Piętnaście koncertów, dwa warsztaty, projekcja filmowa i półimprowizowany wykład o improwizacji wypełniły cztery pierwsze dni października w poznańskich klubach SARP i Dragon, a także Kinie Muza. Królowała muzyka improwizowana, niekiedy silnie ukierunkowana na free jazz, nie brakowało elektroakustycznych eksperymentów w intrygujących składach ad hoc (z roli ponadgatunkowych wichrzycieli świetnie wywiązywali się artyści krajowi), także awangardowa i bardzo kreatywna muzyka współczesna z hukiem zameldowała się na deskach klubowych.
Dopisała publiczność, a rekord frekwencji festiwalu został
pobity już po dwóch dniach imprezy. O organizacji pisać nam niezręcznie, ale i
tu – mamy wrażenie – obyło się bez wtop, ani nieporozumień, a muzycy i publiczność
definitywnie wyglądali na bardzo zadowolonych.
Na jubileuszowej edycji Spontaneous Music Festival królowały
akustyczne instrumenty dęte, kontrabasy i perkusje, ale elektronicznego fermentu
nie brakowało choćby przez moment. Rolę gatunkowego wodzireja pełnił nieśmiertelny
free jazz. Zaczęliśmy we czwartek efektownym wykopem łączonych sił tria Sundogs
(Mateusz Rybicki, Zbyszek Kozera, Samuel Hall) i festiwalowego rezydenta Colina
Webstera oraz tria Stefan Keune/ Dominic Lash/ Steve Noble, a zakończyliśmy w
niedzielę ekstatycznym koncertem Large Ensemble (Colin Webster, Sofia Salvo,
Cath Roberts, Charlotte Keeffe, Graham Dunning, Matthew Grigg, John Edwards,
Andrew Lisle). Ten ostatni projekt, bezboleśnie przeniesiony z desek londyńskiego
Cafe Oto, śmiało zasłużył na miano doskonałej reinkarnacji Machine Gun
Petera Brotzmanna sprzed prawie sześciu dekad.
W tak zwanym międzyczasie nie zabrakło dania specjalnego, crème
de la crème Spontaneous, czyli składów kleconych ad hoc. Tych pierwszych,
dziewiczych spotkań muzyków na scenie było dokładnie pięć, a każde łączyło siły
Europy z krajowymi zasobami kadrowymi. Zdaje się, że wszystkie przypadły nam do
gustu, a niżej podpisanemu szczególnie te z udziałem wrocławskiego gitarzysty
Michała Sembera.
Bardzo podobały się także składy stale ze sobą współpracujące.
Francusko-szwajcarsko-niemiecki kwartet Trapeze (Matthias Müller, Sakina Abdou,
Peter Orins i Joke Lanz) zaprosił nas do … tańca, który bazował na krwistych
dialogach dętych niesionych kompulsywnym groove perkusji i gramofonowych
sampli. Z kolei formacja T.ON (Matthias Muche, Constantin Herzog, Etienne
Nillesen) z niemieckiej Kolonii, to przykład medytacyjnych ekspozycji dronowych
budowanych przez preparowany werbel, smyczek kontrabasu i puzon wentylowany
przez dodatkową tubę.
Tradycyjnie ważnym elementem imprezy były występy solowe –
Dominica Lasha na kontrabasie, Colina Webstera na saksofonie altowym i Etienne
Nillesena na werblu. Każdy pochodził jakby z innej bajki, każdy przyniósł wspaniałe
owoce.
Jeśli zaś na koniec tej wyjątkowo krótkiej relacji z festiwalu
miałbym wskazać najbardziej ekscytujący fragment spontanicznego posiedzenia, to
byłby nim w mojej bardzo subiektywnej ocenie przedostatni sobotni koncert, gdy scenę
opanowały filigranowe frazy tkane z subtelnych interakcji i opowieści preparowanej
trąbki i głosu Liz Allbee, kontrabasu the one and only Johna Edwardsa i
fikuśnych, niepowtarzalnych akcji perkusji i perkusjonalii Stale Liavika
Solberga.
Do zobaczenia za rok!
Zdjęcia własne bez praw autorskich:
1. Colin Webster Large Ensemble
2. Stale Liavik Solberg i Michał Sember
3. Liz Allbee i John Edwards



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz