W bogobojny dla niektórych piątek wrzucamy do odtwarzacza wyjątkowo gorące nagranie. Sandy Ewen na gitarze elektrycznej, Damon Smith na kontrabasie i Weasel Walter na instrumentach perkusyjnych, to amerykańskie trio, które śmiało zasługuje na miano power, choć rozumiane bardzo pokrętnie i raczej niestandardowo. Zapowiada się naprawdę niebagatelna przygoda. Bierzemy głęboki oddech i odlatujemy!
Pierwsza z siedmiu improwizacji jest najdłuższa, trwa ponad kwadrans
i bodaj jako jedyna miewa chwile wytchnienia, zdjęcia nogi z gazu, próby łapania
dramaturgicznego dystansu. Tak, czy inaczej kontrabas stawia tu stemple własną krwią,
gitara tonie w onirycznej chmurze czegoś, co w ułamku sekundy może stać się paliwem
atomowym, a perkusja (tu zwana perkusjonaliami, nie wiedzieć czemu) krąży wokół
niczym szarańcza i zawłaszcza przestrzeń gęstej, jak wulkaniczna lawa narracji.
Muzycy doskonale kontrolują jednak poziom intensywności. Gdy tylko zbliżają się
do stadium hałasu, biorą głęboki oddech i pochylają się nad pojedynczym dźwiękiem,
bo w tej demonicznej narracji liczy się każdy szczegół, a każdy fraza zdaje się
pasować do pozostałych, jak elementy puzzle’a.
W drugiej opowieści muzycy przechodzą suchą stopą od porcji szumów
i chropowatych szelestów do ekspozycji o niemal post-industrialnym posmaku. Ów kolektywny
spazm sprawia, iż bywają tu momenty, gdy nie jesteśmy w stanie wskazać źródła
danego dźwięku. W trzeciej części, mimo, iż gra spoczywa na brzmieniu smyczka, narracja
staje się jeszcze bardziej intensywna – ciało w ciało, bez chwili zastanowienia,
czy przestrzeni na refleksje. Perkusja wpada w galop, gitara sprzęga suchym powietrzem,
kontrabas bliski jest noise possition. W kolejnej ekspozycji, tu huśtawce
definitywnie mrocznych emocji, panoszą się porcje szmerów, metalicznych
obcierek, czy prądu, który ścieka z gryfu gitary. Muzycy skaczą sobie do gardeł,
ale wciąż pozostają w przyjacielskich relacjach.
Gdy wydaje się, że wszystko już wiemy o tym albumie, w części
piątej i szóstej artyści dokładają nowe elementy, sprawiające, iż nasz
dotychczasowy, duży już zachwyt przybiera jeszcze bardziej monstrualne
rozmiary. Piątą przypowieść otwiera rozwibrowany, wysoko posadowiony smyczek.
Jego melodia boli, podobnie jak kolejne spazmy perkusji. Gitara tonie w post-psychodelii,
pozornie jest tu najmniej dotkliwym fonicznie atrybutem improwizacji. Tempo rośnie,
każdy zakręt grozi śmiercią lub trwałym kalectwem. W szóstej części smyczek
kreuje nowy gatunek muzyczny – to heavy barok! Artyści brną teraz w gęstym
mule bagiennym, a każda akcja wymaga kolejnego napięcia mięśni. Przez moment
zastygają w mrocznej mgle, to chyba najpiękniejszy moment tego albumu. To
cisza, która buzuje post-hałasem. Nie po raz pierwszy perkusja sprawia jednak,
że improwizacja dostaje kolejne życie.
Ostatnia opowieść w fazie początkowej wydaje się zagadkowo
delikatna, wręcz spokojna. Muzycy z mozołem kręcą kolejne spirale narracji,
jakby toczyli wielki kamień pod niekończącą się górę. Smyczek śpiewa żałobną pieśń
pozostając w pozycji na kolanach, gitara krzyczy wraz z nim, a perkusja dynamicznie
dygocze z emocji. Ostatnie dwadzieścia sekund płyty, to oddech konania.
Ewen/
Smith/ Walter Untitled (Balance Point Acoustic, CD 2026). Sandy Ewen –
gitara, Damon Smith – kontrabas oraz Weasel Walter – instrumenty perkusyjne.
Nagrane w Cloud Recordings, Collinsville, USA, listopad 2025. Siedem
improwizacji, 62 minuty.
