Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Bruno. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tom Bruno. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 listopada 2020

Test & Roy Campbell! Once Upon a Time in Harlem!


Nowojorski Harlem, miejsce zwane Hint House, 16 kwietnia 1999 roku, a na scenie piątka muzyków - Tom Bruno (perkusja), Sabir Mateen (saksofon altowy i tenorowy, flet i klarnet), Daniel Carter (saksofon altowy i tenorowy, flet i trąbka), Matthew Heyner (kontrabas) oraz Roy Campbell (trąbka). Pierwszych czterech od jakiegoś już czasu koncertuje pod nazwą własną Test *), ten piąty został doproszony na okoliczność tego właśnie wydarzenia. Panowie przykują uwagę publiczności przez 47 minut i 8 sekund.

 



Do rytualnego boju wzywają instrumenty dęte (trąbka i dwa alty), które wydają się z siebie kompulsywny, dalece kolektywny okrzyk. Struny kontrabasu gotowe są do walki, a perkusja już na starcie wydaje się być gotowa na każde szaleństwo narracyjne. Kwintet rusza ze swadą do kreślenia dziarskiego, miejskiego bluesa! Subdoskonała jakość koncertu (dźwięk zbierany jednym mikrofonem o dość niskiej selektywności dźwięku) nie pozwala nam skupiać się na niuansach brzmieniowych, ale i tak dość szybko jesteśmy w stanie dostrzec świetną robotę Heynera na samym dnie tej opowieści.

Pierwszym, który rusza w samotny bój jest koncertowy gość, czyli Campbell. Od razu stawia wszystkim bardzo wysokie wymagania! Sekcja pracuje post-swingowo (a jakże!), a już po kilkudziesięciu sekundach dwa dziarskie kocury na altach zaczynają pięknie komentować wyczyny trębacza. Cudowny chaos kreatywnego free jazzu staje się już udziałem wszystkich. Czas na brawa publiczności za ten odcinek spektaklu następuje tuż przed upływem 7 minuty. Chwilę potem do boju rusza saksofon (raczej Carter). Nie eskaluje emocji, bystrze płynie nad barkach precyzyjnej sekcji rytmu. Po następnych trzech minutach kwintet staje w ogniu pierwszej wymiany wyłącznie udanych komentarzy. Trzy dęciaki stoją na baczność i krzyczą, sekcja – posadowiona o stopień niżej - kreśli śpiewne pętle i daje do wiwatu całą mocą zakładu (Heynerowi zdaje się być wyjątkowo blisko do estetyki Williama Parkera, Bruno naładowany jest całą masą pozytywnej energii!). Nim kwintet podejmie kolektywną decyzją o pierwszej próbie tłumienia dynamiki, czeka nas jeszcze kolejne solowe expo ze strony saksofonu (tu zapewne Mateen).

Po zakończeniu drugiej dziesiątki minut koncertu trójgłowy, dęty potwór zaczyna łagodnie śpiewać (Campbell w roli naczelnego chórzysty). Sekcja rytmu raz zwalnia, raz przyspiesza, ale to małe, dramaturgiczne rozdroże zdaje się dodawać urody całej ekspozycji. Tym, który ostatecznie naciska na hamulec jest kontrabasista. W połowie 24 minuty dwa dęciaki jęczą, a trzeci (alt?) śpiewa hymny pochwalne. Perkusista chce powoli dorzucać do ognia, ale napotyka na opór reszty. Tym, który szczególnie łagodzi obyczaje na scenie wydaje się być Campbell.

Tymczasem po wybiciu 28 minuty następuje faktyczne uspokojenie narracji. Kontrabas na moment nawet milknie, trzy dęciaki kwilą delikatnie na boku, a drummer korzysta jedynie z talerzy. Heyner powraca ze smykiem w ręku i jeszcze dobitniej podkreśla chamberlike moment of this life! W połowie 34 minuty muzycy zaczynają nieśmiało wybudzać się z nostalgicznego letargu. Wszyscy robią to kolektywnie, bez jakiejkolwiek jednak napinki czy indywidualnych ponagleń. Nie brakuje przecinków, średników, a nawet kropek. Free jazzowy flow leje się wyjątkowo spokojnym i jakże szerokim korytem. Tymczasem opowieść zaczyna nabierać dynamiki, a dzieje się to głównie mocą decyzji sekcji rytmu. Gdy wszyscy muzycy wejdą już na odpowiedni poziom dynamiki, czeka nas kilka chwil dyktatury trąbki. Reszta snuje komentarze, ale wszystko dzieje się już w niezłym tempie. Wraz z wybiciem 42 minuty koncertu kwintet Testemony płonie już prawdziwie żywym ogniem emocji. Na ostatniej prostej zdaje się, że słyszymy saksofon tenorowy, którego sekcja rytmu ciągnie ku niebu bez słowa sprzeciwu. Pozostałe instrumenty komentują ów wyczyn słowami prozy egzystencjalnej, pełnej didaskaliów. W 45 minucie, choć ogień wciąż płonie, muzycy zaczynają powoli rozglądać się za pomysłem na dobre zakończenie tej opowieści. Konsensus zostaje osiągnięty w połowie 47 minuty. Flow gaśnie, oklaski mogą zapanować na sceną klubową.

 

*) Jeśli z jakichś zupełnie niewytłumaczalnych powodów nie znacie historii tej formacji, w drodze szczególnego wyjątku, redakcja załącza stosowne linki do równie stosownych tekstów opublikowanych na tych łamach:

http://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2016/09/test-miosna-strona-muzycznej-dekadencji.html

https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2017/04/test-niezbedny-suplement-czyli-uroki.html

 

 

piątek, 28 kwietnia 2017

Test – niezbędny suplement, czyli uroki życia ulicznego


Musisz być częścią tego zamieszania i przezwyciężać negatywny wpływ wszystkiego, co Cię otacza. Grając na ulicy, stajesz się silniejszym. To dobre dla Ciebie w sytuacji, gdy tworzysz muzykę*).

Tom Bruno, perkusista wyposażony jedynie w 16-calowy boczny tom, skromny bęben, hi-hat i talerz, co dzień wychodził na ulice i podziemia Nowego Jorku, by grać solowe koncerty dla ludzi, a precyzyjnym będąc - do ludzi. Po pewnym czasie dołączył do niego Daniel Carter (instrumenty dęte), a jeszcze później Sabir Mateen (instrumenty dęte) i Matt Heyner (kontrabas). W ten sposób, dwadzieścia parę lat temu, uformowała się formacja Test, dla której główną aktywności było muzykowanie w przestrzeni publicznej. Trasy koncertowe, czy wizyty w studiu nagraniowym, był tak okazjonalne i rzadkie, że gdyby nie ich fonograficzna dokumentacja, muzycy mogliby dziś powiedzieć, że w ogóle nie miały miejsca.





Tę historię czytelnicy Trybuny znają świetnie ( w tym miejscu można ją sobie skutecznie odświeżyć). Zachęcam, by czytać ją z uwzględnieniem komentarzy Krzysztofa z Chicago, Przyjaciela i wiernego Czytelnika tej strony, który niezwykle kompetentnie uzupełnił i skorygował tekst główny. Także dzięki niemu i jego przepastnym zbiorom płyt, udało mi się wejść w posiadanie nagrań Testu i jego członków, o których w opublikowanej ponad pół roku temu opowieści wspominałem, ale których literalnie wtedy nie znałem.

Zacznijmy o winylowej płyty Ahead (Jazz Ramwong/ Eremite and Father Yod, 1998). Zawiera ona dwa fragmenty koncertowe, trwające łącznie trzy kwadranse. Jak udało mi się ustalić, materiał zarejestrowany został w trakcie trasy koncertowej Test po południowo-wschodnim USA w listopadzie 1998r., czyli dokładnie tej samej, na której powstały fragmenty katalogowego Test Live (CD Eremite, 2000), a także dostępne w sieci nagrania z Atlanty. Nadal nie wiemy jednak, w jakim mieście zarejestrowano muzykę zawartą na Ahead.

Tytuł płyty można rozumieć jak Cała Naprzód, co zresztą świetnie oddaje klimat tego niezwykle energetycznego nagrania. Można też interpretować, jako komentarz do sposobu, w jaki muzycy – zwłaszcza Carter i Mateen - zwykli byli sytuować się wzajemnie w okolicznościach koncertowych. Otóż saksofoniści grali zawsze zwróceni do siebie twarzą w twarz, zupełnie nie zwracając uwagi, tak na publiczność, jak i pozostałych członków grupy. Z jednej strony świetnie wpływało to na ich wzajemną komunikację, z drugiej jednak sprawiało, że czasami Test w wersji koncertowej potrafił brzmieć, jak … dwa duety. Co, oczywiście, w jakikolwiek sposób nie odbiera wartości tej muzyce.




Strona pierwsza czarnego krążka wypełniona jest utworem Test Ahead, a zaczyna się dzikim wrzaskiem całego bandu. Mamy wrażenie, że nie jest to początek koncertu, a rejestracja nagrania rozpoczęła się dokładnie w trakcie tej ekspresyjnej eskalacji. Całość, blisko 25-minutowa, stanowi być może najgłośniejszy i najostrzejszy fragment historii Test. Druga strona zatytułowana jest Thurston For Certain (chodzi o gitarzystę Sonic Youth Thurstona Moore'a - przy okazji zespół ten bywał supportowany przez Test na rockowych koncertach; dodatkowo Moore był także wydawcą jednej ze studyjnych płyt kwartetu). Zaczyna ją długi i stosunkowy spokojny fragment koncertu, w trakcie którego w roli głównej występuje flet Daniela Cartera. Finał oczywiście zastaje nas w ogniu piekielnym, dzięki czemu całość płyty nie budzi wątpliwości, co do ładunku energii, jaki został na niej uwieczniony. Mimo to, jak zwykle w przypadku muzyki Test, obok free jazzowej ekspresji  i permanentnego eskalowania emocji, nie brakuje tu miejsca dla potężnych pokładów specyficznego rodzaju melancholii, będącej pokłosiem szczerego i bezkompromisowego uduchowienia, zarówno samych muzyków, jak i dźwięków, które generują. Emocje leją się z muzyków na każdym kroku, ale ich zachowania sceniczne nie są nacechowane agresją. To jedynie przejaw ich temperamentu i pełnokrwistej, artystycznej ekspresji. Rdzeniem tej muzyki zdaje się być perkusja (Bruno), zwłaszcza pozostająca w nieustannym użyciu stopa wraz bębnem basowym, która niczym bijące serce, napędza tę muzykę. Dęciaki (Carter i Mateen), pozostają w stanie nieustannego ruchu, płyną na ogół pod prąd i krzyczą na siebie wzajemnie (twarzą w twarz!). Kontrabas (Heyner) sprawia zaś, że Test w ogóle ma kontakt z podłożem. Jest twardy i specyficznie melodyjny, ma drive i zwinnie trzyma rytm (co być może jest pokłosiem m.in. tego, że muzyk wywodzi się ze sceny blues-rockowej).




O zawartych na krążku Live fragmentach koncertów w Baltimore (Baltimore 2) i Bostonie (Boston2) można w zasadzie napisać to samo. Choć fragmenty te nieco różnią się od siebie dynamiką i poziomem ekspresji. Ten pierwszy zaczyna się w tempie marsza pogrzebowego. Pięknie brzmi tu ponownie flet, zwłaszcza na tle kontrabasu traktowanego smyczkiem. Drumming Bruno, niepowtarzalny, nieśmiertelny, ogrania całość i nadaje specyficzną kolorystykę. Następująca po tej blisko 20-minutowej introdukcji, ekspresyjna galopada potrafi być szczegółowo zaplanowana i dalece wytrawnie zrealizowana, pełna nostalgii i freejazzowej refleksji. W opozycji do tej estetyki, odnajdujemy niedługi, kilkunastominutowy fragment koncertu z Bostonu – tu muzyka tryska krwią, niczym szamański rytuał inicjacji free. A po wybrzmieniu, wszyscy uczestnicy spektaklu, w wyczekiwaniu na głos perkusisty, wstrzymują się od oklasków, jakby czekali na pozwolenie. Magiczny moment, po którym nastąpić może już tylko erupcja nieskrywanego entuzjazmu.

Słuchając nagrań Test, zwłaszcza tych koncertowych, mamy wrażenie, że uliczne doświadczenia muzyków są trwale wrośnięte w test-owy pomysł na uprawianie muzyki. Nawet na koncertach w miejscach do tego tradycyjnie przeznaczonych, słyszymy w tej muzyce uliczny hałas, zgiełk kolejowych zapowiedzi, rozmowy podróżnych, cały ten negatywny background, o którym wspomina Tom Bruno we wstępie do tego tekstu. To muzyka adresowana wprost do ludzi, jak na stacji metra, być może do osób zupełnie na to nieprzygotowanych, ale tylko taka forma komunikacji – wedle intencji muzyków Test - jest szansą na zaistnienie tej metafizycznej chmury dźwięków we właściwy, pożądany sposób – jako czysta i niepohamowana ekspresja.




A propos dźwięków dworca kolejowego…. Cofnijmy się o kilka lat.  Ostatni dzień lutego 1995r. Pomiędzy godziną 12:48, a 1:33 na Grand Central Station w Nowym Jorku gra duet Tom Bruno i Sabir Mateen. Dokument foniczny zwie się Getting Away From Murder (CD Eremite, 1998). Trzy kwadranse progresywnego, dynamicznego drummingu (głównie wszakże na szczoteczkach) i wyważonych (jaka na kanony Test) pasaży na saksofonie altowym. Obok ludzkie dialogi, przekomarzania z muzykami, hałas dworca i zapowiedzi pociągów. Muzycy definitywnie w swoim żywiole. Narracja jest stabilna, pierwsza część stosunkowo dynamiczna, druga raczej nostalgiczna, a pomiędzy nimi spory odcinek perkusji solo. Kwintesencja muzycznej i życiowej postawy Toma Bruno. Prosty, bezkompromisowy przekaż, szczerość i autentyczność. Muzyka. Dźwięki. Cały sens. Piękna płyta!




*) Słowa Toma Bruno, zacytowane w artykule Daniel Carter: This Is The Test. Pełny tekst Phila Freemana, stanowiący fragment większej całości (New York Is Now! The New Wave of Free Jazz) odnajdziecie w tym miejscu



wtorek, 13 września 2016

Test – miłosna strona muzycznej dekadencji


Gdy trzy dekady temu odważnie wkraczałem w wiek dorosły, funkcjonowało w świecie kultury określenie na zjawiska i incydenty artystyczne, które idealnie opisywało relacje między wyjątkowym dziełem sztuki, a pozostającym w pozycji ugiętych kolan jego zauroczonym odbiorcą. Potem określenie to stało się zręcznym narzędziem marketerów i całkowicie zatraciło swój sens.

Dziś, gdy trafia do nas piąta płyta freejazzowej efemerydy Test, aż prosi się by nazwać ją tym określeniem. Tak, bezwzględnie, grupa stworzona wokół niezwykłej postaci nowojorskiego undergroundu sprzed dwóch, trzech, a nawet czterech dekad, jaką był perkusista Tom Bruno, zasługuje na miano… kultowej!

Od razu zaznaczmy, że Tom Bruno od czterech lat gra już wyłącznie z aniołami (lub diabełkami) w dalekich zaświatach, a Test jako czteroosobowy ansambl zakończył swój artystyczny żywot mniej więcej w połowie poprzedniej dekady (wyłączając okazjonalne koncerty w kolejnych latach). Co więcej, swą kilkunastoletnią aktywną działalność koncertową dokumentował fonograficznie jedynie w trakcie trzech ostatnich lat XX wieku.

Tym większą zatem atrakcją dla całej sceny muzyki improwizowanej jest fakt wydania dziś dwupłytowego zestawu nagrań koncertowych Test, ze słynnego klubu Freda Andersona Velvet Lounge, pod ujmującym tytułem Always Coming From The Love Side *) (Eremite Records, 2016). Dwie godziny muzyki z 13 listopada 1999r., podane na dwóch dyskach, w pięciu odcinkach, bez tytułów. Nim jednak podzielę się wrażeniami z odsłuchu, drobny rys historyczny.


Tom Bruno (ur. 1937; są źródła wskazujące na rok… 1932), nowojorski outsider, freak i pełnokrwisty szaleniec, drumerskiego abecadła uczył się grając solo w ... metrze i na ulicach Wielkiego Jabłka. Żył i oddychał wyłącznie muzyką. Od czasu do czasu ktoś zmuszał go do rejestrowania nagrań i … incydentalnego wydawania płyt. Na przestrzeni lat 1975-1995 doliczyłem się ledwie kilku wydawnictw. O nich opowiem później.

W pewnym momencie, do grania w miejscach publicznych, Tom zaprosił swoich nieco młodszych i równie jak on, zakręconych muzyków, którzy nie bardzo mieli inny pomysł na spędzanie czasu w wielkim mieście. Prawdopodobnie już pod koniec lat 80. do perkusisty dołączyli doskonale nam dzisiaj znani, tym bardziej cenieni, saksofoniści – Sabir Mateen (ur. 1951) i Daniel Carter (ur.1945). Kontrabasiści w następnych latach na tyle często zmieniali się, że ich nazwiska z dzisiejszego punktu widzenia nie są istotne. Jednakże w połowie kolejnej dekady do trupy ulicznych grajków dołączył Matthew Heyner (ur. 1972), dziś także istotne nazwisko na scenie freejazzowej NY. Być może młodziak tchnął w znacznie starszych kolegów nieco ognia, być może zwrócił uwagę, że ich wspaniałą muzykę, które ginęła w hałasie metra czy topiła się w smogu ulicy, warto rejestrować i wydawać na płytach. Tego wątku nie potwierdzimy dziś, jakkolwiek mniej więcej tuż po połowie ostatniej dekady XX wieku Test … zaczął dokumentować fonograficznie koncerty, ba, nawet pojawiać się w miejscach służących po profesjonalnego rejestrowania nagrań bez udziału publiczności! Zatem dzięki kilku karkołomnym zbiegom okoliczności, pod sam już koniec minionego tysiąclecia, świat ujrzały cztery wydawnictwa podpisane przez Test.

Najpierw było to winyl Ahead! (Jazz Ramwong Records/ Eremite Records/ Father Yod, 1998; jak podaje discogs.com – pierwsza nazwa to swoiste joint venture dwóch pozostałych wydawców). Na płycie dwa fragmenty z tytułami: Test Ahead i Thurston For Certain. Nie wiemy, gdzie i kiedy powstały te nagrania. Rzecz jasna nie znamy też muzyki. Jak ktoś ma tę płytę, proszę o pilny kontakt.

W roku 1998 Test trafia do studia nagraniowego AUM Hi-Q na Brooklynie i rejestruje pięć fragmentów muzycznych, które po roku trafiają na CD Test (AUM Fidelity, 1999). Płyta od dawna ma status out of print. Szczęśliwie jest ona obecnie dostępna w całości na youtube. W zakresie użytego instrumentarium warto zauważyć, że zarówno Carter, jak i Mateen grają na alcie, tenorze, flecie i … użyczają swojego głosu. Dodatkowo Carter sięga po trąbkę, a Mateen po klarnet. I tak to wygląda, w zasadzie, na każdym dostępnym nagraniu grupy.





W tymże samym roku 1999, za pośrednictwem Ecstatic Peace!, labela założonego przez gitarzystę Sonic Youth, Thurstona Moore’a, ukazuje się kolejna płyta, także zatytułowana jakże skromnie… Test. Przynosi trzy bardzo długie i istotnie… majestatyczne, freejazzowe opowieści. Nagrania zarejestrowano zaś trzy lata wcześniej w nowojorskim studiu Second Home, zatem być może są to najstarsze nagrania kwartetu. Onegdaj płyta ta była dostępna na blogu Inconstant Sol, w formie dobrej jakości plików muzycznych. Dodajmy, że znalazła się tam za zgodą wydawcy.

Wreszcie rok 2000. Wtedy to czujny eksplorator muzycznego undergroundu wschodniej Ameryki, Michael Ehlers i jego … kultowa stajnia Eremite, wydają fragmenty dwóch koncertów Test z amerykańskiej trasy, która miała miejsce w roku 1998 (Baltimore 2, Boston 2). Krążek CD nazywa się Live (Eremite Records, 2000). Status w sklepie wytwórni – out of print, tak mniej więcej od dekady. I znów, w próbie dotarcia do tej muzyki wspomaga nas youtube, gdzie odnalazłem blisko 100-minutowy koncert Test z Atlanty, z tej samej trasy, o dobrej jakości dźwięku**).

By zamknąć wątek dostępnych koncertów Test w formie wizualnej, warto na tejże samej stronie odszukać 34-minutowy zapis koncertu z wczesnych lat 90. (Live At CB 313 Gallery, NY), gdzie na basie (elektrycznym!) gra niejaki Poki Hudgins, a Tom Bruno ubrany jest w garnitur i muszkę!

Tyle fakty, czas zatem na muzykę. Istotnie powiększony, najnowszym wydawnictwem Eremite, dorobek dyskograficzny kwartetu można podzielić na dwa kluczowe podzbiory. Pierwszym niech będą rejestracje koncertowe (dwie pozycje), drugim zaś spotkania studyjne (trzy pozycje).


Z oczywistych względów – czego dowodzi rys historyczny – naturalnym środowiskiem dla kreowania wolnej, improwizowanej muzyki Test jest okoliczność koncertowa, w trakcie której muzycy czują się jak ryby w wodzie, a poziom ekspresji i konstruktywnego zaangażowania w proces kreacji rośnie w tempie geometrycznym, adekwatnym do pokrętnej rzeczywistości przestrzeni publicznej. Jeśli szukać kluczowych słów, opisujących koncertowe oblicze Test, to najbliższe zdają się być intensywność, kolektywność i transparentność. W szerokich ramach zakreślonych tymi epitetami dzieje się muzyka o ekstremalnie otwartej formule. Wielokierunkowy flow perkusisty, którego bardzo oryginalne i istotnie osobne, dynamiczne bębnienie przywołuje echa gry takich tuzów free jazzu, jak Rasheed Ali, czy Sunny Murray. Wszakże od razu zaznaczmy, że Bruno to facet o białym kolorze skóry i to słychać w jego muzyce. Jego, chwilami transowy sposób kreowania rytmu, ma także swoje korzenie w estetyce… rockowej, a częste granie stopą (czasami to jego główna zabawka w zestawie perkusyjnym), nadaje całej grupie bardzo surowy i krzepki wymiar (niczym bijące serce!). Harmolodyczna, post-aylerowska jest praca Cartera i Mateena na przeróżnych instrumentach dętych. W poczuciu absolutnej swobody, każdy z nich plecie jakby swoją opowieść, swoją historię, a momenty konwersji czy punktów stycznych ekscytują, mając za podstawowe parametry melodykę Cartera i drapieżność Mateena. Na ogół grają oni równocześnie, stanowiąc jakby wzajemne, lustrzane odbicie (lubią w danym momencie grać na takich samych instrumentach). Gdy instrument jednego z nich na moment milknie, odzywa się gardło i plemienne nawoływania do eskalowania przez współpartnera intensywności improwizacji. Harmonijmy i niezwykle dynamiczny jest puls kontrabasu Heynera, który w wyniku drobnej amplifikacji, brzmi jak instrument legendarnego Johnny’ego Dyani w formacji Detail, u boku Johna Stevensa i Frode Gjerstada. Gdy muzyk sięga po smyczek, generuje pokłady niebywale niskich częstotliwości, które sprawiają, że eskapady dęciaków i okrężnego pulsu perkusji, nie unoszą jednak całego bandu ku niebu, a my wciąż możemy słuchać tej niesamowitej muzyki, mając kontakt z podłożem. Przeskalowane rejestry dęciaków, żywioł sekcji, innymi słowy - wulkan energii, krzyk i wrzask (poza Heynerem, wszyscy realizują się także na tym polu). Wedle słów grupy widzów, wypowiedzianych w trakcie jednego z ulicznych koncertów, muzycy Test przypominają japońskich żołnierzy, którzy po wyjściu z jaskini, nie wiedzą, że druga wojna światowa już się zakończyła!


Nieco inne jest oblicze grupy w okolicznościach studyjnych. Oczywiście otwarta formuła uprawiania swobodnej improwizacji ciągle jest tu punktem wyjścia, jednakże na płytach Test bez oklasków, nie brakuje spokojnych i nawet wyciszonych fragmentów (choćby duchowa wycieczka do wartości prymalnych na elegijnym wręcz First Peace That Ever Was, Is, To Be, blisko półgodzinnym otwarciu krążka wydanego dla Ecstatic Peace!). Urzekające piękno tej muzyki uderza w nas w trakcie odsłuchu, jeśli tylko stać nas na odrobinę skupienia, a coś na kształt powracającego motywu przewodniego, hymnu powszechnej miłości, zdziera z naszych głów naleciałości trywialnej rzeczywistości upiornego dnia codziennego. W tych wolniejszych tempach pojawiają się ciekawe harmonie (Carter i Mateen są wszak w tej dziedzinie mistrzami, czego nie raz doświadczyliśmy słuchając ich w ramach innych formacji free), duże są pokłady synergii i skupionej narracji (a serce wciąż bije, dzięki pobudzonej stopie perkusji). Gdy sięgniemy po huhuhuH (nite sounds on 5th), 25-minutowe otwarcie krążka dla AUM Fidelity, zaatakują nas spokojne pasaże nocnych rycerzy chwały, zagubionych w zakamarkach Piątej Alei. Smyczek Heynera rozdziera nam mroczny świat na jaśniejsze połówki, podkreślając ulotność dęciakowych skowytów. Po chwili w muzyków trafia piorun, a rozładowania energetyczne zdają się trudne do opanowania. Sabir wpada w samotny, ekstatyczny taniec na alcie, a po chwili w jego rolę wchodzi nadmiernie pobudzony Daniel i jego podziurawiona ekspresją trąbka. W międzyczasie dopada nas fletowy duet, uspakajający nocne służby miejskie, a wszystko kończy … taneczne (wokalne!) nawoływanie do bycia poza i wbrew wszystkiemu, w niesamowitym What RU Going 2 due?! 

Nagrania Test bez oklasków pokazują całą moc i wielkość otwartej formuły tego muzykowania. Moglibyśmy ten proces określić mianem płynnej transformacji freejazzowego kwartetu, w spójny i kompetentny ansamble free improvisation.


Na tle niebywale twórczej i obfitującej w niezwykłe nagrania, nowojorskiej sceny freejazzowej lat 90. ubiegłego stulecia, warto zauważyć (posiłkując się liner notes Michaela Ehlersa), iż o ile okrętem flagowym sceny był wówczas kwartet Davida S. Ware’a, o tyle pupilem undergroundu zdecydowanie Test. Ciekawie także wypada konfrontacja zdecydowanie otwartej formuły improwizacji tego ostatniego, z nieco bardziej usadowionymi w korzeniach jazzu, muzycznymi peregrynacjami na polu free, zespołów Williama Parkera, Jemeela Moondoca, czy Roya Campbella. Myślę, że do tych nagrań także warto nieustannie powracać.

Wieńcząc opowieść o Tomie Bruno i grupie Test, chciałbym także przywołać inne krążki z niezwykle … ubogiej dyskografii tego niezwykłego perkusisty.

Najpierw jego uliczny (kolejowy!) duet z Sabirem Mateenem, który stanowi oczywiste uzupełnienie historii Test. Nagranie wprost z New York Grand Central Station, poczynione w lutym 1995 (dokładne godziny rejestracji koncertu dostępne na okładce), a wydane pod tytułem Getting Away With Murder (Eremite Records, 1998). Free jazzowy flow zatopiony w halasie dworca, zapowiedzi pociągów, syren ostrzegawczych i szumu przemieszczających się pasażerów. Ten sam wydawca ujawnił na progu nowego tysiąclecia, solowy występ Toma Bruno z roku 1981. Krążek White Boy Blues (Eremite Records, 2000), to dokumentacja niezwykłego koncertu na perkusję, fortepian, głos i .. taniec.

Z lat 1976-84 pochodzą, dostępne jedynie na winylu, muzyczne spotkania Bruno z Ellen Christi, równie jak on, twórczą i szaloną, wokalistką i pianistką. Myślę tu o płycie w duecie The Sounds Of Love (N.Y.C.A.C. Records, 1976), a także o dwóch wydawnictwach ich wspólnej grupy The New York City Artists’ Collective (w kwartecie And You Ain’t Ready For This One Either, w oktecie Plays Butch Morris, oba krążki N.Y.C.A.C. Records, 1979/1984).

Duet z Ellen, nagrany w marcu 1976 roku na nowojorskiej ulicy, mówi nam wiele o tamtych czasach i muzycznym wizerunku Bruno. Minimalistyczna, całkowicie swobodna zabawa w głos i krzyk kobiecy, drobne instrumenty perkusyjne, dewastowanie fortepianu i finalne kawalkady free. Prosta, chwilami wręcz nieznośna, ale w efekcie niesamowita muzyka. Na okładce rozchełstana para na ławce w parku. Włosy Ellen tańczą na wietrze, a Tom, leżący tuż obok niej, w bujnej fryzurze, z włoskim wąsikiem pod nosem, przypomina umęczonego komediowymi gagami Bustera Keatona.


*) Tytuł płyty, to jedno z bardziej popularnych metafor (prawd objawionych?), jakie padały z ust Toma Bruno, wedle osób znających go osobiście, persony bardzo uduchowionej.

**) Nie mam w zwyczaju wstawiania linków, ułatwiających dotarcie do danego nagrania. Rozumiem, że miłośnicy muzyki improwizowanej dobrze radzą sobie z przeglądarkami internetowymi (wystarczy klikać Tom Bruno Test, a wszelkie zasoby będą nam udostępnione).