Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Bożek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marcin Bożek. Pokaż wszystkie posty

środa, 9 kwietnia 2025

Dwa duety, to kwartet - prosta matematyka kolejnej edycji koncertowej Spontaneous Live Series


(informacja prasowa)

 

Siedemdziesiąta druga edycja cyklu koncertowego Spontaneous Live Series, odbywającego się już siódmy rok pod patronatem Trybuny Muzyki Spontanicznej i Dragon Social Club, kontynuuje free jazzową estetykę, jaką zaproponowano w edycji poprzedniej, umiejscowionej na osi czasu pod koniec marca br.

Pomysł na sobotni wieczór 12 kwietnia wydaje się banalnie prosty: oto dwa ogniste duety swobodnego jazzu najpierw poderwą nas do lotu w dwóch separatywnych setach, a potem – oczywiście po raz pierwszy w historii wszechświata – zjednoczą siły w jeszcze gorętszym kwartecie. Wielkie emocje w pełni gwarantowane!

W pierwszej kolejności czeka nas spektakl krajowy w wykonaniu pracującego już niemal dwie dekady duetu Olbrzym (saksofonista Tomek Gadecki) i Kurdupel (akustyczny basista Marcin Bożek). Potem scenę opanuje duet, który artystycznie funkcjonuje od dość niedawna, ale w formule kwartetu Gravelshard gościł w Poznaniu niecały rok temu – amerykański, ale rezydujący w Hamburgu kontrabasista John Hughes i portugalski trębacz Luis Vicente.



Przed nami zatem wieczór w gronie samych dobrych znajomych. Ostrzymy sobie zęby szczególnie na finałowy kwartet dwóch dęciaków i dwóch basówek! Będzie się działo!


Spontaneous Live Series Vol. 72:

Olbrzym i Kurdupel: Tomek Gadecki – saksofon tenorowy & Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa

Duo: Luís Vicente - trąbka, flety drewniane, dzwonki & John Hughes – kontrabas.

Ad Hoc Quartet: Gadecki, Vicente, Bożek & Hughes

Dragon Social Club, Poznań, Zamkowa 3, godz. 20.00

Bilety przed koncertem: gotówka albo blik

 

Krótko o artystach:

Muzyka duetu Vicente i Hughesa odzwierciedla hiper koncentrację na dynamice i barwie, równoważąc złożoność i prostotę w spontanicznej kompozycji. Formy ludowe wyłaniają się z mrocznych, tonalnych eksploracji. Zarówno Vicente, jak i Hughes posiadają niezaprzeczalnie odrębne głosy na swoich instrumentach, są doświadczonymi praktykami swobodnej improwizacji i komponują dla innych zespołów.

Luís Vicente i John Hughes zaczęli współpracować w 2018 roku, zaczynając w sekstecie, realizując kompozycje wielkich południowoafrykańskich emisariuszy jazzu, takich jak Dudu Pukwana i Chris McGregor (Echoes of South Africa). W 2022 roku Hughes założył Gravelshard, kwartet składający się z duetu Hughesa i berlińskiego gitarzysty Olafa Ruppa oraz duetu Vicente z wizjonerskim perkusistą Vasco Trillą (album „Gravelshard”, Phonogram Unit).

https://luis-vicente.pt

https://www.johnhughes.info

https://soundcloud.com/john-hughes-bassist

https://johnhughesdoublebass.bandcamp.com

https://luisfvicente.bandcamp.com

 

Olbrzym i Kurdupel - to duet improwizatorów, Marcina Bożka i Tomasza Gadeckiego. Wspólne muzykowanie pozwala im spełniać się artystycznie. W improwizacji czują się wolni i niczym nieskrępowani. Ich gra przesycona jest emocjami, które prowadzą w bardzo różne stylistycznie rejony muzyczne. Nie skupiają uwagi na budowaniu za wszelką cenę swej odmienności od istniejących gatunków, a wręcz przeciwnie, to emocjonalne podejście do gry sprawia, że każdy koncert jest inny i zaskakujący nawet dla samych muzyków. Proces komponowania utworu jest tutaj tożsamy z jego premierowym i jedynym wykonaniem.

Duet powstał wiosną 2007 roku w Trójmieście. Na początku roku 2008 pod nazwą Olbrzym i Kurdupel weszli do studia i zarejestrowali materiał na pierwszą płytę o dźwięcznym tytule "Frrrrr....". W kwietniu 2012 ukazał się drugi album pod tytułem "Six Philosophical Games", a dokładnie dwa lata później miała miejsce premiera trzeciej płyty wydanej nakładem Kilogram Records. Album jest rejestracją koncertu, który odbył się w klubie Alchemia w Krakowie i nosi tytuł "WORK". Czwarta płyta, to "In Side Shout" nagrana z niemieckim perkusistą Willy’m Hanne. Piąte wydawnictwo, to DVD  "Olbrzym i Kurdupel ALEATORYCZNIE" (z towarzyszeniem Orkiestry Teatru Muzycznego w Gdyni).

https://olbrzymikurdupel.bandcamp.com/

 


wtorek, 10 października 2023

Silence/Noise 7th Spontaneous Music Festival – raport z wydarzenia!


Siódma edycja poznańskiego, spontanicznego festiwalu za nami. Dwa koncertowe dni, osiem wyjątkowo intensywnych setów w wykonaniu dziesięciorga artystek i artystów, w końcu niezliczone pokłady emocji po obu stronach sceny. Publiczność dopisała, choć intrygującym wydaje się być fakt, iż widzowie przyjezdni (z Londynu, czy też Berlina, a także innych polskich miast) byli chyba w przewadze liczebnej w stosunku do widzów lokalnych. Ot, taka socjologiczna ciekawostka, pokazująca być może, że miasto Poznań nie jest aż tak złaknione pięknej, improwizowanej muzyki, jak reszta świata.

Zgodnie z tradycją imprezę otworzył set solowy. Tym razem do pełnienia roli festiwalowego introduktora zaproszona została Marta Warelis. Polska pianistka z Amsterdamu zaproponowała nam prawdziwie hitchcockowskie otwarcie. Na owo wspaniałe, wielobarwne trzęsienie ziemi złożyły się zarówno stonowane, minimalistyczne frazy, niemal taylorowskie, free jazzowe skoki po klawiaturze, jak i niebywała sekwencja dźwięków preparowanych. W trakcie tych ostatnich artystka za pomocą sznurka, którym pocierała o struny fortepianu uzyskała niezwykłe, orientalne, niemalże śpiewne brzmienie. Jeśli dodamy do tego ekspresję Marty, jej temperament i umiejętność budowania dramaturgii, to otrzymujemy set otwarcia, który nie mógł być chyba bardziej imponujący.



Festiwalowi goście, co zdaje się było regułą tej edycji, nie pozostawiali publiczności chwili wytchnienia. Po trzęsieniu ziemi było jeszcze lepiej! Za klawiaturą fortepianu (i w wielu innych miejscach) zasiadła kolejna polska pianistka Aleksandra Chciuk, a jej partnerem (pierwsze spotkanie muzyków!) był Katalończyk Don Malfon na saksofonie altowym. Tuż przed występem artyści w skupieniu wymienili kilka organizacyjnych (jak sądzimy) uwag, a potem zabrali nas w podróż po oceanie dźwięków preparowanych. Nie brakowało akcentów performatywnych – Ola grała na fortepianie z zamkniętą klawiaturą, z kolei Malfon za pomocą zestawu czarnych puszek wprawiał wydobywane z tuby dźwięki w wielostrumieniowe, rezonujące podmuchy powietrza. Sam finał prawie 45 minutowego setu skrzył się prawdziwymi niespodziankami. Najpierw saksofonista zaintonował melodyjne, wręcz taneczne frazy, potem pianistka zamknęła improwizację płynną, ambientową ekspozycją.

Kolejny set piątku, to także formuła ad-hoc, choć tylko po części. Do stałego składu Dirty Laundry (Marta Warelis – syntezator, piano i Miguel Petruccelli – gitara elektryczna) dołączył Marcin Bożek na akustycznej gitarze basowej. Ten set był być może najbardziej dynamicznym i ekspresyjnym momentem festiwalu, niekiedy post-psychodelicznym, innym razem na swój sposób tanecznym. Była syntezatorowa galopada i niebywałe gitarowe dialogi, zarówno eksplozywne, ale i zadumane, czerpiące inspiracje z całej historii improwizowanego rocka. Tu koncert składał się z kilku separatywnych części. Jeden z etapów miał bardzo spokojne otwarcie, w trakcie którego Warelis urokliwe preparowała fortepian.

Zakończenie pierwszego dnia przypadło w udziale triu A Tiny Bell - Don Malfon na saksofonie altowym, Florian Stoffner na gitarze elektrycznej i Vasco Trilla na perkusji. Improwizacja Katalończyków i Szwajcara była nadspodziewanie energetyczna. W stosunku do materiału studyjnego z debiutanckiego albumu „A Tiny Bell and Its Restless Friends” koncert był bardziej dynamiczny, mniej mroczny, choć i tak nasączony gęstymi, dronowymi ekspozycjami. Niespełna 40 minutowy występ (w tym zabawny bis, w trakcie którego artyści nie zagrali ani jednego dźwięku) spełnił zapewne oczekiwania wszystkich widzów. Z jednej strony niósł moc swobodnie preparowanych fraz, z drugiej ogień niemal freejazzowych eksplozji.

Sobotę otworzył kolejny set solowy. Tym razem w rolę samotnego podróżnika po bezkresie swobodnej improwizacji wcielił się Don Malfon. Artysta zaprezentował nam wszystkie techniki preparowania dźwięków saksofonu altowego, jakie poznaliśmy w trakcie jego dwóch piątkowych występów - blokowanie dysz, wibrowanie dźwiękami, jakie wydobywają się z tuby, czy też zamykanie tejże tuby metalowymi przedmiotami lub dłonią. Muzyk z Barcelony nadał swojej improwizacji niebywałą dramaturgię, a ponad trzydzieści minut skupionej, żywej, ale także minimalistycznej i po części performatywnej ekspozycji, zostało podsumowane piękną, dronową narracją, opartą na długim, cyrkulacyjnym oddechu.



Na zestaw sobotnich składów ad hoc złożyły się występy tria i kwartetu. W pierwszej kolejności  Marta Warelis na fortepianie, Florian Stoffner na gitarze elektrycznej oraz nowy gość festiwalowy, Rudi Fischerlehner na perkusji. Na szczególnie ten set wielu ostrzyło sobie apetyty i zdaje się, że wszystkie nasze oczekiwania zostały spełnione w dwójnasób. Najpierw minimalistyczny wstęp pianistki, w który doskonale wklejały się równie enigmatyczne frazy gitary i perkusjonalnych błyskotek. Potem wielowymiarowa zabawa w połamany rytm, który płynął z klawiatury i strun gitary, a osadzał się na dynamicznej ekspozycji austriackiego perkusisty. Taka podróż mogłaby trwać w nieskończoność, ale zakończyła się bodaj po 35 minutach, oczywiście burzą braw. Nie śmieliśmy jednak prosić artystów o bis, albowiem ich improwizacja była tak intensywna i ekspresyjna, że bezwzględnie zasłużyli na chwilę oddechu.

Po dwudziestu kilku minutach przerwy, koniecznej nie tylko dla muzyków, wystąpił kwartet ad hoc w składzie: Aleksandra Chciuk – piano, Vasco Trilla – perkusja, Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa oraz Miguel Petruccelli – gitara elektryczna. Ta trzykwadransowa opowieść przyniosła nam wrażenia w każdym wymiarze fonicznym i wizualnym. Pianistka rozpoczęła ekspozycję kładąc ekspresyjnie głowę na klawiaturze. Perkusista budował narrację kreując kilka wątków jednocześnie. Gitarzysta koncentrował się na warstwie melodycznej, urokliwie preparował i świetnie dopowiadał frazy grane przez basistę. Ten ostatni często wyczekiwał na przebieg zdarzeń i włączał się w wir improwizacji z wyjątkowo nieoczywistymi pomysłami. Świetnie ów wielokolorowy koncert podsumował bis. Pianistka zaintonowała głosem semicką, rozkołysaną, ale mruczaną melodię, której dramaturgiczną wagę docenili pozostali i zbudowali jej niesamowity akompaniament.



Finał festiwalu zwykł przypadać w udziale artystom wyjątkowym, ale w kontekście siedmiu poprzednich setów tegorocznej edycji takie określenie byłoby z pewnością niesprawiedliwe. A jednak Der Dritte Stand, czyli Matthias Müller na puzonie, Matthias Bauer na kontrabasie i Rudi Fischerlehner na perkusji zdemolowali nas całkowicie. Płynna, prawie czterdziestominutowa ekspozycja, w której każdy dźwięk był zasadny dramaturgicznie, ale i żadna fraza nieprzegadana, skrzyła się mocą puzonowej dynamiki i brzmieniowych subtelności, pięknymi, ekspresyjnymi frazami arco kontrabasisty i jakże zadumanymi opowieściami pizzicato, a obrazu całości dopełniał ekspresyjny drumming. Ten ostatni płynął z rzadko spotykaną swobodą, niemal zwierzęcą naturalnością, ale także umiejętnością wyznaczenia przystanku, budowania przestrzeni dla chwili refleksji i inspiracji dla partnerów. Spokojny, na poły melodyjny bis rozkołysał nas i zwieńczył ów wybitny koncert.

Zapraszamy za rok, w pierwszy weekend października 2024!

 

Zdjęcia własne, bez ochrony praw autorskich

(1) Florian, Vasco, Malfon

(2) Marta, Rudi, Florian

(3) Matthias B., Matthias M., Rudi

 

 

niedziela, 27 sierpnia 2023

Silence/Noise 7. Spontaneous Music Festival startuje w pierwszy weekend października!


(informacja pre-prasowa)


W ramach siódmej edycji imprezy prezentujemy poznańskiej publiczności – zgodnie z tradycją tego wyjątkowego wydarzenia – kolejnych znaczących i uznanych na scenie międzynarodowej artystek i artystów muzyki improwizowanej.

W tym roku stawiamy na bezwzględną świeżość naszej oferty. W programie rozbudowane, w tym także solowe, prezentacje dwóch „rising stars” sceny free impro w Europie – rezydującej w Amsterdamie, polskiej pianistyki Marty Warelis i katalońskiego saksofonisty Dona Malfona. Ich ostatnie dokonania zarówno solowe, jak i zespołowe wzbudziły respekt nie tylko po naszej stronie Atlantyku. Wystąpią również dwa ekscytujące składy trzyosobowe, których debiutanckie płyty stały się w roku ubiegłym jednymi z najważniejszych wydarzeń fonograficznych Starego Kontynentu – Der Dritte Stand i A Tiny Bell. W drugim z nich zobaczymy wspomnianego przed momentem Dona Malfona!

Poza autorskimi występami nasi goście festiwalowi będą łączeni w tzw. składy „ad hoc”, czyli spotkania muzyków, którzy nigdy ze sobą jeszcze nie grali. Do udziału w tych zestawieniach personalnych zaprosiliśmy krajowych artystów – pianistkę Aleksandrę Chciuk i basistę Marcina Bożka.

Każdego dnia czekają nas cztery koncerty, na początek występ solowy, potem dwa składy „ad hoc”, wreszcie finał w wykonaniu tria. Pośród ogromu swobodnie improwizowanych dźwięków usłyszymy dużo ciszy, ale i nie mało hałasu.




Pierwszą z zapowiadanych formacji trzyosobowych będzie A Tiny Bell. To efekt spotkania artystów z Katalonii i Szwajcarii, prawdziwych mistrzów swobodnej improwizacji – saksofonisty Dona Malfona, gitarzysty Floriana Stoffnera i perkusisty Vasco Trilli. Muzycy ci nagrali w ubiegłym roku album uznany za jeden z najciekawszych w gatunku, zatytułowany „A Tiny Bell and Its Restless Friend”. Wydawcą płyty jest lokalna, poznańska kooperatywa Multikulti Project i Trybuny Muzyki Spontanicznej, która już od 2017 roku promuje najciekawszą muzykę swobodnie improwizowaną z Półwyspu Iberyjskiego.

Drugim ważnym triem, które zagości na deskach poznańskiego Dragona, będzie Der Dritte Stand. Tworzą go wybitni niemieccy improwizatorzy – puzonista Matthias Müller i kontrabasista Matthias Bauer oraz austriacki perkusista Rudi Fischerlehner. Ich debiutancka płyta „Der Dritte Stand” to, wedle najważniejszych mediów związanych z muzyką improwizowaną, jedno z najlepszych wydawnictw roku 2022.

Kolejni muzycy, którzy wezmą udział w tegorocznej edycji Festiwalu, to persony związane z Amsterdamem i tamtejszą sceną muzyki improwizowanej – wspomniana już wcześniej Marta Warelis oraz urugwajski basista i gitarzysta Miguel Petruccelli. Warelis nagrała w poprzednim roku wspaniale przyjęty album solowy „A Grain Of Earth”, którego wydawcą jest renomowany amerykański label The Relative Pitch Records. Z kolei basista jest ważnym uczestnikiem multikulturowej i multigatunkowej sceny stolicy Holandii, współtwórcą wielu intrygujących, międzynarodowych przedsięwzięć artystycznych. Razem Marta i Miguel tworzą także dalece ponadgatunkowy duet Dirty Laundry.

 

Dragon Social Club, Poznań, Polska, Europa, Świat

06.10. Piątek - start 18:00

Set 1 Marta Warelis – piano solo

Set 2 Ad hoc: Aleksandra Chciuk – piano, Don Malfon – saksofony

Set 3 Ad hoc: Dirty Laundry Plus: Marta Warelis – syntezator, Miguel Petruccelli – gitara basowa, Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa

Set 4 A Tiny Bell: Don Malfon – saksofony, Florian Stoffner – gitara, Vasco Trilla – perkusja

 

07.10. Sobota - start 18:00

Set 1 Don Malfon – saksofon solo

Set 2 Ad hoc: Marta Warelis – piano, Florian Stoffner – gitara, Rudi Fischerlehner – perkusja

Set 3 Ad hoc: Aleksandra Chciuk – piano, Vasco Trilla – perkusja, Marcin Bożek – akustyczna gitara basowa, Miguel Petruccelli – gitara

Set 4 Der Dritte Stand: Matthias Müller – puzon, Matthias Bauer – kontrabas, Rudi Fischerlehner – perkusja

 

Bilety i karnety:

Bilet I dzień 06.10. - 70 zł

Bilet II dzień 07.10. - 70 zł

Karnet na oba dni 06/07.10. - 120 zł

Bilety dostępne pod tym linkiem: https://tiny.pl/cwnn4

 

Organizatorzy:

Trybuna Muzyki Spontanicznej / Dragon Social Club / Fundacja Mały Dom Kultury

Patron Festiwalu:

Maciej Lewenstein

Patroni medialni:

Radio Afera

Radio Kapitał

Glissando

Jazzarium.pl

Dofinansowano ze środków budżetowych Miasta Poznań. #poznanwspiera



 

poniedziałek, 14 października 2019

Elektro Ad Libitum! The Report From The Place Of The Incident!


Czternasta edycja Festiwalu Muzyki Improwizowanej Ad Libitum przebiegła pod znakiem Elektro! Program zbudowany został wokół dwóch niebywałych, w ujęciu historycznym i artystycznym, formacji muzyki elektroakustycznej – Musica Elettronica Viva oraz Electro-Acoustic Ensemble Evana Parkera, zawierał w sobie także ważki wątek rezydencji mistrza elektroniki analogowej, Thomasa Lehna. Scena Centrum Sztuki Współczesnej Zamku Ujazdowskiego w Warszawie przez trzy dni festiwalowe tonęła w kablach, laptopach i urządzeniach do elektronicznego przetwarzania dźwięków generowanych przez instrumenty akustyczne. Wrażeń było mnóstwo, doznań artystycznych także, rzućmy zatem okiem na krótkie podsumowanie sześciu koncertów czynionych z pewnością ad libitum.




Festiwal rozpoczął się dźwiękami jak najbardziej akustycznymi, wprost z klawiatury fortepianu, za którym zasiadła Joanna Duda. Snuła intrygujące, minimalistyczne i zwinnie repetujące dźwięki, które grubymi kablami trafiały do oprzyrządowania elektronicznego Krzysztofa Knittela i Marka Chołoniewskiego (zgodnie z opisem – uprawiających live electronics). Połączenie młodości i doświadczenia, żywej fonii i elektronicznych dekonstrukcji było bez wątpienia zjawiskiem ciekawym, ale pod dwóch kwadransach, dość mało rozwojowym. W mojej ocenie zabrakło czegoś na kształt punktu zwrotnego, choćby nowego pomysłu pianistki w kontekście dramaturgii koncertu, który zdawał się ginąć w przestrzeni bardzo swobodnej elektroniki.

Drugi spektakl dnia pierwszego, to efekt dwudniowych warsztatów Thomasa Lehna i grupy polskich muzyków, swoistej próby połączenia wody z ogniem – doświadczonych muzyków związanych z estetyką free jazz/ free impro z muzykami młodymi, reprezentującymi współczesną, akademicką elektroakustykę. Co ciekawe, w samym koncercie nie wziął udziału Thomas Lehn, który efektom wspólnej, warsztatowej pracy przyglądał się z pozycji widza. Na scenie zaś pojawili się: Teoniki Rożynek - elektronika, skrzypce, Żaneta Rydzewska - klarnet, elektronika, Aleksandra Kaca - fortepian, elektronika, Wojciech Jachna – trąbka, Tomasz Gadecki - saksofon tenorowy i barytonowy, elektronika, Marcin Bożek - gitara basowa oraz Michał Gos – perkusja. Koncert w wielu momentach był naprawdę intrygujący. Siedmioosobowy ansambl bez dyrygenta radził się pod względem dramaturgicznym całkiem dobrze, pilnie trzymał się kontrolowanej ekspresji, bardzo ważnej dla dźwiękowych przebiegów elektroakustycznych. Na scenie czuło się chwilami, iż grają dwa podzespoły, ale fakt ten nie czynił wiele złego obrazowi całości. Z mojego puntu widzenia wszakże, najciekawszy fragment koncertu miał miejsce w momencie, gdy za wszystkie dźwięki generowane na scenie odpowiadała męska część zespołu festiwalowego.





Po dniu otwarcia, w trakcie którego, na scenie CSW, dominowały konstelacje personalne bazujące na intuicji i uroku pierwszego muzycznego spotkania, przed nami już wyłącznie stali współpracownicy, improwizujące working bands, jakkolwiek pokracznie by to nie zabrzmiało w przypadku muzyki, o której dziś mówimy. Na początek piątkowego wieczoru Tiziana Bertoncini na skrzypcach i Thomas Lehn na syntezatorze analogowym.  Świetna komunikacja, grad udanych dźwięków, zwłaszcza wtedy, gdy syntezator analogowy rozmawiał ze skrzypcami, a nie bombardował je ciosami spod gardy. Po prawdzie jeden z dwóch najbardziej dynamicznych koncertów wszechwładnej na scenie festiwalowej elektroakustyki.

Musica Electtronica Viva, to nazwa, która intryguje, ekscytuje, czasami też obyczajowo prowokuje światową scenę muzyczną już od wielu dekad. Frederic Rzewski na fortepianie i Alvin Curran na różnorakich instrumentach akustycznych (także fortepianie) i elektronicznych - obecni na sali ciałem i duchem oraz Richard Teitelbaum (moog, syntezatory analogowe) obecny tylko duchem, w drugiej zaś części koncertu, także zwizualizowany i połączony dźwiękiem live linią przesyłową Warszawa – USA (muzyk ze względu na zły stan zdrowia nie mógł wsiąść do samolotu). Mimo tych drobnych (?) niedogodności usłyszeliśmy bodaj najbardziej ekscytujący koncert tej edycji Ad Libitum. Precyzja każdego dźwięku, humor, rodzaj artystycznej groteski… Minimalistyczny, filozofujący Rzewski, nadaktywny, tryskający pomysłami Curran, wreszcie dobiegający zza światów, oniryczny Teitelbaum. W pierwszym komentarzu społecznościowym napisałem: „Wielu muzyków pretenduje do miana artystów uprawiających elektroakustykę, MEV po prostu ją grają!”.




Dzień trzeci, dzień ostatni. Na początek duet Lucas Niggli (perkusja) oraz Andreas Schaerer (głos, elektronika). To właśnie ów drugi bardziej dynamiczny koncert festiwalu – niezwykle kompetentny drummer i wokalista, który od pierwszego dźwięku, prezentował ogromne możliwości głosowe. Być może trochę szkoda, iż równie dla niego ważnym instrumentem była rozbudowana, analogowa elektronika, która w wielu momentach dominowała na koncercie. Dynamika rosła, dość często muzycy wchodzi w klimaty wręcz rockowej ekspresji i beat boxingowej estetyki. Znacznie ciekawiej było, gdy tonowali emocje i szukali spokojniejszych rozwiązań dramaturgicznych, zapuszczając się nawet w etniczne, niemal dalekowschodnie zaśpiewy, wzbogacane rozbudowanymi perkusjonaliami. Publiczność wszakże kupili w pięć minut właśnie ową dynamiką i scenicznym temperamentem. Bisy zdawały się nie mieć końca.

Evan Parker Electro-Acoustic Ensemble! Ta nazwa powoduje szybsze bicie mojego serca od kilkunastu już lat. Oto koncert, niczym spełnienie marzeń! Zacznijmy od danych personalnych: Evan Parker, saksofon sopranowy, Matt Wright, laptop, turntables, Paul Lytton, perkusjonalia, Richard Barrett, live proccesing, Paul Obermayer, live proccesing, Percy Pursglove, trąbka, Peter van Bergen, klarnety, Mark Nauseef, perkusjonalia, Sten Sandell, fortepian oraz Adam Linson, kontrabas, elektronika. Ta niebywała, elektroakustyczna podróż trwała ponad godzinę. Po niemal 50-minutowym secie zasadniczym, muzycy zagrali jeszcze spokojny, wyważony bis. Otóż i właśnie, jeśli miałbym do potoku zachwytu nad całym koncertem, absolutnie szczerego i niebudzącego wątpliwości, dodać łyżkę dziegciu…. Muzyka elektroakustyczna w swej najpiękniejszej formie, która zresztą jest udziałem tego ansamblu na każdej z jego licznych płyt, bazuje na wstrzemięźliwości i pewnego rodzaju minimalizmie. Ideą tego zespołu jest żywe procesowanie dźwięków akustycznych rozbudowanym instrumentarium elektronicznym. Tu, w trakcie tego i tak wspaniałego koncertu, było kilka momentów, w trakcie których część muzyków wydawała z siebie… po prostu za dużo dźwięków w jednostce czasu, czasami także dźwięków zbyt głośnych. Moja uwaga dotyczy przede wszystkim Nauseefa i Pursglove’a. Intuicyjna, niezauważalna quasi dyrygentura Parkera nie była w stanie tych momentów dramaturgicznie okiełznać. Ale i tak, wieczór ten przejdzie do historii Ad Libitum, jako jeden z tych najważniejszych.



Zdjęcia telefonem własnym, bez praw autorskich.

sobota, 3 czerwca 2017

Sehnaoui & Gołębiewski! Quebec i reszta świata czyli Polska! – poznański maj w wymiarze koncertowym


Ważny element współuczestniczenia w świecie muzyki improwizowanej stanowią koncerty. Są muzycy, są organizatorzy, bywają także widzowie. Matczyny mi Poznań nie jest już od dawna mekką muzyki improwizowanej, do której podążają pielgrzymki fanów. A jeszcze w ubiegłej dekadzie lat można było odnieść takie wrażenie.

Rzeczywistość ciągłej sprzedaży jest jednak okrutna, zatem i miejsc, i okazji do delektowania się dobrą muzyką improwizowaną raczej ubywa, niż przybywa. Jednakże miniony miesiąc (maj!) jakby delikatnie przeczył tym ponurym wizjom Pana Redaktora. Odbyło się kilka ciekawych koncertów, był nawet pewien festiwal. Czas, by zebrać majowe refleksje, trochę się pozachwycać, odrobinę pomarudzić. Przewrotność, która zdaje się być ważną cechą Trybuny Muzyki Spontanicznej, znów zbierze swoje żniwo, albowiem opis wydarzeń koncertowych prowadzić będziemy w odwróconej chronologii.






Ostatni dzień maja, jesteśmy w Lesie!

Klub Las. Krzesła dla widzów zostały rozstawione wokół muzyków i ich instrumentów. Utworzyły eliptyczny kształt, który mógłby zacisnąć krwiożerczą pętlę na fizyczności muzyków.

Sharif Sehnaoui. Krzesło, by na nim siedzieć w trakcie występu. Stoliczek, by nam nim ułożyć trzydzieści tysięcy drobnych przedmiotów, których muzyk będzie używał w trakcie występu: pałeczki, patyczki, obiekty o mniej oczywistych kształtach. Zapomniałem dodać – jeszcze oczywiście gitara akustyczna. Przyda się – muzyk będzie dzięki niej drugim perkusistą tego wieczoru.

Adam Gołębiewski. Taboret perkusisty, pojedynczy boczny tom (?), talerze i czterdzieści tysięcy innych, małych i dużych przedmiotów, głównie do pocierania o membranę instrumentu zasadniczego. Plastik i metal. Kubki, sztućce, ostre przedmioty. Dwa instrumenty strunowe, które torturowane będą za pomocą tych ostatnich. Gumowa rurka, w którą będzie dmuchał. Zakończona drobnym, owalnym, metalowym przedmiotem, który uznamy wspólnie za zakończenie instrumentu dętego. Perkusista, który postanawia zostać wielkim sonorystą tego spektaklu. Zupełnie nie przeszkadza mu fakt, iż nie ma przy sobie jakiegokolwiek klasycznego instrumentu dętego.

Trzy kwadranse akustycznego misterium. Dwa potężne zestawy perkusjonalne w intensywnej turbulencji. Postawione w stan drgania permanentnego, śmiertelnie ze sobą rezonujące. Narracja najeżona zakrętami, tajemniczymi zakamarkami, otworami bez dna, pełnymi wygłodniałych smoków. Wielkie emocje. Trans. Medytacja. Iluminacja. Dalekowschodni zaśpiew gitary, która tylko na ułamki sekund przestaje być konstrukcją perkusyjną. Zatracenie źródła dźwięku – na szczęście jesteśmy na koncercie i widzimy muzyków. Jedno wytłumione źródło światła, ustawione pomiędzy muzykami, nie ułatwia jednak procesu inwigilacji spektaklu. Oddech muzyków czujemy na skroniach, oni nasz - bardziej na plecach. Kawałki plastiku tańczą wokół muzyków i trafiają nas w nogi. Siła diabelskiego kręgu działa w obie strony. Oklaski na koniec nie są w stanie oddać tej porcji sztuki dźwięku, jaką dostaliśmy prosto w twarz, zupełnie niepytani o zgodę.

Teraz, gdy piszę te słowa, ich muzyka siedzi mi w uszach i dyszy. Sharif i Adam nagrali płytę Meet The Dragon, która była dostępna po koncercie. O niej kilka słów, jak już doszczętnie ochłonę z wrażeń po tym niezwykłym koncercie. Ciągle mam wrażenie, że dostaliśmy coś więcej niż te kilkadziesiąt tysięcy dźwięków w trakcie czterdziestu kilku minut występu.


23 maja, Dragon, w poszukiwaniu publiczności!

Dwaj wędrowcy z dalekiego Quebecu – Francois Carrier (saksofon altowy) i Michel Lambert (perkusja) – w trakcie przystanku Polska. Zaraz potem Barcelona i Lizbona (fajnie mają!). Tu, w krajowej edycji, w towarzystwie Olbrzyma i Kurdupla, czyli Tomka Gadeckiego (saksofon tenorowy) i Marcina Bożka (akustyczna gitara basowa, w zastępstwie Rafała Mazura, lekko kontuzjowanego). Klub Dragon, wtorkowy wieczór. Muzyków czterech, publiczności dwa razy więcej (naliczyłem nas ośmioro, nie wliczyłem akustyka). Tym razem bez komentarza – ewentualnie wróć do preambuły tego tekstu.




Duża dawka bardzo kompetentnego free jazzu. Swoboda, kreacja, świetna komunikacja pomiędzy muzykami (kilka dni są już w trasie!). Naliczyłem bodaj cztery odcinki improwizacji. Dużo emocji na scenie, 120%-owa koncentracja i takiż wysiłek artystyczny, choć po drugiej stronie sceny garstka ludzi. Dynamiczne dialogi, szczypta indywidualnych popisów. Świetny Gadecki, taki trochę lekko zapowietrzony, późny Coltrane w dużym gazie. Carrier dosadny, nienapastliwy, konkretny. Były wszak chwile, że i on musiał przystanąć, by zachwycić się grą kolegi saksofonisty i po prawdzie.. złapać głębszy oddech, by nadążyć (a w bodaj najsilniej ekscytującym momencie, w trakcie szalonego dialogu dęciaków, postanawił … wymienić ustnik). Bożek wyrazisty do bólu, perfekcyjny, zarówno w momentach akompaniowania solistom, jak w tych, gdy on stawał się centrum improwizacyjnej eskalacji. Lambert odrobinę jednostronny (głównie dręczył werbel), jakkolwiek czujny i doskonale kooperujący z gitarzystą basowym.

Masywny, bardzo dobry koncert. Jeśli takie koncerty ogląda osiem osób, to coś jest nie tak z rzeczywistością tego świata. Ale to nie mój problem – jak tam byłem!


12 maja, Dragon, ekscesy w wymiarze krajowym!

Piątek. Zimno za oknem, tu w Dragonie odrobinę cieplej. Będą dwa koncerty. Na start Hubert Zemler – perkusja solo, muzyka … komponowana. Dwa kwadranse ćwiczeń akademickich, w trakcie których poziom magii i emocji przyjmował wartości ujemne. Bywały chwile, gdy dramaturgia drummingu intrygująco się nawarstwiała, ale były one niezwłocznie dewastowane przez zamysł kompozytora. Próby włączenia w ten incydent artystyczny analogowej elektroniki pominę milczeniem.




Zemler po chwili odpoczynku wraca na scenę. Będzie miał interlokutora w postaci drugiego perkusisty, Pawła Szpury. A na froncie sceny trio Bachorze w składzie: Michał Biel – saksofon barytonowy, Paweł Doskocz – gitara elektryczna, Maciej Maciągowski – syntezator, dużo kabli i potencjometrów. Od startu dostajemy na twarz dużo dźwięków, być nie rzec – hałasu (możemy go nazwać na potrzeby tej recenzji noise’em). I garść refleksji w głowie recenzenta – być może hałas w muzyce improwizowanej jest dowodem na niedoskonałą komunikację w zespole. I jeszcze maksyma Evana Parkera, świetnie opisująca filozofię improwizowania Johna Stevensa: jeśli nie słyszysz muzyka, z którym grasz, to dowód na to, że grasz za głośno! Ciekawa, intrygująca gitara, z dużą dozą bystrych preparacji, nieco ilustracyjny saksofonista (ale też trudno było mu się przebić przez ścianę nie dość subtelnych bębniarzy i piętrzących się eskalacji elektronicznych - muzyk od kabli, przynajmniej tego wieczoru, słyszał tylko siebie). Szpura często wcielał się (udanie!) we free jazzowe zwierzę i czuło się, że to jest jego bajka. Akademicki na pierwszym koncercie Zemler, tu dał z siebie nieco ognia, ale dramaturgicznie nie ciągnął kwintetu za sobą (raczej zgrywał się z drugim drummerem). Koncert chwilami ciekawy, ale bardzo nierówny, toczony od eskalacji do eskalacji. Pomiędzy nimi, gdy dynamika koncertu drastycznie spadała, a muzycy zdejmowali nogę z gazu (z wyłączeniem Maciągowskiego), robiło się bardziej niż intrygująco. Ale te momenty były zbyt krótkie, by recenzent mógł się choćby szczyptę zachwycić.

****


Nie sposób nie zauważyć, iż w maju odbyła się także kolejna edycja jazzowych, chicagowskich dożynek, która od lat funkcjonuje pod nazwą handlową Made In Chicago. Nie wiem, czy publiczność tym razem dopisała, bo ja sam… nie dopisałem. Choć nie miałem specjalnych powodów, by nie uczestniczyć w tym incydencie kulturalnym. Byłem zdrowy, miałem trochę wolnego czasu. Gorzej było …. z samym programem festiwalu. Wnikliwa analiza zawartości line-up-u doprowadziła mnie do zastosowania w praktyce idei zaniechania. Po prostu nie poszedłem na jakikolwiek koncert, bo nie było na co… pójść.