W kwietniu zabrakło na Trybunie miejsca na nasze ulubione danie – comiesięczną zbiorówkę recenzji płyt z całego świata. Szczęśliwie w maju taka przestrzeń pojawia się już w drugim tygodniu wiosennego periodu.
Na ruszt rzucamy osiem albumów, które nadspodziewanie silnie
osadzone są w idiomie post-jazzowym. Aż cztery takie płyty staną się za chwilę
naszym udziałem. Potem będziemy eksperymentować z dęciakami, zrobimy prawdziwy hard-punkowy
łomot, a przygodę zakończymy w odmętach wielobarwnego ambientu.
W ujęciu geograficznym zaczniemy od naszej ukochanej
Katalonii, w dalszej kolejności czekają nas wątki duńsko-amerykański i polski,
które dopełnią optykę jazzową. Zapowiadany eksperyment będzie czeski, choć pod sztandarami
francuskimi. Potem już tylko międzynarodowe power trio, belgijska gitara
i wątek z kraju bez flagi w definitywnie nieoczywistej stylistyce.
Welcome
to heaven and hell of improvised music!
Liba
Villavecchia Trio Eclipse Aciago (Self-released, CD 2025)
La
Casamurada,
Barcelona, luty 2024: Liba Villavecchia – saksofon altowy, Vasco Trilla –
instrumenty perkusyjne oraz Alex Reviriego – kontrabas. Sześć utworów,
37 minut.
To czwarta już płyta tria, które nie przestaje zaskakiwać i intrygować.
Free jazzowe kompozycje lidera są tu jak zawsze punktem wyjścia do swobodnych improwizacji,
ale całość trzyma dramaturgię, jak najlepszy thriller, w którym nie ma zbędnych
akcji, ani słów rzucanych na wiatr. Dodatkowo Liba udostępnia coraz więcej przestrzeni
młodszym partnerom, dzięki czemu trio zyskuje na jakości z każdym kolejnym utworem.
Zauważmy, iż połowa z nich tym razem wypełzła spod pióra Reviriego i to nie
pierwsza dziś dobra wiadomość.
Saksofon altowy Liby lubi wysoko zawieszone, soczyste melodie.
Kontrabas Alexa, który chętnie stawia masywne stemple, w mgnieniu oka, traktowany
smyczkiem staje się narzędziem kameralnego suspensu. Perkusja Vasco idzie tuż obok,
nie boi się prostego, niemal punkowego beatu (jak w części czwartej), a gdy
trzeba eksploduje armią małych, chroboczących przedmiotów na werblu (w tejże samej
historii). Większość utworów ma dość spokojną narrację, a free jazzowa erupcja realizuje
się w jedynie w drugim z nich. Trzecia i szósta odsłona, to części tej samej pięknej,
urokliwie martwej ballady smaganej batem doom stepu sekcji i rzewnym
śpiewem altu. Szczególnie dużo emocji dostarcza piąta historia, początkowo rozedrgana,
osnuta wokół dętej melodii, po przejściu kontrabasu w tryb arco staje
się kameralną perełką z równie zaskakującą, bluesową puentą.
Yeonathan
Shachar Appli'd Motion (Discordian Records, DL 2026)
La Isla, Barcelona, wrzesień/ październik
2025: Yeonathan Shachar – gitara elektryczna, kompozycje, Luis Erades –
saksofon altowy i tenorowy, Asaf Shchori – kontrabas oraz Soren Alcaraz –
perkusja. Sześć utworów, 29 minut.
Kolejna jazzowa oferta ze stolicy Katalonii, znów autorski projekt
i dobrze uformowane kompozycje. W warstwie estetycznej posadowione w kulturze fussion
jazzu, jakże charakterystycznego dla nowojorskiego Downtown sprzed
trzech dekad. Ale i dziś słucha się tego naprawdę dobrze. Dodatkowo album jest
zwarty w formie, co sprzyja bezkonfliktowemu odsłuchowi.
Temat pierwszego utworu jest bardzo precyzyjnie zadekretowany
i rozpisany na role, dodatkowo nasączony ekspresją i estetyką godną najntisowego
Johna Zorna. Śpiewny saksofon, zwinna gitara i sekcja rytmu, która zawsze jest
na czas. W kolejnych odsłonach albumu do gry chętnie wchodzi kontrabasowy
smyczek, ale daleki jest od kameralnych zapędów, potrafi wzniecić ogień lub intrygująco
poszarpać zbyt łagodnie uformowaną narrację. W części trzeciej podobać się mogą
akcje duetowe – najpierw sax & bass, potem guitar & drums.
Końcowe dwa utwory płyną pod dyktando lidera i kompozytora. W piątym intryguje ambientowe
intro, z kolei utwór finałowy, to wyłącznie dzieło gitarzysty, którego instrument
brzmi po raz pierwszy semi-akustycznie i udanie deformuje coś klasycznie gitarowego.
Oswald/ Cheli/
Moses/ Edmiston/ Westgaard Memphis Metaphysics (Sonic
Transmissions, CD 2025).
Memphis,
Tennessee, Grudzień 2023: Ra Kalam Bob Moses – perkusja, Hein Westgaard – gitara
elektryczna, Margaux Oswald – fortepian, Art Edmaiston – saksofon tenorowy oraz
Kevin Cheli – instrumenty perkusyjne. Sześć utworów, 46 minut.
Oto historia niemal z dzikiego zachodu. Przyjaciele z Danii,
Oswald i Westgaard, ruszają w podróż po bezkresach Ameryki i trafiają do Memphis.
Tam, w domowych pieleszach drummera i mistyka Ra Kalama Boba Mosesa, nagrywają
album, w którego produkcji uczestniczą także dwaj inni lokalni muzycy. Tytuły pięciu
utworów odwołują nas do filozofii starożytnego Egiptu. Jest zatem duchowość, nie
brakuje też bardzo swobodnych, osadzonych w etyce rytualnego free jazzu
improwizacji.
Pierwsze trzy utwory mają zbliżoną dramaturgię. Otwarcie
spoczywa na barkach perkusisty i perkusjonalisty, okraszone głosem tego pierwszego.
Gitarzysta najpierw buduje groove, potem dodaje stylowe, jazzowe
improwizacje. Rolą saksofonisty jest inicjacja melodii, a w dalszej kolejności
zgrabna eskalacja i wynoszenie kwintetu na free jazzowe wzniesienia. Najciekawsze
są tu wszakże akcje pianistki, zarówno w zakresie brzmienia i jak estetyki jej
bardzo swobodnych pasaży. W wielu momentach narracja prowadzona jest w trio -
każdorazowa z udziałem perkusji i perkusjonalii. Ostatnie dwie improwizacje bazują
na balladowym flow, zdają się być pretekstem do wytłumionych medytacji,
niepozbawionych jednak nuty zaskakującej psychodelii.
En quartet
i Kamil Piotrowicz Live in Poznan (Torf Records, LP/DL 2026)
SARP Social Club, Poznań, sierpień 2023: Adam
Jełowicki – trąbka, Michał Giżycki – klarnet basowy, saksofon tenorowy, Mikołaj
Nowicki – kontrabas, Piotr Dąbrowski – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz
gościnnie Kamil Piotrowicz – fortepian. Jedna improwizacja podzielona na dwie
części, 43 minuty.
Kolejna porcja rasowego free jazzu, tym razem bez nadmiernej
filozofii i powtarzalnych rytuałów, nastawiona na ekspresję i moc kolektywnych spazmów.
Muzycy otwierają koncert gęstym strumieniem fonii, nie siląc
się na zbędne wprowadzenia. Nieskomplikowany groove, swobodna, melodyjna
wymiana uprzejmości pomiędzy trąbką i saksofonem, wreszcie delikatnie
zdystansowane piano, które jakby czekało na rozwój wypadków scenicznych. Improwizacja
prowadzona na ogół kolektywnie tylko incydentalnie przyjmuje formę zabaw w podgrupach.
Ważnym zdarzeniem dramaturgicznym jest pojawienie się smyczka na gryfie kontrabasu,
który wprowadza intrygujący ferment, ale nie zmienia kierunku podróży całego
kwintetu. Bardziej zdecydowana zmiana ma miejsce już na drugiej stronie czarnego
krążka, gdy muzycy istotnie studzą narrację. Pojawia się gwizdek, minimalistyczne
piano i takiż kontrabas. W międzyczasie do gry wchodzi klarnet basowy, który nadaje
opowieści delikatnie kameralny sznyt. Powrót do bardziej dynamicznych poczynań inicjuje
pianista. Zakończenie koncertu jest silnie jazzowe, nawet lekko swingujące.
Totoabas Winter
Spawning (Circum-Disc/ 13 Raw, CD 2026)
Divadlo 29, Pardubice: Petr Vrba – trąbka,
elektronika oraz Zdenek Zavodny – klarnet kontraltowy, bagpipes. Dwa
utwory, 26 minut.
Po pokaźnej porcji jazzu czas na zapowiadane eksperymenty. Trąbka,
elektronika, klarnet kontraltowy i dudy, to narzędzia pracy, dzięki którym artyści
z Czech upletli dwa intrygujące zwoje narracji. Album jest bardzo krótki, zatem
warto tu pochylić się na każdym źdźbłem dźwięku.
Pierwsza opowieść zbudowana jest z klarnetowego prychania,
które multiplikuje się, poddawane czemuś na kształt live processingu. Ów
dęty wielogłos kreuje gęsty strumień fonii, który zawłaszcza pełne spektrum nagrania.
W połowie utworu zaczyna pojawiać się elektronika – nie jest wcale subtelna, nie
stroni od usterek i drobnych przesterów, wije się wokół coraz brudniejszych, klarnetowych
zgrzytów, niczym wąż boa wokół ofiary. Całość, podrasowana elektroniczną repetycją,
z czasem staje się masywna, hałaśliwa i intensywna. Najpiękniejszy już tu wszakże
finał, grany długim, pociągłym, dętym wydechem, otulony elektronicznym post-ambientem.
Drugi utwór, to dron naznaczony piętnem stylistyki Philla Niblocka. Trąbka i dudy,
skąpane w szorstkim ambiencie, kreują wielowarstwową opowieść, w której z
czasem wyraźnie słyszymy frazy poszczególnych instrumentów. Intensywność przekazu
rośnie do poziomu noise’owego krzyku. Ostatnia prosta, to gęsta, obumierająca
flauta.
Suncuts Collective
Heliophobic Dream (Unit Records, LP/DL)
Biel, Szwajcaria, grudzień 2023: Anton Ponomarev –
saksofony, elektronika, Maxime Hänsenberger – perkusja oraz Felipe Zenicola –
bas elektryczny. Pięć utworów,
44 minuty.
A teraz obiecany punkowy łomot! Będzie głośno, będzie dosadnie,
z dużą ilością prądu i ekspresji. Ściana dźwięku potężnie brzmiącej gitary
basowej, 2stepowy, dynamiczny drumming i rozwrzeszczany saksofon.
Suncuts nie bierze jeńców, to chyba oczywiste!
Album składa się z pięciu ekspozycji w typie long-distance
crash, trwających od siedmiu do jedenastu minut. Bas rusza w podróż w tumanach
sprzęgającego się prądu wysokiego napięcia, perkusja bije stopą prosty beat
i szybko osiąga kosmiczną prędkość, z kolei saksofon uderza w dzwon krzycząc pieśń
złości i agresji. Otwarcia kolejnych utworów zdają się być nieco spokojniejsze,
ale na etapie rozwinięcia każdorazowo dopada muzyków zew krwistej, świetnie
unerwionej i udramatyzowanej galopady. W tym tyglu emocji słyszymy jednak dużo wirtuozerii,
zwłaszcza ze strony świetnie nam znanego brazylijskiego basisty. Artyści znajdują
chwilę oddechu dopiero w czwartej opowieści, która stwarza przestrzeń na ich wysublimowane
popisy solowe. Finałowa pieśń ponownie wbija w fotel. Bas z perkusją szyją wyjątkowo
gęsty rytm, dodatkowo wzmocniony elektroniką. Jeśli w tym kuble soczystych
pomyj odnajdziemy brzmienie saksofonu, to musimy mieć wyjątkowo wytrawne ucho.
To atak serca, którego prawdopodobnie nikt nie przeżyje.
Dirk
Serries Live Oude Klooster Chapel 2025 (Bandcamp’ self-release,
DL 2026)
Kapel Oude Klooster, Brecht, październik 2025: Dirk
Serries – gitara elektryczna, efekty. Jeden utwór, 63 minuty.
Na tych łamach nie trzeba nikogo specjalnie zachęcać do odbywania
sennych, mrocznych, ambientowych podróży w towarzystwie samotnej gitary tego belgijskiego
artysty. Ta najnowsza jest nagraniem koncertowym, powstałym w świetnie nam znanym
obiekcie w Brechcie. Ta akurat epopeja dźwiękowa Serriesa wydaje się wyjątkowo
spokojna, dramaturgicznie wyważona, ale niesie też w sobie ziarno niemal
egzystencjalnej wątpliwości, a nawet trwogi. Jest tradycyjnie piękna, niemal
relaksacyjna, ale po ostatnim dźwięku pozostawia nas w stanie, który nie
pozwala na spokojny sen.
Opowieść nadciąga z błogiej ciszy, leniwie płynie ciepłymi podmuchami
powietrza, zdaje się koić nasze utrudzone zmysły mocą frasobliwej łagodności. Trwa,
bo nie ma początku i nie będzie miała końca. Początkowo wydaje się lekka jak puch,
z czasem zostaje doposażona dodatkowymi warstwami, niekiedy bardziej mrocznymi.
W połowie zdaje się konać w kolejnej chmurze ciszy, ale odradza kroplami
rozpaczy i strzępami tajemniczej nerwowości. Dopiero ostatni kwadrans niesie
nadzieję, można bowiem odnieść wrażenie, że niektóre dźwięki stają się jakby bardziej
jaskrawe.
Daniil
Gorokhov Nocturne (Extra Notes, DL 2026)
Czas i miejsce akcji nieznane: Daniil Gorokhov - fortepian, sinewaves,
dźwięki odnalezione, Marianna Domnikova – fortepian oraz Lada Uchaeva – ilustracje.
Osiem utworów, 51 minut.
Na koniec naszej wielokolorowej zbiorówki na poły skomponowana,
na poły improwizowana mroczna medytacja na fortepian, elektronikę analogową i
garść tajemniczych, bliżej niezidentyfikowanych fonii. A wszystko z dużym znakiem
jakości.
Album otwiera opowieść, która śmiało mogłaby stanowić soundtrack
do horroru – mroczne frazy piana umoczone w strumieniu syczącej elektroniki. W
kolejnych dwóch odsłonach rzeczona elektronika zdaje się dominować, ale zagubione
frazy piana, zarówno z klawiatury, jak i wnętrza instrumentu, ciągle akcentują
swoją obecność. W części czwartej, bodaj najciekawszej, odbywamy podróż od deep
black ambient piano do niemal post-industrialnego rozgardiaszu. W piątym utworze
intrygujący dysonans – stojący dron syntetyki i post-klasyczna melodia wprost z
klawiatury. W części szóstej dźwięki piana opłukiwane są szumem przepływającej
wody, z kolej w siódmej akcja opiera się wyłącznie na frazach akustycznych. Finałowa
opowieść jest plejadą drobnych, szemrzących i skwierczących fonii, najpierw
dość onirycznych, potem definitywnie mrocznych. Puentą utworu, jak i całego
albumu jest tykający zegar. Nie wiemy tylko, komu jest tu odmierzany czas.




























