wtorek, 2 kwietnia 2024

Hera Corp.’ new outfit: Phicus! Pablo Selnik!


Label Hera Corp., założony jesienią ubiegłego roku przez Àlexa Reviriego, dostarczył właśnie dwie nowe kasety. Kolejne dwie perły do królewskiej kolekcji muzyki improwizowanej z Barcelony.

Na pierwszej z nich odnajdujemy REDOX - ósmy album wyjątkowego tria Phicus (to przy okazji ich trzecie wydawnictwo w ciągu ostatniego półrocza). Nagranie studyjne pokazujące tysiąc trzydzieste drugie oblicze tej formacji. Fages, Reviriego i Trilla, to muzyczne kameleony, które są w stanie zaskoczyć w każdym momencie swego życia. Jak niosą wieści z obozu zespołu, to prawdopodobnie ostatnie tchnienie tej formacji. Dodajmy wszakże, iż prawdopodobnie najlepsze. Podobnie, jak w przypadku poprzedniej płyty Ni, artyści nie bazują tu wyłącznie na improwizacjach – proponują dwunastoodcinkowy serial skonstruowany w oparciu o dobrze zaplanowane scenariusze każdego epizodu.

Druga kaseta, to Posthumous Gift, pierwsza solowa płyta flecisty z Barcelony, Pablo Selnika, którego znać możemy z post-black-metalowych formacji Inhumankind i TripleZero (notabene, obie nie używają gitar, zastępując je m.in. demonicznie brzmiącym fletem).




REDOX

This album is doomed. Tymi słowami muzycy otwierają płytowe liner notes prawdopodobnie trafiając w samo sedno. Większość nagrań tego niesamowitego albumu ma bowiem strukturę doom – lepi się z leniwie powtarzanych fraz masywnej perkusji i potężnego, mięsistego kontrabasu. Sama gitara zdaje się tu być nieco oddalona od zadanego idiomu, może pozwolić sobie na wiele, ale jest zdyscyplinowana. Hałasuje, buduje gęsty ambient z pajęczyny smukłych flażoletów, szemrze po kątach. Jak wszystko w tej strudze dźwięków, nasycona jest niebywałymi emocjami.

Dwa pierwsze traki, to doom w postaci klinicznej. Początkowo każdy stempel basu i perkusji komentowany jest porcją mrocznej ciszy. Wokół niego snuje się smuga gitarowego post-ambientu, która z każdym uderzeniem gęstnieje. Ślimaczy marsz syci się wyjątkowo masywnym, ale też przestrzennym, niebywale selektywnym brzmieniem. Z czasem gitara zdaje się być splątana coraz bardziej mglistym echem, bas raz za razem urozmaica flow, perkusja czyni rytuał powtórzenia. Na koniec na gryfie kontrabasu pojawia się smyczek i wyje, niczym zdezelowane harmonium. Początek drugiej części wydaje się odrobinę filigranowy, snuty spod smyczka, szeleszczący talerzami. Pierwsze uderzenie doom jest jednak przepotężne - gitara wpada w spazm krzyku. Całość przypomina zastygającą lawę, która pali wszystko do gołej ziemi. Trzecia opowieść jest krótsza, ale intensywna, dynamiczna, niebywale hałaśliwa. Zwinna, lamparcia sekcja rytmu prowadzi tu gitarę na skraj przepaści. Tuż potem chwila wytchnienia, budowana doomową teksturą i lekkimi, wręcz onirycznymi plamami dźwięku. Na etapie rozwinięcia gitara rozpływa się tu w szemrzącym ambiencie, a smyk śpiewa wyjątkowe bolesne frazy.

Piąta historia, to kolejny epizod doom story. Ale teraz wszystko zdaje się być podłączone pod prąd wysokiego napięcia. Bas ryje bruzdy w ziemi ołowianym smykiem, gitara tańczy na niebezpiecznej wysokości, macki perkusji topią się w oleistej magmie. Pieśń grozy umiera w momencie, gdy gitara schodzi w dół i rzęzi jak umierający gruźlik. Dzieła zniszczenia dokonuje repetujący smyczek. Szósta opowieść daje wszystkim chwilę oddechu. Przypomina mglistą zawiesinę gitarowych flażoletów, basowego dronu, perkusjonalnych gongów i rezonujących talerzy. Kolejna opowieść śmierdzi rockiem. Ten doom nasączony jest substancjami smolistymi. Opowieść pełna jest drobnych eksplozji i tajemniczych sprzężeń. Ósma odsłona płynie wbrew regułom tego spotkania. Smyczek delikatnie riffuje, gitara ucieka w chmurę psychodelii, a step perkusji szyty jest w poprzek dotychczasowej stylistyki - przypomina nerwowe podskoki stroszkowego kurczaka na rozgrzanej patelni. Gitara zdaje się tu odpływać w siną dal delayowaną strugą. Sprzężenia zwrotne są jednak coraz intensywniejsze.

W dziewiątej opowieści perkusja szyje kolejny doom, ale gitara popada w ambient, a dron basu staje w dysonansie brzmieniowym do całej reszty. Góra jest tu oniryczna, dół całkowicie pogrążony w mroku, wręcz demoniczny. Ten fragment płyty definitywnie zasługuje na miano soundtracku do filmu grozy. Dobra dramaturgia, to także atut tego albumu, albowiem dziesiąty epizod wydaje się być nad wyraz lekki, szyty skromnym drummingiem po gongach, zastygłym dronem basu i minimalistycznie frazującą gitarą. Co prawda bas szuka tu podłogi, ale reszta definitywnie pozostaje w locie wnoszącym. Wszystko na koniec zastyga w bezruchu. Jedenasta historia na powrót przenosi nas do świata hałasu. Smyczek jest tu wyjątkowo groźny, gitara tonie w spazmie noise rocka, głęboko osadzony drumming tylko czeka, by przypuścić atak. Muzycy na moment stają w miejscu, po czym ruszają w efektowną eskapadę, kreując intensywną opowieść godną dynamicznej, mięsistej części trzeciej. Psychodelia gitary, szaleństwo smyczka, skłębiona, nerwowa perkusja. Ten album kona przy kończącej dramę dark farewell song. Leniwy, płynący w poprzek smyczek, drżąca gitara frazująca jak bas i oniryczna pajęczyna perkusjonalii. Bywają albumy, po których nic nie jest już takie samo. Oto jeden z nich.



 

Posthumous gift

Fletowa opowieść Selnika zaczyna się w mroku szemrzącej, być może nieistniejącej amplifikacji, ale już od startu niesie ze sobą spory bagaż zdrowych emocji. Kilka nerwowych podmuchów, delikatnie rozhuśtane brzmienie, także garść mechanicznych fonii, wszak pracuje tu definitywnie żywy instrument i nie mniej żywy artysta, który oddycha. Akcja rozwija się ciekawie, nie brakuje zaskoczeń. Okazuje się, że flet może efektownie rezonować, a nawet brzmieć post-industrialnie. Druga opowieść pracuje z echem, jest nasycona skromną melodyką, delikatnie wystudzona, zdaje się mieć nieco folkowy posmak. Pablo spaceruje tu blisko ciszy, zagłębia się w każdej frazie, jakby szukał jej dna.

Trzecia odsłona powraca do sytuacji bardziej dynamicznej. Dłuższe wydechy formują się w smukłe drony z melodią w fazie zaniku. Można odnieść wrażenie, że muzyk odbywa swój koncert w wysokich górach, a ciśnienie powietrza rośnie z każdym wydawanym dźwiękiem. Fraza goni tu frazę, jakby muzyk klaskał w dłonie. Zasada przeciwieństw działa na tym albumie dobrze, bo czwarta historia znów szuka ciszy. Wytłumione melodie, medytujące oddechy, ceremoniał plemiennej inicjacji. Z czasem muzyk dodaje nieco życia tej wystudzonej etiudzie i zamienia się w zaklinacza węży.

Piąta improwizacja smakuje leśną poświatą delikatnie dżdżystego poranka. Drobne frazy, szemrzący wiatr, smukłe melodie, garść rytmicznej dynamiki. Z czasem można odnieść wrażenie, że tuż obok pulsuje membrana perkusyjnego werbla, rezonując fletowe fonie. Finałowa opowieść syci się akcentami post-percussion. Echo, wszędobylska cisza, długie frazy, delikatne uderzenia w korpus instrumentu. Pożegnalna melodia niesie ze sobą także kilka bardziej zadziornych figur stylistycznych. 

 

Phicus REDOX (Kaseta, 2024). Ferran Fages – gitara elektryczna, Àlex Reviriego – kontrabas oraz Vasco Trilla – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w La Casamurada, marzec 2021. Dwanaście utworów, 48 minut.

Pablo Selnik Posthumous Gift (Kaseta, 2024). Pablo Selnik – flet i produkcja. Nagrane w piwnicy u Vasco, Barcelona, czas nieznany. Sześć utworów, 36 minut.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz