wtorek, 6 października 2026

We Are Spontaneous 10. SMF 2026 to już historia!


Piętnaście koncertów, dwa warsztaty, projekcja filmowa i półimprowizowany wykład o improwizacji wypełniły cztery pierwsze dni października w poznańskich klubach SARP i Dragon, a także Kinie Muza. Królowała muzyka improwizowana, niekiedy silnie ukierunkowana na free jazz, nie brakowało elektroakustycznych eksperymentów w intrygujących składach ad hoc (z roli ponadgatunkowych wichrzycieli świetnie wywiązywali się artyści krajowi), także awangardowa i bardzo kreatywna muzyka współczesna z hukiem zameldowała się na deskach klubowych.

Dopisała publiczność, a rekord frekwencji festiwalu został pobity już po dwóch dniach imprezy. O organizacji pisać nam niezręcznie, ale i tu – mamy wrażenie – obyło się bez wtop, ani nieporozumień, a muzycy i publiczność definitywnie wyglądali na bardzo zadowolonych.

  


Na jubileuszowej edycji Spontaneous Music Festival królowały akustyczne instrumenty dęte, kontrabasy i perkusje, ale elektronicznego fermentu nie brakowało choćby przez moment. Rolę gatunkowego wodzireja pełnił nieśmiertelny free jazz. Zaczęliśmy we czwartek efektownym wykopem łączonych sił tria Sundogs (Mateusz Rybicki, Zbyszek Kozera, Samuel Hall) i festiwalowego rezydenta Colina Webstera oraz tria Stefan Keune/ Dominic Lash/ Steve Noble, a zakończyliśmy w niedzielę ekstatycznym koncertem Large Ensemble (Colin Webster, Sofia Salvo, Cath Roberts, Charlotte Keeffe, Graham Dunning, Matthew Grigg, John Edwards, Andrew Lisle). Ten ostatni projekt, bezboleśnie przeniesiony z desek londyńskiego Cafe Oto, śmiało zasłużył na miano doskonałej reinkarnacji Machine Gun Petera Brotzmanna sprzed prawie sześciu dekad.

W tak zwanym międzyczasie nie zabrakło dania specjalnego, crème de la crème Spontaneous, czyli składów kleconych ad hoc. Tych pierwszych, dziewiczych spotkań muzyków na scenie było dokładnie pięć, a każde łączyło siły Europy z krajowymi zasobami kadrowymi. Zdaje się, że wszystkie przypadły nam do gustu, a niżej podpisanemu szczególnie te z udziałem wrocławskiego gitarzysty Michała Sembera.

  


Bardzo podobały się także składy stale ze sobą współpracujące. Francusko-szwajcarsko-niemiecki kwartet Trapeze (Matthias Müller, Sakina Abdou, Peter Orins i Joke Lanz) zaprosił nas do … tańca, który bazował na krwistych dialogach dętych niesionych kompulsywnym groove perkusji i gramofonowych sampli. Z kolei formacja T.ON (Matthias Muche, Constantin Herzog, Etienne Nillesen) z niemieckiej Kolonii, to przykład medytacyjnych ekspozycji dronowych budowanych przez preparowany werbel, smyczek kontrabasu i puzon wentylowany przez dodatkową tubę.

Tradycyjnie ważnym elementem imprezy były występy solowe – Dominica Lasha na kontrabasie, Colina Webstera na saksofonie altowym i Etienne Nillesena na werblu. Każdy pochodził jakby z innej bajki, każdy przyniósł wspaniałe owoce.

  


Jeśli zaś na koniec tej wyjątkowo krótkiej relacji z festiwalu miałbym wskazać najbardziej ekscytujący fragment spontanicznego posiedzenia, to byłby nim w mojej bardzo subiektywnej ocenie przedostatni sobotni koncert, gdy scenę opanowały filigranowe frazy tkane z subtelnych interakcji i opowieści preparowanej trąbki i głosu Liz Allbee, kontrabasu the one and only Johna Edwardsa i fikuśnych, niepowtarzalnych akcji perkusji i perkusjonalii Stale Liavika Solberga.

Do zobaczenia za rok!


Zdjęcia własne bez praw autorskich:

1. Colin Webster Large Ensemble

2. Stale Liavik Solberg i Michał Sember

3. Liz Allbee i John Edwards



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz