piątek, 5 czerwca 2020

John Butcher! Finally Crucial & Blasphemious, Not Old & Fictional! The Next Four of a Kind!


John Butcher, podobnie jak Agustí Fernández, ukończył w roku ubiegłym 65 lat, zatem także i on – zgodnie z maksymą filmu Wielkie Piękno – nie ma już czasu na robienie rzeczy, które nie sprawiają mu przyjemności.

Here it is! Przed nami cztery swobodnie improwizowane spektakle dźwiękowe z minionych dwunastu miesięcy, nagrania, w trakcie których ów wspaniały, brytyjski saksofonista nie zmarnował choćby minuty! Dodatkowo w każdym ze spotkań towarzyszyli mu prawie wyłącznie inni bogowie zjednoczonego królestwa wolnej improwizacji, zatem radość z odsłuchu płyt będzie nam dana na wieczność! Kolejnym z powodów do ekscytacji może być też fakt, iż poza pierwszym przypadkiem, wszystkie pozostałe, to inauguracyjne spotkania muzyków w danej konstelacji personalnej.

Zapraszamy na cztery upojne wieczory do Londynu! Welcome to London!




Last Dream Of The Morning (Butcher/ Edwards/ Sanders) ‎ Crucial Anatomy  (Trost Records, CD 2020)

Jeśli celebrować samo dobro, to najlepiej w londyńskim Café Oto! Środek lata roku 2018, na scenie: John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy, John Edwards – kontrabas oraz Mark Sanders – perkusja. Od czasu pierwszej płyty w tym składzie, muzycy funkcjonują pod nazwą własną Last Dream Of The Morning. Koncert podzielono na trzy części (po prawdzie są jednym strumieniem dźwiękowym), trwa 57 minut bez kilku sekund.

Wibrujący werbel, drżące struny kontrabasu, posuwiste wichry powietrza z tuby saksofonu tenorowego – a new modern free jazz trio wyrusza na łowy. Każdy z muzyków, w tym momencie dziejów świata i historii gatunku, zdaje się funkcjonować niczym model spod paryskiego Luwru! We trzech, w mgnieniu oka budują narowisty flow - dynamiczni, pewni siebie i artystycznie bezczelni! Samozwańczym mistrzem ceremonii stara się być nade wszystko Edwards, który wyposażony w rozgrzany smyczek i zwinne palce cyrkowca, co rusz stawia partnerów do pionu i proponuje zmianę kierunku improwizacji. Tu sięga po swój post-barokowy przedmiot rażenia już po upływie trzeciej minuty. Stopping zdaje się być świetnie zaplanowany (jakby na dwa razy) i wyjątkowo efektowny – artyści drżą, parskają, biją w dzwonki. Krótkie solowe expo kontrabasu, suche oddechy saksofonu, błysk talerzy – faza wzajemnego przekomarzania się, złote akcje i platynowe reakcje. Bez nadmiernego pośpiechu muzycy dochodzą do momentu, w którym zwinna repetycja smyczka ogłasza start drugiej, zasadniczej części koncertu.

Tenże smyczek i małe percussion - bez udziału saksofonu - budują nową opowieść. Sopran wchodzi do gry po krótkiej pauzie, pełen wewnętrznego krzyku i pikantnych emocji. Edwards piłuje glazurę gryfu, a trio w mig osiąga stan galopu. Saksofon tłumi jednak ogień narracji i prowadzi ją do bram ciszy – przed nami faza małej gry w pytania i odpowiedzi. Muzycy kołyszą się na wietrze i szukają cienia. Smyczek nie opuszcza pulpitu dowodzenia, perkusjonalne igraszki budują background, a saksofon - często dziś sięgający po dramaturgiczne pauzy - czeka aż duet osiągnie fazę jurnego kłusu i będzie mógł rozbłysnąć pełnią swej urody. Po niedługiej chwili artyści robią nawrotkę i gnają jakby w przeciwnym kierunku, tym razem niesieni energią kontrabasowego pizzicato. Po 19 minucie, nie pierwsze i nie ostatnie, solo Edwardsa ze smyczkiem w roli głównej, potem faza ciszy i rezonansu wielu przedmiotów płaskich, także suche parsknięcia dysz – what a beauty free chamber! Po 26 minucie muzycy szukają dramaturgicznego szczytu, ale na drodze do końca części zasadniczej jeszcze parokrotnie zmienią zdanie wiedzeni sygnałami z gryfu kontrabasu, odbędą kolejny rytuał duetowy, pooddychają czerstwą ciszą, zbudują kilka matowych dronów. Gdy powróci saksofon tenorowy, niesieni mocą własnego temperamentu i emocji na scenie, wpadną w czeluść rezonujących przedmiotów, przy okazji rozpoczynając ostatni akt spektaklu.

Któż może kręcić spiralą narracji, jeśli nie smyczek! Tuż obok tenor decyduje się na kilka efektownych piruetów na dużej wysokości, a perkusja zdaje się zbierać siły na efektowne zakończenie. Muzycy budują masywny flow, przez moment także bez udziału saksofonu (prawdziwe hard-core jazz duo!). Na finał ostateczny Butcher sięga ponownie po saksofon sopranowy i proponuje zmysłowy taniec godowy! Nim zabrzmi huragan oklasków, muzycy zdążą jeszcze nabrać dynamiki i błyskotliwie wyhamować, oddać parę sekund Sandersowi na separatywną dygresję, wreszcie wprawić saksofon w stan finałowego skowytu, który przy wtórze repetującego kontrabasu, zwieńczy dzieło.




Beresford & Butcher  Old Paradise Airs  (Iluso Records, ‎CD 2020)

Z Café Oto czeka nas żabi skok do Iklectik! Maj 2019 roku, koncert dwóch dostojnych Panów: Steve Beresford - fortepian, elektronika i obiekty oraz John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy. Sześć improwizacji, 52 minuty.

Muzycy zaczynają od pewnego rodzaju challange’u, zwłaszcza dla recenzenta – Steve pulsuje czerstwą elektroniką, skomle na kablach, a obok John tańczy na sopranie, śpiewa o utraconych szansach na akustyczny flow, jakby na przekór introdukcji partnera. Szczęśliwie pieśń otwarcia nie trwa nawet trzech minut, a my z perspektywy czasu wiemy, że dalej będzie tylko lepiej. Dobrym przykładem na to jest druga improwizacja – zaczyna się delikatnie, małymi plamami syntetyki i suchymi dronami saksofonu tenorowego. Deep impro świetnie buduje klimat koncertu. Akcje zaziębiają się, reakcje czynione są zawsze w punkt. Po 7 minucie Steve brzmi, jakby grał na electric piano, nie bez skromnych preparacji (chwilami słychać nawet gołe struny fortepianu!). John sięga po sopran i śle zmysłowe trele. Narracja pełna jest zmian i wolt stylistycznych. Moc kreacji zdaje się być po stronie pianisty (w ujęciu statystycznym, w 75% udanej), dużo dobrego komentarza i dramaturgicznej przekory odnajdujemy zaś po stronie saksofonisty.

Trzecia improwizacji, to paleta elektronicznych zgrzytów, odgłosów strun i dźwięków tajemniczych zabawek w rękach Beresforda. Butcher komentuje sopranem po ptasiemu, jak sowa, też zdaje się dobrze bawić sytuacją sceniczną. Szuka preparacji, definitywnie chce dotrzymać kroku partnerowi w zakresie kreatywności. Ten zaś przez moment brzmi jak … gitara. Czwarta improwizacja rodzi się z fortepianowych preparacji, które nie bez użycia klawiatury budują ciekawą introdukcję. Świetnie w tę magmę szeleszczącej akustyki na styku syntetyki wchodzi rozbudzony tenor. Muzycy budują najlepszą jak do tej pory opowieść. Przybywa akcentów elektroakustycznych, ale flow toczy się nad wyraz płynnie. Gdy w końcu nabiorą dynamiki, posiądą specyficzny post-ragtime’owy rytm, opowieść zdobiona bystrymi frazami saksofonu dobije do końcowej przystani.

Piąta część znów zaczyna się solowym intro Steve’a. John wybudza tenor z letargu melodyjnymi frazami. Steve odpowiada preparacjami. John zmienia instrument na sopran. Swoje dokłada elektronika. Życie jak w kalejdoskopie – improvised variety! Czas na finał, który daje wiele i tyleż rekompensuje z perspektywy całego nagrania. Preparacje fortepianu i ptasia ekspresja saksofonu sopranowego budują piękny, w pełni akustyczny fragment koncertu. Rośnie tempo, buzuje ekspresja, ale nie brakuje też zaskakująco nostalgicznych fraz obu muzyków. Gadają ze sobą, szczerzą zęby, jakby chcieli powiedzieć, że nie ważne jak zaczynali, ważne, jak kończą! Na ostatniej prostej Beresford nie byłby sobą, gdy nie jątrzył swoimi elektronicznymi zabawkami, kończąc płytę równie doskonałą, jak i w kilku momentach delikatnie nierówną.




Minton/ Butcher/ Robair  Blasphemious Fragments  (Rastascan Records, CD 2019)

Początek lipca 2017 roku, Snap Studios, a nim trzech tytanów tańców swobodnych: Phil Minton – głos, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy oraz Gino Robair – perkusja, elektronika i fortepian. Jedenaście improwizacji, niemal 53 minuty.

Zaczynamy odrobinę wirtualnie – ktoś stroi radioodbiornik, w tle szumi cicha syntetyka, saksofon sopranowy śle strzeliste, ale urywane frazy. Minton zdaje się milczeć, ale już drugą opowieść otwiera całkowicie samodzielnie. Szoruje dno gardła, podobnie, jak Robair glazurę suchego werbla. Butcher budzi się po dłuższej chwili i zwinnie włącza do spaceru leniwych niedźwiedzi po gęstwinach lasu. Muzycy niechybnie są w fazie gry wstępnej – produkują drobne frazy w oczekiwaniu na reakcje partnerów. Demokracja ludowa w zakresie dostępu do przestrzeni dźwiękowej - każdy z muzyków zdaje się czuwać na granicy swojego terytorium, zdolny do podjęcia czynności preparowania dźwięków. Otwarcie kolejnej części przypada werblowi, który drży i rezonuje. Do życia budzi się saksofon sopranowy, a ekspresja głosu tonie w jękach. Minton zdaje się być na granicy załamania nerwowego. Oj, dobry to aktor! Dęciak i głos tego ostatniego lepią się do siebie, perkusjonalia płyną niemal w pełni akustycznym strumieniem. Czwarta historia kontynuuje ową strategię – tenor zatopiony w podwójnym półśpiewie i small drumming po paru chwilach przeistaczają się w zmysłowego post-bluesa!

Piątą opowieść (najdłuższą na płycie) rozpoczyna jednoczesny chrobot gardła i werbla. Wejście tenoru determinuje wzrost dynamiki, a poziom emocji w ułamku sekundy osiąga poziom krzyku. Tuż potem krótki epizod w duecie John i Gino, a w ramach komentarza – cudowna eksplozja dźwięków w gardle Phila. Wreszcie faza zmysłowej medytacji grupowej: saksofon stęka, głos szumi, perkusjonalia na poły syntetyczne pulsują, a na wybrzmieniu wszyscy generują drony. Brawo! Szósta historia dla odmiany bardzo skondensowana – elektroakustyka, stemple sopranu, śpiew szeroką skalą (!) i … akustyczne dźwięki piana. Ten ostatni instrument, bystrymi preparacjami, wprowadza nas do kolejnej komnaty pełnej dźwiękowych cudów. Akustyczne zabawy w pobliżu ciszy: szum z gardła, ptasie zaloty saksofonu, gołe struny – ethno free improv! Po chwili zwinne przejście w gęstszą sieć preparacji – maszyna ssąco-tłocząca w fazie pracy organicznej, garść elektroakustycznych niespodzianek! Ósma historia trzyma post-industrialną poświatę – szumy, gwizdy, krowie pomruki (raczej ze strony Gina!). Pomysł zdaje się gonić pomysł, a zabawa nie mieć końca.

Dziewiąta improwizacja ma być może za zadanie gasić emocje – dzwonki, spirytualne wyniesienie, jęki skazańca i saksofon niechybnie spóźniony na ceremonię. Trochę drummingu w ramach podniesienia temperatury, plamy preparacji, ale tempo definitywnie w konwencji very slow motion. Cóż zatem czynić, trzeba uderzyć w dzwony i upuścić trochę krwi. Od razu lepiej! Butcher dynamicznie podskakuje na tenorze, Robair coś równie ekspresyjnie ugniata na werblu, Minton gdacze i pogwizduje. Muzycy budują posuwiste strumienie dźwiękowe, charczą i imitują się wzajemnie, znów szukają bluesa i znów go odnajdują. Na poły rytmiczny szum sprawnie podprowadza muzyków pod pieśń zamknięcia. Tuba saksofonu szumi, głos wydaje dźwięki jakby półscatem, werbel trzeszczy, a wszystko to w poszukiwaniu utraconej przed wiekami melodyki. Na ostatniej prostej salwy emocji, no i burza jedynie wirtualnych oklasków, wszak z muzykami nie ma publiczności.




Thomas/ Butcher/ Solberg ‎ Fictional Souvenirs  (Astral Spirits, Cassette/CD 2019)

Wracamy do Iklectik! Znów lipiec 2017 roku i kolejna trójka improwizatorów, co to z niejednego pieca chleb jedli: Ståle Liavik Solberg – perkusja i instrumenty perkusyjne, John Butcher – saksofon sopranowy i tenorowy oraz Pat Thomas, którego znamy głównie jako pianistę, ale który także (to jakaś plaga!) lubi otaczać się dziwnymi przedmiotami, które wydają dźwięki, na ogół syntetyczne, zatem cytując wprost z okładki płyty, będzie produkował fonię korzystając z przedmiotów o nazwach: Moog Theremini oraz iPad Based Electronics. Koncert podzielony na sześć części trwa prawie 50 minut.

Ilustracyjna, nieco oniryczna elektronika buduje klimat otwarcia, pomiędzy jej zęby wplata się skromny drumming. Pomruki saksofonu sopranowego stają się naszych udziałem dopiero po upływie dwóch minut. Od samego startu koncertu Thomas lubi wtrącać do narracji drobne dźwięki ze swoich elektronicznych zabawek, często się popisuje, nie bywa jednak nadmiernie inwazyjny, choć wtręty rytmicznego techno w bystry flow improwizacji mogą być uznane za zbyteczny mezalians. Butcher początkowo zdaje się pozostawać w opcji separatystycznej do aktywności Thomasa, ale po kilku okrążeniach, daje się wciągnąć w ten wrzący tygiel zaskakujących pomysłów dramaturgicznych. Podobnie zachowuje się Solberg. Szczęśliwie, dla jakości koncertu, już w drugiej jego części wątpliwości obu muzyków pękają niczym bańka mydlana. Nie brakuje w niej krótkich chwil ciszy, elektroakustycznej zabawy w żywe i syntetyczne perkusjonalia. Saksofon tenorowy kupuje ten deal i snuje spokojne, wyważone pasaże.

Zupełnie niepostrzeżenie muzycy przechodzą do środkowej fazy koncertu, którą z perspektywy całości uznać winniśmy za zdecydowanie najbardziej udaną. Część trzecią rozpoczynają małe perkusjonalia, sycząca elektronika i upodabniające się do tej drugiej prychy i przedechy z tuby i wilgotnych dysz tenoru (typical beauty of Butcher!). Świetną zmianę daje Solberg, nad wyraz subtelny zdaje się być Thomas. Dobra komunikacja w grupie powoduje, iż faza call & responce okazuje się wyjątkowo udana. Po niej dronowe preparacje, które trzymają poziom. Na finał odcinka jakby nowy wątek ciekawie kontrapunktowany repetycją elektroniki. Czwarta część jeszcze bardziej zanurza się w szczegóły. Syntetyka syczy i szeleści, niczym samo zło, saksofon sopranowy pętli się i buduje długie frazy, talerze perkusyjne brzęczą i rezonują same ze sobą. Emocje rosną, dynamika także, choć tempo wcale nie wydaje się szczególnie wysokie. Recenzent notuje na boku, iż to pewnie najlepszy moment koncertu. Niechybnie ma rację.

Piąta część, mimo asysty dobrego percussion, początkowo ginie w elektronicznej kotłowaninie. Dysonans brzmienia, rozterki serca. Butcher ratuje sytuację delikatnie wchodząc w interakcje z jednym i drugim. Mistrzowskie wyczucie dramaturgiczne Johna czyni tu niemal cuda – łagodny dialog dęciaka z elektroniką wysokich częstotliwości wyprowadza narrację na prostą, a nadprogramowej jakości dodają jej ornamenty perkusyjne, podawane jakby zza kulis, ale wyjątkowo trafne i świetnie skorelowane z tym, co na scenie. Tymczasem Thomas nie może nie pokazać nam kilku kolejnych syntetycznych zabawek w akcji. Niespodziewanie jednak milknie, robiąc miejsce na krótki, ale jakże błyskotliwy duet akustycznych instrumentów. Brawo Wy! Zakończenie utworu robi się prawdziwie free jazzowe, inkrustowane gwoździami elektroniki. Ostatni akord koncertu otwiera dość rozbudowane intro Solberga. Thomas proponuje dźwięki, które przypominają instrument strunowy. Butcher miłośnie parska i uśmiecha się od prawej do lewej. Improwizacja nabiera nieco onirycznych barw. John buduje flow, Pat stoi z bloku, a z odsieczą idzie Ståle (good boy!). W końcu cała trójka bierze się do bardziej zdecydowanych działań, przez ułamek sekundy wręcz tańczą walczyka (!). Ostatnia prosta brzmi jednak jak kosmodrom. Thomas jest czujny i po swojemu kończy album, który oddany w ręce dobrego mix-mastera dałby się z pewnością zredukować z bardzo dobrych 50 minut do 35-40 minutowej perełki.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza