W końcówce lat 90. ubiegłego stulecia brytyjski skrzypek, multiinstrumentalista i eksperymentator Phil Durrant wydał solowy album oparty na brzmieniach syntetycznych, który zatytułował Sowari. Kilka lat później, już na początku nowego millenium, wykorzystując tę nazwę rozpoczął muzykowanie z niemieckim perkusjonalistą Burkhardem Beinsem i szwajcarsko-francuskim saksofonistą Bertrandem Denzlerem, nadal wykorzystując brzmienia elektroniczne.
Muzycy tę trzyosobową kooperację podtrzymują do dziś. Występowali
ostatnio choćby na 60. urodzinach Beinsa. Mają w dorobku trzy albumy wydane na fizycznych
nośnikach, a od ostatniej jesieni także czwarty, dostępny w plikach elektronicznych,
a dostarczony przez niezmordowany szkocki label Scatter Archive. Dodajmy, iż w
drugiej połowie bieżącego roku winien ukazać się ich piąty album, który anonsuje
londyński Shrike Records.
Dziś sięgamy po ową digitalną nowość z jesieni ubiegłego
roku, która zawiera londyński koncert tria z roku … 2005. To jedna, trwająca
ponad dwa kwadranse improwizacja – spokojna, niemal szemrana, intrygująco szumiąca,
niekiedy niezwykle filigranowa, wytwornie elektroakustyczna od pierwszego do ostatniego
dźwięku.
Otwarcie koncertu łączy w sobie szmery i drobne zgrzyty instrumentalne
z foniczną aurą otoczenia, niczym realizowanymi na żywo nagraniami field
recordings. Słyszymy otarcia na zestawie percussion, szelest
powietrza w tubie saksofonu i drobne plamy elektroniki. Ważnym elementem tego
etapu spektaklu są plamy ciszy, które zdają się wyznaczać kolejne restarty
narracji. Pierwsze bardziej linearne opowieści trwają po kilkadziesiąt sekund,
a potem grzęzną w mrocznej, gęstej ciszy. Owa mikrobiologia dźwięku wciąż uzupełniana
jest foniami z otoczenia, dochodzącymi jakby z poczekalni, a może baru. Wszystko
staje się teraz szmerem, mniej lub bardziej intensywnym. Elektronika łapie frazy
z saksofonu, z kolei perkusjonalia koncentrują się na budowaniu czegoś bardziej
powtarzalnego. Gdy na czoło pochodu sforuje się Durrant, improwizacja wydaje
się odrobinę oniryczna, ale to jedynie chwile. Tak, czy inaczej, zmiana goni tu
zmianę, nie brakuje niespodzianek i nie do końca wiadomo, kto odpowiada na dany
dźwięk. Ciągle jednak skupienie w post-ciszy jest zjawiskiem częstszym, niż próba
dźwiękowej eksterminacji.
Szczególnie szemrany, filigranowy odcinek koncertu trwa pomiędzy
dziesiątą, a piętnastą minutą. Potem muzycy próbują klecić bardziej zwartą
opowieść z ochłapów dźwięków. Przez moment wszystko staje się jednym
strumieniem wydychanym z wielkiej tuby. Drobna intensyfikacja sprawia, że przez
kilka chwil narracja przybiera szaty historii mikro industrialnej. Po dwudziestej
minucie artyści formują coś na kształt drona, który sytuują na krzywej
wznoszącej. Ląduje on w chmurze szumu, która wydaje się wypełniona jedynie
akustyką. Całość z czasem wpada w jednostajny ruch drgający, ale nad wyraz
filigranowy. Przed upływem trzydziestej minuty narracja dzieli się na bardziej separatywne
akcje – słyszymy wyraźnie elektroakustyczny pisk, prychanie saksofonu i drobne
frazy rezonujących perkusjonalii. Potem następuje chwila ciszy, po której
artyści postanawiają nas zaskoczyć – gdy wszyscy oczekują końcowej porcji
szumu, improwizacja nadyma się, nabiera zaskakującej intensywności, zdaje się
być ostatnim oddechem wielkiego, konającego stwora.
Trio Sowari
(Burkhard Beins, Bertrand Denzler, Phil Durrant) LMC 2005 (Scatter
Archive, DL 2025). Burkhard Beins – instrumenty perkusyjne, obiekty, Bertrand
Denzler – saksofon tenorowy oraz Phil Durrant - sampler, syntezator,
preparacje. Nagrane w trakcie LMC Festival, Bridewell Theatre, Londyn, listopad
2005. Jedna improwizacja, 33 minuty.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz