Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anders Lindsjö. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anders Lindsjö. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 października 2023

Halster in Virtuous Mondays!


Halster, to szwedzkie trio gitar elektrycznych, mało zapewne znane poza skandynawskimi opłotkami, ale godne uwagi całego świata i niejednej galaktyki. Panowie Anders Lindsjö, Adam Persson i Mattias Nihlén w drugiej połowie ubiegłej dekady obchodzili skromny jubileusz, dzięki czemu, pod sztandarami świetnie nam znanego, lokalnego labelu Konvoj Records, doczekali się urodzinowego, pięciopłytowego boxu.

Nagrania zarejestrowano na dzikich, improwizowanych sesjach, jakie odbywały się każdorazowo w poniedziałki w Malmö. Na każdą z tych sesji szwedzcy gitarzyści (czasami używający także innych instrumentów) zapraszali równie znamienitych szwedzkich (tudzież norweskich) improwizatorów. Wyszła z tego całego ambarasu smakowita mieszanka różnokolorowych, improwizowanych emocji. Przy okazji rzeczony box, to doskonała prezentacja szwedzkiej sceny improwizowanej, po części oczywiście dobrze światu znanej, po części jednak niekiedy zbyt anonimowej.

Prześledźmy poniedziałkowe wydarzenia, jakie uwieczniono na pięciu zgrabnych, kompaktowych dyskach.



 

Disc One

Na pierwszym dysku do tria Halster w standardowym instrumentarium gitarowym dołącza puzonista Ola Rubin (trzy pierwsze improwizacje) oraz gitarzysta Henrik Olsson i perkusista Håkon Berre (dwie kolejne części).

Kwartetowa narracja w trzech odsłonach toczy się na ogół w dość spokojnym tempie i stawia raczej na minimalistyczne środki wyrazu, co nie oznacza, że incydentalnie nie potrafi gęstnieć i kąsać intensywnością. Aura jest tu delikatnie post-rockowa, a pikanterii całości dodaje systematycznie fermentujący puzon, który potrafi brzmieć niczym czwarta gitara, nie stroni także od drobnych preparacji. Gitarzyści zdają się czerpać inspiracje z wielu źródeł. Niekiedy ich na poły filigranowe frazowanie przypomina King Crimson z początku lat 80. ubiegłego stulecia. W drugiej części muzycy kreują niekończące się plejady short-cuts. Kłęby dymu i drobne spiętrzenia umilają podróż w dźwiękowe nieznane. Gitarowe subtelności czasami zdobią narrację jazzowym posmakiem. Z kolei trzecia improwizacja tonie w mroku. Puzon brzmi tu dość siarczyście, gitary rysują delikatnie psychodeliczne zawijasy.

Dwie improwizacje kwintetowe chętnie uciekają w subtelności mniej lub bardziej wyciszanych preparacji, czasami wręcz lewitują. Cztery gitary stawiają na rozmyte brzmienie i budowanie klimatu, płyną niczym mgławice. Tym, który scala to wszystko w całkiem linearną narrację jest perkusjonalista. Najpierw toniemy w swobodnych, free rockowych ekspozycjach, potem, gdy opowieść zagęszcza szyk, bywa, że improwizacja staje się post-rockowa, niekiedy post-psychodeliczna, incydentalnie nawet hałaśliwa, zdobiona drobnymi, jazzowymi naleciałościami.

Disc Two

Na tym dysku sytuacja dramaturgiczna jest o wiele bardziej skomplikowana. Pierwsza improwizacja to trio (w niej jedna gitara akustyczna) z saksofonistą Martinem Küchenem i puzonistą Ola Rubinem. Druga, to trio (w nim perkusja i syntezator zamiast gitar) uzupełnione perkusistą Martinem Holmem (jako drum machine). W trzeciej improwizacji w roli gościa ponownie puzonista Ola Rubin oraz nowy na scenie Herman Müntzing (instrumenty klawiszowe, elektronika). Czwarta część, to klasyczne trio gitarowe, a piąta, bazowy skład z dodatkiem instrumentów perkusyjnych pod jurysdykcją Raymonda Strida. Część szósta, to z kolei trio (jedna gitara akustyczna) i dwa puzony (Ola Rubin i Jacob Riis) wsparte elektroniką, zaś część ostatnia - trio (jedna gitara akustyczna) i Pär Thörn obsługujący elektronikę i obiekty. Uff.. działo się!

Pierwszą opowieść kreują wystudzone gitary i dęte preparacje. Mroczny wstęp i ekspresyjne rozwinięcie, ale także gitarowe subtelności i dźwięki z gardła. Druga część skrzy się zadziornymi frazami i bogactwem brzmienia. Garść preparacji, szczypta psychodelii, ale i filigranowe figury dramaturgiczne. W kolejnej odsłonie sporo zamętu wnosi elektronika i elektryczne klawisze. Pojawiają się dubowe echa, także sporo preparowanych fraz puzonu, wreszcie post-jazzowych zdobień. W części czwartej mamy Halstera w wersji saute z szeroką paletą gitarowych środków wyrazu - sprzężenia i melodie, post-rockowe grymasy, bluesowe skale i emocje, a na koniec drobna chmura ambientu.

Piąta improwizacja płynie kilkoma strumieniami brzmieniowych subtelności. Post-psycho-rockowa ballada kwiecąca się rezonującymi talerzami. W przedostatniej improwizacji natrafiamy na dużą porcję dźwięków syntetycznych, elektroakustycznych, a także odgłosy gitarowych pick-upów i dęte westchnienia. Równie zaskakująca brzmieniowo jest ostatnia opowieść. Sporo w niej wydarzeń, zarówno głośnych, jak i wyjątkowo cichych. Reaktywna post-ballada o wielu obliczach.

Disc Three

Tu sytuacja jest tylko pozornie prostsza. Dwie improwizacje i dwa wspólnie improwizujące tria – Halster (z jedną gitarą basową i dodatkowym syntezatorem) oraz Bomb (Ola Paulson na saksofonach, Anders Uddeskog na perkusji). Ponieważ Anders Lindsjö jest członkiem obu formacji, to by na scenie było jednak sześciu muzyków dodano jeszcze puzonistę Ola Rubina. Cały dysk nie trwa nawet 40 minut, ale jest z pewnością najgłośniejszą, najbardziej free jazzową częścią jubileuszowego boxu.

Pierwszy set introdukuje duet saksofonu i gitary basowej. Faza otwarcia, to swobodny open jazz nasączony odrobiną bluesa. Wraz z rozwojem akcji saksofon ciągnie w stronę free jazzu, gitary z kolei szukają hałasu i akcentów post-jazzowych. Swoje dokłada też puzon, który marzy o dalekich podróżach i lubi aylerowskie melodie. Wielominutowa improwizacja ma tu zarówno wyżyny, jak i drobne doliny, pięknie potrafi grzęznąć w psychodelii, ale i wznosić się do lotu z iście free jazzowym temperamentem. Zakończenie wydaje się być szczególnie intensywne, prowadzone w szybkim tempie, nie pozbawione post-rockowych emocji.

Drugi set jest o kilka minut krótszy, ale i on nie szczędzi nam wrażeń. Początek wydaje się nieco medytacyjny, a pierwsza faza lotu wznoszącego odbywa się pod nieobecność saksofonu i puzonu. Tu w roli wodzireja świetnie sprawdza się syntezator. Gdy dęciaki wracają do gry, improwizacja pachnie tu zarówno free jazzem, jak i swobodnym rockiem. Syntezator nie odpuszcza i druga część seta upływa pod znakiem psycho & fussion, nawet, gdy dynamika ekspozycji nieco spada. Świetny moment następuje, gdy narracja przyjmuje formę dętego duetu. Post-jazzowe westchnienia saksofonu i puzonu nawołują tu gitary do finałowej eskalacji.

 


Disc Four

Dysk czwarty, to dużo mniej skomplikowana sytuacja. Trzy improwizacje - na pierwszej klasyczne trio gitarowe i instrumenty perkusyjne Knuta Finsruda, na dwóch kolejnych trio (bas i syntezator zamiast gitar) plus saksofonista Sture Ericson i perkusista Raymond Strid.

Pierwsza, rozbudowana improwizacja, to trzy gitary doposażone małymi porcjami prądu i matowy, podłogowy drumming w rozkołysanym, post-jazzowym tańcu. Narracja ma tu wiele twarzy, nie brakuje w niej akcentów rockowych, wręcz funkowych, są preparacje i soczyste plamy bluesa. Jeśli improwizacja stopuje, natychmiast syci się mocą post-psychodelii, gdy nabiera tempa, szczególnie aktywnym zdaje się być drummer. Przed finałowym wzniesieniem kwartet czołga się w rytmie, a potem eksploduje mocą dubu i funku.

Pierwsze nagranie kwintetowe rodzi się w mroku soczystych dronów i plejadzie short-cuts. Saksofon wzdycha, piszczy jak kot, syntezator plami, bas rysuje zygzaki. Ów minimal na wdechu buduje nadspodziewanie duże emocje. Druga opowieść jest jeszcze bardziej gęsta od fonicznych niespodzianek. Pracują gitarowe pick-upy, syntezator szeleści, a zwinny drumming wskazuje kierunek podróży. W fazie dynamicznej odnajdujemy dużo rocka i dubu, a także funkowych zdobień. Z kolei umiejętnie wytłumione zakończenie pachnie psychodelią na kilometr.

Disc Five

Na ostatnim dysku w dwóch utworach improwizuje trio (perkusja i syntezator zamiast dwóch gitar) oraz saksofonowy gość (Nana Pi Aabo Larsen). W kolejnych dwóch odsłonach mamy trio (jest gitara basowa), a w roli gości kolejnego gitarzystę Johna Lipscomba, puzonistę Ola Rubina i perkusistę Andersa Uddeskoga. Dysk trwa prawie pięć kwadransów i zdecydowanie sytuujemy go po stronie najmocniejszych punktów boxu.

Improwizacje kwartetowe bazują na sporym dysonansie dramaturgicznym. Z jednej stron plejady drobnych, preparowanych fraz, z drugiej moc i siła syntezatorowych, basowych pasaży i niemałych melodii. Znów sporo akcentów post-jazzowych i rockowych wtrętów. Dynamika narracji na typowej dla tego boxu efektownej sinusoidzie.  Świetnie w tym tyglu niespodziewanych zdarzeń odnajduje się nieznana nam saksofonistka (saksofonista?). O ile pierwsza część bywa tu bardzo ognista, o tyle druga niesie w sobie post-balladowy nerw.

Dwie ostatnie improwizacje grane są w sekstecie, zatem wrażeń i emocji mamy tu całe mnóstwo. Pierwsza z opowieści na starcie formuje się w wielobarwne, jakże efektowne crescendo. Szczególnie podobać się tu może gitarowe spiętrzenie, które pachnie metodami pracy King Crimson z wczesnych lat 70. W tym strumieniu hałasu i stygnącej lawy świetnie odnajduje się puzonista, który musi czasami czynić wiele, by wydostać się na powierzchnię narracji. Pod koniec koledzy znajdują mu nawet przestrzeń na krótką, solową ekspozycję. W prawie 30-minutowym secie nie brakuje chwil mglistych, post-ambientowych, pięknie wytłumionych, a samo zakończenie należy do gasnących, ale wyjątkowo melodyjnych gitar. Ostatnia improwizacja nie szczędzi nam gitarowych i basowych subtelności, szybko wszakże łapie bakcyla zdrowej psychodelii. Znów świetne momenty serwuje nam puzonista, który płynie na fali dronowej ekspozycji partnerów. W efektownym zakończeniu skrzy się echo gitarowych improwizacji w estetyce Sonic Youth, a także posmak … bluesa.

 

Halster Virtuous Mondays (Konvoj Records, 5CD 2020)

Halster: Anders Lindsjö – gitara elektryczna, akustyczna, basowa, perkusja, Adam Persson – gitara elektryczna, głos, Mattias Nihlén – gitara elektryczna, syntezator. Goście: Ola Rubin - puzon, Håkon Berre - perkusja, Henrik Olsson – gitara elektryczna, Martin Küchen – saksofon barytonowy, Martin Holm – drum machine, Herman Müntzing – instrumenty klawiszowe, elektronika, Raymond Strid – perkusja, instrumenty perkusyjne, Jakob Riis – puzon, elektronika, Pär Thörn – elektronika, obiekty, Ola Paulson – saksofon tenorowy, altowy, Anders Uddeskog - perkusja, Knut Finsrud – instrumenty perkusyjne, Sture Ericson – saksofon altowy, Nana Pi Aabo Larsen – saksofon tenorowy, Jon Lipscomb – gitara elektryczna. Nagrane w poniedziałki: Allmogen, Malmö, 2018-2019. Dwadzieścia jeden improwizacji, czas trwania poszczególnych dysków - 51:11, 58:08, 36:22, 45:43, 73:51.

              

 

piątek, 12 maja 2023

Konvoj Records 2021’ outfit: Ensemble Allena, Tombola Rubola and two Martin Küchen’ duos!


Szwedzkie wydawnictwo Konvoj Records, organizacyjnie będące dziełem Oli Paulsona, to definitywnie jedno z najciekawszych zjawisk na europejskiej sceny muzyki improwizowanej. Jego katalog zawiera w sumie ledwie dwadzieścia jeden pozycji, ale mnóstwo w nim fantastycznej muzyki, na ogół związanej ze szwedzką sceną muzyki improwizowanej. Wydawca nie stroni jednak od głośnych, europejskich artystów niekoniecznie wyposażonych w paszporty Królestwa Szwecji, takich jak Evan Parker, John Tilbury, czy Agusti Fernandez. Po szczegóły odsyłamy na bandcampową stronę labelu.

Muzyka z logo Konvoj nie dociera jednak do naszej części świata zbyt często i regularnie. Tym większa zatem nasza radość, iż sporo konwojowych albumów zawitało tej wiosny w gościnnych progach Trybuny Muzyki Spontanicznej. O dwóch najnowszych płytach w katalogu pisaliśmy kilka tygodni temu (obie sygnowane nazwiskiem kontrabasisty Johannesa Nästesjö!). Dziś sięgniemy do czterech płyt wydanych w zamierzchłym roku 2021, które w kontekście długiej podróży z Malmö zdają się być jednak dla nas prawdziwymi świeżynkami.



 

Ensemble Allena

Nasz drobny przegląd zaczynamy od ansamblu, który jest … solowym przedsięwzięciem szefa labelu! Od razu zaznaczmy, iż nie jest to efekt artystycznej samotności czasów lockdownu, albowiem Paulson tego typu akcje realizował także przed wielką zarazą. W użyciu pięć instrumentów dętych, fortepian, elektronika i sample. Wszystko wyjątkowo udanie przeprocesowane zdaje się być prawdziwą mieszanką piorunująca. Świetna dramaturgia, wyszukany smak estetyczny i brzmieniowy, no i mnóstwo emocji, głównie saksofonowych, także w wymiarze polifonicznym.

Akcja dramatu jest następująca: elektroakustyczny zgiełk szumiącej ciszy i głos z offu wyprowadzają na czoło narracji garść dętych fraz na dużym pogłosie. Po czasie ów introdukcyjny background ustępuje miejsca rozbudowanej ekspozycji dętej, prowadzonej kilkoma wątkami. Pojawia się rytm, akcenty perkusjonalne, a wszystko kończy żywot w mrocznych, saksofonowych dronach. Krew drugiej opowieści tworzy post-rytmiczne piano, sporo do powiedzenia ma także warstwa elektroniczna, która wprowadza ferment lub oblepia narrację płaszczem ambientu. Ale znów najważniejsze są dęciaki. Najpierw prym wiedzie baryton, który znajduje kilku towarzyszy podróży, potem na czoło sforuje się niemal free jazzowy tenor. W trzeciej części usterkowa elektronika, akustyczne dźwięki preparowane i saksofonowe westchnienia kreują dalece mantryczną opowieść z basową podbudową, być może zrealizowaną przetworzonym brzmieniem saksofonu barytonowego. Duże porcje emocji przynosi kolejna opowieść – nakładające się głosy, saksofonowe krzyki i zaśpiewy, wreszcie post-elektroniczne szumowisko. Nie brakuje wartkiego rytmu i syntetycznej eksplozji na zakończenie. Ostatnia narracja tonuje emocje, dzieje się głównie w niskich częstotliwościach, pełna wszakże elektroakustycznych zdobień wcale nie działa uspokajająco.



 

Tombola Rubola

Puzon, perkusja i perkusjonalia, to instrumentarium odpowiedzialne za nagranie nazwane zapewne na cześć puzonisty Oli Rubina, który w tej kolektywnej, swobodnej improwizacji zdaje się delikatnie wieść prym. Znów bystra, absolutnie nieprzegadana opowieść, pełna dramaturgicznych splotów, intrygujących brzmień i artystycznej jakości.

Pierwsza opowieść kipi puzonowym humorem. Blaszak brzmi matowo, dość szorstko, a podwójny zestaw perkusyjny oplata jego wypowiedź stemplującym drummingiem. Narracja ma dość leniwą dynamikę, toczy się linearnie, jest skupiona, ale pełna empatycznego wigoru. W drugiej odsłonie muzycy budują opowieść ze szmerów i szelestów. Puzon preparuje, w jego tubie gnieżdżą się jakieś przedmioty. W dalszej części improwizacja nabiera mocy, podąża niemal tanecznym krokiem, a puzon nawet śpiewa. Trzecia narracja, podobnie jak piąta, to wypowiedź ledwie kilkudziesięciosekundowa. Budowana jest okrzykami i bystrą dynamiką, z kolei ta piąta syci się mrokiem półdźwięków - brudnych, zagubionych fraz nasyconych jednak dużą porcją kreatywności. Czwarta improwizacja z mozołem wydobywa się z gęstej ciszy. Drobne, blaszane westchnienia i szczebioty, perkusjonalne obcierki, zgrzyty i szmery z czasem formują się w całkiem zwartą i dynamiczną opowieść. Finałowa narracja zdaje się być przesycona ceremoniałem pożegnalnej ballady. Puzon najpierw kleci drony, potem dość niespodziewanie śpiewa na cool-jazzową modłę. Wokół niego krążą mikro uderzenia perkusisty i perkusjonalisty. Leniwa improwizacja na koniec zdobiona jest drobnymi westchnieniami puzonu, jakby cedzonymi przez zaciśnięte zęby.



Sångövningar

Poprzednim duetowym nagraniem Martina Küchena i Andersa Lindsjö zachwycaliśmy się na tych łamach kilka lat temu. Gęsta, upiornie post-brytyjska igraszka bardzo nam wtedy przypadła do gustu. Dziś nasi bohaterowie powracają płytą, która zwie się Ćwiczenia w śpiewaniu i po prawdzie zdaje się być łagodniejszą siostrą swej zacnej poprzedniczki. Nie zmienia to faktu, iż wspólna praca saksofonisty i gitarzysty znów bardzo nam się podoba!

Muzycy wchodzą w improwizację małymi, leniwymi krokami. Preparowane strugi saksofonowych podrygów i post-baileyowskie rozciąganie strun gitary. Narracja szybko staje się gęsta, ale nie przestaje być dość lekka - z zadziornymi ripostami, ale i refleksyjnymi westchnieniami. Na starcie kolejnej części mamy więcej mechaniki tarcia i dętych skrzeków. Emocje rosną, brudne frazy pęcznieją. W trzeciej odsłonie szczypta delikatności – suche piski z tuby i czyste smugi gitarowych pasaży. Kolejna część kontynuuje leniwy suspens, pełen brzmieniowych subtelności. Wszystko grane jest tu na wdechu. W piątej części kontrast – saksofonowa post-ballada i gitarowe preparacje (być może smyczkiem). Pojawia się nuta śpiewności, a szyk improwizacji, nie po raz pierwszy, formowany jest dość minimalistycznymi metodami. W kolejnej opowieści dominują krótkie, nerwowe frazy, podsycane odrobiną post-perkusjonalnego zamętu. Pozatykana tuba saksofonu budzi emocje, które z czasem opadają. Ostatnie dwie improwizacje znów stawiają na minimalizm, a dramaturgia budowana jest na ogół metodą call & responce. Saksofon szuka zwady, ale gitara łagodzi obyczaje flażoletami, niekiedy brzmiącymi wręcz post-klasycznie. Trochę riffów, garść melodii i dęte zawodzenia, to atrybuty zakończenia.



 

Opus Tve

Kolejny improwizowany duet Martina Küchena, tym razem z pianistą Mattiasem Risbergiem, któremu – wedle naszej percepcji świata muzyki – bliżej do uporządkowanych struktur jazzowych i post-jazzowych niż chaosu pozytywnej kreacji. Tu wepchnięty w bezmiar swobodnej improwizacji, pełnej preparowanych dźwięków i zaskakujących zwrotów akcji, radzi sobie wszakże doskonale, co więcej, sprawia, iż nagranie ma intrygują szyk dramaturgiczny, nie stroni od rytmu i wyszukiwanej melodyki, ale choćby na moment nie przestaje być pełnokrwistym i stylowym free improvised music.

W gemie otwarcia Martin sięga po saksofon tenorowy i bywa, że brzmi niemal brotzmannowsko. Mattias zaczyna wewnątrz pudła rezonansowego piana, ale tworzy tam zwartą, rytmiczną narrację. Emocje płyną tu także z samej melodii. W drugiej odsłonie pianista wybija rytm … tupiąc nogą (?). Sopranino śpiewa, dmie w gęstą glazurę werbla. Rezonujące, mentalne oczyszczenie. Trzecia część leje się jazzowym strumieniem piana i rozśpiewanym saksofonem, który mimo brudnego brzmienia także szuka zwartej melodyki. Czwarta improwizacja ma kształt post-ballady, budowanej minimalnym nakładem sił i środków. W kolejnych częściach muzycy zagłębiają się w mroku dętych fraz preparowanych, stylowych, minimalistycznych akcji inside piano i nieustannie nas zaskakują. W każdą pętle narracji wydają się wkładać coraz więcej emocji i wigoru. Pod koniec części piątej ich flow śmiało zasługuje na miano free jazzowego. Z kolei w szóstej artyści brodzą w chłodzie wystudiowanych, meta rytmicznych dźwięków, w siódmej zaś trzeszczą i zgrzytają zębami, ale ich narracja znów łyka duże garście melodii. Ostatnia improwizacja bazuje na fantastycznym suspensie. Sycząca tuba, czarne klawisze, brudne, rezonujące frazy i na zakończenie garść post-klasycznych grepsów wprost z klawiatury fortepianu.

 

Ensemble Allena Ärosol. Ola Paulson – saksofon altowy, tenorowy i barytonowy, rożek Eb z ustnikiem saksofonowym, klarnet metalowy, fortepian, elektronika, sample oraz processing. Nagrane wiosną 2021 roku, The House On The Hill, St. Uppåkra. Pięć utworów, 38:22.

Tombola Rubola Tombola Rubola. Ola Rubin – puzon, Anders Uddeskog – perkusja oraz Anders Lindsjö – instrumenty perkusyjne. Nagrane w 2021 roku, Malmö. Sześć improwizacji, 35:45.

Martin Küchen & Anders Lindsjö Sångövningar. Martin Küchen – saksofony oraz Anders Lindsjö – gitary. Nagrane w 2020 roku, Malmö 2020. Osiem improwizacji, 41:00.

Martin Küchen & Mattias Risberg Opus Tve. Martin Küchen – saksofon tenorowy i sopranino, werbel oraz Mattias Risberg – preparowane i niepreparowane grand piano. Nagrane w 2018 roku, Kullen, Fåsjön. Osiem improwizacji, 41:20.

 

 

poniedziałek, 15 czerwca 2020

Martin Küchen in three free bodies! The Croaks, The Stork & The Chimp and Tatakai!


Gdy na brytyjskiej ziemi lat temu ponad pięćdziesiąt, w twórczych bólach, rodziła się muzyka swobodnie improwizowana, pewien szwedzki chłopiec przebywał jeszcze w brzuszku swojej matki.

Dziś, gdy słuchamy go, jako w pełni ukształtowanego artystycznie muzyka, nad wyraz dorosłego przedstawiciela wieku średniego europejskiego jazzu i muzyki improwizowanej, mamy jednak wrażenie, że pomiędzy deskami pewnego londyńskiego Małego Teatru, a szwedzkim, kobiecym ciałem nawiązana została pewna komunikacja.

Saksofonista Martin Küchen, bo o nim mowa, wiedzie swój muzyczny szlak bardzo różnymi, czasami krętymi drogami. Komponuje i gra jazz w mniejszych lub większych składach, od lat także bardzo dziarsko porusza się po obszarze freely improvised music, czyniąc to z gracją mistrza i pewnym sznytem estetycznym, który w naszej redakcji nie może nie kojarzyć się z pionierami gatunku – Trevorem Wattsem i Johnem Stevensem, nade wszystko zaś z ideą Spontaneous Music Ensemble.

Dziś przed nami trzy dowody rzeczowe, iż owa telepatyczna korelacja sprzed pół wieku naprawdę musiała mieć miejsce. Najpierw zupełna świeżynka, trio The Croaks z udziałem mistrza gatunku Rogera Turnera, potem dwie nieco starsze produkcje, obie z istotną partycypacją jednego z naszych ulubionych skandynawskich gitarzystów i basistów – Andersa Lindsjö. Odpływamy zatem w bezmiar muzyki bardzo swobodnie improwizowanej!




The Croaks  One Of The Best Bears!  (Fundacja Słuchaj! ‎, CD 2020)

Na spektakl Żabiego Rechotu zapraszamy do miejsca zwanego BAS, Bandhagen, położonego w stolicy królestwa Szwecji. W połowie kwietnia 2018 roku spotykamy tam trzech niezwykłych artystów: Rogera Turnera (perkusja, talerze, metalowe i plastikowe), Martina Klappera (obiekty amplifikowane, zabawki, mała elektronika) oraz Martina Küchena (sopranino, saksofon sopranowy, werbel perkusyjny, rezonator, metalowe obiekty). Panowie pod nazwą własną The Croaks proponują nam barwną, siedmioczęściową opowieść (tytuły są fragmentami literackimi), która trwa 38 minut i 3 sekundy.

Muzycy zapraszają nas do małego zakładu rzemieślniczego. Obróbka skrawaniem, zabawa małymi przedmiotami - wszyscy wydają z nich dźwięki, uderzają w nie innymi przedmiotami, stukają, szlifują i polerują. Dużo dzieje się na werblach, małej powierzchni płaskiej, na której produkuje się dźwięki. Wszystkiemu towarzyszy pogłos dętych oddechów, które z racji bliskości glazury jednego z werbli, zaczynają pracować jak urządzenie prądotwórcze – drżeć, rezonować, trzeszczeć i skrzeczeć. Na wejściu w ów niebywały performance odbiorca wydaje się być nieco zagubiony, zwłaszcza, co do miejsc powstawania dźwięków. Po paru chwilach udaje się jednak ustalić bez pudła rozmieszczenie muzyków na scenie: na lewej flance akustyczny drumming & percussion Turnera, na prawej flance elektroakustyka Klappera, też niezwykle perkusjonalna, po środku zaś dęciak Küchena i jego armia post-perkusyjnych przedmiotów. Muzycy od startu budują gęstą narrację (choć pełną niuansów i drobiazgów akustycznych), w której nie ma miejsca na ciszę i puste przebiegi. Jakby żywy, rozbujany field recordings. Opowieść w sensie dynamicznym zdaje się nakręcać Turner, pomaga mu Küchen, który dmie i rży jak kucyk na wybiegu, ale równie ekspresyjnym elementem tej układanki jest mała elektronika Klappera, która potrafi być głośna, ale nigdy nie wychodzi przed szereg. Wszystko ma tu dalece demokratyczny wymiar, jeśli chodzi o dostęp do przestrzeni scenicznej i kreację na skali potencjometrów. Prawdziwie oświecony kolektywizm realny!

Druga improwizacja wydaje się być nieco wolniejsza, chwilami spokojniejsza. Muzycy z mgławicy fonii wyłaniają coraz więcej szczegółów. Saksofonista momentami zdaje się bardziej preparować dźwięk, niż czyni to jego partner z amplifikowanymi zabawkami. Przez ułamek sekundy brzmi nawet, jak akustyczna gitara basowa. Muzycy słyszą się wzajemnie w sposób wręcz niewyobrażalny – tu nic nikomu nie umyka, żadna akcja nie pozostaje bez odpowiedniej reakcji. Każdy z artystów ma swoje tempo i intensywność gry, każdy szuka nowego pomysłu na dekonstrukcję dźwięków. Każdy wydaje się być inną inkarnacją całkowicie naturalnej perkusjonalności. Trzecią opowieść otwierają zagubione fale radiowe. Rezonują małe przedmioty, a narracja krok po kroku staje się coraz bardziej rozdrobniona, molekularna. Zza kotary wyłania się postać Johna Stevensa – jakże jest dumny z młodszych kolegów! Szczególnie na obu flankach narracji dzieją się prawdziwe cuda – obaj muzycy i ich przedmioty wchodzą w niebywałą elektroakustyczną imitację (w wielu momentach stając się jednym organizmem), wspólnie budują rytm, a potem bezlitośnie go maltretują. Czwarta historia stara się nieco porządkować sytuację dramaturgiczną – drumming Turnera, śpiewne, małe frazy z oddali Küchena, wreszcie percussion Klappera z uroczą poświatą niemal nieistniejącej w tej chwili syntetyki. Ten ostatni jest zwinny niczym kot. Raz klei się do perkusisty, innym razem do saksofonisty. Same fajerwerki!

Piąta partia, muzycy łapią oddech – szczoteczki na werblu, nano melodia w tubie, prychająca post-elektronika. Wszyscy są jednym strumieniem fonii i wyjątkowo im z tym dobrze. Szósta opowieść, to początkowo garść spokoju, wyczekiwania, poszukiwania kolejnych drobiazgów brzmieniowych, mikro fraz, kropli potu. Narracja mimo tego zagęszcza się. Przez moment wydać by się mogło, iż ciągle słyszymy podobne rozwiązania, ale jednocześnie w każdej sekundzie odkrywamy archipelag dodatkowych, elektroakustycznych wspaniałości. Klapper ląduje w kajecie recenzenta z adekwatnym komentarzem: the best ampli-toys player of the world! Klasa Turnera nie wymaga komentarza, to jakby tysięczny dowód rzeczowy w sprawie. Küchen chwilami chowa się za pajęczyną interakcji na flankach, ale za to fantastycznie zdaje się czuwać nad dramaturgią całości. Finał przedostatniej części eksploduje niebywałymi wydarzeniami – lewa flanka rezonuje, drży i piłuje, środek rozbawiony do łez, śpiewa i tańczy, prawa flanka wchodzi na kolejny szczyt – post-percussion in electronics & industrial! Docieramy do siódmej części płyty, która w sumie - jako całość - mogłaby być nieprzerwanym potokiem dźwięków, pod pierwszej do ostatniej minuty. Muzycy znów odnajdują dla nas bukiet drobiazgów, strzępów dźwiękowych, podmuchów schłodzonego powietrza. Na zakończenie spektaklu wszyscy zaczynają się imitować! Wszystkie dźwięki stają się jedną perkusjonalną orkiestrą – lewa akustyczna, środkowa dęta, prawa post-elektroniczna. Cudowny warsztat szlifierski zdaje się pracować całodobowo. Na ostatniej prostej jakby dodatkowy zastrzyk energii – saksofon dmie niczym kwoka, a wszystkie perkusje świata płoną już w ogniu! What a game!




Martin Küchen &  Anders Lindsjö  The Stork & The Chimp  (Konvoj Records, CD 2018)

W roli tytułowego Bociana nasz dzisiejszy bohater, tradycyjnie wyposażony w saksofon sopranowy i sopranino, tudzież podręczny werbel, w roli Szympansa - Anders Lindsjö na gitarze akustycznie i semi-akustycznej (zapewne delikatnie amplifikowanej). Muzycy spotkali się na początku stycznia 2017 roku w szwedzkim Malmö i miejscu zwanym Allmogen. Zagrali sześć swobodnych improwizacji, które trwają 41 i pół minuty.

Na starcie swojej opowieści muzycy sprawiają wrażenie, jakby poprzedni wieczór był dla nich wyjątkowo długi i przeładowany wydarzeniami. Anders liczy wyjątkowo suche struny gitary, nie jest pewien, ile ich ostatecznie posiada na gryfie. Martin piłuje półdrony, szuka niedopitej butelki z kompletnie odgazowaną mineralką. Tuba jego saksofonu jest chyba jeszcze wczorajsza. Zawodzi lirycznie i śpiewa smutne piosenki o ciemiężonych, a może o ciemiężycielach. Muzycy skrzętnie zbierają jednak nadwątlone siły i zaczynają budować narrację. Anders zdaje się szukać inspiracji u Dereka Baileya, Martin skrzeczy wprost w glazurę werbla, brzmi niczym kościste połączenie młodego Trevora Wattsa z równie młodym Evanem Parkerem. Jego sopranino zdaje się sięgać nieba, nawet, gdy tuba zablokowana jest elementem zestawu perkusyjnego, ustawionym dokładnie w tym miejscu sceny, by powietrze wydychane przez instrument napotykało na płaską, niedającą się pokonać powierzchnię. Na finał pierwszego odcinka rozochoceni muzycy serwują nam salwy ekspresji! Tak, jednak żyjemy!

Znów struna po strunie, Anders szuka kreacji i zaczyna próbować tańczyć na gryfie. Tuba saksofonu podśpiewuje, werbel drży tuż obok. Muzycy stymulują się wzajemnie, ślą dźwięki jedno przy drugim, by po chwili być już niemal jednym ciałem. Zrośnięci pępowiną wspólnych doświadczeń kroczą drogą coraz piękniejszej improwizacji. Nie stronią od hałasu, lubią też ciszę, nade wszystko cenią sobie dbałość o szczegóły wykonania niemal każdego dźwięku. Trzecia opowieść jakby pogłębia ów stan drobiazgowości w obyciu artystów. Saksofon nie tylko skrzeczy, ale i wymownie szumi. Gdy styka się z werblem, raz za razem generuje akcenty perkusjonalne. Gitara wciąż nie potrafi zapanować nad suchością w gardle. Gdy dynamika rośnie, znów mamy wrażenie, jakby poirytowany Bailey strofował nadmiernie rozgrzanego Parkera.

Czwarta część dostarcza gitarze odrobinę wzmocnienia (nareszcie!). Dźwięk płynie z drobinkami prądu, modulującymi tembr opowieści. Podmuchy z tuby jakby nabierały szczypty refleksji. Muzycy kołyszą się na wietrze, czują ulgę od stóp po czubek głowy. Martin zdaje się multiplikować dźwięki, jakie wydaje, być może to znów sprawka niesfornego werbla. Anders płynie z nurtem rzeki, podryguje rytmicznie, Martin powtarza frazę. Na początku piątej historii muzyków znów zdaje się dopadać suchość w gardle – świszczące dysze, mdłe struny z małym prądem. Taka bluesowa kołysanka dla prawdziwych łobuzów! Dużo niuansów dramaturgicznych i męskich zapachów. Martin śpiewa porannego bluesa jak pijana Nina Simone, Anders liczy struny, niczym puste kieliszki. Szósta historia wybudza nas z letargu. Dźwięki percussion zdają się docierać do nas z kilku miejsc. Pojedyncze struny, uderzenia w pudło rezonansowe, pokrzykiwania z tuby i gardła, drżący na powrót werbel. Martin znów generuje kilka pasm fonii, mały człowiek-orkiestra! Obaj muzycy nabierają tempa, pot błyszczy na ich czołach. Anders szuka rytmu w post-rockowych skojarzeniach, Martin zostawia mokre plamy na podłodze, dewastuje swój instrument, z którego dysze zdają się odpadać jedna po drugiej. Muzyk i wszystko wokół niego drży i … śpiewa. Anders repetuje post-bluesowymi riffami. Muzycy wpadają w finałowy trans. Już wiedzą, że dziś także czeka ich długi wieczór!




Tatakai Trio  Happī  (Relative Pitch Records, CD 2018)

Martin Küchen i Anders Lindsjö zostają z nami! Na osi czasu cofamy się niemal dokładnie o rok. Szwedzkie miejsce zdarzenia opisano następującymi słowami: Nordlings Rör, Heby, Uppland. Saksofoniście (sopran, sopranino, werbel) i gitarzyście (tym razem wiosło definitywnie z prądem!) towarzyszy Raymond Strid na perkusji (oj, będzie dobrze!). Trio z japońskiego zwie się Walka, zatem emocje mamy gwarantowane! Osiem improwizacji, 39 minut i 13 sekund.

Już pierwszy kęs gitary smakuje jazzem i bluesem, wspomagają ją skrupulatny, matematycznie precyzyjny drumming, a w tle śpiewny, niepokojący, wysoko zestrojony saksofon. Muzycy płyną szeroki korytem, w zwartym szyku i wyśmienitej komitywie. Pierwszą kipiel free jazzu osiągają tuż przed końcem niedługiej pieśni otwarcia. Drugą opowieść plotą nieco spokojniej – sopranino pląsa po mokrej łące, delikatna gitara rysuje linię basu, a perkusja koncentruje uwagę na talerzach i dzwonkach. Ów pozorny ład i porządek nie przeszkadza muzykom budować narracji gęstej, czerstwej i niepozostawiającej swobody nawet na drobny ochłap ciszy. Saksofon skrzeczy, gitara pachnie blues-rockiem, dynamika perkusji rośnie. Trzecia część na wejściu toczy się niezwykle leniwie, a ceremonia lizania ran idzie w najlepsze - post-jazzowe frazy gitary i saksofonu, perkusjonalna zaduma czyniona za pomocą szczoteczek. Niezobowiązująca gra wstępna trwa ledwie minutę z okładem. Sygnał do ataku daje charkot sopranu, który zapewne korzysta z płaskiego werbla, by wzmacniać efekt brudu na obrzeżach tuby. Rodzi się z tego nieco abstrakcyjny taniec-połamaniec, z gitarą, która szuka obecności Dereka Baileya. Złe duchy odpędza skrzeczący dęciak.

Wejście w czwartą improwizację, znów na spokojnie. Matowe śpiewy o poranku, proste akordy gitary, znów pewna dostojność i nieśpieszność bluesa. Zwolennicy rosnących emocji znów wszakże mogą liczyć na szorstkie, zadziorne, powykręcane i kościste frazy saksofonu. Wytłumienie przychodzi w dobrym momencie, dając sygnał do powrotu estetyki pijanego bluesa. Piątą część zaczyna uderzenie rockowej gitary, ale to ledwie wstęp do … zadumanej ballady, której sercem zdaje się być fantastyczna robota perkusjonalna Strida, pełna emocjonalnych subtelności i szczegółowości. Muzyka rozbłyska barwami niczym dziecięcy kalejdoskop.

Szósta pieśń jest zwarta, skondensowana w treści – prostymi środkami, bez pośpiechu, chociaż pikantnie, z post-bluesową gitarą, rockowym drummingiem i mantrą rozśpiewanego saksofonu. W kolejnej części improwizacja powraca do niuansów, dramaturgicznych szczegółów, drobnych akcji i precyzyjnych reakcji. Werble i tomy drżą, saksofon gdacze po swojemu, pokrzykuje, awanturuje się. Gitara na boku kombinuje i szuka zagubionej na moment poświaty rocka. Tempo i gęstość dźwięków na krzywej wznoszącej, tuż przed ścianą jurnego hałasu. Ósma, ostatnia historia, znów gęsta, ale drobiazgowa. Muzycy niczym wypasione pająki, budują sieć dźwięków i filigranowych pomiędzy nimi połączeń. Gitara ma zapędy taneczne, sopran swawolne, a jazzowa perkusja szuka dynamiki odpowiedniej dla zakończenia opowieści. Finał płyty jest przeto niezwykle efektowny, czyniony w dobrym tempie i równie udanie wytłumiony, w takim momencie, by muzykom nie zabrakło pomysłów na podsumowujące, spokojne, luźne frazy. Saksofon ostatni raz całuje się z werblem, dzwonki dźwięcznie szeleszczą, gitara składa ostatni hołd Baileyowi. Why not!


wtorek, 12 listopada 2019

Bomb! What the hell is Bomb?!


Bomb is the term for the hit, the strike. Best bargain. The news…. *)

Bomb, to trzech bezczelnych Szwedów, który przybywają z dalekiego kraju, by definitywnie wyzwolić nas z nudnego jazzu, powtarzalnych schematów improwizacji i bezrefleksyjnego odcinania kuponów od dawnej, często domniemanej sławy.

Ola Paulson, wbrew zwyczajowym konotacjom naszego lokalnego języka, to zdecydowanie mężczyzna, który z saksofonem pod rękę, bez najmniejszych problemów, wbije nas w fotel artystycznego dyskomfortu. Ostatnio grywa głównie na tenorze, choć alt w jego ustach bywa równie groźny. Anders Lindsjö gra na gitarze basowej, burzy mury, ale z całym dziedzictwem niepokornego rocka, potrafi także unosić się w powietrzu. Wreszcie Anders Uddeskog, perkusista, dokładny, punktualny, w procesie kreacji żywioł rwących rzek i strzelistych skał.

Ta trójka muzyków, która przyjęła jakże prowokacyjną nazwę Bomb, rozpoczyna właśnie swoją europejską trasę koncertową. Szczęśliwie trzy pierwsze spektakle odbędą się w Polsce! Szczegóły na koniec tego tekstu. Teraz, bez zbędnej zwłoki, zanurzamy nasze oczy i uszy w pełnej dyskografii tria, na którą składają się dwie płyty i znaczący, kilkunastominutowy udział w pewnej festiwalowej składance.




The Hare Krishna Samurai Lullaby (Konvoj Records, DL 2019)

Niespełna 30-minutowa petarda koncertowa z Allmogen, Malmö, Sweden! Aura wejścia w nagranie nie powinna nas nadmiernie zaskoczyć - prychanie agresywnego saksofonu, bulgot gitary basowej, urywane frazy perkusji, jakby trio stawiało tajemnicze ślady na piasku. Krok za krokiem, z saperską precyzją, w konsekwencji doskonałej komunikacji wewnętrznej, już po kilkudziesięciu sekundach muzycy są zdolni utworzyć zwarty, kąśliwy flow swobodnej improwizacji, która czerpie ze wszystkiego, co napotka na swojej drodze. Bywa, że to jazz, bywa, że kompulsywny rock, czy trudne do zwerbalizowania fussion. Dynamika, moc w każdym ruchu i swąd spalonej sierści są udziałem muzyków i widzów, zgromadzonych na koncercie. W 6 minucie maszyna improwizacji osiąga stadium full drive! Odrobina brawury, żelazna konsekwencja, pewność w każdym ruchu i specyficzna, artystyczna bezczelność. Galop pełnokrwistych rumaków o zachodzie słońca!

Pod koniec 9 minuty muzycy proponują pierwszy stopping. Bas wybrzmiewa groźnie i dudni, saksofon dmie pustą tubą, w tle filigranowy drumming – cicha opowieść, skryta i budowana pieczołowicie. Muzycy zdają się tulić do siebie, mamrotać, topić w mroku dronowego ambientu. Po 15 minucie koncertu pierwsze próby wyjścia z krypty – bas snuje pasaż spokojnej fonii, perkusja idzie tuż obok, saksofon płynie półdronami, a całość ekspozycji nabiera … bluesowego posmaku. Lenistwo trudnego poranka po jakże dynamicznej nocy. Narracja sukcesywnie pęcznieje w nieinwazyjnym wszakże tempie. Po 20 minucie pazury muzyków są już ponownie naostrzone, a flow szyty jest znów gęstym ściegiem. Trio jedzie punkt w punkt i nabiera energii, którą była z nim na początku koncertu. Saksofon gotuje się w tubie, prawdziwy harsh tenor! Finał koncertu ocieka tłuszczem, to żywy blues, krwisty, dobrze wypieczony, zmysłowy. Ostatnia część tej opowieści przechodzi do fazy galopu już całkiem naturalnie – truely fire music! Sekcja ostra niczym skalpel, saksofon – potwór o niepoliczalnej ilości głów!




The Subject (Konvoj Records, CD 2016)

Ponownie jesteśmy na koncercie w Allmogen, jest rok 2015. Ola zagra tym razem na saksofonie altowym, a nagrane podzielone na dziewięć części potrwa niemal 41 minut. Koncert zaczyna się kolektywnym, ostrym, odurzającym uderzeniem trzech instrumentów – zaborczego, sześciostrunowego basu, posuwistego, brudnego saksofonu altowego, wreszcie masywnej perkusji. Narracja zdaje się być nieco taneczna, smakuje post-rockiem i dobrym, czerstwym chlebem. Precyzja każdej decyzji, ślady estetyki hc-punk w zachowaniu basu i perkusji. Proste rozwiązania, jakże czyste intencje artystyczne. I w ogniu, i w ciszy – master class. W tej drugiej odsłonie – przester basu i saksofonowe preparacje w tubie i gardle. Drugą część koncertu rozpoczyna prawdziwie free jazzowy taniec-połamianiec, ale toczony w umiarkowanym tempie. Muzycy nigdzie się nie śpieszą, a bas gra jakby w poprzek głównego nurtu opowieści. Nie po raz pierwszy, nie po raz ostatni, narracja nabiera rockowego, niemal noise’owego temperamentu. Dla przeciwwagi, w części trzeciej muzycy proponują garść cichych zabaw z dźwiękiem. Podskórny humor, pewna frywolność, namacalny komfort tworzenia muzyki akurat w takim układzie personalnym. I doskonały warsztat muzyczny, który idealnie to wszystko wspiera. Po chwili wytchnienia, narracja znów nabiera gęstości – alt wyje, skowycze, prosi o łyk wody, bas rwie do przodu z taneczną lekkością, perkusja bije w punkt. Po chwili strumień dźwięków leniwie rozlewa się szerokim korytem – kind of dirty blues for deadmen! Piąta część – full power! Masywny free avant rock z akcentami funk and psychodelic! Furia, emocje, precyzja!

Na wejściu w szóstą część koncertu muzycy proponują nam coś na kształt agresywnego… call & responce! Dźwięki płyną wyjątkowo szerokim strumieniem, całkiem dynamicznie, kolektywnie, acz jak to często bywa w przypadku Bomb, bez nadmiernego pośpiechu. Od hałasu do ciszy, od ciszy do hałasu. Muzycy mogą tu sobie pozwolić chyba na wszystko. I tak też zdaje się dziać w części siódmej – flażolety, szum tuby, liczenie krawędzi werbla i tomów. Saksofon przez moment brzmi niczym akordeon, a całość opowieści, niczym sweet lullaby for ugly children! Po chwili muzycy sprytnie nabierają dynamiki – bas jakby coś śpiewał, saksofon prycha rytmicznie, a mały drumming kończy dzieło zniszczenia. Free funk impro jazz, łamana nieustannie narracja, cios za cios! Na finał koncertu krzyki altu i kontrapunkty sekcji rytmu – to nie będzie kołysanka! Pętle basu, szaleństwa w zagotowanej tubie saksofonu, kompulsywny drumming - ostatnie dźwięki koncertu stoją już w ogniu po czubek głowy.


Channel by Discovery Festival 2017 (Weekertoft, DL 2019)

Na finał dzisiejszej opowieści sięgamy po dźwiękową relację z pewnego londyńskiego festiwalu. Bomb zagrali tam krótki set, a Trybuna tymi właśnie słowami podsumowała ich występ:

(…) Zdecydowanie dobry to moment na coś prawdziwie bombowego! I tak dzieje się w istocie, na scenie bowiem melduje się skandynawskie trio Bomb (Ola Paulson – saksofon altowy, Anders Lindsjö – gitara basowa, Anders Uddeskog - perkusja). Niespełna 16 minutowa petarda free! Wytrawny saksofon, jurna, zagotowana od startu sekcja (doskonały bas elektryczny!), pełna swoboda kreacji – czego chcieć więcej? Jakże świeże i odkrywcze nagranie na tle osiągnięć gwardii uznanych i nadmiernie honorowanych kolegów z tej części kontynentu. Od eksplozji do konstruktywnego skupienia, zwinnej, małej gry. Świetna komunikacja, doskonały warsztat. Finał ocieka wysokogatunkową spermą! Brawo!


*****

Trasa Bomb w Polsce, to następujące koncerty:
Piątek, 15 listopada, Dragon, Poznań
Sobota, 16 listopada, Obszar Wspólny, Łódź
Niedziela, 17 listopada, Baza, Kraków.

Zapraszamy gorąco! Rekomendujemy bezapelacyjnie!

*) cytat z materiałów własnych muzyków

sobota, 2 listopada 2019

Spontaneous Live Series - Live in Dragon 2019 is still striking!


Jesienna edycja Spontaneous Live Series, realizowanego przez poznański Klub Dragon i Trybunę Muzyki Spontanicznej cyklu koncertowego, wkracza w decydującą fazę. W tej części serii bywalcy Dragona mieli okazję zobaczyć już koncerty Spinifex, Tatvamasi, Jorge Torrecillas Ensemble, a także kilka dni temu francuskiego perkusisty Petera Orinsa, który zagrał set solowy oraz duet z poznańskim saksofonistą i klarnecistą Michałem Giżyckim. Do końca serii pozostały jeszcze cztery wydarzenia, w tym jedno, które nie było anonsowane w momencie startu tej edycji.

12 listopada w Poznaniu zagra polsko-duńskie trio Witold Oleszak (fortepian), Tomo Jacobson (kontrabas) i Peter Ole Jørgensen (perkusja). Poznań będzie jednym z przystanków na krótkiej trasie koncertowej formacji, która rozpocznie się występem w Alchemii, w ramach 14. Krakowskiej Jesieni Jazzowej. Koncert tria w Poznaniu poprzedzi set solowy Jacobsona, który ma w dorobku niebywałą, dwunastoczęściową serię solowych nagrań, rejestrowaną w roku 2017 miesiąc po miesiącu i w takim cyklu wydawaną własnym sumptem, każda w nakładzie 25 sztuk.




Nim trio Oleszak/ Jacobson/ Jørgensen zagra w Krakowie, potem w Bielsku Białej i wreszcie w Poznaniu, już 2 listopada w Kopenhadze wystąpi jako kwartet, albowiem z dwoma Polakami i Duńczykiem zagra saksofonistka Laura Taxvaerd. W jak doskonałej formie artystycznej są od dłuższego dwaj Polacy, przekonać się można słuchając nagrań zamieszczonych poniżej.


Trzy dni po koncercie w/w tria, w piątek 15 listopada w Dragonie zagra Bomb. To w pełni już skandynawskie (nawet szwedzkie) trio, to Ola Paulson na saksofonie, Anders Lindsjö nas gitarze basowej oraz Anders Uddeskog na perkusji. Ten pierwszy, to m.in. właściciel bardzo ciekawego labelu Konvoj Records. Muzycy Bomb tak udanie potrafią pisać o sobie, iż nie pozostaje nam nic innego, jak ich zacytować:

„Bomb to laboratorium - poligon doświadczalny dla dźwięków i postaw muzycznych, przestrzeń interakcji między różnymi perspektywami i doświadczeniami. Celem (jeśli istnieje) jest znalezienie nieoczekiwanych, być może niesprawdzonych do tej pory, sposobów i nowych podejść w kontekście muzyki improwizowanej (... bla, bla, bla). Jest to jednak przede wszystkim niekończący się eksperyment - dokładny wynik jest stałym przypuszczeniem”.




W subiektywnej opinii organizatorów, Bomb może być prawdziwym czarnym koniem jesiennej części Spontaneous Live Series. By posmakować, czego spodziewać się można po Szwedach, warto kliknąć w poniższy link.


Po kolejnych dwunastu dniach, we środę 27 listopada zagra w Dragonie nowa formacja z udziałem Matsa Gustafssona, The End. Znów w pełni skandynawska załoga, która zdaje się gwarantować dużo emocji i konstruktywnego noise’ free jazzu - Kjetil Møster (The Core) na saksofonie barytonowym, tenorowym i elektronice, gitarzysta barytonowy Anders Hana (MoHa!, Ultralyd, Noxagt), perkusista Børge Fjordheim (Cloroform) oraz wokalistka Sofia Jernberg. Sam Gustafsson zagra na saksofonie barytonowym i elektronice.




Ich bezkompromisowy debiut wydany przez RareNoise "Svårmod Och Vemod Ęr Värdesinnen" (tytuł, którego przybliżone tłumaczenie ze szwedzkiego na angielski, można by określić jako „mroczną melancholię i smutek to zmysły, które należy docenić”), jest potężną dawką energii o sile młota kowalskiego.


Tegoroczny cykl Spontaneous Live Series zakończy koncert przedstawicieli młodej, polskiej sceny improwizowanej – gitarzysty Pawła Doskocza i perkusisty Wojtka Kurka. Muzycy dobrze już znani dragonowej publiczności, w tej stosunkowo nowej konfiguracji personalnej, są zdolni poważnie zaskoczyć. Na ich koncert zapraszamy w sobotę 4 grudnia.