1995 i inne incydenty końca wieku, czyli Lampa i Iskra Boża w epoce przed Masłowską






- Korwin nie żyje - stwierdziła beznamiętnym głosem Sylwia.     
Pierwszy raz, od prawie stu lat, usłyszałem jak mówi o Korwinie nie używając jego prawdziwego imienia.     
- Kiedy pogrzeb? - zapytałem po chwili.    
- We czwartek - odpowiedziała.     
- We czwartek przy wódce  -  nieświadomie zacytowałem tytuł debiutanckiego opowiadania Pawła.     
Korwin był pierwowzorem dla jednego z bohaterów. To on użył słów wykorzystanych w tytule.     
- Słucham? - zabrzmiał w słuchawce zdziwiony głos Sylwii.      
- Nie... nic.     
- Będziesz? - zapytała znów.     
- Tak.
    
Korwin był zawsze Korwinem. Nigdy nikt - poza Sylwią - nie zwracał się do niego inaczej. Zresztą ona dopiero po ślubie. Przedtem był dla niej także Korwinem. Nawet ich mała córeczka i nieco większy synek nie używali jego imienia. Prawdziwe imię Korwina nie było wcale brzydkie, czy jakieś szczególnie pospolite. Ale "Korwin", to brzmiało magicznie.     
Poznaliśmy się w liceum. Skazani poniekąd na siebie, z racji podróżowania do domu w tym samym kierunku, dość szybko znaleźliśmy płaszczyznę porozumienia.     
Korwin mieszkał w pięknym domu, w którym wszystko było majestatyczne, ale ciepłe i przytulne. Panował tam nieprawdopodobny spokój. Jego rodzice byli stosunkowo dobrze ustawieni w życiu. Ojciec miał wolny zawód, który nawet w peerelu dawał znaczące profity. Matka była divą operową. Taką niższego lotu, ale i tu kasa była niepusta.     
W domu Korwina panował umiarkowany przepych. Zacięcie artystyczne matki znajdowało tu swoje ujście. Mieli dużo dobrego sprzętu. Wtedy magnetofon stereofoniczny był symbolem zamożności. A Korwin miał jeszcze zagraniczne krążki i kasety.     
Mieć Pistolsów i Kleszów na winylu to czad niesamowity.     
Za domem był piękny ogród. Na betonie, przed garażem często grywaliśmy w stołowego.     
W zasadzie od początku drugiej klasy każdą, wolną od szkoły chwilę, spędzaliśmy razem. Koncerty, imprezy, jakieś konspiracyjne akcje i akcyjki, żeby komunie dokopać. Rodzący się pociąg do alkoholu, uganianie się za laskami. Zwłaszcza tymi z młodszych klas.     
Podrywaliśmy tylko takie, które trzymały się parami.     
Nie możliwe było bowiem, byśmy choć jedno popołudnie spędzili osobno. Absolutna strata czasu. Znależć dwie dziewczyny, które łącznie odpowiadałyby naszym, dość się od siebie różniącym, gustom było cholernie trudno. Ale nie dawaliśmy za wygraną.     
Pamiętam Jaśkę i Karolinę. Korwin oszalał na punkcie tej pierwszej. Smarkate trzymały się razem, my też, więc teoretycznie problemu nie było. Tylko, że mi się ta Karolina ni w ząb nie podobała. Korwin bręczał chyba ze dwa, trzy dni...     
Dla siedemnastolatków to prawie epoka.     
W końcu zgodziłem się wyłącznie, by sprawić mu przyjemność. Męczyła mnie ta Karola okrutnie. Starałem się jednak do niej przekonać. Po kilku dniach żmudnych wysiłków doszedłem nawet do wniosku, że wcale nie jest taka brzydka. A i poczucie humoru ma niewąskie.     
Raz zabraliśmy kwiatuszki do kina na przedpołudniowy seans dla licealistów. W środku wpadka absolutna. Przyszła cała nasza klasa. Laski zachowywały się skandalicznie. Gnój totalny. Korwin nie wytrzymał i wyszedł z kina. Zrobił Jaśce awanturę na połowę Armii Czerwonej. Postanowił, że musimy laskom dać spokój, bo nie dorosły do kontaktów z takimi chłopakami jak my. Był tylko jeden drobiazg do załatwienia.     
Karolina zaczęła mi się strasznie podobać.     
Ale Korwin był stanowczy. Mam sobie wybić ją z głowy. Znajdziemy lepsze towarki.     
Nie mylił się. Potrzebowaliśmy na to około tygodnia. Nie stanowiło to zresztą większego problemu, bo laski lgnęły do Korwina, jak ćmy do lampy. Do mnie mniej. Ale jako para, w każdym razie, byliśmy nie do pogardzenia. Nie wszystkie dziewczyny lubiły jednak transakcje wiązane.     
Sześć lat z rzędu spędzaliśmy razem całe wakacje. Namiot pod pachę i nad morze, do Jarocina, w góry, a nawet raz do Częstochowy. Korwin był bardzo religijny, a ja wtedy w sumie też.     
Na wyjeździe muza non stop. Magnetofon i kasety wystarczały nam za całą rekreację. No i browar, rzecz jasna... Ale bardzo młodzieżowo. W Jarocinie malowaliśmy sobie twarze na różne pstrokate kolory. Musieliśmy strasznie uważać, by jakieś hieny prasowe nie zdołały nas skadrować. A klientów był opór. Byle jakąś ciekawą małpeczkę w telewizji pokazać. Najbardziej zabawne były te jarocińskie rodzinki, które po niedzielnym rosole podjeżdżały pod miasteczko namiotowe, by co ciekawsze okazy zwyrodniałej młodzieży pooglądać.     
Raz, chyba w osiemdziesiątym szóstym, dorwał nas jakiś pismak i poprosił - kuriozum?! - o fotkę indywidualną. Na wejściu opowiedziałem mu bajkę o wężu. Ale gość nie odpuszczał. I do tego był cholernie sympatyczny. Więc, zgodziliśmy się. Potem strach, żeby publikacji nie było. Inaczej bylibyśmy spaleni. Nasze ryła w oficjalnej, czerwonej prasie..?! Zdrada absolutna. Nikt w szkole - a byliśmy uczniami najbardziej konspirowej budy w Poznaniu - nie podałby nam ręki.  
Ale te kilka pobytów w Jarocinie, wtedy w połowie lat osiemdziesiątych, to było przeżycie. Do dziś mam kasety z nagraniami dokonanymi moim zdezelowanym Grundigiem. Najważniejszy był wtedy Dezerter i rok osiem cztery.     
Wypady nad morze inspirowały nasze egzystencjalne dysputy i filozoficzne rozważania. Zero rwania lasek. Tylko muza, wspomagacze i dylematy ery nuklearnej. Ładowanie mózgów, żeby na cały rok starczyło.   
Naukę też uskutecznialiśmy wspólnie. A ponieważ zaliczaliśmy się do tych bardziej bystrych, zabierała nam kwadrans, może dwadzieścia minut, zaś resztę nocy można było poświęcić na tematy pozazawodowe. Staruszkowie byli spokojni, że się chłopaczyska uczą, a my mogliśmy spędzać ze sobą nie tylko całe dnie. Do matury uczyliśmy się dwadzieścia cztery godziny u mnie, dwadzieścia cztery u Korwina. Z tych dwudziestu czterech przynajmniej dwanaście na sen, trzy na spacery - głowa musiała odpoczywać - i ze dwie na przejazdy. Spożywanie obfitych posiłków serwowanych nam przez mamy, to minimum dwie następne. Koniecznie dwa razy dzienne godzinna pora relaksu przy muzyce. Z godzinę, półtorej na wykonanie telefonów do tych, którzy też się uczą. Reszta to już prawie wyłącznie sama nauka. Z tym, że nasza zbiorowa zdolność do koncentracji była prawie żadna.     
Maturę zaliczyliśmy ze średnią grubo powyżej cztery zero. Średnią ocen liczonych łącznie dla nas dwóch.     
Korwin na studia wyjechał do Łodzi. Do Filmowej. Widywaliśmy się dwa razy w miesiącu. Na początku to był szok. Potem z czasem przyzwyczailiśmy się do tego.    
W tak zwanym międzyczasie pojawiła się Ewa. Była piękną i perfekcyjnie wyluzowaną blondynką. Miała cudowne, niebieskie oczy. Obaj z Korwinem mieliśmy już wtedy stałe partnerki. Ewa jako osiemnostolatka wyszła za mąż, a zaraz potem jej wybranek też wyszedł... Za ocean na prawie dwa lata.     
Ewuśka podobała się nam obu makabrycznie.     
Najpierw to była zabawa. Potem, kto z nią spędzi więcej czasu. Kto wyrwie z tak zwanego kontekstu więcej słów wypowiadanych tylko do niego. Zrodziła się cokolwiek niezdrowa rywalizacja. Po raz pierwszy obecność Korwina, to była obecność przeciwnika, rywala.     
Nie pamiętam już kiedy po raz pierwszy doszło między nami do sceny zazdrości. Chyba nad Wartą. Nocny spacer całą paczką. Oczywiście na końcu pochodu - Ewa, Korwin i ja. Idę na moment w krzaki. Wiadomo, mocz... Wracam po chwili, a ich nie ma. Po paru sekundach doganiam ich. Korwin wali prosto z mostu, czy mam do nich jakąś sprawkę. Nie wytrzymuję i rozbijam przed nim prawie pełną butelkę piwa. Rzucam coś wulgarnego w powietrze i odchodzę.     
Jeszcze wcześniej wieczorem kłócimy się o to, kto ma otwierać browary. Kłócimy na maksa.     
Kompletnie bez sensu.     
Korwin kaleczy się dotkliwie w palec.     
W tym groteskowym trójkącie nie chodziło wcale o miłość. Może między Korwinem a Ewą było coś na kształt rodzącego się uczucia. Dla mnie Ewa była jedynie strasznie sympatyczną i rozrywkową dziewczyną, w której towarzystwie doskonale się bawiłem. I tylko na tym mi zależało.     
Sprawa ostatecznie po kościach się rozeszła. Wrócił facet Ewy, a i Korwin zaangażował się w inną kobiecość.    
Bywałem u niego w Łodzi. Tam Korwin poznał Sylwię. Rudowłosą dziewczynę z Poznania. Zawsze twierdził, że szczęściu trzeba pomagać. Musiał wyjechać z Poznania, by poznać Poznaniankę o jakiej marzył. Po raz pierwszy przyznał się, że ją kocha obejmując sedes w oczekiwaniu na nieuchronność skutków nadużycia alkoholu, na mojej kawalerskiej na Owsianej. Rano zadzwonił do Sylwii i jej też to powiedział.     
Po pierwszym stosunku zaszła w ciążę. Mieli przerąbane u rodziców. Religia, moralność i tego typu wygłupy. Na początku było cholernie ciężko. Ja nie mogłem pomóc finansowo, dlatego wspierałem ich jedynie duchowo. Po roku albo dwóch Korwin dostał małą rolę u Kondratiuka. Widziałem ten film. Był naprawdę niezły. Kariery potem wielkiej nie zrobił, ale była z niego całkiem przyzwoita kasa. Sylwia urodziła najpierw chłopaka, potem dziewczynę. Korwin skończył ostatecznie reżyserski i zaczął rzeźbić w dokumencie. Fabuła go nie ruszała. Zrobił kilka niegorszych tematów. Miał jednak spore kłopoty z cenzurą. Komuchy w zasadzie już szły w odstawkę, ale ci na Mysiej nie popuszczali. Zwłaszcza, że jeszcze na początku studiów siedział prawie miesiąc za ulotki. Dopiero jak komuchy odpuściły, to Korwin mógł się odpowiednio rozwinąć. Zaczęła lać się nawet niemała kasa. Zbudowali piękny dom pod Łodzią. Był chyba niezły w tym, co robił. Ja w to przynajmniej gorąco wierzyłem. On chyba nie do końca był przekonany, że ze mnie pismak kumaty.
    
Pierwszy zły sygnał miał miejsce zeszłej jesieni. Korwin nie chciał za bardzo opowiadać. To było do niego niepodobne. Wiem, że był dwa tygodnie na obserwacji.     
Dopiero wiosną okazało się, że w mózgu ma ogromnego włókniaka.
Najpierw operacja. Załatwiłem im jakiegoś superspecjalistę w Wawie. Przez Agnieszkę. Ona to zna wszystkich. Wycieli mu tę narośl. Ale była złośliwa. Po kwartale nawrót. Sylwia zadzwoniła, że jeśli chcę go jeszcze zobaczyć, mam natychmiast przyjeżdżać. Wsiadłem w brykę i poleciałem do Łodzi. Byłem u niego godzinę.     
To był straszny widok.     
Nie poznawał nikogo. Musiał leżeć przywiązany do łóżka. Komórki nowotworowe zaatakowały już cały mózg i Korwin stał się agresywny dla otoczenia.     
W drodze powrotnej ryczałem jak bóbr. Wiedziałem, że to koniec. Tydzień, miesiąc... Im szybciej, tym mniej cierpień. Dla niego, i zwłaszcza dla Sylwii. Była cieniem dawnej, pięknej Sylwii.     
Pod Grodziskiem nie utrzymałem kierownicy w ręku. Nie wiem, dlaczego. Droga była sucha i pusta. Renówa do kasacji. A ja - cóż za absurd?! - prawie bez szwanku. Trzy dni obserwacji na Szaserów. Agnieszka nie dopuściła, bym leżał na Stępińskiej. Tam nikogo nie zna, a w wojskowym ordynator to jej były kochanek. Nie mam pytań.     
Od mojej wizyty u Korwina do telefonu Sylwii minęło ze cztery, pięć miesięcy. Nawet do niej nie dzwoniłem. Rozmowy byłyby dla nas obojga zbyt trudne. Informacje czerpałem za pośrednictwem rodziców Korwina.     
Zmarł w piątek wieczorem.     
Zdążył zostać przetransportowany do domu. Strasznie nie chciał, by stało się to w szpitalu.     
Na pogrzebie, który odbył się w Poznaniu byli wszyscy, których się tam spodziewałem. Alicja była tak blada, że miałem wrażenie, iż za moment wpadnie do grobu razem z Korwinem. Żelazny ryczał, Łukasz też, wlokąc przy tym brodę po tartanowej nawierzchni alejki. Wacenty i Krzysztof stali obok Magdaleny. W zupełnej ciszy, albowiem każde słowo mogłoby zranić do krwi. A może jeszcze dotkliwiej.     
Joanna, upleciona silnie wiejącym wiatrem, płakała spokojnie.  
Sylwia wędrowała za trumną delikatnym krokiem, prawie nie dotykając podłoża. Wędrowała pogodzona z losem. Zaimponowała mi. Nie omieszkałem jej tego powiedzieć.     
- Korwin  umarł  dawno temu  - odparła. - Ostatnie tygodnie był już tylko rośliną. Zdążyłam się przyzwyczaić do jego nieobecności.     
Sylwia postanowiła wrócić po Poznania. Sprzedaje dom w Łodzi i wraca. Na początek zaczepi się u rodziców Korwina.
                            
Fragment powieści - Rozdział 13




Parnas Bis, Słownik Literatury Polskiej Urodzonej po 1960 roku 

Wydanie trzecie i ostatnie!
Lampa i Iskra Boża, 1998 - strona 137




Andrzej S. Rodys, Pod Lampą

Lampa i Iskra Boża, nr 10 (15)
Jesień 1996 - strona 98


Paweł Dunin-Wąsowicz, Kobieta, kariera, komputer.
Fragment książki Oko Smoka. Literatura tzw. pokolenia "brulionu" wobec rzeczywistości III RP.
Lampa i Iskra Boża, 2000


Jesteśmy ofiarami naszych czasów. Wywiad z Andrzejem S. Rodysem
Lampa i Iskra Boża, nr 17 (22)
Jesień 2000 - strona 77







Lampa i Iskra Boża, nr 9 (14)
Jesień 1995 - strona 109-110

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza