piątek, 29 maja 2026

Jérémie Ternoy & Ça commence par la marche!


Czas na absolutną nowość francuskiego Circum-Disc, albowiem płyta, nad która się pochylamy ma światową premierę dokładnie dziś. Na wyimaginowanej scenie jedenastoosobowy ansambl pod zacnym kierunkiem kompozytora i pianisty Jérémie Ternoya wykonuje szalony marsz pod jakże intrygującym tytułem Wszystko zaczyna się od chodzenia.

W składzie formacji kwiat circumowej socjety, w tym wszyscy członkowie zacnego TOC, który kochamy od lat z powodu każdej płyty, czy koncertu. W ujęciu instrumentalnym - trzy dęciaki, kontrabas, gitara, dwie perkusje, trzy głosy wraz z perkusjonaliami i podwójna klawiatura, zarówno akustyczna, jak i być może elektryczna. Labelowe tagi podsuwają nam tropy gatunkowe - repetitive, minimal & trance. I trudno się z nimi nie zgodzić. To szalony marsz w równie szalonym rytmie, budowany niczym piramida, unerwiony jak kolejna inkarnacja Different Trains Steve’a Reicha, a nawet bardziej! Murowany kandydat do corocznej trybunowej listy powodów, dla których warto zapamiętać rok.

 


Album stanowi nieprzerwany ciąg dźwięków, separowany na kompaktowym dysku momentami zmian sposobu artykulacji, czy dochodzenia nowych instrumentów do strumienia narracji. Trzyminutowe otwarcie, to filigranowe, minimalistyczne i powtarzające się uderzenia w perkusyjne talerze i obręcze, pudło rezonansowe fortepianu, być może także struny kontrabasu. Wszyscy są tu w kompulsywnym rytmie od pierwszej frazy i pozostaną w nim do końca tej opowieści.

Elementem oznajmiającym start drugiej, prawie półgodzinnej części, są pojedyncze, rytmiczne uderzenia na klawiaturę fortepianu. Z czasem akcje piano i perkusjonalii zaczynają ulegać multiplikacji, a w tle ewokować matowy ambient, zapewne z gitary. Od dziesiątej minuty swoją cząstkę pulsującego rytmu generują też kontrabas i gitara, a po trzech kolejnych minutach instrumenty dęte. Jednocześnie aura całości robi się spektakularnie dubowa. Ansambl pełnię szczęścia osiąga jeszcze przed upływem dwudziestej minuty, gdy do gry wchodzą wysoko zawieszone wokale. Wszyscy wpadają w trans dzikiego tańca. Na czoło forsuje się dialog kontrabasu i euphonium, w tle swoje małe, afrykańskie melodyjki wygrywa saksofon. Wokół zaczyna tworzyć się delikatny, zaskakująco jazzowy anturaż.

Na początku trzeciej odsłony warstwa rytmiczna zostaje nieco przeformatowana. Tworzą ją teraz dwie masywnie pracujące perkusje, kwaśno brzmiące klawisze i sfuzzowana gitara. Z każdą upływającą minutą wataha dętych zdaje się płynąć coraz szerszym korytem. Całość nabiera defektywnie posmaku fussion. Odłamem najsilniej repetującym są teraz rozśpiewane wokale. W czwartej partii elementem dominującym wydają się basowe stemple. W piątej ansambl staje się już wielką, psychodeliczną orkiestrą, która powtarza frazy jak mantrę, tańczy i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek przestała. Reich płonie w ogniu post-african fussion!

Ostatni odcinek tej sagi trwa niespełna cztery minuty i jest już samotną ekspozycją piana, które pozostaje na scenie w momencie, gdy reszta instrumentów i głosów milknie. Fortepianowy rytm rozlewa się coraz szerszym korytem, aż znajduje ujście – najpierw stygnie, potem umiera.

 

Jérémie Ternoy Ça commence par la marche (Circum-Disc, CD 2026). Jérémie Ternoy – fortepian, instrument klawiszowy, kompozycja, Nicolas Mahieux – kontrabas, Charles Duytschaever – perkusja, Ivann Cruz – gitara, Peter Orins – perkusja, Maryline Pruvost - głos, instrumenty perkusyjne, Kristof Hiriart - głos, instrumenty perkusyjne, Sarah Butruille - głos, instrumenty perkusyjne, Vianney Desplantes – euphonium, Christian Pruvost - trąbka, flugelhorn oraz Sakina Abdou – saksofon. Nagrane w Studio Gil Evans (Amiens) oraz Studio Ronchin, Francja. Opowieść w sześciu odcinkach, 50 minut.




wtorek, 26 maja 2026

Evan Parker & Joëlle Léandre during Long Bright Summer!


Życiu recenzenta towarzyszy wiele dylematów. Jednym z nich jest wątpliwość – wielokrotnie w tym miejscu artykułowana – czy nowe nagrania definitywnych legend muzyki improwizowanej wypada w ogóle komentować, a tym bardziej wystawiać jakiekolwiek cenzurki. Wiadomo, że nagrali tysiące wspaniałych albumów, zagrali miliony wstrząsających koncertów. Choćby z tej racji każdy dźwięk przez nich wydawany jesteśmy w stanie wyobrazić sobie jeszcze przed jego zaistnieniem.

Zauważmy wszakże, nie tylko z kronikarskiego obowiązku, iż Evan Parker i Joëlle Léandre wydali w roku ubiegłym nową płytę, która w ich przypadku – mimo, iż grywali razem setki razy – jest bodaj pierwszym zarejestrowanym albumem w duecie. Dodajmy, zdecydowanie udanym, która zabiera nas w podróż, którą świetnie znamy, ale która wciąż potrafi przynosić dużo radości. Choćby z powodu niemal telepatycznej komunikacji pomiędzy artystami. Zatem bez specjalnych ocen, czy uwag, zobaczmy/ posłuchajmy po prostu, co działo się w trakcie letniego koncertu, jaki miał miejsce we Francji prawie trzy lata temu.

 


Francuzka i Brytyjczyk postawili na zwartą opowieść w ośmiu odcinkach. Każdy z nich trwa mniej więcej od sześciu do ośmiu minut i zdaje się być zamkniętą formą. Parker używa swoich ulubionych saksofonów niemalże naprzemiennie, Léandre z kolei nie rozstaje się z kontrabasowym smyczkiem. Jeśli tylko potrafilibyśmy wyrzucić z finalnego miksu oklaski po każdym utworze, które delikatnie naruszają rytuał skupionego spektaklu, nasze szczęście nie miałoby granic.

Otwarcie koncertu jest dość kameralne, zaskakująco mroczne. Smyczek drży na strunach kontrabasu, saksofon tenorowy parska post-dźwiękami. Opowieść leniwie rozwija się, nabiera z czasem nawet tanecznego rytmu. W drugim utworze Evan sięga po sopran i snuje unikatowe melodie. Z kolei Joëlle preparuje instrument i definitywnie szuka zwady. I tu puentą jest drobna eskalacja. Kolejne utwory stawiają na minimalistyczne introdukcje, szyte na ogół strzępami fraz, czy dźwięków. Tenor raczy nas swoją obecnością w utworach nieparzystych, sopran w parzystych. Z czasem w każdej improwizacji zaczynają pojawiać się wystudzone inteludia, która stają się okazją do wzięcia głębszego oddechu, zapewne po obu stronach sceny. To, co najciekawsze muzycy serwują nam w szóstej i siódmej odsłonie. Wbrew regule, Parker dwa razy pod rząd sięga teraz po sopran, co więcej, w każdym przypadku buduje efektowną, cyrkulacyjną opowieść, która dynamizuje akcję dramatu w stopniu niespotykanym w trakcie poprzednich utworów. Finałowa improwizacja także przynosi nowy element. Jest  nim głos kontrabasistki, który prowadzi narrację w takim samym stopniu jak smyczek kontrabasu i saksofon tenorowy. Artyści nastawieni są zdecydowanie łobuzersko. Szarpią struny, znów oddychają cyrkulacyjnie. Nie podchodźcie do nich zbyt blisko!

 

Evan Parker & Joëlle Léandre Long Bright Summer (Rouge Art, CD 2025). Joëlle Léandre – kontrabas oraz Evan Parker – saksofon tenorowy, sopranowy. Nagrane w Le Chaix du domaine "Les Davids", Viens, Francja, sierpień 2023. Osiem improwizacji, 55 minut.

 

 

 

piątek, 22 maja 2026

The Relative Pitch’ fresh four: Warelis! Roberts & Brice! Quagmire & Bothen! Foster, Weber & Griener!


Cztery premiery w miesiącu to edytorski rytuał nowojorskiego The Relative Pitch Records. Na tych łamach, mimo usilnych starań całej jednoosobowej redakcji, nie dajemy rady opisać adekwatnymi słowami każdego wydawnictwa. Ale przynajmniej się staramy.

Dziś czas na trzy nowości majowe i jedną kwietniową. Przed nami duża porcja soczystego jazzu, zarówno komponowanego (Marta Warelis!), jak i swobodnie improwizowanego (uwaga szczególnie na Skandynawów!). Kilka znanych nazwisk, mnóstwo dobrego grania, a każdy album dostarczony w formie poręcznego dysku kompaktowego. Welcome bardzo gorąco!

  


Marta Warelis Still Life with Lemons

Bimhuis, Amsterdam, październik 2024: Marta Warelis – fortepian, syntezator, kompozycje, Ben LaMar Gay – trąbka, elektronika, Ab Baars – klarnet, saksofon tenorowy, Karen Ng – klarnet, saksofon altowy, Ingebrigt Håker Flaten – kontrabas oraz Frank Rosaly – perkusja, gongi. Sześć utworów, 49 minut.

Nasza ulubiona polska pianistka jest rezydentką amsterdamskiej sceny free jazz/ free impro od ponad dekady. Ale dopiero teraz zaprezentowała się jako band leaderka, kompozytorka, artystka, która wraz z piątką przyjaciół zagrała koncert firmowany jedynie swoim imieniem i nazwiskiem. Trzy instrumenty dęte incydentalnie inkrustowane elektroniką, kuta żelazem sekcja rytmu, wreszcie ona sama na fortepianie i syntezatorze. Opowieść w sześciu odcinkach warta każdej sekundy naszej wzmożonej uwagi.

Nagranie otwiera samotna, minimalistyczna ekspozycja Warelis na fortepianie, która zdaje się konsumować wszelkie walory jej twórczości w tym obszarze. Sekcja rytmu wchodzi do gry po trzech minutach, potem swoje dokładają radośnie i swobodnie usposobione dęciaki. Opowieść niesie basowy groove i wszechobecna melodia. Druga odsłona ma bardziej kameralny charakter, pojawia się smyczek i akcje inside piano. Trzecia silniej sytuuje się estetyce post-jazzu, a w momencie kulminacji godna jest miana fire music. W czwartym utworze otrzymujemy coś w rodzaju elektroakustycznej medytacji, w piątej zaś trzyminutowy dialog dwóch klarnetów. Album zamyka rozbudowana kompozycja inicjowana perkusjonaliami i inside piano, rozwijana smutną melodyką ballady, a finalizowana post-aylerowskim, free jazzowy tańcem, w wysokim, definitywnie bardziej optymistycznym locie.

  


Cath Roberts & Olie Brice Setpieces

s10c, SET Lewisham Retail Park, London, styczeń 2025: Cath Roberts – saksofon barytonowy i altowy oraz Olie Brice – kontrabas. Sześć, 37 minut.

Przed nami danie definitywnie pure jazzowe. Saksofon barytonowy do pary z kontrabasowym arco lub saksofon altowy z kontrabasowym pizzicato. Także drobna dawka wariantów mieszanych. Dwie świetnie nam znane postaci londyńskiej sceny jazzowej, tej szczególnie swobodnie improwizowanej. Bez specjalnych fajerwerków, z dbałością wszakże o odpowiednią dramaturgię i dobrą zabawę.

Jazzowy, zadziorny baryton w konfrontacji z kameralnie usposobionym, kontrabasowym smyczkiem otwiera album, a w części trzeciej zgrabnie go kontynuuje. Taki duet potrafi kąsać, a elementem dominującym bywa niespodziewanie drugi z instrumentów. Kolejna improwizacja baritone & arco wydaje się jeszcze ciekawsza, bardziej nasączona emocjami i zaskakująco melodyjna. W utworze drugim i piątym ma miejsce anonsowane spotkanie altu z jazzowym pizzicato. W tej konwencji angielski duet sprawie wrażenie mniej wyrazistego, bardziej przewidywalnego. W pozostałych dwóch odsłonach baryton zmaga się z szarpanym kontrabasem. Tu artyści generują jeszcze większą porcję melodii, szczególnie w tubie dużego dęciaka. Finałowa improwizacja jest balladą, w trakcie której barytonowe frazy na wdechu moszczą się na drgających strunach kontrabasu i kreują zaskakującą jakość.

 


Quagmire & Christer Bothén Rörane

Rörane Studio, Bottna, Szwecja, czas nieznany: Christer Bothén – klarnet basowy i kontrabasowy oraz Quagmire: Nina de Heney – kontrabas, Karin Johansson – fortepian, także preparowany, cytra oraz Henrik Wartel – perkusja. Pięć utworów, 38 minut.

Ten szwedzki impro meeting zdaje się przynosić największą w zestawie relatywnych nowości radość z odsłuchu. Preparowane piano i perkusjonalia, dużo dawka niskich, kontrabasowych częstotliwości, mroczne tło i zmysłowe westchnienia najcięższych odmian klarnetu. Śmiało wchodzimy do tej pieczary dźwięków i kompletnie nie mamy ochoty na drogę powrotną.

Pierwsza improwizacja trwa prawie dwadzieścia minut i definitywnie konstytuuje wartość artystyczną albumu. Pomruki klarnetu kontrabasowego, szorstkie plamy inside piano, matowy blask talerzy i dudniące struny kontrabasu lepią się w dron, nerwowo rozkołysany, incydentalnie unoszący się ku górze siłą narracji z fortepianowej klawiatury. W połowie nagrania improwizacja nabiera post-jazzowego, a potem kameralnego posmaku. I jeszcze wisienka na torcie – melodyjny dialog klarnetu i kontrabasowego smyczka w ramach wyrafinowanej puenty. O połowę krótsza druga improwizacja kontynuuje budowanie mrocznego, preparowanego post-ambientu. Całość drży, ale jest też doposażona w ulotną i zaskakującą dynamikę. Trzy kolejne odsłony albumu trwają po mniej więcej cztery minuty i stanowią kolejne dowody w sprawie. Dwa pierwsze utrzymane są w estetyce dronowej, ale wydają się jeszcze bardziej nerwowe – artyści dygoczą tu z zimna i trwogi (co udanie podkreśla brzmienie cytry). Ostatni utwór bardziej przypomina linearną, post-jazzową ekspozycję, z klarnetem basowym w roli wiodącej na etapie rozwinięcia i definitywnie samotnej (jakże minimalistycznej) na etapie finalizacji.

  


Michael Foster, Christian Weber, Michael Griener Selections from the Gutter

Alte Kita Schöneweide, Berlin, maj 2025: Michael Foster – saksofony, Christian Weber – kontrabas oraz Michael Griener – perkusja. Sześc utworów, 62 minuty.

Na zakończenie dzisiejszego przeglądu nowojorskich nowości czas na soczysty, swobodnie improwizowany jazz, któremu etykietę free przyszyć można bez ryzyka popełnienia błędu. Amerykański saksofonista w towarzystwie niemieckiego kontrabasisty i perkusisty (nazwiska świetne znane Czytelnikom tych łamów) snują sześć rozbudowanych opowieści, improwizując kolektywnie, stawiając dobro ogółu ponad partykularne interesy, niosąc dużą jakość niemal w każdej frazie. Wszystko tu świetnie trybi pod względem dramaturgicznym, może jedynie samo nagranie – biorąc pod uwagę jego intensywność – jest odrobinę zbyt długie.

Saksofonista najczęściej pokonuje tu drogę od szorstkiego, preparowanego otwarcia przez ekspozycję melodii, po niekiedy free jazzowy szczyt (jak choćby w czwartej, najbardziej intensywnej odsłonie). Kontrabasista z kolei sieje ferment niemal na każdym kroku. Frazuje jazzowym pizzicato, ale równie często sięga po smyczek czyniąc dużo dobrego zarówno w wymiarze kameralnym, jak i post-jazzowym. Jego styl gry znamionuje permanentna zmienność. Perkusista rzadziej wychodzi na front, ale zawsze jest na miejscu, świetnie trzyma flow, choć jego rola nie kończy się na budowaniu szkieletu drummingowego. Wyłączając trzecią, ledwie dwuminutową opowieść, wszystkie pozostałe to dramaty z intrygującą inauguracją, zwinnym rozwinięciem, post-kameralnym interludium i zmysłowym, niekiedy bardzo energetycznym zakończeniem. Na szczególną uwagę zasługuje piąta część, która początkowo szyta jest drobnym, niemal filigranowym ściegiem granym na wydechu, potem nabiera niezbędnego rozmachu, a spuentowana zostaje paradą selektywnych short-cuts.

 

 

 

wtorek, 19 maja 2026

Martin Küchen' Angles 11! Tell them it´s the sound of freedom!


Twórczość szwedzkiego saksofonisty Martina Küchena wydaje się miejscowić na dwóch, pozornie odległych od siebie biegunach. Z jednej strony swobodna improwizacja na saksofonie sopranowym i sopranino, na ogół w małych składach, najlepiej duetach, z drugiej jazzowa i free jazzowa kompozycja najchętniej uprawiana w wieloosobowych formacjach. Na potrzeby tej drugiej okoliczności powstała onegdaj orkiestra Angles, która w zależności od liczby uczestników danego spektaklu zostaje dodatkowo ocyfrowana.

Dziś przed nami edycja Angles 11, bo tyluż artystów uczestniczyło w nagraniu albumu Tell them it´s the sound of freedom. W ujęciu instrumentalnym mamy trzy perkusje, piano fendera, wibrafon, kontrabas, skrzypce pod drobnym prądem, dwie trąbki i dwa zestawy saksofonów. Na tapecie trzy rozbudowane, kilkunastominutowe kompozycje szefa stada, oparte na rytmie, melodii, swobodnej instrumentacji i pewnym oczywistym dla określonej grupy słuchaczy sznycie post-hipisowskim. Doskonałe nagranie, które zachęca do wspólnej zabawy, specyficznego tańca i fenomenalnie buduje nastrój na nadchodząca jesień.

 


Pierwsza opowieść toczy się w dość leniwym tempie. Łagodny kontrabas, rytmiczne uderzenia perkusji, fenderowskie, ciepłe brzmienie, dęte inkrustacje, w fazie rozwoju utworu wchodzące w intrygujące dialogi i wielogłosy. Całość przypomina wielki chór, który odprowadza na miejsce pochówku najlepszego przyjaciela, który opuścił ten padół ziemski ewidentnie z uśmiechem na twarzy. Temat kompozycji zdaje się być podawany w nieskończoność, faza solowych improwizacji (głównie basu i wibrafonu) jest dla odmiany krótka, adekwatna dramaturgicznie. Utwór ma też swoją kodę, która niesie smutek, udanie kontrapunktowany durową melodyką skrzypiec.

Druga opowieść śmiało mogłaby znaleźć się na ścieżce dźwiękowej remake’u słynnego klasyka filmowego Desperado. Latynoska rytmika, bogata, melodyjna aranżacja, huczna zabawa do zmroku do bladego świtu. Wszyscy tańczymy i śpiewamy, nikt nie podpiera ścian. Opowieść usiana jest intrygującymi interludiami – niekiedy to oniryczne, tudzież smutne westchnienia, innym razem dysonujące zwarcia piana, saksofonów i trąbek, tu pozbawione rytmicznej bazy. Dużo zgiełku, dramaturgicznych kontrapunktów, z ekspozycjami solowymi na ogół o charakter kolektywnym.

Początek finałowej kompozycji oddany zostaje trójce drummerskiej. Otwarcie jest dość minimalistyczne, pełne brzmieniowych smaczków i subtelnych preparacji. Na etapie rozwinięcia myśli kompozytorskiej tempo jest umiarkowane, a melodie zwarte, odrobinę czupurne. Rozwichrzona, bardzo swobodna podróż jedenastoosobowego ansamblu ma swoje niebanalne punkty zwrotne. Raz jest to solowa ekspozycja skrzypiec wsparta na wibrafonie, innym razem zaskakująca, swingująca wolta, która śmiało mogłaby zdobić kolejny odcinek przygód Ala Capone. Powrót do tematu, tuż po eksplozywnym antrakcie perkusji, porządkuje narrację, po czym wznieca kolejny ogień tańca. Zdaje się, że teraz każdy dęciak dokłada trzy grosze do obrazu całości. Kolektywny, melodyjny spazm wieńczy ów smakowity album.

 

Martin Küchen Angles 11 Tell them it´s the sound of freedom (FSR Records, CD 2025). Johan Berthling – kontrabas, Alex Zethson - Fender Rhodes, Juno 106, Mattias Ståhl – wibrafon, saksofon sopranowy, Konrad Agnas, Michaela Antalova i Kjell Nordeson – perkusje, Susana Santos Silva i Magnus Broo – trąbki, Josefin Runsteen – amplifikowane skrzypce, Eirik Hegdal – saksofon barytonowy i altowy oraz Martin Küchen – saksofon tenorowy i sopranowy, kompozycje. Nagrane na żywo w BAS, Sztokholm, kwiecień 2022. Trzy utwory, 38 minut.


*) recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została (a może nie?) pierwotnie opublikowana



 

piątek, 15 maja 2026

Fusi & Tremblay play Suite!


Legendarny brytyjski label Bead Records, reanimowany kilka lat temu przez norweskiego drummera Emila Karlsena, systematycznie dostarcza intrygujących albumów na ogół w czarno-białych okładach. Często efektem prac artystycznych są tu niebanalne konfrontacje instrumentów akustycznych i elektroniki.

Album Suite to kolejny przykład. Skrzypce, także w wersji z epoki, w soczystym dialogu z gitarą basową i rzeczoną elektroniką. W trakcie prawie godzinnej improwizacji, podzielonej na sześć odcinków specjalnych, dzieje się naprawdę dużo dobrego - koniecznie nadstawcie ucha, ale najpierw poczytajcie.

 


Celebracyjny drumming po strunach i pudle rezonansowym, szmer amplifikatora i nerwowe, syntetyczne echo po sfinalizowaniu rytuału otwarcia szybko lepią się w strugę czegoś bardziej gęstego, intensywnego, nawet brudnego. Słyszymy też akustyczne skrzypienie, zapewne wprost z gryfu violin. Puentą pierwszej rozgrywki jest bolesny śpiew, który dobywa się z obu instrumentów i klei do delikatnie sprzęgającego amplifikatora. Druga opowieść jest bardziej filigranowa, choć tworzą ją frazy preparowane, lejące się wspólnym, elektroakustycznym strumieniem. Pojawia się melodia, z którą udanie współgra ulotna elektronika.

W kolejnym utworze nieustannie kiereszowana melodia zdaje się dominować, a całość nabiera nawet delikatnie folkowego posmaku. Subtelny rytm wprawia artystów w stan medytacji, a opowieść po niedługim czasie nabiera walorów stygnącego ambientu. Dopiero elektryczne akcje na strunach basu macą spokój, sieją ferment, ale samo zakończenie improwizacji jest polubowne, oleiste, dronowe. Czwarta odsłona sprawia wrażenie zmyślnie tanecznej, prowadzona jest z lekką przewagą dźwięków nieakustycznych. Emocje rosną, ale nagle warstwa syntetyczna gaśnie, pozostawiając na placu boju jedynie gołe struny skrzypiec i basu.

W przedostatniej historii pracują tylko akustyczne struny, a tło wypełnia złowrogi ambient. Te pierwsze zaczynają lamentować, unosić się w powietrzu. Elektronika odbywa podróż w przeciwną stronę, w głąb mroku. Puentą improwizacji jest pewna figura rytmiczna, lepiona idealnie czystym frazami obu strunowców. W ostatniej opowieści struny tykają, niczym wskazówki zegara lub klawisze piana. W tle mości się elektroakustyczny rozgardiasz, który buduje napięcie. Po krótkim spiętrzeniu narracja rozlewa się po głębokiej dolinie i obumiera.

 

Marco Fusi & Pierre Alexandre Tremblay Suite (Bead Records, CD 2026). Marco Fusi – skrzypce, viola d’amore oraz Pierre Alexandre Tremblay – gitara basowa, elektronika. Nagrane w University of Huddersfield, Wielka Brytania, listopad 2023. Sześć improwizacji, 55 minut.



wtorek, 12 maja 2026

Georg Graewe & Sonic Fiction draw Banding Patterns!


Georg Graewe, niemiecki pianista, kompozytor, improwizator, człowiek wielu talentów prowadzi nie od dziś własny band, który zwie się Sonic Fiction. Choć artystę tego znamy z wielu free jazzowych uniesień (temperamentu nigdy mu nie brakowało), w rzeczonym ensemble bardziej koncentruje się na współczesnej kompozycji, która równie dużo czerpie z post-jazzu, jak i muzyki definitywnie kameralnej.

Szczególnym przykładem takiego podejścia do muzyki jest ostatnia płyta Sonic Fiction, nagrana w intrygującej formule kwartet+. Fortepian lidera, klarnety Franka Gratkowskiego, perkusja Gerry’ego Hemingwaya, altówka Laury Strobl, a w roli gościa Earl Howard obsługujący subtelną, nienachalną elektronikę i okazjonalnie dmiący w saksofon altowy. Danie wyszło z tego przepyszne, zatem bez zbędnej zwłoki posłuchajmy i poczytajmy.

  


Na album składa się sześć kilkuminutowych, dobrze udramatyzowanych opowieści i trzyczęściowy, trwający prawie kwadrans finał. Kameralne otwarcie nisko brzmiącego piana, klarnetu i perkusyjnych talerzy dość szybko przekształca się w ruchliwą akcję zaczepną dzięki rozkołysanej altówce i oplatającej akustykę strudze filigranowej elektroniki. Całość wydaje się dość precyzyjnie zadekretowana, ale jednocześnie pozostawia sporo przestrzeni każdemu artyście w indywidualne podejście do dyrektyw kompozytorskich. Druga historia na starcie wydaje się jeszcze delikatniejsza, pleciona z wyjątkowo krótkich fraz, ale ledwie po kilku pętlach zwinnie przepoczwarza się w zwarty, niemal free jazzowy galop. W tym tyglu zdarzeń świetnie odnajduje się altówka, która soczystymi preparacjami bez trudu odnajduje dialog z bardziej masywnymi instrumentami. Utwór trzeci daje chwile kameralnego wytchnienia, wszystko zdaje się tu być pod pełną kontrolą, ale emocji i jakości, i tym razem nie brakuje.

Z kolei otwarcie czwartej części jest nerwowe, świetnie ulepione drummingiem i elektroniką. Po kilku bardziej intensywnych wdechach flow studzi się i uwalnia przestrzeń na kolejną garść altówkowych smakołyków. W piątym utworze pierwsze frazy pochodzą z samego dna każdego z instrumentów. Szmery, preparacje, głębokie wdechy i szum elektroniki. Na szczyt wiedzie tu wszystkich klarnet basowy, ale zaraz po nim nadpływa głęboka dolina soczystego ambientu, okraszona niemal post-klasycznymi frazami fortepianu. W kolejnej opowieści rządzą dwa interesujące duety, które stają w delikatnej opozycji. Najpierw piano i basowy klarnet w pozie kameralnej, potem altówka i saksofon altowy w opcji free impro. Puentą jest post-jazz podany w definitywnie atrakcyjnym tempie.

Album wieńczy trzyczęściowa opowieść początkowo osnuta wokół brzmienia altówki, delikatnie multiplikowanej elektroniką. Potem do gry wchodzi minimalistyczne piano i strwożony klarnet basowy. Wszystko grane jest na wdechu, dzięki czemu zyskuje na czysto akustycznym pięknie. Tym razem rolę dramaturgicznego kontrapunktu pełni smuga syntetycznie brzmiącego ambientu. Pojawiają się molowe melodie, ale i kilka nerwowych reakcji. Zakończenie albumu animuje porcja wielowymiarowych, multiinstrumentalnych preparacji. Altówka śpiewa, wtóruje jej równie melodyjna elektronika. Opowieść nosi znamiona farewell song, ale wydaje się zaskakująco nerwowa, szarpana, pełna niepokoju. Emocje studzi w końcu oniryczne tło elektroniki i kameralne lamenty altówki.

 

Sonic Fiction Special feat. Earl Howard Banding Patterns (Random Acoustic, CD 2026). Earl Howard – elektronika, saksofon altowy, Frank Gratkowski – klarnety, Laura Strobl – altówka, Georg Graewe – fortepian oraz Gerry Hemingway – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Kolonii, marzec 2025. Dziewięć utworów, 49 minut.



 

piątek, 8 maja 2026

The May’ Round-up: Villavecchia! Shachar! Memphis Metaphysics! En Quartet! Totoabas! Suncuts! Serries! Gorokhov!


W kwietniu zabrakło na Trybunie miejsca na nasze ulubione danie – comiesięczną zbiorówkę recenzji płyt z całego świata. Szczęśliwie w maju taka przestrzeń pojawia się już w drugim tygodniu wiosennego periodu.

Na ruszt rzucamy osiem albumów, które nadspodziewanie silnie osadzone są w idiomie post-jazzowym. Aż cztery takie płyty staną się za chwilę naszym udziałem. Potem będziemy eksperymentować z dęciakami, zrobimy prawdziwy hard-punkowy łomot, a przygodę zakończymy w odmętach wielobarwnego ambientu.

W ujęciu geograficznym zaczniemy od naszej ukochanej Katalonii, w dalszej kolejności czekają nas wątki duńsko-amerykański i polski, które dopełnią optykę jazzową. Zapowiadany eksperyment będzie czeski, choć pod sztandarami francuskimi. Potem już tylko międzynarodowe power trio, belgijska gitara i wątek z kraju bez flagi w definitywnie nieoczywistej stylistyce.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Liba Villavecchia Trio Eclipse Aciago (Self-released, CD 2025)

La Casamurada, Barcelona, luty 2024: Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne oraz Alex Reviriego – kontrabas. Sześć utworów, 37 minut.

To czwarta już płyta tria, które nie przestaje zaskakiwać i intrygować. Free jazzowe kompozycje lidera są tu jak zawsze punktem wyjścia do swobodnych improwizacji, ale całość trzyma dramaturgię, jak najlepszy thriller, w którym nie ma zbędnych akcji, ani słów rzucanych na wiatr. Dodatkowo Liba udostępnia coraz więcej przestrzeni młodszym partnerom, dzięki czemu trio zyskuje na jakości z każdym kolejnym utworem. Zauważmy, iż połowa z nich tym razem wypełzła spod pióra Reviriego i to nie pierwsza dziś dobra wiadomość.

Saksofon altowy Liby lubi wysoko zawieszone, soczyste melodie. Kontrabas Alexa, który chętnie stawia masywne stemple, w mgnieniu oka, traktowany smyczkiem staje się narzędziem kameralnego suspensu. Perkusja Vasco idzie tuż obok, nie boi się prostego, niemal punkowego beatu (jak w części czwartej), a gdy trzeba eksploduje armią małych, chroboczących przedmiotów na werblu (w tejże samej historii). Większość utworów ma dość spokojną narrację, a free jazzowa erupcja realizuje się w jedynie w drugim z nich. Trzecia i szósta odsłona, to części tej samej pięknej, urokliwie martwej ballady smaganej batem doom stepu sekcji i rzewnym śpiewem altu. Szczególnie dużo emocji dostarcza piąta historia, początkowo rozedrgana, osnuta wokół dętej melodii, po przejściu kontrabasu w tryb arco staje się kameralną perełką z równie zaskakującą, bluesową puentą.  

  


Yeonathan Shachar Appli'd Motion (Discordian Records, DL 2026)

La Isla, Barcelona, wrzesień/ październik 2025: Yeonathan Shachar – gitara elektryczna, kompozycje, Luis Erades – saksofon altowy i tenorowy, Asaf Shchori – kontrabas oraz Soren Alcaraz – perkusja. Sześć utworów, 29 minut.

Kolejna jazzowa oferta ze stolicy Katalonii, znów autorski projekt i dobrze uformowane kompozycje. W warstwie estetycznej posadowione w kulturze fussion jazzu, jakże charakterystycznego dla nowojorskiego Downtown sprzed trzech dekad. Ale i dziś słucha się tego naprawdę dobrze. Dodatkowo album jest zwarty w formie, co sprzyja bezkonfliktowemu odsłuchowi.

Temat pierwszego utworu jest bardzo precyzyjnie zadekretowany i rozpisany na role, dodatkowo nasączony ekspresją i estetyką godną najntisowego Johna Zorna. Śpiewny saksofon, zwinna gitara i sekcja rytmu, która zawsze jest na czas. W kolejnych odsłonach albumu do gry chętnie wchodzi kontrabasowy smyczek, ale daleki jest od kameralnych zapędów, potrafi wzniecić ogień lub intrygująco poszarpać zbyt łagodnie uformowaną narrację. W części trzeciej podobać się mogą akcje duetowe – najpierw sax & bass, potem guitar & drums. Końcowe dwa utwory płyną pod dyktando lidera i kompozytora. W piątym intryguje ambientowe intro, z kolei utwór finałowy, to wyłącznie dzieło gitarzysty, którego instrument brzmi po raz pierwszy semi-akustycznie i udanie deformuje coś klasycznie gitarowego.

  


Oswald/ Cheli/ Moses/ Edmiston/ Westgaard Memphis Metaphysics (Sonic Transmissions, CD 2025).

Memphis, Tennessee, Grudzień 2023: Ra Kalam Bob Moses – perkusja, Hein Westgaard – gitara elektryczna, Margaux Oswald – fortepian, Art Edmaiston – saksofon tenorowy oraz Kevin Cheli – instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 46 minut.

Oto historia niemal z dzikiego zachodu. Przyjaciele z Danii, Oswald i Westgaard, ruszają w podróż po bezkresach Ameryki i trafiają do Memphis. Tam, w domowych pieleszach drummera i mistyka Ra Kalama Boba Mosesa, nagrywają album, w którego produkcji uczestniczą także dwaj inni lokalni muzycy. Tytuły pięciu utworów odwołują nas do filozofii starożytnego Egiptu. Jest zatem duchowość, nie brakuje też bardzo swobodnych, osadzonych w etyce rytualnego free jazzu improwizacji.

Pierwsze trzy utwory mają zbliżoną dramaturgię. Otwarcie spoczywa na barkach perkusisty i perkusjonalisty, okraszone głosem tego pierwszego. Gitarzysta najpierw buduje groove, potem dodaje stylowe, jazzowe improwizacje. Rolą saksofonisty jest inicjacja melodii, a w dalszej kolejności zgrabna eskalacja i wynoszenie kwintetu na free jazzowe wzniesienia. Najciekawsze są tu wszakże akcje pianistki, zarówno w zakresie brzmienia i jak estetyki jej bardzo swobodnych pasaży. W wielu momentach narracja prowadzona jest w trio - każdorazowa z udziałem perkusji i perkusjonalii. Ostatnie dwie improwizacje bazują na balladowym flow, zdają się być pretekstem do wytłumionych medytacji, niepozbawionych jednak nuty zaskakującej psychodelii.

 


En quartet i Kamil Piotrowicz Live in Poznan (Torf Records, LP/DL 2026)

SARP Social Club, Poznań, sierpień 2023: Adam Jełowicki – trąbka, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Mikołaj Nowicki – kontrabas, Piotr Dąbrowski – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz gościnnie Kamil Piotrowicz – fortepian. Jedna improwizacja podzielona na dwie części, 43 minuty.

Kolejna porcja rasowego free jazzu, tym razem bez nadmiernej filozofii i powtarzalnych rytuałów, nastawiona na ekspresję i moc kolektywnych spazmów.  

Muzycy otwierają koncert gęstym strumieniem fonii, nie siląc się na zbędne wprowadzenia. Nieskomplikowany groove, swobodna, melodyjna wymiana uprzejmości pomiędzy trąbką i saksofonem, wreszcie delikatnie zdystansowane piano, które jakby czekało na rozwój wypadków scenicznych. Improwizacja prowadzona na ogół kolektywnie tylko incydentalnie przyjmuje formę zabaw w podgrupach. Ważnym zdarzeniem dramaturgicznym jest pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu, który wprowadza intrygujący ferment, ale nie zmienia kierunku podróży całego kwintetu. Bardziej zdecydowana zmiana ma miejsce już na drugiej stronie czarnego krążka, gdy muzycy istotnie studzą narrację. Pojawia się gwizdek, minimalistyczne piano i takiż kontrabas. W międzyczasie do gry wchodzi klarnet basowy, który nadaje opowieści delikatnie kameralny sznyt. Powrót do bardziej dynamicznych poczynań inicjuje pianista. Zakończenie koncertu jest silnie jazzowe, nawet lekko swingujące.

  


Totoabas Winter Spawning (Circum-Disc/ 13 Raw, CD 2026)

Divadlo 29, Pardubice: Petr Vrba – trąbka, elektronika oraz Zdenek Zavodny – klarnet kontraltowy, bagpipes. Dwa utwory, 26 minut.

Po pokaźnej porcji jazzu czas na zapowiadane eksperymenty. Trąbka, elektronika, klarnet kontraltowy i dudy, to narzędzia pracy, dzięki którym artyści z Czech upletli dwa intrygujące zwoje narracji. Album jest bardzo krótki, zatem warto tu pochylić się na każdym źdźbłem dźwięku.  

Pierwsza opowieść zbudowana jest z klarnetowego prychania, które multiplikuje się, poddawane czemuś na kształt live processingu. Ów dęty wielogłos kreuje gęsty strumień fonii, który zawłaszcza pełne spektrum nagrania. W połowie utworu zaczyna pojawiać się elektronika – nie jest wcale subtelna, nie stroni od usterek i drobnych przesterów, wije się wokół coraz brudniejszych, klarnetowych zgrzytów, niczym wąż boa wokół ofiary. Całość, podrasowana elektroniczną repetycją, z czasem staje się masywna, hałaśliwa i intensywna. Najpiękniejszy już tu wszakże finał, grany długim, pociągłym, dętym wydechem, otulony elektronicznym post-ambientem. Drugi utwór, to dron naznaczony piętnem stylistyki Philla Niblocka. Trąbka i dudy, skąpane w szorstkim ambiencie, kreują wielowarstwową opowieść, w której z czasem wyraźnie słyszymy frazy poszczególnych instrumentów. Intensywność przekazu rośnie do poziomu noise’owego krzyku. Ostatnia prosta, to gęsta, obumierająca flauta.

 


Suncuts Collective Heliophobic Dream (Unit Records, LP/DL)

Biel, Szwajcaria, grudzień 2023: Anton Ponomarev – saksofony, elektronika, Maxime Hänsenberger – perkusja oraz Felipe Zenicola – bas elektryczny. Pięć utworów, 44 minuty.

A teraz obiecany punkowy łomot! Będzie głośno, będzie dosadnie, z dużą ilością prądu i ekspresji. Ściana dźwięku potężnie brzmiącej gitary basowej, 2stepowy, dynamiczny drumming i rozwrzeszczany saksofon. Suncuts nie bierze jeńców, to chyba oczywiste!

Album składa się z pięciu ekspozycji w typie long-distance crash, trwających od siedmiu do jedenastu minut. Bas rusza w podróż w tumanach sprzęgającego się prądu wysokiego napięcia, perkusja bije stopą prosty beat i szybko osiąga kosmiczną prędkość, z kolei saksofon uderza w dzwon krzycząc pieśń złości i agresji. Otwarcia kolejnych utworów zdają się być nieco spokojniejsze, ale na etapie rozwinięcia każdorazowo dopada muzyków zew krwistej, świetnie unerwionej i udramatyzowanej galopady. W tym tyglu emocji słyszymy jednak dużo wirtuozerii, zwłaszcza ze strony świetnie nam znanego brazylijskiego basisty. Artyści znajdują chwilę oddechu dopiero w czwartej opowieści, która stwarza przestrzeń na ich wysublimowane popisy solowe. Finałowa pieśń ponownie wbija w fotel. Bas z perkusją szyją wyjątkowo gęsty rytm, dodatkowo wzmocniony elektroniką. Jeśli w tym kuble soczystych pomyj odnajdziemy brzmienie saksofonu, to musimy mieć wyjątkowo wytrawne ucho. To atak serca, którego prawdopodobnie nikt nie przeżyje.

  


Dirk Serries Live Oude Klooster Chapel 2025 (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

Kapel Oude Klooster, Brecht, październik 2025: Dirk Serries – gitara elektryczna, efekty. Jeden utwór, 63 minuty.

Na tych łamach nie trzeba nikogo specjalnie zachęcać do odbywania sennych, mrocznych, ambientowych podróży w towarzystwie samotnej gitary tego belgijskiego artysty. Ta najnowsza jest nagraniem koncertowym, powstałym w świetnie nam znanym obiekcie w Brechcie. Ta akurat epopeja dźwiękowa Serriesa wydaje się wyjątkowo spokojna, dramaturgicznie wyważona, ale niesie też w sobie ziarno niemal egzystencjalnej wątpliwości, a nawet trwogi. Jest tradycyjnie piękna, niemal relaksacyjna, ale po ostatnim dźwięku pozostawia nas w stanie, który nie pozwala na spokojny sen.

Opowieść nadciąga z błogiej ciszy, leniwie płynie ciepłymi podmuchami powietrza, zdaje się koić nasze utrudzone zmysły mocą frasobliwej łagodności. Trwa, bo nie ma początku i nie będzie miała końca. Początkowo wydaje się lekka jak puch, z czasem zostaje doposażona dodatkowymi warstwami, niekiedy bardziej mrocznymi. W połowie zdaje się konać w kolejnej chmurze ciszy, ale odradza kroplami rozpaczy i strzępami tajemniczej nerwowości. Dopiero ostatni kwadrans niesie nadzieję, można bowiem odnieść wrażenie, że niektóre dźwięki stają się jakby bardziej jaskrawe.

 


Daniil Gorokhov Nocturne (Extra Notes, DL 2026)

Czas i miejsce akcji nieznane: Daniil Gorokhov - fortepian, sinewaves, dźwięki odnalezione, Marianna Domnikova – fortepian oraz Lada Uchaeva – ilustracje. Osiem utworów, 51 minut.

Na koniec naszej wielokolorowej zbiorówki na poły skomponowana, na poły improwizowana mroczna medytacja na fortepian, elektronikę analogową i garść tajemniczych, bliżej niezidentyfikowanych fonii. A wszystko z dużym znakiem jakości.

Album otwiera opowieść, która śmiało mogłaby stanowić soundtrack do horroru – mroczne frazy piana umoczone w strumieniu syczącej elektroniki. W kolejnych dwóch odsłonach rzeczona elektronika zdaje się dominować, ale zagubione frazy piana, zarówno z klawiatury, jak i wnętrza instrumentu, ciągle akcentują swoją obecność. W części czwartej, bodaj najciekawszej, odbywamy podróż od deep black ambient piano do niemal post-industrialnego rozgardiaszu. W piątym utworze intrygujący dysonans – stojący dron syntetyki i post-klasyczna melodia wprost z klawiatury. W części szóstej dźwięki piana opłukiwane są szumem przepływającej wody, z kolej w siódmej akcja opiera się wyłącznie na frazach akustycznych. Finałowa opowieść jest plejadą drobnych, szemrzących i skwierczących fonii, najpierw dość onirycznych, potem definitywnie mrocznych. Puentą utworu, jak i całego albumu jest tykający zegar. Nie wiemy tylko, komu jest tu odmierzany czas.

 

 

wtorek, 5 maja 2026

Hajstra is living in the no time!


Historia polsko-katalońskiej Hajstry sięga deszczowej jesieni roku 2017 i wydarzenia koncertowego związanego z poznańską rezydencją formacji Phicus z Barcelony. Gitarzysta Paweł Doskocz i perkusista Vasco Trilla muzykowali wtedy po raz pierwszy. Kilkanaście miesięcy później ponowili ów akt na innym spontanicznym wydarzeniu w stolicy Wielkopolski, a debiutanckiego albumu doczekali się jeszcze w czasach przedpandemicznych.

Kilka lat później Hajstra staje się triem, albowiem do Pawła i Vasco dołącza flecistka Zosia Ilnicka. Drugi album Hajstry rodzi się poza czasem i dziś jawi przed nami siłą każdej ze swych czterdziestu ośmiu minut! Zapraszamy najgoręcej!

  


Prześledźmy losy muzyków i dźwięków, jakie generują ze swoich instrumentów w trakcie owych ponad trzech kwadransów, delikatnie posiłkując się tytułami poszczególnych improwizacji.

Zmierzch, to mikrobiologia dźwięków. Szmery, szelesty, drgania i nanopulsacje łączą się w pajęczynę subtelnie rezonujących interakcji. Ich żywot jest krótki, albowiem narracja lepi się, póki co, z definitywnie filigranowych zdarzeń. Każde z nich ma dramaturgiczny sens, pozostaje w relacji do pozostałych. Aż po tajemniczy śpiew, który rodzi się pomiędzy instrumentami.

Świt tworzy hydraulika instrumentów dętych – ten pierwszy to flet, ten drugi, to prawdopodobnie plastikowa rurka doklejona do perkusyjnego werbla. Z dna pudła rezonansowego gitary dochodzą tajemnicze dźwięki, być może to zręby piosenki dającej nucić się przy goleniu. Z tuby fletu dochodzą nie tylko dęte fonie, ale także głosowe, tworząc jedno ciało, które snuje własną opowieść. Z trzewi gitary docierają plamy elektryczności, a spacer całej trójki staje się intrygująco nerwowy. Gdyby nie blask perkusyjnych talerzy, byłaby awantura. Na końcu rodzi się rytm, ale szybko umiera.

Popołudniowy rwetes zaczyna się tuż po nastaniu południa. Flet spogląda ku górze, gryf gitary drży, a na werblu wykluwają się chmary elektrycznego robactwa. Sprawy w swoje ręce bierze teraz gitarzysta. Chce rocka, krautbluesa, wszystkiego, co budzi emocje. Ta historia ma swój początek, rozwinięcie i niechybne zakończenie, zaskakująco taneczne. Po drodze jest jeszcze duet zlepiony z fletu, który w oceanie samotności napotyka na strzępy perkusjonalnych zdarzeń.

Ciężka noc. Tu każdy dźwięk boli. Zgrzyta przesterowany, obtarty, nadgniły. Gitara i percussion rezonują nad wyraz śpiewnie, każdy czyni to własnymi metodami. Flet pozostaje w kontrze, ale też łapie strzępy melodii. Na odchodnym leją się strugi wody. To przerwana tama, może rzęsisty deszcz.

O świcie, to tylko blada poświata właśnie co zakończonej nocy. Zagubiona, pożegnalna melodia, która mości się w elektryczno-akustycznych szumach. Na strunach gitary pojawia się rytm, flet ustami artystki zaklina węża, a perkusjonalia sprzęgają mocą akustyki drżącego werbla.

 

Hajstra In the no time (Tour de Bras, CD 2026). Zofia Ilnicka – flety, Paweł Doskocz – gitara elektryczna oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w Poznaniu, listopad 2023. Pięć improwizacji, 48 minut.

 

 

piątek, 1 maja 2026

Joe Morris, Tyshawn Sorey & Peter Evans play Comprehensive!


Zebrać na Brooklynie trzech wyśmienitych instrumentalistów i stworzyć z nich impro supergrupę nie jest aż tak trudne, biorąc pod uwagę populację miasta, tym bardziej liczbę muzyków, która na powyższe miano zasługuje.

Zatem lądujemy w jednym z tamtejszych studiów nagraniowych i zasłuchujemy się w godzinnej porcji soczystych improwizacji, dla których bazą jest open jazz, ale które wszelkie notyfikacje gatunkowe mają za nic, jak to zwykle bywa w przypadku muzyki naznaczonej piętnem wysokiej jakości.

Panie i Panowie, Joe Morris na kontrabasie, Tyshawn Sorey na perkusji i Peter Evans na trąbce!

  


Pierwsza improwizacja trwa ponad dwadzieścia minut. Od startu płynie w pełni kolektywnym strumieniem open jazzu – twardy drive basu, rozhuśtane frazy trąbki i ogarniający całość aktywny drumming. Muzycy frazują całkiem intensywnie, bardzo swobodnie, ale wydają się mieć wszystko pod pełną kontrolą. Prawdziwy bukiet wspaniałości rozpościerają przed nami w bardziej kameralnych interludiach. Bazując na smyczku kreują intrygujące, niekiedy gęste interakcje. Szczególnie udane wydaje się zakończenie utworu, gdy po upływie kwadransa muzycy znów zasadzają się na kameralnie brzmiącym smyczku i wkraczają do krainy mroku,  szyjąc długie, posuwiste frazy.

Kolejne trzy improwizacje trwają po kilkanaście minut, każdorazowo wyposażone w spokojne, wystudzone introdukcje. Najpierw klecą balladę, która łapie rytm i efektownie, na etapie rozwinięcia, popada w galop. Trębaczowi nie brakuje tu melodyki, a kontrabasiście narracyjnej różnorodności. Ale mistrzem polowania jest perkusista, który w drugiej fazie utworu gna na załamanie karku, frazując niemal punkowym 2stetem!

Trzecią improwizację otwierają szczoteczkowe frazy, rytm basu i dęta melodia. Tu narracja zdaje się być ulotnym walczykiem, który z czasem nabiera mocy i znów bardzo konkretnej dynamiki. Artyści śmiało osiągają free jazzowy poziom intensywności, a potem, na tylko trochę studzącym emocje smyczku, ślą nam kolejne porcje brzmieniowych wspaniałości. Brawura towarzyszy im do ostatniego dźwięku.

Finałowa improwizacja, to z kolei ocean preparowanych fonii, zwłaszcza w jej początkowej fazie. Coś rezonuje na werblu, dygocze pod trębackimi wentylami, na gryfie kontrabasu skrzypi i jęczy. Muzycy po raz kolejny odnajdują jednak melodię i rytm, a swój spektakl kończą w definitywnie post-jazzowym nastroju.


Joe Morris, Tyshawn Sorey & Peter Evans Comprehensive (FSR Records, CD 2025). Joe Morris – kontrabas, Tyshawn Sorey – perkusja oraz Peter Evans – trąbka, także w wersji piccolo. Nagrane w The Bunker Studio, Brooklyn, New York, styczeń 2025. Cztery improwizacje, 58 minut.


*) Niniejsza recenzja powstała na potrzeby portalu jazzarium.pl i tamże została pierwotnie opublikowana.

 

 

wtorek, 28 kwietnia 2026

Vasco Trilla is going Up North!


Niemal dokładnie dwa lata temu Vasco Trilla, nasz redakcyjny, jakże spontaniczny ulubieniec, spędził dwa pracowite w dni w Szwecji. Zagrał koncert solowy, a kolejnego dnia wraz z grupą lokalnych przyjaciół dokonał pewnych rejestracji studyjnych. Powstała z tego płyta niezwykła, nie tylko w wymiarze czysto dźwiękowym, ale także wydawniczym. Pomieszczono bowiem na niej nagranie duetu, dwóch różnych składów trzyosobowych, wreszcie solowe nagranie mistrza no drumming percussion z Barcelony. A całość, także niespodziewanie dla samego Vasco, opatrzono na okładce jedynie jego danymi personalnymi.

Nagranie jest także szczególne w wymiarze stylistyczno-estetycznym. Cztery utwory zostały tu określone mianem kompozycji, co nie jest bynajmniej pomysłem chybionym. Każdy z nich ma pewien koncept i dobrze zaplanowaną dramaturgię, a jeśli mielibyśmy szukać zgrabnego wytrychu gatunkowego, moglibyśmy przy ryzyku popełnienia błędu nazwać całość kreatywną muzyką współczesną. Zwał, jak zwał, Up North to jedna z najlepszych płyt w bogatym już dorobku Trilli.

  


Pierwsze dwie ekspozycje trwają tu po około 10 minut, dwie kolejne po prawie dwadzieścia. Ceremonia otwarcia spoczywa na barkach masywnie brzmiącego, bardzo nisko osadzonego kontrabasowego smyczka. Flow przypomina drżenie wielkiego stwora, a wkład samego perkusjonalisty na tym etapie podróży jest trudny do zdefiniowania. Być może preparowane akcje na werblu (drżące i szeleszczące) są tu elementem składowym kontrabasowego zdzierania podłogi. Narracja wydaje się względnie stabilna, ale systematycznie narasta, dość szybko osiągając post-industrialną gęstość. W tym tyglu tajemniczych zdarzeń być może słyszymy coś na kształt melodii, ale nie możemy być tego do końca pewni.

Drugą odsłonę, obok percussion, buduje też lekki saksofon i klawesyn. Ta opowieść jest delikatna, wysoko zawieszona, brzmi niczym post-folk przefiltrowany przez neogotycką wrażliwość. To celebracja zimowego poranka, której pozorna niespieszność zdaje się być z czasem stymulowana pierwszym przejawem rytmu, tu generowanego przy użyciu metronomu. Na etapie finalizacji opowieść wpada w tryb wyjątkowo minimalistyczny.

W trzeciej części zostaje z nami saksofonista, a na scenę powraca kontrabasista. To trio buduje opowieść wyjątkowo mozolnie - na starcie przypomina szorstki ambient, który z czasem nabiera coraz mroczniejszych barw. Dźwięki bardziej typowe dla saksofonu pojawiają się dopiero w drugiej połowie utworu. Jeśli wcześniej dęciak jest akcji, to jedynie trzeszczy, szeleści i rzęzi. A może po prostu milczy. Perkusjonalia i kontrabas budują gęstwinę fonii, której skład nie jest do końca rozpoznawalny. Wszystko drży, pulsuje, rezonuje, ciężko oddycha. Klimat post-industrialny ciągnie opowieść do przodu, aż do anonsowanego już momentu, gdy do gry wchodzi melodyjnie frazujący dęciak. To oniryczne migotanie, które z czasem nabiera aury, jaką zdążyliśmy poznać w trakcie drugiego utworu. Zaklikanie węży melodiami z głębokiej puszczy.

Ostatni utwór albumu, to solowa ekspozycja percussion. Vasco otwiera ją i kończy uderzeniami dzwona. Buduje typową dla siebie opowieść, której kulminację tworzy szalona armia silniczków elektrycznych, panoszących się na werblu. Efektem jest ściana dźwięku wsparta rytmem metronomu. Ta narracja wiedzie od sacrum do profanum i nie pozostawia estetycznych wątpliwości, co do preferowanego kierunku. Po upływie kwadransa zgrabnie przechodzi w stadium falling down, aż do ostatniego dźwięku dzwona.

 

Vasco Trilla Up North (Creative Sources, CD 2026). Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne, Martin Küchen – saksofony (utwory 2, 3), Vilhelm Bromander – kontrabas (1,3) oraz Alex Zethson – klawesyn (2). Nagrane w Studio Spegeln (utwory 1-3) oraz na żywo w Mötesplats Mariatorget (4), Szwecja, maj 2024. Łącznie 58 minut.



piątek, 24 kwietnia 2026

Cyril Bondi & d'incise as Diatribes in four celebration trios!


Cyril Bondi i d'incise, filary kreatywnej sceny szwajcarskiej, kompozytorzy, improwizatorzy, element sprawczy wyjątkowej Insub Meta Orchestra, animatorzy labelu Insub Records, pracują razem od 20 lat. Zaczynali jako duet Diatribes i przy okazji owej zacnej rocznicy do tej nazwy powracają.

Artyści rozpoczynali swoją przygodę ponoć od noise electronic improvisation, dziś są głównie kompozytorami i wykonawcami minimalistycznej muzyki współczesnej. Poniżej zaprezentują nam się w czterech jubileuszowych, trzyosobowych ekspozycjach, które z jednej strony noszą miano kompozycji, z drugiej śmiało nawiązują dramaturgicznie do improwizowanych początków ich współpracy.

W roli gości jubileuszowych wydawnictw (dwóch na CD, dwóch na kasetach) odnajdujemy skrzypaczkę Clarę Levy, wiolonczelistę Stefana Thuta, saksofonistę Jean-Luc Guionneta i operatorkę hurdy-gurdy Lise Barkas, przy okazji grającą także na bagpipes. Cztery bardzo różne opowieści - meta neo-folk, post-jazz, elektroakustyka, instrumentalne nagrania terenowe – to tropy, które winny przykuć naszą uwagę. To także nic nieznaczące drogowskazy, albowiem wysokiej jakości muzyka kreatywna w ogóle takich nie potrzebuje. Zapraszamy do odczytu i odsłuchu!

 


L'apport: Ke ya me transí

Zaczynamy diatrybowy przegląd od studyjnego nagrania tria złożonego ze skrzypiec, wibrafonu i elektroniki. Na bazie zapomnianej pieśni sefardyjskiej muzycy toczą tu post-improwizowane dysputy. Topią się w żalu, umierają, rodzą na nowo, skomlą i opłakują nieistniających zmarłych. Od czasu do czasu sieją rytmiczny zamęt, który trzykrotnie stanowi dramaturgiczne interludium tej niebywałej opowieści.

Delikatny skowyt skrzypiec, oniryczne plamy wibrafonu i szemrząca, wijąca się po podłodze elektronika tworzą tu aurę otwarcia. Ów łabędzi śpiew konającego przyjmuje najczęściej formę luźnego, rozwarstwiającego się drona. Niekiedy panoszą się w nim ochłapy melodii, których autorem nie jest jedynie skrzypaczka. Anonsowane rytmiczne interludia budzą niepokój, ale też nadzieję, która gaśnie równie szybko, jak się wznieciła. Ścieżki dźwiękowe trzech instrumentów od czasu do czasu multiplikują się. Nie wiemy, czy to efekt post-produkcji, czy może instrumentalnej zręczności wykonawców. Ten gęstniejący potok smutku i żalu zostaje ciekawie podsumowany po ostatnim rytmicznym kontrapunkcie. Muzycy serwują nam wtedy porcję drobnych, zwinnych dźwięków, które wchodzą w intrygujące interakcje. Ich po części minimalistyczny tryb dobrze koreluje z panującą wokół ciszą. Na końcowej prostej opowieść tonie w umierającej melodii, w powtórzeniach, które zdają się nie mieć końca.

 


L'apport: Lâ dèchigeâ

Tym razem nasi bohaterowie (wyposażeni w shruti box i laptopa) spotykają na wysokości 1.700 metrów wiolonczelistę i w raz nim budują cichą, minimalistyczną opowieść, której zadaniem wydaje się nade wszystko niezakłócanie akustyki otoczenia, kreowanego przez szemrzące owady, przelatujące ptaki, szum wiatru, plusk wody i inne odgłosy szwajcarskiego pogórza.

W warstwie instrumentalnej docierają do nas stłamszone, ukradkowe melodie wiolonczeli i shruti box oraz cienka, syntetyczna warstwa drobnych zdarzeń fonicznych płynąca zapewne z laptopa. Całość wydaje się ceremoniałem wyczekiwania, a może bardziej egzystowania w obliczu nienachalnej przyrody. Drobne ekspozycje, dźwięk za dźwiękiem, bez specjalnych interakcji. Posmak folkowy jest tu oczywisty, podobnie jak medytacyjny wymiar nagrania. Czasami narracja lepi się w bardziej zwarty dron, ale na tyle cichy, byśmy słyszeli dźwięk przelatującego owada. Ostatni kwadrans tej opowieści wydaje się bardziej mroczny, jakby odrobinę intensywniejszy. Ale to może tylko złudzenie foniczne.

 


L'apport: An awkward position

Trzecie spotkanie, to dobrze zaplanowana improwizacja z udziałem doskonale nam znanego francuskiego saksofonisty. Diatrybowe narzędzia pracy, to w tym wypadku perkusja i elektronika. Sześć niedługich epizodów, które śmiało sytuują się w obrębie szeroko rozumianego post-jazzu.

Artyści rozpoczynają swoją przygodę w definitywnie minimalistycznym kontekście. Szyją narrację drobnymi, elektroakustycznymi frazami, z których część nie daje się precyzyjnie przypisać konkretnemu instrumentowi. Bazują na strzępach linearności, dbają o każdy szczegół dramaturgiczny. W kolejnych ekspozycjach dodają nowe elementy. Bywa, że frazują bardziej intensywnie, zwłaszcza, gdy saksofon wchodzi w post-jazzowe zwarcia z perkusją. Elektronika, brzmiąca na ogół analogowo, staje najczęściej w roli kontrapunktującej i szukającej niebanalnej zagrywki. W trzeciej odsłonie pojawia się wyraźny ślad rytmu, w kolejnej dominuje filigranowy rezonans. Piąty epizod, to trzy różne wymiary akcji perkusjonalnych, z kolei finał szyty jest cokolwiek pożegnalną melodyką, zwieńczony zaś zostaje efektownym dronem na pełnym wydechu.

 


L'Apport: Apprendre la manière

Na koniec zostawiamy sobie prawdziwy smakołyk. Znów strzęp folkowej melodii, tym razem francuskiej, staje się tu przedmiotem tortur czynionych perkusją, metalofonem, elektroniką, ale nade wszystko lirą korbową i dudami. To szalony, niemal rytualny taniec, które osiąga różne poziomy intensywności, czy stadia dramaturgii, ale nie przestaje być czymś, w czym można całkowicie się zatracić. Wspaniałe nagranie!

Album składa się z dwóch prawie półgodzinnych części i kilkudziesięciosekundowej kody. Początkowa faza pierwszej opowieści zdaje się być wielkim loopem gęsto frazującej liry korbowej (brzmiącej niczym bluesowa gitara), wybijanego na werblu, folkowego rytmu i plam elektroniki, która także dekonstruuje zadaną melodię. Pomiędzy pętlami narracji pojawiają się plastry ciszy, które wraz z rozwojem sytuacji scenicznej ustępują jednak pola poszarpanej, dzikiej, transowej taneczności. Muzycy pastwią się nad melodią, tłuką ją jak mięso na kotlety, a nogę z gazu zdejmują dopiero pod koniec pierwszej odsłony albumu. Druga jego część kontynuuje rytuał niszczenia. Najpierw postawa artystów wydaje się bardziej agresywna, potem nieco łagodniejsza, ale jeszcze bardziej rytmiczna. Melodia nie poddaje się jednak, choć chwilami skrzeczy niczym zarzynana świnia, bo po krótkim, ambientowym interludium, już w końcowej fazie utworu zwycięża – wszyscy zaczynają wtedy śpiewać używając swoich instrumentów w jakże pokrętny sposób, doładowani nową porcją energii. Album domyka koda, która przypomina drżącą od ruchów tektonicznych magmę, nasyconą dodatkową porcją elektroniki, znanym już wcześniej rytmem i melodią, która płynie szerokim korytem aż po ostatni dźwięk.

 

L'apport: Ke ya me transí (Kaseta 2026). Cyril Bondi - wibrafon, d'incise - elektronika oraz Clara Levy - skrzypce. Nagrane w Insub. studio, Genewa, Szwajcaria. Jeden utwór, 40 minut.

L'apport: Lâ dèchigeâ (CD 2026). Cyril Bondi - shruti box, d'incise - niepodłączony laptop, obiekty oraz Stefan Thut – wiolonczela. Nagranie terenowe u podnóża Sé Blanc (~1700m), okolice Barmaz, Góry Wallis, Szwajcaria. Jeden utwór, 50 minut.

L'apport: An awkward position (CD 2026). Cyril Bondi – perkusja, d'incise – elektronika oraz Jean-Luc Guionnet – saksofon. Nagrane w Bodeek, Molenbeek, Belgia. Sześć utworów, 36 minut.

L'Apport: Apprendre la manière (Kaseta, 2026). Cyril Bondi - perkusja, metallophone, d'incise – elektronika oraz Lise Barkas - hurdy-gurdy, bagpipe. Nagrane w Insub. studio, Genewa, Szwajcaria. Trzy utwory, 54 minuty.

Wszystkie wydawnictwa: Insub Records.



 

wtorek, 21 kwietnia 2026

Dafeldecker, Phillips & Joh in Simultan!


W kolejny wiosenny wtorek sięgamy po album z bogatych zasobów bandcampowych austriackiego, rezydującego w Berlinie multiinstrumentalisty, Wernera Dafeldeckera, muzyka, którego winniśmy nade wszystko kojarzyć w formacją Polwechsel i zgrabnie preparowanym kontrabasem.

Dziś zasłuchujemy się w nagraniu, w którym artysta ten wykorzystuje wyłącznie elektronikę i taśmy, a towarzyszą mu pianista Simon James Phillips oraz, jedynie w pierwszym utworze, perkusjonalista Morten Joh. Skupiona improwizacja dobrze zdefiniowana pod postacią kompozycji, kameralny mrok, okazjonalny minimalizm i niewyczerpalne źródła kreatywności. Trzydzieści pięć minut dramaturgicznych konkretów. Zapraszamy!

  


Inicjacja pierwszego utworu grzęźnie w mroku – subtelności inside piano i dźwięki pojedynczych klawiszy, szmer elektroniki i drobna akustyka płynąca z glazury bębna basowego. Tło narracji wydaje się oniryczne, jakby trochę nierealne. Minimalistyczny chamber, który sadowi się w metafizyce post-ciszy. Całość zdaje się być skupioną, trochę niepokojącą celebracją oczekiwania. Z czasem spod klawiatury fortepianu zaczyna wkłuwać się post-klasyczna melodia Simona, która elektroakustykę Wernera i preparacje Mortena bierze w nawias dramaturgicznych didaskalii. W połowie utworu mroczne tło zaczyna formować się w coraz groźniej brzmiący dron, dzięki czemu akcje na froncie zaczynają nabierać rumieńców. Owe delikatnie spiętrzenie nie trwa jednak długo. Muzycy wracają do swojego ulubionego minimalizmu, strzępów melodii i snucia egzystencjalnych dywagacji.

Druga odsłona albumu grana jest w duecie. Bardziej przypomina lewitację. Rezonujące frazy, które być może powstały w pudle fortepianu, ale dawno już o tym zapomniały oraz oniryczna post-elektronika, która zaczyna dostarczać także coś na kształt dźwięków otoczenia, tudzież coraz pokaźniejszej palety field recordings. Narracja jest teraz dość filigranowa, niesiona chmurami ambientu, które wypełniaj tło. Jednak z czasem akcji zaczyna przybywać, a piano jest w stanie nawet zasugerować repetycję, która nosi znamiona rytmu. Ze strony elektroniki dostajemy pakiet drobnych usterek (także perkusjonalnych) i subtelnych sprzężeń, które wprowadzają intrygującą nerwowość w poczynania artystów. Muzycy nie przestają lewitować, a na ostatniej prostej dorzucają jeszcze garść nieokreślonych, ale definitywnie akustycznych zdarzeń fonicznych.

 

Werner Dafeldecker, Simon James Phillips, Morten Joh Simultan (Bandcamp’ self-released, DL 2025). Simon James Phillips – fortepian, Werner Dafeldecker - elektronika, tape delay oraz Morten Joh – bęben basowy (w utworze pierwszym). Czas i miejsce nagranie nieznane. Dwa utwory, 35 minut.




piątek, 17 kwietnia 2026

Lazro, Léandre & Lovens play a drama For Baritone Sax, Double Bass and Drumset!


Premiera albumu za tydzień, ale my piszemy o nim na Trybunie już dziś! Cofamy się na osi czasu o trzynaście lat, lądujemy w przepięknych okolicznościach wiosennego Paryża, a na scenie znaczącego przybytku kultury lokalnej odnajdujemy trójkę wspaniałych improwizatorów, legendy gatunku, artystkę i artystów, o których można opowiadać w nieskończoność. Słuchamy 40-minutowego seta swobodnych, równie post-jazzowych, jak post-kameralnych improwizacji, zgodnie z tytułem zrealizowanych za pomocą saksofonu barytonowego, kontrabasu i perkusji.

Panie i Panowie, Daunik Lazro, Joëlle Léandre i Paul Lovens!

  


Koncert, który jest nieprzerwanym ciągiem dźwięków (podzielonym na cztery odcinki) rozpoczyna leniwy duet sax & drums. Kontrabas, od pierwszej frazy osadzony na smyczku, wchodzi do gry po kilku pętlach narracji, sprawiając, że sytuacja dramaturgiczna od razu nabiera rumieńców. Smyczek piłuje, saksofon groźnie wzdycha, talerze perkusyjne intensywnie szeleszczą. Ścieg improwizacji zagęszcza się, ale muzycy from time to time spowalniają i biorą głęboki, kameralny oddech, studząc emocje na post-melodyjnym smyczku. Incydentalnie trio łapie intrygujące tempo, które często rodzi się na perkusyjnym werblu. Przez niedługi moment flow opiera się na warczącym barytonie i basowej bazie szytej trybem pizzicato.

Już po zmianie numeru tracku na dysku improwizacja wpada w krótkotrwały rytm, dzięki szarpnięciom za struny i dętemu prychaniu. Całość nabiera pewnej rubasznej taneczności, a dość szybko rozpływa się ambiencie niedługiego relaksu. Nie brakuje bardziej śpiewnych, melodyjnych fraz, także lamentów i smyczkowych zdobień. W dalszej kolejności muzycy dostarczają nieco więcej ekspresji, przez moment pod postacią ostro frazującego duetu drum’n’bass. Tę część koncert wieńczy melodyjna ballada, bazująca na imitacji saksofonu i kontrabasu.

W trzeciej, najkrótszej partii doświadczamy klimatu definitywnie post-kameralnego. Od głębokiego wydechu, po grę na małe pola, nie bez odrobiny zadumy. Wejście w finałową, najdłuższą część szyte jest kontrabasowym, leniwym pizzicato i dźwiękami perkusjonalnych dzwonków. Komentarz saksofonu jest melodyjny, ale bardzo smutny. Sygnał do niedługiej eskalacji daje teraz perkusista. Kilka radosnych podskoków i szybkie nurkowanie w kameralne, rezonujące przestrzenie. Po kilku minutach nowy wątek szyje kontrabasistka, szarpiąc za struny w niemal bluesowym pochodzie. Po powrocie do smyczka, wszystko zaczyna kołysać się na lekkim wierze. Uśpione chamber zdobi intrygujący chrobot barytonu. Ostatnie minuty koncertu, to udana próba finałowej eskalacji. Piękne wyjście z głębokiej pieczary w ogień dopiero co rodzącego się poranka.

 

Lazro, Léandre & Lovens For Baritone Sax, Double Bass and Drumset (The Relative Pitch Records, CD 2026). Daunik Lazro – saksofon barytonowy, Joëlle Léandre – kontrabas oraz Paul Lovens – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w Les temps du corps, Paryż, maj 2013. Jedna improwizacja podzielona dla komfortu odsłuchu na cztery części, łącznie 40 minut.




wtorek, 14 kwietnia 2026

Butcher & Trilla at MMI!


Po raz kolejny wracamy na ubiegłoroczną edycję monachijskiego Festiwalu MMI. Przed nami drugi set trzeciego dnia, a na scenie brytyjski saksofonista John Butcher i kataloński perkusjonalista Vasco Trilla. Aż trudno uwierzyć, że tych dwóch wybitnych artystów improwizuje ze sobą po raz pierwszy w życiu. Set trwa tradycyjne na tej imprezie trzy kwadranse i znów łechta nasze receptory słuchu miodem płynącą, soczystą improwizacją.

  


Koncert inauguruje dronowa ekspozycja, szyta szmerem z werbla i rezonującą porcją dętych podmuchów. Wszystko zdaje się szeleścić, drżeć, pulsować, coraz ciężej oddychać. Tenorzysta wyprowadza garść melodii, z kolei perkusjonalista reaguje czymś, co brzmi jak pocieranie smyczkiem metalowej powierzchni. Tylko pisk i rezonujący skowyt. Wraz z wybiciem dwunastej minuty muzycy grzęzną w ciszy, czym wieńczą pierwszy wątek spektaklu.

Kolejny inicjuje Trilla budując drumming najpierw samymi dłońmi, potem już pełnoprawnymi akcesoriami perkusyjnymi. Butcher swoim tradycyjnym tremolem wbija się w coraz gęstszą fakturę rytmu, a improwizacja brnie w post-jazzowe tango. Jeszcze przed upływem dwudziestej minuty akcja dramatu śmiało zasługuje na miano free jazzowej erupcji.

Z głębokiej ciszy dętych szmerów i trzeszczenia glazury werbla rodzi się trzeci akt koncertu. Saksofon wpada w ptasie migotanie, choć na scenie wciąż towarzyszy nam jego tenorowa odmiana. Perkusjonalia mienią się efektownym blaskiem, a my słyszymy dodatkowy dźwięk, który brzmi definitywnie elektroakustycznie. Prawdopodobnie to efekt dmuchania plastikową rurką w werbel. Saksofon efektownie imituje ten dźwięk, sprawiając, iż scenę opanowuje teraz dęty duet. Po niedługim czasie artyści zgrabnie przechodzą do eksploracji dźwięków, które moglibyśmy nazwać pre-industrialnymi. Akcje są głośne, zaczepne, zawadiackie. Wszystko drży, migocze, wpada w strzelisty rezonans.

Kolejna faza koncertu, to swoista wymiana coraz większej porcji szumów. Znów inicjuje Vasco, a John bez trudu wchodzi w jądro tego tajemniczego zdarzenia fonicznego. W międzyczasie na werblu zaczynają mościć się typowe trillowe robaczki, które szybko budują akustyczną ścianę dźwięków. Odpowiedzią saksofonisty jest pierwsza bardziej rozbudowana akcja na sopranie.

Po drobnym spiętrzeniu, w okolicach trzydziestej minuty, muzycy przechodzą do wymiany uprzejmości prowadzonej wyjątkowo minimalistycznymi metodami. Z jednej strony dęta melodia, z drugiej nowa odsłona drummingu, tu czynionego po krawędziach i innych metalowych obiektach. Tempo tymczasem rośnie, a emocje zdają się być coraz gorętsze. Do bardziej istotnego spiętrzenia jednak nie dochodzi, o czym decyduje zmysł dramaturgiczny Trilli, który feerią dzwonków tłumi narrację, a ta jeszcze przed upływem czterdziestej minuty niespodziewanie gaśnie.

To jednak nie koniec koncertu. Ostatnie cztery minuty to rodzaj multimedialnej dogrywki. Saksofonista dosyła garść nowych dźwięków, perkusjonalista z kolei coś, co przypomina brzmieniem cytrę. Muzycy kołyszą się na delikatnym wietrze, drżą, szeleszczą, aż do momentu, gdy Butcher, nie przestając grać, wchodzi ze sceny. Publiczność klaszcze bardzo głośno.

 

John Butcher & Vasco Trilla Munich 2025 - Day 3 Set 2 (MMI Festival, DL 2026). John Butcher – saksofon tenorowy i sopranowy oraz Vasco Trilla – instrumenty perkusyjne. Nagrane w trakcie MMI Festival, Einstein Kultur, Monachium, maj 2025. Jedna improwizacja, 44 minuty.


 

 

piątek, 10 kwietnia 2026

Phill Niblock is still Looking for Daniel!


Trybunowych wycieczek do świata komponowanej muzyki współczesnej ciąg dalszy! Dziś sięgamy po amerykańskiego kompozytora Philla Niblocka, muzyka z pokolenia Eliane Radigue, o której pisaliśmy całkiem niedawno. Od dwóch lat koncertuje on już w zaświatach, szczęśliwie jego muzyka jest ciągle z nami i tak będzie zawsze. To artysta, który na bazie akustycznych, żywych ekspozycji buduje mikrotonalny świat dźwięków, lepiąc je w wielowątkowe drony. To mistrz multifonicznych kolaży, które zdają się nie mieć zarówno początku, jak i końca. Ta ostatnia metafora świetnie koresponduje z innymi bohaterami tych łamów, nieprawdaż?

Dziś sięgamy po bodaj ostatnią publikację Niblocka, na której znajdujemy dwie kompozycje. Pierwsza z nich, zatytułowana Biliana, to dźwięki skrzypiec i głosu świetnie nam znanej bułgarskiej skrzypaczki Biliany Voutchkovej, poddane procesowi miksowania w warunkach studyjnych, przy wykorzystaniu przez kompozytora oprogramowania ProTool. Drugi utwór Exploratory, Rhine Version, Looking for Daniel, to kompozycja na dwie małe orkiestry Ensemble Modelo62 i Ensemble Scordatura, które w procesie wykonawczym generują łącznie w sumie dwadzieścia śladów (zarówno tych wykonywanych na żywo, jak i wcześniej zarejestrowanych, a odtwarzanych w trakcie koncertu). Zainteresowanych szczegółami procesu wykonawczego i produkcyjnego odsyłamy na bandcampową stronę holenderskiego wydawcy, gdzie zagadnienia te są opisane stosunkowo prostym językiem.

Zapraszamy na niezwykłe przeżycie foniczne, które trwa tylko trzy kwadranse, ale może radykalnie zmienić osobistą, wypracowaną przez lata percepcję dźwięków, formy i dramaturgii.

 


Utwór skrzypcowo-wokalny ma dość stabilną dynamikę, a we wnętrze zastygłego, intensywnego drona odnajdujemy dźwięki skrzypiec, które ścielą się coraz większą liczbą wątków i rozwarstwiający się głos, który posadowiony jest bardziej na flankach. Narracja zdaje się tu zawłaszczać całą przestrzeń spektaklu poematem smutku i cokolwiek transcendentalnego niepokoju. W dolnych partiach strumienia dźwiękowego swoje miejsce odnajduje także pasmo basowej proweniencji. Całość wydaje się wielkim, chóralnym śpiewem, ale de facto stanowi akustyczną ścianę dźwięku, zatem proces swobodnego, skupionego odsłuchu może nie być czynnością zbyt prostą. Co ciekawe, opowieść wydaje się być obleczona cienką warstwą nieistniejącej syntetyki. Płynie szerokim strumieniem w kierunku, który nie jest nam znany. Umiera nagle, jakby ktoś odłączył zasilanie.

Nagranie drugie, realizowane wieloosobowym składem złożonym z instrumentów dętych, klawiszowych i strunowych, a także głosu, posiada adekwatną masę właściwą. Orkiestry poruszają się powoli, rozważnie stawiając każdy krok, jakkolwiek od pierwszego dźwięku nasze receptory słuchu wypełnia potężny dron. Szczególnie dużo dzieje się w dolnych częstotliwościach, za co odpowiadają zapewne klarnet basowy i kontrabas. Ostateczna forma utworu – wedle słów albumowego credits – jest efektem mikrotonalnego zlepienia aż trzech strumieni wykonawczych obu orkiestr, zatem wszelkie próby tradycyjnego opisu zdarzenia dziejącego się na żywo pozbawione są większego sensu. W połowie opowieści można odnieść wrażenie, że moc aparatu wykonawczego delikatnie słabnie. Rodzaj głębszego oddechu, pozornego uspokojenia. Od tego momentu możemy już śmiało separować w wielkiej powodzi fonii brzmienia poszczególnych instrumentów – frazy organów, trąbek, altówki, czy klarnetu basowego.

 

Phill Niblock Looking for Daniel (Unsounds Records, CD 2024). Wykonawcy: Biliana Voutchkova – skrzypce, głos (utwór Biliana), Ensemble Modelo62: Gemma Tripiana Muñoz – flet, Enric Sans Morera – klarnet basowy, Justin Christensen i Chloë Abott – trąbki, Vasilis Stefanopoulos - kontrabas, Ezequiel Menalled – dyrygentura, gitara elektryczna oraz Ensemble Scordatura: Elisabeth Smalt – altówka, Alfrun Schmid – głos, Reinier van Houdt – instrumenty klawiszowe, Claudio F. Baroni - organy (utwór Exploratory, Rhine Version, Looking for Daniel). Nagrane w Akademie der Kunste, Berlin, czas nieznany (1) oraz w Orgelpark, Amsterdam w trakcie Echonance Festival#1, październik 2022 (2). Łącznie 45 minut.