wtorek, 31 marca 2026

LDL in the eerie glow of jellyfish!


Znamienici szwajcarscy improwizatorzy, saksofonista Urs Leimgruber i pianista Jacques Demierre, współpracują ze sobą od lat, a szczególną atencją darzą kooperacje trzyosobowe. Najbardziej w tej formule uznane albumy poczynili z amerykańskim kontrabasistą Barre Philipsem. Równie spektakularne z austriackim mistrzem analogowej elektroniki Thomasem Lehnem. To drugie trio zwie się LDL, a jego najnowszą płytę dostarcza amerykański Relative Pitch Records.

 


Improwizacja otwarcia trwa mniej niż pięć minut. Każdy dźwięk dobywa się tu z ciszy, jest filigranowy i niezobowiązujący, zarówno ten z wnętrza szpinetu, jak i dna saksofonowej tuby, czy pojedynczego kabla syntezatorowa. Muzycy przypominają zgraję pasikoników, które upajają się górskim słońcem.

Wejście w drugą część koncertu nosi już znamiona działania bardziej energicznego. Artyści wciąż dbają o szczegóły, o urok każdej frazy, ale energia wewnętrzna pcha ich ku bardziej intensywnym akcjom. Każdy na swój sposób preparuje instrument, choć całość wydaje się pozostawać zaskakująco przejrzystym strumieniem fonii. Pianista sięga do strun szpinetu, elektronik tańczy jak baletnica, choć jego akcesoria wydają się najmniej podatne na kreowanie ulotnych fraz. Saksofonista wyciąga głowę ku niebu, śpiewając całkiem melodyjnie. Z czasem owo dramaturgiczne rozkołysanie nabiera intensywności - najpierw przybywa masy, potem rośnie tempo. W coraz gęstszej magmie elektroakustyki sopran miewa problemy, by przebić się przez ogrom dźwięków, jakie produkują szpinet i syntezator. Tymczasem w połowie ekspozycji natrafiamy na śródlądową flautę, w trakcie której najbardziej delikatna zdaje się być … elektronika. Po powrocie na łono ekspresji szczególnie urokliwie frazuje pianista - wprost z klawiatury nuci demoniczny post-barok. Instrumenty lepią się teraz do siebie, najpierw tworząc strugę gęstego post-ambientu, potem dzieląc się na bardziej separatywne ośrodki fonii. Rozbudowana i hałaśliwa improwizacja zostaje perfekcyjnie ugaszona niemal do pojedynczego dźwięku.

Trzecia, najdłuższa opowieść w fazie prenatalnej jest mroczna, lepiona z szumu, dętych pomruków i rezonujących obłoków. Ze stoickim spokojem artyści zawiązują pierwsze akcje zaczepne, intensywniej oddychają, zaczynają wpadać w drobne turbulencje. Wejście na szczyt jest szybkie, całkiem efektowe, podobnie jak droga powrotna, która bez udziału saksofonu przebiera intrygujące, perkusjonalne barwy. Powrót dętego do gry zostaje podkreślony dźwiękami głosowymi, które zdają się również dochodzić z wnętrza instrumentu. Mniej więcej w połowie improwizacji muzycy, nieustannie kołysząc się na wietrze, dostarczają kilku zaskakujących dźwięków, które trudno przypisać komukolwiek z nich. W fazie schyłkowej utworu saksofon sugeruje melodię, ale szpinet i syntezator zgłaszają zdanie odmienne. W efekcie trio znów wspina się dramaturgiczne wzniesienie, po czym strumieniem short-cuts osiąga szczęśliwy finał podróży.

 

LDL (Urs Leimgruber, Jacques Demierre, Thomas Lehn) The Eerie Glow of Jellyfish (Relative Pitch, CD 2026). Urs Leimgruber – saksofon sopranowy, Jacques Demierre - amplifikowany szpinet oraz Thomas Lehn – syntezator analogowy, sound processing. Nagrane w trakcie Kaleidophon Festival, Ulrichsberg, Austria, kwiecień 2024. Pięć improwizacji w trzech częściach, 48 minut.

 

 

piątek, 27 marca 2026

The March’ Round-up: Dead Neanderthals! Hz of Gold! Kneer & van Veenendaal! Veins of Rain! Beliah! MMBTUPM! Petyaev & Petyaev!


Najwyższy czas ma marcową zbiorówkę! Osiem nowych albumów, tyleż wykwintnych i ciętych jak brzytwa recenzji! To nasz ulubiony moment w codziennym, trybunowym znoju pisarskim!

Ponadgatunkowy tygiel improwizowanych emocji czeka na Wasz odczyt, a albumy na odsłuch po stosownych zakupach. Zaczniemy od mistrzów heavy jazzu, którzy dziś śmiało zasługują na miano syntetycznych post-metalowców, czyli Dead Neanderthals, prawdziwy kwiat holenderskiej post-młodzieży. Potem czeka nas swobodnie improwizowana wizyta w Berlinie, ale spotkanie cokolwiek amerykańskie, w dalszej kolejności wątki holendersko-niemieckie, japońsko-amerykańskie, francuskie, choć z ziemi nam ojczystej, estońskie, a na koniec pakiet dobrego jazzu z kraju, który od czterech lat nie ma flagi.

Welcome to heaven and hell of improvised music!

 


Dead Neanderthals Evocations/ DEMO MMXXV (Bandcamp’ self-release, DL 2025/26)

White Noise Studio, Nijmegen, Holandia: Otto Kokke – syntezator oraz Rene Aquarius – perkusja. Łącznie pięć utworów, 39 minut.

W życiu pewne są trzy rzeczy – śmierć, podatki i … sylwestrowa ep-ka Kokke i Aquariusa! A tym razem nawet dwie ep-ki, albowiem do dwóch grudniowych, długich opowieści, kilka dni później artyści dołączyli jeszcze trzy krótkie muzyczne petardy.

Pierwsze dwa wielominutowe utwory, to ortodoksyjny minimalizm - jednostajny beat perkusji i stojąca plama skwierczącego, sfuzzowanego niczym gitara syntezatora. To dwie martwe ballady, które zdają się przygasać z każdym kolejnym, monotonnym uderzeniem perkusji, ale to przygasanie trwa w nieskończoność. Efekt wbija nas w fotel i wywraca perspektywę dnia aż do jego marnego końca. Trzy krótsze utwory z DEMO sytuują się intrygująco blisko estetyki rockowej. Niczym walec brną do przodu, mają zdecydowanie bardziej urozmaiconą dramaturgię. Blisko im do doom metalu, we wnętrzach którego mości się tajemnicza, zła melodia, jak ten głos z offu, który wieńczy trzecią z nich.

  


Devin Gray, Andrea Parkins & Frank Gratkowski Hz of Gold (Rataplan Records, CD 2026)

Lowswing Studios, Berlin, maj 2021: Andrea Parkins – elektronika, akordeon, wurlitzer, Frank Gratkowski – saksofon, flet, klarnet oraz Devin Gray – perkusja, instrumenty perkusyjne, herz. Jedenaście utworów, 45 minut.

Przed nami dalece intrygujące spotkanie berlińskie, poczynione w dwóch trzecich siłami amerykańskimi. Mniej nam znany drummer w roli inicjatora wydarzenia, które zaistniało w okolicznościach studyjnych prawie pięć lat temu i dwie legendy muzyki kreatywnej z obu stron Wielkiej Wody. Album dostarcza dużo zmyślnie pokomplikowanej akustyki, która raz za razem dostaje się w szpony elektroniki, a także … psychodelicznego wurlitzera.

Pierwsze trzy opowieści trwają prawie dwadzieścia minut i zdają się konstytuować jakość całego przedsięwzięcia. Od dronowej, powłóczystej, post-ambientowej ekspozycji budowanej pomrukami klarnetu basowego, plamami akordeonu i głęboko osadzonym drummingiem, po nerwowe post-ballady topione w onirycznej flaucie. W szprychach akustycznych instrumentów często panoszy się elektronika, także w formie live proccesingu. W pierwszej fazie albumu Parkins często sięga po elektryczne klawisze i udanie reasumuje wyczyny partnerów posmakiem fussion jazzu. Z akordeonu, z którym kojarzymy ją z dawnych lat, częściej korzysta w drugiej połowie albumu. Gratkowski tradycyjnie pracuje na trzech instrumentach, z których bodaj flet wchodzi w najbardziej zaskakujące intrygi. O dramaturgię całości najczęściej dba Gray, który bywa tu świetnym aktorem drugiego planu, ale też chętnie inicjuje akcje zaczepne, szczególnie w początkowych fazach utworów. Finałowa odsłona bazuje na melodii klarnetu basowego, która przypomina filmowe dokonania pewnego artysty z naszej części świata.

 


Meinrad Kneer & Albert van Veenendaal The Munderkingen Sessions / Part 2 (Evil Rabbit, CD 2025)

Secret House Studio, Amsterdam, Luty 2024: Meinrad Kneer – kontrabas oraz Albert van Veenendaal – fortepian. Siedemnaście utworów, 48 minut.

Niemiecki kontrabasista i holenderski pianista to starzy dobrzy znajomi, którzy raz na jakiś czas wracają do siebie i klecą intrygujące, duetowe opowieści. Na swój nowy album przygotowali ich aż siedemnaście – trwających od niewiele ponad minutę do niespełna pięciu. Każdorazowo mają ciekawy pomysł na improwizację, zadaną technikę frazowania, tudzież niebanalną puentę. Być może pomysłów jak na jeden album jest tu zbyt dużo, być może niektóre wątki dramaturgicznie wartoby rozwinąć w dłuższe formy. Całość wszakże tylko nieznacznie przekracza trzy kwadranse i daje się lubić w każdym momencie.

Artyści otwierają i zamykają album w podobnym klimacie budowanym post-klasycznym, melodyjnym pianem i kameralnym, kontrabasowym smyczkiem, nasączonym odpowiednią dawką emocji i śpiewnej artykulacji. W tak zwanym międzyczasie zdają się szyć swoje opowieści dwutorowo. Z jednej strony post-jazzowe narracje, mające na ogół dobre tempo, zwinne improwizacje i pewną zdrową taneczność, z drugiej, najczęściej w utworach parzystych, preparowana kameralistyka. Pianista jest bardzo oszczędny w formule inside piano, ale wydaje się przez to szczególnie precyzyjny i kreatywny. Kontrabasista ze smyczkiem pod pachą, to prawdziwy mistrz suspensu i brzmieniowych subtelności. Szczególnie urocze pod tym względem są improwizacje szósta i dwunasta, doposażone tajemniczym i nieskrywanym skutkiem.

 


Masayo Koketsu & Nava Dunkelman Veins of Rain (Relative Pitch, CD 2026)

GSI Studios, Nowy Jork, kwiecień 2023: Masayo Koketsu – saksofon altowy oraz Nava Dunkelman – instrumenty perkusyjne. Dziewięć improwizacji, 45 minut.

Czas na japońskie spotkanie w zdecydowanie nowojorskich okolicznościach. Saksofonistkę poznaliśmy całkiem niedawno z bardzo udanej płyty solowej, z kolei perkusistka, to artystka wielu talentów i stylistycznych proweniencji, szczególnie dobrze sytuująca się w okolicznościach duetowych. Panie stawiają na kontrolowany open jazz, zdają się przejawiać sporą skłonność do autorefleksji i dramaturgiczną niezgodę na jakikolwiek pośpiech.

Artystki, szczególnie w początkowej fazie albumu, plotą swoje opowieści z zastygłych, ale gęstych i niekiedy lepkich melodii oraz szumu perkusjonalii, które okazjonalnie łapią rezonans i przechodzą do fazy wystudzonego drummingu. Bodaj w piątej opowieści z drobiazgów konstruują intrygę, która niespodziewanie smakuje nieśmiertelnym Aylerem. Ów zaczyn czegoś bardziej energetycznego pcha improwizację na tory nieco większej ekspresji. Teraz wystarczy ledwie krok, by z pozycji medytujących oddać się bez reszty wirowi czegoś, co okazjonalnie przybiera formę całkiem soczystego free jazzu. Nie inaczej dzieje się w trakcie ostatniej, ponad dziesięciominutowej opowieści - od rytuału smutnej melodii i talerzowego renesansu, po w pełni kontrolowany wybuch ekspresji, spuentowany szczyptą czegoś odrobinę folkowego.

  


Sebastien Beliah Tout corps vibrant (Bandcamp’ self-release, CD 2026)

Ambasada Muzyki Tradycyjnej, Warszawa, lipiec 2025: Sébastien Beliah – kontrabas, talerz, harmonika, grzechotka. Dziesięć utworów, 38 minut.

Solowa propozycja francuskiego artysty, od lat związanego z polską sceną muzyczną, to ciekawy przykład kontrabasowej improwizacji wzbogaconej multiinstrumentalną powłoką folkowej taneczności, bardzo swobodnej pod względem narracyjnym i artystycznie bezpretensjonalnej. Album jest krótki, zwarty, dobrze udramatyzowany, zbudowany z siedmiu kilkuminutowych opowieści z treścią i trzech kilkudziesięciosekundowych miniatur zwanych tu Gamelan-interlude.

Beliah od startu buduje tu dwa wątki – używa perkusyjnego talerza, wzbudzając rezonans, a potem kreując drummingową narrację i jednocześnie frazuje na strunach kontrabasu, stosując obie techniki gry, ale częściej sięgając po smyczek. Szybko włącza do dobrze zaplanowanej improwizacji atrybut rytmu i zdaje się być mu wierny do końca albumu. Gdy trzeba schodzi nisko na kolanach, bywa, że radośnie tańczy ze smyczkiem. Nie stroni od kameralnych rozwiązań, lubi minimalizm, zdecydowanie nastawiony jest na wyrazistość muzycznego przekazu. Najciekawiej robi się w drugiej połowie albumu. W szóstej części masywne pizzicato brzmi jak kroki nieznajomego, a filmowość momentu podkreśla melodia harmonijki. W siódmej odsłonie rolę odpowiedzialnej za rytm niepodziewanie przejmuje grzechotka. W ósmej smyczek skacze po strunach, a całość przypomina urokliwą repetytywność Different Trains Reicha. W dziewiątej części drobne zaskoczenie – rozśpiewany smyczek sięga po niemal post-barokową estetykę. Album wieńczy pożegnalna, na poły relaksacyjna, melodyjna opowieść utrzymana w stylistyce post-jazzu.

 


MMBTUPM Meditation Music Beyond The Unsleeping Psychopathic Mind (Hidden Harmony, LP 2026)

Threshold Studios, Hamilton, Ontario, Kanada, czas nieznany: Annie Shaw – instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Sarah Good - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Nadah El Shazly - instrumenty klawiszowe, syntezator, głos, Adam Kinner – saksofon tenorowy, Connor Bennett – saksofon sopranowy, Devin Brahja Waldman - syntezator, saksofon altowy, Vicky Mettler – gitara, Alexei Orechin – gitara, Daniel Gélinas – perkusja, instrumenty perkusyjne oraz Philippe Melanson - perkusja, instrumenty perkusyjne. Cztery utwory, 41 minut.

Formacja odpowiedzialna za ten album śmiało może startować w konkursie na najdłuższą nazwę (szczęśliwie używa też skrótu). Jej nagranie zarejestrowano w Kanadzie, wydawcą jest estoński label (debiut na Trybunie), a towarzystwo muzyków definitywnie międzynarodowe – oto współczesny świat muzyki kreatywnej! Tak trzymać!

Na płycie zamieszono cztery improwizacje, budowane leniwie, z dbałością o bogatą instrumentację, których klimat doskonale opisuje sam tytuł albumu i nazwa grupy. A zatem rodzaj medytacji, klejonej warstwa po warstwie, od onirycznej, elektroakustycznej flauty uformowanej w swobodny dron, po rozbudowaną, linearną opowieść, która ma swój rytm niesiony saksofonowym śpiewem i intrygujący, post-psychodeliczny background armii instrumentów klawiszowych i syntezatorów. Szczególnie ciekawie brzmi to w drugiej i trzeciej odsłonie. W tej drugiej kwaśne klawisze i nieco demoniczna wokaliza, niekiedy multifoniczna, wyprowadza nas na otwartą przestrzeń, w której bylibyśmy zginęli bez wieści, gdy nie rytm i dęciak doprowadzający do szczęśliwego zakończenia. W trzeciej, najdłuższej opowieści na miano najciekawszego momentu albumu zasługuje wielominutowa, ambientowa plama szyta najpierw wokalizami, a potem zachrypniętymi saksofonami. Od zbiorowego lamentu, po kojące repetycje gitar.

  



Peter Petyaev The Burning Love of God (for Himself) (Bandcamp’ self-release, DL 2026)

ROMT Recordings Studio, lipiec 2024: Peter Petyaev – saksofon tenorowy, barytonowy I sopranowy, Ksenia Savchenko – kontrabas oraz Eugene Pechenkin – perkusja. Jedenaście utworów, 44 minuty.

Petyaev-Petyaev Incomparable Greatness (No Name 666, DL 2026)

Vintage Records Studio, maj 2023: Peter Petyaev – saksofon, Pavel Petyaev – gitara (1-4), Victor Konovalov – klarnet, trąbka (3-5), Maxim Bezhenov – saksofon (2-5), Slava Burlakov – instrumenty klawiszowe, Ivan Bashilov – bas elektryczny (2-4) oraz Piotr Talalai – perkusja. Pięć utworów, 49 minut.

Na zakończenie marcowej zbiorówki podwójna porcja wytrawnego jazzu. Za obie odpowiada ten sam artysta - w pierwszej pławi się w spuściźnie free jazzu i fire music, w drugiej sięga po atrybuty kwaśnego fussion. Oba danie strawne, dobrze doprawione, a czas płynie przy nich wartko i definitywnie nienudną strugą.

Szczególnie udany wydaje się album nagrany w trio. Dedykacje dla legend gatunku, szorstki, wyrazisty sound saksofonu i świetna robota sekcji rytmu, która gra w poprzek, ma w nosie tradycję i iskrzy kreatywnością na każdym kroku – zwłaszcza, gdy w dłoniach kontrabasistki ląduje dobrze naostrzony smyczek. Pośród klasyków najbardziej do gustu przypaść może hommage dla Brotzmanna, a zaraz potem dla Wrighta, w każdym przypadku z drobną estetyczną woltą. Na koniec lider przedsięwzięcia dedykuje utwór bratu, a potem samemu sobie. Ten rodzaj autoironii dodaje smaku całemu albumowi.

Z rzeczonym bratem saksofonista tworzy ansambl Petyaev-Petyaev i w nieco bardziej rozbudowanym składzie (incydentalnie nawet septetowym) rusza na podbój elektrycznych odłamów gatunku. Każda z pięciu wielominutowych ekspozycji ma tu swoją wyszukaną dramaturgię. W pierwszej panoszą się rockowe naleciałości, w drugiej zaskakuje meta balladowe otwarcie, które na etapie rozwinięcia, szytego łamanym rytmem, przenosi nas do świata rozhulanego free jazzu. W trzeciej części rządzą aż trzy dęciaki, które wpadają w kwaśne turbulencje. Najbardziej smakowita zdaje się być czwarta odsłona, którą ciągnie do ognia free jazzu soczysta ekspozycja saksofonu. Z kolei w ostatniej opowieści podobać się może efektowne otwarcie, które spoczywa wyłącznie na dętym instrumentarium.

 

 

wtorek, 24 marca 2026

Malfon, Kravanja & Warelis at MMI!


Powracamy na ubiegłoroczny, monachijski MMI Festival. Tym razem sięgamy po drugi set dnia drugiego, gdy scenę Einstein Kultur opanowali saksofonista Don Malfon, ponownie pianistka Marta Warelis oraz skrzypaczka Ana Kravanja. Koncert znów trwa trzy kwadranse i przynosi moc uroczych, jakże swobodnych improwizacji.

  


Początek nagrania jest mroczny, wystudzony, wypełniony rezonującymi podmuchami z tuby saksofonu, drobnymi uderzeniami po strunach piana i ulotnymi frazami skrzypiec. Całość zdaje się delikatnie pulsować - we wnętrzu improwizacji tli się jakaś pozorna nerwowość, ale czuć także oddech nostalgii, wyczulenia na pojedyncze dźwięki. Opowieść z czasem nabiera wigoru, tu niesiona bardziej linearną, uporządkowaną ekspozycją wprost z klawiatury fortepianu. Wokół panoszą się strzępy melodii i rezonującego śpiewu, które nadają całości sonicznej atrakcyjności. Preparowane frazy dęciaka i skrzypiec uciekają pod nieboskłon, szczęśliwie każdorazowy powrót na klawiaturę piana porządkuje opowieść i pozwala jej łapać kontakt z podłożem.

Nim upłynie kwadrans muzycy wpadają nie pierwszy, nie ostatni raz tego wieczoru, w rodzaj swobodnego rozhuśtania. Tańczą, kołyszą się na wietrze, nie czują presji, by ich improwizacja nabierała szczególnie intensywnego charakteru. Chwilami niemal lewitują w mroku zastygającej mgły. Tuba szemra, inside piano podryguje, a skrzypce ślą plejadę drobnych akcji w trybie pizzicato. Wraz z wybiciem trzeciej dziesiątki minut w artystów zdaje się wstępować duch walki. Zaczynają hałasować, a ich zaskakujący intensywnością post-industrial, noise chamber, jakkolwiek by tego nie nazywać, daje wszystkim, tym po obu stronach sceny i tym przed odtwarzaczami, mnóstwo radości i satysfakcji. Efekt całości wzmaga dysonans poznawczy – za nic w świecie nie jesteśmy w tym momencie w stanie wskazać źródła danego dźwięku. Jakbyśmy słyszeli paradę dziecięcych zabawek szytą niemal folkowych tańcem.

Po upływie drugiego kwadransa czas na drobne wystudzenie. Znów dźwięki wpadają w rodzaj rozhuśtania. Malfon wibruje, śpiewa falsetem i na moment obejmuje władanie sceną w parze z Kravanją, która zaczyna hałasować. Po niedługiej chwili powraca Warelis i przywraca na scenie ład i porządek – oczywiście znów przy pomocy klawiatury. Jeszcze tylko kilka samotnych fraz skrzypiec i można przystąpić do efektownej finalizacji. Gęsty, soczysty post-jazz osiąga imponującą intensywność, sprawiając, iż zakończenie koncertu, to jego najgorętsze chwile.

 

Don Malfon, Ana Kravanja & Marta Warelis Munich 2025 - Day 2 Set 2 (MMI Festival, DL 2026). Don Malfon – saksofon altowy, Ana Kravanja – skrzypce, głos oraz Marta Warelis – fortepian. Nagrane w trakcie MMI Festival, Einstein Kultur, Monachium, maj 2025. Jedna improwizacja, 45 minut.




piątek, 20 marca 2026

Butcher, Warelis & Sigil at MMI!


Festiwal MMI od dekady łączy katalońską muzykę improwizowaną i … niemiecką publiczność. Edycja ubiegłoroczna zebrała na monachijskiej scenie nie tylko muzyków z Barcelony, ale także rozbudowaną reprezentację innych części Europy, tworząc międzynarodowy tygiel, który śmiało pomieściłby się w estetyce … poznańskiego Spontaneous Music Festival.

Monachijska impreza od pewnego czasu posiada stronę bandcampową, na której prezentuje nagrania festiwalowe (kolejne powinowactwo z polską imprezą!). W poprzednich latach organizatorzy publikowali jedynie wybrane nagrania, a czasami tylko ich fragmenty. Edycja 2025 stanowi pod tym względem pewien przełom, albowiem mmifestival.bandcamp.com sukcesywnie udostępnia kolejne festiwalowe sety.

Jak do tej pory zaprezentowano siedem koncertów, czyniąc to w ujęciu chronologicznym – set po secie, dzień po dniu. Dziś pochylamy głowę i nadstawiamy uszy nad setem drugim dnia pierwszego, a na scenie witamy brytyjskiego saksofonistę Johna Butchera, polsko-holenderską pianistkę Martę Warelis i katalońskiego drummera Joni Sigila (przy okazji młodszego brata Dona Malfona). Jesteśmy zatem w gronie najbliższych przyjaciół i zapraszamy na trzy kwadranse definitywnie wytrawnej freely improvised music.

  


Łagodna introdukcja szyta jest ciepłym brzmieniem klawiatury piana, rozmarzonym oddechem saksofonu tenorowego i filigranowym drummingiem. Muzycy bez zbędnej zwłoki zawiązują post-jazzową intrygę. Frazują precyzyjnie, trzymają dobre tempo i w mgnieniu oka dostają się na pierwsze pełnokrwiste, free jazzowe wzniesienie. Równie szybko łapią kameralną trwogę, a nawet ocierają się o ciszę. Po fazie drobnych, preparowanych fonii wracają na drogę mięsistej eskalacji i wieńczą pierwsze kilkanaście minut koncertu dobrze kontrolowanym uniesieniem.

Drugi kwadrans koncertu upływa pod znakiem częstym zmian dramaturgii i metod frazowania. Narracja okazjonalnie przebiera też formę akcji w podgrupach. Najpierw lekki jak piórko duet piana i perkusji. Powrót saksofonu znamionuje tu kolejną, raczej krótkotrwałą eskalację. Po niej eksploduje cisza bogacona filigranowymi frazami inside piana, a także szumem z tuby i glazury werbla. Po kilku amorficznych cmoknięciach narracja staje się męskim duetem, który po dwudziestej trzeciej minucie zamienia improwizację w pokaźny plaster ciszy.

Nowe otwarcie jest delikatne, szyte nade wszystko śpiewnym brzmieniem saksofonu sopranowego. Muzycy spinają się na place i niemal sięgają nieba, czyniąc to dalece tanecznym krokiem. Po kilku minutach improwizacja wchodzi w swoją najpiękniejszą fazę. Najpierw scenę opanowują samotne odgłosy z dętej tuby. To pokaz szemrzącej akustyki z ciszą, jako pełnoprawnym uczestnikiem spektaklu. Pianistka i perkusista wracają filigranowymi, preparowanymi strzępami fonii, jak bali się naruszyć równowagę fonicznego ekosystemu. Teraz całe trio zdaje się rezonować tajemniczą melodią, kreowaną plejadą short-cuts, jakbyśmy słyszeli upalone owady w tańcu godowym. Tymczasem improwizacja przeistacza się w plejadę minimalistycznych akcji podawanych w formie call and response. Wszystko delikatnie śpiewa i z czasem łączy się w jednorodną strugę pożegnalnej melodii. Koniec jednak nie następuje. Pianistka wrzuca do tygla zdarzeń post-klasyczne frazy wprost z klawiatury. Odpowiedzią saksofonisty jest kolejna porcja zrównoważonej melodii. Rezonują perkusyjne talerze. Oczekiwanie na ostatni dźwięk ubarwione zostaje rubasznym głosem z publiczności, który zdaje się, że świetnie znamy z innego, równie spontanicznego festiwalu.

 

John Butcher, Marta Warelis & Joni Sigil Munich 2025 - Day 1 Set 2 (MMI Festival, DL 2025). John Butcher – saksofon tenorowy, sopranowy, Marta Warelis – fortepian oraz Joni Sigil – perkusja, instrumenty perkusyjne. Nagrane w trakcie MMI Festival, Einstein Kultur, Monachium, maj 2025. Jedna improwizacja, 45 minut.

 

 

wtorek, 17 marca 2026

Pascal Niggenkemper’ Ensemble Tuvalu goes d'une rive à l’autre!


Pascal Niggenkemper, kontrabasista o niemieckich korzeniach, ale francuskiej rezydencji, od pewnego czasu unika estetyki free jazz/ free impro, koncentrując się na zgłębianiu stylistyk, tudzież estetyk, którym trudno przypisać nazwę, a tym bardziej kierunek gatunkowy. Ale to w sumie świetna wiadomość! A dla zapominalskich trop – prawie trzy lata temu Trybuna omawiała sześciopak Pascala z muzyką niezwykle intrygującą, na ogół komponowaną, po części performatywną, okazjonalnie improwizowaną *).

Nowa podróż Pascala wydaje się definitywnie szalona. To krzyk artysty w obronie świata, który umiera, wyartykułowany wielobarwną muzyką, którą buduje akustyczny oktet, dźwiękowa instalacja, wreszcie konglomerat pieśni i poematów z historii dalekiego świata, ubranych w całkiem współczesne szaty.

Bohaterem dramatycznym albumu jest Tuvalu - polinezyjska wyspa na południowym Pacyfiku, w przyrodzie której szczególnie silnie ogniskuje się proces globalnej zmiany klimatu. Przewiduje się, że sztormy, erozja wybrzeża i wzrost poziomu morza sprawią, że w ciągu kilku dekad wyspa stanie się niezamieszkana, a kraj zniknie z mapy świata.

Ensemble Tuvalu, to oktet złożony z dwóch niemal bliźniaczych instrumentalnie kwartetów, a może jednak czterech duetów – kornetu i trąbki, dwóch klarnetów, dwóch akordeonów, wreszcie wiolonczeli i kontrabasu. Każdy z artystów używa też głosu.

Osiem akustycznych instrumentów, to nie jedyne narzędzia pracy muzyków. Wokół nich, w okolicznościach studyjnych, rozwieszono szesnaście kurtyn dźwiękowych, tworzących przestronną instalację wykonaną z metalu i paneli plastikowych, dodatkowo wyposażoną w wzbudzające rezonatory. Muzycy mogą je aktywować za pomocą pedałów, w ten sposób przekształcając brzmienie instrumentów i głosów w osobliwe akustycznie twory o drżącym, trzeszczącym i klekoczącym anturażu.

Album zawiera kompozycje Niggenkempera, które zdają się stanowić ledwie szkice wypełniane treścią poprzez improwizację i interaktywne akcje muzyków. Rzeczonych kompozycji jest jedenaście, a prawie każda z nich ma także swoją warstwę werbalną/ wokalną, skonstruowaną na bazie tradycyjnych tuwalskich pieśni i poematów. Wykonują je poszczególni członkowie zespołu, pochodzący z różnych, bardziej oczywistych rejonów świata (głównie Europy), transponując je na język im ojczysty. W sześciu przypadkach dramaturgię utworu budują instrumentalne improwizacje duetowe, przy czym duet klarnetów występuje w tej roli trzykrotnie. Dodajmy, iż wydawnictwo d'une rive à l’autre składa się z dwóch krążków. Opisanemu wyżej nagraniu studyjnemu (dostępnemu na CD) towarzyszy nagranie koncertowe dostarczone na płycie DVD.

  


Siedemnastoczęściowa opowieść o Tuvalu ma mroczne, nerwowe otwarcie, łagodną, taneczną, post-folkową część środkową i spinający całość dramatyczny, zgiełkliwy, wręcz hałaśliwy, ale także po części taneczny finał. Zanurzymy się w niej po koniuszek nosa i ucha.

Po kilkudziesięciosekundowym, uroczo chaotycznym otwarciu, pełnym sprawiających wrażenie przypadkowych fraz instrumentów i głosów, muzycy uginają kolana i niesieni nisko osadzonymi smyczkami budują mroczny dron, który efektownie eskaluje. Napięcie potęguje także pierwsza ekspozycja głosowa. W trzeciej odsłonie z zastygłej modlitwy wyłania się dziki taniec. Cięte, dźwiękowe riposty i nerwowy wielogłos, to sedno tej opowieści. W kolejnej części napotykamy na chwilę mrocznego uspokojenia – struny drżą, tajemnicze szepty docierają z głębokiego lasu. Aurę kameralnego ambientu rozpraszają rozśpiewane klarnety, zwiastujące nadchodzącą burzę z piorunami.

Piątą opowieść biorą na swoje barki klarnety i akordeony, które kwilą po ptasiemu, komentowane mniej przyjaznymi frazami smyczkowymi. Narracja nabiera teraz podskórnego rytmu, pojawiają się okrzyki i zgrzytanie zębami. W kolejnych dwóch odsłonach muzycy przechodzą definitywnie do lżejszej, bardziej tanecznej, by nie rzec piosenkowej części nasączonej meta folkową estetyką. Po krótkiej introdukcji klarnetów pojawia się śpiew i niemal polirytmiczna taneczność. Łagodność chwili delikatnie kontrapunktują nerwowe akordeony posadowione na backgroundzie.

Począwszy od ósmej opowieści idylla pryska. Najpierw duet akordeonów w szybkiej, jakże emocjonalnej wymianie zdań, potem oktetowa zabawa w pytania i odpowiedzi, okraszona tekstem po japońsku. Kolejna porcje emocji wnosi preparowany duet trąbki i kornetu. Jedenasta opowieść zdaje się być kulminacją hałasu, chaosu i trudnych do opanowania spamów. Szczęśliwie scenę w mgnieniu oka opanowują śpiewacy i tancerze. Rytm jest teraz pokraczny, ale wydaje się nieść szczyptę ukojenia. W opozycji stają jednak dwa kolejne duety – najpierw kameralne, ale strwożone klarnety, potem głośne, zawadiackie cello i bas. Kolejna opowieści jeszcze podnosi temperaturę wydarzenia – struny dygoczą, ktoś krzyczy po niemiecku. Piętnasta opowieść stara się za wszelką cenę koić nerwy długą, teatralną recytacją. Ale emocje nie chcą nas opuścić. Artyści zdają się wyć, krzyczeć, choć brakuje im sił witalnych. Ostatni epizod wystukiwany jest na pudle rezonansowym kontrabasu, szyty dronami, rwanymi frazami, ostatecznie wpada w finałowy afrykański taniec. Śpiew niesie tu nie tylko ludzkie gardło, ale także lekki kornet. Czy końcowa, spokojna recytacja daje nam jakąkolwiek nadzieję?

Po powrocie do rzeczywistości sięgnijcie po obraz i dźwięki z koncertu. Tym razem dwanaście opowieści - tytuły podobne do tych z części studyjnej, ale atmosfera inna. Bardziej rytmiczna, kreowana bez dźwiękowej instalacji, ale kontrapunktowana w wielu momentach intrygująco brzmiącą analogową elektroniką. Publiczność cierpliwie słucha, choć przecież mogłaby się włączyć w ów zawrotny niekiedy taniec.


Pascal Niggenkemper’ Ensemble Tuvalu d'une rive à l’autre (Subran Music, CD/DVD 2026). Ensemble Tuvalu: Ben LaMar Gay - kornet, głos, Louis Laurain - trąbka, głos, Mona Matbou Riahi – klarnet, głos, Joachim Badenhorst – klarnet, głos, Tizia Zimmermann – akordeon, głos, Artemis Vavatsika – akordeon, głos, Elisabeth Coudoux – wiolonczela, głos, Pascal Niggenkemper – kontrabas, głos, kompozycje, instalacja dźwiękowa oraz Jaumes Privat – słowa (w utworze piętnastym). CD nagrane w Südwestrundfun, Baden-Baden, DVD zarejestrowane na żywo w Tollhaus, Karlsruhe – oba wydarzenia w listopadzie 2024. Ścieżka audio - łącznie siedemnaście utworów, 65 minut. Ścieżka video - dwanaście utworów, około 60 minut.

 

*) https://spontaneousmusictribune.blogspot.com/2023/04/pascal-niggenkemper-renaissance-man.html

 


piątek, 13 marca 2026

Hannah Marshall in Grazing!


Wiolonczelistka Hannah Marshall jest aktywnym uczestnikiem brytyjskiej sceny muzyki improwizowanej od przynajmniej dwóch dekad. Grywała na każdej scenie, uczestniczyła w setkach, tysiącach muzycznych spotkań, zarówno w małych grupach, jak i słynnych, wielkich orkiestrach, z tą najważniejszą włącznie. Z występów na naszej ziemi winniśmy ją pamiętać z doskonałego koncertu u boku Trevora Wattsa na jednej z edycji warszawskiego Festiwalu Ad Libitum.

Marshall grywa też solo, choć tę ostatnią aktywność nieczęsto przekuwa w stosowne wydawnictwa płytowe. Tym większą zatem mamy radość z odsłuchu jej najnowszego solowego albumu (bodaj drugiego w ujęciu historycznym), który zawiera rejestracje dwóch koncertów, jakie odbyły się w londyńskim Cafe Oto – jednego pod koniec roku 2024, drugiego w trakcie wiosny roku 2025.

  


Koncert grudniowy Hannah otwiera zamaszystym szorowaniem strun silnie zakrzywioną cięciwą smyczka. Strumień fonii jest gęsty, wielobarwny, choć odrobinę szorstki, prawdziwie żywy, nieutemperowany. Artystka i jej instrument zdają się żyć każdą sekundą swojej fizycznej obecności, każdym dźwiękiem płynącym ze strun, pudła rezonansowego i ludzkiego ciała. Ekspresja, pewna czupurność, brak zgody na dramaturgiczne przestoje, skróty i uproszczenia, to naczelne charakterystyki tej historii. Ma ona swój wewnętrzny rytm, czasami koślawy, ale niezmiennie piękny, doposażony nerwowym oddechem. W drugiej fazie dwudziestokilkuminutowej improwizacji artystka i jej cello wpadają w rodzaj rozkołysania, nasycony nutą nostalgii, tudzież filozoficznej refleksji. Pojawia się też efektowna plejada flażoletów. Zmiana goni tu zmianę, albowiem już po chwili opowieść wpada w tryby rytmicznego tanga. Artystka zdaje się przez moment wisieć nad przepaścią, ale moc ekspresji i determinacji utrzymują ją na powierzchni. Narracja tymczasem przepoczwarza się w gęste drony, a sfinalizowana zostaje porcją post-barokowej, bardzo szorstkiej melodii.

Koncert kwietniowy inauguruje świst zimnego powietrza, jaki generuje smyczek próbujący wejść w fizyczny kontakt ze strunami i korpusem instrumentu. Hannah szoruje struny, aż nabierają blasku i zaskakującej śpiewności. Potem przechodzi do fazy efektownych preparacji – piłuje struny, zgrzyta zębami, piszczy jak leniwe kocisko. Po niedługiej chwili zawiesza smyczek wyjątkowo nisko i zaczyna generować gęste plamy dark ambientu. Wchodzi w tryb minimalistycznego pizzicato, po czym śpiewa post-barokiem, tu wyjątkowo głośno. Ostatnie kilka minut spektaklu najpierw przynosi porcje post-kameralnej łagodności, a potem wbrew oczekiwaniom, w defensywnym dysonansie, kolejne ekscesy szarpania za struny i szukania drugiego dna. Finałowa prosta eksploduje emocjami, szyta brudnym, rockowym temperamentem.

 

Hannah Marshall Grazing (Relative Pitch, CD 2026). Hannah Marshall – wiolonczela. Cafe Oto, Londyn, grudzień 2024 i kwiecień 2025. Dwie improwizacje, 49 minut.




wtorek, 10 marca 2026

Zeitkratzer! A short story from heaven to hell and back again!


Ubiegłotygodniowa prezentacja najnowszego albumu Reinholda Friedla wywołała w gronie redakcyjnym coś na kształt recenzenckich wyrzutów sumienia. Oto bowiem jedna z najważniejszych postaci europejskiej muzyki kreatywnej ostatniego ćwierćwiecza bywa na tych łamach traktowana nie tyle po macoszemu, co sukcesywnie pomijana.

Trybuna Muzyki Spontanicznej, jak powszechnie wiadomo, to głos improwizującego ludu miast i wsi, stąd zainteresowanie, tudzież czas poświęcany sztuce, dla której improwizacja jest jedynie jedną z wielu metod pracy nie zawsze są należyte. Wiele wskazuje na to, że w najbliższej przyszłości sytuacja ta nie ulegnie zmianie, ale … z ogromną przyjemnością zapraszamy dziś na krótki przegląd dokonań formacji Zeitkratzer (często pisanej z małej litery). Reinhold Friedl jest jej szefem, naczelnym kompozytorem, czasami dyrygentem, także pianistą, muzykiem improwizującym, artystą szukającym w pudle rezonansowym wielkiego instrumentu strunowego drugiego, jakże piekielnego dna.

 


Zeitkratzer tworzy na ogół stała grupa artystów, z których większość świetnie znamy ze sceny muzyki improwizowanej i szeroko pojętego wykonawstwa muzyki współczesnej, z saksofonistą i klarnecistą Frankiem Gratkowskim oraz perkusjonalistą Maurice’em de Martinem na czele. W zestawie podstawowych narzędzi pracy muzyków odnajdujemy zazwyczaj dwa-trzy instrumenty dęte, trzy-cztery strunowe, perkusjonalia i preparowany fortepian lidera.

W repertuarze zespołu jesteśmy w stanie odnaleźć każdy gatunek – rock, jazz, noise, muzykę ludową, elektronikę, także tę taneczną (np. Kraftwerk), piosenki avant-popowe, a nawet serbskie pieśni bojowe. Oczywiście nie brakuje palety wybitnych kompozytorów muzyki współczesnej, częściej wszakże tych, których moglibyśmy zaliczyć do grona pionierów minimalizmu. Stale jest tu obecny Iannis Xenakis, który zdaje się być z perspektywy lat artystycznym guru dla Friedla i Zeitkratzer. Albumy formacji często wypełniają kompozycje samego Friedla, a także incydentalnie Franka Gratkowskiego. Poniżej listujemy nagrania, które z perspektywy piszącego te słowa wydają się definitywnie najciekawsze, a które winny także przypaść do gustu miłośnikom muzyki improwizowanej, zatem stałemu elektoratowi Trybuny.

  


Zacznijmy wszakże od tego, co najświeższe na półce z napisem Zeitkratzer. Ich najnowsze dokonanie, to cykl pięciu … winylowych pięciocalówek zatytułowanych Abkratzen, które dostarcza jeden z najważniejszych dla dorobku Friedla i zespołu wydawców, czyli krajowy Bocian Records. Każda z płyt zawiera po dwa dwuminutowe utwory, które są fragmentami ścieżki dźwiękowej do bliżej nam nieznanego, chyba fabularnego filmu Horses Are The Survivors of the Heroes. Dwie pierwsze płyty są dostępne na bandcampie wydawcy, trzecia jest już wyprodukowana, a dwie kolejne czekają na ów fakt edytorski. Natomiast ostatni pełnowymiarowy album grupy wypełnia kompozycja Gillesa Sivilotto Handmade, zaprezentowana zarówno w wersji elektronicznej (dwukrotnie), jak i akustycznej, a także w interpretacji wokalnej Isabelle Duthoit.

  


Na dobry początek naszego krótkiego overview wrzućmy do odtwarzacza (w tym wypadku kompaktowego) album zatytułowany Kore. Tradycyjnie dla Friedla i formacji materiał kompozytorski stanowi jedynie drogowskaz, rodzaj prawdopodobnego scenariusza zdarzeń, do jakich może dojść w trakcie procesu twórczego, a nie twarda, niepodlegająca dyskusji notyfikacja kompozytora. Tantiemy autorskie zbiera tu pianista, a kompozycja stanowi rozwinięcie pomysłu, jaki przeświecał autorowi dekadę wcześniej i zarejestrowany został na albumie Xenakis [a]live! Materiał inspirowany eksperymentalnymi nagraniami z taśmami greckiego kompozytora (szczególnie Persepolis), tu zaprezentowany w czterech kilkunastominutowych odsłonach, stanowić ma swoisty hommage Friedla dla Xenakisa. Aparat wykonawczy jest dziewięcioosobowy, a każdy z akustycznych instrumentów poddany zostaje procesowi amplifikacji. Efektem jest gęsto ustrukturyzowany dron wzmocnionej akustyki, który przypomina wielkie zgrzytanie zębami, chętnie sadowi się w pobliżu estetyki noise i post-industrial, a zarejestrowany został w okolicznościach koncertowych. Wspaniałe nagranie!

  


Równie intensywny i bliski estetycznie Kore jest album zatytułowany Duft. Muzycy biorą tu warsztat Handmade Gillesa Sivilotto (jak się okazuje, nie po raz ostatni) oraz kompozycję Franka Gratkowskiego Estuaria. Szczególnie intryguje pierwszy utwór, który jest pochodem preparowanych dźwięków strunowych i dętych, a sprawia wrażenie swobodnej improwizacji dziewięcioosobowego ansamblu, systematycznie wiercącego wielką dziurę w naszych receptorach słuchu. Utwór podpisany przez Gratkowskiego jest spokojniejszy, stanowi strugę płynnej, nieco medytującej akustyki. Kolejny pomnikowy album w dorobku formacji, wydany na trwającym niespełna dwa kwadranse czarnym krążku przez Bociana!

  


Jeśli szukamy nagrań najsilniej nawiązujących do estetyki noise, zawierających porcje kompulsywnego, jakże pięknego hałasu, sięgnąć winniśmy po kolejny krótki winyl wydany przez Bociana (tu w tajemniczej kooperacji z Musica Genera!). Album Saturation zawiera na pierwszej stronie kompozycję Monochromy Zbigniewa Karkowskiego, co stanowi wystarczającą rekomendację gatunkową, a na stronie drugiej friedlowski Xenakis Alive I. Mroczne, siarczyście brudne, surowe brzmienie wzmaga tu użycie analogowego samplera, który uzupełnia tradycyjne, akustyczne brzmienie pozostałych instrumentów, które wykuły w skale to niesamowite nagranie.

  


Jeśli Zeitkratzer gra kompozycję Kaspera T. Toeplitza, to wiemy, że estetyka noise znów zagości w naszych uszach! Podwójny, kompaktowy album Agitation/ Stagnation zawiera nagranie koncertowe z krakowskiego Festiwalu Sacrum Profanum, ale w formie dalece niestandardowej. Pierwsza płyta zawiera 37-minutowy zapis koncertu, druga zaś jego elektroniczne odbicie (wedle opisu electronic score), trwa zatem dokładnie tyle samo, co żywe nagranie. Albumowe credits sugeruje, by obu płyt … słuchać jednocześnie. Formacja rozrasta się tu do tentetu, w składzie którego odnajdujemy samego kompozytora wcielającego się w rolę dyrygenta (po społu z Friedlem), a także mącącego akustyczną florę formacji porcją intrygującej elektroniki. Dodajmy, iż album dostarcza oczywiście Bocian!

  


Czas na wielki gabaryt! Najpierw sięgnijmy po kompozycję Friedla zatytułowaną Krafft, która została wykonana siłą podwójnego zespołu. Z jednej strony dziewięcioosobowy Zeitkratzer, z drugiej francuska załoga Ensemble 2e2m, także złożona z dziewięciu artystów. Nad wykonaniem dzieła czuwa dyrygent Pierre Roullier. Instrumentarium obu formacji jest akustyczne, do tego niemal bliźniacze – trzy dęte, cztery strunowe, perkusjonalia i fortepian. Kompozycja Friedla ma definitywnie monumentalny charakter, zdaje się być rytmicznym oddechem wielkiego stwora. Frazy osiemnastu instrumentów, grane na ogół unisono, tworzą tu gęstą strugę dźwięków, która balansuje pomiędzy filharmonicznym spazmem, a post-kameralnym samouspokojeniem. Całość trwa niewiele ponad dwa kwadranse, jest rejestracją koncertową z Paryża, dostępną w formacie CD. Dodajmy, iż w trakcie komponowania Krafft pianista wykorzystał specjalnie oprogramowanie stymulujące losową sekwencję zjawisk fonicznych.

  


Grand Orchestra, to już czyste, artystyczne szaleństwo! Na scenie berlińskiego Domu Kultury Światowej, pewnego letniego wieczoru 2011 roku, zebrano prawie sześćdziesięciu muzyków, pośród których znaleźli się członkowie Zeitkratzer, szerokie grono ich gości, a także przedstawiciele formacji The Berline Pipe Company oraz Tenor Drum. Niewykluczone, iż na scenie znaleźli się także muzycy nieprofesjonalni. Kompozycja Friedla zwie się Grand Orchestra for mixed orchestra and bagpipes, a pomieszczono ją na kompaktowym dysku w dwóch niezatytułowanych częściach. Nagranie jest prawdziwie ekstatyczne, realizowane zazwyczaj na pełnym wydechu, gęste jak wulkaniczna lawa i tylko w ścisłe określonych interwałach czasowych mniej intensywne. Całość zdaje się być kolejną inkarnacją The Great Learning Corneliusa Cardew, może też przywoływać w pamięci nagrania Spontaneous Music Orchestra, zwłaszcza te, w trakcie których do procesu wykonania utworu włączano muzyków amatorów, a także publiczność zgromadzoną na koncercie. W momentach szczególnych eksplozji wątek prenatalnego free jazzu i Globe Unity Orchestra też może okazać się ciekawym skojarzeniem.

  


Po takim wulkanie dźwięków i emocji zasłużyliśmy na dłuższe chwile odpoczynku. W tym niecnym dziele pomocne okazać się mogą albumy wydane w ramach serii Old School. Friedl zaaranżował cztery takie wydarzenia, a każde z nich zawiera kompozycje innego mistrza/ klasyka/ legendy minimalizmu i muzycznego eksperymentu - odpowiednio Jamesa Tenneya, Johna Cage’a, Alvina Luciera i Karlheinza Stockhausena. W tym zestawie szczególnie urokliwa wydaje się kolekcja trzech kompozycji Tenneya (w winylowej reedycji - dwóch). To opowieść momentami niebywale medytacyjna, uformowana w wielominutowe drony, których estetyka śmiało nawiązuje do akustycznych kompozycji Eliane Radigue. W podobnym klimacie, choć nieco bardziej tajemniczym, onirycznym odnajdujemy pierwszy fragment albumu z kompozycjami Johna Cage’a. Z kolei w kolekcji utworów Alvina Luciera, w zasobach instrumentalnych Zeitkratzera odnajdujemy obok tradycyjnych, akustycznych instrumentów tzw. obiekty.

  


Po kompozycje Karlheinza Stockhausena Friedl i Zeitkratzer sięgają także na albumie Stockhausen: Aus Den Sieben Tagen, gdzie gościnnie swoje wokalne możliwości prezentuje Keiji Haino. Japoński artysta, którego znamy ze świeżego duetu z Friedlem, o którym pisaliśmy w ubiegłym tygodniu, w tym nagraniu wydaje się nadspodziewanie spokojny, mniej demoniczny, raczej w nastroju do nieco wytłumionej, dronowej kontemplacji. Album składa się z pięciu utworów, z których szczególnie miło rozbujany wydaje się ten najdłuższy, wieńczący album. Po stronie wykonawczej warto zaczynać, iż na liście plac znalazł się muzyk odpowiedzialny za brzmienie - w tym wypadku jego wkład w ostateczny kształt nagrania określono mianem acoustic noise.

  


Naszą opowieść o wybranych albumach Zeitkratzer kończymy przywołaniem płyty wydanej w Polsce pod koniec pierwszej dekady obecnego wieku, a zatytułowanej zeitkratzer play PRES Polish Radio Experimental Studio. Na pierwszym krążku podwójnego wydawnictwa zamieszczone zostały klasyczne utwory polskich kompozytów, którzy niemal siedem dekad temu współtworzyli Polish Radio Experimental Studio – m.in. Eugeniusza Rudnika, Krzysztofa Knittela, czy Bogdana Mazurka. Elektroniczne utwory, które na zawsze zmieniły obraz eksperymentalnej muzyki współczesnej na drugiej płycie zestawu wykonywane są przez muzyków Zeitkratzera, oczywiście w pełni akustycznym instrumentarium. Dla wielu przygoda z Friedlem i jego formacją właśnie wtedy zaczęła się na dobre. Zawsze warto wracać do tego nagrania, a może od niego rozpocząć swoją własną przygodę z tą muzyką.

 

Po szczegóły dyskograficzne prezentowanych albumów odsyłamy na bandcampową stronę Zeitkratzer, a także Bocian Records. Wszakże by mieć pełny ogląd zjawiska warto zajrzeć na niezastąpioną stronę discogs.com, bo chyba tylko tam znajdziemy wykaz całego dorobku artystycznego formacji.

 

piątek, 6 marca 2026

Keiji Haino & Reinhold Friedl are truly, slightly, overflowing, whereabout of good will!


Artystyczne losy Reinholda Friedla, niemieckiego pianisty, kompozytora, band leadera, improwizatora, muzyka, który jako pierwszy użył określania inside piano, nie śledzimy na tych łamach szczególnie skrupulatnie. To oczywisty błąd, ale nie będziemy z tego powodu posypywać głowy popiołem, usprawiedliwiać się brakiem czasu, tudzież twierdzić, że internet nie jest z gumy.

Bez zbędnej zwłoki sięgniemy za to po jego najnowszą produkcję - duet poczyniony z wieloletnim współpracownikiem Keiji Haino (zwłaszcza w kontekście formacji Zeitkratzer), japońskim artystą ekspresyjnej, avant-rockowej gitary i równie ekspresyjnego, jak demonicznego głosu.

Dodajmy, iż nagranie możemy posiąść w formie poręcznej płyty kompaktowej lub pięknego, ale mniej przydatnego czarnego krążka. Pierwszą produkuje sam artysta, winyl z kolej poszerza bogate portfolio krajowego Bociana. Kompakt przynosi trzy utwory, winyl jedynie dwa pierwsze. A sam Haino używa w nich wyłącznie głosu.

  


Pierwszy utwór, to w warstwie werbalnej klasyk Strange Fruit, który w interpretacji Haino zdaje się być Koszmarem z Ulicy Wiązów, ostatnią drogą bohatera Jądra Ciemności, spirytualnym rytuałem śmierci. Haino szepcze, recytuje, melorecytuje, czasami nuci nieistniejącą melodię, innym razem krzyczy lub dobywa z gardła frazy, za które mógłby odpowiadać lovecraftowski Cthulhu, gdyby kiedykolwiek dano mu prawo głosu. Friedl pracuje we wnętrzu fortepianu, preparuje struny wszystkim, co wpadnie mu w ręce, a rozmach jego instrumentacji przypomina wielką orkiestrę symfoniczną, która po raz ostatni interpretuje Święto Wiosny Strawińskiego. Ten specyficzny akompaniament bywa wytłumiony, ale zawsze mroczny i nerwowy, jest też w stanie swobodnie osiągnąć stadium post-industrialnego hałasu. Na zakończenie kilkunastominutowej opowieści Haino mruczy pod nosem demoniczną kołysankę, kolejną inkarnację Rosemary’s Baby.

Druga opowieść rodzi się w gęstej ciszy. Tworzy ją szmer z gardła i samego dna pudła rezonansowego piana. Pierwsze frazy tego drugiego brzmią gamelanowo, cokolwiek to znaczy w zastanej sytuacji dramaturgicznej. Haino i Friedl lepią teraz dźwięki, które przypominają szum kolejki w lunaparku, która wjeżdża do jaskini z potworami. Emocje narastają wraz z każdym kolejnym etapem tej szalonej przejażdżki. Haino zaczyna krzyczeć, Friedl uruchamia moc czarnych klawiszy. Wielki niedźwiedź wyszedł z legowiska i wystawia swą posagową sylwetkę na działanie silnego wiatru. Opowieść staje się bardzo głośna, a następujące tuż potem uspokojenie wydaje się bardzo pozorne. Medytacja przy blasku mrożącego księżyca dobrze konotuje w ujęciu gatunkowym. Finał jest zaskakująco oniryczny, choć ciągle groźny, niebywale niepokojący.

Trzecia historia trwa tu ponad dwadzieścia trzy minuty. Początek przypomina wieczorną modlitwę. Struny drżą, głos deliberuje w wysokiej tonacji. Rodzaj ceremonialnego wyniesienia. Opowieść zastyga w mroku, ale już po chwili rozpoczyna się prawdziwe trzęsienie ziemi. Haino krzyczy wielosekundową strugą trwogi, dźwięki piana formują się w nieskończone drony. Te ostatnie przez chwilę przypominają silnik elektryczny, który nie daje się uruchomić. Wokalista podśpiewuje pod nosem, by po chwili mruczeć, jak demon z zaświatów. To Dolina Szaleństwa, parafrazując epokowe dzieło pisarza, którego nazwisko padło już w tej recenzji. Druga faza utworu przynosi jeszcze więcej zmian i zaskakujących rozwiązań. Haino parska, jodłuje, ponownie krzyczy, ale wszystko czyni jakby w bardziej radosnej tonacji, odnajdując na dnie gardła strzępy melodii. Friedl buduje akustyczny ambient i sięga po powtórzenia, które tworzą coś na kształt delikatnego rytmu. Ostatnia prosta, to ocean drżenia, jakby wielka metalowa konstrukcja miała za chwilę runąć w objęcia mrocznego oceanu. Gdy już otworzysz oczy, nie wykluczone, że poczujesz zapach napalmu o poranku.

 

Keiji Haino & Reinhold Friedl Truly, slightly, overflowing, whereabout of good will (Zeitkratzer Productions, CD 2025/ Bocian Records, LP 2026). Keiji Haino – głos oraz Reinhold Friedl – fortepian preparowany. Nagrane w Morphine Studios, Berlin, 2024/25. Trzy utwory, 55 minut (CD), dwa utwory, 32 minuty (LP).



wtorek, 3 marca 2026

Keeffe, Lisle & Serries in Intangible Construct!


Belgijskie wydawnictwo A New Wave Of Jazz otwiera nowy rok kolejnym smakowitym albumem z akustycznym free impro, prezentując go, podobnie jak kilka poprzednich, jedynie w digitalnej formule.

Na deskach brukselskiego studia nagraniowego trójka świetnie nam znanych artystów, którzy nie wymagają jakichkolwiek rekomendacji, choć trzeba zauważyć, iż trębaczka Charlotte Keeffe nie gości aż tak często na płytach labelu, jak jego szef, gitarzysta Dirk Serries i jej brytyjski kompan, perkusista Andrew Lisle. Słuchając tego albumu warto zapisać sobie w głowie, iż całkiem prawdopodobnym jest fakt, iż artyści ci jesienią wylądują na pewnym spontanicznym festiwalu w Polsce, w ramach dużej, definitywnie free jazzowej załogi.

Tu zagrali bardziej subtelnie, w pełni akustycznie, wyczuleni na każdy dźwięk, każdy niuans dobrze unerwionej dramaturgii zdarzenia. Definitely welcome!

  


Pierwsze dźwięki nagrania wyłaniają się ze szmeru, jakie dostarcza studyjne urządzenie, które być może jest wentylatorem, a może wzmacniaczem podpiętym pod akustyczną gitarę. Minimalistyczny początek, pewna powolność, drobne zawahanie, to tylko kilkudziesięciosekundowa poza, z której wyłania się nerw dobrze dociążonej emocjami narracji. Najpierw rozkołysanie, potem skok na głębszą wodę. Druga improwizacja trwa tu kilkanaście minut, a jej pierwszą połowę wypełnia balansowanie na granicy ciszy. Jesteśmy w pieczarze ledwie słyszalnego post-ambientu, gdzie każdy półdźwięk, czy mikrofaza zasługują na miano szczególnie urokliwej. Z tej magmy ciszy wyłania się wreszcie gitarowy akord, potem plama z trębackiego wentyla i uderzenie w krawędź werbla. Bardzo zmienna narracja szybko wyprowadza muzyków na ekspresyjne wzniesienie. Całość wieńczy krótkie solo perkusji.

Trzecią improwizację zaczyna ten, kto kończył poprzednią. Tu początek także jest żmudny, ale nasycony dobrze słyszalnymi frazami. Najpierw artyści osiągają pewną powtarzalność, dopiero potem cisną na gaz. W ogniu koherentnej wymiany ciosów odnajdują się wszakże dopiero pod koniec utworu, który trwa prawie dziesięć minut. Finałowa opowieść budowana jest z drobnego, dość lekkiego budulca, ale od startu ma specyficzną dynamikę. Chwilami to niemal zabawy w modelowe call and response. Kameralny posmak, dialog trąbki i gitary, wreszcie perkusja, która pracuje niczym metronom. Po krótkim epizodzie mrocznego i rezonującego spowolnienia improwizacja nabiera masy właściwej, płynąc strugą rzewnej, trębackiej melodii sączonej przez zaciśnięte gardło. Smyczek na gryfie gitary, to kolejna wisienka na tym smakowitym torcie.  

 

Keeffe, Lisle & Serries Intangible Construct (A New Wave of Jazz, DL 2026). Charlotte Keeffe – trąbka, Andrew Lisle – perkusja oraz Dirk Serries - archtop guitar. Nagrane w Sunny Side Inc. Studio, Anderlecht, Bruksela, kwiecień 2022. Cztery improwizacje, 33 minuty.