wtorek, 3 lutego 2026

AMM with Sachiko M are Testing!


AMM, jedna z dwóch najważniejszych formacji muzyki swobodnie improwizowanej (wszyscy znamy nazwę tej drugiej!), od ponad trzech lat definitywnie jest już grupą w stanie spoczynku. Szczęśliwie jednak wciąż trafiają do nas nowe albumy z niepublikowaną dokumentacją fonograficzną wielkiej historii, jaką stworzyli Eddie Prévost, John Tilbury i Keith Rowe (wymieniając tylko te najważniejsze postaci).

Tym razem do naszych odtwarzaczy trafia nagranie sprzed ponad 20 lat, dokonane w formule formacja+, które dokumentuje dość nietypowe dla AMM spotkanie z dźwiękami syntetycznymi. W roli gościa japońska artystka Sachiko M pracująca na poręcznym zestawie kabli, które określone tu zostały mianem sinewaves, co w wolnym tłumaczeniu oznacza fale sinusoidalne.

W ujęciu historycznym moment, w którym odbył się pewien londyński koncert, to sytuacja dla AMM dość trudna. Po latach muzykowania w składzie trzyosobowym z zespołu odchodzi Keith Rowe i nie jest to pożegnanie na warunkach ugodowych, ale raczej efekt sporu artystycznego. Nie jesteśmy pewni, czy w grudniu 2004 roku AMM był jeszcze ansamblem trzyosobowym, czy już tylko duetem. Innymi słowy, nie wiemy i nie rozstrzyga tego rozbudowane albumowe credits, czy koncert Prevosta, Tilbury’ego i Sachiko M rzeczywiście odbył się z użyciem wiekopomnej nazwy AMM, czy jedynie pod szyldem ich nazwisk. Ów drobny dylemat z perspektywy ponad dwóch dekad, jakie minęły od powstania nagrania, nie ma oczywiście większego znaczenia. Taka sobie kronikarska ciekawostka. Dość zatem tych dywagacji, zajrzyjmy do środka albumu, który trwa godzinę zegarową i całe siedem minut.

  


Szmer miasta i syczenie sinewaves, to aura inicjacji. Wielkie oczekiwanie na pierwsze akustyczne dźwięki instrumentalne trwa kilka długich chwil. I oto są - błysk talerza i szum z klawiatury, jeszcze przed wydaniem pierwszej frazy przez pianistę. Przez moment można odnieść wrażenie, że wszystko, co słyszymy, to jedynie odgłosy miasta. Wychodzenie z mroku ciszy i zaniechania zajmuje muzykom jeszcze kilkadziesiąt sekund, by nie rzec kilka minut. Całość migocze na bezgwiezdnym niebie, niczym elektrownia atomowa pozbawiona mocy.

Po upływie dziesięciu minut scenę zaczynają opanowywać frazy, które można nieśmiało uznać za zaczyn pewnej narracyjnej linearności. Rezonujące talerze śpiewają, z klawiatury sączy się sekwencja leniwych fraz, a na dalekim backgroundzie pojawiają się drobne, elektroniczne zgrzyty, niczym syntetyczny komentarz do sytuacji akustycznej. W tle nieustannie żyje miasto, słyszymy karetkę na sygnale. Tymczasem na scenie zaczynają panoszyć się nowe, tajemnicze dźwięki, przypominające szarpanie na struny, które prawdopodobnie są elementem bębna Prevosta. Po dwudziestej minucie akcje artystów zdają się niespodziewanie przybierać na intensywności. Głuche uderzenia, trzaski, szmery, piski i otarcia – minimalistyczny post-industrial w dobie ograniczenia dostaw energii. Japonka wciąż szumi, incydentalnie podsyłając elektroakustyczne komentarze. Z czasem opowieść staje się mroczną kołysanką, która szuka schronienia w ciszy. Jej linearność zdaje się zaskakiwać.

Po upływie trzeciej dziesiątki minut w rolę wodzireja wciela się Tilbury. Staje się bardziej aktywny, ale jego post-klasyczna melodyka ujmuje łagodnością i delikatnością. Prevost komentuje feerią talerzy i nagle trio osiąga lokalny szczyt intensywności. Akustyka goreje, grzmi, złorzeczy, a towarzyszy jej post-akustyczny szmer, który incydentalnie przypomina efekty działania live proccesingu. Słyszymy też dźwięki, które przypominają sample generowane przez nieobecnego Keitha Rowe. Upływ trzech kwadransów koncertu stawia muzyków na delikatnym rozdrożu. Z jednej strony szukają ciszy, z drugiej wyrywają się z zaskakującymi frazami, w czym szczególnie aktywny jest pianista. Pewna dramaturgiczna powtarzalność w opozycji do nadciągającej, mrocznej ciszy.

Ostatnie kilka minut, to powrót fraz strunowych, bicie dzwonów i subtelny hałas z talerzy. I kilka fraz zaskakująco basowych, być generowanych przez Prevosta, a może jednak przez Sachiko. Końcowe kilkadziesiąt sekund, to już definitywnie krok ku śmierci improwizacji. Pojedyncze frazy z klawiatury, szum sinewaves i rezonujące talerze w locie opadającym.

 

AMM with Sachiko M Testing (Matchless Recordings, CD 2025). Sachiko M – sinewaves, Eddie Prévost - tam tam, bęben strunowy i inne instrumenty perkusyjne oraz John Tilbury – fortepian. Nagrane w Londynie, grudzień 2004. Jedna improwizacja, 67 minut

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz