piątek, 8 maja 2026

The May’ Round-up: Villavecchia! Shachar! Memphis Metaphysics! En Quartet! Totoabas! Suncuts! Serries! Gorokhov!


W kwietniu zabrakło na Trybunie miejsca na nasze ulubione danie – comiesięczną zbiorówkę recenzji płyt z całego świata. Szczęśliwie w maju taka przestrzeń pojawia się już w drugim tygodniu wiosennego periodu.

Na ruszt rzucamy osiem albumów, które nadspodziewanie silnie osadzone są w idiomie post-jazzowym. Aż cztery takie płyty staną się za chwilę naszym udziałem. Potem będziemy eksperymentować z dęciakami, zrobimy prawdziwy hard-punkowy łomot, a przygodę zakończymy w odmętach wielobarwnego ambientu.

W ujęciu geograficznym zaczniemy od naszej ukochanej Katalonii, w dalszej kolejności czekają nas wątki duńsko-amerykański i polski, które dopełnią optykę jazzową. Zapowiadany eksperyment będzie czeski, choć pod sztandarami francuskimi. Potem już tylko międzynarodowe power trio, belgijska gitara i wątek z kraju bez flagi w definitywnie nieoczywistej stylistyce.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Liba Villavecchia Trio Eclipse Aciago (Self-released, CD 2025)

La Casamurada, Barcelona, luty 2024: Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne oraz Alex Reviriego – kontrabas. Sześć utworów, 37 minut.

To czwarta już płyta tria, które nie przestaje zaskakiwać i intrygować. Free jazzowe kompozycje lidera są tu jak zawsze punktem wyjścia do swobodnych improwizacji, ale całość trzyma dramaturgię, jak najlepszy thriller, w którym nie ma zbędnych akcji, ani słów rzucanych na wiatr. Dodatkowo Liba udostępnia coraz więcej przestrzeni młodszym partnerom, dzięki czemu trio zyskuje na jakości z każdym kolejnym utworem. Zauważmy, iż połowa z nich tym razem wypełzła spod pióra Reviriego i to nie pierwsza dziś dobra wiadomość.

Saksofon altowy Liby lubi wysoko zawieszone, soczyste melodie. Kontrabas Alexa, który chętnie stawia masywne stemple, w mgnieniu oka, traktowany smyczkiem staje się narzędziem kameralnego suspensu. Perkusja Vasco idzie tuż obok, nie boi się prostego, niemal punkowego beatu (jak w części czwartej), a gdy trzeba eksploduje armią małych, chroboczących przedmiotów na werblu (w tejże samej historii). Większość utworów ma dość spokojną narrację, a free jazzowa erupcja realizuje się w jedynie w drugim z nich. Trzecia i szósta odsłona, to części tej samej pięknej, urokliwie martwej ballady smaganej batem doom stepu sekcji i rzewnym śpiewem altu. Szczególnie dużo emocji dostarcza piąta historia, początkowo rozedrgana, osnuta wokół dętej melodii, po przejściu kontrabasu w tryb arco staje się kameralną perełką z równie zaskakującą, bluesową puentą.  

  


Yeonathan Shachar Appli'd Motion (Discordian Records, DL 2026)

La Isla, Barcelona, wrzesień/ październik 2025: Yeonathan Shachar – gitara elektryczna, kompozycje, Luis Erades – saksofon altowy i tenorowy, Asaf Shchori – kontrabas oraz Soren Alcaraz – perkusja. Sześć utworów, 29 minut.

Kolejna jazzowa oferta ze stolicy Katalonii, znów autorski projekt i dobrze uformowane kompozycje. W warstwie estetycznej posadowione w kulturze fussion jazzu, jakże charakterystycznego dla nowojorskiego Downtown sprzed trzech dekad. Ale i dziś słucha się tego naprawdę dobrze. Dodatkowo album jest zwarty w formie, co sprzyja bezkonfliktowemu odsłuchowi.

Temat pierwszego utworu jest bardzo precyzyjnie zadekretowany i rozpisany na role, dodatkowo nasączony ekspresją i estetyką godną najntisowego Johna Zorna. Śpiewny saksofon, zwinna gitara i sekcja rytmu, która zawsze jest na czas. W kolejnych odsłonach albumu do gry chętnie wchodzi kontrabasowy smyczek, ale daleki jest od kameralnych zapędów, potrafi wzniecić ogień lub intrygująco poszarpać zbyt łagodnie uformowaną narrację. W części trzeciej podobać się mogą akcje duetowe – najpierw sax & bass, potem guitar & drums. Końcowe dwa utwory płyną pod dyktando lidera i kompozytora. W piątym intryguje ambientowe intro, z kolei utwór finałowy, to wyłącznie dzieło gitarzysty, którego instrument brzmi po raz pierwszy semi-akustycznie i udanie deformuje coś klasycznie gitarowego.

  


Oswald/ Cheli/ Moses/ Edmiston/ Westgaard Memphis Metaphysics (Sonic Transmissions, CD 2025).

Memphis, Tennessee, Grudzień 2023: Ra Kalam Bob Moses – perkusja, Hein Westgaard – gitara elektryczna, Margaux Oswald – fortepian, Art Edmaiston – saksofon tenorowy oraz Kevin Cheli – instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 46 minut.

Oto historia niemal z dzikiego zachodu. Przyjaciele z Danii, Oswald i Westgaard, ruszają w podróż po bezkresach Ameryki i trafiają do Memphis. Tam, w domowych pieleszach drummera i mistyka Ra Kalama Boba Mosesa, nagrywają album, w którego produkcji uczestniczą także dwaj inni lokalni muzycy. Tytuły pięciu utworów odwołują nas do filozofii starożytnego Egiptu. Jest zatem duchowość, nie brakuje też bardzo swobodnych, osadzonych w etyce rytualnego free jazzu improwizacji.

Pierwsze trzy utwory mają zbliżoną dramaturgię. Otwarcie spoczywa na barkach perkusisty i perkusjonalisty, okraszone głosem tego pierwszego. Gitarzysta najpierw buduje groove, potem dodaje stylowe, jazzowe improwizacje. Rolą saksofonisty jest inicjacja melodii, a w dalszej kolejności zgrabna eskalacja i wynoszenie kwintetu na free jazzowe wzniesienia. Najciekawsze są tu wszakże akcje pianistki, zarówno w zakresie brzmienia i jak estetyki jej bardzo swobodnych pasaży. W wielu momentach narracja prowadzona jest w trio - każdorazowa z udziałem perkusji i perkusjonalii. Ostatnie dwie improwizacje bazują na balladowym flow, zdają się być pretekstem do wytłumionych medytacji, niepozbawionych jednak nuty zaskakującej psychodelii.

 


En quartet i Kamil Piotrowicz Live in Poznan (Torf Records, LP/DL 2026)

SARP Social Club, Poznań, sierpień 2023: Adam Jełowicki – trąbka, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Mikołaj Nowicki – kontrabas, Piotr Dąbrowski – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz gościnnie Kamil Piotrowicz – fortepian. Jedna improwizacja podzielona na dwie części, 43 minuty.

Kolejna porcja rasowego free jazzu, tym razem bez nadmiernej filozofii i powtarzalnych rytuałów, nastawiona na ekspresję i moc kolektywnych spazmów.  

Muzycy otwierają koncert gęstym strumieniem fonii, nie siląc się na zbędne wprowadzenia. Nieskomplikowany groove, swobodna, melodyjna wymiana uprzejmości pomiędzy trąbką i saksofonem, wreszcie delikatnie zdystansowane piano, które jakby czekało na rozwój wypadków scenicznych. Improwizacja prowadzona na ogół kolektywnie tylko incydentalnie przyjmuje formę zabaw w podgrupach. Ważnym zdarzeniem dramaturgicznym jest pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu, który wprowadza intrygujący ferment, ale nie zmienia kierunku podróży całego kwintetu. Bardziej zdecydowana zmiana ma miejsce już na drugiej stronie czarnego krążka, gdy muzycy istotnie studzą narrację. Pojawia się gwizdek, minimalistyczne piano i takiż kontrabas. W międzyczasie do gry wchodzi klarnet basowy, który nadaje opowieści delikatnie kameralny sznyt. Powrót do bardziej dynamicznych poczynań inicjuje pianista. Zakończenie koncertu jest silnie jazzowe, nawet lekko swingujące.

  


Totoabas Winter Spawning (Circum-Disc/ 13 Raw, CD 2026)

Divadlo 29, Pardubice: Petr Vrba – trąbka, elektronika oraz Zdenek Zavodny – klarnet kontraltowy, bagpipes. Dwa utwory, 26 minut.

Po pokaźnej porcji jazzu czas na zapowiadane eksperymenty. Trąbka, elektronika, klarnet kontraltowy i dudy, to narzędzia pracy, dzięki którym artyści z Czech upletli dwa intrygujące zwoje narracji. Album jest bardzo krótki, zatem warto tu pochylić się na każdym źdźbłem dźwięku.  

Pierwsza opowieść zbudowana jest z klarnetowego prychania, które multiplikuje się, poddawane czemuś na kształt live processingu. Ów dęty wielogłos kreuje gęsty strumień fonii, który zawłaszcza pełne spektrum nagrania. W połowie utworu zaczyna pojawiać się elektronika – nie jest wcale subtelna, nie stroni od usterek i drobnych przesterów, wije się wokół coraz brudniejszych, klarnetowych zgrzytów, niczym wąż boa wokół ofiary. Całość, podrasowana elektroniczną repetycją, z czasem staje się masywna, hałaśliwa i intensywna. Najpiękniejszy już tu wszakże finał, grany długim, pociągłym, dętym wydechem, otulony elektronicznym post-ambientem. Drugi utwór, to dron naznaczony piętnem stylistyki Philla Niblocka. Trąbka i dudy, skąpane w szorstkim ambiencie, kreują wielowarstwową opowieść, w której z czasem wyraźnie słyszymy frazy poszczególnych instrumentów. Intensywność przekazu rośnie do poziomu noise’owego krzyku. Ostatnia prosta, to gęsta, obumierająca flauta.

 


Suncuts Collective Heliophobic Dream (Unit Records, LP/DL)

Biel, Szwajcaria, grudzień 2023: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Maxime Hänsenberger – perkusja oraz Felipe Zenicola – bas elektryczny. Pięć utworów, 44 minuty.

A teraz obiecany punkowy łomot! Będzie głośno, będzie dosadnie, z dużą ilością prądu i ekspresji. Ściana dźwięku potężnie brzmiącej gitary basowej, 2stepowy, dynamiczny drumming i rozwrzeszczany saksofon. Suncuts nie bierze jeńców, to chyba oczywiste!

Album składa się z pięciu ekspozycji w typie long-distance crash, trwających od siedmiu do jedenastu minut. Bas rusza w podróż w tumanach sprzęgającego się prądu wysokiego napięcia, perkusja bije stopą prosty beat i szybko osiąga kosmiczną prędkość, z kolei saksofon uderza w dzwon krzycząc pieśń złości i agresji. Otwarcia kolejnych utworów zdają się być nieco spokojniejsze, ale na etapie rozwinięcia każdorazowo dopada muzyków zew krwistej, świetnie unerwionej i udramatyzowanej galopady. W tym tyglu emocji słyszymy jednak dużo wirtuozerii, zwłaszcza ze strony świetnie nam znanego brazylijskiego basisty. Artyści znajdują chwilę oddechu dopiero w czwartej opowieści, która stwarza przestrzeń na ich wysublimowane popisy solowe. Finałowa pieśń ponownie wbija w fotel. Bas z perkusją szyją wyjątkowo gęsty rytm, dodatkowo wzmocniony elektroniką. Jeśli w tym kuble soczystych pomyj odnajdziemy brzmienie saksofonu, to musimy mieć wyjątkowo wytrawne ucho. To atak serca, którego prawdopodobnie nikt nie przeżyje.

  


Dirk Serries Live Oude Klooster Chapel 2025 (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

Kapel Oude Klooster, Brecht, październik 2025: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Jeden utwór, 63 minuty.

Na tych łamach nie trzeba nikogo specjalnie zachęcać do odbywania sennych, mrocznych, ambientowych podróży w towarzystwie samotnej gitary tego belgijskiego artysty. Ta najnowsza jest nagraniem koncertowym, powstałym w świetnie nam znanym obiekcie w Brechcie. Ta akurat epopeja dźwiękowa Serriesa wydaje się wyjątkowo spokojna, dramaturgicznie wyważona, ale niesie też w sobie ziarno niemal egzystencjalnej wątpliwości, a nawet trwogi. Jest tradycyjnie piękna, niemal relaksacyjna, ale po ostatnim dźwięku pozostawia nas w stanie, który nie pozwala na spokojny sen.

Opowieść nadciąga z błogiej ciszy, leniwie płynie ciepłymi podmuchami powietrza, zdaje się koić nasze utrudzone zmysły mocą frasobliwej łagodności. Trwa, bo nie ma początku i nie będzie miała końca. Początkowo wydaje się lekka jak puch, z czasem zostaje doposażona dodatkowymi warstwami, niekiedy bardziej mrocznymi. W połowie zdaje się konać w kolejnej chmurze ciszy, ale odradza kroplami rozpaczy i strzępami tajemniczej nerwowości. Dopiero ostatni kwadrans niesie nadzieję, można bowiem odnieść wrażenie, że niektóre dźwięki stają się jakby bardziej jaskrawe.

 


Daniil Gorokhov Nocturne (Extra Notes, DL 2026)

Czas i miejsce akcji nieznane: Daniil Gorokhov - fortepian, sinewaves, dźwięki odnalezione, Marianna Domnikova – fortepian oraz Lada Uchaeva – ilustracje. Osiem utworów, 51 minut.

Na koniec naszej wielokolorowej zbiorówki na poły skomponowana, na poły improwizowana mroczna medytacja na fortepian, elektronikę analogową i garść tajemniczych, bliżej niezidentyfikowanych fonii. A wszystko z dużym znakiem jakości.

Album otwiera opowieść, która śmiało mogłaby stanowić soundtrack do horroru – mroczne frazy piana umoczone w strumieniu syczącej elektroniki. W kolejnych dwóch odsłonach rzeczona elektronika zdaje się dominować, ale zagubione frazy piana, zarówno z klawiatury, jak i wnętrza instrumentu, ciągle akcentują swoją obecność. W części czwartej, bodaj najciekawszej, odbywamy podróż od deep black ambient piano do niemal post-industrialnego rozgardiaszu. W piątym utworze intrygujący dysonans – stojący dron syntetyki i post-klasyczna melodia wprost z klawiatury. W części szóstej dźwięki piana opłukiwane są szumem przepływającej wody, z kolej w siódmej akcja opiera się wyłącznie na frazach akustycznych. Finałowa opowieść jest plejadą drobnych, szemrzących i skwierczących fonii, najpierw dość onirycznych, potem definitywnie mrocznych. Puentą utworu, jak i całego albumu jest tykający zegar. Nie wiemy tylko, komu jest tu odmierzany czas.

 

 

wtorek, 5 maja 2026

Hajstra is living in the no time!


Historia polsko-katalońskiej Hajstry sięga deszczowej jesieni roku 2017 i wydarzenia koncertowego związanego z poznańską rezydencją formacji Phicus z Barcelony. Gitarzysta Paweł Doskocz i perkusista Vasco Trilla muzykowali wtedy po raz pierwszy. Kilkanaście miesięcy później ponowili ów akt na innym spontanicznym wydarzeniu w stolicy Wielkopolski, a debiutanckiego albumu doczekali się jeszcze w czasach przedpandemicznych.

Kilka lat później Hajstra staje się triem, albowiem do Pawła i Vasco dołącza flecistka Zosia Ilnicka. Drugi album Hajstry rodzi się poza czasem i dziś jawi przed nami siłą każdej ze swych czterdziestu ośmiu minut! Zapraszamy najgoręcej!

  


Prześledźmy losy muzyków i dźwięków, jakie generują ze swoich instrumentów w trakcie owych ponad trzech kwadransów, delikatnie posiłkując się tytułami poszczególnych improwizacji.

Zmierzch, to mikrobiologia dźwięków. Szmery, szelesty, drgania i nanopulsacje łączą się w pajęczynę subtelnie rezonujących interakcji. Ich żywot jest krótki, albowiem narracja lepi się, póki co, z definitywnie filigranowych zdarzeń. Każde z nich ma dramaturgiczny sens, pozostaje w relacji do pozostałych. Aż po tajemniczy śpiew, który rodzi się pomiędzy instrumentami.

Świt tworzy hydraulika instrumentów dętych – ten pierwszy to flet, ten drugi, to prawdopodobnie plastikowa rurka doklejona do perkusyjnego werbla. Z dna pudła rezonansowego gitary dochodzą tajemnicze dźwięki, być może to zręby piosenki dającej nucić się przy goleniu. Z tuby fletu dochodzą nie tylko dęte fonie, ale także głosowe, tworząc jedno ciało, które snuje własną opowieść. Z trzewi gitary docierają plamy elektryczności, a spacer całej trójki staje się intrygująco nerwowy. Gdyby nie blask perkusyjnych talerzy, byłaby awantura. Na końcu rodzi się rytm, ale szybko umiera.

Popołudniowy rwetes zaczyna się tuż po nastaniu południa. Flet spogląda ku górze, gryf gitary drży, a na werblu wykluwają się chmary elektrycznego robactwa. Sprawy w swoje ręce bierze teraz gitarzysta. Chce rocka, krautbluesa, wszystkiego, co budzi emocje. Ta historia ma swój początek, rozwinięcie i niechybne zakończenie, zaskakująco taneczne. Po drodze jest jeszcze duet zlepiony z fletu, który w oceanie samotności napotyka na strzępy perkusjonalnych zdarzeń.

Ciężka noc. Tu każdy dźwięk boli. Zgrzyta przesterowany, obtarty, nadgniły. Gitara i percussion rezonują nad wyraz śpiewnie, każdy czyni to własnymi metodami. Flet pozostaje w kontrze, ale też łapie strzępy melodii. Na odchodnym leją się strugi wody. To przerwana tama, może rzęsisty deszcz.

O świcie, to tylko blada poświata właśnie co zakończonej nocy. Zagubiona, pożegnalna melodia, która mości się w elektryczno-akustycznych szumach. Na strunach gitary pojawia się rytm, flet ustami artystki zaklina węża, a perkusjonalia sprzęgają mocą akustyki drżącego werbla.

 

Hajstra In the no time (Tour de Bras, CD 2026). Zofia Ilnicka – flety, Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Poznaniu, listopad 2023. Pięć improwizacji, 48 minut.

 

 

piątek, 1 maja 2026

Joe Morris, Tyshawn Sorey & Peter Evans play Comprehensive!


Zebrać na Brooklynie trzech wyśmienitych instrumentalistów i stworzyć z nich impro supergrupę nie jest aż tak trudne, biorąc pod uwagę populację miasta, tym bardziej liczbę muzyków, która na powyższe miano zasługuje.

Zatem lądujemy w jednym z tamtejszych studiów nagraniowych i zasłuchujemy się w godzinnej porcji soczystych improwizacji, dla których bazą jest open jazz, ale które wszelkie notyfikacje gatunkowe mają za nic, jak to zwykle bywa w przypadku muzyki naznaczonej piętnem wysokiej jakości.

Panie i Panowie, Joe Morris na kontrabasie, Tyshawn Sorey na perkusji i Peter Evans na trąbce!

  


Pierwsza improwizacja trwa ponad dwadzieścia minut. Od startu płynie w pełni kolektywnym strumieniem open jazzu – twardy drive basu, rozhuśtane frazy trąbki i ogarniający całość aktywny drumming. Muzycy frazują całkiem intensywnie, bardzo swobodnie, ale wydają się mieć wszystko pod pełną kontrolą. Prawdziwy bukiet wspaniałości rozpościerają przed nami w bardziej kameralnych interludiach. Bazując na smyczku kreują intrygujące, niekiedy gęste interakcje. Szczególnie udane wydaje się zakończenie utworu, gdy po upływie kwadransa muzycy znów zasadzają się na kameralnie brzmiącym smyczku i wkraczają do krainy mroku,  szyjąc długie, posuwiste frazy.

Kolejne trzy improwizacje trwają po kilkanaście minut, każdorazowo wyposażone w spokojne, wystudzone introdukcje. Najpierw klecą balladę, która łapie rytm i efektownie, na etapie rozwinięcia, popada w galop. Trębaczowi nie brakuje tu melodyki, a kontrabasiście narracyjnej różnorodności. Ale mistrzem polowania jest perkusista, który w drugiej fazie utworu gna na załamanie karku, frazując niemal punkowym 2stetem!

Trzecią improwizację otwierają szczoteczkowe frazy, rytm basu i dęta melodia. Tu narracja zdaje się być ulotnym walczykiem, który z czasem nabiera mocy i znów bardzo konkretnej dynamiki. Artyści śmiało osiągają free jazzowy poziom intensywności, a potem, na tylko trochę studzącym emocje smyczku, ślą nam kolejne porcje brzmieniowych wspaniałości. Brawura towarzyszy im do ostatniego dźwięku.

Finałowa improwizacja, to z kolei ocean preparowanych fonii, zwłaszcza w jej początkowej fazie. Coś rezonuje na werblu, dygocze pod trębackimi wentylami, na gryfie kontrabasu skrzypi i jęczy. Muzycy po raz kolejny odnajdują jednak melodię i rytm, a swój spektakl kończą w definitywnie post-jazzowym nastroju.


Joe Morris, Tyshawn Sorey & Peter Evans Comprehensive (FSR Records, CD 2025). Joe Morris – kontrabas, Tyshawn Sorey – perkusja oraz Peter Evans – trąbka, także w wersji piccolo. Nagrane w The Bunker Studio, Brooklyn, New York, styczeń 2025. Cztery improwizacje, 58 minut.


*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.

 

 

wtorek, 28 kwietnia 2026

Vasco Trilla is going Up North!


Niemal dokładnie dwa lata temu Vasco Trilla, nasz redakcyjny, jakże spontaniczny ulubieniec, spędził dwa pracowite w dni w Szwecji. Zagrał koncert solowy, a kolejnego dnia wraz z grupą lokalnych przyjaciół dokonał pewnych rejestracji studyjnych. Powstała z tego płyta niezwykła, nie tylko w wymiarze czysto dźwiękowym, ale także wydawniczym. Pomieszczono bowiem na niej nagranie duetu, dwóch różnych składów trzyosobowych, wreszcie solowe nagranie mistrza no drumming percussion z Barcelony. A całość, także niespodziewanie dla samego Vasco, opatrzono na okładce jedynie jego danymi personalnymi.

Nagranie jest także szczególne w wymiarze stylistyczno-estetycznym. Cztery utwory zostały tu określone mianem kompozycji, co nie jest bynajmniej pomysłem chybionym. Każdy z nich ma pewien koncept i dobrze zaplanowaną dramaturgię, a jeśli mielibyśmy szukać zgrabnego wytrychu gatunkowego, moglibyśmy przy ryzyku popełnienia błędu nazwać całość kreatywną muzyką współczesną. Zwał, jak zwał, Up North to jedna z najlepszych płyt w bogatym już dorobku Trilli.

  


Pierwsze dwie ekspozycje trwają tu po około 10 minut, dwie kolejne po prawie dwadzieścia. Ceremonia otwarcia spoczywa na barkach masywnie brzmiącego, bardzo nisko osadzonego kontrabasowego smyczka. Flow przypomina drżenie wielkiego stwora, a wkład samego perkusjonalisty na tym etapie podróży jest trudny do zdefiniowania. Być może preparowane akcje na werblu (drżące i szeleszczące) są tu elementem składowym kontrabasowego zdzierania podłogi. Narracja wydaje się względnie stabilna, ale systematycznie narasta, dość szybko osiągając post-industrialną gęstość. W tym tyglu tajemniczych zdarzeń być może słyszymy coś na kształt melodii, ale nie możemy być tego do końca pewni.

Drugą odsłonę, obok percussion, buduje też lekki saksofon i klawesyn. Ta opowieść jest delikatna, wysoko zawieszona, brzmi niczym post-folk przefiltrowany przez neogotycką wrażliwość. To celebracja zimowego poranka, której pozorna niespieszność zdaje się być z czasem stymulowana pierwszym przejawem rytmu, tu generowanego przy użyciu metronomu. Na etapie finalizacji opowieść wpada w tryb wyjątkowo minimalistyczny.

W trzeciej części zostaje z nami saksofonista, a na scenę powraca kontrabasista. To trio buduje opowieść wyjątkowo mozolnie - na starcie przypomina szorstki ambient, który z czasem nabiera coraz mroczniejszych barw. Dźwięki bardziej typowe dla saksofonu pojawiają się dopiero w drugiej połowie utworu. Jeśli wcześniej dęciak jest akcji, to jedynie trzeszczy, szeleści i rzęzi. A może po prostu milczy. Perkusjonalia i kontrabas budują gęstwinę fonii, której skład nie jest do końca rozpoznawalny. Wszystko drży, pulsuje, rezonuje, ciężko oddycha. Klimat post-industrialny ciągnie opowieść do przodu, aż do anonsowanego już momentu, gdy do gry wchodzi melodyjnie frazujący dęciak. To oniryczne migotanie, które z czasem nabiera aury, jaką zdążyliśmy poznać w trakcie drugiego utworu. Zaklikanie węży melodiami z głębokiej puszczy.

Ostatni utwór albumu, to solowa ekspozycja percussion. Vasco otwiera ją i kończy uderzeniami dzwona. Buduje typową dla siebie opowieść, której kulminację tworzy szalona armia silniczków elektrycznych, panoszących się na werblu. Efektem jest ściana dźwięku wsparta rytmem metronomu. Ta narracja wiedzie od sacrum do profanum i nie pozostawia estetycznych wątpliwości, co do preferowanego kierunku. Po upływie kwadransa zgrabnie przechodzi w stadium falling down, aż do ostatniego dźwięku dzwona.

 

Vasco Trilla Up North (Creative Sources, CD 2026). Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne, Martin Küchen – saksofony (utwory 2, 3), Vilhelm Bromander – kontrabas (1,3) oraz Alex Zethson – klawesyn (2). Nagrane w Studio Spegeln (utwory 1-3) oraz na żywo w Mötesplats Mariatorget (4), Szwecja, maj 2024. Łącznie 58 minut.



piątek, 24 kwietnia 2026

Cyril Bondi & d'incise as Diatribes in four celebration trios!


Cyril Bondi i d'incise, filary kreatywnej sceny szwajcarskiej, kompozytorzy, improwizatorzy, element sprawczy wyjątkowej Insub Meta Orchestra, animatorzy labelu Insub Records, pracują razem od 20 lat. Zaczynali jako duet Diatribes i przy okazji owej zacnej rocznicy do tej nazwy powracają.

Artyści rozpoczynali swoją przygodę ponoć od noise electronic improvisation, dziś są głównie kompozytorami i wykonawcami minimalistycznej muzyki współczesnej. Poniżej zaprezentują nam się w czterech jubileuszowych, trzyosobowych ekspozycjach, które z jednej strony noszą miano kompozycji, z drugiej śmiało nawiązują dramaturgicznie do improwizowanych początków ich współpracy.

W roli gości jubileuszowych wydawnictw (dwóch na CD, dwóch na kasetach) odnajdujemy skrzypaczkę Clarę Levy, wiolonczelistę Stefana Thuta, saksofonistę Jean-Luc Guionneta i operatorkę hurdy-gurdy Lise Barkas, przy okazji grającą także na bagpipes. Cztery bardzo różne opowieści - meta neo-folk, post-jazz, elektroakustyka, instrumentalne nagrania terenowe – to tropy, które winny przykuć naszą uwagę. To także nic nieznaczące drogowskazy, albowiem wysokiej jakości muzyka kreatywna w ogóle takich nie potrzebuje. Zapraszamy do odczytu i odsłuchu!

 


L'apport: Ke ya me transí

Zaczynamy diatrybowy przegląd od studyjnego nagrania tria złożonego ze skrzypiec, wibrafonu i elektroniki. Na bazie zapomnianej pieśni sefardyjskiej muzycy toczą tu post-improwizowane dysputy. Topią się w żalu, umierają, rodzą na nowo, skomlą i opłakują nieistniających zmarłych. Od czasu do czasu sieją rytmiczny zamęt, który trzykrotnie stanowi dramaturgiczne interludium tej niebywałej opowieści.

Delikatny skowyt skrzypiec, oniryczne plamy wibrafonu i szemrząca, wijąca się po podłodze elektronika tworzą tu aurę otwarcia. Ów łabędzi śpiew konającego przyjmuje najczęściej formę luźnego, rozwarstwiającego się drona. Niekiedy panoszą się w nim ochłapy melodii, których autorem nie jest jedynie skrzypaczka. Anonsowane rytmiczne interludia budzą niepokój, ale też nadzieję, która gaśnie równie szybko, jak się wznieciła. Ścieżki dźwiękowe trzech instrumentów od czasu do czasu multiplikują się. Nie wiemy, czy to efekt post-produkcji, czy może instrumentalnej zręczności wykonawców. Ten gęstniejący potok smutku i żalu zostaje ciekawie podsumowany po ostatnim rytmicznym kontrapunkcie. Muzycy serwują nam wtedy porcję drobnych, zwinnych dźwięków, które wchodzą w intrygujące interakcje. Ich po części minimalistyczny tryb dobrze koreluje z panującą wokół ciszą. Na końcowej prostej opowieść tonie w umierającej melodii, w powtórzeniach, które zdają się nie mieć końca.

 


L'apport: Lâ dèchigeâ

Tym razem nasi bohaterowie (wyposażeni w shruti box i laptopa) spotykają na wysokości 1.700 metrów wiolonczelistę i w raz nim budują cichą, minimalistyczną opowieść, której zadaniem wydaje się nade wszystko niezakłócanie akustyki otoczenia, kreowanego przez szemrzące owady, przelatujące ptaki, szum wiatru, plusk wody i inne odgłosy szwajcarskiego pogórza.

W warstwie instrumentalnej docierają do nas stłamszone, ukradkowe melodie wiolonczeli i shruti box oraz cienka, syntetyczna warstwa drobnych zdarzeń fonicznych płynąca zapewne z laptopa. Całość wydaje się ceremoniałem wyczekiwania, a może bardziej egzystowania w obliczu nienachalnej przyrody. Drobne ekspozycje, dźwięk za dźwiękiem, bez specjalnych interakcji. Posmak folkowy jest tu oczywisty, podobnie jak medytacyjny wymiar nagrania. Czasami narracja lepi się w bardziej zwarty dron, ale na tyle cichy, byśmy słyszeli dźwięk przelatującego owada. Ostatni kwadrans tej opowieści wydaje się bardziej mroczny, jakby odrobinę intensywniejszy. Ale to może tylko złudzenie foniczne.

 


L'apport: An awkward position

Trzecie spotkanie, to dobrze zaplanowana improwizacja z udziałem doskonale nam znanego francuskiego saksofonisty. Diatrybowe narzędzia pracy, to w tym wypadku perkusja i elektronika. Sześć niedługich epizodów, które śmiało sytuują się w obrębie szeroko rozumianego post-jazzu.

Artyści rozpoczynają swoją przygodę w definitywnie minimalistycznym kontekście. Szyją narrację drobnymi, elektroakustycznymi frazami, z których część nie daje się precyzyjnie przypisać konkretnemu instrumentowi. Bazują na strzępach linearności, dbają o każdy szczegół dramaturgiczny. W kolejnych ekspozycjach dodają nowe elementy. Bywa, że frazują bardziej intensywnie, zwłaszcza, gdy saksofon wchodzi w post-jazzowe zwarcia z perkusją. Elektronika, brzmiąca na ogół analogowo, staje najczęściej w roli kontrapunktującej i szukającej niebanalnej zagrywki. W trzeciej odsłonie pojawia się wyraźny ślad rytmu, w kolejnej dominuje filigranowy rezonans. Piąty epizod, to trzy różne wymiary akcji perkusjonalnych, z kolei finał szyty jest cokolwiek pożegnalną melodyką, zwieńczony zaś zostaje efektownym dronem na pełnym wydechu.

 


L'Apport: Apprendre la manière

Na koniec zostawiamy sobie prawdziwy smakołyk. Znów strzęp folkowej melodii, tym razem francuskiej, staje się tu przedmiotem tortur czynionych perkusją, metalofonem, elektroniką, ale nade wszystko lirą korbową i dudami. To szalony, niemal rytualny taniec, które osiąga różne poziomy intensywności, czy stadia dramaturgii, ale nie przestaje być czymś, w czym można całkowicie się zatracić. Wspaniałe nagranie!

Album składa się z dwóch prawie półgodzinnych części i kilkudziesięciosekundowej kody. Początkowa faza pierwszej opowieści zdaje się być wielkim loopem gęsto frazującej liry korbowej (brzmiącej niczym bluesowa gitara), wybijanego na werblu, folkowego rytmu i plam elektroniki, która także dekonstruuje zadaną melodię. Pomiędzy pętlami narracji pojawiają się plastry ciszy, które wraz z rozwojem sytuacji scenicznej ustępują jednak pola poszarpanej, dzikiej, transowej taneczności. Muzycy pastwią się nad melodią, tłuką ją jak mięso na kotlety, a nogę z gazu zdejmują dopiero pod koniec pierwszej odsłony albumu. Druga jego część kontynuuje rytuał niszczenia. Najpierw postawa artystów wydaje się bardziej agresywna, potem nieco łagodniejsza, ale jeszcze bardziej rytmiczna. Melodia nie poddaje się jednak, choć chwilami skrzeczy niczym zarzynana świnia, bo po krótkim, ambientowym interludium, już w końcowej fazie utworu zwycięża – wszyscy zaczynają wtedy śpiewać używając swoich instrumentów w jakże pokrętny sposób, doładowani nową porcją energii. Album domyka koda, która przypomina drżącą od ruchów tektonicznych magmę, nasyconą dodatkową porcją elektroniki, znanym już wcześniej rytmem i melodią, która płynie szerokim korytem aż po ostatni dźwięk.

 

L'apport: Ke ya me transí (Kaseta 2026). Cyril Bondi - wibrafon, d'incise - elektronika oraz Clara Levy - skrzypce. Nagrane w Insub. studio, Genewa, Szwajcaria. Jeden utwór, 40 minut.

L'apport: Lâ dèchigeâ (CD 2026). Cyril Bondi - shruti box, d'incise - niepodłączony laptop, obiekty oraz Stefan Thut – wiolonczela. Nagranie terenowe u podnóża Sé Blanc (~1700m), okolice Barmaz, Góry Wallis, Szwajcaria. Jeden utwór, 50 minut.

L'apport: An awkward position (CD 2026). Cyril Bondi – perkusja, d'incise – elektronika oraz Jean-Luc Guionnet – saksofon. Nagrane w Bodeek, Molenbeek, Belgia. Sześć utworów, 36 minut.

L'Apport: Apprendre la manière (Kaseta, 2026). Cyril Bondi - perkusja, metallophone, d'incise – elektronika oraz Lise Barkas - hurdy-gurdy, bagpipe. Nagrane w Insub. studio, Genewa, Szwajcaria. Trzy utwory, 54 minuty.

Wszystkie wydawnictwa: Insub Records.



 

wtorek, 21 kwietnia 2026

Dafeldecker, Phillips & Joh in Simultan!


W kolejny wiosenny wtorek sięgamy po album z bogatych zasobów bandcampowych austriackiego, rezydującego w Berlinie multiinstrumentalisty, Wernera Dafeldeckera, muzyka, którego winniśmy nade wszystko kojarzyć w formacją Polwechsel i zgrabnie preparowanym kontrabasem.

Dziś zasłuchujemy się w nagraniu, w którym artysta ten wykorzystuje wyłącznie elektronikę i taśmy, a towarzyszą mu pianista Simon James Phillips oraz, jedynie w pierwszym utworze, perkusjonalista Morten Joh. Skupiona improwizacja dobrze zdefiniowana pod postacią kompozycji, kameralny mrok, okazjonalny minimalizm i niewyczerpalne źródła kreatywności. Trzydzieści pięć minut dramaturgicznych konkretów. Zapraszamy!

  


Inicjacja pierwszego utworu grzęźnie w mroku – subtelności inside piano i dźwięki pojedynczych klawiszy, szmer elektroniki i drobna akustyka płynąca z glazury bębna basowego. Tło narracji wydaje się oniryczne, jakby trochę nierealne. Minimalistyczny chamber, który sadowi się w metafizyce post-ciszy. Całość zdaje się być skupioną, trochę niepokojącą celebracją oczekiwania. Z czasem spod klawiatury fortepianu zaczyna wkłuwać się post-klasyczna melodia Simona, która elektroakustykę Wernera i preparacje Mortena bierze w nawias dramaturgicznych didaskalii. W połowie utworu mroczne tło zaczyna formować się w coraz groźniej brzmiący dron, dzięki czemu akcje na froncie zaczynają nabierać rumieńców. Owe delikatnie spiętrzenie nie trwa jednak długo. Muzycy wracają do swojego ulubionego minimalizmu, strzępów melodii i snucia egzystencjalnych dywagacji.

Druga odsłona albumu grana jest w duecie. Bardziej przypomina lewitację. Rezonujące frazy, które być może powstały w pudle fortepianu, ale dawno już o tym zapomniały oraz oniryczna post-elektronika, która zaczyna dostarczać także coś na kształt dźwięków otoczenia, tudzież coraz pokaźniejszej palety field recordings. Narracja jest teraz dość filigranowa, niesiona chmurami ambientu, które wypełniaj tło. Jednak z czasem akcji zaczyna przybywać, a piano jest w stanie nawet zasugerować repetycję, która nosi znamiona rytmu. Ze strony elektroniki dostajemy pakiet drobnych usterek (także perkusjonalnych) i subtelnych sprzężeń, które wprowadzają intrygującą nerwowość w poczynania artystów. Muzycy nie przestają lewitować, a na ostatniej prostej dorzucają jeszcze garść nieokreślonych, ale definitywnie akustycznych zdarzeń fonicznych.

 

Werner Dafeldecker, Simon James Phillips, Morten Joh Simultan (Bandcamp’ self-released, DL 2025). Simon James Phillips – fortepian, Werner Dafeldecker - elektronika, tape delay oraz Morten Joh – bęben basowy (w utworze pierwszym). Czas i miejsce nagranie nieznane. Dwa utwory, 35 minut.




piątek, 17 kwietnia 2026

Lazro, Léandre & Lovens play a drama For Baritone Sax, Double Bass and Drumset!


Premiera albumu za tydzień, ale my piszemy o nim na Trybunie już dziś! Cofamy się na osi czasu o trzynaście lat, lądujemy w przepięknych okolicznościach wiosennego Paryża, a na scenie znaczącego przybytku kultury lokalnej odnajdujemy trójkę wspaniałych improwizatorów, legendy gatunku, artystkę i artystów, o których można opowiadać w nieskończoność. Słuchamy 40-minutowego seta swobodnych, równie post-jazzowych, jak post-kameralnych improwizacji, zgodnie z tytułem zrealizowanych za pomocą saksofonu barytonowego, kontrabasu i perkusji.

Panie i Panowie, Daunik Lazro, Joëlle Léandre i Paul Lovens!

  


Koncert, który jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków (podzielonym na cztery odcinki) rozpoczyna leniwy duet sax & drums. Kontrabas, od pierwszej frazy osadzony na smyczku, wchodzi do gry po kilku pętlach narracji, sprawiając, że sytuacja dramaturgiczna od razu nabiera rumieńców. Smyczek piłuje, saksofon groźnie wzdycha, talerze perkusyjne intensywnie szeleszczą. Ścieg improwizacji zagęszcza się, ale muzycy from time to time spowalniają i biorą głęboki, kameralny oddech, studząc emocje na post-melodyjnym smyczku. Incydentalnie trio łapie intrygujące tempo, które często rodzi się na perkusyjnym werblu. Przez niedługi moment flow opiera się na warczącym barytonie i basowej bazie szytej trybem pizzicato.

Już po zmianie numeru tracku na dysku improwizacja wpada w krótkotrwały rytm, dzięki szarpnięciom za struny i dętemu prychaniu. Całość nabiera pewnej rubasznej taneczności, a dość szybko rozpływa się ambiencie niedługiego relaksu. Nie brakuje bardziej śpiewnych, melodyjnych fraz, także lamentów i smyczkowych zdobień. W dalszej kolejności muzycy dostarczają nieco więcej ekspresji, przez moment pod postacią ostro frazującego duetu drum’n’bass. Tę część koncert wieńczy melodyjna ballada, bazująca na imitacji saksofonu i kontrabasu.

W trzeciej, najkrótszej partii doświadczamy klimatu definitywnie post-kameralnego. Od głębokiego wydechu, po grę na małe pola, nie bez odrobiny zadumy. Wejście w finałową, najdłuższą część szyte jest kontrabasowym, leniwym pizzicato i dźwiękami perkusjonalnych dzwonków. Komentarz saksofonu jest melodyjny, ale bardzo smutny. Sygnał do niedługiej eskalacji daje teraz perkusista. Kilka radosnych podskoków i szybkie nurkowanie w kameralne, rezonujące przestrzenie. Po kilku minutach nowy wątek szyje kontrabasistka, szarpiąc za struny w niemal bluesowym pochodzie. Po powrocie do smyczka, wszystko zaczyna kołysać się na lekkim wierze. Uśpione chamber zdobi intrygujący chrobot barytonu. Ostatnie minuty koncertu, to udana próba finałowej eskalacji. Piękne wyjście z głębokiej pieczary w ogień dopiero co rodzącego się poranka.

 

Lazro, Léandre & Lovens For Baritone Sax, Double Bass and Drumset (The Relative Pitch Records, CD 2026). Daunik Lazro – saksofon barytonowy, Joëlle Léandre – kontrabas oraz Paul Lovens – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Les temps du corps, Paryż, maj 2013. Jedna improwizacja podzielona dla komfortu odsłuchu na cztery części, łącznie 40 minut.




wtorek, 14 kwietnia 2026

Butcher & Trilla at MMI!


Po raz kolejny wracamy na ubiegłoroczną edycję monachijskiego Festiwalu MMI. Przed nami drugi set trzeciego dnia, a na scenie brytyjski saksofonista John Butcher i kataloński perkusjonalista Vasco Trilla. Aż trudno uwierzyć, że tych dwóch wybitnych artystów improwizuje ze sobą po raz pierwszy w życiu. Set trwa tradycyjne na tej imprezie trzy kwadranse i znów łechta nasze receptory słuchu miodem płynącą, soczystą improwizacją.

  


Koncert inauguruje dronowa ekspozycja, szyta szmerem z werbla i rezonującą porcją dętych podmuchów. Wszystko zdaje się szeleścić, drżeć, pulsować, coraz ciężej oddychać. Tenorzysta wyprowadza garść melodii, z kolei perkusjonalista reaguje czymś, co brzmi jak pocieranie smyczkiem metalowej powierzchni. Tylko pisk i rezonujący skowyt. Wraz z wybiciem dwunastej minuty muzycy grzęzną w ciszy, czym wieńczą pierwszy wątek spektaklu.

Kolejny inicjuje Trilla budując drumming najpierw samymi dłońmi, potem już pełnoprawnymi akcesoriami perkusyjnymi. Butcher swoim tradycyjnym tremolem wbija się w coraz gęstszą fakturę rytmu, a improwizacja brnie w post-jazzowe tango. Jeszcze przed upływem dwudziestej minuty akcja dramatu śmiało zasługuje na miano free jazzowej erupcji.

Z głębokiej ciszy dętych szmerów i trzeszczenia glazury werbla rodzi się trzeci akt koncertu. Saksofon wpada w ptasie migotanie, choć na scenie wciąż towarzyszy nam jego tenorowa odmiana. Perkusjonalia mienią się efektownym blaskiem, a my słyszymy dodatkowy dźwięk, który brzmi definitywnie elektroakustycznie. Prawdopodobnie to efekt dmuchania plastikową rurką w werbel. Saksofon efektownie imituje ten dźwięk, sprawiając, iż scenę opanowuje teraz dęty duet. Po niedługim czasie artyści zgrabnie przechodzą do eksploracji dźwięków, które moglibyśmy nazwać pre-industrialnymi. Akcje są głośne, zaczepne, zawadiackie. Wszystko drży, migocze, wpada w strzelisty rezonans.

Kolejna faza koncertu, to swoista wymiana coraz większej porcji szumów. Znów inicjuje Vasco, a John bez trudu wchodzi w jądro tego tajemniczego zdarzenia fonicznego. W międzyczasie na werblu zaczynają mościć się typowe trillowe robaczki, które szybko budują akustyczną ścianę dźwięków. Odpowiedzią saksofonisty jest pierwsza bardziej rozbudowana akcja na sopranie.

Po drobnym spiętrzeniu, w okolicach trzydziestej minuty, muzycy przechodzą do wymiany uprzejmości prowadzonej wyjątkowo minimalistycznymi metodami. Z jednej strony dęta melodia, z drugiej nowa odsłona drummingu, tu czynionego po krawędziach i innych metalowych obiektach. Tempo tymczasem rośnie, a emocje zdają się być coraz gorętsze. Do bardziej istotnego spiętrzenia jednak nie dochodzi, o czym decyduje zmysł dramaturgiczny Trilli, który feerią dzwonków tłumi narrację, a ta jeszcze przed upływem czterdziestej minuty niespodziewanie gaśnie.

To jednak nie koniec koncertu. Ostatnie cztery minuty to rodzaj multimedialnej dogrywki. Saksofonista dosyła garść nowych dźwięków, perkusjonalista z kolei coś, co przypomina brzmieniem cytrę. Muzycy kołyszą się na delikatnym wietrze, drżą, szeleszczą, aż do momentu, gdy Butcher, nie przestając grać, wchodzi ze sceny. Publiczność klaszcze bardzo głośno.

 

John Butcher & Vasco Trilla Munich 2025 - Day 3 Set 2 (MMI Festival, DL 2026). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w trakcie MMI Festival, Einstein Kultur, Monachium, maj 2025. Jedna improwizacja, 44 minuty.


 

 

piątek, 10 kwietnia 2026

Phill Niblock is still Looking for Daniel!


Trybunowych wycieczek do świata komponowanej muzyki współczesnej ciąg dalszy! Dziś sięgamy po amerykańskiego kompozytora Philla Niblocka, muzyka z pokolenia Eliane Radigue, o której pisaliśmy całkiem niedawno. Od dwóch lat koncertuje on już w zaświatach, szczęśliwie jego muzyka jest ciągle z nami i tak będzie zawsze. To artysta, który na bazie akustycznych, żywych ekspozycji buduje mikrotonalny świat dźwięków, lepiąc je w wielowątkowe drony. To mistrz multifonicznych kolaży, które zdają się nie mieć zarówno początku, jak i końca. Ta ostatnia metafora świetnie koresponduje z innymi bohaterami tych łamów, nieprawdaż?

Dziś sięgamy po bodaj ostatnią publikację Niblocka, na której znajdujemy dwie kompozycje. Pierwsza z nich, zatytułowana Biliana, to dźwięki skrzypiec i głosu świetnie nam znanej bułgarskiej skrzypaczki Biliany Voutchkovej, poddane procesowi miksowania w warunkach studyjnych, przy wykorzystaniu przez kompozytora oprogramowania ProTool. Drugi utwór Exploratory, Rhine Version, Looking for Daniel, to kompozycja na dwie małe orkiestry Ensemble Modelo62 i Ensemble Scordatura, które w procesie wykonawczym generują łącznie w sumie dwadzieścia śladów (zarówno tych wykonywanych na żywo, jak i wcześniej zarejestrowanych, a odtwarzanych w trakcie koncertu). Zainteresowanych szczegółami procesu wykonawczego i produkcyjnego odsyłamy na bandcampową stronę holenderskiego wydawcy, gdzie zagadnienia te są opisane stosunkowo prostym językiem.

Zapraszamy na niezwykłe przeżycie foniczne, które trwa tylko trzy kwadranse, ale może radykalnie zmienić osobistą, wypracowaną przez lata percepcję dźwięków, formy i dramaturgii.

 


Utwór skrzypcowo-wokalny ma dość stabilną dynamikę, a we wnętrze zastygłego, intensywnego drona odnajdujemy dźwięki skrzypiec, które ścielą się coraz większą liczbą wątków i rozwarstwiający się głos, który posadowiony jest bardziej na flankach. Narracja zdaje się tu zawłaszczać całą przestrzeń spektaklu poematem smutku i cokolwiek transcendentalnego niepokoju. W dolnych partiach strumienia dźwiękowego swoje miejsce odnajduje także pasmo basowej proweniencji. Całość wydaje się wielkim, chóralnym śpiewem, ale de facto stanowi akustyczną ścianę dźwięku, zatem proces swobodnego, skupionego odsłuchu może nie być czynnością zbyt prostą. Co ciekawe, opowieść wydaje się być obleczona cienką warstwą nieistniejącej syntetyki. Płynie szerokim strumieniem w kierunku, który nie jest nam znany. Umiera nagle, jakby ktoś odłączył zasilanie.

Nagranie drugie, realizowane wieloosobowym składem złożonym z instrumentów dętych, klawiszowych i strunowych, a także głosu, posiada adekwatną masę właściwą. Orkiestry poruszają się powoli, rozważnie stawiając każdy krok, jakkolwiek od pierwszego dźwięku nasze receptory słuchu wypełnia potężny dron. Szczególnie dużo dzieje się w dolnych częstotliwościach, za co odpowiadają zapewne klarnet basowy i kontrabas. Ostateczna forma utworu – wedle słów albumowego credits – jest efektem mikrotonalnego zlepienia aż trzech strumieni wykonawczych obu orkiestr, zatem wszelkie próby tradycyjnego opisu zdarzenia dziejącego się na żywo pozbawione są większego sensu. W połowie opowieści można odnieść wrażenie, że moc aparatu wykonawczego delikatnie słabnie. Rodzaj głębszego oddechu, pozornego uspokojenia. Od tego momentu możemy już śmiało separować w wielkiej powodzi fonii brzmienia poszczególnych instrumentów – frazy organów, trąbek, altówki, czy klarnetu basowego.

 

Phill Niblock Looking for Daniel (Unsounds Records, CD 2024). Wykonawcy: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos (utwór Biliana), Ensemble Modelo62: Gemma Tripiana Muñoz – flet, Enric Sans Morera – klarnet basowy, Justin Christensen i Chloë Abott – trąbki, Vasilis Stefanopoulos - kontrabas, Ezequiel Menalled – dyrygentura, gitara elektryczna oraz Ensemble Scordatura: Elisabeth Smalt – altówka, Alfrun Schmid – głos, Reinier van Houdt – instrumenty klawiszowe, Claudio F. Baroni - organy (utwór Exploratory, Rhine Version, Looking for Daniel). Nagrane w Akademie der Kunste, Berlin, czas nieznany (1) oraz w Orgelpark, Amsterdam w trakcie Echonance Festival#1, październik 2022 (2). Łącznie 45 minut.



 

wtorek, 7 kwietnia 2026

Ward & Nadien in Voracity!


Brytyjski gitarzysta i klarnecista Alex Ward, to stały bywalec tych łamów, zatem bez zbędnych introdukcji przystępujemy do omówienia jego najnowszego albumu. Tym razem poczynionego w duecie z młodszym o dekadę drummerem Jamesem Paulem Nadienem.

Jak zwykle w przypadku Alexa dostajemy impro-rockowe eksplozje na gitarze elektrycznej i swobodnie improwizowane, post-kameralne zawijasy na klarnecie. Sam miód, istotnie wardowska klasyka. Świetnie w tym tyglu jakości odnajduje się młody perkusista.

  


Pierwsza odsłona albumu, to prawdziwy dynamit. Prawie kwadrans soczystych emocji nasączonych mocnym prądem gitary i wszędobylską, zwinną circle drums. Gęsta narracja miewa tu chwile okazjonalnego wystudzenia, ale to raczej psychodeliczne podskoki na jednej nodze, niż zagłębianie się w meandrach ciszy. Duet na wydechu to już czysta ekspresja, animal power. Tuż przed końcem muzyków dopada drobna, oniryczna flauta, która okazuje się jedynie pretekstem do spazmatycznego zakończenia.

Dwa kolejne utwory bazują na zwinnym klarnecie. Od subtelnych short-cuts po perwersyjne zaklinanie stada jadowitych węży. Perkusja jest tu zawsze pod ręką, świetnie kontrapunktuje, gdy trzeba dolewa do baku kolejne porcje oktanów. Połamane tańce z fikuśną melodyką nie mają zatem końca. W połowie pierwszej z klarnetowych opowieści mamy przystanek, podczas którego dźwięki pławią się w rezonansie. Po chwili muzycy odzyskują wigor, idą w tango, ale nie przestają kołysać się na silnym wietrze. Trzecia na płycie, a druga klarnetowa historia jest zwarta w formie i stawia na dynamikę interakcji. Tu szczególnie urokliwe wydaje się samo zakończenie - z galopu wprost w ciszę pojedynczych fraz.

W czwartej improwizacji powraca gitara i do pary z dynamiczną perkusją rozstawia nas po katach. Najpierw brzmi jak bas, potem jak fussion jazzowa petarda, w końcu kona o ogniu ponadgatunkowych konotacji. Stylistycznie muzycy zaczynają od niemal 2stepowego punka, a kończą w chmurze gitarowych i perkusjonalnych preparacji. Na wielki finał albumu powraca klarnet. Pierwsze dźwięki docierają z głębin ciszy, są delikatne, ale preparowane, brudne, zakurzone. Artyści znów zaklinają węża, otaczają go oparami mglistej psychodelii. Opowieść nabiera dynamiki sukcesywnie. Najpierw perkusista (ciągle preparując), potem klarnecista budują tempo, które dość szybko jednak gubią. Odnajdują ukojenie w chmurze rezonansu, a potem niemal ciszy. Kameralny powrót do aktywności trwa tu parę chwil i wieńczy album kilkoma radosnymi podskokami.


Alex Ward & James Paul Nadien Voracity (Copepod, DL 2026). Alex Ward - gitara (utwory 1, 4), klarnet (2, 3, 5) oraz James Paul Nadien – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Londynie, sierpień 2025. Pięć utworów, 57 minut.

 

 

piątek, 3 kwietnia 2026

Ewen, Smith & Walter play without the title!


W bogobojny dla niektórych piątek wrzucamy do odtwarzacza wyjątkowo gorące nagranie. Sandy Ewen na gitarze elektrycznej, Damon Smith na kontrabasie i Weasel Walter na instrumentach perkusyjnych, to amerykańskie trio, które śmiało zasługuje na miano power, choć rozumiane bardzo pokrętnie i raczej niestandardowo. Zapowiada się naprawdę niebagatelna przygoda. Bierzemy głęboki oddech i odlatujemy!

 


Pierwsza z siedmiu improwizacji jest najdłuższa, trwa ponad kwadrans i bodaj jako jedyna miewa chwile wytchnienia, zdjęcia nogi z gazu, próby łapania dramaturgicznego dystansu. Tak, czy inaczej kontrabas stawia tu stemple własną krwią, gitara tonie w onirycznej chmurze czegoś, co w ułamku sekundy może stać się paliwem atomowym, a perkusja (tu zwana perkusjonaliami, nie wiedzieć czemu) krąży wokół niczym szarańcza i zawłaszcza przestrzeń gęstej, jak wulkaniczna lawa narracji. Muzycy doskonale kontrolują jednak poziom intensywności. Gdy tylko zbliżają się do stadium hałasu, biorą głęboki oddech i pochylają się nad pojedynczym dźwiękiem, bo w tej demonicznej narracji liczy się każdy szczegół, a każdy fraza zdaje się pasować do pozostałych, jak elementy puzzle’a.

W drugiej opowieści muzycy przechodzą suchą stopą od porcji szumów i chropowatych szelestów do ekspozycji o niemal post-industrialnym posmaku. Ów kolektywny spazm sprawia, iż bywają tu momenty, gdy nie jesteśmy w stanie wskazać źródła danego dźwięku. W trzeciej części, mimo, iż gra spoczywa na brzmieniu smyczka, narracja staje się jeszcze bardziej intensywna – ciało w ciało, bez chwili zastanowienia, czy przestrzeni na refleksje. Perkusja wpada w galop, gitara sprzęga suchym powietrzem, kontrabas bliski jest noise possition. W kolejnej ekspozycji, tu huśtawce definitywnie mrocznych emocji, panoszą się porcje szmerów, metalicznych obcierek, czy prądu, który ścieka z gryfu gitary. Muzycy skaczą sobie do gardeł, ale wciąż pozostają w przyjacielskich relacjach.

Gdy wydaje się, że wszystko już wiemy o tym albumie, w części piątej i szóstej artyści dokładają nowe elementy, sprawiające, iż nasz dotychczasowy, duży już zachwyt przybiera jeszcze bardziej monstrualne rozmiary. Piątą przypowieść otwiera rozwibrowany, wysoko posadowiony smyczek. Jego melodia boli, podobnie jak kolejne spazmy perkusji. Gitara tonie w post-psychodelii, pozornie jest tu najmniej dotkliwym fonicznie atrybutem improwizacji. Tempo rośnie, każdy zakręt grozi śmiercią lub trwałym kalectwem. W szóstej części smyczek kreuje nowy gatunek muzyczny – to heavy barok! Artyści brną teraz w gęstym mule bagiennym, a każda akcja wymaga kolejnego napięcia mięśni. Przez moment zastygają w mrocznej mgle, to chyba najpiękniejszy moment tego albumu. To cisza, która buzuje post-hałasem. Nie po raz pierwszy perkusja sprawia jednak, że improwizacja dostaje kolejne życie.

Ostatnia opowieść w fazie początkowej wydaje się zagadkowo delikatna, wręcz spokojna. Muzycy z mozołem kręcą kolejne spirale narracji, jakby toczyli wielki kamień pod niekończącą się górę. Smyczek śpiewa żałobną pieśń pozostając w pozycji na kolanach, gitara krzyczy wraz z nim, a perkusja dynamicznie dygocze z emocji. Ostatnie dwadzieścia sekund płyty, to oddech konania.

 

Ewen/ Smith/ Walter Untitled (Balance Point Acoustic, CD 2026). Sandy Ewen – gitara, Damon Smith – kontrabas oraz Weasel Walter – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Cloud Recordings, Collinsville, USA, listopad 2025. Siedem improwizacji, 62 minuty.

 

 

wtorek, 31 marca 2026

LDL in the eerie glow of jellyfish!


Znamienici szwajcarscy improwizatorzy, saksofonista Urs Leimgruber i pianista Jacques Demierre, współpracują ze sobą od lat, a szczególną atencją darzą kooperacje trzyosobowe. Najbardziej w tej formule uznane albumy poczynili z amerykańskim kontrabasistą Barre Philipsem. Równie spektakularne z austriackim mistrzem analogowej elektroniki Thomasem Lehnem. To drugie trio zwie się LDL, a jego najnowszą płytę dostarcza amerykański Relative Pitch Records.

 


Improwizacja otwarcia trwa mniej niż pięć minut. Każdy dźwięk dobywa się tu z ciszy, jest filigranowy i niezobowiązujący, zarówno ten z wnętrza szpinetu, jak i dna saksofonowej tuby, czy pojedynczego kabla syntezatorowa. Muzycy przypominają zgraję pasikoników, które upajają się górskim słońcem.

Wejście w drugą część koncertu nosi już znamiona działania bardziej energicznego. Artyści wciąż dbają o szczegóły, o urok każdej frazy, ale energia wewnętrzna pcha ich ku bardziej intensywnym akcjom. Każdy na swój sposób preparuje instrument, choć całość wydaje się pozostawać zaskakująco przejrzystym strumieniem fonii. Pianista sięga do strun szpinetu, elektronik tańczy jak baletnica, choć jego akcesoria wydają się najmniej podatne na kreowanie ulotnych fraz. Saksofonista wyciąga głowę ku niebu, śpiewając całkiem melodyjnie. Z czasem owo dramaturgiczne rozkołysanie nabiera intensywności - najpierw przybywa masy, potem rośnie tempo. W coraz gęstszej magmie elektroakustyki sopran miewa problemy, by przebić się przez ogrom dźwięków, jakie produkują szpinet i syntezator. Tymczasem w połowie ekspozycji natrafiamy na śródlądową flautę, w trakcie której najbardziej delikatna zdaje się być … elektronika. Po powrocie na łono ekspresji szczególnie urokliwie frazuje pianista - wprost z klawiatury nuci demoniczny post-barok. Instrumenty lepią się teraz do siebie, najpierw tworząc strugę gęstego post-ambientu, potem dzieląc się na bardziej separatywne ośrodki fonii. Rozbudowana i hałaśliwa improwizacja zostaje perfekcyjnie ugaszona niemal do pojedynczego dźwięku.

Trzecia, najdłuższa opowieść w fazie prenatalnej jest mroczna, lepiona z szumu, dętych pomruków i rezonujących obłoków. Ze stoickim spokojem artyści zawiązują pierwsze akcje zaczepne, intensywniej oddychają, zaczynają wpadać w drobne turbulencje. Wejście na szczyt jest szybkie, całkiem efektowe, podobnie jak droga powrotna, która bez udziału saksofonu przebiera intrygujące, perkusjonalne barwy. Powrót dętego do gry zostaje podkreślony dźwiękami głosowymi, które zdają się również dochodzić z wnętrza instrumentu. Mniej więcej w połowie improwizacji muzycy, nieustannie kołysząc się na wietrze, dostarczają kilku zaskakujących dźwięków, które trudno przypisać komukolwiek z nich. W fazie schyłkowej utworu saksofon sugeruje melodię, ale szpinet i syntezator zgłaszają zdanie odmienne. W efekcie trio znów wspina się dramaturgiczne wzniesienie, po czym strumieniem short-cuts osiąga szczęśliwy finał podróży.

 

LDL (Urs Leimgruber, Jacques Demierre, Thomas Lehn) The Eerie Glow of Jellyfish (Relative Pitch, CD 2026). Urs Leimgruber – saksofon sopranowy, Jacques Demierre - amplifikowany szpinet oraz Thomas Lehn – syntezator analogowy, sound processing. Nagrane w trakcie Kaleidophon Festival, Ulrichsberg, Austria, kwiecień 2024. Pięć improwizacji w trzech częściach, 48 minut.

 

 

piątek, 27 marca 2026

The March’ Round-up: Dead Neanderthals! Hz of Gold! Kneer & van Veenendaal! Veins of Rain! Beliah! MMBTUPM! Petyaev & Petyaev!


Najwyższy czas ma marcową zbiorówkę! Osiem nowych albumów, tyleż wykwintnych i ciętych jak brzytwa recenzji! To nasz ulubiony moment w codziennym, trybunowym znoju pisarskim!

Ponadgatunkowy tygiel improwizowanych emocji czeka na Wasz odczyt, a albumy na odsłuch po stosownych zakupach. Zaczniemy od mistrzów heavy jazzu, którzy dziś śmiało zasługują na miano syntetycznych post-metalowców, czyli Dead Neanderthals, prawdziwy kwiat holenderskiej post-młodzieży. Potem czeka nas swobodnie improwizowana wizyta w Berlinie, ale spotkanie cokolwiek amerykańskie, w dalszej kolejności wątki holendersko-niemieckie, japońsko-amerykańskie, francuskie, choć z ziemi nam ojczystej, estońskie, a na koniec pakiet dobrego jazzu z kraju, który od czterech lat nie ma flagi.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Dead Neanderthals Evocations/ DEMO MMXXV (Bandcamp’ self-release, DL 2025/26)

White Noise Studio, Nijmegen, Holandia: Otto Kokke – syntezator oraz Rene Aquarius – perkusja. Łącznie pięć utworów, 39 minut.

W życiu pewne są trzy rzeczy – śmierć, podatki i … sylwestrowa ep-ka Kokke i Aquariusa! A tym razem nawet dwie ep-ki, albowiem do dwóch grudniowych, długich opowieści, kilka dni później artyści dołączyli jeszcze trzy krótkie muzyczne petardy.

Pierwsze dwa wielominutowe utwory, to ortodoksyjny minimalizm - jednostajny beat perkusji i stojąca plama skwierczącego, sfuzzowanego niczym gitara syntezatora. To dwie martwe ballady, które zdają się przygasać z każdym kolejnym, monotonnym uderzeniem perkusji, ale to przygasanie trwa w nieskończoność. Efekt wbija nas w fotel i wywraca perspektywę dnia aż do jego marnego końca. Trzy krótsze utwory z DEMO sytuują się intrygująco blisko estetyki rockowej. Niczym walec brną do przodu, mają zdecydowanie bardziej urozmaiconą dramaturgię. Blisko im do doom metalu, we wnętrzach którego mości się tajemnicza, zła melodia, jak ten głos z offu, który wieńczy trzecią z nich.

  


Devin Gray, Andrea Parkins & Frank Gratkowski Hz of Gold (Rataplan Records, CD 2026)

Lowswing Studios, Berlin, maj 2021: Andrea Parkins – elektronika, akordeon, wurlitzer, Frank Gratkowski – saksofon, flet, klarnet oraz Devin Gray – perkusja, instrumenty perkusyjne, herz. Jedenaście utworów, 45 minut.

Przed nami dalece intrygujące spotkanie berlińskie, poczynione w dwóch trzecich siłami amerykańskimi. Mniej nam znany drummer w roli inicjatora wydarzenia, które zaistniało w okolicznościach studyjnych prawie pięć lat temu i dwie legendy muzyki kreatywnej z obu stron Wielkiej Wody. Album dostarcza dużo zmyślnie pokomplikowanej akustyki, która raz za razem dostaje się w szpony elektroniki, a także … psychodelicznego wurlitzera.

Pierwsze trzy opowieści trwają prawie dwadzieścia minut i zdają się konstytuować jakość całego przedsięwzięcia. Od dronowej, powłóczystej, post-ambientowej ekspozycji budowanej pomrukami klarnetu basowego, plamami akordeonu i głęboko osadzonym drummingiem, po nerwowe post-ballady topione w onirycznej flaucie. W szprychach akustycznych instrumentów często panoszy się elektronika, także w formie live proccesingu. W pierwszej fazie albumu Parkins często sięga po elektryczne klawisze i udanie reasumuje wyczyny partnerów posmakiem fussion jazzu. Z akordeonu, z którym kojarzymy ją z dawnych lat, częściej korzysta w drugiej połowie albumu. Gratkowski tradycyjnie pracuje na trzech instrumentach, z których bodaj flet wchodzi w najbardziej zaskakujące intrygi. O dramaturgię całości najczęściej dba Gray, który bywa tu świetnym aktorem drugiego planu, ale też chętnie inicjuje akcje zaczepne, szczególnie w początkowych fazach utworów. Finałowa odsłona bazuje na melodii klarnetu basowego, która przypomina filmowe dokonania pewnego artysty z naszej części świata.

 


Meinrad Kneer & Albert van Veenendaal The Munderkingen Sessions / Part 2 (Evil Rabbit, CD 2025)

Secret House Studio, Amsterdam, Luty 2024: Meinrad Kneer – kontrabas oraz Albert van Veenendaal – fortepian. Siedemnaście utworów, 48 minut.

Niemiecki kontrabasista i holenderski pianista to starzy dobrzy znajomi, którzy raz na jakiś czas wracają do siebie i klecą intrygujące, duetowe opowieści. Na swój nowy album przygotowali ich aż siedemnaście – trwających od niewiele ponad minutę do niespełna pięciu. Każdorazowo mają ciekawy pomysł na improwizację, zadaną technikę frazowania, tudzież niebanalną puentę. Być może pomysłów jak na jeden album jest tu zbyt dużo, być może niektóre wątki dramaturgicznie wartoby rozwinąć w dłuższe formy. Całość wszakże tylko nieznacznie przekracza trzy kwadranse i daje się lubić w każdym momencie.

Artyści otwierają i zamykają album w podobnym klimacie budowanym post-klasycznym, melodyjnym pianem i kameralnym, kontrabasowym smyczkiem, nasączonym odpowiednią dawką emocji i śpiewnej artykulacji. W tak zwanym międzyczasie zdają się szyć swoje opowieści dwutorowo. Z jednej strony post-jazzowe narracje, mające na ogół dobre tempo, zwinne improwizacje i pewną zdrową taneczność, z drugiej, najczęściej w utworach parzystych, preparowana kameralistyka. Pianista jest bardzo oszczędny w formule inside piano, ale wydaje się przez to szczególnie precyzyjny i kreatywny. Kontrabasista ze smyczkiem pod pachą, to prawdziwy mistrz suspensu i brzmieniowych subtelności. Szczególnie urocze pod tym względem są improwizacje szósta i dwunasta, doposażone tajemniczym i nieskrywanym skutkiem.

 


Masayo Koketsu & Nava Dunkelman Veins of Rain (Relative Pitch, CD 2026)

GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu – saksofon altowy oraz Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne. Dziewięć improwizacji, 45 minut.

Czas na japońskie spotkanie w zdecydowanie nowojorskich okolicznościach. Saksofonistkę poznaliśmy całkiem niedawno z bardzo udanej płyty solowej, z kolei perkusistka, to artystka wielu talentów i stylistycznych proweniencji, szczególnie dobrze sytuująca się w okolicznościach duetowych. Panie stawiają na kontrolowany open jazz, zdają się przejawiać sporą skłonność do autorefleksji i dramaturgiczną niezgodę na jakikolwiek pośpiech.

Artystki, szczególnie w początkowej fazie albumu, plotą swoje opowieści z zastygłych, ale gęstych i niekiedy lepkich melodii oraz szumu perkusjonalii, które okazjonalnie łapią rezonans i przechodzą do fazy wystudzonego drummingu. Bodaj w piątej opowieści z drobiazgów konstruują intrygę, która niespodziewanie smakuje nieśmiertelnym Aylerem. Ów zaczyn czegoś bardziej energetycznego pcha improwizację na tory nieco większej ekspresji. Teraz wystarczy ledwie krok, by z pozycji medytujących oddać się bez reszty wirowi czegoś, co okazjonalnie przybiera formę całkiem soczystego free jazzu. Nie inaczej dzieje się w trakcie ostatniej, ponad dziesięciominutowej opowieści - od rytuału smutnej melodii i talerzowego renesansu, po w pełni kontrolowany wybuch ekspresji, spuentowany szczyptą czegoś odrobinę folkowego.

  


Sebastien Beliah Tout corps vibrant (Bandcamp’ self-release, CD 2026)

Ambasada Muzyki Tradycyjnej, Warszawa, lipiec 2025: Sébastien Beliah – kontrabas, talerz, harmonika, grzechotka. Dziesięć utworów, 38 minut.

Solowa propozycja francuskiego artysty, od lat związanego z polską sceną muzyczną, to ciekawy przykład kontrabasowej improwizacji wzbogaconej multiinstrumentalną powłoką folkowej taneczności, bardzo swobodnej pod względem narracyjnym i artystycznie bezpretensjonalnej. Album jest krótki, zwarty, dobrze udramatyzowany, zbudowany z siedmiu kilkuminutowych opowieści z treścią i trzech kilkudziesięciosekundowych miniatur zwanych tu Gamelan-interlude.

Beliah od startu buduje tu dwa wątki – używa perkusyjnego talerza, wzbudzając rezonans, a potem kreując drummingową narrację i jednocześnie frazuje na strunach kontrabasu, stosując obie techniki gry, ale częściej sięgając po smyczek. Szybko włącza do dobrze zaplanowanej improwizacji atrybut rytmu i zdaje się być mu wierny do końca albumu. Gdy trzeba schodzi nisko na kolanach, bywa, że radośnie tańczy ze smyczkiem. Nie stroni od kameralnych rozwiązań, lubi minimalizm, zdecydowanie nastawiony jest na wyrazistość muzycznego przekazu. Najciekawiej robi się w drugiej połowie albumu. W szóstej części masywne pizzicato brzmi jak kroki nieznajomego, a filmowość momentu podkreśla melodia harmonijki. W siódmej odsłonie rolę odpowiedzialnej za rytm niepodziewanie przejmuje grzechotka. W ósmej smyczek skacze po strunach, a całość przypomina urokliwą repetytywność Different Trains Reicha. W dziewiątej części drobne zaskoczenie – rozśpiewany smyczek sięga po niemal post-barokową estetykę. Album wieńczy pożegnalna, na poły relaksacyjna, melodyjna opowieść utrzymana w stylistyce post-jazzu.

 


MMBTUPM Meditation Music Beyond The Unsleeping Psychopathic Mind (Hidden Harmony, LP 2026)

Threshold Studios, Hamilton, Ontario, Kanada, czas nieznany: Annie Shaw – instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Sarah Good - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Nadah El Shazly - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Adam Kinner – saksofon tenorowy, Connor Bennett – saksofon sopranowy, Devin Brahja Waldman - syntezator, saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara, Alexei Orechin – gitara, Daniel Gélinas – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Philippe Melanson - perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery utwory, 41 minut.

Formacja odpowiedzialna za ten album śmiało może startować w konkursie na najdłuższą nazwę (szczęśliwie używa też skrótu). Jej nagranie zarejestrowano w Kanadzie, wydawcą jest estoński label (debiut na Trybunie), a towarzystwo muzyków definitywnie międzynarodowe – oto współczesny świat muzyki kreatywnej! Tak trzymać!

Na płycie zamieszono cztery improwizacje, budowane leniwie, z dbałością o bogatą instrumentację, których klimat doskonale opisuje sam tytuł albumu i nazwa grupy. A zatem rodzaj medytacji, klejonej warstwa po warstwie, od onirycznej, elektroakustycznej flauty uformowanej w swobodny dron, po rozbudowaną, linearną opowieść, która ma swój rytm niesiony saksofonowym śpiewem i intrygujący, post-psychodeliczny background armii instrumentów klawiszowych i syntezatorów. Szczególnie ciekawie brzmi to w drugiej i trzeciej odsłonie. W tej drugiej kwaśne klawisze i nieco demoniczna wokaliza, niekiedy multifoniczna, wyprowadza nas na otwartą przestrzeń, w której bylibyśmy zginęli bez wieści, gdy nie rytm i dęciak doprowadzający do szczęśliwego zakończenia. W trzeciej, najdłuższej opowieści na miano najciekawszego momentu albumu zasługuje wielominutowa, ambientowa plama szyta najpierw wokalizami, a potem zachrypniętymi saksofonami. Od zbiorowego lamentu, po kojące repetycje gitar.

  



Peter Petyaev The Burning Love of God (for Himself) (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

ROMT Recordings Studio, lipiec 2024: Peter Petyaev – saksofon tenorowy, barytonowy I sopranowy, Ksenia Savchenko – kontrabas oraz Eugene Pechenkin – perkusja. Jedenaście utworów, 44 minuty.

Petyaev-Petyaev Incomparable Greatness (No Name 666, DL 2026)

Vintage Records Studio, maj 2023: Peter Petyaev – saksofon, Pavel Petyaev – gitara (1-4), Victor Konovalov – klarnet, trąbka (3-5), Maxim Bezhenov – saksofon (2-5), Slava Burlakov – instrumenty klawiszowe, Ivan Bashilov – bas elektryczny (2-4) oraz Piotr Talalai – perkusja. Pięć utworów, 49 minut.

Na zakończenie marcowej zbiorówki podwójna porcja wytrawnego jazzu. Za obie odpowiada ten sam artysta - w pierwszej pławi się w spuściźnie free jazzu i fire music, w drugiej sięga po atrybuty kwaśnego fussion. Oba danie strawne, dobrze doprawione, a czas płynie przy nich wartko i definitywnie nienudną strugą.

Szczególnie udany wydaje się album nagrany w trio. Dedykacje dla legend gatunku, szorstki, wyrazisty sound saksofonu i świetna robota sekcji rytmu, która gra w poprzek, ma w nosie tradycję i iskrzy kreatywnością na każdym kroku – zwłaszcza, gdy w dłoniach kontrabasistki ląduje dobrze naostrzony smyczek. Pośród klasyków najbardziej do gustu przypaść może hommage dla Brotzmanna, a zaraz potem dla Wrighta, w każdym przypadku z drobną estetyczną woltą. Na koniec lider przedsięwzięcia dedykuje utwór bratu, a potem samemu sobie. Ten rodzaj autoironii dodaje smaku całemu albumowi.

Z rzeczonym bratem saksofonista tworzy ansambl Petyaev-Petyaev i w nieco bardziej rozbudowanym składzie (incydentalnie nawet septetowym) rusza na podbój elektrycznych odłamów gatunku. Każda z pięciu wielominutowych ekspozycji ma tu swoją wyszukaną dramaturgię. W pierwszej panoszą się rockowe naleciałości, w drugiej zaskakuje meta balladowe otwarcie, które na etapie rozwinięcia, szytego łamanym rytmem, przenosi nas do świata rozhulanego free jazzu. W trzeciej części rządzą aż trzy dęciaki, które wpadają w kwaśne turbulencje. Najbardziej smakowita zdaje się być czwarta odsłona, którą ciągnie do ognia free jazzu soczysta ekspozycja saksofonu. Z kolei w ostatniej opowieści podobać się może efektowne otwarcie, które spoczywa wyłącznie na dętym instrumentarium.