiętać, bo jej jednopłytowy dorobek zwieńczyć może jedynie kolejny epitet recenzenta w pozycji na kolanach. Od dekady jest już z nami krążek kwintetu, który przyjął nazwę Sabir Mateen’s Shapes, Texture and Sound Ensemble. Dysk nazywa się Prophecies Come To Pass (577 Records, 2006). Liderowi towarzyszą – Steve Swell (puzon), Mat Lavelle (trąbka, kornet, flugelhorn), Mathew Heyner (kontrabas) i Michael Thomas (perkusja). Ekstatyczna, gęsta i ekspresyjna muzyka autorska Mateena, wyniesiona drogą konstruktywnej improwizacji, na kosmiczny szczyt. Jeśli dawno jej nie słuchaliście, zróbcie to koniecznie. Jeśli jej nie znacie, … wiecie z pewnością, co natychmiast winniście uczynić!


*) Konieczne jest doprecyzowanie faktów – do składu Collective Four, aranżowanego na ubiegłoroczną, jesienną trasę po Polsce zaproszony został młodszy brat Conny’ego, Johannes Bauer. Niestety na tyle silnie podupadł on wtedy na zdrowiu, iż na koncerty w zastępstwie przyjechał ów starszy z braci. Jak niestety doskonale wiemy, kolejny rok przyniósł jeszcze smutniejsze wydarzenie – od szóstego maja nie ma już Johannesa wśród żyjących. Ta płyta to swoisty hołd jego pamięci.

sobota, 28 maja 2016

Gjerstad, Dragdör, LUME, Frith, Malaby, Starlite Motel, Daisy, Reed, Swell, Kaiser, Fire! Orchestra, Crispell – …2016 jednak trwa, czyli zbiorówka majowa


Rok 2016 bezczelnie trwa, muzycy sceny improwizowanej tworzą nutki na potęgę, zatem jest na czym codziennie zawiesić ucho. Dla niektórych stanowi to przy okazji wystarczający powód do plecenia opowieści o przewadze urody nad mądrością, stymulujące chęć posiadania zmaterializowanej formy dźwiękowej tychże muzycznych prokreacji. O tak! są tacy, którzy wciąż wydają pieniądze na muzykę, co więcej – na ich niezwykle poręczną formą kompaktową!

Wasz Autor, z pomocą rubryki Odsłuchy Premierowe – wstępne rekomendacje, smaga te wszystkie nowe produkcje bardzo ograniczoną paletą kolorów, poczynając od krwiście czerwonego low (słabizna!), poprzez swojską żółć middle (takie sobie…), aż po kojącą zieleń high (jest dobrze!).

Tegoroczny maj, jak i cały 2016 rok, nieźle wywija, także w aspekcie kalendarzowym – niespodziewanie mamy w nim drugi już długi weekend! Podczas pierwszego z nich popełniłem tzw. zbiorówkę kwietniową, dziś zatem czas – co oczywiste – na zbiorówkę majową. Czyli wszystko to, co trafiło do moich odtwarzaczy w trakcie ostatnich czterech tygodni, niech stanie na baczność! Będziemy stawiać cenzurki!!!


Frode Gjerstad Trio  Steam In The Casa (PNL Records, 2016)

Frode Gjerstad i jego norweska edycja tria (Strom, Nilssen-Love) w nieustannej podróży. W ostatnich latach była i Japonia, i Rosja, i USA (co wynika choćby z listowania miejsc, gdzie trio rejestrowało koncerty, wydawane później na płytach). Tym razem pora na Kanadę i jedno z ulubionych miejsca do grania Frode’ego – Casa Del Popolo w Montrealu. Spotkanie bardzo świeże, bo z końca listopada ubiegłego roku.




Ta dźwiękowa pocztówka z podróży przynosi niewiele ponad 37 minut muzyki (ewentualne dłużyzny szybko zatem zyskały status delated files), podzielonej na pięć zgrabnie zatytułowanych opowieści. Panowie znają się jak łyse konie, zatem jakość interakcji, wewnętrznej chemii i uzasadnionej działaniem w grupie synergii - na poziomie zdecydowanie ponadprzeciętnym. Choć osobiście, w tej trzyosobowej zabawie w stosunkowo swobodną improwizację, ciągle oczekiwałbym więcej od kontrabasu Jona Rune Stroma. Po prawdzie lokalna edycja tria Gjerstada bardziej rwała mi trzewia, gdy za struny podobnego instrumentu szarpał jego poprzednik, Oyvind Storesund (choćby na genialnym St. Louis).

I ciekawy przyczynek do bogatego już zbioru opowieści o losach muzyka w trasie – na lotnisku uszkodzeniu ulega ulubiony saksofon altowy Gjerstada (strata w postaci trzech dolnych „piór”). Próby na pożyczonym sprzęcie nie satysfakcjonują muzyka – postanawia grać na uszkodzonym. Efekt końcowy zadowala zarówno jego, jak i tych, którzy słyszą dokumentację dźwiękową na udanym kompakcie, który bezdyskusyjnie znaczymy mocno zielonym high.


Dragdör  Escape Velocity (Self Released, 2016)

A teraz skromna wycieczka w nieznane…Muzycy, których personalia są mi całkowicie obce, chyba młodzi (tak wychodzą na fotach), prawdopodobnie z niemieckiego obszaru językowego i formacja o kapitalnie brzmiącej nazwie Dragdör. Ingo Weiss na saksofonach  i żywej elektronice, Alexander Holtz na analogowych syntezatorach, Leon Lissner na kontrabasie i Kuno Wagner na perkusji. Płyta wydana własnym sumptem, na której pomieściła się opowieść w trzech częściach.




Wyjątkowo nieśpieszna to opowieść, za to twardo osadzona na rdzeniu sekcji, która rżnie rzeczywistość studyjną na nierówne części. Kilka szumiących kabli, interesująco mutowany saksofon, analogowy sound klawiszy – wszystkie te dźwięki plotą na tle owego rdzenia pajęczynę małych wojenek improwizacyjnych. Warto się wgryźć w tę zabawę i absolutnie nie odpuszczać po pierwszym podejściu (być może dość trudnym). Muzycy bezczelnie drwią sobie z naszych przyzwyczajeń i zbyt prostych skojarzeń. Sporo tu zaskoczeń i nieoczywistych pomysłów. No i ta fantastyczna okładka. High bez dyskusji!


LUME (Lisbon Underground Music Ensemble) Xabregas 10 (Clean Feed Records, 2016)

Pozostajemy w strefie dużego niedoinformowania, albowiem także nazwiska muzyków, którzy sformowali Zespół Muzyki Podziemnej z Lizbony, niewiele mówią Waszemu Autorowi. Może niektóre wydają się nieco znajome, ale chyba spotykamy tu jedynie młodszych braci i takież siostry (imiona jakoś mniej pasują do nazwisk).
Cztery zatytułowane historie prezentuje nam naprawdę rozbudowany aparat wykonawczy – aż szesnastu muzyków, którzy dzierżą w swych upoconych dłoniach 3 trąbki, 3 puzony, 5 saksofonów, flet, klarnet, a do tego bardzo elektryczna, trzyosobowa sekcja. Xabregas 10 zarejestrowano na festiwalu lizbońskim Jazz Em Agosto dwa lata temu.




Bardzo dynamiczna to muzyka, mocno tkwiąca w aspekcie rytmicznym w prostych metrach, charakterystycznych dla muzyki rockowej, czy mniej zobowiązującego fussion. Wszakże gigantyczna sekcja dęta robi swoje i nie pozwala, byśmy stracili zapał do tej produkcji. Całość jest dość precyzyjnie zaaranżowana, przestrzeni na improwizacyjne szaleństwa nie za wiele, ale bardzo sprawnie tupie się przy tej muzyce nogą i ma się nieodpartą chęć, by zrobić coś pozytywnego dla umęczonego świata codziennego. A i trzy kwadranse koncertu mijają w mgnieniu oka, zwłaszcza w kontekście niezwykle szalonego i hałaśliwego finału.

Mimo gigantycznej sympatii dla Lizbony i wszystkiego, co jej dotyczy, pozostajemy przy rekomendacji middle, przy okazji mając nadzieję na uczestnictwo w tegorocznym Jazz Em Agosto (psssst!).


Fred Frith/ Darren Johnston  Everybody’s Somebody’s Nobody (Clean Feed Records, 2016)

Weteran rockowej awangardy, gitarzysta Fred Frith nigdy nie stronił od grania muzyki swobodnie improwizowanej, także w kooperacjach z bardziej wymagającym sortem improwizatorów (by przypomnieć Anthony Braxtona). Szczególnie w bieżącej dekadzie nie brakuje ambitnych duetów z jego udziałem (Lotte Anker, Barry Guy, John Butcher – cytuję z pamięci). Tym razem randka we dwoje z amerykańskim trębaczem Darrenem Johnstonem. Z tym ostatnim zetknąłem się przy okazji tria Spectral, gdzie wpuszczony pomiędzy tygrysie saksofony Dave’a Rempisa i Larry’ego Ochsa, spokojnie daje sobie radę (dwie edycje, które warte są kilku ciepłych słów na Trybunie – zapewne niebawem).



Na krążku dla portugalskiego Clean Feed, Darren gra czystym tonem, nie stosuje amplifikacji, zatem zdany jest w żmudnym procesie improwizacji wyłącznie na własny pomyślunek. Z tym ostatnim – w konfrontacji z delikatnie przynudzającym na gitarze elektrycznej Frithem – nie jest niestety najlepiej. Na płycie o nieco pokracznym tytule mamy aż jedenaście zwartych, acz niegalopujących dokądkolwiek opowiastek, ale nawet w tych dość krótkich interwałach, muzycy nie są mnie w stanie porwać, ani czymkolwiek, choćby na moment zachwycić. Frith, jak to bywa często w jego improwizacjach, wydaje się dość przewidywalny, Johnstone zaś chyba nie do końca ma pomysł na ten duetowy eksces. Rockowiec szuka uparcie rytmicznej bazy, a jazzman pretekstu do improwizacji. Rzadko ich wysiłki odnajdują punkty wspólne. Rekomendacja zatem nie może być inna – ledwie middle, mocno pikujące w kierunku low.


Tony Malaby Paloma Recio  Incantations (Clean Feed Records, 2016)

Bardzo jazzowa, nowojorska produkcja z Tony Malabym, jako zasadniczym tytułem wykonawczym. Temu już nie młodemu saksofoniście przypiąłem onegdaj łatkę bardzo kompetentnego rzemieślnika i niech tak już pozostanie. Do kwartetu Paloma Recio zaprosił sprawną sekcję (Opsvik, Waits) i ciekawego gitarzystę z prądem Ben Mondera. Z jego chwilami bardzo nieśpieszną narracją zetknąłem już jakieś dwadzieścia lat temu, gdy jako początkujący fan dźwięków nieoczywistych, z lubością zachwycałem się nowojorską sceną Downtown.




Inkantacje przynoszą cztery fragmenty improwizacji o jasno zarysowanych parametrach i bez zbędnych niedomówień, pozwalają z łatwością przez siebie przebrnąć. Po prawdzie dziwna i nierówna to płyta. Nieznośnie swingujące i banalnie serwowane tematy (o zgrozo, bliskie krainie łagodności nieomal!), potrafią przeradzać się w bardzo intrygujące improwizacje, zwłaszcza w duecie sax-gitara. Raz potrafią osiągnąć intensywność iście free jazzową, okraszoną naprawdę piorunującymi improwizacjami (Malaby!), innym razem – wykorzystując ową nieśpieszną narrację Mondera – potrafią pięknie odjechać w odmęty, pachnącej odrobiną szaleństwa, smakowitej psychodelii. Sam nie wiem, co o tym wszystkim myśleć… Mam taki program do cięcia plików muzycznych, może wykroję z trzech kwadransów Incantations jakiś genialny mini longplay! W pełnym wszakże rozmiarze – jedynie middle.


Starlite Motel  Awosting Falls (Clean Feed Records, 2016)

Uwaga, będzie gęsto! Oczywiście mam na myśli ilość dźwięków na centymetr sześcienny czasoprzestrzeni! Kristoffer Berre Alberts - alt i tenor, Jamie Saft – hamondy i moogi, także gitara, Ingebrigt Haker Flaten - basy elektryczne i inne szaleństwa w niskich częstotliwościach, wreszcie Gard Nilssen – perkusja i stosowna elektronika.




Już sama lektura instrumentarium tych czterech muzyków wiele nam powie o tej muzyce. I tak jest w rzeczy samej! Siedem fragmentów opatrzonych tytułami, nagranych studyjnie półtora roku temu. Panowie drapieżnie wydzierają sobie przestrzeń, jest głośno (wbrew tytułowi trzeciego fragmentu, The Art Of  Silence), nie brakuje drobnego przekrzykiwania. Kompletnie nic do powiedzenia nie ma saksofonista (świetnie pasowałby do wszelkich rockowych projektów Matsa Gustafssona!). Zapewne znajdą się tacy, którym adrenalina pójdzie w górę przy takiej dawce emocji. Ja raczej pozostanę na pozycji lekko wycofanej i nie padnę z zachwytu, pozostając przy wstępnej, żółtej rekomendacji (middle), nawet bez spoglądania w kierunku zielonym.


Trio Red Space (Jeb Bishop/ Mars Williams/ Tim Daisy)  Fields Of Flat (Relay Recordings, 2016)

Tim Daisy nie jest może jakimś szczególnie wybitnym perkusistą, ani nadmiernie genialnym improwizatorem, ale z pewnością niebywale ambitny i pracowity to artysta. Nagrywając jedną płytę na tydzień z takim Kenem Vandermarkiem, prowadząc kilka własnych, czasami całkiem udanych projektów, mam też czas, by w ramach prywatnego labelu Relay Recordings bawić się w komponowanie, powoływanie nowych inicjatyw muzycznych, czy korelowanie ze sobą zupełnie przyzwoitego sortu improwizatorów (być może drobny przegląd działań Tima w ramach RR przydałby się na Trybunie).




Przykładem właśnie tych ostatnich działań jest Trio Red Space, gdzie dynamiczne i melodyjne bębnienie Tima (czyli tak, jak lubi najbardziej) stanowi inspirującą bazę dla kolektywnych improwizacji puzonu Jeba Bishopa i tenoru, tudzież sopranu Marsa Williamsa (wydaje mi się, że w tym gronie nie musimy przypominać artystycznego dorobku obu Panów).

Nagranie – jak wiele na RR – dostępne jest jedynie w wersji elektronicznej, a trwa mniej niż dwa kwadranse, zatem cieszyć się winniśmy każdym pojedynczym dźwiękiem. I tak jest – bez dwóch zdań. Williams w formie równie wyśmienitej, jak tydzień temu, na  poznańskim koncercie Switchback, Bishop piłuje aż miło, a Daisy dodaje ognia. Mimo pierwotnych wątpliwości – rekomendujemy na zielono (high!).


Mike Reed’ s People, Places & Things  A New Kind Of Dance (482 Music, 2015)

Mike Reed, częsty bywalec poznańskiego Made In Chicago, to niezwykle aktywny i pracowity muzyk. Jego doskonały tegoroczny koncert na rzeczonym festiwalu (Flesh and Bones), skutkował u mnie osobiście m.in. wejściem w stan posiadania stosunkowo świeżego krążka Nowy Rodzaj Tańca, jego stałego w sumie projektu (przepraszam, nie znam lepszego określenia) – Ludzie, Miejsca i Sprawy. Tak się bowiem składa, że Reed nie zwykł nagrywać płyt bez powodu. Tzn. bez jasnego pomysłu na to, o czym ona będzie. Innymi słowy, Mike gra na temat i tego się trzymajmy. Ten akurat przypadek, to pokłosie refleksji, jak naszła Reeda w kontekście śmierci ojca free jazzu, Ornette Colemana. Otóż jego ulubioną płytą tego muzyka jest Dancing In Your Head, skąd inąd doskonała harmolodyczna muzyka do … tańca (druga połowa lat 70.).




A New Kind Of Dance – to zbiór bardzo tanecznych, jazzowych piosenek, zarówno skomponowanych przez Reeda, jak i paru innych, nawet bardziej historycznie zasłużonych (taki Ellington), podanych wszakże bardzo nowocześnie i smakowicie wyimprowizowanych. Bo kolega Reed, przy natłoku różnych mniej lub bardziej szalonych pomysłów, ma także właściwych ludzi do ich realizacji, takich jak choćby Jason Roebke (b) i Greg Ward (as). Obu panów miałem okazję podziwiać na tegorocznej edycji festiwalu MIC i dałem temu wyraz w poprzednim poście Trybuny. Tu odnajdziemy także choćby Matthew Shippa, który zgrabnie dynamizuje swoim fortepianem kilka fragmentów płyty.

Oczywiście ta taneczna propozycja Mike’a Reeda nie zrewolucjonizuje współczesnej sceny jazzowej, ba, nawet nie doczeka się u mnie zielonej rekomendacji, ale słucha się jej wyśmienicie, zwłaszcza w aucie, np. w trakcie dramatycznego korka, który do niczego konstruktywnego nie prowadzi. Czyli mocne middle, jakkolwiek!


Steve Swell Kanreki: Reflection & Renewal (Not Two Records, 2015)

Dziwna to płyta - nie do końca zrozumiały zamysł wydawcy i wybór nagrań muzyka. Trochę jakby Steve Swell, nasz ulubiony free jazzowy puzonista i stały uczestnik edytorskiej inicjatywy Marka Winiarskiego - Not Two Records, wygrzebał z szafy (komputera) zapomniane nagrania, których nikt do tej pory nie chciał wydać, a następnie dotargał je do Krakowa, celem umieszczenia na płycie.

Na dwóch dyskach znalazło się aż siedem różnych okazji, tak koncertowych, jak i studyjnych, powstałych w latach 2011-14. Na liście płac - aż 18 muzyków. W sumie why not? Jedyny mój problem z tym wydawnictwem jest w sumie taki, że trudno je pochłonąć na raz i to wcale nie dlatego, że muzyka jest jakaś szczególnie trudna. Diabeł tkwi w ogromnym rozrzucie stylistycznym poszczególnych nagrań (od ostrego free, przez nudnawy mainstream, po kameralistyczne zabawy na improwizujący kwartet klarnetów, wreszcie surowe i piękne free improvisation), a także w sposobie ich segregacji.




Kanreki zaczyna się ponad półgodzinnym, koncertowym hałasem, jaki wygenerował kwartet Dragonfly Breath (znany ze studyjnej rejestracji, także Not Two). Jeśli przetrwamy ten interwał, wiedzmy, że wszystko, co najgorsze, jest już za nami -  a dalej będzie tylko lepiej, a nawet chwilami wspaniale!

Pominę może drobny kwintet z udziałem Kena Vandermarka i Magnusa Broo, bo siedmiominutowy pasus nie daje w ogóle pojęcia, czym to spotkanie mogłoby być.
Od trzeciego fragmentu Kanreki, ostro wkraczamy w świat kameralistyki i wolnej improwizacji. Najpierw, wspomniany już wcześniej, kwartet klarnetowy (Swell w roli dyrygenta), potem smakowity duet puzonu z wokalistą (Thomas Buckner). Drugi dysk, to już prawdziwe perły. Zaczynamy od drobnego incydentu na puzon solo. Zaraz potem wyśmienite trio – Steve Swell, Fred Lonberg Holm (c), Guillermo Gregorio (cl) - w aż trzech fragmentach koncertowych. Wreszcie na koniec niemniej frapujący kwintet na puzon, alt i instrumenty strunowe. Miód!

Reasumując – trudno ocenić ten krążek jako całość. Początek w oczywisty dla mnie sposób mieni się wieloma odcieniami czerwieni (low!), potem lekko przechodzimy przez spektra koloru żółtego (middle!), by pod koniec dysku pierwszego śmiało wkroczyć w obszar zieloności (high!). Cały drugi krążek mieni się tą barwą okrutnie. Kanreki to materiał na co najmniej dwa samodzielne krążki. Czas zatem na prywatną kompilację tych nagrań. Nawet mój starodawny komputer winien dać sobie z tym radę.


Chris Cogburn/ Henry Kaiser/ Steve Parker/ Damon Smith  Nearly Extinct (Balance Point Acoustics, 2016)

Spotkanie czterech muzyków, poczynione zdecydowanie w celu uprawiania swobodnej improwizacji, opatrzone zostało w procesie edytorskim tytułem Nearly Extinct. Gitarzysta Kaiser jest osobą, z którą nawet początkujący fan muzyki improwizowanej musiał się choć raz zetknąć. Podobnie rzecz się ma z kontrabasistą Damonem Smithem (tu: amplifikuje swój instrument). Trochę inaczej sprawa wygląda w przypadku pozostałych uczestników tego spotkania. Z perkusistą Chrisem Cogburnem, mimo bardzo kowbojskiego nazwiska, spotykam się raczej po raz pierwszy, podobnie jak z puzonistą Steve’em Parkerem.




W trakcie studyjnego spotkania w Texasie, muzycy zrealizowały siedem improwizacji, które po opatrzeniu stosownymi tytułami wylądowały na srebrnym na krążku wydawnictwa Balance Point Acoustic (wydaje trochę nagrań Henry Kaisera). Wbrew nazwie labelu, zgodnie wszakże z naszą pamięcią, rzeczony Kaiser operuje na gitarze z prądem. Zabawa improwizacyjna jest zwarta, zadziorna, choć zazwyczaj w tempach popołudniowych. Gitarzysta ciekawie ucieka w drobną psychodelię, w czym wtóruje mu sążnisty sound basu – uwaga! oba instrumenty lubią pohałasować i potaplać się w przesterach. Puzonista – subtelny dysonans! - kwili czystym dźwiękiem, stojąc przyczajony pomiędzy membranami ciekawie wibrującej perkusji.

W tym kardynalnie udanym spotkaniu na polu swobodnej improwizacji, niewątpliwie godna uwagi jest … okładka płyty, którą uznać można za skromny przewodnik po świecie muzyki improwizowanej, zdecydowanie w historycznym ujęciu. Kto rozszyfruje wszystkie terminy bez wspomagania się siecią globalną, dla tego gigantyczny szacunek i ocean satysfakcji! A przy okazji  - okładka ta mogłaby spokojnie stanowić logo Trybuny. Bardzo celne tropy! Rekomendacja? Bez cienia wątpliwości pozostajemy przy high.


Fire! Orchestra  Ritual (Rune Grammofon, 2016)

Orkiestra Ogniowa to rozbudowana personalnie wersja noisowo-rockowego pomysłu Matsa Gustafssona - Fire! Rytuał zaś, to trzecia edycja płytowa. Na deskach stockholmskiego studia aż 21 osób, mniej lub bardziej znanych muzyków skandynawskich (z wisienką na torcie w postaci portugalki Susany Santos Silvy!). Muzycznie biegamy wg wyraźnie wyznaczonego toru rytmicznego (to rock!!!), który podawany tak przeludnionym aparatem ludzkim brzmi doprawdy potężnie. Wszystko inkrustowane jest drobnymi popisami solowymi, podczas których przez ułamki sekund możemy przypomnieć sobie, że grają tu… jednak wytrawni muzycy improwizujący. I mógłbym w tym momencie zacząć długi proces narzekania, wychodząc z punktu widzenia fana, który oczekuje więcej. Ale w sumie po co…




Ritual po prawdzie…. bardzo mi się podoba. Być może to jedna z bardziej komunikatywnych i fajnych w odbiorze płyt, jakie trafiły na majową zbiorówkę. Można potańczyć, można pozdzierać gardło, można usłyszeć prawdziwie metalową gitarę, a w końcu silnie zachwycić się wokalnymi popisami dwóch panien (pań?) – Mariam i Sofii – które po prostu pięknie i niezwykle dynamicznie śpiewają (co zresztą udanie koreluje z ekspresyjną muzyką, konstruowaną przez pozostałą dziewiętnastkę muzyków). Te śpiewy, te czupurne i lekko psychodeliczne wokale śmiało przywołują w mojej pamięci debiut Return To Forever Chica Corei sprzed ponad 40 lat. Ale jazda!!!

Z czystej przekory pozostaję przy rekomendacji middle, ale ze zdecydowaną zieloną podpórką!


Marilyn Crispell/ Erwin Ditzner/ Sebastian Gramss  Free Flight (Fixel Records, 2016)

Richard Poole/ Marilyn Crispell/ Gary Peacock  In Motion (Intakt Records, 2016)

Na koniec naszej nieco rozgadanej zbiorówki majowej, dwa tria fortepianowe, czyli ekspozycje leżące na ogół niezwykle daleko od - z pozoru  nieograniczonych - pokładów mojej muzycznej atencji. Skoro jednak w odtwarzaczu wylądowały dwie rejestracje z udziałem dawno niesłyszanej, wspaniałej amerykańskiej pianistki, Marylin Crispell, to nie możemy ich nie podsumować kilkoma choćby zdaniami.
Historia muzyki improwizowanej nigdy nie zapomni Marylin lat jej cudownego terminowania w genialnym kwartecie Anthony Braxtona (1983-1995). Czyni ją to absolutnie nieśmiertelną, przynajmniej na polu zainteresowań Trybuny.




Pierwsze z nagrań jest koncertową okolicznością, zrealizowaną w Niemczech w listopadzie 2010r., drugie zaś okazją studyjną, poczynioną w Stanach ciągle Zjednoczonych, w listopadzie 2014r. Muzycy towarzyszący Crispell w obu incydentach, z mojego punktu widzenia, zdają się dalece nieistotni, choć nazwisko takiego Gary’ego Peacocka mówi nam przecież wiele. Zresztą duch tria Keitha Jarretta, który wyniósł nudę do rangi sztuki jakieś 40 lat temu, istotnie panuje nad drugą z omawianych tu płyt. Pozwólcie zatem, że komentowanie In Motion zakończę na tym epitecie.




Zdecydowanie mniejszą stratą czasu jest słuchanie, czy wręcz zasłuchiwanie się we Free Flight – w każdym razie tytuł, jak najbardziej stosowny. Niespełna 50 minutowy zapis naprawdę udanego koncertu, pokazujący dobitnie, jak Crispell świetnie radzi sobie w dalece swobodnej, acz kameralnej i wyczulonej na pojedynczy dźwięk, improwizacji. I rzadka cecha u pianisty w formule free – umiejętność operowania ciszą, zaniechaniem, oczekiwaniem na ruch współpartnera. Mam nieodpartą ochotę na skromne high, wszakże z lekką podpórką middle.